czwartek, 25 kwietnia 2019

Wypadki i wpadki

          We w te Święta się szczela. Ogólnie huku robi się możliwie dużo. Im więcej i głośniej - tym lepiej. Ostatnio co prawda (i na szczęście, bo te huki to ciężkie przeżycie dla mojej Czarnej psy, a zatem i dla mnie) naród jakoś zleniwiał, mimo chińskich pirotechnicznych udogodnień. W ubiegłą Niedzielę odnotowałam uchem jakiś jeden skromnych huk, gdzieś w okolicach piątej trzydzieści. Potem może jeszcze jeden po Rezurekcji - zwykle pod kościołem ktoś robi wielkie BUUM.
Nie to co dawniej, kiedy to z braku chińszczyzny młodzież nieletnia i letnia napierniczała z czego się dało - najczęściej "kalafiorkowała" albo łupała z "hilzy" używając karbidu i wody, co się często bardzo nieprzyjemnie kończyło. Skutki. w postaci wgłębień na obliczach od puszki po konserwie, która służyła za zatyczkę do "hilzy", można jeszcze dziś tu i ówdzie zauważyć.
Oprócz tego rodzaju huków, był tu zwyczaj "tarabanienia": Pamiętam, jak będąc młodom mężatkom, mając dwoje bardzo nieletnich dzieci i zdziecinniałego teścia, zapierniczałam z przedświątecznymi przygotowaniami do późnego przedświtu.Po czym, ledwie zdołałam oko przymknąć już musiałam je otworzyć, bo nawiedzone tradycją oszołomy popierniczały z bębnem przez wieś, budząc ludek na rezurekcję, na tyle za wcześnie, że czołganiem przednio-wstecznym mógłby do tego kościoła dotrzeć. Z nastaniem tzw. demokracji w tym zakresie również pozostawiono narodkowi swobodę wyboru i tarabanienie po nocy jakoś ustało (być może po prostu tarabaniarz się zestarzał i nie miał już siły z bębnem kilometrów pokonywać, a  żaden młody nie poczuł woli bożej).

Ponieważ przyroda nie lubi próżni, moje Dziecko postanowiło powstałą próżnię uzupełnić: W Poniedziałek dostało od Starszego polecenie rozpalenia w piecu. Dziecko nie zaooponowało, ja się nie odezwałam, a prawda jest taka, że do tej pory Dziecko nie robiło tego ani razu. No, cóż, taki błąd wychowawczy. Już nawet zeszłam do hadesu, ale zobaczyłam, że Dziecko sobie radzi zgodnie z procedurami (papierek, drewienka), więc zabrałam tyłek w troki i się oddaliłam na właściwy poziom. Potem nastąpiło jakieś nieoczekiwane BUM i Rezydentka, rezydująca w salonie z kominkiem podniosła mniauk, że "tu jest pełno czadu!" (Darmo babie tłumaczyć, że gdyby obecność czadu odkonotowała, to już by kwiatki wąchała od spodu. Dla niej każdy swąd to wciąż jest "czad".) W kotle się nie rozpaliło, natomiast w salonie zapanował siwy dym. Okazało się, że Dziecko postanowiło użyć do rozpalenia czyścika do hamulców w spreju i stąd to bum. (Szczęściem zachowało owłosienie twarzowe, bo gdy kiedyś, mając niepełna piętnaście lat, użyło benzyny do rozpalenia ogniska, musiało zmienić fryzurę i zacząć się golić). Odbyło się ostre wietrzenie. Po czym w kotle zostało rozpalone już metodami tradycyjnymi, ale rezydentka ciągle mniauczała, że CZUĆ. Czym się zbytnio nie przejmowałam, bo ten kominek od początku był wadliwy, ciąg miał bardzo kiepski, a cofka z komina zdarzała mu się na tyle często, że zdążyłam się przyzwyczaić iż w pewnych warunkach pogodowych mamy zapach wędzarni w domu. A w poniedziałek duło jakoś nieprzyjemnie, więc pewnie to. Ale wieczorem poszłam podłożyć i gdy wróciłam, zobaczyłam, jak siwy dym snuje się z kominka. Rezydentka została ewakuowana do innego pokoju, a ja z Dzieckiem udałam się na poszukiwanie "lewego cugu". No i znaleźliśmy - okazało się, że to BUM wywaliło drzwiczki od wyczystki w kominie, znajdujące się nieco poniżej podłączenia kotła, od strony warsztatu.Drzwiczki zostały założone, co nieco problem rozwiązało. Trzeba je jeszcze oblepić gliną, żeby uszczelnić, ale to potem.

            Wiadomo, że pańskie oko konia tuczy, więc rolnik kużden zasiewów swych dogląda, żeby np. w porę interweniować. Starszy do przeglądu pól używał "sześćdziesiatki", albo "trzydziestki" (Ursus C360 lub C330), raczej tej mniejszej - se wsiadał i se popyrkując telepał się po włościach. Ponieważ aktualnie traktory są ciut ciut większe to, choć poruszają się znacznie szybciej niż owe pyrkawki, objeżdżanie pól traktorem jest nieekonomiczne, niewygodne i niemodne. Dziś wypada, by rolnik postępowy posiadał auto odpowiednie, co w rolę wjedzie, a jeszcze lepiej - z roli wyjedzie. Którym w dodatku, ewentualnie, można odrobinę nawozów, ziarno, jakąś chemię czy beczkę paliwa w pole dowieźć. Zatem Dziecko nabyło czworonożny pojazd. Na oko wygląda na rówieśnika, pewnych interwencji chirurgiczno-kosmetycznych wymagał na powitanie, ale jeździ i nawet po świeżej roli daje radę.
No i we wtorek Dziecko pojechało tym swoim misibisi po pracownika, po czym pojechało zatankować łamagę, po czym podjęło okupację łazienki. Rezydentka natomiast okupowała okno w salonie. W pewnym momencie od tego ona doleciało:
-Jakieś auto stoi tam koło naszego bzu. Takie jasnoszare. Do Milki ktoś przyjechał?
Wcześniej zerknęłam przez kuchenne okno i zobaczyłam, że nie widać padżero. Pomyślałam, że to "koło bzu" oznacza "na trawniku przed domem" bo u ciotki z określeniem lokalizacji zawsze ciężko było (Słynne w rodzinie było określenie strzyków u krowy: w/g ciotki strzyki "przednie" to były te bliżej osoby dojącej, a "tylne" znajdowały się od strony ściany - były to faktycznie strzyki lewe, bo krowa stała lewym bokiem do ściany. No i w tych określeniach, tylko "tylny, lewy" był na prawdę "tylnym lewym" a "przedni prawy"  - "przednim prawym") Podeszłam do tego okna:  no, stoi. Za bzem je widać. Tyle, że białe, a nie szare, ale średnio było widać co za jedno, tyle, że raczej duże. I czemu niby do Milki, skoro nasz bez znacznie wyżej niż Milki brama?  Na wszelki wypadek zapytałam Dziecko, gdzie jest padżero.
- Jak - gdzie? Koło lipy stoi.
- Jak stoi, jak nie stoi.
No to Dziecko poleciało. Okazało się, że to szare auto widoczne "koło" bzu, to było właśnie białe padżero, które nie tyle stało, co siedziało prawym półdupkiem na płotach sąsiadów.W jednym płocie ugięło słupek narożny, w drugim rozpruło kawałek siatki. Dziecko poleciało sąsiadów zawiadamiać o stratach i przepraszać, po czym zaangażowało złoczyńcę do, częściowego chociaż, naprawienia wyrządzonych szkód. Przy użyciu łańcucha słupek narożny został wyprostowany, reszta natomiast poczeka na lepsze czasy, ponieważ aktualnie mocy przerobowych brak, ze względu na porę siewów. Sam złoczyńca obrażeń wielkich nie odniósł, poza zarysowaniami na zderzaku. Ale zderzak służy do tego, żeby się zderzał i obrażenia na zderzaku są wkalkulowane w ewentualne braki na urodzie. Padżero, z założenia, nie służy do lansu, ale do tego, żeby służyć - rozpaczy więc wielkiej nie było. Chociaż - Dziecko chwilę siedziało pod nim i ten zderzak głaskało. No, bo Ono, mimo bałaganu, jaki wokół siebie wytwarza, esteta jednak jest...

      W związku z pojawieniem się robotnika najemnego zaistniała konieczność udania się do miejscowego marketu celem "rozmienienia pieniędzy". Takie rozmienianie pieniędzy w sklepie kończy się najczęściej tym, że z banknotu dwustuzłotowego powstaje około stu złotych drobnymi. Nabywszy kawałek nieżywego zwierzęcia, celem przygotowania w końcu jakiegoś normalnego obiadu (Dziecko pracowało biurowo w domu, więc istniała nadzieja, że uda się go nakarmić obiadem o normalnej na obiad porze), napotkałam wzrokiem regał z karmą psio-kocią i olśniło mnie, że przecież w kociej puszce już widać dno. Karma którą zwykle kupuję istniała tylko w jednej wersji, mianowicie "junior" (moje koty już nie juniory, zawsze kupuje im "sterilized"). Pomyślałam, że jak przez parę dni zjedzą "juniora" to im się nic nie stanie. Poczytałam nawet napisy na tej torebce: stało tam "junior<1 -="" a="" aciata="" adn="" ale="" am="" ania="" apciatouchy="" apciatymi="" apkach="" b="" bia="" bojkotuj="" brzeg="" by="" cholery="" chwil="" co="" czy="" dla="" do="" domu="" dopiero="" drobniejsze="" drobniutkie="" dzie="" e="" gdy="" granulki="" i="" jako="" jasna="" jedynie="" juniory="" k="" karm="" kg="" klementyna="" ko="" kociej="" kotek="" kotom="" koty="" kr="" kt="" kupi="" lekko="" mi="" mn="" mnie="" momencie="" mordka="" na="" nast="" nawet="" ni="" nic="" nie="" nienie="" niestety="" o="" obok="" obrazku="" odrywa="" ol="" opakowania:="" ow="" p="" pi="" poch="" pomroczno="" powiedzia="" przecie="" ra="" ruda="" shi-tzu.="" si="" sklepie="" spowodowa="" swoich="" sympatyczna="" szczeni="" szczeniak="" t="" ta="" tak="" te="" tej="" tkich="" to="" tu="" turla="" tyle="" tym="" uszkami.="" w="" wa="" wcale="" wprawdzie="" wszystko.="" z="" za="" zastanowi="">Na szczęście dziś ma być dostawa, więc kupię, tym razem właściwą.
A tak na marginesie - na początku miesiąca analogiczne fragmenty nieżywego zwierzęcia kupowałam w cenie dwukrotnie niższej. Świnia żywa w skupie podrożała w międzyczasie z 4,50/kg na 6/kg, czyli o 20%. Już nie mówię, żeby te fragmenty świni także o te 1,50 podrożały, ale gdyby nawet o te 20% to jeszcze byłoby uczciwie. A tak to jest chamstwo. Oraz objaw debilizmu marketingowego: w momencie, gdy ludek jest dość objedzony mięchem i wędlinami raczej odpuści sobie zakup takiego drogiego mięsa. Więc będzie leżało w tej ladzie i "dojrzewało". Jak to było? "Chytry dwa razy traci"...


poniedziałek, 22 kwietnia 2019

przedwielkanocnie i po...

