wtorek, 18 grudnia 2018

opowiastki z mchu i paproci

Do tych nocno-nadrannych dumań skłoniła mnie swoim komentarzem Krystynka. Że "ma być ciepła, rodzinna atmosfera, a więc tylko ci, wybrani z serca i duszy".
I przylazły mi do głowy wigilie w mojej rodzinie. Moja rodzina była "wąska": Dziadek Janek miał tylko siostrę, która była za oceanem. Babcia Kasia miała co prawda liczne siostry i brata, ale byli oni porozsiewani po całej północnej i zachodniej Polsce na falach akcji "Wisła". Ojciec był jedynakiem, mama miała tylko jedną siostrę, która mieszkała dość daleko, na ówczesne realia komunikacyjne. Tak, że ona i ich matka bardzo sporadycznie bywały u nas w święta, częściej latem przyjeżdżały na "letnisko", traktując to jako wyjazd "na wieś".
Wobec czego wigilie odbywały się w ścisłym gronie naszej siódemki (dziadkowie, rodzice i nasza trójka). Zawsze u dziadków, w ich maleńkim domku (także wtedy, gdy już mieszkaliśmy u siebie), w którym, nie wiem jakim cudem mieściliśmy się w siedmioro i to w dodatku z osobnym spaniem dla każdego z dzieci.
Potrawy wigilijne przygotowywała babcia z mamą, potem ja byłam do pomocy. Pamiętam, że zawsze były śledzie, babcinym sposobem marynowane "mleczaki" (które jeszcze długo budziły ślinotok u moich kolegów, gdy mi je podsyłała do akademika) podane na dwa sposoby: w śmietanie i w oleju. Był ten cholerny karp, który jednego razu usiłował zabić mnie ością (od tamtego czasu znienawidziłam karpia). Były pierogi z kapuchą i ruskie. (Te z kapuchą zawsze słodką, tylko raz , na okoliczność obecności drugiej babci - z kiszoną. Odmówiłam wtedy jedzenia i ta wigilia rzuciła się na mój stosunek do drugiej babci, która zaczęła stosować swoje metody wychowawcze. A że nie było u nas w zwyczaju komentowania tych metod przy dzieciach oraz odwoływania przez jedno z dorosłych poleceń innego, więc siedziałam już po wieczerzy na stołeczku w kuchni i łzy mi kapały do rondelka z pierogami, które kazano mi zjeść.) Był oczywiście barszcz z uszkami. Była też kapusta. Do tej kapusty babcia zawsze gotowała groch pure, tylko jakoś ten groch nigdy nie ukazywał się na stole, na następny dzień odkrywało się go w "bradrurze" i skarmiany był kurami. Wszystko zagryzane było przepyszna babcina słodką bułka drożdżową. Babcia robiła tyle tego ciasta drożdżowego, że nie mieściło jej się potem w keksówkach i upychane było w rondle a nawet garnki. I potem wychodziły takie walcowate wysokie buły. No i ciasta na deser: zawsze strucla makowa w babcinym wykonaniu, dojrzewający piernik Mamy, "piszinger". I obowiązkowo jakoś, nie wiem czemu, bo nikt tego nie jadł, takie ciasto zwane "robak". Zrobione z kruchego niby ciasta, pół na pół białego i kakaowego. To ciasto wykręcane było warstwami na blachę przez maszynkę do mięsa. Na spód białe, na to jakaś marmolada, a na wierzch kakaowe. Ciasto było dziwnie pancerne i zjadane było częściowo mocno po świętach, jak już się wszystko inne skończyło, a częściowo skarmiane kurami. Był oczywiście babci popisowy cwibak i biszkopt, które ucierane były w makutrze siłami fizycznymi Braciszka mego, pod nadzorem babci (tylko kręć w jedną stronę! I nie oblizuj!) Nie było jakoś tradycji ciast przekładanych masami. Z wyjątkiem tortu "bułczanego" (bułka tarta zamiast mąki i orzechy mielone), który pojawiał się na nowy rok.
Oprócz tego wystroju stołu Mama bardzo pilnowała naszego wystroju zewnętrznego. Należało się ubrać, jak na "wielkie wyjście", z dbałością o każdy szczegół - fryzura, buty, paznokcie itp.
No i ta atmosfera przy wigilijnym stole, bez jakiś zbędnych szopek i przedstawień. A był u nas taki zwyczaj, że Dziadzio brał opłatek i podchodził do każdego z życzeniami (jakoś nie pamiętam tego łamania się "każdy z każdym"). I kolędy intonowane przez Dziadka, który wcale muzykalny nie był, ale odważny i radość tym kolędowaniem wyrażał. I ta "zawołał na Maćka i na Kaźmirza", której słowa znał tylko on, nie było jej w żadnych kantyczkach i nigdzie indziej nie słyszałam.
No i dodam jeszcze, że nie było u nas zwyczaju "prezentów pod choinkę". Prezenty były na Mikołaja i na tym finito - święta i tak zawsze były i są dość kosztowne i wymagają dużego zaangażowania w przygotowanie (dlatego przedkładam wyższość Wielkiej Nocy nad świętami BN, bo jest mniej pracochłonna dla hałsłajfów)
Oczywiście choinka - była zawsze żywa jodła, wycięta na "asygnatę" we własnym lesie. Oczywiście choinkę oprawiali panowie - ojciec albo dziadek i wnosili ją, taką pachnącą lasem i zimą do domu, gdzie zajmowaliśmy się jej ubraniem pod nadzorem Mamy. Oczywiście na choince były świeczki w lichtarzykach i zimne ognie i "anielskie włosy", ale jakoś nigdy nie zapłonęła.
W przygotowaniach świątecznych uczestniczyli wszyscy. każdy miał jakąś swoją działkę. Dziadek robił wędliny, potem ojciec robił wędlinowo - mięsne zaopatrzenie. Ojciec zawsze kręcił majonez, co było wówczas jakąś sztuką straszną. Babcia z Mamą piekły i gotowały posługując się nami. A największe zagęszczenie w kuchni, wtedy kiedy te bułki porozkładane były wszędzie. rozładowywał ojciec usadzając nas w pokoju wokół stołu, z naciętymi precyzyjnie paseczkami kolorowego papieru, z których kleiliśmy łańcuch na choinkę. W ogóle panowała taka zasada - jak pracujemy, to wszyscy, a jak leżymy - też wszyscy.
Ze świętami z dzieciństwa kojarzą mi się także nierozłącznie zagraniczne przesyłki. Dziadka amerykańska siostra przysyłała co roku kartkę świąteczną. Kartka była składana, zawsze ślicznie pachnąca, a wewnątrz, w takiej cienkiej, jasnozielonej bibułce z naklejonymi drobinkami staniolu, znajdował się banknot. I dopisek na dole kartki z życzeniami "Janku, ja tobie posyłam 1$ (5$), kup sobie za to wino i pomarańcze" z czego zawsze serdecznie rechotaliśmy z Dziadkiem. (Ta ciotka,o 4 lata starsza od Dziadka, wyjechała do USA mając 14 lat w poszukiwaniu ojca, który pojechał był i się stracił. Był to jakiś 1910/11 rok, na karcie okrętowej figurowała jako obywatelka austriacka, pojęcia nie miała o realiach panujących tu, najwyżej jakieś mętne ze strony dalszych pociotków, którzy usiłowali uzyskać zaproszenie od niej, zatem musieli użyć barw najczarniejszych do opisu rzeczywistości)
Bardziej konkretny był Mamy stryj, zwany Wujaszkiem Stachem, który mieszkał w GB. Przed świętami przysyłał zawsze "kolonialną paczkę", w której były bakalie i czekolady (Catbury's - jeszcze wtedy pyszne) a której zawartość Mama skrzętnie chomikowała w czeluściach szafy, co wcale nie przeszkadzało w tym, żebyśmy się nie dokopali i nie podkradli co nieco.

