poniedziałek, 27 grudnia 2021

6 lutego 2021

Tego posta napisałam 6 lutego 2021. Nie wiem dlaczego go wtedy nie opublikowałam. To robię to teraz, gwoli pewnych wyjaśnień. Potem może będzie na bieżąco. Może...


Pod moim ostatnim postem ciągle pojawiają się komentarze. A ja jestem w takim stanie ciała i ducha, że nawet na nie nie odpowiadam.

Stan ducha też powoduje, że nie odzywam się tutaj już od pół roku. No bo z czym do Was wystąpię? Wiem, że do tej pory było u mnie pozytywnie, bez narzekania, marudzenia i krytykanctwa.  A ostatnimi czasy nic pozytywnego (prawie) się u mnie nie dzieje. W zasadzie nie dzieje się prawie nic. Dzień codzienny upływa między podłączaniem i odłączeniem kroplówek. I jest bardzo krótki, a powinien być jeszcze krótszy, o czym może potem.

A teraz odpowiem na pytanie: Czy coś się stało?

Stało się. Niestety.

Stary, okropny rok pożegnał nas wstrząsowo. Najpierw, 16 grudnia zmarła Najważniejsza. Już dwa tygodnie wcześniej  wymagała opieki. Jedyną osobą, która mogła się nią zająć był Starszy. Zdawałam sobie sprawę jakim kosztem jego zdrowia się to odbywa, ale nie było szans na nic innego. Po tygodniu udało mi się sposobem załatwić hospicjum, ale Najważniejsza odmówiła. Więc załatwiliśmy hospicjum domowe. Trochę to rozwiązało sprawę opieki medycznej - pielęgniarka przychodziła podłączyć kroplówkę, ale odłączyć musiał niestety Starszy. W końcu pojawił się lekarz z tego hospicjum i zadecydował, że trzeba do szpitala. Dziecko wezwało pogotowie, pogotowie przyjechało i zabrało. Ale teraz pytanie do którego szpitala. I jak się dowiedzieć. bo z jednej strony kretyńskie RODO, a z drugiej Covid.  W końcu, także sposobem udało się Najstarszą zlokalizować. Pobyła w tym szpitalu ok tygodnia, a potem szpital przewiózł ją do hospicjum. No i była w tym hospicjum wszystkiego niecałe 3 dni. Dzięki "sposobom" hospicjum złamało zasadę zero odwiedzin i Starszy został wpuszczony. Prawdopodobnie pani doktor zdawała sobie sprawę ze stanu Najważniejszej i pozwoliła, by się pożegnali.

No a potem cała papierologia i cała reszta spadła na Dziecko. Parafia w Rz, parafia u nas (te wzięłam na siebie i telefonem załatwiłam temat), USC (który osobie nie będącej rodziną - bratanek nie jest - wydaje tylko jedną kopię aktu zgonu), zakład pogrzebowy, samochody, kwiaty (to też telefonem załatwiłam, podobnie jak organizację Różańca) Pogrzeb odbył się w sobotę, a od poniedziałku Starszy zaczął zalegać. Początkowo nie wyglądało na to, że coś się z nim dzieje fizycznie. Myślałam, że przeżywa, bardzo byli z sobą związani. Ale potem okazało się, ze kaszle i ma problemy oddechowe. On sam podejrzewał, że mógł się przeziębić w trakcie tych wszystkich uroczystości. Zadzwoniłam do jego przychodni, aby umówić teleporadę (cudo jest to - leczenie zdalne). Dostępna była dopiero w Wigilię rano. Po rozmowie pani doktor kazała przyjechać i wysłała Starszego na wymaz. Wynik niestety był dodatni i chcieli go od razu ciupasem wieźć do Łańcuta, co dla Starszego było nie do przyjęcia. No, bo jest opinia taka, że jak się do Łańcuta trafi to już się stamtąd nie wychodzi, tylko jest się wynoszonym. Więc Dziecko wykradło Starszego i pojechali obydwaj do mieszkania Najważniejszej. Dziecko zorganizowało tlen, inhalator, maski, potrzebne leki zorganizowaliśmy z Córunią na telefony ( w takich momentach e-recepta jest cudownym rozwiązaniem, wile ułatwiającym) Starszy przebywał pod opieką Dziecka około tygodnia, w końcu sam stwierdził, ze bez szpitala się nie obejdzie. I znów, jak poprzednio, karetka uwiozła go w nieznanym kierunku. Po pewnych perypetiach udało się wreszcie zlokalizować - Oddział Jednoimienny w szpitalu MSWiA. I znowu około tygodnia tam przebywał. Jego stan wydawał się poprawiać, na tyle, że sam zadzwonił do mnie i mogłam z nim rozmawiać, rozumiejąc, co do mnie mówi. Liczyłam na to, że jak się Dziecku skończy kwarantanna 9.01 to przyjadą obaj. Tymczasem szpital zadzwonił, że Starszy został przeniesiony na OIOM do szpitala nr 2. No to dzwonimy. Na szczęście pani nie była bardzo RODOwa i chociaż dzwoniła Córka,  a nie ja czy Syn, którzyśmy byli upoważnieni do informacji, informacji tych udziela. I nie były pocieszające. Respirator, sztuczna nerka, zmiany w płucach. Na szczęście przy respiratorze była sedacja. No i tak. Tego OIOMu tez było całe 3 dni. W poniedziałek ok 13 Kasia rozmawiała z lekarką. A o 15-tej szpital zadzwonił, że Dziunek przeniósł się do lepszego świata o 14.30.