W zupełnie innej erze profesor Mniemanologii Stosowanej - Jan Tadeusz Stanisławski rozważał temat wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Ja się od początku z nim nie zgadzam i gotowa jestem udowodnić wyższość Wielkanocy nad BN. Oczywiście, z mojego punktu widzenia. Czyli z punktu widzenia hałsłajfa oraz istoty ciepłolubnej. Sami wicie/rozumicie - na W. mniej tej spinki "tradycyjnej", dużo mniej garowania na ostatni moment (bo przecież barszczu, czy grzybowej trzy dni wcześniej nie ugotujemy) samo przedświąteczne odgruzowywanie domostwa odbywa się w łagodniejszych okolicznościach, no i w ogóle - ptaszęta świergolą, mirabelka kwitnie jak durna. A jak by się komu zdarzyło obeżreć za bardzo przy świątecznym stole, to bez przykrości poruszać się na powietrzu można (no chyba, że padać akurat zechce). I zamiast wnosić choinkę, zagracać nią pokoje, wystarczy se jajka pomalować, albo i nie, jakąś mrzeżuchę posiać albo owies, albo też jedno i drugie (zwłaszcza drugie, biorąc pod uwagę niewychodzące koty), jakiegoś kwitnącego fijoła nabyć, no i już...

A ja tak pomału do przodu w cyklu -działamy/legamy. W poniedziałek troche podziałałam, potem leżałam.We wtorek przylazła pijaczyna wcześniej zamówiona. Robota była zaplanowana w sadzie, ale ja się nie nadawałam do wycieczek, więc nic z tego. Zatem został wysłany na gumno i ogródek, porządku trochę zrobić. Kosiarka poszła w ruch, przy czym się pokazało, ze o ile inna robote Wiesław robi porządnie, to kosi nieporządnie. ale trudno uhaha. Młody z kosą poleci i wyrówna.
Oprócz czynności przedswiąteznych mam jeszcze obiady na głowie, bo ruchy rolnicze ostre i Kubus Kosiniak na obiedzie codziennie. A moje humorzaste chłopy fanaberie okazują. Podkusiło mnie licho jakieś w niedziele kalafioła pod beszamelem zrobić. No i hołota nie żarła!. trochę ja zjadłam beznadziejnie, bo nie powinnam. Przepyszny był, beszamel mi wyszedł mniodzio, wcale nie mdły. Cudo po prostu.

Spięłam poślady, wyciągnęłam maszynę i w końcu uszyłam lambrekin do kuchni z tymi cudnymi muszlami. Materiał z muszlami przywiozłam z Paryża 10 lat temu w charakterze spadku. Gocha miała taką koleżankę, która zajmowała się handlem tkaninami. I przedstawiciele różnych producentów przywozili jej próbki tych tkanin. To nie były takie próbki 10cmX10cm, jak czasem możemy dostać u internetowych sprzedawców, ale całkiem spore kawałki, czasem tak ok półtora metra. No i takie co większe i ciekawsze ta Tina dawała Gośce, wiedząc, że ona szyjąca i potrafi coś z tego wyczarować.
Tyle, że ten kawałek z muszlami (miał więcej niż 1,5 m) był za krótki na lambrekin i trzeba było sztukować. A to sztuka jest tak to rozkminić, żeby po zesztukowaniu było sensownie, wzorki w tę sama stronę itd. Parę podejść miałam, kończyło się na pooglądaniu i pokiwaniu głową. W końcu się zawzięłam. Udało mi się tak zesztukować, że Dziecko musiało lewą stronę pooglądać, żeby znaleźć miejsce sztukowania. Kawałek jeszcze został i wyszły z niego 2 poszewki na krześlane poduszki i taka dość spora podkładka na stół.


Lambrekin. Materiał był "autorski", ręcznie drukowany, podpisany autorem na szerokim, białym brzegu. Nie wypadało więc, by lambrekin nie dostał tej autorskiej etykietki, zreszta tak ładnie się nazwywał.  "La gloria de la mer".....


Krzesłowa poduszka i stołowa podkładka.  Z tą ostatnia trochę zabawy było, bo jest trzywarstwowa i obszyta lamówką.  Ze względy na grubość i ilość warstw, nie jest oblamowana  (doszłyby jeszcze dwie warstwy materiału pod stopkę i maszyna mogłaby mieć problem), lamówkę po prostu naszyłam na płasko.

Oprócz tego masarnia ruszyła. W poniedziałek, po książkowemu nasoliłam mnięcho na kiełbachę pokrojone na kawałki . We wtorek Starszy to zmełł, a ja wymasowałam tę kiełbasę. Czujna będzie bardzo. Wyniosłam do spiżarki do przeżarcia się i atmosfera czosnkowa tam zapanowała. Mięso z marynaty do wędzenia wyjęte, ozory tudzież. Próbnie jeden ugotowany. No i pyszota to jest, taki peklowany gotowany ozór daje się zjeść sote nawet. W środę rozpalono w wędzarni. I kiełbaski, szyneczki oraz schabik zawisły w jabłoniowym dymie.
No i tak do środy mniej więcej żarło zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem. Mniej więcej...
Od czwartku zaplanowane było uruchomienie cukierni. Piekarni tudzież, bo zamierzałam upiec chleb i nawet zakwas wyciągnęłam z lodówki do podkarmienia. Rankiem miały być jeszcze dokonane ostatnie drobne zakupy, obejmujące abażur do mojego pokoju oraz roletę na drzwi do salonu. Niestety, samopoczucie było na tyle kiepskie, że zrobiliśmy tylko szybkie zakupy spożywcze, a potem już cały dzień leżałam. Ponieważ, wstawszy świtem, zdążyłam jeszcze sparzyć mak do makowca, Starszy ten mak zmełł, tudzież ser na sernik (Bo cały czas miałam nadzieję, że mi się polepszy i wstanę i zrobię. Skończyło się na tym, ze zmielone poszło do lodówki) Wieczorem zadzwoniła moja ulubiona sumsiadka, która dawno mnie nie widziała (bo nie byłam w stanie się zaczołgać) i oznajmiła, że właśnie wróciła z miasteczka, gdzie została wywieziona zięciem i nabyła ciasta w cukierni. Co było ewenementem na skalę światową, ponieważ sumsiadka się dotąd nie zhańbiła zaserwowaniem kupnego ciasta.
W piątek liczyłam na lepiej. Było o tyle lepiej, że w przerwach pomiędzy polegiwaniami zrobiłam sernik i ciasto drożdżowe na makowiec. Ale już to ciasto tak sobie rosło i przerastało, bo wykonanie przerastało moje możliwości. Ostatecznie wykonałam, zapakowałam do piekarnika, jakoś wyszło. I na tym kuniec. 
W czwartek młodzież robotniczo-chłopska dostała azymut na bar u Teresy, w piątek zjedli pomidorówkę, którą w czwartek rozpoczęłam, a  Starszy dokończył. Jak post to post. U mnie był totalny. Zjadłam trochę ryżu z tej pomidorówki, uprzednio wypłukanego ze śladu pomidorów, bo nagle się okazało, że mi przetwory pomidorowe szkodzą (podczas gdy do niedawna zjadałam słoiczek przecieru z IM łyżeczką, w ciągu dwóch-trzech dni).
W sobotę od rana było trochę lepiej. Zwlekłam się świtem, by przygotować święconkę, z którą Starszy pojechał sam. Potem było krakowskie Dziecko do odebrania z dworca, ciotka do przywiezienia z Rzeszowa, oraz po drodze napatoczyła się Marysia, która zapragnęła odwiedzić swoją córkę w hospicjum. Dziecko domowe jakoś to wszytko po kolei ogarniało, posiawszy jeszcze 3 ha kukurydzy siewnikiem, który wreszcie dotarł (docierał od poniedziałku, z każdym dniem podnosząc Dziecku coraz bardziej ciśnienie)
Kasia dotarła w południe i zajęła się ogarnianiem powierzchni płaskich poziomych i pionowych, a ja przyjęłam pozycje horyzontalną. W międzyczasie popełniwszy jeszcze "niebo w gębie", co sprowadziło się do wyjęcia pulpy jabłkowej ze słoika, rozpuszczenia w niej galaretek, dołożenia  zawartości drugiego słoika, zaparzenia zmielonych orzechów wrzącym mlekiem, poleżenia sobie trochę, wyłożenia jabłek na dużo wcześniej upieczone blaty, poleżenia sobie trochę, wybełtania masy orzechowej i wyłożenia na to. A potem już sobie tylko polegiwałam.
W niedzielę wstałam świtkiem z nadzieją, że jednak uda mi się właściwie tę Niedzielę odbyć. Prędko okazało się, że a guzik. Tyle tylko, że mogłam przygotować co jeszcze było do zrobienia. Starszy pojechał do miejscowego kościoła, Dzieci do Braciszków. Starszy miał zgarnąć Rzeszowską, do czego jednak nie doszło, bo się geriatria nie dogadała. W międzyczasie dotarł Brat z Krynią i zanim się całe towarzystwo zdążyło ogarnąć i pozbierać do kupy, mieliśmy trochę czasu na wypicie kawy i pogadanie. Bratostwu udało się pozyskać spore ilości czosnku niedźwiedziego, z którego zrobili czosnkowe pesto. Dwa słoiczki dostałam w prezencie. I, o dziwo, ten czosnek, w takiej postaci zupełnie bezboleśnie mi się przyjmuje. Smakował przepysznie na kromce chlebka z masełkiem! Przywieźli mi także kolejną zgrzewkę ukraińskiej "Kwasowej Polany" oraz miód gryczany. (Znalazłam w końcu w internetach tę Javę z Humnisk, ale cenę ma mocno wygórowaną - 7,50 za litrowa butelkę to chyba jednak trochę dużo. Wobec czego na razie pozostanę przy tej Polanie).
Bratostwo posiedzieli do jakiejś 16 - tej i było bardzo przemiło. Po czym zaczęły się odwroty, bo Kasia zostawiła swoje "dziecko" samo i też musiała wracać.



Klotylda Kociubińska, czyli Kasiowe "dziecko". Pod kołderką, jak przystało na kota....


I Klocia raz jeszcze. 
Klotylda jest Maine Coonem, czyli w zasadzie jest to kotopies, czyli same plusy. Najbardziej podobają mi się MC o umaszczeniu burasa z białą "lwią grzywą" (Tak wygląda matka Klotyldy i ma piękne rysie pędzelki na uszach. Podobno u nich te cechy rasy pojawiają się dość późno, więc jest nadzieja, że Klotyldy grzywa i pędzelki podrosną. W tej chwili ma pięć miesięcy i właśnie wymienia zęby).

Jakoś tam ogarnęłam cioteczkę, której foch minął i tragana wyrzutami sumienia za generowanie kosztów ogrzewania rancza wróciła się do bazy. Po czym poszłam zalegać. 
I poświętowane....

Zaczym pozdrawiam poświątecznie!


czwartek, 4 kwietnia 2019

Nie ma mnie? Jestem, jestem..

No tak, długo mnie tu nie było jakoś. Nawet na rekord pewnie poszłam.
Ale tak się jakoś zebrało do kupy: ta od lutego ślimacząca się wiosna, normalna ąkłość po-niby-zimowa oraz wiosenne nasilenie dolegliwości flakowych. Te ostatnie niestety dość uciążliwe, powodujące, że najczęściej przyjmowana pozycją jest ta horyzontalna, choć niestety, zdarzało się, że trudno było znaleźć jakąkolwiek dogodną pozycję.
W tym wszystkim wypadła mi konieczność wyjazdu do Sanoka, w celu uczestniczenia w, ciągnącej się już do uprzykrzenia, sprawie. Miałam cały czas w pamięci nie tak dawny wyjazd do doktorów w Rz., który nieomal skończyłby się wizytą na SORze, więc stres mnie żarł przez parę dni (oj, co to będzie i jak to będzie), tym bardziej, że sam cel wyjazdu był stresujący. A tu o dziwo! Pojechałam, przeżyłam, nic totalnie się moim flakom nie popieprzyło. Nawet wycieczkę mi Krynia zafundowała po jakiś nowych białogórskich drogach, z podziwianiem cudownych, a nieznanych widoków na miasto. Nawet za dużo kaw wypiłam oraz trochę wina, wróciłam późno, ale jeszcze obskoczyłam kozy i wyprowadziłam psa. Wniosek? Gniazdo ma moc cudowtórczą, nawet jak się z niego kilkadziesiąt lat temu wyleciało...