Zdarzało się, że ta nasza, dość liczna jak na warunki lokalowe, grupa była zasilana kimś z zewnątrz. Raz był to Władek K., ojca przyjaciel szkolny, smutny garbusek, potem dodatkowo nieszczęśliwy, bo rozsypała mu się rodzina. Bywał pewien Bogdan K. który wziął się nie wiadomo skąd i zamieszkał u dziadków, w dziwnie wyludnionej po naszej wyprowadzce, chałupce. Aż w końcu przygruchał sobie sąsiadkę wdowę i się do niej przeniósł, z dziadkami nadal utrzymując przyjazne kontakty. Innymi razy Balbina z Tadziem, która pyrą była na wygnaniu, nie mieli w S. żadnej rodziny, a pracowała z Mamą. Potem przeniosła się do Rz., ale bywanie u nas na wigilii pozostało stałym obyczajem i corocznie, już po rozstaniu się z Tadziem, wigilie, święta, czasem Sylwestry i Wielkanoce spędzała u nas. Balbina była tak ciekawą, pozytywną osobowością i tak zrosła się z naszą rodziną (nie tylko mamą, ale także mną  i Siostrą, gdy już byłyśmy dorosłe, że zasługuje na jakiś osobny wpis).
Przestałam bywać na rodzinnych wigiliach gdy osiedliłam się na tej "mojej" wsi. Nastała taka umowa, że BN - tu, a Wielkanoc w S., co się potem zamieniło na Wielkanoc w U., gdzie ostatecznie zakotwiczyła Mama. Nie pamiętam tych paru lat, gdy byłam "panienką z odzysku". To był trudny okres także i ze względu na decyzje mojego ojca, a stres czasem powoduje dziury w pamięci.
Potem nastały Wigilie, w których ja byłam "gospodynią". I tu nigdy nie udało się odtworzyć tej wspaniałej atmosfery z mojego domu rodzinnego. Zawsze coś jakiegoś wisiało w powietrzu i snuło się pomiędzy głowami. Tradycyjnie zapraszani byli wujek z "wujanką" oraz ciota z wujem. Wujek i ciota byli przyrodnim, starszym rodzeństwem Starszego i Najważniejszej. Obie te pary były bezdzietne. Kiedyś "wujanka" była bliską przyjaciółką cioty i to ciota doprowadziła do jej małżeństwa z wujkiem, ale potem jakoś wyszło jej z parafii i nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć z ust cioty niczego dobrego na temat jej szwagierki. (Obydwie te pary, a w zasadzie ciota i wujek zignorowały nasz ślub: wujek nawet nie pojawił się, gdy przyszliśmy do nich z zaproszeniem, a ciota, która miała być starościną odstawiła istny cyrk: do ostatniego wieczora pomagała w przygotowaniach, nawet przyniosła tort. A w dniu ślubu, gdy wiejskim obyczajem orkiestra zagrała jej pod domem - nie wyszła. I starostowie byli z łapanki.) Nigdy nie zauważyłam, żeby podczas wieczerzy te panie z sobą rozmawiały, nawet starały się nie patrzeć w swoją stronę. Potem wujek zamieszkał z nami (wykradziony od "złej żony" przez Starszego i Najważniejszą) i wujanka już nie bywała. Wujo (ten od cioty) na wszelki wypadek nie słyszał, więc był obecny jakby ciałem tylko i profilaktycznie się przez cały czas uśmiechał. Potem zmarł wujek. Potem zmarł wujo. I potem zaczęli bywać a to mój Brat, a to moja Siostra i się zrobiło jakoś trochę inaczej, bo powstała pewna przeciwwaga dla negatywnej energii rozsiewanej przez ciotę.No a latem zmarła ciota. (Ironia losu jest taka, że najpierw wujka "dochowałam", a potem cioty doglądałam do śmierci)
Najbardziej zagadkowe jest to, że Starszy zasiada do tego wigilijnego stołu z jakimś takim dziwnym fochem, jakąś jakby pretensją do całego otoczenia. Co powoduje, że wieczerza się jakby do konsumpcji sprowadza. Być może w jego pojęciu jesteśmy (ja i dzieci) zbyt mało katoliccy, przy czym jest to "katolickość" mierzona częstotliwością bywania na mszy.( A żadną miarą do niego dotrzeć nie może, że ja się ze swoimi dolegliwościami nie kwalifikuję do bywania w publicznych miejscach gęsto zaludnionych) Nie kojarzy oczywiście, że ten foch od takiej katolickości odstręcza.
A może kużden ma takie wilije, na jakie zasługuje... No, nie, to byłaby straszna przewrotność losu!
Ale czyż do licha nie jest...




niedziela, 16 grudnia 2018

wilka z lasu

nie wywołuj.

