wtorek, 25 lipca 2017

palma majorka

No, palma zaczyna odbijać, jak jest taka lampa, jak wczoraj. A Majorka. No, sumsiadka moja ulubiona, od kooperacji dobrosumsiedzkiej, ma jorka. Na przechowaniu, bo wnusia pojechała na wywczas i jorka zostawiła babci co by mieć luz i blus. (Ojtam, ja z moją Księżniczką jeździłam, PKPem, PKSem, nawet z przesiadkami. Luz może miałam mniejszy, ale nie zostawiałam nikomu na głowie swojego psa.) Jork jest z tych genetycznie modyfikowanych - zminiaturyzowana miniatura, waży mniej niż moja najlżejsza kota (1,4 kg)- ma cieczkę i lata w pampersie (gdzie dają takie minipampersy?!) oraz drze ryj, tak że głosu więcej niż ciała. (To chyba reguła, że im mniejszy pies, tym większy głos. Boby ktoś nie zauważył i nadepnął, enpe.)

Dziecko w łykend przebywało. Przez te 1,5 roku niepobytu koledzy się powykruszali (nawet ci wieloletni, bo tacy to byli koledzy). Ci od motocykli za daleką miedzą , a co za przyjemność w pojedynkę motórem śmigać? Czyli Dziecko z nudów umierało, bo działania wszelakie w niedziele grożą klęska rodzinną. Wobec czego, z tych nudów, wybrało się do kolegi rolnika wielkoobszarowego, parę wsi dalej. I skończyły się nudy, a zaczęły się ekscesy:
Przeciętny wieśniak w świętą niedzielę nie szlaja się na kombajnie, bo nie ma po czym tego kombajnu ciągać. (Zresztą - nigdy nie miał kombajnu.) Ponieważ zabawa w rolnictwo na nielicznych hektarach stała się w pewnym momencie irytującym, męczącym i dość kosztownym hobby, więc, gdy ustał sponsoring  z rolniczych emerytur rodziców i dziadków z powodu naturalnej kolei rzeczy, przeciętny wieśniak sprzedał za bezcen swoje nieliczne hektary w postaci licznych działek lub oddał w dzierżawę rolnikowi wielkoobszarowemu. I teraz ten rolnik wielkoobszarowym, często zwany eurorolnikiem, szlaja się w niedziele na kombajnie po swoich licznych hektarach, a przeciętnemu wieśniakowi wątroba gnije. Z powodu iż "on mo, a jo ni mom" oraz z powodu iż przeciętny wieśniak w niedzielę po sumie zajmuje się spożywaniem napoje wyskokowych. Najczęściej w postaci piwa, bo w każdej wsi jakiś miejscowy supermarkiet ma jakąś piwną na łykend promocję - 1,69 za harnasia enpe. Ale jak mu mało, to w każdej wsi funkcjonuje jakiś Jóżek, który ruską harę na setki, a nawet pięćdziesiątki sprzedaje. Do spożycia na miejscu. Co prawda, bez zagrychy (w końcu to nie knajpa!) ale to nawet korzystniej, bo efekt zastosowania szybszy.
I czasem taki przeciętny wieśniak, po spożyciu, gdy już zamknęli supermarkiet, zapragnie jakichś bardziej emocjonujących rozrywek. Enpe, przejechać się raz w życiu takim wieeelkim traktorem, jakim ten eurorolnik, co jego hektary obrabia jak własne, jeździ sobie codziennie. Albo, no, prawie codziennie. Co tam, że noc ciemna, że do traktora zapięta przyczepa, supernówka, o którą właściciel trzęsie się jak jakaś lejdi o kolię brylantową (bo po prawdzie nawet przyzwoitą kolię zamiast tej przyczepy mógł nabyć).
Więc taki jeden, wykorzystawszy moment, kiedy operator na chwilę został odwołany do drugiej maszyny, wsiadł do kabiny Jasia Dira, dał po garach i poooszedł. Długo nie szedł, bo tak, jak pieszo poruszał się krokiem trzeźwego węża, tak i jechał trzeźwego węża tropem. Pech chciał, że skarpa była i przyczepa mu się ze skarpy spluzgnęła. Szczęściem na obrotowym zaczepie była, bo by się i chłopisko z Jasiem Direm wykopyrtnął i kołami nakrył, a tak się traktor na brzegu skarpy, w przechyle znacznym, ale na czterech kołach ostał. No i zaczęły się rozrywki dla liczniejszej rzeszy. Najprzód "jasio" został liną do drugiego traktora przypiety, żeby jednak nie stracił równowagi. Następnie z pieleszy wyciągnięty został właściciel dźwigu, co by przyczepę na koła postawić. Następnie chłopcy przystąpili do prac ręcznych, żeby te 6 ton rzepaku, któren się na ścierń skiprował, z powrotem na przyczepę wrzucić.
Wsi spokojna, wsi wesoła...
No, spokojna i wesoła, bo nikogo nawet szelest nie doleciał, jak trzech chłopa łopatami śniegówkami ten rzepak  do 2giej w nocy wiosłowało, a potem powtórnie całość przez kombajn przepuszczało, żeby odwiać, co ze ścierni zabrane. Ale, oj tam. Jeszcze by się z nudów chłopu co we łbie porobiło - jak mu te 7 hektarów rzepaku grad wymłócił, to by mu roboty w żniwa brakło.(Mało kto się domyśla, że wymłócony gradem rzepak jest bardziej problematyczny niż niewymłócony. Bo przecież grad łanu nie unicestwił. I nie wiadomo teraz czy te stojąco-leżące sztywne badyle ciąć mulczerem czy kombajnem. I w dodatku parę ton ziarka poszło w glebę. I to ziarko będzie wschodzić sobie przez parę następnych lat, robiąc za chwast w przyszłych zasiewach.)

Pewnego roku myśmy mieli podobną akcję, podczas wypychania ręcznego czubatej przyczepy pszenicy ze stodoły. Wiesio - pijaczyna miał zaczepem sterować, ale się zgapił, przód zrobił za duży skręt, koło weszło pod spód i pszeniczka się skiprowała. Dodatkowo przyczepa była wywrotka i zdjęło pakę z ramy. Rozrywki było na kilka par rąk, pare godzin i trochę sprzętu. Na szczęście pszeniczka poszła nie na ścierń, a  na ubitą glebę. A jednego razu skiprowało mi się z przyczepy Dziecko, dziecięciem jeszcze będąc: po otwarciu przez tatusia tylnej burty zjechało na ściernisko z resztką słomy będącej na przyczepie. Niskopodwoziówka to była, do gleby blisko, słoma zrobiła za materacyk i Dziecko wstało nawet radosne, że tak fajnie mu się udało zjechać.

Z rolniczych rozrywek niegroźnych - "drift" trzydziestką w wykonaniu mojego, 14-letniego wówczas, Dziecka. Ciekawe czy "Jasiem Jelonkiem" by się  udało takie kółeczko wykręcić..

Przy pracach polowych zdarzają się akcje różne. Dobrze, jeżeli nikt nie ponosi przy tym szwanku na zdrowiu, a kończy się conajwyżej dodatkowym nakładem pracy. Ale bywa i tak, jak się to pewnemu panu zdarzyło, na betonowym gumnie zgubić z traktoru pomocnika najemnego a następnie go wielkim kołem przejechać. Oczywiście pomocnik nigdy już nie powstał po tym przejechaniu, a trauma faceta jest dożywotnia. Od tamtej pory,  zanim ruszy,   kilkakrotnie sprawdza czy drzwi są zamknięte i na alkohol nawet nie spojrzy, choć trzeźwy był wtedy, jak dzika świnia na zakręcie.

piątek, 21 lipca 2017

potyczki

raczej nie, że "walki", ale bardziej, że "potykanie się". O te różne bezduszności, bezhołowia, wdupiemania.