Horyzonty mi się poszerzyły! W wyniku teksańskiej massakry padła grusza w ogrodzie. (Cały czas byłam przekonana, że Starszy jest do tej gruszy przywiązany uczuciowo, a tymczasem on nalegał na wycięcie. Grusza była taka "psiura", miała niewielkie owoce, nijakie w smaku, a w dodatku dostępne w postaci rozciapkanej, po zaliczeniu gleby z dość dużej wysokości) Dziecko, przy użyciu piły, kolegi, kilku pasów transportowych i "maleństwa" położyło ją dość ładnie, o dziwo nie uszkadzając mojej funkiowej rabaty oraz skalniaka, przed którym "maleństwo" zrobiło zgrabny zwrocik.


"Uzbrojone" Maleństwo jest widoczne na drugim planie. To bliższe, to przy nim taka "pchła"

Podczas ścinania jakiegokolwiek drzewa, zwłaszcza owocowego, bajzel się robi nieadekwatny do ilości drewna pozyskanego w wyniku. Zatem musiała zostać sprowadzona Pijaczyna do zrobienia porządku. Niestety, Pijaczyna zaczyna być permanentnie pijana, co skutkuje totalnym wqrwem w kontakcie, wykonywaniem roboty w zwolnionym tempie i w debilny sposób. No, ale wyjścia brak, bo oprócz niego nie ma absolutnie nikogo chętnego zarobić przy wykonywaniu podobnych prac.


"Horyzonty" z poziomu poziomu. Po gruszy zostało takie coś i trzeba to jakoś zagospodarować.

Horyzonty się poszerzyły ale i tak widoki są w zasadzie nijakie. Najbliżej mam gumno "Kartoniaka", na którym panuje total syf oraz, tuż za moim płotem "grubę" sąsiadki z "krzywom mordkom",  z syfem jeszcze bardziej totalnym. Akurat dziura między bzem a mahoniami ukazuje ten syf w całej syfiastej okazałości. A dalej są dachy. Dach na dachu, dach za dachem. Dziwi mnie ciągle, jak ludzie mogli tak budować te domy, jeden na drugim, bez "oddechu", bez widoku, bez światła nawet. Zresztą, jak obserwuję - nadal tak budują. Trochę dalej i trochę wyżej jest trochę lepiej, bo widać las - tzw. Borek, który jest na górce, po drugiej stronie E-czwórki. A w dalekiej oddali nawet śmigi wiatraków w Kosinie!


Widok z mojego okna. Na środku kartonowe ranczo, u góry - Borek, a na prawo od tego wysokiego dachu okiem widać wiatraki, których obiektyw nie zobaczył. Po lewej wysoki pojedynczy element tymczasowy - w nowobudowanym domu dzisiaj zalewany jest strop.

Wiosna, jak zwykle, wypędza mnie na zewnątrz i nagania do dłubania w glebie. Niestety, możliwości dłubania są mocno ograniczone fizycznie, więc najczęściej tak dłubnę tu, dłubnę siu, po czym już  jestem natychmiast zmęczona i jest jakby pozamiatane. Plantacje zostały poniechane. Jesienią kazałam Dziecku zaorać na równo. Nawet zlikwidował "półwysep" z porzeczkami i orzechami. Orzechy zostały wycięte (takie samosiejki to były, sztuk dwie), co spowodowało komentarzo-jojczenie Najważniejszej pt. "Takie dobre orzechy miały".(Tyle, że ostatnio już nawet nie miał kto tych orzechów zbierać, więc miały je tak raczej sobie a muzom i gawronom). Porzeczki mi niby przesadził, ale tak raczej byle były i będę musiała się nimi zająć jeszcze. (Pod warunkiem, że mi wystarczy sił, żeby dojść do sadu i coś tam jeszcze dłubnąć. No i znowu by się pijaczyna przydała.) Ponieważ jednak nie wyobrażam sobie, żeby nie mieć żadnego własnego chwasta, zarządziłam "przemeblowanie" na "zielniku", który już zaczynał żyć własnym życiem - ziółka się porozrastały, jak chciały, pomiędzy nimi rozpanoszyły się ponad miarę rozchodniki i zaczęła się pojawiać trawa. Jeden krzew lawendy Dziecko rozjechało mi traktorem podczas jakiś dostawczych manewrów, więc ten pozostały był jakby nie na miejscu. Wykopałam, z pomocą pijaczyny. przesadziłam w nowym porządku likwidując nadmiary (czosnek od Reni akurat wylazł, dzięki czemu też na nowe miejsce trafił).
Wymyśliły mi się podwyższone grządki. Niestety brakuje na ich wykonanie sił i środków. I tu się okazało, ze Starszy się czasem na coś przydaje: wymyślił nową rolę dla stareńkiego świńskiego koryta, które sobie spokojnie spoczywało w stodole od ponad dwudziestu lat. Za podstawę posłużyły fragmenty dopiero-co-padłej gruszy. W korycie posiałam rzodkiewkę i posadziłam rządek dymki "stutgarter". No i jeszcze mam dość miejsca, tylko na razie nie wiem na co.


Koryto w nowej roli. 

Na "zielniku" posiałam rządek buraczków, posadziłam rządek dymki róznokolorowej oraz rządek sałaty lodowej, która dostała miniszklarenkę i minitunelik z folii streczowej wykonany i elektrod od starej spawarki.
Zostało jeszcze trochę miejsca, które później zajmą ogórki, może jedna cukinia i jeszcze jakieś ziółka. Ogórki zostaną puszczone do góry na drabinki. A pomidory posadzę w wiadrach budowlanych.


Zielniczek przemodzony. Pod "ścianą" po kolei: czarcie ziobro, szałwia, melisa, tymianek, mięta, oregano i Reniowy czosnek. Drugi czosnek jest zasłonięty miniszklarenką, od przodu jest jeszcze lubczyk, którego nie widać, a za szklarenką pietruszka naciowa.

Dziś mam zamiar wybrać się na "ranczo" i założyć tam dogłębnego rentgena - a nuż wyczaję coś podchodjaszczego. Choć prawdę mówiąc, nie bardzo na to liczę. Najstarsza przechowywała bowiem biustonosze i paski do podwiązek jeszcze pewnie od czasów panieńskich, ale wszelkie stare sagany i gliniaki skrzętnie powywalała. W każdym razie penetracja strychu i piwnic niczego w tym temacie nie wniosła. Pozostałą mi jeszcze stodoła, a w niej tzw "bonty", czyli rodzaj stropu wykonanego z luźno ułożonych desek. No, aż się dziwię, że jej mania "niewyrzucania" była taka monotematyczna i ograniczała się do"szmat" nikomu i do niczego nieprzydatnych, a nawet nie będących w jakimś super stanie...

A tymczasem pochłonęłam drugie śniadanko. Oczywiście na zasadzie, że łakomstwo i idiotyzm zwyciężają nad zdrowym rozsądkiem. Zdrowy rozsądek podpowiadał pochłonięcie kleiku ryżowego. No, ale je się także dla przyjemności, nawet jeżeli ma ona być tylko chwilowa. Zatem pochłonęłam dwie małe kromeczki "chleba z koszyczka" z biedry, który, choć pieczony z głęboko mrożonego ciasta, smakuje dobrym chlebem. No i kilka plasterków "sera od Kwolka".

Śniadaniowa rozpusta. Dlaczego, powtarzając za Chmielewską, wszystko co dobre albo idzie w biodra, albo szkodzi zdrowiu?

Ten był biały podpuszczkowy, z czarnuszką. Akurat mu się kończył za chwilę termin, więc zdążył trochę dojrzeć i jest lekko pikantny. No, niebo w gębie - tak pysznego sera w żadnym sklepie nie ma. (Tzn. jest. Gdzieś. Właśnie ten "od Kwolka", bo Krystian gdzieś wstawił te swoje sery, tyle, że nie wiem, gdzie. Na pewno sprzedaje je w sklepiku koło domu i w Rogóżnie, tam gdzie pieką "chleb na liściu".) Oprócz tych białych podpuszczkowych, z różnymi dodatkami, robią z Martą jeszcze chyba trzy rodzaje tzw. żółtych - "czarny bursztyn", z kminkiem i zwykły dojrzewający. Wszystkie pyszne i nie jakoś tragicznie drogie w porównaniu z cenami serów przemysłowych. Moje Dziecko uwielbia ten z kminkiem i zjada go po prostu "z ręki".

PS. Pojechaliśmy na ranczo. I wzięliśmy Czarnego psa. Pies głównie poleguje w domu w związku z nieczynnością pani, więc niech se polata po ogrodzie - tam jest ogrodzone i można spokojnie psa puścić luzem. Psa wpadła w euforię już w momencie zakładania szelek. Potem pchała się ostro do auta. W aucie zachowywała się nienormalnie - wierciła się i piskała cała drogę. Potem oczywiście chciała pierwsza opuścić, na co nie pozwoliłam, bo pies wysiada po pani. Puszczona na ogród biegała, obwąchując z zainteresowaniem wszystkie zakamarki. Przedstawienie zaczęło się w momencie wejścia do domu. Pies wbiegł pierwszy na schodki i z niecierpliwością oczekiwał, aż uporam się z zamkami. I to jakby na tyle. Otworzyłam, weszłam, zawołałam psa, a pies nic - stoi w otwartych drzwiach, nawet łapy za próg nie przełożył, i piska. W końcu Starszy złapał za szelki i wciągnął ją do środka. A psa jakby sparaliżowało: stała na szeroko rozstawionych łapach, trzęsąc się jak galareta i faktycznie jedna łapkę miała jakoś dziwnie skurczoną w piąstkę. Potem obeszła pokoje, ale na korytarz nie chciała wyjść absolutnie. Natomiast budynki gospodarcze zwiedzała ochoczo, omijając pilnie letnią kuchnię, do której drzwi stały otworem, a mimo to nawet nosa tam nie włożyła. Duch Cioty krąży po domu?

piątek, 8 lutego 2019

chleba naszego powszedniego

jadalnego!

