poniedziałek, 9 października 2017

szaman potrzebny od zaraz

bo jakąś czarną serię mamy.
Zaczęło się od cioty. No, nie właściwie zaczęło się od Księżniczki, która omdlenia i padnięcia ćwiczyła. Kilka wizyt w gabinetach wet. Księżniczka ma leki (ja mam dziurę budżetową) i jest w kondycji jak sprzed naprawy. A nawet lepszej.W dodatku bezlitosną małpą byłam i ją ostrzygłam. Ciekawa sprawa, jak fryzura poprawia stan psychiczny pci żeńskiej - zawsze po ostrzyżeniu Księżniczka młodnieje i nabiera wigoru.(Samo strzyżenie jest koszmarem lekkim dla nas obu, ale nie tak strasznym jak kąpiel i rozczesywanie łap. Bo ostatecznie kąpiel też była. Księżniczka śmierdziała brudem i chorobą. Broda unudlana i skołtuniona, łapy skołtunione. Massakra i kupa nieszczęścia w kupie kłaka.  Łapy zostały rozczesane, ostrzyżone i poodżywkowane. Jedwabiem płynnym z biosilka. Nawet cichcem i z zaskoczenia udało się skrócić pazury - przy ostatnim dopiero kłapnęła mnie paszczą w rękę, choć wcześniej wkładała dużo wysiłku, żeby mi tę rękę odgryźć podczas czesania łap. Zębale już tępe, ale boleć  - bolało.)


 Księżniczka w najnowszej postaci. I jak to z Księżniczką - cokolwiek by się nie chciało przy niej zrobić, ciągle jest "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" (jedynie myzianie za uszkiem dozwolone, najlepiej Dzieckową łapką -wpada wtedy w ekstazę) Nawet zdjęcie boli, więc trzeba się skurczyć w sobie i powykręcać. Grzywka wyszła jak wyszła, ale chyba lepiej by mogła wyjść tylko w narkozie. 
 
Stadium bezlitosnej małpy chyba zachowam na dłużej, bo zaczyna się sprawdzać w praktyce.
Jak wcześniej pisałam - ciota wylądowała na izbie. Poleżała, poleżała i wróciła do domu. Nawet ortopedą wyoglądana, który poprześwietlać rentgenem kazał różne fragmenty ciotowego rusztowania, jednak nie akurat to co ciotę bolało. Być może w opisie wszystkich cioty chorób mianych, obecnych i domniemanych, nie wyłowił tego ostatniego, a mianowicie -  prawdopodobnie złamanego palca u stopy. Zresztą palec wyglądał jak palec i na nic wyglądem nie wskazywał. Wskazywać zaczął dopiero pod koniec tygodnia. Wobec czego w poniedziałek zaliczyłam cioty doktórkę celem uzyskania odpowiedniego skierowania. Ciota w poniedziałek nie była w nastroju psychicznym i odmówiła, więc została wywieziona dopiero we wtorek, po moim  zdecydowanym warknięciu, że niech sobie jaj nie robi, bo ja latam, a skierowanie jest na cito i przepadnie. Po schodach u siebie pomykała jak zajączek, ale po szpitalu woziłam ją na wózku. Wózek miał nienapompowane przednie kółka, a ciota zawzięcie wychylała się do przodu, co groziło tym, że mi poleci z tego  wózka na pysk i wózkiem się nakryje. Wózek bym jeszcze jakoś podniosła, ale cioty nawet bym nie próbowała, albowiem jest postury nico przywiędniętego hipopotama - tyłek jej się ledwie w wózku mieścił na wcisk. Ostatecznie obwiozłam ją szczęśliwie, z nijaką szkodą dla mojego kręgosłupa, gdy musiałam wtłoczyć te sflaczałe kółka na cudną, wielką wycieraczkę u drzwi wejściowych na izbę. Ciotka została pooglądana przez jakiegoś młodego kandydata na ortopedę. Który przejął się jej stanem tak bardzo, że leki z najwyższej półki cenowej pozapisywał, na które ciota wydała 1/5 swojej emerytury. Po czym została odwieziona do domu. W domu jeszcze wydała parę poleceń, które oczywiście musiały być wykonane dokładnie tak i w tę stronę, co do milimetra, jak ona to całe życie robiła. Ciota ma problem, pt. co ona ma zrobić, bo sama już nie daje rady (nie licząc, tego, że sąsiadka ją dogląda, która w/g cioty nic nie robi), ale przy tym jej stosunku do rzeczywistości, prawdopodobnie będzie ten problem miała do końca życia.

W czwartek pojawił się czarnej serii ciąg dalszy ponieważ Starszy zaniemógł na nogę. Rano okazało się, że boli go noga w kostce, chodzenie sprawia ból. Straszny. Więc chodzenia zaniechał. Przeleżał połciem czwartek. W piątek do bolącej kostki u jednej nogi doszedł podagryczny paluch u drugiej. Przeleżał piątek. O dotykaniu bolącej nogi mowy oczywiście nie było. Noga wyglądała jak noga. Dostał odpowiednie tabletki oraz okład z kapusty na kostkę. A ja robiłam za donosiciela, tzn donosiłam śniadanko, obiadek, kolację, herbatkę, kaczuszkę (i, qrwa, co jeszcze?)

W piątek, ni stąd ni z owąd na karku najgrubszego kota we wsi okazał się jakiś strup. Dokładniejszy ogląd, połączony z wystrzyżeniem sierści nożyczkami (z maszynką dostąpić nawet nie próbowałam) wykazał, że tych strupów jest więcej. Zaczym - w sobotę do weta. No i wyszło, jak wyszło. Poszliśmy z jednym - okazało się drugie, mianowicie - chore uszy. Pan wet dokonał czyszczenia, przy czym Klementyna przeszła samą siebie i nawet poskrom na kota z trudem dał jej radę. Dostała leki do uszu, zastrzyk, leki do uszu na tydzień, zalecenie czyszczenia i pojawienia się z kotem w kolejną sobotę. Skasowana zostałam tym razem dość ulgowo. Pan wet wydziwiał nad uszkami Klementyny - że takie malutkie i dziwniutkie (ale on miał devon rexy, więc każde kocie uszy są dla niego małe). Klementyna ma faktycznie uszka dziwniutkie - sztywne i śmiesznie zakręcone, jakby miała jakiegoś curla w praprzodkach, do tego strasznie zakłaczone gęstą, sztywna sierścią. Zajrzeć do nich problem, co nie znaczy, ze nie zaglądam czasami, bo Klementyna na wstępie miała z uszami problem straszny. Widocznie zbyt rzadko zaglądałam.

 Klemozaurus Rex. Na szczycie szafy, co jest pozycją wstępną do zajęcia miejscówki na półce w nadstawce. Później przeszła sobie do nadstawki w drugiej szafie. A potem, wydawszy kilka rozpaczliwych pomiauków wypadła, jak worek z kartoflami, na podłogę. I po co jej była ta wspinaczka?