We w środę wyjęliśmy Starszego ze szpitala. Niby go już wyleczyli, Starszy dzwonił, że wypisy są tam około 14-tej. No to Dziecko zostawiło swoje, niecierpiące zwłoki, tematy agro-moto i pojechaliśmy, żeby być tak trochę wcześniej. Bo jakby tak salowa koniecznie już, na ten tychmiast musiała pościel zmienić, bo łózko potrzebne, to żeby nie musiał na korytarzu w piżamie siedzieć. Na szczęście salowa nie musiała. Tymczasem druga minęła, a nawet trzy kwadranse na trzecią, jak sobie o Starszym przypomnieli i zawołali go na "echo". Raptem, od rana! Ostatecznie wypis był gotowy na 15.30. Złapaliśmy te papiery i pomknęli autostradą do domu (U nas jest nieoficjalny zjazd z autostrady, na taką drogę techniczną. Super sprawa bo podróż do Rz odbywa się szybko, łatwo i przyjemnie - bez świateł, korków, radarów i chłopców radarowców na drodze co kawałek. No i tak trochę cywilizacją bardziej tchnie. I ta przestrzeń wokół!) Już nie zawracaliśmy sobie głowy aptekami, bo Dziecko było poumawiane tu i tam i zegar go gonił.
Aptekę zostawiłam na następny dzień.
Pojechałam do miasteczka wieśbusem - lampa potworna i wata w powietrzu. I w aptece babol kolejny: okazało się, że recepty są wypisane na 100% odpłatności, chociaż Starszy ma pewne zniżki z racji choroby przewlekłej, a 2 leki ma za zero z racji jw plus wiek.  I tu już nie kumam całkiem, jak to się odbywa w dobie komputeryzacji, systemów informacji medycznej, ewusiów i innych takich oraz pełnej dokumentacji leczenia  posiadanej przez szpital w wersji papierowej takoż. Stanęło na tym, że wykupiłam tylko połowę ilości jednego leku - do końca miesiąca starczy, a potem Starszy pójdzie do rodzinnego po receptę. (Pozostałe miał w wystarczającej ilości, ten jeden był nowy)

W międzyczasie zadzwoniła taka jedna Justynka w temacie śmietanki koziej. Na dzisiaj udało mi się uzbierać mały słoiczek, taki 150ml, tej śmietanki. (W kwestii wyjaśnienia dla niewtajemniczonych, a posiadających legendarne info na temat koziego mleka: to od zwykłej kozy wcale nie jest dużo bardziej tłuste niż krowie. I co gorsza tę tłustość z siebie, w postaci śmietany, bardzo opornie wydaje. W ogóle jest bardziej oporne na przemiany niż krowie - np. nie udało mi się żeby się zsiadło z własnej woli, zawsze dodaję pojemnik zsiadłego krasnystawskiego na zaczynek. Ale za to twarożek potem ma wszystkie twarożki pod sobą!)
A co z tą śmietanką? Justynka robi z niej maść dla męża, który ma jakieś zmiany skórne na odnóżach krocznych. Nic na te zmiany nie pomaga, jedynie ta maść z koziej śmietanki.
Maść powstaje w banalny sposób - po prostu się śmietankę "upraża" w rondelku do zagęszczenia, mniej więcej o połowę objętości ją kurcząc.
Osobiście tej maści nie robiłam, ale używałam słodkiej śmietanki w innym celu ze skutkiem zadziwiająco pozytywnym. Otóż udało mi się na stare lata zdurnieć na tyle, że "spaliłam" sobie plecy. Pamiętając z przeszłości doskonale, że zawsze wtedy, gdy jest słonecznie, a słońca się nie czuje, przebywanie na słonku na gółkę grozi oparzeniem. Co udawało mi się przerabiać np na kajaku lub grając w siatkówkę na plaży. Stosowało się wtedy różne recepty ratujące przed spaniem na wieszaku, które lepiej lub gorzej "raka" łagodziły, ale po jakimś czasie zawsze się "liniało". Tym razem zastosowałam maść nagietkową, bo nic innego nie miałam. Ponieważ działała średnio, więc zebrałam śmietankę i tą śmietanką posmarowałam plecy. Efekt łagodzący ból i pieczenie był natychmiastowy. A dalszy taki, że nie było żadnego "linienia", choć przy tym stanie poparzenia było gwarantowane, nawet grubą warstwą. Na pleckach pozostał piękny równomierny brąz.

Potykania się ciąg dalszy, bo dziś od rana brak wody. Dla kóz przyniosłam od sąsiada, a  w czajniku posucha. Dobrze, że na półce parę butelek mineralki, więc się nie odwodnimy, ale z niej kawy nie zaparzę, niestety. Susza kranowa mnie zaskoczyła, bo wszystkie wiadra spożywcze zajęte kiszonkami. W ogóle niefrasobliwość jakaś taka wylazła: zero zabezpieczenia na wypadek "W", żadnych balonów z wodą, zapasów zapałek (chociaż tych akurat dwa pudełeczka mi się w spiżarce walają, promocyjnie dodawane do zniczy), baterii, latarek, sucharów itp.
Sąsiad, po zaprowadzeniu wodociągu utrzymał sprawny hydrofor. U nas hydrofor rdzewieje w zakamarkach hadesu - nie było sensu się o niego troszczyć, bo studnia straciła wydajność -ostatnie miesiące przed wodociągiem to była szkoła przetrwania - hydrofor ciągnął błotnistą ciecz (mimo wcześniejszego czyszczenia studni), której używałam do mycia po przefiltrowaniu przez gruby ręcznik i przegotowaniu. Po wodę do gotowania latałam z wiadrem do sąsiada. Teraz czasem czerpiemy z niej wodę (w ubiegłym roku do podlewania grządek, w tym roku rusztowanie mi zabrania latania z bańkami), ale napełnienie jednego opryskiwacza skutkuje wyczerpaniem studni. Poza tym nie odważyłabym się tej wody napić, ani nawet w niej umyć.W podobnym stanie jest większość wiejskich studni.Tak się porobiło, że w jednych miejscach wody ubyło (studnie, sadzawki), za to przybyło w innych (np na łąkach, gdzie jeszcze niedawno siano zbieraliśmy teraz trudno wjechać traktorem, nawet w suszę)

Za oknem upał już kolejny dzień. Psie zezwłoki porozrzucane po podłogach, przekraczać trzeba. Nawet koty się nie parapetują tylko pokitrały się po kątach. Cisza. Sąsiadka pokneblowała bliźniaki i trzyma je związane w piwnicy. Albo leżą zezwłokiem jak moje psy. Kombajnów nie słychać, traktorów nie słychać, bo w pobliżu prawie sama kukurydza. Żniwa rzepakowe w pełni, a i zboża już też miejscami zaczynają kosić. Niebawem przyjdzie pora na mój owiesek.


wtorek, 18 lipca 2017

do przodu

 choć trochę do tyłu.


Znów mnie nieco wcięło, ale teraz mam usprawiedliwienie: Od wtorku Starszy jest znowu w klinice w Rz. Na oddziale intensywnej terapii kardiologicznej. Znalazł się tam z nagła, po wykonaniu badania "echo" serca i konsultacji z prowadzącym go profesorem. Okazało się, że ilość płynu w osierdziu znowu wzrosła i najlepiej się położyć i najlepiej od razu. No to się położył z marszu. A ja miałam nieco latania  w celu zabezpieczenia podstawowego wyposażenia, resztę dowoziłam na następny dzień. Czwartek  odpuściłam, bo lało w ziąbie, a w piątek miał punkcję poślizgniętą z czwartku, no i leży sobie na "eRce". Nie wygląda najgorzej, tylko monitor ma podłączony i kawałek rurki mu z klatki wystaje. W sobotę odwiedzała go Najważniejsza, która wzięła  przepustkę na sobotę i niedzielę z onkologii  - miała wrócić na 14tą,a dziś ma mieć kolejną dawkę chemii. Coś napomykała, że sobie odpuści, ale jednak się zdecydowała, co jest zrozumiałe. Najbardziej martwiło ją to, że znowu wyłysieje, a już po poprzedniej sesji zdążyła obrosnąć na tyle, że może pokazywać się bez peruki.