Z tradycji jesteśmy chlebożercami. Tak jesteśmy przyzwyczajeni do jedzenia chleba, że konieczność przejścia na dietę, która ten chleb wyklucza, jest trudna i bolesna. Przyzwyczajenie do zjadania kanapek powoduje, że szukamy czegoś, czym by ten chleb w tych kanapkach śniadaniowych zastąpić. Bo zrobienie czegoś innego na śniadanie niż kanapka jest bardziej czaso- i praco- chłonne, a wiadomo - człek wstaje głodny i już by coś wszamał.
No, wiem, że są jakieś płatki, owsianki, kaszki itp. Tyle, że większość z nich w moim przypadku odpada, bo albo się źle przyjmuje, albo jest chemicznie wzbogacona, więc nie trącam. Kornflejksów się nie nauczyłam i nie lubię (zresztą należą do tych chemicznych), natomiast owsianka, jaglanka, kukurydzianka - nie lubią mnie. Pozostał mi więc ryżowy styropian, przeplatany placuszkami gryczano-ryżowymi i omletami. W końcu ten styropian zbrzydł mi okropnie i bywało, że łapałam się za zwykły chleb, a to się na ogół źle kończyło.
Bo chleb dostępny w sklepach jest obrzydliwy, niesmaczny, w dodatku etykietę ma tak długą, ze strach ją czytać. Nawet jeżeli ten chleb ma w podtytule napisane "na naturalnym zakwasie" to i tak jest to tylko ściema marketingowa, bo do ciasta sypnięto jedynie, oprócz 10 innych ingrediencji odrobinę suchego zakwasu. W samym P. jest piekarni conajmniej pięć, w gminie - drugie tyle, a w powiecie to już nawet nie wiem. Prawie wszystkie robią chleb byle jaki. Jedyny, stosunkowo smaczny chleb, jaki pojawia się w p-skich sklepach to chleb z Jawornika i Wylewy. W stonce też pojawia się dobry chleb,  tzw."gieesowski", czy ten na miejscu pieczony "z koszyczka", który smakuje, jak dawniej chleb smakował. Ostatnio Dziecko przytaszczyło chleb z Markowej, z piekarni Jaworzanka. Napisane było, że pieczony metoda tradycyjną. Dość sceptycznie na ten chleb popatrzyłam, bo taki tradycyjny z Rogóżna, z certyfikatami w dodatku jadła regionalnego, jest dla mnie niejadalny. Natomiast ten mnie pozytywnie zaskoczył. Owszem, był dość mocno "zbity", ale dzięki temu udawało się pokroić na cienkie kromeczki. Natomiast w smaku był niezrównany - nie za kwaśny (Nie znoszę kwaśnego chleba, w dodatku z kminkiem - tragedia. Chleb na zakwasie wcale nie musi być kwaśny, wiem to na pewno.), trochę smakował jak dobry pumpernikiel. I faktycznie - długo pozostawał jadalny. Dziecko ma już zapowiedziane, że przy następnym pobycie w Markowej ma przywieźć obowiązkowo ten chleb.
Ale wyczytałam, że chleb z mąki orkiszowej na zakwasie ma mi nie szkodzić. No to trzeba spróbować upiec.
Dawniej piekłam chleb często. Zarówno w maszynie, jak i w piekarniku. Potem zepsuł się piekarnik i grzał tylko na termoobiegu, a tak można upiec conajwyżej biszkopt. Potem zepsuła się maszyna do chleba. A potem zepsuły się moje flaki i nie bardzo nadawałam się do takich rozrywek jak zabawa w piekarza.
Co prawda, zdesperowana tym, że jestem skazana na paskudny styropian, próbowałam kilkakrotnie piec chleby tzw. bezglutenowe. Plus był taki, że zabawa w przygotowanie takiego chleba była krótka i mało absorbująca. Minus taki - że były średnio jadalne, a po jednym z nich moje flaki się wręcz zbuntowały.
Wobec czego stwierdziłam, że jak się bawić to się bawić i zamiast jakiś chlebopodobnych kucianek wyprodukować chleb prawdziwy, na prawdziwym zakwasie.


No to zrobiłam. W rzeczywistości nie jest taki szary...


Nastawiłam zakwas, czym się chwaliłam w poprzednim wpisie. Nastawiłam go początkowo na żytniej razówce, ale potem  przez cztery dni był  już dokarmiany mąką chlebowa orkiszową (każdego dnia tyle samo mąki co wody, u mnie po 5dag). Piątego dnia, rannym ranem dokarmiłam jeszcze raz (tym razem dałam po 10dag), a wieczorem zrobiłam zaczyn.


Zaczyn z 1/2 kg mąki orkiszowej, 30dag zakwasu i 1/2 l wody. Następnego dnia rano wyglądał świetnie. 

Mimo to, że harmonogram schodzenia do hadesu padł i przebudziwszy się z pierwszej drzemki około 22-giej stwierdziłam, że kaloryfery są tak ciepłe jak wczorajszy nieboszczyk a smok w hadesie wymaga reanimacji, zaczyn pracował świetnie.
Po wykonaniu porannych zadań zabrałam się za wyrabianie ciasta. Do michy z zaczynem doszło drugie pół kilo mąki, łyżka soli, łyżka miodu i pół szklanki wody. Te drugie pół kilo stanowiła mąka orkiszowa z dodatkiem białej pszennej w jakiejś 1/3. Wody okazało się, że trzeba dać odrobinę więcej niż te pół szklanki, bo pewnie moje mąki były bardziej suche. Przepis przewidywał jeszcze dodatek dowolnych ziarenek w ilości 1 szkl, ale zrezygnowałam z ziarenek, bo się nie lubimy.
Ciasto wyrabiałam w misce wielką drewnianą łychą, oburęczną, która została zakupiona sto lat temu, do takich właśnie zadań specjalnych (między innymi przefasowała wiele kilogramów masła).
Zwykłe ciasto drożdżowe wyrabiam mikserem ręcznym z hakami, ciasto na chleb jest jednak zbyt ciężkie, żeby taki mikserek dał mu radę. Jakiś kenłud czy inny taki - planetarny, o dużej mocy (min 1400 W) owszem, ale nie posiadam i na posiadanie się nie zanosi. Więc pracowałam tą łychą cierpliwie, aż ciasto zaczęło do mnie gadać - tak "pufff- pufff" oraz wyciągać się w "igiełki".


Ciasto ma już dość męczenia.

Przełożyłam w dwie blaszki keksówki, które wcześniej wyłożyłam papierem do pieczenia. Blaszki zawsze przygotowuję najpierw, żeby były już gotowe, jak skończę z ciastem. (Mam taki mały sposobik na wykładanie blaszek papierem, żeby było równo i dokładnie: odwracam blaszkę do góry dnem i zaginam na niej starannie papier. Nawet jak potem nie uda mi się go przyzwoicie zdjąć, to i tak nie ma problemu, bo kształt blaszki już ma zapamiętany. Kiedyś, na jakimś kulinarnym blogu, twórczyni podawała sposób taki: papier zamoczyć, zmiąć i wtłoczyć w blaszkę. Miałam przy tym trochę uciechy!)
Postawiłam pod ścierę i niech se rośnie, jak zechce. Zechciał. Miał rosnąć ok 5 godzin, ale uwinął się szybciej.Posmarowałam wodą i posypałam czarnuszką. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 220 stopni, po 15 minutach zmniejszyłam na 190 (mój piekarnik chyba grzeje lepiej niż powinien). Na spód piekarnika poszła miska metalowa z wodą (Ciekawa rzecz była z tą miską, bo ona się cały czas trzęsła, jak gdyby tam wibracje jakieś były). Po niecałej godzinie chlebki były gotowe. Zostawiłam jeszcze na chwile w piekarniku, posmarowawszy uprzednio wierzch zimną wodą (skórka robi się bardziej jadalna i błyszcząca).


Po wyjęciu z foremek poszedł na kratkę. Najpierw na wznak...


A potem trochę na boczku...

Sępy krążyły nad nim i musiałam stanowczo ostrzec, żeby mi żaden nie ważył się z nożem startować, bo gorącego chleba się nie kroi, ponieważ mu to szkodzi. Udało mi się sępy utrzymać na stosowną odległość, ale w końcu już tak im ozory wisiały, że uległam i ukroiłam po kromeczce. Już takiego dość mocno przestudzonego. Ale i tak obsechł na powstałym przekroju.

Tak więc moje kolejne podejście do wypieku chleba na zakwasie zostało uwieńczone sukcesem ( z poprzednimi podejściami, do chleba żytnio-pszennego było jakby pół na pół) i będę te wyczyny co jakiś czas powtarzać. Zakwas, po odważeniu ze słoika potrzebnej porcji, dokarmiłam 10 dag maki i 10 dag wody, zostawiłam tak do rana, a rano schowałam do lodówki w otwartym, koniecznie słoiczku.
(Potem Dziecko odmówiło jedzenia chleba ze sklepu i musiałam je nakarmić moim. Dziecko nalega, by upiec pszenno- żytni, zatem spróbuję, ale najpierw niech zjedzą ten ze sklepu, bo nie wszystek się dla kóz nadaje)

A poza tym?
A poza tym dziwactwa ciąg dalszy... Jakąś idiotyczna wiosnę mamy początkiem lutego, która już pospiesza Dziecko by jechać z nawozami w pszenicę. Obawiam się, żeby ta lutowa wiosna nie odbiła się potem śniegiem leżącym do końca kwietnia, bo to zwykle tak jakoś bywa, że nastanie wiosny wiąże się z terminem Wielkanocy. A ten w tym roku najpóźniejszy możliwy.
Na razie mamy najpaskudniejszy moment wiosny: na gumnie massakra massakryczna powstała w wyniku wożenia się Dziecka zielonym 10-tonowym bydlatkiem po nieutwardzonym gruncie. Wobec czego tam, gdzie była trawa jest teraz lej po bombie. Drę twarz, żeby mi przynajmniej na ten fragment trawnika tuż przed domem niczym nie zajeżdżać. W dodatku krety robią swoją krecią robotę i tworzą krajobraz księżycowy. Przez lata nie miałam kretów na posesji. Po tym jak kiedyś, już dawno sprężyłam się mocno, polatałam ze świecami i je skutecznie przegoniłam. Wiosną zrobię powtórkę, bo nie zniesę tych kopców, zrytych trawników i zniszczonych roślin.
Paskudne oblicze przedwczesnej wiosny wylazło także oknami. Kuchenne okno wychodzi na wschód (skąd najczęściej wieją wiatry, od pól w dodatku) więc poranne ostre słoneczko pokazało cały powiatrowy osad na szybach. Zatem powzięłam mocne postanowienie, żeby umyć. (Z  kuchennym oknem jest problem tego typu , że można je umyć dopiero, jak słońce pójdzie za chałupę. Czyli po południu. A ja najbardziej żwawa jestem przed.) Nie lubię brudnych okien. Nie lubię mycia okien, choć od wielu lat, po wymianie, jest to o wiele prostsze niż dawniej, kiedy okna były olbrzymie i otwierały się na zewnątrz. Nie mam zacięcia do zawziętego polerowania szyb, żeby nie było maziaków. Ale nie lubię maziaków, bo mnie wqrzają jeszcze bardziej niż ogólnie brudne szyby. Dlatego nie stosuję żadnych domowych metod na mycie szyb. (Proszę państwa, myśmy już to przerabiali, ale byliśmy wtedy piękni i młodzi - dziś już tylko piękni i ze zbuntowanymi flakami. Była kreda z octem, była "prawda" w użyciu./Chociaż "prawda" nie, bo farba drukarska za bardzo smarowała/, były szampony, octy i inne cuda wianki). Chociaż, zamiast cudownych płynów, do mycia zlewu, umywalki, kafelków stosuję kwasek cytrynowy i sodę , to jednak do szyb uznaję tylko profesjonalną chemię.
Z jakiejś smarketowej wycieczki Dziecko przywlekło sobie spraj do kokpitu i piankę do szyb samochodowych.  A jego kolega Kubuś, który mu w tej wyciecze towarzyszył i wpadł jeszcze na kawkę, stwierdził mimochodem, że jego matka od dawna niczego innego do szyb nie używa. Wobec czego Dziecko natychmiast psikło na kuchenną szybę, przetarło papierowym ręcznikiem i stwierdziło "ŁAŁ!"
Tak, ta pianka to jest właśnie to, dzięki czemu leniwe tygrysy polubią mycie okien! (Uwaga! Tu będzie psełdo reklama!) Szybko-łatwo-przyjemnie-bez smug i maziajów-szyby lśnią jak kryształ. Wystarczyła mała szmatka z mikrofibry, żeby trochę przetrzeć pianę i papierowy ręcznik w niewielkiej ilości. Pianka nazywa się K2 Nuta i dla mnie jest to najlepszy środek do mycia szyb, z jakim miałam dotąd do czynienia. Kosztuje wcale nie więcej niż jakiś lepszy psikacz do szyb, a cała przyjemność po mojej stronie. Z rozpędu i wdzięczności umyłam także okno w pokoju Dziecka. Wyznam szczerze, choć ze wstydem, że stało niemyte od jesieni, więc jesienne muchy pozostawiły na nim to co zwykle muchy zostawiają, w obfitości wielkiej. I z tym  pianka poradziła sobie nadspodziewanie dobrze! Tylko jedno maźnięcie mikrofibrą (przy każdym innym płynie musiałabym pracować gąbką) i papierowy ręcznik. Potem się rozpędziłam jeszcze na lustro u mnie w pokoju i foty w ramkach, które miały jakoś dziwnie pomaziane szybki, co stwierdziłam, gdy mnie któregoś dnia naszło na wyrównywanie zwisów.
A potem wzięłam grabie i zgrabiłam resztki podrzewne popod oknem, którym to drzewo do piwnicy wrzucane było, bo mi na uczucia estetyczne mocno oddziaływały negatywnie.
Negatywnie mi też oddziałują cztery kury, nie-wiadomo-czyje, które pojawiły się przed kilkoma dniami na gumnie i zachowują się jak u siebie w domu, czyli przychodzą mi srać na schody. Gdyby z tego gówna na schodach był jeszcze pożytek w postaci jajka, to może bym nic nie rzekła, bo z chłopskimi jajkami tragedia. Rzeszowska zapragnęła jajka chłopskiego (podobno u niej w sklepie tylko klatkowe). Strasznych wywiadów wymagało i zabiegów organizacyjno-logistycznych, żeby wreszcie te 30 jajek zdobyć. Z czego rzeszowska dostała dwadzieścia. Widoków na chłopskie jajka brak, chociaż niby wiosna się zrobiła, sąsiedzkie kury łażą i robaczki sobie wybierają oraz trawkę skubią. Z czego nic nie wynika, niestety, w kwestii produkcji wiadomej.
Nie-wiadomo-czyj jest także czarno biały kociuś, którego pewnego dnia zastałam u kóz. A tu akurat proszę częściej, bo myszy sobie pozwalają w tym roku, jak nigdy. Być może to ultradźwiekowe coś, co zainstalowałam u kóz i niby miało odstraszać to je właśnie przywabia?