Żeby było więcej urozmaicenia, to ja od Nowego Roku zaczęłam gorączkować. I to, jak na mnie - wysoko. Poza tym, nic mi się nie działo, oprócz tego, ze byłam słabieńka. Dotrwałam tak na pyralginie do niedzieli. W międzyczasie  Córcia zaczęła zastanawiać się nad przyczynami tej temperatury. A może to jakieś zakażenie Broviaca np? Sama się trochę wystrachałam, botak temperatura i nic więcej? No i w poniedziałek zadzwoniłam do mojej lekarki. A ta mi od razu dała skierowanie na wymaz. I oczywiście od razu mnie wciągnęli na izolację. Przyjechali pobrać próbkę we wtorek i tym samym izolacja się przesunęła. Tak, że ostatecznie byłam uwięziona do 15.01.

We wtorek zadzwoniliśmy do naszego nowego plebana, żeby ustalić z nim termin pogrzebu Starszego. No i pleban się uparł na środę, bez mszy, bez nikakich, tak na łapu capu i na chybcika. Na temat mojej izolacji wypowiedział się, że jak na chwilę się zjawię na tym cmentarzu, zostawiwszy telefon w domu, to nic się nie stanie. Ciekawe podejście do przepisów. Ostatecznie udało się go namówić na sobotę, przy czym musiał też zaznaczyć swoje widzimisię i przyspieszyć wszystko o pół godziny. Na pytanie czy go te pół godziny zbawi, odrzekł, ze zbawi. Bo w sobotę sprząta się kościół. No. sprząta się. Ale nie pleban to robi i nie on sprzątającym ten kościół otwiera. Chyba, że dla niego jest to rodzaj życia towarzyskiego. W nagrodę musiał sam się transportować na cmentarz. Ciekawe, kogo do tego upolował. 

Tak jakoś nie do końca do mnie dotarł fakt, że Dziunka nie ma i już nie będzie. 


Wyjechał i nie wraca....


Ostatnie takie święta. Nikogo już z tej trójki przy wspólnym stole nie zobaczymy. Odeszli w takiej kolejności, jak siedzą, od lewej.

Żeby zakończyć  już temat pożegnań. Czarna odeszła w październiku. Babeszjoza. Były zastrzyki, kroplówki, 2 tygodnie walki z chorobą. I tak sobie w pewnym momencie głęboko westchnęła i zasnęła. I powędrowała za tęczę...

Dziecko bardzo szybko zadecydowało o nabyciu następnego psa. Kazałam mu samemu zadecydować, co to ma być za pies, bo to już nie może być pies mój. W tym wieku i stanie nie bierze się szczeniaka.


Dziecko przywiozło coś takiego.


Z tej małej słodkości wyrósł paszczur z piekła rodem. W zastraszającym tempie dewastuje mieszkanie. Powiem krótko, że tyle zniszczeń, co ona wykonała w ciągu tych paru miesięcy, poprzednim psom i kotom nie udało się osiągnąć za 14 lat.

Bilans dzisiejszych strat jest zadziwiająco skromny. Jedynie: 
-ukradła z szafki otworzonej przez Kota Arkadiusza jeden worek stomijny i go zeżarła
-wygrzebała maść nagietkową w maleńkim pudełeczku, głęboko skitraną pod poduszką i zjadła połowę zawartości, uprzednio opracowując pokryweczkę
-ostatecznie opracowała pudełko z półlitrowymi kroplówkami i podziurawiła jedna butelkę (to takie kroplówki nadprogramowe. Te dla mnie są przed nią schowane)
-zaczęła wyłazić na wersalkę i wszystko wskazuje na to, że właśnie nastąpił początek końca tej wersalki.
A teraz słodko śpi u mnie pod nogami - dokładnie: ma taką budkę z kolan. Pod kocykiem oczywiście. Bo zmarzluchem jest. 