.............................................................................

Zaliczyłam Rz. w celu nawiedzenia chorego. Starszy jeszcze na eRce się znajdował, ale w trakcie mojej wizyty został przeniesiony na zwykłą salę. Upolowałam jakiegoś doktóra, coby wypytać o leczenie i rokowania. Wnioskuję, że jeszcze jakieś 3 dni  go potrzymają. A co potem, to nie wiem, bo Starszy mi się nie bardzo podoba. Słaby, kiepski i wygląda ogólnie jak dupa na lewą stronę.
Wróciłam przez P. Z powodu iż wsiadłam do pierwszego lepszego busa, który jechał w tę stronę. Bilet na G. mi sprzedał, o czym okazał się bardzo mocno pospieszny i przystankami po drodze nie bardzo się przejmował. Czytałam książkę na wszelki wypadek, żeby nie widzieć co wyprawia na szosie. I jak podniosłam głowę znad tej książki to już był wypiek chleba w R. A chwile potem Orlen przed P. Dobrze, że w P. zapytałam, gdy stanął na światłach na głównym skrzyżowaniu, czy zajeżdża tam, gdzie wszystkie prywatne komunikacje, bo dojechałabym do J. A tak podreptałam na dworzec PKS i wróciłam wieśbusem. Tym razem "nie ma tego złego" się sprawdziło. Bo i chleb kupiłam i nóg oszczędziłam wysiadłszy pod domem prawie zamiast kilometrowego marszu od szosy.
Zmęczona byłam tą podróżą bardziej niż po sianokosach, ale przed padnięciem na pysk musiałam jeszcze parę rzeczy zrobić, działając bardziej siłą woli niż siłą fizyczną.

A poza tym jesteśmy trochę do przodu, bo w piątek po południu Dziecko się zawzięło i wykosiło busz w sadzie mulczerem. Nie obyło się bez wyrazów strasznych, bo manewrowanie traktorem między drzewami skutkuje ściągnięciem dachu tudzież urwaniem świateł. Dziecko stanowczo zagroziło, że ostatni raz traktorem kosi i "rób sobie co chcesz". Resztę wykosiło spalinówką w sobotę i w końcu "wygląda jak u ludzi" (U "ludzi" wygląda znacznie lepiej bo mają traktorkokosiarki i koszą co 3 centymetry). Oprócz tego dostałam ostry opeer za to, gdzie posadziłam śliwki. Przy czym, niestety, Dziecko miało świętą rację, bo zrobiliśmy to idiotycznie, co już się okazało, przy próbach  manewrów traktorem na grządkach. A jak te śliwy urosną, to dodatkowo będzie cień na warzywkach. Czyli trzeba przeflancować, póki młode.


No i mamy wreszcie luk na plantacje. Na pierwszym planie pies ogrodnika, na drugim sporne śliwy, na trzecim moje uprawy, a w tle kukurydza dzieckowa. Z której to kukurydzy wyłania się czasem jakieś płowe bydlątko i konsumuje zawartość moich plantacji. Pomidory rosną głównie TU, ale też i ÓWDZIE, a nawet "TAM I SIAM', ponieważ mam mnóstwo samosiewek. Zobaczymy co z nich wyrośnie.


A tak wygląda nasza "ścieżka spacerowa": po lewej ququ, po prawej ququ, aż po horyzont, który się jakoś podniósł nieco. A z brzegu moja kapucha, którą musiałam ograniczyć, bo płowym bydlątkom posmakowała. W tej chwili już częściowo usunięta, a dokładnie - przemieszczona z pola do domu.


I zmieniła stan skupienia, przy pomocy tej oto szatkowniczki, która ma wszystkie szatkowniczki pod sobą. Służy mi niezawodnie już kupę lat, noże są ostrzalne, bo nie ma to jak porządny polski produkt. Stan wizualny jest jak widać, ale po tej ilości pokrojonych warzyw wszelakich, w tym buraków dla kóz, trudno wymagać bielszego docienia bieli.  


Za oknem mam efekty akustyczne. Tym razem zróżnicowane nieco: zaczęło się od podkaszarki bladym świtem, a potem podkaszarka ustąpiła głosu bliźniakom, które babcia przywiozła (albo babci przywieziono) na wywczas. Bliźniaki nie mówią, potrafią natomiast wrzeszczeć, w dodatku cały czas w górnej oktawie, tak, że świdruje w uszach. Na tle innych sąsiedzkich dzieci są wyraźnym ewenementem. Jak dotąd jeden raz babcia powiedziała "nie wolno", a ani razu nie kazała im się zamknąć. Ciekawe, jak ona to znosi, zwłaszcza, że jest nauczycielką, bo dla mnie szkolny wrzask był tak jakoś jakby w tle i nie drażnił, natomiast poza szkołą miała być cisza. 
Zagłuszają nawet traktory, które nagle zaczęły być aktywne, bo rozpoczęły się żniwa rzepakowe. Na razie nieśmiało, bo pogoda durna, a rzepak musi być suchy bardzo do kombajnu. A potem będzie dłuuuga cisza w polach, aż do października-listopada, bo w tym roku mamy tu tylko rzepaki i kukurydze.

Słuchawki albo stopery.








piątek, 7 lipca 2017

Uzyski

Coś tam urosło, zaowocowało i dary boże nie mogą się tak całkiem marnować. No to pojechaliśmy lambordżinim do sadu. Starszy dostał polecenie wziąć stołek i obrywać czerwone porzeczki, a ja miałam zrywać wiśnie. Skończyło się na tym, że "kazał pan-musiał sam". Starszemu szło tak niemrawo przy tych porzeczkach, że w poszłam mu pomóc. Niewiele tego było, z 5 litrów może. Ostatecznie  stołek Starszego, który był jego pożal się boże rękodziełem, zgubił nogi i Starszy wylądował w trawie. Dobrze, że miękko i niewysoko oraz się z uwolnionymi nogami rozminął i żadna mu się w nic nie wbiła. Pozbierał się jak żółwik i pomagał mi z tymi wiśniami. Gałązki trzymał, bo ja kurduplem jestem i wysoko nie sięgnę. Zwykle na wiśniobranie wybieraliśmy się traktorem z przyczepą i rwałam z przyczepy. czasem z samego traktora stojąc na masce, na co Dziecko strasznie dziób darło, że pozaginam. Tym razem traktor stał z zapiętym opryskiwaczem, a na przyczepie znajdują się dwa mauzery. Te mauzery w zasadzie by bardzo nie przeszkadzały, ale odpinanie opryskiwacza mnie nieco przerasta, bo zbyt wiele gimnastyki wymaga, w tym przeciskania się na wciągniętym brzuchu między błotnikiem a zbiornikiem i skłonów pod śrubą rzymską, by wypiąć "przekaźnik mocy".
No to Starszy trzymał gałązki a ja obrywałam. W pewnym momencie na jakąś góreczkę pod stopami natrafiłam, co mnie  ucieszyło nieco. Ale tylko na chwilę, bo góreczka okazała się mrowiskiem i natychmiast jego zawartość przeniosła się na moje nogi. Ostatecznie uzysk wyniósł około 10 litrów, co jest wynikiem nader mizernym, albowiem w najgorszych czasach bezwiśniowych  minimum 2 wiadra przerabiałam.
Wszystkie te wiśnie wydrylowałam, drylownica zresztą, czego normalnie nie robię. Zwykle dryluje paluchami, siedząc z tymi wiśniami na schodkach przed domem. Tym razem było zbyt zimno na siedzenie na schodkach, a w kuchni paluchami drylować się nie odważyłam - wyobraziłam sobie mycie potem ścian, szafek i wszystkiego wkoło i wyjęłam drylownicę. I tak się jakiś krwawy rozbryzg pojawił na kafelkach obok zlewu, na wysokości mojej kostki. Złośliwość przedmiotów martwych.