A poza tym? 
Starsze Dziecko wylądowało w Lądku i ogląda sobie Westminster Abbey oraz śle mi foty i filmiki mesendżerem. (W sumie miło, że się z matką dzieli wrażeniami ze zwiedzania, tyle, że ja to wszystko w wersji obrazkowej znam. Moja ciekawość świata się ostatecznie na oglądaniu obrazków skończyła.) Dziecko w Lądku było wielokrotnie, ale służbowo. I wtedy to wyglądało tak: lotnisko,hotel, sala konferencyjna, jedzenie, hotel, sala konferencyjna,lotnisko. A teraz pojechała zobaczyć coś więcej niż hotel i lotnisko, zanim się ten Lądek całkowicie zbrexituje, co może jakieś utrudnienia implikować.
A młodsze Dziecko zaczęło jeździć na "siłkę". Co mnie w zasadzie cieszy. W zasadzie, bo męska gupota jest never ending, z wiekiem nie mija, zatem za pierwszym razem dało sobie tak w palnik, że rankiem rączek rozprostować  nie mogło. Wieszczyłam złowieszczo, że po całym dniu trzymania rączek na kierownicy już mu tak zostanie i będzie chodził ze zgiętymi, jak manekin. Wczoraj zrobił powtórkę, żeby trochę przepędzić zakwasy, co zapewne niewiele dało, bo po powrocie moczył się we wrzątku, czego nigdy nie czyni, ablucje załatwiając prysznicem. Posmarował by to czymś rozgrzewającym. Ale znając jego awersję do wszelkich mazideł naskórnych, wolę nawet nie napomykać o takiej opcji. Zatem gupota trochę poboli...




niedziela, 3 lutego 2019

wariacje, nie tylko pogodowe

Żyjemy w popieprzonym kraiku, zatem i pogoda musi być popieprzona, żeby całość współgrała.W każdym razie w minionym tygodniu był cały przegląd zimowych możliwości - od śnieżycy po roztopy, od mocnego minus do przyzwoitego plus. I to nawet w ciągu jednego dnia - rano nawaliło sypkiego puchu, a do południa już nie było po nim śladu. Skutki bywały różniaste, np momentami na gumnie było lodowisko i Czarna na tym lodowisku łapała poślizgi: chodziła jak kot po gorącej blasze, z szeroko rozstawionymi łapami, a zdarzało się także, że po prostu leciała na pysk. Biedna Ledunia, ale widok, mimo wszystko wywoływał rechot obserwatorów.
No i straż pożarna miała trochę roboty, bo tylko w ubiegłym tygodniu na wiejskiej magistrali dwa wypadki się zdarzyły spowodowane szklanką bądź tym, że znienacka nawaliło. Wiejska droga jest w kolejności utrzymania niejakiej, przy "normalnych" opadach pies z kulawa nogą się nie interesuje. Jak już faktycznie mocno sypnie, to coś tam przejedzie, najczęściej ograniczając się do małego odcinka przy wyjeździe na starą Eczwórkę. A lodowisko na szosie? Wszak wieśniaki są przyzwyczajone do warunków utrudnionych. Tyle, że wieśniaki robią się ostatnimi czasy takie "nie wiejskie, nie miejskie" - już o korzeniach zapomniawszy, a nowych obyczajów nabywszy wyrywkowo i to niekoniecznie akurat "TYCH". Nie wspomnę już o tym, że w dawnych, "wieśniackich" czasach wieś była bardziej zorganizowana, w okresie zimowym były wyznaczone dyżury "do śniegu" i chłopy sumiennie rakietowały własnymi łopatami.
Tak jakoś przez póltora tygodnia czułam się jak normalny człowiek. Az zaczęłam na prawo i lewo rozpowiadać jaka to cudowna poprawa nastąpiła. Zwłaszcza do Najważniejszej się pochwaliłam, trochę z powodu iżby może dała mi spokój z sugerowaniem chorób, które ja mogę mianowicie posiadać oraz zlecaniem badan i lekarzy. No i się natychmiast skończyło. Przez dwa dni zdychałam totalnie, w sobotę ożyłam około 4tej rano i zabrałam się za kuchenne wyczyny.


O siódmej gołąbki już siedziały w piekarniku. Tradycyjne, z ryżem i mięchem, częściowo zawiniętym w liście kapusty włoskiej, a częściowo - białej, bo ta włoska jakaś mała była.


Ze względu na tę zwykłą kapustę nie podlałam ich do pieczenia pomidorami, jak zwykle (wiadomo, że pieczone w kwasie, liście białej kapusty nie zmiękłyby do końca świata), tylko bulionem ze śmietaną. Która się oczywiście brzydko ścięła, co zresztą widać na zdjęciu. Nie pomyślałam o nabyciu śmietanki pasteryzowanej - efekt wizualny byłby lepszy, gdyby jej użyć zamiast zwykłej śmietany.



 Potem przyszła kolej na szarlotkę, która łaziła już od dłuższego czasu. Planowana była w ub. tygodniu, ale musiała ustąpić drożdżówkom. Ja tej szarlotki zjem najwyżej jeden mały kawałeczek, ale panom wyraźnie posmakowała i 1/3 placka już zniknęła.

W trakcie przygotowywania ciasta do pieczenia stwierdziłam, że przyniosłam za mało jabłek (do środka wchodzą antonówki zasłoikowane w plasterkach). Ponieważ na horyzoncie pojawił się Starszy zechciałam się nim posłużyć. Trzymając w ręku słoik częściowo napełniony jabłkami powiedziałam: -Jak byś mógł, to przynieś mi jeden taki słoik ze spiżarki.
Starszy stwierdził, że może, zrobił w tył zwrot i odmaszerował, żeby po chwileczce pojawić się z analogicznym słoikiem puściutkim i czyściutkim. Szczęka mi tak haratła o podłogę, że zaniemówiłam. No, ale (pomyślałam) czego ja chcę od biednego podludzia - kazałam słoik, przyniósł słoik. Jak bym kazała jabłka, to by mu chyba dłużej zeszło, bo szukałby w spiżarce jabłek. Było kazać konkretnie - "słoik z jabłkami". Poszłam sama. Ale, że on się nie zastanowił, na co mi w tym momencie pusty słoik? Być może ja mam już takie nieprzewidywalne fanaberie, że Starszy przyzwyczajony i nie docieka?

Jak już zrobiłam dobrze reszcie rodziny, to zdecydowałam resztkę sił przeznaczyć na zrobienie czegoś dla siebie. Mówiłam wcześniej, że bezy zaczynają mi się śnić po nocach. Raz czy dwa udało mi się nabyć gotowe, z piekarni w Żurawicy, które pojawiają się czasem w Piotrusiu. Potem już nie zdarzało mi się upolować. Miła pani proponowała, że mi zamówi, ale nie chciałam się umawiać, bo nigdy nie wiadomo, czy będę się nadawała do zakupowych wyjazdów. Moja Mama zawsze mówiła, że "nie święci garnki lepią". Co oznaczało, że jak zechcesz, to wszystko możesz zrobić. Ponieważ akurat zostały mi cztery białka z jajek od szarlotki zdecydowałam wreszcie spróbować. Czasem są takie "strachy na lachy", wydaje się, że coś jest strasznie trudne i skomplikowane, a potem się okazuje, że to była bardzo gruba przesada. Kluczowym problemem był tu mój piekarnik, który mi się mocno nie podoba, piecze jakoś idiotycznie, na środkowym poziomie pali z góry, na dolnym - pali z dołu i ogólnie chyba grzeje do temperatury wyższej niż ustawiona. Poprzedni miałam oswojony - tego wciąż nie mogę wyczuć.
Ale zrobiłam, ubiłam zawzięcie. Cukier mi się nie do końca rozpuścił, bo ogólnie ten cukier jakiś taki, że nawet w herbacie trzeba mieszać długo i cierpliwie, żeby na dnie kubka nie zostawał.


Wyciskałam z rękawa, przy użyciu tylki z otworem 0,8 cm. Tylka z największa dziurą, jaka udało mi się upolować za niekosmiczne pieniądze. Siedziały godzinę w 110 stopniach i wyszły jak widać - niektóre się troszkę przyrumieniły. 

Dziecko się śmiało, że włożyłam do takiego słoja do którego Starszy ręki nie włoży. Niestety -włoży, więc słój z bezikami powędrował do spiżarki, ponieważ Starszy ma ze słodkościami tak, ze sięga dotąd, dopóki mu ręka na puste dno nie trafi.

Chleb. Chleb to problem. Złożony zresztą. Nie mogę jeść chleba pszennego, a żytniego tym bardziej. Chleb ogólnie jest beznadziejny, etykietka zawiera spis wynalazków, których nikt by się w chlebie nie spodziewał.  Pieczony z najgorszej mąki, ze zbóż paszowych, zawierających mało glutenu, stąd te wynalazki w nim. Szkodzi ten chleb nawet zdrowym. Dawniej piekłam chleb często, zarówno w piekarniku, jak i w maszynie. Potem maszyna się zepsuła i jakoś mi przeszła ochota na pieczenie. Ostatnio upiekłam kilka chlebów różnych bezglutenowych - tzn z maki innej niż pszenna i żytnia. Ale żaden mi nie smakował, bardzo szybko robiły się niejadalne, mrożenie tylko sprawę pogarszało, więc zaniechałam. Ostatnio trafiłam na bloga Pana Krewetki, który wypieka chleb z maki orkiszowej i pszennej, na zakwasie. Taki chleb mogłabym jeść, bo w moim przypadku nie tyle chodzi o gluten (żyto wszak ma go niewiele), co o fruktany. W procesie tradycyjnego, min. 24-godzinnego przygotowywania ciasta na zakwasie do wypieku zachodzą procesy, które robią źle tym fruktanom. Trzymając się zasady, że "nie święci" nastawiłam zakwas na chleb. Zaczęłam  od porcji maki żytniej, odsianej z żurówki od sąsiadki, ale potem kupiłam orkiszową i już dalej dokarmiam ten zakwas ta mąką. Idąc rozpędem nastawiłam też żurek owsiany (tu jest 5 łyżek maki owsianej z Melvitu, zalane ok pół litra wody przegotowanej i kilka ząbków czosnku. Wystarczy na jakieś 6 porcji zupy). Z mąki, nie z płatków, bo potem nie wiadomo, co z tymi płatkami zrobić. Chłopy by mi takiej "owsianki" na kiełbasie nie jadły, a tak zszamały z przyjemnością, bo już raz zrobiłam.