Jak czegoś bardzo nie chcesz, to o tym nie myśl, bo się wydarzy. Jak czegoś bardzo chcesz, to też o tym nie myśl, bo się nie wydarzy. Taka wredna przewrotność losu. Nie wiem, czy tak jest w ogólności, czy tylko ja mam tak przesrane. W każdym razie wielokrotnie mi tak w życiu wychodziło. Podobnie z dzieleniem się radosnymi wiadomościami. Jak mi się tylko wypsnęło, w szczególności do jednej osoby, to się zaraz zesrało.
Tą osobą jest oczywiście Najważniejsza. Od lat tak wisi nade mną. Niby jest taka serdeczna, troskliwa, chce być pomocna itd. A w rzeczywistości wysyła mi całe mnóstwo złej energii. Ostatnimi czasy udało mi się trochę od niej wyzwolić. Myślę, że energetycznie też. Prawdopodobnie dlatego, że zmieniłam swoje nastawienie. Być może też dlatego, że Najważniejsza poważnie choruje i ma słabszą aurę. Myślcie tam sobie, co chcecie: nie jestem wyznawcą żadnych filozofii Wschodu, niewolnikiem jakiś guru, ale jestem przekonana, że energia krąży pomiędzy nami.  Że dobre myśli mogą komuś pomóc, a złe - zaszkodzić.
Przez dziesiątki lat takim wampirem energetycznym była dla mnie Lusi P. czyli tzw. Pelagia. Wisiała nade mną jak sęp jakiś, wyłaziła mi z każdego kąta. Szkodziła mi do tego stopnia, że po jednym z takich spotkań, nie dojechałam do domu - Brat zgarnął mnie z pierwszego po drodze przystanku PKS i w eskorcie policji (przekraczał prędkość dozwoloną) odwiózł na pogotowie, gdzie spędziłam noc na SORze pod kroplówką. W końcu Lusi zmarła, ale jej duch wisi nadal nad nami zza grobu. Już bez tej złej energii, ale w postaci zaszłości, do jakich doprowadziła.
Mnóstwo różnych ludzi spotkałam w życiu. Ale jakoś tak mi się udawało przechodzić z nimi lub obok nich bez stwierdzenia, że tego nie lubię, czy innego nienawidzę. Szkoda mi było zaangażowania w takie negatywne relacje. Oczywiste, że spotykamy ludzi, których poglądy, postępowanie, zachowanie nam nie odpowiadają. Starałam się w takich razach minimalizować kontakty.
Mam taką jedną w tzw. rodzinie. W zasadzie jestem dla niej ciotką, czego ona zdawała się przez lata nie zauważać. (Zresztą, mój ślub z jej wujkiem, wraz ze swoim bratem zbojkotowali.) Przez wiele lat pracowałyśmy razem. Uczyła moje dzieci i Młodemu dawała ostro popalić. Wymagała, żeby mówiły do niej "pani", co się utrwaliło do tego stopnia, że Młody nadal mówi do niej "pani". Zawsze była mocno roszczeniowo nastawiona. Uważała, że jej się "należy", bo ma szczególną sytuację: najpierw ze względu na psychicznie chorą matkę, potem z powodu bycia samotną matką z chora matką, potem z powodu bycia samotną matką nieuleczalnie chorego dziecka  z chorą matką itd. Przez lata starałam się jej pomagać, jak mogłam. Jako jej zwierzchnik, starałam się iść na rękę, choć po krótkim czasie okazywało się, że i tak jej nie jest na rękę i miała pretensje z wrzaskami. ( NP. w czasach odręcznego wypisywania świadectw napisałam za nią 35 sztuk, u niej w domu, jednym cięgiem, bo ją "bolał kręgosłup" i zapytała czy bym... No to "bym". Kto nie robił takich rzeczy, nie wie, jak to jest obciążające dla ręki, wzroku i umysłu. /Dlatego starałam się wszelkimi siłami wdrożyć pisanie świadectw na komputerze, najpierw w Wordzie, a potem skłoniłam dyrektora do nabycia programu/). W międzyczasie dopraszała się różnych innych posług, w tym np. transportowych w wykonaniu Młodego, przy czym nigdy nie zwróciła się bezpośrednio do mnie, czy do niego, ale zawsze odbywało się to via Najważniejsza, co wyzwalało w Młodym użycie szkaradnych wyrazów. (W końcu jechał, oczywiście). Dodam, że nigdy w życiu nie wydarzył się żaden rewanż z jej strony. Nie myślę tu, rzecz jasna o jakiś rewanżach materialnych, ale o gestach, jakiś serdecznych zachowaniach.
 Mieszka w bliskim sąsiedztwie jednej ze swoich bratanic, ale kontakty są takie se, bo wiecznie jest w stosunku do ich w pretensjach. Z własnym bratem też ma stosunki takie se. Latem zmarła jej matka, od paru lat leżąca. I Mania została sama z terminalnie chorą córką w hospicjum.
Po śmierci matki zaczęła jakoś częściej dzwonić do mnie. Oczywiście nie w celach utrzymywania życia towarzyskiego, tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje (ostatnio dzwoni co niedziela, żeby się ze Starszym zabrać do kościoła).
Jakoś tak tydzień temu sobie pomyślałam - ciekawe kiedy ktoś wystąpi z genialną myślą, żeby Manię zaprosić na Wigilię. No i wymyśliłam. Starszy wrócił był w piątek z wywczasów u Najważniejszej (Najważniejsza ma poniedziałek ostatnią chemię). I nie wiem, czy to wynik ich ówczesnej wymiany poglądów, czy którejś z nieustających konferencji telefonicznych, odbywanych przez Starszego za zamkniętymi drzwiami, w każdym razie wczoraj wieczorem (już się położyłam, bo dałam sobie trochę do wiwatu przekopując się przez pokój Dziecka i, po pobudce o 3 rano,  byłam lekką dentką) zniósł to jajko. No i tak, nie ukrywam, krew nagła mnie zalała. I powiedziałam, że nie. Na co Starszy zaczął rozwijać swoje gebelsowskie teorie, że "talerz dla przydrożnego wędrowca" (który się realnie nigdy jakoś nie napatoczył), że on odda swoją porcję (no, tak, bidusia z nędzusią, jedzenie racjonowane i nigdy nic po wiliji, nie zostaje i niczego się psami nie skarmia), że ona samotna taka (no, może  samotna jest w rzeczywistości, ale ma bliską rodzinę w postaci brata i jego dzieci), a bo brat daleko (jakie daleko? w sąsiedniej wsi, córka co po sąsiedzku na pewno będzie do rodziców jechała). Dalej nic nie docierało do zakutej pały, więc powiedziałam wprost, że może raczył by wziąć  pod uwagę, że ja jednak jestem chora. I mimo to będę musiała ten cały kram ogarnąć i tę "okazję'" jakoś przetrwać( a jak znam życie, będzie to na pewno surviwal). A zawsze inaczej to wychodzi w gronie najbliższych, a inaczej, gdy jest w domu, było nie było, obca osoba. (No bo dotąd w zasadzie na żadnych rodzinnych uroczystościach u nas nie bywała) W dodatku taka dość absorbująca w obejściu - Mówi bardzo głośno, mówi ciągle, mówi wyłącznie o sobie i swoich dolegliwościach. Nie, no nie mam ochoty w tym momencie być miłosiernym samarytaninem.
Ciekawe jaki będzie ciąg dalszy, bo domyślam się, że Starszy sam tego nie wymyślił, przebieg naszej rozmowy został streszczony oraz dzisiaj spodziewam się telefonu "z góry".
No, dobrze, może jestem wredną suką. Ale może właśnie nadszedł ten ostatni moment, żeby zacząć nią być. Pomyśleć trochę o sobie, a nie wszystkich wokół, zwłaszcza tych wszystkich, którym latam w tempie oberka wokół odwrotnej strony medalu...

Ostatecznie nie wiem, jaki będzie finał. Zupełnie możliwe, że wygra Geriatria, bo ten miłosierny samarytanin we mnie jakiś mocny jest...

A poza tym na działkach:
Starszy cały tydzień wczasował u Najważniejszej. A Dziecko cały tydzień orało. Najpierw u "kooperanta" swoim sprzętem, a potem "swoje" 50 ha sprzętem "kooperanta" i własnym. Wyszła im trzydniówka ( z dowożeniem autem ludzi i paliwa), przy czym ostatnie 10 ha odbyło się jakby rzutem na taśmę, bo wczoraj od rana zaczęło mrozić (i zapowiada się tak na cały następny tydzień) a mniej więcej w momencie położenia ostatniej skiby zaczęło sypać białym puchem i sypie nadal. W tzw. międzyczasie, któregoś wieczora, z misją ratunkowa dla moich kóz wpadł Braciszek. Przywlókł koniowzem 2 baloty cudnego, pachnącego Bieszczadami siana ( gdy wchodzę do obórki nie czuję żadnego innego zapachu, tylko to siano, którego w końcu jest tam jedynie odrobina w siatkach). Przyleciał oczywiście z Krysią, bo oni nierozłączni jacyś. I tak, z gadki-szmatki wyszło, że byli dopiero co, na Ukrainie. Więc mi się wymsknęło, że szkoda, żeśmy się nie zgadali, bo jest pewien środek medyczny, który pomaga w moich przypadłościach, a można go tam jedynie dostać. Efekt był taki, że Braciszek następnego dnia, zostawiwszy, świeżo nabyty w miejsce strzelonego, kocioł CO, poleciał popołudniem za te granicę i lek nabył. Teraz jeszcze muszę go umówić z Dziecięciem mym na odebranie i wyrównanie. Wczoraj Dziecię wróciło w stanie niekomunikatywnym. Odzywało się warkiem. Ja rozumiem, że zmęczone, niejedzone, w przemoczonych butach i upyćkanej towotem kurtce, ale ten wark mi się nie należał. Sam sobie wymyślił taką rozrywkę (mocno wbrew temu, czego ja dla niego oczekiwałam) więc powinien być hepi, że robi to co chce, fajnym traktorkiem, z fajnym pługiem (za niesamowicie fajne pieniądze). I w dodatku udało mu się zdążyć przed aurą. Myślę, że jak się wyśpi to mu się światopogląd  zmieni i podejmiemy rzeczowe negocjacje....