No, tak. Ale ja dotąd nie przyznałam się, że ja z tego ostatniego szpitala wyszłam nie tylko z rurką, ale i z workiem. O rurce pisałam. Cewnik, tzw. Broviac, wszczepiony do żyły centralnej podobojczykowej. Służy do utrzymywania mnie przy życiu. Przez ten cewnik daję sobie w żyłę. Czyli wprowadzam 1800ml/na dobę takiego gotowego chemicznego papu oraz 2500 ml/na dobę elektrolitów. Podczas ostatniej wizyty kontrolnej w poradni żywieniowej pani Monika obsobaczyła mnie nieco, że za szybko to w siebie wpompowuję. Wyliczyła mi, że żywienie powinno schodzić 16 godzin, a jedna litrowa butelka z elektrolitami 3 godziny. Jak zsumowałam wszystko to mi wyszło 23,5 godziny.  Co zrobić z tą szczęśliwą połową godziny wolności?! Bo tak właściwie pod kroplówka powinno się leżeć. Mam stojak na kółkach, mogę się z nim turlać po płaskim. Czasem nawet ze schodów jestem w stanie zejść z tą pałą. Ale łażenie ze stojakiem jest bez sensu, bo kroplówki spływają powoli no i jest to niebezpieczne. Już parę razy zaczepiłam się rurką za klamkę w łazience. Jakieś przy tym gwałtowne szarpnięcie i można wyrwać broviaca. Co prawda kleję rurkę plastrem do bluzki, ale jednak...

A worek.... Chyba tam wcześniej napisałem, że mi w tym ostatnim szpitalu trochę skrócili przewód pokarmowy. O kawałek jelita grubego, kawałek jelita cienkiego. I zrobili dziurkę w brzuszku.  Początkowo to była dla mnie tragedia. Masakra jakaś. Jeszcze w szpitalu te worki potrafiły się odklejać po kilka razy na dobę. Dziewczyny z uśmiechem robiły co trzeba, ale trochę mruczały, że za dużo piję. Wolno mi tylko pół lita , wliczając w to płyn w zupie itd. Nie wiem, czy ktoś próbował przeżyć dobę o dwóch szklankach płynu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy zasycha w ustach, tak, że język kołkiem staje i słowa wydusić z siebie nie można .Z tym piciem jest problem w dalszym ciągu, bo każdy płyn opuszcza mój organizm w ciągu jakiś 10 minut. I tak, im więcej pije, tym więcej wydalam płynów, czyli tym bardziej się odwadniam. A, wierzcie mi, że odwodnienie niesie za sobą bardzo poważne skutki. Np. arytmia, zawroty głowy, omdlenie, nawet utrata przytomności. Nie mówiąc o tym już co tam się robi wewnątrz, np. w nerkach. Tak, że tak. Zaczyna mi się marzyć, że postawię przed sobą szklankę wody mineralnej z lodem i cytryną i sobie ja tak spokojnie wypiję. Nie myśląc o tym, że za chwile trzeba będzie pójść do łazienki i to wylać, a wieczorem być może będę gwiazdki w oczach miała i nie zdołam 5 kroków bez problemu zrobić, bo będę odwodniona.
Ze stomią wiążą się także pewne wykluczenia z diety. Np. wykluczamy strączkowe, bo wzdymające, kapustne z tego samego powodu.  Z powodów zatykających wszelkie ziarenka, pestki, orzechy, kapustę skórki z winogron, pomidorów , papryki, błonki z cytrusów itp. Nie jemy także serów żółtych, pleśniowych, topionych, bardzo ograniczamy tłuszcze. Jak do tego dodać, że 
niektóre pokarmy mi zupełnie "nie wchodzą", np. płatki owsiane, sklepowe makarony, mięso, chleb w większości też, to wybór mam dość ograniczony.  Na szczęście takie domowe kluchy kładzione, szpecle, czy leniwe wchłaniam z przyjemnością. Zresztą, gdyby nie to, że żołądek się buntuje, jak jest pusty, to w zasadzie nie musiałabym jeść. Ten wór z białą cieczą dostarcza mi 1450 Kcal. Przy bezczynnym trybie  życia powinno wystarczyć. I tak nie wiem, czy z tego co zjem cokolwiek zostaje wchłaniane. No, bo jeżeli jelito cienkie normalnie absorbuje około 80% wody z tego co się w nim znajduje, a u mnie ta woda w całości przepływa, jak przez rurociąg, to mam wątpliwości. No i w związku z tym, że cały czas mam cholerną anemię, muszę zrobić sobie badania na poziom żelaza, witaminy B12 i D. Bo ja je cały czas łykam. Ciekawe z jakim skutkiem?

A poza tym, od jakiegoś czasu jestem sama w tej chałupie. Dziecko pojawia się jak po ogień.  Najgorsza sprawa to kocioł C.O.. No bo jednak ze stojakiem sturlać się do piwnicy to pewien problem. Więc bywa, że przymarzam.  Dzisiaj przyjechała Córusia na łykend. I zapowiadała, że od razu skoczy do koleżanki, na plotki i drinka. No to skacz. Przyjechała o 20tej, jest druga. Albo to było dużo więcej drinków albo dużo więcej plotek. Stawiam na to drugie, bo alkoholu ona raczej unika. 

Pozdrowionka!