Po przeżyciach u weta fundnęliśmy sobie z Dzieckiem hardkor kolejny:  Jakiś wczesnolipcowy poprzednik Xsawerego zdmuchnął czubek jednej ze starych jabłoni w sadzie. Któren to zdmuchnięty czubek zawiesił się na niższym, grubaśnym konarze. Wzięliśmy traktor i pas transportowy i udaliśmy się do sadu celem ściagnięcia zdmuchniętego i pocięcia. I znowu  - zaplanowaliśmy jedno, a wyszło całkiem co innego. Dziecko założyło pas na zwisający konar, zapięło do traktora, dało po garach. Traktor nawet nie grzebnął kołami w miejscu, jak rozległ się trzask i pół jabłoni leżało na ziemi. Ha Ha! A ta stojąca druga połowa okazała się być całkiem pusta w środku, ze skorupką grubości ok. 5-10 cm. W dodatku jej jedyny i główny konar był tak dziwnie poskręcany, że żadne symulacje, komputerowe nawet, nie byłyby w stanie określić, w która stronę to poleci przy próbie położenia. Jeżeli się nie jest linoskoczkiem, który potrafi z piłą łazić po najwyższym drzewie i spuszczać je po kawałku, zaczynając od góry, należy położyć całe. Przy użyciu traktora i liny, w celu nadania odpowiedniego kierunku padania. A do tego potrzebna jest osoba, która siądzie do traktora i potrafi ruszyć na hasło. Ja się nie nadaję. Z sześćdziesiątką przestałam się lubić odkąd okazało się, że nadepnięcie całym moim ciężarem na hamulec nie skutkuje hamowaniem. Kuba przywiózł posiłki, zarzucili, założyli, powiązali, zrobili próbę, czy supełki trzymają. Kuba podciął lekko, traktor szarpnął, ja nawet nie zdążyłam zacząć przeżywać "oj, co to będzie", a druga połowa jabłoni już leżała na glebie. Jeszcze ją lekko podciągnęli, żeby był lepszy dostęp z piłą i zabrali się za rozsupływanie supełków, z czym zeszło dłużej, niż z samym kładzeniem jabłoni. Ponieważ wszystko wcześniej pocięte powrzucałam na przyczepę i miałam już nieco dość, zabrałam się do domu, zostawiwszy Dziecko z teksańską masakrą samo.
Teksańska masakra zakończyła się padnięciem piły. W trakcie. Zatem zostaliśmy bez piły i z klocem leżącym w poprzek sadu. (Piła była leciwym już chińczykiem. Po ciężkich przejściach w dodatku, np polegających na podcinaniu korzeni w karczach. Przy usuwaniu których Dziecko robiło za "zaklinacza koni" - mechanicznych, o czym kiedyś wspominałam. Stąd to moje "oj, co to będzie" na widok traktora zapiętego liną do wielkiego drzewa)
Wspomnienie po jabłoni. I po opieńkach miodowych takoż. Ale tych opieniek mi nie szkoda - grzyb podlejszy, konsumentów brak (Starszy właśnie odreagowuje niedzielny sosik - jakoś mu się te grzyby z lekami nie zgadzają. I chyba właśnie opieńki, bo zupkę kurkową pożarł bez sensacji. Dziecku lotto grzyb, a ja nie jadam w ogóle, żadnych.)

""Choroba" Starszego zaczęła mnie nieco wqrzać. No, sory, ale boląca noga to nie jest obłożna choroba. Na nogę się nie umiera, no, chyba, że gangrena, ale to na pustyni i za Stasia i Nel. Poza tym stwierdziłam naocznie, że pod moją nieobecność noga jakoś boli mniej, więc "nie ze mną te numery Bruner". Leżeć dozgonnie nie pozwolę, bo nie mam siły i ochoty latać za donosicielkę. W niedzielę śniadanko i poranne piguły jeszcze doniosłam. Potem się we mnie wredna małpa odezwała i na obiad kazałam wstawać i już. Pomogłam się ubrać (Ale skarpetki to sam, bo "boli, oj boli") i do kuchni chory podreptał sam. Nawet nie bardzo kuśtykając i zupełnie nie po ścianach. (Zresztą mu to wstawanie zapewne na rąsię było, bo meczyk miał być i wypadało oglądać). W międzyczasie zastanawiałam się, czy np takie zaniechanie donosicielstwa nie skróciłoby znacznie choroby.
I ciekawa sprawa: ciota ze złamanym paluchem ma leżeć, a łazi, gdzie jej diabli nie zaniosą. Starszy z bolącą kostką natomiast zalega połciem. Upierdliwość ma różne oblicza.
I takie stwierdzenie na podsumowanie w stylu wrednej małpy: Doświadczenie życiowe uczy, że z wiekiem te szare komóreczki, które były odpowiedzialne za wszystko pozytywne, zanikają w pierwszej kolejności. Jeżeli było ich malutko u danego osobnika, to w późnym wieku zostają tylko te zawierające wredotę i upierdliwość. Więc, póki jeszcze mamy na to jakiś wpływ, starajmy się mnożyć te pierwsze, żebyśmy kiedyś nie stali się dla kogoś utrapieniem, budzącym jedynie negatywne uczucia.

Miałam Dziadka. Zmarł mając 94 lata. Do końca był ciepłym, serdecznym, uśmiechniętym człowiekiem. Zmarł na krześle, w objęciach mego brata, westchnąwszy "Taki słaby, Jacuś, jakiś jestem". Jakie życie, taka śmierć....

środa, 27 września 2017

horrorki dwa

Nie ma jak to fajnie zacząć dzionek. I poplanować sobie to i owo. Bo pogoda jest nareszcie!