wtorek, 11 grudnia 2018

nocne markowanie

Dziś znów pobudkę miałam o nieprzytomnej jakiejś godzinie - przed czwartą. Ni to kłaść się z powrotem, ni to wstawać i działać. Odczekałam do latarni, wyprowadziłam psę, odwiedziłam hades i zaczęłam "szukać karpia na ukaefie", co się aktualnie zamieniło na grzebanie w sieci (inter sieci, oczywiście). Siedzę tak sobie przy blaciku, za oknem ciemno straszliwie, ptaszyna jakaś popiskuje zawzięcie. Pies rozwalił się na moim łóżku, jak u siebie i chrapie z głową przytuloną do dupska Areczka, który się tam w kłębek zwinął. Reszta kotów, już nażarta po kokardki, pokitrała się po kątach. No tak, pobudka kotami przecież - głodna wiecznie Klementyna, której krótkie łapki niebawem nie uniosą jej sadła, znów zrzuciła z parapetu pojemnik z karmą! Ponieważ ostatnio zakupiona stała karma jakoś nie bardzo wchodziła, tym razem zakupiłam Joserę w dwóch wersjach. Albo ta Josera jest taka pyszna, albo taka "głodna", w każdym razie dosypuję do misek co i raz i ciągle są opróżnione do czysta. Nawet Areczek się częstuje i o dziwo nie zwraca. Tylko, jak tak dalej pójdzie, to zwykła ilość mi na miesiąc nie wystarczy, zwłaszcza przy tym zrzucaniu pojemnika, gdzie zawsze się trochę rozsypie po kątach, a trochę zostanie psem zjedzone, jeżeli natychmiast nie pobiegnę na ratunek. Musze kupić inny pojemnik, który by się w taki oczywisty sposób nie otwierał, bo żarłoczna maupa nauczyła się podnosić pokrywkę i wie, że jak się pokrywka podnieść nie da (gdy pojemnik jest odwrócony tak, że trzeba by było do tej pokrywki zabierać się od strony ściany, co jest niewykonalne) to należy go zrzucić.

Starszy został wczoraj wywieziony na wywczasy do Rzeszowskiej. Dziecko działa na dwa fronty i w pracy i w robocie. Jeszcze mnóstwo ha zostało do zaorania, więc sie umówiło na kooperację z K. od krowiej fermy, że od poniedziałku do środy swoim sprzętem pomoże mu orać na miejscu, a potem będzie na odwyrtkę. Tymczasem się trochę narobiło: rannym ranem Dziecko przywiozło kolegę Kubusia, coby te pługi poprowadził, a samo poleciało do firmy. Obiad dla robotników rolnych naszykowawszy, czekałam na ich powrót. Tymczasem gdzieś tak pomiędzy 16 a 17 zaczęło wyć na asfalcie - raz a zaraz potem dwa. Pomyślałam, że wypadek. Ale nie, bo wyłoby zaraz odwrotnie. Tymczasem za chwilę znów wyło w tym samym kierunku. Oczywiście, jak to nadopiekuńczej matce zaraz mi dziecko do głowy wlazło, co sobie wybić próbowałam - "dlaczego niby w tamtym kierunku, skoro Dziecko pojechało "na firmę". Za chwilę okazało się, że blisko byłam. Dziecko wpadło do domu, oczywiście z "tamtego" kierunku, bo przecież w "tamtym"kierunku jego traktor orał i prosto z pracy poleciało sprawdzić postępy. No i wyszło na to, że te wszystkie wyjce to była straż pożarna, która jechała do farmera K. gasić pożar w jego suszarni. Na szczęście K. wraz z Kubusiem-kolegą zjechali już byli z pola i poszli sprawdzić, co w tej suszarni się dzieje. Pożar wybuchł tam w zasadzie na ich oczach i sami, przy pomocy węży i maszyny rolniczej  wstępnie go ugasili. Co i tak niewiele dało, bo suszarnia - nowiutka i jeszcze niespłacona do kasacji, a 15 ton soji - do utylizacji. (Niewiele, jak niewiele, ale przynajmniej pożar nie rozprzestrzenił się na inne zabudowania, w tym obory z bydlątkami) Przyczyną pożaru był defekt podajnika, który nie przesuwał wysuszonego ziarna, gorąco cały czas dmuchało w te same ziarka, aż doprowadziło do ich zapalenia. I brak wyobraźni konstruktorów, którzy czujniki zainstalowali w nieodpowiednim miejscu.
Dziecko przebrało się blyskawicznie i poleciało ku pomocy. Dziś K. będzie usuwał szkody popożarowe, więc orki nie będzie.
A teraz wisienka! Przebojem chwili okazało się wystąpienie tatusia farmera K., który w pierwszej kolejności zainteresował się tym, czy strażacy i ratownicy nie zniszczyli jego łopat, w kolejnej kolejności wyraził niezadowolenie z powodu iż wozy strażackie jechały do akcji "jego" drogą", a następnie wygłosił homilię o treści: "ten pożar to kara boska za to, że 8.12, w święto, orałeś". Po pierwsze - nie ma to jak wsparcie ojca. Niestety, własne me doświadczenie życiowe pokazuje, że dla większości mężczyzn ich własne ego jest tak wielkie, że na bycie ojcem z prawdziwego zdarzenia nie mają szans. (I niestety, śmiem twierdzić, że ci tatusiowie, którzy wielkie akcje medialne podejmują z powodu ograniczenia im dostępu do progenitury, czynią to głównie stymulowani własnym, zranionym ego, rzadko dobrem ich pociech.)
A po drugie, chyba wypadałoby do porannej modlitwy dołączyć wezwanie: "Panie, chroń mnie od tzw. Wyznawców". Tych wyznawców, co to są zawsze bez zmazy wszelakiej, zawsze poprawni, co to wszyscy inni grzeszni, tylko oni nie.Tych, którzy są bardziej papiescy niż sam papież. Dla których 10-cioro przykazań kończy się na drugim, a w najlepszym wypadku na trzecim, zwłaszcza wtedy, gdy ojciec i matka dawno w grobie. (Bo zanim się tam znaleźli, to różnie bywało...)
Którzy w piątek nie tkną kapusty ugotowanej z mięsem ( nalegając na ugotowanie im czegoś innego, bez poszanowania dla "darów bożych" i czyjejś pracy), nawet jak to mięso powybierane, natomiast ochoczo wpierniczają ulubione śledziki, nie pojmując jakby zupełnie idei postu. Którzy świętują jak ortodoksi, nie ruszając palcem wokół siebie, a nie pomni tego, że są tzw. musy, które spadają zatem na innych. Którzy nie raczą dostrzegać jakby, że ich postawa zraża najbliższe otoczenie do identyfikowania się z tą społecznością i do praktyk, z których wszak nic nie wynika.
"Panie Boże, widzisz, a nie grzmisz?!" - mawiała w takich razach moja Mama.