W ogóle jakaś złośliwość w przyrodzie panuje straszna - np. leje ni stąd ni z owąd, nie wiadomo z jakiej chmury i skąd się ona nagle wzięła: któregoś dnia skończyłam właśnie wieszać drugie pranie na "balkonie" (pierwsze już dość podeschnięte było, bo ostro duło), jak wzięło i lunęło. I to tak, że zaniechałam lecenia i zbierania. Poszłam za sąsiadką z Górki, panią Marysią, która na hasło "Pani Marysiu, a pranie?", wzruszyła ramionami i pokazując palcem w górę rzekła "Kto zmoczył, ten wysuszy". Świnte słowa, pani Marysiu!
Dziecko się wzięło za koszenie stepu akermańskiego. Najpierw się kosa zezłośliwiła, bo próbnie odpaliła, po czym wzięła zdechłą i domówiła współpracy. Ale dziecko zawzięte było, skoczyło do kolegi po jego sztila. I jak tego sztila odpaliło, to znowu lunęło. A Dziecko kosiło, a z góry lało jak z cebra.

Na pocieszenie pojawiła się taka "Brama do Raju"

Wczoraj postanowiłam kozi pedikiur uskutecznić, bo już tupało na poddaszu, że za długo nie cięte i jeszcze się weźmie i coś narobi z tymi rapetami. Pogoda wydawała się akuratna, bo jak z psami poszłam to w dresówce musiałam. Ale jak tylko Andzię przypięłam u ściany to zaczęła się taka lampa, że wodę do szorowania pazurów mi podgrzewało w misce.Andzia jeszcze jako tako dawała radę, bo ogólnie biała, ale czarne małpię ziajać zaczynało, gdy kończyłyśmy. Co jej zresztą nie przeszkodziło, po wpuszczeniu za płotek (bo na rozkładzie było sprzątanie apartamentów, czyli akcja "gie"), pójść matriksem i z łbem do Andzi. Ale je za tym płotkiem nieco przysmażyło, bo jakoś nie wymyśliły, żeby pójść tam, gdzie cień, tylko się w pełnym słońcu naparzały łbami. Tak, że dały się grzecznie zaprowadzić z powrotem, jak skończyłam i nie było matriksów z ochrona kwiatostanu na podwórku. (Wandal już usunął jedną pelargonię z doniczki. A jakowyś chabaź w innej tak jej się spodobał, że się w kotka i myszkę zabawiała ze Starszym, który rzucił się bronić kwiatostanu własnom piersiom).
A najbardziej mnie cieszy, jak lunie natychmiast po tym, jak skończę wynosić te parę wiader wody, by podlać kwiatostan doniczkowy i gruntowy. no, bo przecież tę trochę ruchu potrzeba dla zdrowia? A nie tak siedzieć na tym krześle i pilnować się, żeby z niego nie spaść. Bo niestety tak bywa często (np. wczoraj), że nawet siedzi się z trudem. Więc się człek sam kolanem wypycha, żeby się ruszyć i coś podziałać, bo siedzenie jest niebezpieczne dla życia i zdrowia.

Kwiatostan doniczkowo gruntowy. Nie ma tego wiele, ale cieszy oko.

I jeszcze taki chabaź. Może ktoś wie, co to. Dostałam sadzonkę. Miało być "takie kwiatko w paski" - rozumiałam, że jakaś surfinia, czy cóś. Tymczasem toto wydało w końcu w bólach jedno "kwiatko" na czubku i ono wygląda jak pomarańczowa gerbera.

Wieczory są tak zimne, że siadam do filmoteki w kocyczku. W mieszkaniu oczywiście, przy uchylonym oknie - nie na jakowejś werandzie, czy czymś takim. Świat nie widział, żeby o tej porze roku coś takiego. O tej porze roku sypiało się pod samym prześcieradłem, bo kołdra parzyła o ile udawało się w ogóle zasnąć. A bywało, że noc spędzałam nad Czarną, która leżała, jak skóra z diabła, bliska wyzionięcia ducha i okładałam ja mokrymi ręcznikami  (teraz wymyślili jakieś maty chłodzące dla psów)
(Chyba muszę Klementynie tez pedikiur zrobić bo przylazła właśnie na kolana, złapała fazę i udeptuje mnie łapkami, pomruk z siebie wydając. Nie do końca to przyjemne jest, bo ma strasznie ostre te pazurzyska, a wiadomo, że przy udeptywaniu to jest wystawiam-chowam, na zmianę. Niby cięte miała niedawno, na okoliczność ewentualnych ataków obronnych u weta przy sterylce, ale  urosły. Cięłam na wszelki wypadek, pomna tego, jak koteczek Areczek wyskoczył pani wetce przy próbie wkłucia się w żyłę i wylądował na moim ramieniu wbijając w nie szpona na cała głębokość - myślałam wtedy tylko o tym, żeby tak pozostał i żeby mi się udało wyjąć tego szpona z dziury. W innym razie pewnie by interwencja pana od cerowania była potrzebna. Na szczęście został, a pani wet przypomniała sobie o torbie do aresztowania kota, z której wystaje tylko łepek oraz można wyjąć dowolną, pojedynczą łapkę. )
Jak jest lampa - pomiędzy zachmurzeniami i deszczami i nic się nie da robić, to mogłabym sobie na "balkonie" posiedzieć, w cieniu wisterii. Ale nie mogę. Bo sobie ptaszki gniazdko uwiły i moja obecność bardzo im przeszkadzała. Więc sobie poszłam precz. Chociaż teraz zdaje się już mogłabym, bo Starszy zaobserwował, że szpaki jakieś akcje przy tym gniazdku wykonywały - albo wybrały jajka, albo pisklęta.

Gniazdko w wisterii

I drugie, też już puste, w podkładce pod chomąto, która wisi u wejścia do stodoły. Wkładam do niej sznurki od słomy, coby były pod ręką a pod nogą się nie walały. Ostatnio zawieszałam na haku u kóz, więc ptaszyny miały spokój.


sobota, 1 lipca 2017

czarna dziura

mnie wessała. Momentami wypuszcza. Ale to co widzę, jak wychynę, nie zachęca do wychynięcia. No to się tak przedzieram wbrew, bo muszę.