No to zaczęłam. Jakoś o 6.30. Wyprowadziłam psy na początek, a potem stanęłam do garów, bo mi się poprzedniego dnia  harmonogram obsunął i nie ugotowałam psom. Za to ugotowałam rosół (Dziecko smarkate wróciło strasznie z tego szoł, to niech popije rosołu). Rosół ugotowany z kurzęcych "ćwiartek", które miały iść dla piesów. Ale naszło mnie na dzień dobroci dla zwierząt i postanowiłam zrobić dobrze Starszemu - czyli galaretkę drobiową. Ogrzałam też mleko na ser. Galaretki poszły studzić się w lodówce, poranna porcja psiego jedzonka - studzić się na schody, a ja w końcu zrobiłam sobie kawkę i usiadłam spokojnie, żeby wypić.
Spokój tego ranka (dnia!) nie był mi planowany. Ledwie zaczęłam tę kawkę - tyrknął telefon (Zegar - 7.50! Kaśka? O tej porze? No, ona ostatnio zasuwa jak Murzyn na plantacji, więc może?) Ale zanim sięgnęłam, telefon zdechł. Paczam - ciota Hana (czyli szwagierka najstarsza). O tej porze? Musi cóś się dzieje. Oddzwaniam. Brak sygnału. Dzwoni jeszcze raz. Ale jakoś z drugiej strony nic. Dzwonię z telefonu Starszego. Wreszcie ktoś odbiera. Sumsiadka cioty -Beretowa, która tam za opiekunkę GOPsową robi, w nerwach cała, że ona nie wie co jest, udar, wylew, przyjechać zaraz.
Ha, przyjechać! Kim przyjechać?! Starszy od paru dni cierpiący "na nogę", nawet nie chodzi za wiele, poleguje i jęczy, odmawiając tym razem tabletek i mazideł, "bo to nie leczy". A Młodszy smarkaty bardzo, kiepski, słaby i z temperaturą. No, ale z dwóch chorych chłopów bardziej ten młodszy da radę. Otwieram do niego, a Dziecię już zebrane prawie, jak strażak ochotniczy po alarmie pożarowym. Dzwonię do baby, żeby pogotowie wołała, a my już jedziemy. Na miejscu okazuje się, że pogotowie odmówiło. Kazali iść do rodzinnego i wziąć skierowanie do szpitala! Dziecko zgrzytnęło zębem i dzwoni. Bardziej przekonujące było od pani Beretowej, bo przyjeżdżają dość szybko nawet. Nie bardzo ciotę badając, zabierają ją ze sobą, a ja pakuję na chybcika ekwipunek szpitalny.
Przyjeżdżamy na Izbę Przyjęć. Ciota leży. Pielęgniarki się kręcą. Zjawia się też dyżurny cerowacz.Ciota leży. Ja siedzę na korytarzu. Tłumek obok niejaki. Tłumek się w końcu przewalił. Ja siedzę. Ciota leży. Ale - wołają chłopów do pomocy. Poszło dwóch ratowników, co się szlajali korytarzem. Za chwilę ciotę wiozą, zakrytą zieloną szmatką po brodę. Do rentgena. Siedzę nadal. Ciotę przywożą z powrotem. Ciota leży. Ja siedzę. A czas leci. Dziecko pojechało do domu, bo po co mają dwie osoby siedzieć. No i dzwoni, bo się zbliża pora jego osobistej wizyty u doktora. Idę zapytać, co z tą ciotą. Każą do dyżurnego cerowacza, któren płaszczy dupę przed kompem. A dyżurny stwierdza, że ciota w zasadzie się do szpitala nie kwalifikuje. - No, ale upadła i straciła przytomność, oraz się porozbijała. I mieszka sama. - No właśnie. Jak mieszka sama, to znaczy, że samodzielna jest, bo musi "koło siebie" zrobić, ugotowac umyc się itd. I po domu chodzi.  - Bardzo kiepsko chodzi i o dwóch laskach. - Na razie nic nie wskazuje, zobaczymy na wyniki z krwi. Ew. neurolog się wypowie.
Zostawiam pielęgniarkom numer telefonu, na wypadek, gdyby się okazało, że trzeba ją zabrać z powrotem i jadę do domu.
Na podwórku pan Starszy ucina sobie pogawędkę z sąsiadem, wyprowadziwszy psy. Przy czym jest tak zajęty omawianiem ostatnich meczyków miejscowej "badylanki", że o psach zapomniał. Księżniczka pędzi się przywitać. I mdleje! Znowu, cholera! A już było parę dni spokoju. Ale w piątek skończyły się leki i nie było jak dostać się do lecznicy, bo Dziecko na szoł, a Starszy na nogę.
Staje na tym, że po ciotę trzeba pojechać blaszanką, bo do folkswagena nie wsiądzie, a jeżeli nawet wsiądzie, to nie wysiądzie. A wyjąć ją - nie ma opcji.
Na razie Dziecko jedzie do doktora. Starszy nabiera wigoru, nawet się goli i zapowiada gotowość do zawiezienia mnie. Do cioty oraz do lecznicy po leki dla Księżniczki.
No to jedziemy. Jest już ok 12.30. Ze szpitala nie dzwonili, więc mam nadzieję, że może jednak zostawili ciotę.(Durna ja!)
Przyjeżdżamy. Ciota nadal leży. na tej samej kozetce, na której wozili ja do RTG, pod zielonym papierkiem po brodę.  Pytam - na co czekamy. Na ortopedę! Ciota była jeszcze raz prześwietlana, tym razem klatka i kręgosłup, bo kilka dni wcześniej upadła i bolą ją żebra. I ortopeda musi stwierdzić. Jedziemy więc do lecznicy. Lecznica jest bardzo daleko od szpitala. Na miejscu chwilę schodzi, bo klienci jacyś po coś oraz relacjonuję pani Justynce wyniki i diagnozy. Zaleca zrobienia badania ECHO. (Ha, ale jak, kiedy tylko Rz. albo Prz.?)
Wracamy na Izbę. Ciota leży. Ortopedy brak. Idę kupić Starszemu drożdżówkę, bo zgłodniał. Spotykam Marysię (cioty siostrzenicę). Siedzimy z Marysią pod Izbą. Ciota leży. Ortopedy brak. Miłe panie mówią,że ortopedów na oddziale tylko dwóch, bo reszta na urlopach. (Zapewne na Ibizie, postsezonowo, od panów z walizeczkami) W końcu leci coś wielkiego w niebieskim, tłukąc drewniakami. Jak wielkie i w drewniakach to na pewno ortopeda (nie widziałam małego ortopedy w miejscowym szpitalu, ani ortopedy bez drewniaków). Doleciało do cioty, rozsunęło firaneczkę, nóziami cioty rusza. Podchodzę. Oczywiście kolejny raz muszę się odpowiedzieć "kim pani jest dla pani?" Po czym pan dr. stwierdza, że ciota jest w świetnej formie. Do szpitala się nie kwalifikuje, przynajmniej nie na ortopedię, bo to co ma uszkodzone, to uszkodziło jej się wieki temu. (Włącza się cerowacz -  na geriatrie także nie, bo ma wyniki świetne). "Pani się kwalifikuje do zaopiekowania, nie hospitalizowania. Żeby sobie polegiwała, a ktoś herbatkę do łóżeczka podał i jedzonko" Pytam, jak sobie wyobraża to zorganizować, bo ja mieszkam 2 km o d tej pani i w domu ma  takiego, o 10 lat młodszego jej brata, któremu też w zasadzie trzeba do łóżeczka herbatkę podać i jedzonko. Na co pan dr. się nie odzywa tylko zwija żagle i znika nagle waląc sabotami o posadzkę.
Pani idzie do domu. Tylko trzeba poczekać na papiery. Więc czekamy. Cerowacz siedzi przy kompie i pracuje pilnie (Cholera, przecież te papiery to "kopiuj-wklej" się robi głównie. Nic. On siedzi, aj tym razem stoję) W końcu są? Nie, okazuje się, że ortopedę trzeba wrócić, bo nie podpisał. Ortopeda jest niewracalny. W końcu ktośtam cośtam podpisuje i -Proszę, tu jest karta wypisowa. Tu recepta. Tu skierowanie do ortopedy. Recepta jest na Poltram Combo - niezwykle skuteczny przeciwbólowy mózgojeb. Który może prowadzić do zasłabnięć czy zawrotów głowy. Ale co tam, ciota ma upadki we krwi. No i kupić gorsecik,  ortopedyczny taki i niech sobie w nim chadza (jakby gorsecik cokolwiek na chadzanie mógł pomóc!)
W końcu pakujemy ciotę na wózek i do auta. Zajeżdżamy do cioty. Trzeba ją jeszcze jakoś dopchnąć do mieszkania. Pędzę otworzyć i przynieść laski.Wpychamy ciotę po schodach, dosłownie przestawiając jej nogi na stopniach. Z lewej poręcz, ja z prawej, Starszy z tyłu te nózie i asekuracja, żeby do tyłu nie poleciała. Jest 16 ta. Od początku porannych akcji minęło 8 godzin, z których około 7 ciota leżała na izbie przyjęć. Niepita i niejedzona. Wewnątrz okazuje się, że cały rękaw we krwi - po wyjęciu wenflonu potrzymała chwileczkę i stwierdziła że ok, a potem, przy wysiłku na poręczy poleciało i sina gula się zrobiła. Szukam sody, każę trzymać tę sodę i nawet gula schodzi zanim wychodzimy od cioty. (Oczywiście soda przesypana do słoiczka, słoiczków z białym ze trzy. Wąchać? Lizać? Nie mam ochoty. Liże ciota.)
Sprzątam trochę u cioty, bo zapuszczone jest tam totalnie (Beretowa ogranicza się chyba tylko do zrobienia zakupów i przyniesienia opału z piwnicy). Zbieram wszystko co się poniewiera tu i tam - do prania. Wracamy w końcu.
Księżniczka przybiega się przywitać i znowu pada.
Dziecko niby pojechało do SW, ale nagle zjawia się na gumnie. Okazało się, że miało jeszcze klienta do obskoczenia. Zwolnienie ma od jutra. Sugeruję, żeby może jeden dzień poleżeć i potem pojechać. -"Wczoraj leżałem" (No, aha, jak o 17tej wrócił z pracy!) Spakowałam mu rosołek w słoik i pojechał.
A ja zabrałam się za zaległości, które powstały tu i ówdzie.  Jeszcze sortowanie tego przywiezionego od cioty - będą trzy pralki.
Potem krótki spacer z pasami - żeby Księżniczka się jednak przeszła, ale nie zmęczyła. Na sznurku pewniej, bo nie poleci. Powrót z dwiema. Zmiana sznurka na pojedynczy i drugi space z samą Czarną. Czarna była tak ścieszona, że jak ją puściłam ze sznurkiem to pędziła a sznurek w powietrzu za nią fruwał.
Jeszcze wieczorne karmienie wszystkich 7miu futer, lekarstwa dla Księżniczki i w końcu mogę usiąść.
Mam totalnie dość, jak po całym dniu na burakach - bolą mnie nogi, kręgosłup i tupie na poddaszu.
No i nie ma to, jak sobie zaplanować dzionka.. O czym zresztą wiem doskonale. I jak Starszy mnie wqrza pytając "Co planujesz dzisiaj robić?", odpowiadam zwykle "Zobaczymy, co wyjdzie w praniu", żeby nie kusić licha.
Zwykle wychodzi nie to, co miało wyjść, niestety...