sobota, 8 grudnia 2018

tupu-tupu

tu-tup-tup. Tak już od początku miesiąca tuptają nam te święta za plecami, Mikołajki jakoweś, Gwiazdki, ryby, grzyby, bakalie itp. I prawdę mówiąc prowadzi to do tego, że człek tymi świętami od początku miesiąca wymęczony: czując cały czas ich presję na garbie, ma ich już szczerze dość.
A w dodatku, jak sobie pomyśli, że wypadłoby chałupę ogarnąć, to już tak abstrahując od świąt - parę razy w roku trzeba się dogłębnie zagłębić. (Być może są porządne hałsłajfy, które ogarniają ciemne zakamary na bieżąco, w/g jakiś rozpisek, że tu i tu robimy co tyle i tyle, a tam i tam znowuż inaczej, ale u mnie aktualnie żadne harmonogramy nie działają, bo rządzą moje flaki. Zresztą nigdy nie byłam niewolnikiem harmonogramów, jak widzę pajęczynę, to biorę miotłę i ją ściągam. A ostatnio zdarza mi się skonstatować -"pająk też boskie stworzenie".)
Znalezienie na wsi "kobiety" do ogarnięcia domowych porządków graniczy z cudem. Nawet jak odsiadują sobie odciski na tyłku, zastanawiając się w międzyczasie co włożyć do gara, to sprzątanie w cudzej chałupie jest zajęciem zbyt uwłaczającym. No chyba, żeby się pojechało do dalszego miasta i tam świadczyło usługi, to co innego. Dziecko korporacyjne miało pomysła, żeby zaangażować swoją szkolną koleżankę, która jest bezrobotna i cienko przędzie na zagranicznej wypłacie ślubnego małżonka. Co jej wybiłam natychmiast z głowy, bo mogłoby się skończyć utratą koleżanki.
Zresztą, chyba najpierw trzeba by się samemu przestawić na jakieś inne tory, żeby skorzystać z usług osoby sprzątającej swoim systemem twoje własne śmiecie. I tak naprawdę, to chyba jednak nie mam ochoty na wyznaczanie zakresu prac, doglądanie wykonania i ewentualne wqrzanie się niedoróbkami.
Trochę inaczej jest w stosunku do "śmieci" zewnętrznych.Tyle, że te zewnętrzne ogarnia Wiesław, a z Wiesławem jest taka bajka, że ja go już znam. I wiem, że głupio, bo głupio, ale każda robotę ogarnie porządnie bardzo. Czasem nawet porządniej, niż by się to zrobiło samemu. Przedwczoraj, z własnej inicjatywy, zagrabił i wywiózł słomę, która się rozprószyła podczas zrzucania kostek, a której ja bym nie tknęła. Tak, że jak dostał zakres prac do wykonania, to nawet nie chodziłam odebrać. Zapłaciłam, pochwaliłam, żeby się poczuł doceniony (trzeźwy był, o dziwo, więc pewnie dotarły te pochwały), stwierdził, ze za dużo, no i dobrze. A ja poszłam leżeć, bo w związku ze zlikwidowaniem "zapłotka" nie było gdzie wydalić kóz na czas sprzątania i musiałam kibicować, ponieważ Wiesio ma do zwierząt podejście prymitywne i mógłby zrobić krzywdę.

Na razie snuję się po chałupie i tak szturcham to tu, to tam. Nic wielkiego i nic systematycznego. Jakieś zdechłe kwiatki, jakieś rzeczy, co zgubiły drogę na własne miejsce, jakiś bałagan na półkach. Żadnej grubszej gimnastyki, bo nie ma możliwości.
Najgorsze, że przy tej mojej domowej skamielinie kopalnej nie ma opcji przebicia się z czymkolwiek innym niż "mamusia robiła". I ciągle coś wymyśla, z czego wynika robota dla mnie. Ostatnio nabył matjasy. Chociaż ustalaliśmy, że żadnych śledzi się domowo robić nie będzie. Ale co tam, tanie były, to nabył (oraz "mamusia robiła". Pominąwszy fakt, że od 30 lat, robię JA). Tylko, że ja teraz muszę się z nimi pobawić. I dodatkowo diabli mnie biorą, bo na przyrządzanie śledzi jest jakby deko za wcześnie.Trochę mnie dziwi jego podejście do tematów garowych, bo przez kilkanaście lat (od śmierci matki), był mężczyzną niezależnym, czyli - oprócz wszelkich prac, jakie musiał wykonać w związku z prowadzeniem gospodarstwa, zmuszony był także do garowania. Pojęcie o gotowaniu ma, (nawet zasmażka jemu lepiej wychodzi niż mnie, ale to chyba kwestia praktyki, bo u mnie w kuchni  rzadko się stosowało zasmażkę) szkoda tylko, że ciągle mu się wydaje, że są to prace lekkie łatwe i przyjemne. No, może ma wciąż zakodowane w świadomości odniesienie do innych prac, które musiał wykonywać. A ja ogólnie nie znoszę wielogodzinnego stania przy garach dla 10 minut przyjemności jedzenia potem tego wystanego. (Gotowanie to jedna z prac zanikających, dodatkowo generująca wykonywanie innych prac zanikających w postaci zmywania garów w trakcie i po konsumpcji, sprzątanie tego co się niechcący nabrudziło itp)  Co innego, jak się tam samo warzy i tylko od czasu do czasu się bełtnie i sprawdzi stan. A co innego, jak trzeba aktywnie uczestniczyć przy takich np pierogach, czy gołąbkach. Tak, że na hasło "pieroga bym zjadł", jest odzew "jak se kupisz". (No, ale w poniedziałek jedzie do rzeszowskiej  a ta, kiepska bardzo po ostatniej chemii, padając na ryj, ulepi pierożki ukochanemu bratu, a on nawet nie będzie protestował.)
O, boczek surowy go w sklepie zaatakował. No to nabył. Z trudem wybiłam ze łba wędzenie, ale upiec i tak trzeba. Boczek jest cienki jakiś. No to wymyślił, że mięso SIĘ kupi, SIĘ zmiele i SIĘ nafaszeruje. Znowu tak samo SIĘ.... Ciekawe, co jeszcze wymyśli? Już lepiej, żeby nie, bo w końcu nie zdierżę i wrzasnę. Na razie mówię, ale jakoś kiepsko dociera.

Czasem się wyzłośliwia i mówi: "tobie byłoby najlepiej, jak byś była sama". I to jest w zasadzie świnta racja. Tyle, że nie do zrealizowania. Bo zmiana miejsca postoju i najbliższego otoczenia nie odcina od wszystkiego...

No, ale nic. Tupu -tupu - idom świenta. I tę oczywistą oczywistość trzeba znowu wziąć na klatę i starać się zmierzyć siły na zamiary, a zamiar podług siły...
(A podobno niewolnictwo zostało zniesione.)


poniedziałek, 26 listopada 2018

nieuniknione

Jedno jest pewne: wszystko, co ma cie spotkać złego i dobrego, to cię spotka na pewno (Jak się urodziłeś pod dobrą gwiazdą, to tego dobrego może być więcej niż złego. A jak gwiazda była taka se, no to wtedy różnie...). Przed niczym się nie wywiniesz i wszystko musisz wziąć na klatę. I sobie z tym poradzić, bo nie masz innego wyjścia. Czasem się zdarza, że ktoś ci jakoś pomoże, ale wszelkie trudne decyzje i tak należą do ciebie.

Jak masz zwierzaki, to musisz liczyć się z tym, że kiedyś nadejdzie ten moment, w którym pojawisz się ze zwierzakiem w zaprzyjaźnionej lecznicy i powiesz panu doktorowi, że przychodzicie ostatni raz. (No, chyba, że zdarzy się takie nieszczęście, że ten zwierzak ci zaginie, co jest chyba jeszcze gorszą opcją. Wtedy, przez bardzo długi czas, gdy tylko zamkniesz oczy, będziesz sobie wyobrażać wszelkie czarne scenariusze dotyczące jego losów.)