 Jak widać zakwasy już żyją. Ten chlebowy dokarmiony jeden raz na razie, ten owsiany (z lewej) tylko mieszany.



Żurek owsiany kisi się trochę inaczej niż żytni, w którym fermentacja przechodzi tak burzliwie, że zdarza mu się uciec ze słoika. Tu mamy tylko leciutkie gazowanie, jak oranżadka. 

Gdy kisiłam pierwszy raz, myślałam, że nic z tego nie będzie, bo się nie pieni. Okazało się, że było i to nawet bardzo smacznie.

Jak kisić to kisić ( co jest nawet niegłupim pomysłem, żeby na raz to i owo, bo te bakcyle sobie fruwają i kiszenie się odbywa ogólnie łatwiej i przyjemniej. Nie wolno jednak w takim przypadku mleka na zsiadłe gdzieś obok nastawiać, bo mu zaszkodzi) Nastawiłam więc kiszonkę z czerwonej kapusty. To jest moje niedawne odkrycie. Robiłam dotąd tylko raz, ale na pewno będę powtarzać, bo jest przepyszna, a walorami zdrowotnymi bije inne kapusty kiszone. Kiszę niewielka ilość, tyle, żeby zjeść, zanim coś się z nią zacznie dziać. Teraz zakisiłam 2 kilogramy. Proporcja jest taka, że daje sie dwa kilogramy cieniutko poszatkowanej kapusty i 2 łyżki soli. I w zasadzie na tym można poprzestać. Ja nie specjalnie przepadam za kminkiem, więc nie dałam. Dołożyłam natomiast jedno duże starte jabłko, 1 dużą marchewkę i kawałek startego selera.Oraz 4 łyżki cukru. Poszłam za rada Olgi S, która tych kiszonek robi hektolitry i ma już jakieś doświadczenie.Co do cukru nie bardzo byłam przekonana, bo wyczytywałam kiedyś, że nadmiar cukru powoduje, że zachodzi fermentacja alkoholowa a nie mlekowa. Z tego tez powodu nie powinno się do białej kapusty dawać zbyt dużo marchwi - te 20 dag na 10 kg to norma, której nie powinno się przekraczać. Kapusta już żyje, dziś popatrzę co tam się z nią dzieje.

Z ciekawskich ciekawostek to jeszcze taka: 30.01 dostałam mejla wysłanego z mojej własnej skrzynki pocztowej. W którym to mejlu, jakiś dowcipniś - optymista zawiadamia mnie, że mnie MA. Bo zhakował moje konto, historię mojej przeglądarki, adresy, kontakty, numery telefonów znajomych (ciekawe skąd mu się wzięły). Stwierdził, że się dobrze bawiłam na "pewnych" stronach i teraz on te informacje porozsyła do wszystkich moich znajomych. Chyba, że zapłacę mu 550$ w bitcoinach. Po pierwsze primo, nie jestem panem posłem "od motylków" i tego typu informacje, gdyby zechciał spreparować (bo strony, które mnie najbardziej "rajcują" to blogi z przepisami, więc na podstawie historii mojej przeglądarki mógłby mi conajwyżej śledzie po cygańsku albo sernik przypiąć) zaszkodzić mi nie mogą - utrata immunitetu mi nie grozi. Po drugie primo, nawet gdybym była taka głupia i zdeterminowana w kwestii obrony własnego wizerunku, to niestety, moja emerytura wynosi mniej  niż 550$ i musiałabym zęby w ścianę wbijać przez cały miesiąc. Konto zlikwidowałam. Tak, że przy okazji informuję, jeżeli ktoś dysponował moim adresem mejlowym na serwerze o2, to ten adres nie istnieje.
Likwidacja konta mejlowego skutkowała koniecznością zmiany adresów w różnych miejscach, np na allegro, oraz wszędzie tam, gdzie mi wysyłają e-faktury. Z allegrem był problem malutki, bo osobiście mi się nie udało, ale po wysłaniu mejla obsługa zrobiła to natychmiast. Problem większy powstał z timobajlem, bo akurat mieli pożar i spłonęła im serwerownia. Ale z tego powodu i faktur na razie rozsyłać nie będą, więc poczekamy cierpliwie, aż zrobią porządki po pożarze.

A poza tymi małymi utrudnieniami, poczekam cierpliwie co dowcipniś dalej wymyśli. Okazuje się, że ludzi wierzących nie brakuje... Ten wierzy w swoją zajebistość i czyjąś głupotę...

wtorek, 29 stycznia 2019

czym pachnie w kuchni niedzielnym porankiem

Wciąż wstaje o jakiejś nieprzytomnej zupełnie porze. Po pobudkach o północy czy o drugiej na ogół udaje mi się zasnąć, pod warunkiem, że zbyt szeroko nie otworze oczu. Ale o czwartej już nawet nie próbuję. Nawet nie usiłuję dolegiwać z zamkniętymi oczami, bo wtedy na poddaszu zaczyna się taka gonitwa, że jest to szkodliwe dla zdrowia. Sporadycznie udaje mi się, po porannym harmonogramie, wrócić do łóżka i jeszcze trochę kimnąć.
Na ogół rano lepiej się czuję, więc staram się podgonić codzienne obowiązki. Zwłaszcza, że mam w kuchni luzik, bo moi panowie lubią pobarłożyć długo. Dla Dziecka to wręcz obowiązek, po całym tygodniu pracy, w niedzielę powylegiwać się na luzie. A Starszy nigdy specjalnie zrywny z pościeli nie był i tak też mu zostało, szczegółnie odkąd pleban wprowadził trzecią mszę o piętnastej.
Zatem zabrałam się za garowanie. Nastawiłam rosół, który ostatnio u mnie z garnka nie wychodzi, jako, że korzystny jest bardzo dla flaków. Dyskutować by można długo i żarliwie nad zaletami i wadami, nawet na noże pójść by mogło. Bo ostatecznie istnieje domniemanie, że ten rosół jest bardziej wyciągiem sterydowo-hormonalno-antybiotykowym niż kolagenowo-mineralnym. Niestety, dostępu do kurki z podwórka w martwej postaci nie mam, więc zmuszona jestem korzystać z tych ogólnodostępnych, a te - jakie są, kużden wi. Mimo to, wąsy mi na razie nie rosną, a flaczki są wdzięczne za rosołek w kubeczku, który łagodzi ich obyczaje i przyjmuje się pięknie, nawet wtedy, gdy nic innego się nie przyjmuje.
Tak więc, po małej chwili pachniało w kuchni rosołem.
(Ten mój rosół wzbogacony przyprawowo jest trochę, w stosunku do tego co zwykle. Na mój potężny, siedmiolitrowy gar, wypełniony jakby w czterech piątych, dodaję ze 3 plasterki świeżego imbiru, łyżeczkę lubczyku, łyżeczkę oregano i pół łyżeczki kurkumy, czasem jeszcze łyżeczkę kozieradki, która podnosi smak umami rosołu. Oczywiście pieprz i sól. Ale to wszystko tak bliżej końca gotowania.)
Jak się rozpędziłam z obieraniem jarzyn, co się wiąże z odkładaniem obierek dla kozów, to stwierdziłam, że już obiorę wszystko, co trzeba, żeby się potem nie rozdrabniać. Zaplanowałam na obiad wątróbkę i surówkę z marchwy i jabłka. Wątróbka wymaga jabłuszka - takie jabłuszko, pokrojone w ósemeczki, usmażone z wątróbką, potem posypane solą i majerankiem jest lepsze niż sama nawet wątróbka (Wątróbka wyłącznie drobiowa, uprzednio namoczona w mleku, co jej szlachetności dodaje wielce). Dziecko oczywiście nie wyobraża sobie wątróbki bez cebulki. A smażenie/duszenie cebulki zawsze wiąże się z komentarzami ze strony Starszego, który na cebulę jest jakby "uczulony" (To uczulenie kończy mu się w momencie skojarzenia cebuli i śledzi - potrafi nawet kilogram cebuli do śledzi obrać, co ja skwapliwie wykorzystuję. A co, chce marynowana cebulkę w ilości kilograma, to niech przynajmniej obierze. Kroić już mu nie każę, bo przepatrzeć nie mogę, jak nad tym smarka i ślozy leje - o dziwo, ja mogę ten kilogram skroić bez usmarkania się )
No to się wzięłam za cebulkę, pokroiłam i zaczęłam dusić na masełku.
I kuchnia zaczęła pachnieć duszoną cebulką! Co mnie natychmiast przeniosło do kuchni mojego późnego dzieciństwa, gdy już mieszkaliśmy we własnym domu. Wspominałam kiedyś, że ojciec raczej garnków nie tykał. Istniały jednak trzy tematy, które były jego domeną: wspominane już kręcenie majonezu, krojenie słoninki na smalec (ręczne - najpierw cienkie paseczki, potem kosteczka, żadne broń boże mielenie maszynką!) oraz właśnie duszenie cebulki. W tygodniu, gdy do pracy pomykało się na siódmą, nie było mowy o takiej rozpuście. Więc te rozpusty podniebienne, wymagające więcej czasu i nakładu pracy były przypisane do niedzieli (np. często na niedzielny obiad były pierogi, bo nawet przy dobrej organizacji, zrobienie ich w tygodniu było raczej niemożliwe)
Tak więc w niedzielę ojciec zabierał się za cebulę. Istniała w domu olbrzymia patelnia, prawie jak koło od wozu. Nigdy się potem z patelnią o takiej średnicy nie spotkałam. Conajmniej kilogram cebuli trzeba było obrać na tę patelnię. Potem się dusiła owa cebulka pod pokrywką, a na koniec wchodził w nią słoiczek przecieru pomidorowego i rodzina konsumowała w zachwycie z przepysznym chlebusiem z piekarni na dole. Tak więc bywało, że o niedzielnym poranku kuchnia na Górce pachniała duszoną cebulką.
Drugim takim kuchennym olbrzymem był czajnik. Wielki, aluminiowy i raczej paskudny, ale ważne było, że wielki. Czajnik był prezentem od Dolka. Dolek, sąsiad zza płota, był ojca przyjacielem od najsmarkatszych lat.(Dolek miał na imię Adolf, ale - ponieważ urodził się w 1927 roku - nie dostał tego imienia na cześć innego, słynnego Adolfa, gdyż ów był jeszcze zbyt mało słynny, by ktoś chciał na jego cześć nadawać imię dziecku) Razem  wyjechali na studia do Poznania, choć na różne kierunki, bo ojciec studiował ekonomię a Dolek AWF. Razem przyjeżdżali z tego Poznania na święta i podobno potrafili we dwóch sprzątnąć indyka na jedno posiedzenie oraz wytłuc kopę jaj podczas wielkanocnej tradycyjnej rozrywki. (Oczywiście nie były to takie indyki, jakich fragmenty widujemy dziś w sklepach, no, ale...) Dolkowi zamiłowanie do konsumpcji pozostało, Awuefu nie skończył i, jak to się często zdarza unieczynnionym sportowcom, szybko stał się zażywnym panem z okrągłym brzuszkiem. Dolek często wpadał do nas na pogaduszki, połączone z konsumpcją czegoś pysznego. Pogaduszki te wymagały morza herbaty. U nas zawsze była dobra herbata, parzona w imbryczku, pięknie pachnąca. Czajnik bulgotał na węglowej kuchni. (Ta kuchnia też była małym dziełem sztuki. Mama, estetka, lubująca się w rzeczach pięknych i starannie wykonanych, wynykała gdzieś śliczne kafle - gładkie, białe, prostokątne, jak pół normalnie spotykanego kafla. Kuchnia stała dość długo, potem Brat ja rozebrał, potem przemyślał sprawę i postawił od nowa. Niestety, tamte kafle już się nie dały wykorzystać i nowa kuchnia nie jest taka ładna jak dawna). No i w obliczu tego morza herbaty, nasz domowy czajnik wydał się Dolkowi za mały. Zatem któregoś dnia wkroczył z czajniorem zdolnym pomieścić jakieś pół wiadra wody.
W tamtych czasach herbata z cytryną nie była tak codzienna, jak dziś. Cytryny istniały, zapewne częściej niż pomarańcze. ((Nikt za nimi w kolejkach nie wystawał, bo nikt nie miał na to czasu ani zacięcia - ostatecznie istniały przyjemniejsze rozrywki. Zresztą, ja z tamtego okresu  kolejek nie kojarzę, oprócz tych zwyczajnych, wynikających z faktu kupowania zza lady, za którą figurowała na ogół jedna ekspedientka. Jadało się nawet zupę cytrynową, którą Mama gotowała i później, a która niedawno sobie z Pumą z rozrzewnieniem wspominałyśmy.) Zimowa porą piło się u nas często herbatę z jabłkiem! Rosła na podwórzu  jabłoń nazywana przez Dziadka antonówką. Były to zupełnie inne jabłka niż te u mnie w sadzie - bardziej zielone niż żółte, większe, bardzo twarde i jadalne dopiero jakoś w środku zimy. Takie jabłuszko kroiło się "z ręki" w kosteczkę i tę kosteczkę wrzucało do gorącej herbaty, nakrywając spodkiem. Na codzień herbata była pita z kubeczków. Te kubeczki były oczywiście porcelanowe i koniecznie musiały mieć cienkie brzegi, o co Mama sumiennie dbała wyszukując odpowiednie w sklepach. Na potrzeby  herbaty z jabłkiem zostały zakupione większe kubeczki, takie około półitrowe. (Także na potrzeby Dolka, dla którego szklanka herbaty to były zaledwie dwa łyki) Ja pijam herbatę z kubka z arkoroku i ten kubek mnie trochę odraża, bo jest ciężki i ma dość grube brzegi. Rozpoczęłam więc poszukiwania i udało mi się nabyć sympatyczne, cienkobrzegie kubeczki Maria Paula, z przyjemnym złotym paseczkiem na górnej krawędzi. Ale w trakcie  internetowych poszukiwań trafiłam na coś, co przypominało owe kubeczki od jabłkowej herbaty.