sobota, 23 września 2017

zagubiony dzionek

Piąteczek mi się stracił. Totalnie zaginął. A może to .... No, nie - przez cały wczorajszy dzień byłam przekonana, że mamy czwartek. I nawet brak nowego odcinka ulubionego serialu na ipli nie był w stanie wyprowadzić mnie z błędu. Świadomość daty też nie, a wystarczyło podejść do kalendarza...
Zmuliła mnie zapewne ta pogoda i ciągłe rozrywki różnej maści i autoramentu.
Za okno nawet nie chce mi się już patrzeć. W zasadzie od początku miesiąca leje i czego z moich upraw nie zniszczyła dwumiesięczna susza, tego dokonał ten deszcz w połączeniu z temperaturą całkiem nie wrześniową. Niby - jeżeli na coś nie mamy wpływu, to trzeba się z tym pogodzić. Trudno jakoś...

Księżniczka jakby naprawiona. Do tego stopnia, że już po paru dniach zażywania leków usiłowała sforsować szafkę z kubłem na śmiecie.

Spotkała ją przykra niespodzianka, ponieważ dwie szafki zostały w taki sposób zabezpieczone przed włamaniem.

Spenetrowałam sieć w poszukiwaniu zabezpieczeń do szafek, ale wszystkie wydawały mi się mocno nieporęczne - nadawały się raczej do tego, żeby zamknąć i zostawić, a nie otwierać i zamykać wielokrotnie w ciągu dnia. Najlepsze rozwiązanie to było zamknięcie za pomocą paska taśmy z zatrzaskami takimi, jak przy obroży. No, ale nie miałam odpowiedniej wielkości zapięć na stanie, wyprawa do miasteczka się nie szykowała, więc wykorzystałam, co miałam, czyli taśmę i rzep. Rzep trzyma na tyle mocno, że ani pies, ani kot nie poradzi sobie z otwarciem i jest na tyle wygodny, że jedną ręką mogę to otworzyć, gdy potrzebuję dostać się do szafki. No i o to właśnie chodziło.

Zrobił się jakby nadmiar kozowego mleka.W związku z temperaturą, jaka jest (w domu również) mleko niezbyt chętnie się zsiada. Serek podpuszczkowy jakoś nie bardzo schodzi, więc postanowiłam zagospodarować mleko inaczej. W taką pogodę nachodzi człeka na coś słodkiego i  przyszły mi do głowy krówki. Kajmak robiłam wielokrotnie, w czasach posiadania dużych ilości mleka, potem także, gdy już tego mleka nie było, a w sklepach nie pojawił się jeszcze kajmak w puszce. Krówek jakoś nigdy. A widać praktyka jest niezbędna, bo mi nie wyszły.


To coś na pewno nie dałoby się pokroić na kawałki. Oczywiście - do zjedzenia łyżką jak najbardziej. I nawet chętny z tą łyżką, w gotowości pełnej się pojawił.