Księżniczka była ostatnio w coraz gorszej formie. Jakoś tak, strzygąc ją niedawno, miałam przeczucie, że to ostatnie strzyżenie. Nawet maszynka zaczynała mocno szwankować i wtedy pomyślałam sobie, że więcej nie będzie i tak potrzebna. Choć nic w zasadzie nie wskazywało - była po prostu stara.
Potem przyjechała Kasia i też nic nie wskazywało, ale Kasia także pomyślała, że widzi się z Księżniczka ostatni raz.
A potem Księżniczka zaczęła niedomagać. W czwartek nie jadła, w piętek nie jadła. W piątek wieczorem dziwnie zwymiotowała, co jej się nigdy nie zdarzało. I w sobotę rano pojechaliśmy do zaprzyjaźnionej lecznicy. Zrobiono jej komplet badań, RTG. Niestety, wyniki były kiepskie, zwłaszcza obraz RTG pokazywał nieodwracalne zmiany. Ale panowie podjęli leczenie. Dostała kroplówki i umówiliśmy się na następne w niedzielę i poniedziałek. Po tych kroplówka była jakby trochę lepsza, ale to niestety trwało krótko. Z wieczornego spaceru już na schody nie wyszła, a wyniesiona w niedzielę - przewracała się. Tak, że w niedzielę pojechaliśmy z tym, że to będzie nasza ostatnia wizyta. Sama ja zaniosłam do gabinetu, choć to dla mnie wysiłek straszny, ale nie chciałam tym obarczać Dziecka (pozostałyby mu przykre wrażenia, bo Księżniczka bardzo brzydko pachniała). Dziecko pożegnało się z piesełem i zostało wysłane po fajki i flaszkę. Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało, a wciąż miałam przed oczami dziwne akcje podczas podawania Księżniczce narkozy przez doktor Beatkę Ch-M. Ale ja to musiałam wziąć na klatę i zostać przy psie. Na szczęście miała wkłuty wenflon, więc dodatkowe akcje ją ominęły. I to takie dziwne uczucie, jak głaszczesz piesełka, a on jakby spał. A potem bierzesz go na ręce w tym kocyku, a on dalej wygląda jakby spał, bo jest jeszcze cieplutki i spokojniutki. A ty wiesz tylko, że już go nic nie boli i tak na prawdę, to jest po drugiej stronie tęczy.
A potem trzeba było jeszcze wykopać odpowiedni dołek. I tak sobie wyobrażałam, że będę ją miała w zasięgu wzroku z okna, pod forsycją. Tylko, że niestety, nie wolno i niestety, mam tu taka wredna sąsiadkę jedną. (Danusię z "krzywa mordką" - i taka wredna, bo taka krzywa, czy taka krzywa za to, ze taka wredna?) I jak na złość Danusia latała, jak popieprzona i pasła kury na drodze. Więc musieliśmy wybrać miejsce w sadzie. I znowu pech, bo to, które sobie upatrzyliśmy, pod brzozami, nie nadawało się - mnóstwo korzeni, a po wykopaniu na głębokość jednej łopaty ukazała się sucha kompletnie i zbita "podeszwa", która mógłby ewentualnie pokonać tylko kilof. Wobec czego zmieniliśmy palny i wybraliśmy inne miejsce. W którym też Dziecko się solidnie namęczyło. Potem zabezpieczyliśmy jeszcze gałęziami i pieńkiem.
Starszy nie powiedział słowa po powrocie z kościółka, ale oczywiście natychmiast zadzwonił do Najważniejszej. Po czym Najważniejsza zaczęła wydzwaniać do mnie i przeżywać. Niektórzy niestety tak mają, że brak im deka wyczucia i taktu. Przecież, do cholery, nie wszystkim odczuciami i myślami trzeba się koniecznie dzielić z innymi. No, niestety, ona już tak ma i nie potrafiła się powstrzymać w kilku najistotniejszych i najtrudniejszych dla mnie momentach. Ostatecznie zadzwoniła jeszcze wieczorem. I zaczęła dywagować nad miejscem pochówku. No, skutek był taki, że jak w środku nocy otworzyłam oczy, a potem je na chwilę zamknęłam, to widziałam ten szary kocyk wywleczony między gałęziami, a teraz mnie już nosi, żeby pójść i zobaczyć.

Czarna zachowuje się jakby się nic nie wydarzyło. jakby w ogóle nie zwróciła uwagi na to, że wyszliśmy z Niunią, a wróciliśmy bez niej. Jedyny taki moment był wieczorem, gdy postawiłam jej miskę w tym miejscu, gdzie zawsze jadła Księżniczka i przez chwilę zastanawiała się, czy ma do tej miski podejść. Ale Czarna jest jak dziecko z sierocińca - domaga się uwagi i okazywania jej uczucia, ale sama ma wszystkich w dupie. No fakt, kocha Dziecko szalenie, choć się go okrutnie boi, ale to na tyle....

Takim śmiesznym, niewiele większym pyrteczkiem przywieźliśmy ją z Krakowa 14 lat temu

Księżniczka była psem wystawowym. Zbierała złote medale i byłyśmy o krok od czempionatu, gdy pańcia się palnęła w łeb, doszedłszy do wniosku, że jest  dużo za dużo psów, na to by je jeszcze rozmnażać. Po czym skończyły się wycieczki po halach wystawowych i odbyła się sterylka.

To jest jedno z moich ulubionych zdjęć Księżniczki. Uwielbiała aportować i dopóki była sprawna to latała za wszystkim co jej się rzuciło. Często było to jabłuszko, które potem przynosiła w pysiu uślinione i niechętnie oddawała. Aportowanie jabłuszek często kończyło się tak właśnie - piesek brał jabłuszko w łapki i sobie pożerał.

Okupacja pańci łóżka. Która skończyła się chwilę temu, gdy już nie była sama w stanie zejść, bo łóżko wysokie.

 A to jest zdjęcie ostatnie. Zrobione po ostatnim strzyżeniu 7.11.2018. I więcej już nie będzie.
Mam nadzieję, że tak jej jest po drugiej stronie tęczy ...

sobota, 17 listopada 2018

no to po. I przed...