A wszystko to z powodu trawnika. Zaraz, jak tylko trawa mogła urosnąć to urosła i złapałam się za kosiarkę, żeby nie urosła jeszcze większa. Zimno nie było za bardzo, ale wiał bardzo zimny wiatr. Jak się kosiło, to ciepło było. No i jeszcze potem ciepło było trochę, więc się nie ubrałam. Skutki zaćmienia są daleko idące: najpierw przez tydzień było powiedzmy przeziębienie. Potem jakaś paskudna angina (pomysleć: przez 35 lat trzaskałam dziobem na wyższych decybelach i nigdy mnie gardło nawet nie skrobało. A teraz? Angina! Brak ćwiczeń?) Potem byłam jak skóra zdjęta z diabła i wyżęta. Ruszanie ręką czy nogą było pod dyktando tego co niezbędnie muszę. Ruszanie szarymi komórkami w celu spłodzenia jakiegoś tekstu przechodziło także moje możliwości.
Kiedy początkiem maja sąsiedzi siali i sadzili, ja byłam w stanie tylko przesnuć się drogą z psami w zwolnionym tempie. Za zakładanie plantacji zabrałam się dopiero 15 maja i zajęło mi to 3 dni. Otoczenie pocieszało, że nie ma czego żałować, bo "w ciepłą ziemię..." itepe, itede. Rozsadę pomidorów, częściowo produkcji własnej, częściowo - Najważniejszej, miałam fatalną. Sadziłam toto na wqrwie najwyższym i bez przekonania. A raczej z przekonaniem, że szkoda mojej pracy, bo i tak nic z tego nie będzie. I, niespodzianka! Chlasnęłam toto raz miedzianem a potem drożdżami i pomidory są na cud.
W uprawach parę sukcesów i parę porażek:
marchew posiana z taśmy nie wzeszłą zupełnie, posiałam drugi raz z palca
buraki schodziły różnie, ostatecznie się namyśliły
z cebulą z dymki jakaś porażka, czyżby też ptaki dymkę powyjadały?
bób schodził przez miesiąc, tzn wschodził sobie systematycznie, tak ze jeden już duży, a inny dopiero wylazł
dynie podobnie, z tym, że niektóre zrezygnowały
truskawki posadzone początkiem kwietnia z sadzonek frigo wyjątkowo odmówiły współpracy - zawsze takie sadziłam wiosną i zawsze miałam z nich owoce już w tym sezonie. Tym razem owoce występowały pojedynczo. Krzaczki rozrosły się bardzo słabo, choć na jesień dostały kozie gówienko, a wiosną, pod agregat truskawkowy nawóz. Poprzednia "plantacja", założona na świeżo zaoranym ugorze, "na pusto", spisała się znacznie lepiej.
Ale nie jest całkiem źle. Ogórki posiane nie zeszły prawie wcale - w 12 metrowym rzędzie tylko 3 krzaczki. Natomiast te posadzone z rozsady rozrosły się pięknie, już owocują i właśnie pierwsze wiadro kwaszeniaków zostało nastawione.
Posadzone wiosną drzewka się przyjęły. Nawet te dwie winorośle, które pięknie dawały rade, a potem zostały ścięte wielkoponiedziałkowym mrozem odrodziły się. Ale wisteria nie zakwitła. No i orzechów nie będzie. Co ma tez pewne plusy dodatnie. Nie będzie też antonówek i renet. Wiśnie występują pojedynczo oraz natychmiast robaczywieją (kto dawniej widział robaka w wiśni?!).
Skutki mojej kwietniowej niemocy są fatalne. Ogród przed domem jest w takim stanie, że nie wiem ile teraz czasu i pracy trzeba będzie włożyć, żeby doprowadzić go do wyglądu.

Teraz  wygląda jak stepy Akermanu.

Jak się już nieco ogarnęłam, to trawa była za duża na kosiarkę. Zwykła kosa nie chciała się tego czepić, bo trawka wiotka jakaś idiotycznie. Któregoś dnia się Starszy zawziął i część skosił kosom z rosom. O, tam po lewej coś widać. A reszta to jest massakra wyschnięta na pniu i przerośnięta powojem, który normalnym trybem był zwalczany w zarodku. Dziecko zadeklarowało, że dziś przyjedzie i skosi spalinówką. Ale dalej nic z tego, bo od rana leje. Wczoraj się nadłamałam nieco patrząc na to.
Na pierwszym planie jest mój ziołowy ogródek, w którym się melisa rozrosła strasznie, nie wiadomo skąd się wziąwszy. To te kępy po lewej. Po prawej jest czarcie ziobro, które już się zbiera kwitnąć. A kwitnie lawenda. Kozy dostały ziołowe wiąchy lawendowo-miętowo-szałwiowe, dla poprawy klimatu i much odstraszania. Już nawet Wanda się zapędzała jedną zeżreć, ale uratowałam.
Przedwczorajsza, piętnastominutowa burza strat nie narobiła wielkich. Lipa się oparła (Wciąż się boję, że przy którejś burzy poleci, bo leciwa już nieco, miejscami ma dziuple na przestrzał. A jak poleci to na druty i wtedy będzie katastrofa. Na razie nie ma opcji wycinania. Lipa ma wartość sentymentalną dla Starszego, dla mnie zresztą też, a formalnie nikt nie widzi żadnego zagrożenia z jej strony. No to niech stoi i huczy lipcem.)
Natomiast w sadzie wichura ułamała dwa pomniejsze konary z orzecha i cały czubek z drugiego "cesarza". Co zauważyłam dopiero wczoraj, podczas wieczornego spaceru z psami, ponieważ ułamany konar wisi na drzewie. I w dodatku bez piły ściągnąć się go nie da. Ale to pchła, w porównaniu z tym, co te burze naszkodziły gdzie indziej. Gradem gdzieś rzucało strasznie, bo Dziecko pojawiwszy się na gumnie, zakręciło bączka autem i pognało popatrzeć na kukurydzę. Czy stoi. (Dziecko posiało w tym roku 8ha kukurydzy. Włożyło w to do tej pory 10 tysięcy dutków, a to jeszcze koszty nie wszystkie, bo kombajn dojdzie i zwózka.) I tak to jest z tym dyrektorowaniem pod chmurką - czasem bywa, jak w ruskim banku - wkładasz-nie wyjmujesz. I w dodatku  nie do końca masz wpływ na to czy wyjmiesz i ile, bez względu na zaangażowanie.

A dziś Światowy Dzień Psa.

Na tę okoliczność przedstawiam Borysa:

Białe wróciło na Górkę. Tym razem nie jest to rodzima rasa, chociaż też pastuch, tyle że słowacki. Rośnie jak na drożdżach i momentami udaje pomocnika mechanika. No, a potem wygląda właśnie tak, kiedy się zmęczy i legnie w smarach.



PS.
Dziękuję Wam wszystkim, którzy tu zaglądaliście, mimo ciszy w eterze, za wytrwałość. Pozdrawiam.


czwartek, 23 marca 2017

pieszo

już kwiatki za nią spieszą
Już trawy przed nią rosną
I szumią –Witaj wiosno.

Takie stokrotki pospieszyły u sąsiada na trawniku. A u drugiej sąsiadki juz od dawna śniezyczki, przebisniegi, ciemierniki i rannik (chyba)