Tym chętnym był oczywiście Starszy. (Dziecko jakoś nie nabyło obyczaju wyjadania z garnków, czy wyskrobywania resztek z naczyń po masach itp. Dziwne, bo ja  w dzieciństwie zawsze to robiłam i zostało mi tak już..) No a Starszy tak miewa, że jak sięgnie do czegoś słodkiego, to przestaje sięgać dopiero wtedy, gdy natrafia na "nic". Nadmiar słodyczy jest szkodliwy, w każdym wieku zresztą. Więc w trosce o zdrowie Starszego kajmaczek został zapuszkowany. Wyszły 4 słoiczki po 450 ml. A Starszemu na pocieszenie została łyżka słodkości, które już nijak do słoików nie weszły. Natychmiast, cichcem, pochłonął, zwalając na koty.... 
Dziecko zresztą jest nieobecne, bowiem czwartkowym świtaniem wybyło na AgroShow. który odbywa się akurat w Bednarach. W związku z tym wyjazdem szef się szarpnął i zakupił firmowe "ocieplacze", czyli pikowane kamizelki.  Jakoś niemieckiej firmie nie bardzo zależy na osobach reprezentujących jej interesy. Ciekawe, czy tak samo traktują swoich przedstawicieli u siebie. A tu nawet czapeczki z firmowym logo pracownicy muszą sobie kupić. Wymóg był także wystrojenia się w błękitną koszulę. Firmowa była do nabycia za jedyne 200 zet, co ją wykluczało.Cenowo, ale głównie ideowo. Dziecko posiadało na stanie jedną błękitną, ale trudno parę dni jedną koszulą obskoczyć, więc spenetrowało galerię w Rz. Co mu zajęło ok 3 godzin, ale zostało uwieńczone sukcesem w postaci dość sensownej koszuli w sensownej także cenie. (Trudno, ale uważam, że 250 zł za koszulę wizytową to jest cena kosmiczna i niczym nie uzasadniona - jedną taką posiadamy i jest nieprasowalna!)
 A ja stanąwszy w obliczu konieczności prasowania koszul wpadłam w panikę - niestety samo żelazko z parą nie wystarczy by koszula była dobrze uprasowana. (I tu przychodzą mi na myśl smarkate czasy, kiedy jako nastolatka wyręczałam Mamę prasując koszule ojca. W tamtych czasach były to koszule popelinowe i nie przypominam sobie, bym jakieś katusze nad nimi przechodziła. A koszule musiały być uprasowane starannie, bez "zakładek" itp, bo taki był standard ustanowiony przez Mamę. No i nie wiem co to się porobiło. A może fakt, że tamte koszule się krochmaliło, ułatwiał osiągnięcie przyzwoitych efektów) W każdym razie wsadziłam Starszego do "blaszanki" (nie bacząc na jego bolącą nogę, z powodu której jest jęczący i osłabiający) i pomknęliśmy do miejscowego smarketu, by nabyć "ługę", z zamiarem rozcieńczenia jej i wlania do spryskiwacza. No i miałam przyjemny opad szczęki, gdy na półce, obok zwykłej "ługi" zobaczyłam "ługę" w spryskiwaczu. W dodatku cena była zaskakująco przyjemna! Nabyłam radośnie i pomknęłam prasować. Spryskiwacz moczy dość intensywnie, ale schnie to pod żelazkiem błyskawicznie. Batystowa koszula, która zwykle chwilę po uprasowaniu wyglądała jak nietknięta żelazkiem, tym razem wyglądała zachwycająco. Testowałam na niej inny izi ajroning pt."ania", ale on nie dawał takich efektów. Więc znów uprawię kryptoreklamę i polecę - jeżeli macie mężowskie, synowskie, czy własne koszule, ta ługa w spryskiwaczu jest rewelacyjna.
 Dziecko nie potrafi prasować koszul, zresztą nie wiadomo, czy byłyby warunki, więc zapakowało je w worek ubraniowy. (Wiem, wiem, mea kulpa, nie nauczyłam. Należę pewnie do tych wrednych bab, które nie uczą synów prozaicznych życiowych czynności, wychodząc z założenia: "czemu inna ma mieć lepiej niż ja". Akurat nie to miałam na myśli. Jak zwykle nie było okazji, bo ciągle musiało być szybko i już, a wiadomo, że łatwiej i prościej zrobić samemu, niż stać nad kimś i uczyć, a potem jeszcze po nim poprawiać. A poza tym, jak jest potrzeba, to człowiek inteligentny jest w stanie opanować niezbędne umiejętności. Oraz - w dobie dostępności usług wszelakich, niekoniecznie chłop, nawet samotny, musi swoje koszule prasować osobiście - pralnie w hipermarketach załatwiają sprawę w czasie potrzebnym na zrobienie zakupów i wypicie kawy. Przyznaję się bez bicia, a nawet z dumą niejaką, że sama, przez wiele lat nie prałam bielizny pościelowej, tylko oddawałam do pralni. Po czym odbierałam śliczne bielutkie kosteczki wykrochmalonych i wymaglowanych poszew i prześcieradeł. Potem się nagle okazało, że miejscowa pralnia jest "niepotrzebna" i została zlikwidowana. Prałam więc i krochmaliłam w domu, a potem zawoziłam do magla. W końcu i magiel stał się "niepotrzebny" i został zlikwidowany. Wobec czego zaprzestałam krochmalenia i prasowania pościeli.)

Pogoda nadal pod zdechniętym azorkiem, Starszy leży i pojękuje, bo boli go noga (facet, któremu coś dolega jest gorszy niż 7 plag egipskich). Koty złapały fazę i ganiają się skróś mieszkania, a psy śpią tak twardo, że nawet nie znęciła ich kromka, która pochłonęłam przed chwilą, w ramach II śniadania. 

Ach, no i... Zastanawia mnie bezinteresowne zaangażowanie współobywateli w dokopywanie innym. Nawet jak sam nic z tego miał nie będzie - satysfakcja, że komuś nabruździ. Wieczorkiem już późnym psy się wzburzyły mocno, co świadczyło o tym, że ktoś jest ante portas. No i był. Pan Dzielnicowy. Otrzymał bowiem info od kolegów z SW,  że istnieje tam porzucony na terenie miasta samochód marki, o numerze rejestracyjnym, który okazał się należeć do Dziecka. Tyle,że samochód nie jest nigdzie porzucony, a stoi na parkingu pod blokiem, w którym Dziecko wynajmuje mieszkanie. Fakt, że głównie stoi, bo Dziecko raczej ze służbowego auta korzysta, które z kolei tam NIE stoi. Najwidoczniej coś gdzieś kogoś zakłuło w którymś miejscu. No, jeszcze gdyby ten parking był zbyt mały... Więc zdrowia życzę temu komuś. Ze względu iż na rozum i tzw uczucia wyższe zapewne za późno...