Tia, dwa święta mamy już za sobą. Jeden szał tradycjonalistyczny, z chryzantemami, zniczami i kupą latania, głownie pt. "para w gwizdek", czyli kupa zachodu na pokaz. (Byłyśmy jeszcze w Zaduszki  z Manią, która poprzedniego dnia obstawiała cmentarz miejscowy, jako że tu ma rodziców. I "podziwiałyśmy" te zagony chryzantem i miliony zniczy, które za parę dni wylądują w śmietnikach. A następnie zasilą wysypiska, bo przecież nikt tego nie sortuje, żeby szkło osobno, doniczkę z chryzantemy osobno, a zdechniętą chryzantemę jeszcze osobno.) No, ale cóż, to "zastaw się a postaw się" ciągle dominuje wiele zachowań w narodku.
No a potem było święto numer dwa w tym miesiącu. Które w zasadzie powinno być świętem numer jeden. Z którego też się zrobiła parodia. Parodia w bardo szerokim zakresie. Uczczono głównie  dwóch wodzów, w tym jednego jedynie na wodza kreowanego, stawiając mu kolejny pomnik, na widok którego zapewne parę razy w grobie się obrócił. Po raz kolejny się okazało, że tu wystarczy dać się zabić ( w dowolny sposób), żeby zostać bohaterem narodowym. A urabiając sobie ręce po łokcie, dla tzw. dobra ogólnego skazuje się na zapomnienie. Bo jakoś nic słychać nie było o Grabskim, Kwiatkowskim, Mościckim, Paderewskim czy paru innych, którzy toto rozwalone na 3 części do kupy kleili od zewnątrz i od wewnątrz i starali się odbudowywać, rozbudowywać i rozwijać wykazując przy tym myśl szeroką.
Mowy były różne w międzyczasie, powitania ( gdzie się zaściankowość  i prywata okazały). Jakoś prezydentów byłych kochana tiwi nie pokazała, z czego domniemywam, że ich nie było lub olali z powodu durnych ruchów z zaproszeniami ( a zaproszenia powinni dostać w pierwszym możliwym terminie, bo to nie PAD ich wybierał, tylko Naród i PAD w swoim imieniu nie prosi, tylko Narodu, który reprezentuje. No, a niestety reprezentuje cały, choć wybrał go tylko jakiś nieznaczny procent)
Potem był marsz stulecia, na którym PMM dał się zdjąć na tle faszystowskich flag. Oczywiście, jak zwykle, gra pozorów: marsz był jeden, a w zasadzie były dwa. Tyle dobrze, że tym razem bardzo się nie lali. Tylko dlaczego tym dupkom w pomarańczowych kamizelkach pozwolono iść z zasłoniętymi gębami. No i czemu oni tak poszli -wstydzą się? Boją się?
Wcześniej był koncert. Miałam wielką ochotę posłuchać transmisji, ale padłam. Pooglądałam sobie na nast. dzień na youtubie. No i dobrze się stało, bo tam jest taki maleńki suwaczek, którym sobie mogę regulować. Bo bardzo mocno - szału nie było. Kiepskie głosiki, jakieś marne na nowo aranżacje, durnie dobrani wykonawcy. Mocna była jedynie Maryśka, jak zwykle oraz Prońko (chociaż w jej wykonaniu lepsza byłaby "Kolejka" niż "Mury") no i Pietrzak w swoim niegdysiejszym "hymnie" odśpiewanym już bardzo bez ognia.
A potem było święto na bis, którego ogłoszenie też było parodią. I to cholera totalną parodią!! Tak to wyglądało jakby posły spały głęboko, rok temu nie mieli dostępu do kalendarzy i nagle, na dwa tygodnie przed, spostrzegli, że to stuletnie święto wypada w niedzielę, więc trzeba narodkowi zafundować dodatkowy dzień wolny - niech se ludziska wyleczą kaca, w tym moralnego. Bo tak naprawdę, oprócz niepójścia do pracy etatowej nikt w tym dniu nie świętował.
(Dziecko np. poświęciło ten dzień na wycinkę dwóch orzechów - samosiejek, które w durny sposób przeorganizowały użytkowanie pola ornego. Poinformowana o tym Rzeszowska płakać niemal zaczęła, że "szkoda, jaka szkoda, a takie dobre orzechy miały" Jakoś nie zajarzyła faktu, że w tym roku już zupełnie nie miał kto tych orzechów zbierać. Więc na cholerę?! I szkoda to już była tylko taka, że gałęzie obrywały halogeny przy traktorze...)
Przy takich okazjach zawsze z zazdrością niejaką patrzę jak inne narody obchodzą swoje święta narodowe. Tacy Amerykanie np. Dla nich ich święto niepodległości jest faktycznie świętem, które się obchodzi nie tylko oficjalnie, ale głównie w gronie rodziny i przyjaciół. Swiętem, którym oni potrafią się cieszyć, cieszyć ze swoich osiągnięć a nie tylko w rytmie żałobnych werbli składać wieńce na grobach. Gdy oglądałam ten filmik z koncertu na youtubie, włączony był czat na żywo. Naprawdę, przykro było czytać, co ludzie tam wypisywali.
Szkoda, wielka, że tak to wyglądało wszystko....

Na dowód, że idiotyzm jest niezniszczalny, oraz, że historia kołem się toczy, takie zdjęcie, które wpadło mi w oko przy robieniu porządków:



Nihil novi sub sole? Czyż nie? Tu sanoccy podhalańczycy defilują przed swastyką w 1936 roku. Wprawdzie wtedy jeszcze nie do końca było wiadomo, co ta swastyka na świat sprowadzi, choć można było się domyślać. No, ale dziś wiadomo .... (Zdjęcie nie jest moje, nie pamiętam skąd pochodzi, więc nie podaję źródła.)


No a przed nami święta kolejne. Czasu jeszcze trochę ale, jak zwykle, tuż po zniczach i chryzantemach w sklepach zaczynają dominować bombki, światełka, renifery i mikołaje. Co nas oczywiście podgania do planowania a także skłania, niektórych przynajmniej, do prania się po łapach przed sięganiem do kieszeni w celu dokonania kolejnych, takich samych jak w ubiegłym roku i tak samo zbędnych zakupów. Tym bardziej, że choinkowe świecidełka straszą chińską bylejakością i ceną nieadekwatną a "czekoladowe" mikołaje w zasadzie mogłyby być wewnątrz "sreberka" styropianem wypełnione - jest równie niejadalny, jak znajdująca się tam "czekolada".
No i tzw. tradycja ciągle nas zniewala, niektórych przynajmniej, do których nie dociera, że tradycja to nie jest coś statycznego, danego raz na zawsze, ale coś co  przynajmniej ewoluuje. Większość tych "tradycyjnych" obyczajów ma historię nader krótką w stosunku do historyczności samego święta (no, choćby choinka)

U mniej już się zaczynają boje, połączone z fochem Starszego, do którego łba ciężko dociera otaczająca rzeczywistość. (Wczoraj byłam na zakupach. Stałam jak krowa na butelką żurku i zastanawiałam się potem, analogicznie, nad pięknie uwędzoną kiełbaską. Czasami mam takie jakieś wewnętrzne przebłyski, które udaje mi się skutecznie zlekceważyć. Po powrocie okazało się, że już jestem dętka i stać mnie było z trudem jedynie na nastawienie rosołu. No, ale trzeba było coś panom zaserwować na obiad. I tu ten żurek byłby idealny, bo prawie bez roboty. Zasugerowałam więc Starszemu, żeby skoczył do lokalnego marketu i nabył żurek i kawałek kiełbachy. Na co on się zgodził ochoczo, po czym zaczął wynajdywać różne "przeciw". I skończyło się na tym, że zaproponował, żebym zrobiła "ziemniaczki z konserwom w panierce, a la kotlet". Nawet poszedł do spiżarki po te ziemniaczki i konserwę. Konserwy oczywiście nie znalazł, do czego wygłosił kolejna gebelsowską teorię na temat zawartości i konfiguracji półek. Po czym i tak musiałam do tej spiżarki po ową nieistniejąca konserwę niemowę pójść i owe ziemniaczki obrać do ugotowania w dwóch rzutach. Po czym się okazało, że do dupy, bo tego dnia Dziecko miało przerwę w zaplanowanych spotkaniach i obiad zjadło. /Zapytałam z ciekawości co jadło. Okazało się, że flaczki, przy czym szczęka mi haratnęła o pawiment, albowiem nie zdarzyło się, żeby Dziecko kiedykolwiek skosztowało flaczków w domu. Widać publiczne flaczki górują nad domowymi./
No tak, ale w tym całym durnym wywodzie chodziło o wyczucie Starszego co do jego zachcianek w stosunku do moich możliwości. O tak zwaną empatię jakby.)

Zapewne z coraz mniejsza ochotą czytacie te moje wynurzenia, bo mam wrażenie, że coraz większym kwasem od nich ciągnie.  No cóż, rzeczywistość skrzeczy coraz bardziej, a w dodatku moje flaki zaczynają mi chyba na mózg oddziaływać ewidentnie. Nic dziwnego. W sumie mogłoby być znacznie gorzej. Jak twierdzą znawcy od człeczych konstrukcji i mechanizmów - flaki to drugi mózg. I podobno z całej informacji przepływającej pomiędzy tymi dwoma ustrojstwami tylko 10% mózg wysyła do flaków a resztę - odwrotnie. Zatem, jeżeli mój mózg dostaje ciągle takie ch..we wieści, no to co mu się dziwić?  W dodatku światełka w tunelu zero, zanosi się na dożywocie no i jest biblijnie, czyli "nie znacie dnia ani godziny".

Znowu, niespodziewanie, mamy sobotę. Pobudka, jak zwykle, przed piątą. Spojrzałam najpierw za okno, bo jeżeli latarnie świecą, tzn, że już piąta. Ale nie świeciły. Za to niebo było wygwieżdżone przecudnie i mam nadzieję, że piękny dzień będzie. Kasia przyjeżdża dzisiaj i mam zamiar wykorzystać ją do rewolucyjnych celów. Ona ma lepsze umiejętności "perswazji" (no, w końcu jest menedżerem) i myślę, że wspólnie nam się uda jakieś zmiany w "tradycjach" przeforsować.