Się jakoś zagapiłam. I przegapiłam. Właściwie przyszła 20.03. o godz.10.29. Ta astronomiczna. Nie powiem. Miała ostre wejście. Ale takie raczej mało wiosenne. Bo duło parszywie, po niebie się czarne przewalało, co i raz znienacka siekąc mżawką w poziomie. Ale po prawdzie, w tak zwanym międzyczasie, przyświecało słoneczkiem i jakimś ciepełkiem ciągnęło.
Że kalendarzowa -też mi jakoś umknęło.  Zaskoczyłam dopiero na pkpstejszyn, gdy wybierając się do wojewódzkiej metropolii, ze zdziwieniem niejakim zauważyłam znajome dziewczę w wieku licealnym, które luzem całkiem wybierało się ze swym menem do metropolii również. Dopiero w pogaduszki się wdawszy zostałam oświecona, że to dzień wagarowicza. W pociągu było więcej takiej młodzieży luzem, ale po mieście jakoś specjalnie się nie snuła stadami, choć wiosna stanęła na wysokości zadania i pogoda była przepiękna.Widocznie młodzież wagaruje aktualnie w galeriach handlowych bardziej niż na łonie. (Zresztą, żadnego rzeszowskiego łona nie zaliczyłam. Może faktycznie na jakiś nadwisłockich deptakach byli. Tylko po co? Rozrywek tam żadnych, a picie pyffka w miejscach może być kosztowne. 500zł zdaje się i teraz już na umorzenie jakiegokolwiek mandatu liczyć nie ma co, nawet jeżeli się nie ma dochodów).
          Do metropolii się wybrałam z powodu tego, że pół roku (?) wcześniej udało mi się po znajomości zarejestrować w polsko-amerykanskiej klinice. Skierowanie miałam na cito, ale panie rejestratorki stwierdziły na podstawie dokumentacji, że mój przypadek się na cito nie kwalifikuje. Na szczęście, jedna z nich to moja była uczennica, dzięki czemu wyszedł mi marzec, zamiast sierpnia.
Druga natomiast pracowała tam chyba z tym - "żebym ja mógł robić to, na co naprawdę zasługuję". I zasługiwała zapewne na coś lepszego. Pacjenci, których przyjmowała w recepcji także zasługiwali na kogoś lepszego niż ona.
Poza tym, nie wiem co tam w tej klinice jest amerykanskiego. Kolejka była zdecydowanie polska. Tyle, że lekarz wywoływał pacjentów, a nie szło się jak się siadło. Relacje bywalców wskazywały na obsuwy nawet dwugodzinne. Mi się udało, poślizg  był jedynie 20-minutowy. I to z powodu przepuszczenia pana w poważnym stanie.
Na razie mam się zgłosić za pół roku. W międzyczasie przestać palić,  wystrzegać się ciężkiej pracy i pilnować cholesterolu.Aha, i żyć spokojnie. Niejaki problem będzie z tymi dwoma pierwszymi punktami. Z tym AHA także, bo spokój, niestety, nie jest mi przeznaczony raczej.
Potem zaliczyłam okulistę. W miasteczku też niby mogłam. Ale. Do tej pierwszej nie pójdę w życiu, nawet za dopłatą - baba chamska i niekompetentna - na recepcie pominęła takie dwa "nieistotne" elementy, jak oś i cylinder (dobrze, że w końcu nie zrobiłam tych okularów, ale pewnie optykowi była znana, bo spojrzawszy na receptę zapytał, czy jestem pewna, że takie właśnie szkła maja być. Jak tak zapytał, to już pewna nie byłam. Zwłaszcza, gdy porównałam receptę z ostatnimi szkłami). Druga - nie. A  w trzeciej przychodni mają zwyczaj traktowania jednakowo pacjentów prywatnych i enefzetowych - tzn. wszyscy przyjmowani są z jednej kolejki zapisowej. Niby z enefzetu też się idzie do lekarza za własne pieniądze, już wcześniej ukradzione z naszego dochodu, na wszelki wypadek. Ale głupcy, co chcą jeszcze ekstra płacić powinni mieć jednak jakieś przywileje.Więc poszłam do wiżyna. A tam lekarz czekał na mnie, a nie ja na lekarza. I trzy razy sprawdzał tę oś, bo mu coś nie grało. Okulary ostatecznie też w tym wiżynie obstalowałam. I okazało się,że mnie stać. Bardziej niż u miasteczkowego optyka, bo wyszło jakoś połowę tego, co mi tu obwieścił w temacie kosztów.W dodatku wrażenia estetyczne jako gratis do okularów - pan, wciąż ten sam od 20 lat i jeszcze z czasem przystojniejszy. Co jest rzadkością rzadką - czas nam zwykle robi brzydkie kuku. ( Dodam tylko, że przystojni mężczyźni służą do tego samego co piękne obrazy - czyli do cieszenia oka. Poza tym, na ogół są przeświadczeni o swojej urodzie, w związku z czym mają natuptane na poddaszu i najczęściej nie nadają się nawet na bliskich znajomych. Jeżeli natomiast taki okaz trafi nam się, jako życiowy partner, będzie nam cały czas dawał do zrozumienia, jak wielkie wyróżnienie nas spotkało. Bo przecież on "mógł mieć każdą". Nawiasem mówiąc, zdarza się, że w takim zadufaniu żyje facet nieco tylko piękniejszy od diabła, jeżeli trafiła mu się zakochana mamunia albo siostrzyczka, która go w przeświadczeniu o jego urodzie zniewalającej utrzymała.) Po odbiór mam się zgłosić za jakieś 10 dni, bo moje szkła są tak skomplikowane, że nie ma opcji zrobienia okularów w godzinę. No to jeszcze jedna wycieczka do metropolii mnie czeka.
         Zanabyte internetem i przysłane błyskawicznie drzewka już dawno posadzone, okołkowane i osiatkowane, coby sarnięta i zajęczęta ich nie napoczęły. Wiesiem oczywiście posadzone, którego specjalnie z gawry wyciągnęłam. Co prawda Starszy coś zaczął mniauczeć, że przecież możemy we dwech te drzewka posadzić. Na co wrzasłam, że niech sobie wybije z głowy własną pięścią. Bo już widziałam, jak on te dołki kopie, a ja zapierniczam z kołkami, guffienkiem i całą resztą. A potem leżę i kwiczę, bo rusztowanie tego nie zniosło. Oraz zabijamy się w międzyczasie w kwestii szczegółów typu: czy ta linia 20cm w prawo, czy w lewo i w czyje prawo. W kwestii szczegółów i tak różnica poglądów nastąpiła, po czym Starszy się obraził i wrócił do auta, obserwować, jak partolimy robotę. (Lambordżinim wywiózł do sadu potrzebne prepitety, ponieważ Wiesiowi na taczkach się tylko drzewka zmieściły i se w nim siedział, bo ziąb był przeraźliwy, tak, że mi paluchy całkiem zesztywniały podczas spinania siatek spinkami prądowymi ogólnego zastosowania) Wiesio obiecał przybyć za dwa dni, coby porządek z gałęziami w sadzie zrobić, ale ma chyba jakąś inna rachubę czasu. Zresztą i warunków na ciupanie patyczków w zasadzie nie było, z wyjątkiem tego jednego pierwszowiosennego dnia.
         W związku z powyższym lenię się nadal. Intelektualnie się lenię nad Przekrojem, który mnie zaatakował w dworcowym kioseczku z prasą. Wielki jakiś taki i grubaśny. Przy bliższym oglądzie okazało się, że się stał kwartalnikiem. Na razie zapoznałam się z nim z grubsza (trudno kwartalnik w dwa dni załatwić, choć właściwie potrafiłabym) i to "z grubsza" mnie nie rozczarowało. W czasach kioskowej prenumeraty teczkowej, gdy Przekrój był krakowski i redagowany Eilem z Ipohorską w tej teczce znajdował się obowiązkowo. A o świąteczną krzyżówkę odbywały się boje. Zresztą i tak kończyło się w ten sposób, że zwycięzca miał w ręku gazetę i ołówek, a rozwiązywało się wspólnie, przy każdym odgadniętym haśle podziwiając własną inteligencję. Potem "Przekrój" się przeniósł do stolycy i stracił ducha. Więc ja straciłam nim zainteresowanie. Pozostało mi jednak zainteresowanie krzyżówkami.Broszurek z krzyżówkami wszędzie mnóstwo, ale gdy się człek na przekrojowych wychował, to trudno go zadowolić. Jeszcze jedynie jolki z rozrywki spełniają wymogi i zabieram je w torebkę, gdy się szykuje jakaś poczekalnia albo podróż koleją. Wygodniejsze niż książka, zamknąć można w dowolnym momencie nie tracąc wątku, a potem w dowolnym momencie wrócić, albo i nie. W każdym razie taka broszurka z krzyżówkami leży sobie na półce i czeka na odpowiedni moment. Zawsze to jakiś sprawdzian na to, czy niemiec już dogania, czy nie.
      Poza tym, wciąż się dziwię, jak to się dzieje, ż eo czymś niby dobrze znanym dowiaduję się raptem czegoś niezwykłego. Co w dodatku nie jest najnowszym odkryciem z przedchwili. Piramida Cheopsa, która przez tyle lat obracałam na wszystkie strony, podstawiając dzieciakom pod nos, jako przykład ostrosłupa foremnego czworokątnego oraz przykład niezwykłej wiedzy i umiejętności dawnych mądrali zaskoczyła mnie absolutnie tym, że jest ostrosłupem ośmiokątnym o podstawie będącej ośmiokątem niewypukłym! Kolejny przykład na to, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W tym przypadku punkt siedzenia był w samolocie lecącym nad piramidami. Zresztą, jak Bolyai z Łobaczewskim przenieśli punkt widzenia z piasków Euklidesa w przestrzeń ponad tymi piaskami to się udało zaprzeczyć piątemu pewnikowi Greka i zmienić kompletnie pojęcie równoległości.
Wobec czego może dobrze czasem na rzeczy kompletnie znane popatrzyć z innej perspektywy i innym okiem?