sobota, 16 września 2017

problem mamy

Żeby to jeden... Same problemy mamy... Największym chyba, od jakiś 40 lat, najbardziej uciążliwym, który ostatnio jeszcze urósł jakby, jest Pelagia. I ta Pelagia wisiała nade mną od  miesiąca, muląc mnie wewnętrznie. A wczoraj skumulowała się z innym problemem, który jakby nawet przyćmił Pelagię - z Księżniczką.
Księżniczka ma 12,5 roku. Jest nieco (mocno nieco nawet) zbyt "dobrze zbudowana". Co w większości zawdzięczamy jej żarłoczności. To jest pies wiecznie głodny, w związku z czym od czasu do czasu zdarzają jej się włamy. A to otworzy szafkę i opierniczy pół bułeczki z foremki (wprawiając mnie w osłupienie - gdzie się to w tym małym zwierzaku mieści, bo ja bym nie dała rady pół bułeczki na raz), a to buchnie czekoladę, a to spenetruje kubeł na śmiecie i wyżre kości kurzęce, pieczołowicie wybrane z mięska dla piesełów, coby im nie zaszkodziły. Włamy na kości udało jej się uskutecznić kilka razy. Mea kulpa oczywiście, bo wychodząc z domu nie zabezpieczyłam szafki ze śmietnikiem. Zwykle nic się nie działo, raz tylko ślizgawka po tych kościach była. Ale pewnie wszystko do czasu.
Ostatni włam miał miejsce we wtorek przed południem, gdy pojechaliśmy do Zdzicha zawieźć pomidory dla Najważniejszej.
Niby nic się potem nie działo, lekka ślizgawka. Ale w środę po południu poszłam z piesełami na spacer. Zobaczyłam pod "cesarzem" kilka zdrowych jabłuszek, więc cała szczęśliwa zaczęłam je zbierać na kupkę. Jak podniosłam głowę znad tych jabłuszek to zobaczyłam, że pies nie żyje: po prostu leżała na boku, z wyciągniętymi sztywno łapami i nie oddychała a z pychola wystawał siny język. Rzuciłam się do psiego zezwłoka w panice, zaczęłam poklepywać po pleckach i pies ożył. Potem  podreptywała po sadzie, co i raz przysiadając lub pokładając się, nawet doszła do domu o własnych siłach. Do wieczora sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, a potem wróciło Dziecko, pies się zaczął cieszyć i padł. Teraz Dziecko wpadło w  panikę i zarządziło weta na następny dzień rano.
Pojechaliśmy do mojej ulubionej lecznicy,  licząc, że będę miała szczęście i jakimś przypadkiem zaplącze się tam któryś z szefów. Szczęścia nie miałam, był tylko uśmiechnięty Mateuszek, który stwierdził, że to problem z sercem oraz "wodobrzusze" - też z serduchem związane. Oraz, że i tak nic z tego, bo oni nie mają sprzętu, a trzeba zrobić EKG i RTG, więc najbliżej do Ł. Wobec czego Dziecko zawinęło na autostradę i pojechalim. Po drodze anonsując się w tamtejszej lecznicy. Pies zwiększył częstotliwość wentylacji i dojechaliśmy na miejsce z ciężko ziającą kupą nieszczęścia.  W związku z częstotliwością wentylacji EKG okazało się niewykonalne , a RTG problematyczne. Jednak pani doktór to RTG zrobiła, potem jeszcze USG bardzo dokładne. I pobrała krew na morfologie i biochemię. Psu było tak wszystko jedno, że nawet nie było wyszarpywania łapy przy wkłuciu, co normalnie ma miejsce przy głupim oglądaniu pazurów. Potem przy zastrzykach też stała obojętnie i nawet nie pisnęła. Badania stwierdziły problem z wątrobą, która jest mocno powiększona i lekki szmer od serducha. Na następny dzień miała być powtórka z wizyty w gabinecie.
Noc była ciężka dla nas obu: pies leżał jak skóra z diabła i ziapał, a ja siedziałam przy psie i zastanawiałam się czy dożyje rana (mając durne dejavu, jak tak siedziałam w Paryżu, trzymając łapkę, bynajmniej nie kudłatą i ta łapka w pewnym momencie zrobiła się jakaś inna)
Przy powtórnej wizycie zastaliśmy szefa kliniki i oboje z panią doktór Kasią zastanawiali się nad moją Księżniczką. Ostatecznie dostała zastrzyki, zestaw leków na tydzień i zalecenie skontaktowania się we wtorek. Dziś Księżniczka nieco lepsza, w zasadzie to już wczoraj głos z siebie wydobyła, gdy Dziecko przyjechało i udało jej się nie zemdleć z radości. Wieczorem obeszła podwórko i ogródek, nawet niezbyt często odpoczywając. A dziś obszczekała sąsiadkę, która przyniosła cukinie dla kozów, gdy załatwiałyśmy poranne sikanko na ogródku. Ponieważ apetyt jej wcześniej dopisywał, tabletki poszły do jedzonka. Drobny zgryz miałam, gdy Księżniczka niechętnie tym razem zaglądnęła do miski. Ostatecznie zjadła tę odrobinę, która jej dałam, ale na wszelki wypadek muszę zmienić sposób podawania tabletek (Zawijanie w szyneczkę nic nie da, bo szyneczkę pochłonie, a tabletkę wypluje. Wpychać jej palcem do gardła, jak to wcześniej wielokrotnie się odbywało, też nie chcę, żeby jej dodatkowo nie męczyć, bo niestety bywa tak, że próbę wepchnięcia tabletki w psa trzeba powtórzyć)

  Tak sobie leżymy. Na pychu. Ale już nie na pańci łóżku, bo schodzenie z niego może się skończyć fiknięciem na nos. Księżniczka ma własne posłanko, na które nie trzeba się wdrapywać do góry.

Księżniczka przez większość swojego życia odżywiała się "chrupkami". Zawsze to były chrupki z najbardziej górnej półki Orijen i Acana, potem przeszłyśmy na karmu Light i antyWeight (co wcale nie przeszkadzało Księżniczce przybierać na wadze). Ostatecznie skończyło się na gotowanym w domu jedzonku, gdy okazało się że nawet najbardziej hipoalergiczne karmy hipoalergicznymi nie są i Księżniczka ustawicznie drapała sobie plecki tarzając się jak żółwik. No i te lata karmienia sztucznym papu chyba się właśnie odbyły na jej wątrobie, a zeżarte kości z dwóch kurzęcych ćwiartek uwieńczyły dzieło (Ciągle się zastanawiam, gdzie się to w tym psie mieści. Oraz jak to się odbywa, gdy jedna pochłania zdobyczne papu, że się przy tym nie pozagryzają na śmierć, bo ostatnio Księżniczka rzuciła się z zębami na Czarną i skończyło się małą jatką z interwencją Dziecka. A poszło o kluskę, która spadła na podłogę w okolicach pyska Czarnej. Dziecko pacyfikowało Czarną, a ja musiałam się zająć małym gebelsem, który nie chciał odpuścić, mimo, że czarna już była unieszkodliwiona.)

Strawiłam pół dnia na przegrzebywaniu internetów w poszukiwaniu informacji o karmieniu pieseła wąątrobowca. Wyszło na to, że gotowane przeze mnie jedzonko jest w zasadzie OK, trzeba jedynie zmienić rodzaj wypełniacza, bo płatki owsiane zbyt dużo białka mają.

Zrobił się problem kolejny - na szczęście na razie mniejszej wagi -  z kotowatymi. Ja już kiedyś pisałam, że w kocich tematach zielona jestem. Psy były od zawsze, mój najbardziej osobisty pies - Księżniczka - od ponad 12 lat. Przed nią były jeszcze dwa osobiste. I chociaż wtedy dostęp do psiej wiedzy był trudniejszy, to jakoś się zdobywało, potem internetem pogłębiało. A koty to temat stosunkowo świeży i nie do końca zgłębiony. W każdym razie wszędzie czytałam, że koty mają mieć dowolny dostęp do karmy, nie jak psy - dwa razy dziennie i koniec. I tak miały do tej pory - koci barek stał na oknie, koty się częstowały, gdy przyszła im ochota, a ja uzupełniałam, gdy było pusto. I nie było problemu z przejadaniem się, mimo, że kot Arkadiusz jest wykastrowany od dawna. Jakieś 7 miesięcy miał chyba wtedy. Arkadiusza tylko trzeba przypilnować, by na raz nie zjadł zbyt wiele, bo wtedy zwraca. (Szkoda Areczka i szkoda jedzonka, bo się męczy przy pawiku, a za chwilę z powrotem przychodzi do miski - przecież brzuszek pusty.) Klementyna w momencie sterylizacji byłą tak chuda, że gdy się złapało poniżej kręgosłupa, to palce się stykały. Po zabiegu doszła do siebie bardzo szybko i zaczęła nadrabiać. Wydaje się ciągle głodna, zjada wszystko co dostanie błyskawicznie i odpędza Areczka od miski. W związku z tym Areczek dostaje papu u mnie w pokoju, za zamkniętymi drzwiami. A Klementyna zaokrągliła się dość niebezpiecznie i wydaje mi się, że to jest ostatni dzwonek, żeby zacząć przeciwdziałać. Pierwszy krok - miski zostały schowane i koty dostaje "pod udziałek". Drugi krok - zakup karmy Light (choć i tak dostawały cały czas Sterile)
Zobaczymy jak nam pójdzie....