Sniło mi się (co jest ewenementem, bo albo mi się nie śni, albo nie pamiętam snów), że lipa padła. Padła jakoś tak, łamiąc się na kawałki, że nie poleciała na prądy i nie doszło do katastrofy. Ciekawe ogólnie. Ta ponad stuletnia lipa jest nietykalna, przynajmniej dopóki Starszy żyje, ale tak faktycznie stwarza zagrożenie. Właśnie z powodu, że gdyby faktycznie padła, to poleci na druty, czego nie chciałabym zobaczyć....


czwartek, 8 listopada 2018

spychotechnika

"Zrób dziś, co jutro zrobić masz,
a wyda czyn owoce.
Rumieńcem twa nie spłonie twarz,
gdy zrobisz dziś,
co jutro masz"

Przez całe życie starałam się trzymać tej zasady. No, może nie dokładnie przez całe -prawdopodobnie gdzieś kiedyś nastąpił ten moment, że "rumieńcem spłonęła twarz", co dało nauczkę, raz na zawsze. I od wtedy już się stosowałam. Nie powiem, żeby nigdy nie dotyczył mnie "syndrom czystych okien w akademiku", ale zawsze starałam się, żeby terminowego tematu nie zostawiać na ostatnią noc przed. Bo złośliwość przedmiotów martwych jest i np. drukarkę szlag trafi, albo się co inksze okaże, co murem na drodze stanie. Więc wyłączałam prokrastynację na 3 dni przed.
Ostatnimi czasy się nieco jednak odmieniło. Po pierwsze już mniej muszę, a po drugie - coraz mniej mogę. Wobec czego zapanowała spychotechnika - potem, jutro, kiedyś. Bywa, że spychotechnika wychodzi bokiem, bo nigdy nie wiadomo co będzie, w kwestii moich możliwości fizycznych "potem" lub "jutro". A niestety, wciąż są tematy, które nie mogą zostać pominięte: nie mogę zostawić "na jutro" ugotowania psom jedzenia, czy "na potem" przyniesienia siana kozom. O ile sprawę psiego jedzenia mogę załatwić jakąś puszkową rezerwą na wszelki wypadek, o tyle kozy moga jarzynek nie dostać, ale siano muszą. Bywa też tak, że zostawienie czegoś "na potem" skutkuje podwójnym wysiłkiem. Ot, gupie kartofle wykipiały. Jak nie zetrę kuchenki od razu, to potem Starszy postawi sobie radośnie czajnik nad tym kartoflanym glutem, przypiecze go na złociście i szorowanie murowane z odmaczaniem uprzednim. Poza tym dochodzi dyskomfort psychiczny, bo ten zostawiony na potem temat ciągle wisi nad łbem jak ten miecz Damoklesa. Wciąż mi takich mieczy parę jeszcze wisi i nie wiem, kiedy wreszcie je znad głowy zdejmę. Niektórych mimo wszystko nie tykam, bo brak mocy przerobowych. Więc wiszą. Tyle, że taki miecz gdzieś w końcu spadnie.
Ostatnio spadł mi Księżniczką. Księżniczka starutka jest bardzo. I jakieś takie odnoszę wrażenie, że z wiekiem szybciej mi "obrasta" i mocniej jej rosną pazury. Ostatnio już zarośnięta była tragicznie, wyglądała gorzej niż te bidne psy ze schronu (Dziecko stwierdziło, że jak taki menel - "daj piataka") Jak wiadomo, wszelkie zabiegi kosmetyczno-higieniczne przy niej wymagają odporności fizycznej i psychicznej, których deficyt ostatnio występuje. Co na nią spojrzałam, to było "Boszsz, jak ten pies wygląda. Muszę ją wreszcie ostrzyc." Po czym - "No, dobra, jutro". Kilka dni temu, nie wiadomo skąd i dlaczego dostałą biegunkę. Leczyłam domowymi środkami - smecta i marchwianka ryżowa. Ale pewnego dnia o poranku musiałam jak ta Rózia -wytrzeć, tyle, że nie kurze, ale psu. No i weź tu wytrzyj z tych kłaków. No, jakoś się udało, ale pies poszedł do salonu. Tzn. u mnie na blacie została położona poducha psia, na niej pies na boczku, maszynka w przedłużacz i strzyżemy. Na szczęście nikt nie padł, choć maszynka zdradzała skłonności. Zwykle strzygę na raty - jednego dnia maszynka, na drugi dzień nożyczkami łapy, a kąpiel jeszcze innym razem. Tym razem nie odpuściłam, bo wiedziałam, że jak nie dokończę, to znowu będzie jakieś "jutro", a kołtuny na łapach się mnożą. Wymęczyłam psa krańcowo, bo po strzyżeniu (w zasadzie kolejność powinna być odwrotna, ale trzeba by czekać na wyschnięcie) była wanna, a potem jeszcze powycinałam filc spomiędzy puszek łap i obcięłam pazury. Cud się stał pewnego razu, bo mi reki przy tym nie odgryzła, ale pewnie już siły nie miała. Coś tam niby usiłowała protestować, ale jakoś niemrawo i nawet porządnie zębskami nie kłapnęła. I tym sposobem pies jest jak nowy. Patrzymy na niego z przyjemnością, Dziecko myzia ochoczo i bez odrazy, gdy go po powrocie obskoczą z piskiem. I co ciekawe, pies się zachowuje, jakby mu z kalendarza trochę ubyło.


Na dzisiejszym porannym spacerku po ogródku

To co sznupaki lubią najbardziej - sznupanie po mokrej trawce. Potem wracamy do domu i "płuczemy" brodę w misce z wodą. Po czym pańcia łapie miskę, wylewa, myje i daje świeżą, bo dotychczasowa woda wygląda jak z kałuży.

Bywa, że nagle pojawiają się jakieś moce przerobowe. Wtedy usiłuję nadrabiać to co zostało pospychane.(Co na ogół kończy się padnięciem)) Któregoś dnia był dość pokaźny zasób mocy, który został wykorzystany m.innymi na sporządzenie kiszonek. O! Zakisiłam kimczi, bo konsumowane już w początkach moich przypadłości jakoś się przyjmowało. Przy czym nie robię kimczi z ogniem piekielnym, bo nie lubię. Oraz robię bardziej na podobieństwo kiszonej kapustki, czyli szatkuje pekinkę a resztę ścieram na grubej tarce. Pekinka zdechnięta jest łykowata i trudno się od niej odgryźć (Raz zrobiłam gołąbki w pekince - owszem, były gotowe błyskawicznie, ale trzeba było wysiłku, żeby się nie udławić tą kapustą.Wobec czego eksperymentu już więcej nie powtarzałam.) Oprócz tego zakisiłam, po raz pierwszy w życiu czerwoną kapustkę. Czerwoną akurat mogę, w niewielkich ilościach w przeciwieństwie do białej. Zresztą moja biała ma raczej tylko walory smakowe, ponieważ jest pasteryzowana.


Po trzech dniach w temperaturze kuchennej kimczi było już gotowe i poszło do lodówki, a kapustka wywędrowała do spiżarki, gdzie jest chłodniej. Oczywiście przełożyłam ją z tego słoja do innego naczynia, docisnęłam talerzykiem, tak żeby kwas był ponad, a słój napełniony wodą pełni rolę "kamienia"

No i to tak jakby tyle w temacie. Na dziś się też jakby wyczyny zakończyły. Idę przyjąć pozycję horyzontalną. Przynajmniej chwilowo, bo garnki na gazie. Mam nadzieje, że uda mi się nie nawęglić i rodzina będzie miała co jeść