czwartek, 9 marca 2017

przedwczesna wiosna

nam nastała. Czego właściwie należało się spodziewać. Każdy, kto ze zwierzem gospodarskim ma do czynienia  sygnały o nadejściu odbierał. Z niedowierzaniem niejakim, że to przecież niemożliwe, że za wcześnie. Moja Wanda zaczęła wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy już od początków lutego. Potem się jej nasiliło i około połowy lutego była już obrazem tragedii nawet. Zaczęłam ze szczotką latać, co rozrywką fizyczną było poniekąd, bo Wanda nie wszystko daje sobie szczotkować - jeden boczek owszem, a drugi - absolutnie. Ale się przezwyciężyło i nabrała przyzwoitego wyglądu. (Z Wandą jest śmieszna i nieoczywista historia: Wanda jest doskonale czarna. Na zimę zakłada bardzo obfity podszerstek, który się objawia tylko w dotyku - robi się taka puchata i mięciutka, wizualne zmiany w umaszczeniu nie zachodzą. Natomiast, w momencie gdy zaczyna linieć ten podszerstek okazuje się prawie biały. No i wiszą na niej takie białe strąki - masakra. A jej mama -  Królowa Matka Andżelina ma sierść zupełnie inną - taką "ościstą" i podszerstka prawie nie ma, tylko na zimę jej ta sierść gęstnieje)
 Mimo to, opad szczęki miałam, gdy (dobrze przed końcem lutego) kozi kolega wrzucił na FB świeżo zdjęte żurawie, które przyleciały na jego włości się przywitać. Po czym, następnego dnia zakonotowałam uchem obecność skowronków w polach, a okiem jakąś samotna gęgawę, zabłądzoną od klucza. (Matołem jakimś jestem, bo pomimo tyluletniego obserwowania tych, przeciągających nad głową w te i we wte, kluczy - nadal nie wiem, które  są które. Czyli - które gęsie, a które żurawie)

Jak się wiosna robi, to wiejskiego człowieka nosić zaczyna, że już by może coś zacząć w ziemi grzebać. Na razie jednak rozsądek nakazuje dać sobie na zatrzymanie, bo to są  tylko przedbiegi takie i nie ma co szaleć. Śniegiem może jeszcze sypnąć w dowolnym momencie i ścisnąć mrozem. Wobec czego wykonuje się na razie prace przygotowawcze. Zresztą, ta wiosna wcale nie rozpieszcza nadmiernie, wilgocią z nieba jakowąś ślimaczy, tak, że nawet z grabiami na gumno nie bardzo jest jak wyjść.

Dziecko też w mieście usiedzieć nie mogło i w sobotę zjechało na wieś. Ruchy przedwstępne wskazywały, że z piłą się do sadu wybiera, więc obawy niejakie miałam, co za masakrę tam ma zamiar urządzać. Problem jest w tym, że każdy ścięty przez niego konar jest, w/g Starszego, nie tym, który ściąć należało. W związku z czym przez tydzień po fakcie wysłuchuję dywagacji na temat, z reminiscencjami w dowolnym momencie, po dowolnej ilości lat od faktu. Starszy czterech liter do sadu nie ruszył, żeby nadzorować, natomiast zaczął dyspozycje wydawać pośrednie pt "powiedz mu". Nie miałam ochoty "mu mówić", niech robi co chce, jak stwierdził, że coś zrobić należy, bo wiedziałam, że jak zacznę mówić, to mu sklęśnie. Po czym, wizja lokalna wykazała, że myślał dokładnie jak Starszy i tym razem ściął ten konar jabłoni, który ściąć należało. Co nie znaczy, że i tak Starszy nie stwierdzi, że nie w tym miejscu, co należało, piłę przyłożył.  Ostatecznie, wspólnie z Magdą, prześwietlili dwie śliwy. Magda miała pokazywać, które gałęzie ciąć. I nagle jakiś opór wykazała. Pod tytułem  "a co będzie, jak nie będzie i będzie na mnie". Po czym kazałam jej się przestać wygłupiać i zabrałam tyłek w troki. Dziecka ścięły, co było do ścięcia, pocięły co grubsze i zwiozły. Antonówka moja kochana wreszcie wygląda, jak należy. W sadzie powstał porządek, a właściwie bałagan niemożliwy, bo leżą stosy gałęzi. Dziecko odgraża się, że wypożyczy rębak. Sądzę jednak, że rębak będzie miał na imię Wiesio. Chętny bardzo do pracy jest, bo na razie nikt go do niczego nie woła, a po niedawnym uprzątaniu zimowego dywanika u kóz, mógł się przez dwa dni krezusem poczuć i nawet "dwazłote, pani Iwonu, odrobię" pod sklepem nie sępił. Tyle, że warunków nie ma. Co prawda sąsiad tnie orzechy u siebie i zwozi gałęzie bez względu na warunki. Ale on robi u siebie i dla siebie, a ja jakoś nie mam sumienia najętego człowieka na tę pogodę do sadu wysłać.