Ostatnio jakby więcej wylegiwania się. Pewnie dupka robi się za ciężka na latanie po zwyżkach..


piątek, 8 września 2017

ostatnie podrygi

konającej ostrygi. Czyli nagłe uaktywnienie mafii słoikowej. Ostatnie zdaje się w tym sezonie, bo koniec potencjalnego wsadu.
Zarzekałam się, że nie tknę już, koniec, dość, finito!
Ale.... W spiżarce nie ma gdzie nogi postawić, bo podłogę zajmują równo poustawiane skrzynki z pomidorami. W jednym pojemniku papryka, w drugim pojemniku papryka... Rozdać? Wyrzucić? Nie ma pewności, czy akurat kogoś tymi pomidorami uszczęśliwię, czy może raczej problem się stworzy. Wyrzucać darów plantacji nie zwykłam (choć wiadro ogórków wylądowało za obórką, ale zbieg okoliczności niesprzyjających zaistniał w postaci pobytu S. w szpitalu i mojego doń kursowania publiczną komunikacją - po czym się już nadawałam tylko do tego by zalec w postaci padła. Już nie te lata...) A papryka taka jakaś, że najprostszy sposób przerobienia jej - czyli w słoik i w marynatę - odpada. Susza i upały spowodowały, że skórka jest pancerna, jak na podeszwy, a ścianka niezbyt gruba. Szkoda się z marynatami wygłupiać, bo jadalne toto nie będzie.
No to zaczęły się poszukiwania internetowe, na co by to przerobić. Trafiłam na kilka sosów paprykowych. Bez wypiekania papryki w celu pozbawienia skórki. Choć nie wiem, czy taki początek nie byłby lepszy. Przepis zalecał rozgotowanie i przetarcie. Przetarłam przez sito, obawiając się, że mój przecierak z metalowymi tarczami weźmie po prostu potnie tę skórkę i wrzuci do całości. Paprykę przeciera się nieco gorzej niż pomidory, może gdybym najpierw zblendowała? Ale jakoś poszło, tylko 2 kg tego było.Do tego kilogram pomidorów - obranych i wyciśniętych z pestek i płynnego.
Tak już jest, że jak  robię takie wybebeszane pomidory to jednocześnie też przecier, by ten sok wyciśnięty  zagospodarować. Miałam jeszcze jakieś takie nibyLimy - one też zostały z rozpędu wygniecione i oskórowane i poszły do słoików w postaci "pomidory w soku".
No i clou programu - dżem z czerwonych pomidorów: Córcia nabyła była taki w stonce celem skosztowania. Podsunęłam Starszemu - wyrwać ostatecznie słoik z rąk musiałam, tak się przypiął do niego z łyżeczką. Posmakował mu strasznie i pozostawał w przekonaniu, że to moje dzieło. Po czym stwierdził, że przecież mogę taki zrobić. Niby, czemu nie, jak pomidory leżą odłogiem, a przecierów już nadto, a dżemów nie bardzo było z czego? Pomidory na dżem również wymagały oskórowania i wyduszenia. niestety, lenistwo w tym zakresie nie popłaca, ponieważ skórka pomidorowa szwendająca się po przetworze jest tak ohydna, jakby kawałki plastikowej torebki tam wrzucić i psuje cały efekt, wygląd i smak, zniechęcając do spożycia.

Bulgoce pasta paprykowa. Pomna potwornego bulgotania z pryskaniem, grożącym śmiercią albo kalectwem, podczas odparowywania ajwaru, tej pasty nie blendowałam wstępnie. Jedynie  przetarta papryka poszła do gara w postaci jednolitej mazi. Czosnek, imbir i cebulę po podduszeniu/podsmażeniu też rozdrobniłam blenderem. Ale pomidory były w kawałkach. Ostatecznie same z siebie się rozdrobniły, póki co jednak stanowiły zaporę dla rozbryzgów.

Pastę zrobiłam w oparciu o przepis stąd. Ale jak to u mnie jest zawsze  -  tylko w oparciu. Zarówno co do składu (dodałam cebulę, czosnek i imbir, nie dodałam papryki w proszku ani kuminu - nie lubię zbyt intensywnych przypraw, które tłumią smak podstawowego składnika)  Zastosowałam też inną technologię wykonania, bo blendowanie wszystkiego przed odparowywaniem, to nie jest najlepszy pomysł. Cebula, czosnek, imbir i 3 półostre papryczki a la chili zostały podduszone osobno - po prostu w momencie głównej obróbki nie miałam imbiru i czosnku)

A tu bulgoce dżemianka. Dżemianka powstała z idiotycznych malinówek, których było, niestety, sporo, a które w/g mnie są zupełnie do niczego - kwaśne, wodniste i z potworną, pajęczynowatą piętką. Taka pomidorowa porażka. Pomimo wyciśnięcia produkt okazał się dość wodnisty, Odparowywałam dość długo z połową cukru (to zawsze jest problematyczne, bo można przypalić), po czym ostatecznie dodałam połowę reszty cukru i pektynę. Nie lubię dżemów skapujących z bułeczki.

I mój wczorajszy urobek. W zasadzie jego część tylko. Tu widać słoiczki z dżemem, pastą, a po prawej z papryką w marynacie.

Udało mi się wybrać trochę jadalnej papryki i wyszły 4 dżemowe słoiki marynaty. Dodatkowo, jako produkt uboczny niejako - 4 słoiki 3/4 l pomidorów w przecierze. W ub roku miałam ich znacznie więcej, bo miałam limy, które się do tego świetnie nadają. Zostały zużyte jako półprodukt, albo po prostu zjedzone ze słoika. Taki myk, żeby "adijos pomidory" zaśpiewać później. (Jest jeszcze inny myk -istnieją takie odmiany pomidorów, które się zielone zrywa późną jesienią z kawałkiem krzaka, zawiesza w spiżarce, czy tam gdzie i pozwala im powoli dojrzeć.Jest tylko taki mały haczyk, że te zerwane pomidory muszą być całkowicie zdrowe. Co w tym roku już by się nie udało ponieważ po tych zimnych deszczach pomidory popękały i zszarzały.)