Radość moja była wielka i już-już miałam nabyć toto internetem. Jednak wcześniej natknęłam się na ten kubeczek w sklepie mojej miłej Joasi. No i rozczarowanie było równie wielkie, bo tylko kształtem i wielkością przypominał ów kubek jabłkowo-herbaciany. Natomiast brzegi miał tak grube, że z pewnością ulewałoby mi się podczas picia.

Zatem temat kubka pozostał otwarty, arkoroki mi zbrzydły, zwłaszcza, że jeden się jakoś dziwnie uszczerbił, no i rysują się podczas mycia, bynajmniej nie w zmywarce.
Tymczasem pozwoliłam sobie na małą rozpustę. Co tam! Ponieważ i tak nie wiadomo do końca, co mi może zaszkodzić, to niech mi zaszkodzi przynajmniej coś dobrego. Wczoraj aura była rozkładająca. Wszyscy chodzili podpierając się nosami, lub śpiąc żywcem na siedząco. O czym się zgadałam łotsapem z Krzysią. A Krzysia mi na to: kawa z ekspresu z miodem, bez mleka. Jak z miodem, to może i z prądem? No to może z prądem. Zaświtało mi szczęśliwie, że mam przecież drugi ekspresik (Dziecko wróciwszy z pracy zaległo i nie byłoby z kim podzielić się resztą kawy z dużej kawiarki), taki normalno-filiżankowy, nie arkorokow-kubkowy. I poleciałam nastawić. Miodu resztka jeszcze gryczannego była, mojego ulubionego, a za prąd robił słowacki napoleon w ilości 1 łyżki na filiżankę (ten napoleon solo miał jakiś ohydny, migdałowy posmak i bałam się zepsuć kawy większą ilością)


 No to sobie użyłam jak normalny biały człowiek. W dodatku w cieniutkiej porcelanie. W dodatku zjadłam tę jedną kosteczkę czekolady. I w dodatku przeżyłam, a nawet o dziwo, ta kawa mi dała lekkiego kopa, bo przestałam się nosem podpierać i nie padłam, jak zwykle, około 18tej, mimo zwykłej przedporannej pobudki.

Mam zamiar powtórzyć niebawem. Co prawda gastrolog i dietetyczka zgodnym duetem twierdzą, że kawa to ZUO. Gastrolog nie znalazł jednak skutecznego sposobu na moje dolegliwości, a dietetyczka nawymyślała taką ilość badań i supli ( w dodatku linkując je do jedynie słusznej strony amerykańskiej - zapewne linki lojalnościowe są to), że musiałabym znaleźć jakiś kiepsko zabezpieczony bank ( a po ostatnich aferach z ochroniarzami nawet banki głęboko prowincjonalne rozstaną się z kościanymi dziadkami z I grupą inwalidztwa zatrudnionymi dla bezpieczeństwa kasy i klientów), żeby te zalecenia zrealizować.
Tymczasem pozostaję przy pewnych ograniczeniach spożywczych, cierpiąc przy tym niezmiernie, gdyż moja spiżarka pełna jest różnych zakazanych pyszności.

Takie oto ślimaczki syjamskie wypiekałam w sobotę i wymyśliłam, żeby coś tam wsadzić w środek zwoju. Padło na czekodżem wiśniowy, który okazał się nieodpowiedni do tego celu, za to tak pyszny, że z trudem zakończyłam degustację na jednaj łyżeczce. Ślimaczków ostatecznie kilka zjadłam... 


Natomiast tych rożków, upieczonych dla urozmaicenia z jabłkami ze słoika, których straszne ilości też się marnują w spiżarce, nawet nie tknęłam.

No, to w sobotę o poranku pachniało ciastem drożdżowym i cynamonem w mojej kuchni.
A w piątek wieczorem -  proziakami.


Proziaki tym razem upiekłam sposobem mojej Babci, czyli w piekarniku. Na zdjęciu towarzyszy im ser zagrodowy, "Produkt z własnego gospodarstwa" Krystiana i Marty.
Ten z czerwonym to ser kwasowo-podpuszczkowy z płatkami papryki, a ten drugi to ser dojrzewający. Krystian nabył ostatnio witrynki chłodnicze i zaczął pakować te sery próżniowo, więc  bardzo niebawem będzie można nabyć je w sklepach. Jeżeli spotkacie taki ser - kupujcie w ciemno - coś pysznego i w dodatku bez przemysłowej chemii. 

Proziaki piekę/smażę dokładnie z takiego przepisu jak TU . To chyba przepis tradycyjny, tak robiła moja Babcia. W przepisie zamiast zsiadłego mleka można wykorzystać maślankę/kefir/jogurt naturalny (byle nie grecki, bo za gęsty), ale kwaśne musi być, bo soda nie ruszy. Babcine bardziej żółte w środku wychodziły. Może to kwestia jajka od kurki z podwórka, a może tych jajek było dwa. Te sklepowe są całkiem białe, więc są zupełnie bez jajka.

czwartek, 10 stycznia 2019

wilk w lesie - czyli reminiscencje

Jak kiedyś komentarz Krystynki, tak dzisiaj komentarz Evuni pod "z mchu i paproci" skłonił mnie do reminiscencji.
Bo właściwie to ja też nie rozumiem, dlaczego Evunia musiała ucierać ten mak we Wiliję, która w dodatku była dniem jej imienin.
Nasze rodzinne Wilije odbywały się zawsze u Dziadków. Dokąd mieszkaliśmy razem - przygotowywane wspólnie przez Mamę i Babcię. Ale, gdy miałam jakieś 14 lat przeprowadziliśmy się wreszcie do własnego domu, który  został wybudowany na tej samej parceli, co dom Dziadków i wtedy już święta i wigilie były przygotowywane osobno, na zasadzie Babcia to, Mama owo.
Odkąd pamiętam Mama zawsze pracowała. Pracowało się do 15 (w Wigilie do 13tej), po drodze jakieś zakupy i w domu rodzice byli zwykle około 17tej. I wtedy jedliśmy wspólnie obiad, którego przygotowanie było głównie moją działką, wszak ze szkoły wracałam wcześniej. No i wszelkie przygotowania przedświąteczne odbywały się wieczorami, po uprzednim rozplanowaniu i rozdysponowaniu. W sam dzień wigilii już wielkich akcji piekarniczych itepe nie było, chodziło o to, żeby jakoś w całości dotrwać do wieczora, a potem sobie przyjemnie i smacznie posiedzieć.
Rozdysponowanie polegało między innymi na sporządzeniu list zakupowych z odpowiednim komentarzem i instrukcjami. No, bo należało iść z "puszką" do ogrodniczej po ogórasy (chyba byliśmy strasznymi ogórkożercami, bo pamiętam te ogromne ilości weków z kiszonymi ogórami stojące w spiżarce, po których do świąt już nie było śladu), kazać sobie zważyć tych ogórów do puszki, a potem poprosić o nalanie kwasu do pełna. W tejże ogrodniczej należało zakupić fasolkę do sałatki. I miała to być koniecznie fasolka "perłówka", broń boże żadna inna. Groszek puszkowy oczywiście w owych czasach istniał, ale nikomu do głowy nie przyszło dodawać go do jakiejkolwiek sałatki, dopiero później nastało takie lenistwo (którego szczytem jest sałatka pieczarkowa, całkowicie "puszkowa", będąca zastępstwem dla jarzynowej dla leniwców). Majonez natomiast w wersji słoikowej raczej nie istniał i musiał być ukręcony w domu. Robiło się go oczywiście z oliwy i zrobienie majonezu, żeby się bydlak w trakcie nie zwarzył było wielką sztuką. W domu był do tego celu używany moździerz, taki laboratoryjny, duży, porcelanowy, z porcelanowa gałką. Ciężki był jak jasna cholera. To odpowiedzialne zadanie ukręcenia majonezu zawsze spoczywało na ojcu. Jak sobie przypomnę te sztuki wyczyniane nad tym moździerzem, to mnie zdziwienie ogarnia, ponieważ ja sama często domowy majonez popełniam i nie ma przy tym żadnej spiny. Wychodzi zawsze, nie ma prawa się zwarzyć a oleju nie leję bynamniej po kropelce. Wydaje mi się, że tajemnica sukcesu tkwi w tej łyżeczce musztardy dodanej do roztrzepanego wcześniej mikserem żółtka - po czym leję olej początkowo delikatnie, a jak już "złapie", to całkiem solidnym strumieniem. Taki domowy majonez ma zasadnicza przewagę nad kupnym, ale sens jego przyrządzania istnieje w obliczu perspektywy wykonania większej ilości sałatek lub sosów majonezochłonnych.
W tym roku poszłam na łatwiznę i wykorzystałam gotowy w... (który się spsił ostatnio) oraz k..., który jest niestety zbyt kwaśny. Jeżeli chodzi o inne gotowce to majonez stołowy r.... odpada w przedbiegach. Firma się chwali, że robi go na podstawie tradycyjnej domowej receptury, ale niech mnie gęś kopnie tylną łabą, jeżeli ktokolwiek robiąc majonez w domu dodawał do niego wodę i to w dodatku w ilości ok 30% masy tego majonezu. Wodę można zemulgować, owszem,  producenci wędlin mają to opanowane do perfekcji, ale potrzebna jest do tego jakaś chemia.