Wiosenne działania wyglądają na razie w ten sposób, że wydaję wirtualnie realne pieniądze czyniąc wirtualne zakupy. I wbrew oporom Starszego (a po co, na targu się kupi) w przypadku kupowania roślin, wolę to robić internetem. Rośliny są porządnie opisane, więc mogę zdecydować, którą chcę, w momencie zakupu. Kupując na targu mam co najwyżej etykietkę zawieszoną, i to nie zawsze, więc często zdarza się, że dostaję to co chcę, po czym okazuje się to być czymś zupełnie innym. No i wypadałoby najpierw pracę myślową wykonać i ściągę sobie wypisać, z alternatywą oczywiście. (Już parę razy tak było: zamisat pomidorów lima dostałam betaluksy. Nie kupiłam internetem rózy, jaka chciałam, bo Tatuś skwierczał, więc naziemnie kupiłam, jakiej nie chciałam i teraz nie wiem, co z nią zrobić, bo mi nie pasuje do koncepcji. Może wymarzła?) Tym razem udało mi się Pana Starszego przekonać, bo sensowny sklep internetowy miał promocję na darmową wysyłkę z okazji DK. Odnośnie cen sadzonek też go przekonałam: kupił ub. wiosny dwie czereśnie po 12 zł na targu. Z czego jedna się przyjęła, a druga wręcz przeciwnie, więc go uświadomiłam, że tę jedną czereśnię ma nie za 12 zł , a za 24. A jeżeli internetowe sadzonki są sprzedawane po 18-19 zł w balociku, a nie z gołym, wysuszonym z jeżdżenia po świętach dyszla, korzeniem, to przyjmą się na pewno i będą po tyle, ile na nich stoi. Po czym zamówiłam 2 śliwy i jedną jabłonkę. Starą odmianę, w sklepach nie osiągalną - idared, który jest jabłkiem rewelacyjnym smakowo, choć nie powala wielkością owocu. (I z tego powodu zapewne wycofano je z produkcji towarowej, podobnie jak przepyszną koksę, której od lat już nigdzie nie uświadczy. Przez jakiś moment zamiast koksy pomarańczowej pojawiała się koksa górska, ale i ta znikła bezpowrotnie) Miałam jeszcze ochotę na cesarza wilhelma, bo ten nasz już ciągnie resztkami sił i nawet renowacja by mu nie pomogła, ponieważ ma rakowate zgrubienia nawet na młodych odrostach. Niestety, odpuściłam, bo cesarz ma bardzo długi okres wchodzenia w owocowanie 8-10- lat, więc nie wiem, czy bym spróbowała jeszcze. (No, co? Nie mogę posadzić jabłoni z myślą o sobie, a niekoniecznie tylko o potomnych? Zwłaszcza, ze nie wiadomo, gdzie ci potomni ostatecznie się ukorzenią). Po czym przybyło Dziecko i stwierdziło, że trzeba było więcej. Wobec czego nabyłam jeszcze jedna śliwę, jeszcze jedną jabłonkę i dwie winorośle, które nie wiem na razie, gdzie się posadzi, bo wypadałoby koło domu. I już ostałam mejla od firmy, że kompletują moje zamówienie. Bardzo ładnie z ich strony.
Kupiłam też 100 truskawek. W szkółce, w której już kupowałam i wiem, że producent jest solidny, kitu nie wciska. W dodatku, gdy poprzednim razem omyłkowo wysłał mi nie tę odmianę co zamawiałam (zamawiałam 4 różne, z jedną się pomylił), to dodatkowo dosłał, darmo zupełnie, tę pomyloną. Czego ani się nie domagałam, ani nie oczekiwałam.  Truskawki kupuje już nie wiem, który raz, bo ich plantacja jest krótkoterminowa. Po trzech latach powinna w zasadzie zostać zlikwidowana i nasadzona nowa, w innym miejscu. Nasadzanie z rozłogów pozyskanych z własnych krzaczków uważam za niepotrzebna parę w gwizdek - bo efekty nigdy nie są zadowalające. Trzeba by tego mocno pilnować, ciąć rozłogi natychmiast za pierwszą sadzonką. Zabawy kupa i zwykle na tę zabawę czasu brak. A jeżeli 25 sadzonek przyzwoitych, ukorzenionych pięknie, można nabyć za paczkę fajek, to chyba jednak na prawdę szkoda zachodu.  Teraz jeszcze należy nabyć włókninę i szpilki, oraz siatkę i kołki do drzewek, coby zające nie zeżarły. Bo te skurczybyki długouche i szybkobieżne, nie wiem czemu, największe szkody w drzewo i krzewo-stanie robią wiosną, kiedy innych różności mają pod dostatkiem.

Pomidory już posiane. Nie wiem, jakie będą efekty, bo po raz pierwszy sieję z własnych nasion. Nic straconego, najwyżej kupie rozsadę. Nie planuję takiej ilości, jak w ub. roku. Z czym będzie pewnie problem niejaki, bo Najważniejsza też posiała. Oczywiście, co sama chciała.I oczywiście nie obejdzie się bez kwasów Starszego, że lekceważę wkład pracy jego siostrzyczki. Jantar by się jeszcze przydał, bo jest pyszny, ale nie mam nasionek. Może uda się nabyć ze dwa krzaczki. Wystarczy, bo jantar jest żółty, więc na kromkę i do sałatki. Ogórki zamierzam w tym roku posłać w niebo. Omawiałam temat z kozim kolega, który jest dodatkowo ekologicznym plantatorem ekologicznych warzyw i od niego uzyskałam instrukcję. Bo przecież w szklarniach  nikt nie zaściela gleby pędami ogórków, tylko je właśnie posyła w niebo, co w dodatku jest dla nich zdrowiej, bo przewiew mają, więc choroby grzybowe maja trudniej. No i stwierdziłam, że nierealne, bo nie mam sił, głównie, na takie rozwiązania. Po czym sprawę przemyślałam, że przecież nie muszę zakopywać słupa, mogę postawić "dwunóg", a na to siły znajdę.

Dziś mam zamiar posiać cebulę. Właśnie Księżyc mówi, że liściaste siejemy dziś, a po pierwsze Księżyca należy słuchać (bo jak przypływem i odpływem rządzi, to pewnie coś w tym jest, co gada), a po drugie cebula wszak liściasta. W lokalnych marketach był problem z glebą, bo jeden jeszcze nie zaskoczył, w związku z czym drugi już wysprzedał. Na końcówkę się załapałam i to mi póki co wystarczy. Może w końcu cebulę będę miała, jaka chcę, a nie jaka dymka w sprzedaży, bo tam w najlepszym razie wolska.

Poza tym, w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam Krosno. W związku z ciągiem dalszym sprawy. W której postęp się zaznaczył pewien. Mimo to Krosno nadal mnie nie zachwyca, a raczej wręcz przeciwnie: okolice dworca jak z pradawnego peerelu, a nawet jeszcze gorzej, bo to co w peerelu kwitło teraz płachtami pozasłaniana ruiną. Dziwne jakoś, że włodarze nie zajarzyli dotąd, ze to właśnie dworce są wizytówką miasta, bo poprzez nie pierwszy kontakt przyjezdnego z miastem.A tam, mimo wszystko ten kontakt jest dość liczny. Na co wskazują też bardzo liczne , ohydne budy z fastfudami, które np. Rzeszów już dawno z okolic dworca wywalił, a ostatnio zauważyłam, że nawet Sanok. No bo z tego Krosna wracałam przez Sanok. W Krośnie bowiem, w pobliżu sądu, a więc w samym centrum miasta tzw. knajpy żadnej wzrokiem nie stwierdziliśmy. Żeby wrócić w to samo miejsce należało przejechać conajmniej 5 km w koło, napotykając co i raz na idiotyczne ronda w niespodziewanym miejscu, wyglądające jak dekiel od studzienki kanalizacyjnej pomalowany na czerwono, bez żadnych poziomych oznaczeń. Co było na tyle odrażające dla mojego Brata, będącego ""starym" kierowcom, co niejedne europejskie ścieżki pokonywał  (ostatnio wzdłuż fiordów i w poprzek także, z kilkudziesięcioma tonami za plecami), że w końcu dał w długa i pojechaliśmy na kawę, oraz pierogi do niego. I wszystko byłoby już prawie cacy (choć od początku ten dzień był mało cacy, z wyjątkiem tego jednego elementu po środku), gdybym nie ustanowiła antyrekordu na trasie S-Rz. - 3,5 h/72km. Z czego 1,5 h w korku. Korek był spowodowany wypadkiem na naszym pasie ruchu. Ale skoro z przeciwnej strony ruch odbywał się płynnie, wnioskuję, że znów nasz narodowy kretynizm zatriumfował.

No, a poza tym, moje Drogie Czytelniczki, jaki sobie zrobiłyście prezent z okazji wczorajszego naszego święta? Bo ja nie zdążyłam i muszę to dzisiaj koniecznie nadrobić. Oczywiście bez wychodzenia z domu, bo jest zbyt paskudnie na wojaże wieśbusowe do najbliższej metropolii. W dodatku taszczenie jakichkolwiek nabytków jakoś ostatnio odpadło.U mnie wyglądałoby to tak (gdyby Starszy był, ale go nie było, bo się ewakuował do Najważniejszej), że by mi położył na stole 50zł i powiedział "kup sobie". Ponieważ ja na ogół mogę, jak bardzo zechcę "kupić sobie", więc chyba nie muszę mówić, gdzie ja mam takie prezenty.