Ponieważ tak marudziłam przedświątecznie -wieszczo-złowieszczo, to wypada choć słówkiem się zająknąć, jak wyszło. Wyszło super. Wigilia i święta należały do jednych z najbardziej udanych w mojej karierze hałsłajfa.

 Choinka z kotem w tle. Wyszła zadowalająca, prawdopodobnie dzięki temu, że jej wystrój tylko dopracowania wymagał. Bardzo mu pomogło oświetlenie w kształcie gwiazdeczek, nabyte przez Dziecko - tu nie bardzo widoczne, bo jasno, ale wieczorem wygląda świetnie. Koty mam jakieś nienormalne, bo zainteresowania nie przejawiają żadnego.

Przygotowania kulinarne zostały szczegółowo rozpracowane na harmonogram, który mi się ostatecznie w niedzielę sypnął delikatnie, bo mnie flaki pokonały i musiałam zalegnąć ok południa, a jak już się nadawałam do działania, to pora była niesprzyjająca, zatem pierogi zostały na dzień wiliji. Ale wstawszy o 4tej, do szóstej już miałam kapuściane pierogi popełnione i zabierałam się za płuckowe (nie wigilijne oczywiście, ale obiecałam Najważniejszej, bo strasznie za nią chodziły), w perspektywie zostały jeszcze uszka z grzybami (to na konto Kasi, która nie wyobraża sobie wigilii bez barszczu z uszkami. Barszcz ów oczywiście nietknięty został, bo towarzystwo przepełnione było, za to zjadł się z przyjemnością w święta i pojechał, wraz z resztą uszek do KRK). Zrobiłam też trochę bezglutów gryczanych ze szpinakiem, ale to nie to, szału nie było.

Słodkości pt "dla każdego coś dobrego": piernik dla tradycji, Snikers - uwielbia Dziecko, "piszinger" - Dla Starszego nie ma świąt bez. Oraz bezgluty, tak żebym ja też mogła coś zjeść: migdałowe kulki Amaretti, ciasteczka z kleiku ryżowego i puszysta babka piaskowa na mące kukurydzianej,  którą wszyscy pożerali błyskawicznie, podobnie jak Amaretti.

Do ostatniej prawie chwili nie wiedziałam ile osób będzie na wieczerzy. Najważniejsza, ledwie po ostatniej chemii, czuła się fatalnie i jeszcze w niedzielę nie nadawała się do transportu. Brat się nie odzywał, pomimo monitów. Ostatecznie odezwał się w poniedziałek i został zamówiony na 17-18. Najważniejsza, też w poniedziałek została postawiona do pionu i ustawiona na odbiór o godz 15. Tak się przejęła tematem, że o 15-tej czekała na Dziecko już w płaszczu, po czym się zaparzyła i wściekła, bo Dziecko ma trochę osobiste podejście do "czasu". Brat miał do pokonania 100 km, po drogach nieuznawalnej kolejności odśnieżania i solenia a akurat w momencie, gdy wypadało odpalać rozpoczęła się straszna śnieżyca i anstapił moment niepewności -jechać, czy nie jechać. Ale on stary kierowca jest, niejedną śnieżycę, mgłę i gołoledź już zaliczył po bieszczadzkich drogach i bezdrożach, więc odczekawszy trochę - wyruszył z nóżki na nóżkę.
Kasia w międzyczasie poogarniała wszelkie powierzchnie płaskie, poziome i pionowe, ponakrywała. To i owo zostało wstawione w piekarnik, coby stać nad garami i merdać nie trzeba było, inne zafoliowane  w salaterkach dla ochrony przed kotami. Koty bowiem uwielbiają wyłożyć się na środku stołu nakrytego najbardziej odświętnym obrusem, po czym, zeskakując, ściągnąć całą zastawę na glebę - zatem Starszy dostał zadnie bojowe chronienia stołu przed inwazją kotów.
Auta zajechały na gumno prawie równocześnie - Najważniejsza nieco prędzej, tak, że miała jeszcze czas na przyczesanie peruki. Braciak przybył z Krzysią, która jest niezwykle serdeczną, empatyczna osobą. I w zasadzie to chyba jej obecność wpłynęła na taką fajną atmosferę, której nie zepsuło nawet to, że część zajęć odbywała się w podgrupach, bo towarzystwo palące co i raz przenosiło się do kuchni.
Wyszłam Braciaka i Krzysię przywitać do drzwi i zdziwiło mnie nieco, że on się pcha po tych schodach pierwszy, a Krzyśka za nim tropi. Okazało się, że to nie brak kultury mojego Brata (którego nigdy nie zauważyłam u niego, a tu naraz takie cóś) tylko Krysi przywiązanie do prawierzeń i obyczajów, które zabraniały w wiliję kobiecie przekroczyć progu cudzego domu, zanim tego nie zrobił jakiś chłop - zatem pchła go przodem. U nas się tego przestrzegało pilnie i jak zaszła konieczność podskoczenia do sąsiada czy do Dziadków, to był posyłany brat. Zresztą obyczaj istniał, że wigilijnym rankiem chodzili po domach wigilijni kolędnicy. Tu w Przeworskiem, też była taka tradycja, tych kolędników zwano szczodrakami, ponieważ zwyczajowo należało ich obdarować wiktuałami (u nas się dawało pieniądze, ot grosze jakieś). Chłopcy wizytowali domy "na szczęście", choć tu nie przywiązywano takiej wagi, do tego, żeby pierwszym gościem był mężczyzna. Raczej wróżono, z płci pierwszego gościa, który w Wigilię próg domu przekroczył, co się w oborze, czy stajni urodzi. (W tym kontekście, kobieta chyba była milej widziana, bo zawsze lepsza cieliczka niż byczek) Znalazłam coś takiego w internecie. U nas też był zwyczaj, że  w Boże narodzenie się nigdzie nie chodziło, wizyty świąteczne się przyjmowało i składało w Szczepana...
Krzysia do tego stopnia kultywuje tradycje, że świętym oburzeniem zapłonęła, gdy sąsiadka przyleciała rankiem z plackami i dostała bidna zjebkę zamiast zachwytów ("mogła do licha te placki na progu postawić, jak już musiała")
Potem goście z daleka pojechali, zaopatrzeni w wypieki (bo Krysi najlepiej wychodzą placki ziemniaczane, natomiast Brat lubi sobie poszamać słodkości jakoweś). Najstarsza poszła polegiwać, ja tudzież. Stół rozbroiły dziatki, o dziwo nie handrycząc się przy tym i nie rzucając zastawą.
W pierwsze święto poszło na luzie, trochę posiedzieliśmy delektując się jedzonkiem oraz dokańczając wigilijną grzybową, barszczyk i pierogi (Najważniejsza wreszcie dostała te swoje płuckowe) Potem Kasię i Starszego naszło na kolędowanie i tak sobie we dwójkę kolędowali sporą chwilę, ku obopólnemu zadowoleniu (bywało dawniej, że Kasia grała te kolędy na klawiszach, ale niestety instrument się spsuł nienaprawialnie)
W drugie święto ja się już słabo nadawałam do towarzyskich wyczynów, Starszy udał się na mszę na 15tą, sam bo Najważniejsza też mocno ąkła była. No i dzwoni mi tu ok 16tej, że gościa mnieć będziemy, bo Marysia pragnie odwiedzić Najważniejszą. W takiej sytuacji wyjścia nie było innego, jak zwlec się obu (przy czym Najważniejsza chyba w szlafroku pozostała). Ja przez pewien czas honory popełniałam, po czym przeprosiłam i poszłam w wyro. Marysia jeszcze trochę posiedziała, na tyle długo, żeby ciotkę skłonić do stwierdzenia, że "Marysia jest męcząca". Kasi już nie było, bo przed południem pojechała do siebie a Dziecko szczelnie ukrywało się w swoim azylu.
Wyszło przy tym, że pomysł zapraszania Mani na Wiliję był taki se, ponieważ ona, po raz pierwszy odkąd Ola jest w hospicjum, miała możliwość spędzenia tego wieczoru z córką, zaproszona przez prowadzące zakład siostry z opcją noclegu lub odwiezienia potem do domu.

 Tegoroczne święta przebiegły w takiej fajnej atmosferze także i dlatego, że została ona w odpowiednim momencie "oczyszczona": Starszy od wigilijnego ranka zawsze chodzi jakiś spięty i sfochany. Być może wiek na to wpływa, fakt, że każdego roku coraz nas mniej przy tym stole, wspominki z dawnych lat - w każdym razie na zewnątrz to fochem tchnie i jest denerwujące dla otoczenia, skutkiem czego musi w końcu gdzieś jakoś zaiskrzyć. Tym razem zaiskrzyło w odpowiednim momencie, bo jeszcze przed południem. Byliśmy we trójkę, bo Dziecko jeszcze jakieś tematy miało do załatwienia w terenie. Starszy coś zaczął marudzić, na co ja nie strzymałam, zwrzasłam głosem wielkim oraz piżgnęłam pokrywką (co mi się raczej nie zdarzało, bo szanuję akcesoria kuchenne, ale teraz, gdy mi flaki na mózg padają, to w końcu mi wolno, a bo co?) I to, jak kużden grom z jasnego nieba cudnie atmosferę oczyściło. Kasia skomentowała: "No wiecie, wy to jacyś nienormalni jesteście. Najpierw się na siebie wydzieracie, a potem siu-siu-siu" Ale Kasia krótko żyje jeszcze i nie wie, że to właśnie o to chodzi.

Tak,że tak: Po raz kolejny wyszło na to, że nie warto się spinać przedwstępnie "oj, co to będzie, jak to będzie", że właściwe planowanie to podstawa, a zaplanować trzeba odpowiednio wcześniej,  w bardzo wolnej chwili, następnie przełożyć te plany na listy zakupowe rozłożone w czasie i miejscu zakupów oraz harmonogram działań. Wypada, żeby to było na papierze albo przynajmniej w komputerze (mój harmonogram był w excelu - bo łatwiej, nie trzeba rysować tabelek, a część list zakupowych miała formę smsów). Dzięki temu udało mi się przeżyć Wigilię i święta oraz dopiąć menu  zadowalająco dla wytwórcy i konsumentów.

PS. usunęłam nazwy majonezów ponieważ zostało to przyjęte jako kryptoreklama i kryptoantyreklama. Co prawda musiałbym być straszną megalomanką, by sądzić, że moje opinie na cokolwiek się przekładają. A idąc powyższym tropem, można by zamieszczane linki także traktować jako reklamę, którą w żadnym wypadku nie są... Po prostu lenistwo i szacunek dla czyjejś pracy - zamiast kopiować cudzy przepis wklejam do niego link. Fakt, że ta praktyka podnosi tzw "popularność" strony, ale odwiedzane przeze mnie strony są tak popularne, że moje linkowanie niewiele zmienia....
Pozwalam TU sobie wyrażać SWOJE zdanie w różnych tematach, piszę co lubię, a czego nie lubię, staram się krytykować zjawisko a nie człowieka.
Dodam ponadto, że każdy ma prawo do własnych wyborów : jeden je golonkę z kapustą a kartofelki krasi skwarkami, inny tylko raw foods i to nie podlega ocenie tak samo jak fakt, że ktoś uwielbia np różowe bluzeczki a inny wyłącznie czarne. Każdy z nas jest inny i o to własnie chodzi.
Oraz każdy ma jakiegoś chyzia i dopóki ten chyź nie szkodzi nikomu, pozostaje własnym osobistym chyziem, niepodlegającym ocenie tak jak własny osobisty kolor oczu....

Pozdrawiam serdecznie