Na zdjęciu widać dżemik złożony w sympatyczne słoiczki. Mój blog jest taki se, nikt mi nie daje niczego do testowania, nawet tych gupich słoiczków wecka. Czasem coś się nabywa z przetworów, np keczup Develeya, który ma pozostałe keczupy pod sobą. I on jest w takich sympatycznych słoiczkach, które potem szkoda wyrzucić. I właśnie się tropnęłam, że gromadzenie takich nietypowych słoiczków jest pomysłem niespecjalnym bo ponieważ, o ile słoiczki, mimo iż szklanne wychodzą powoli, to pokrywki do nich niestety szybciej. A potem te nietypowe pokrywki są nieosiągalne. Więc koniec sentymentów. W kwestii ładnych słoiczków by było na tyle. Utylizujemy bez litości. No chyba, że chcemy je potem na jakieś świeczki przerobić, czy inne takie. Co się prawdopodobnie nie zdarzy.

(W ogóle ostatnio doszłam do wniosku, że "szkoda" to jest pojęcie zgubne wielowymiarowo. Co wylazło na jaw w momencie otwierania szafy i mówienia do rzeczy. "Szkoda wyrzucić" powoduje, że gromadzimy rzeczy zbędne, nieprzydatne, których ostatecznie i tak nigdy nie użyjemy, ograniczając swoją przestrzeń życiową  i dokładając sobie dodatkowych zadań. Raz już podjęłam postanowienie, że czas skończyć ze "szkodą"". Niedostatecznie mocne jednak. Trzeba wrócić do postanowień i ich realizacji.)

Jakiego koloru jest zupa pomidorowa kużden wie - czerwona! A wychodzi na to, że niekoniecznie musi być czerwona i okazuje się to nawet z korzyścią dla zupy.


Bardzo proszę, może być nawet  żółta
 
Ten rok obfitował w żółte pomidory. Ostatecznie okazało się ich trochę za dużo, mimo, że są to pomidory przepyszne. Chwilę się zastanawiałam nad przerabianiem ich, rozdawałam na prawo i lewo, w końcu zdecydowałam, że co tam, najwyżej zjem sama. I zrobiłam zupę. Po czym zrobiłam konkursik moim dziewczynom: Kasi i Pumie. Puma trafiła za pierwszym strzałem, Kasia miała 3 podejścia, zaczynając od dyniowej. Zupa się przyjęła. Dziecko zjadło pierwszym rzutem 2 miseczki. Na następny dzień, na nieśmiało zadane pytanie "Czy może....?" , odwrzasnęło z entuzjazmem "Dawaj, bo dobra była". I tym sposobem powstało kilka słoików przecieru z samych  żółtych pomidorów. Przed łączeniem ich z czerwonymi miałam opory, bo wtedy wychodzi kolor dziwny, a tak - będzie super żółta pomidorówka.

Jak wspominałam, moje Dziecko jest latającym handlowcem od wielkich maszyn. Rolniczych zresztą. Tłucze tych kilometrów ogromne ilości, bo teren ma rozległy (kiedyś go podsumowałam i wyszło mi z grubsza, że mógłby do Gdańska dojechać tego dnia) Efekty są różne, bo sprzedaje towary kosztujące grubo ponad pół miliona, a to nie idzie jak rajstopy, czy odkurzacze nawet. Ale jest też plusik uboczny, malutki taki (a może całkiem duży nawet), że poznaje czasem ciekawych ludzi trudniących się ciekawą pracą.
No i  zdarza mu się, rzadko, bo rzadko od takich potencjalnych klientów nabyć coś oryginalnego.
Tym razem przywiózł taki serek wytwarzany przez panią Martę, z krowiego mleka.


Serek jest zdaje się kwasowo podpuszczkowy. Pani Marta wspominała o bakteriach dodawanych do mleka (których nie ma na etykiecie). Ma konsystencję trochę jak ser topiony -jest gładki, jednolity, daje się smarować. Przepyszny. Ten jest akurat z papryką. Istnieją też "czyste" oraz z pomidorami, czosnkiem i bazylią. 

Zapewne można je gdzieś nabyć, bo pani Marta ma zarejestrowaną działalność gospodarczą, tyle, że jak dotąd toczy potyczki z PIWem, który nie ma dokładnych wytycznych, czego wymagaćod producentów zagrodowych, więc szuka kwadratowych jaj. Natomiast przeciętny zjadacz serów zagrodowych wie, że prędzej zaszkodzi wyrób z marketu niż ser "od baby". Zresztą, przez lata całe kupowało się u górali na bacówkach bundz i żętycę i jakoś nikt  na zakaźnym nie  lądował (najwyżej częściej lądował w krzakach, po nadmiernym spożyciu żętycy) Ostatnio nawet Wielki Brat, który stara się wszystko opisać przepisami i wytycznymi usiłował wymóc, by każdy produkt paczkowany zawierał na sobie "zawartość składników odżywczych". Na co producenci serów zagrodowych podnieśli protest oczywisty - każda partia takiego produktu ma nieco inny skład. Badanie każdej partii, ze względu na termin przydatności do spożycia oraz koszty nie wchodzi w grę. Z drugiej strony - jak wiele osób analizuje ten skład i wykorzystuje go do sumowania sobie dziennego spożycia białka, cukrów itp. Jakoś nigdy się nie zastanawiałam ile białka, tłuszczu i witamin jest w moim obiedzie, choć od zawsze jestem w posiadaniu książeczki opisującej zawartość tych składników artykułach spożywczych. Jakieś ogólne pojęcie w temacie oraz działanie, żeby było z umiarem tego co bardziej szkodzi, niż służy.

I na koniec. Bo w sumie nie zdecydowałam jeszcze, czy bardziej cieszyć się, czy ostatecznie wściec: Poszłam wczoraj z piesami do sadu po raz wtóry, żeby zobaczyć, co też deszcze porobiły z moimi pomidorami. Urwałam parę żółtych, które popękały i należało je spożyć natychmiast. Idę sobie z wiaderkiem, które się bardzo ciężkie zrobiło i nagle wzrok mój padł na zagonek truskawek. (Truskawki były w kolejce do zaopiekowania się nimi) Przez chwilę patrzyłam i usiłowałam zgadnąć, co z nimi jest nie tak. Bo ewidentnie coś było. Aż w końcu odkryłam, że truskawek po prostu nie ma - miejscami sterczą pojedyncze ogonki, a poza tym - nie ma! Niby powinnam się ucieszyć, że cięcie mi odpadło. Ostatecznie nie odpadło całkowicie, a poza tym nie wiadomo, czy płowe pyski nie powyciągały z korzeniami. Zapewne trzeba będzie zrobić użytek z pastucha i odgrodzić nim uprawy od kukurydzy, bo nie ma to tamto i dziczyzna płowa nie będzie mi tu się częstować dowolnie!



środa, 6 września 2017

O wystroju conieco

Wam opowiem, bo się tak zrobiło, że komentarze o ten wystrój zahaczają.
Zaproszenie przywiozła Ela dwa tygodnie wcześniej. Był więc czas zadbania o wystrój.
Starszy się spiął i zaczął temat, ż eon wysponsoruje wystrój i zawiezie, żeby nabyć.
I tu się zrobiło nagle kilka ALE:
Ale 1: Starszy ostatnio częściej pozostawał w pozycji horyzontalnej, bo mu się jeszcze dodatkowo choroba królów znarowiła (NIE, nie syfilis bron boże, podagra!)
Ale 2: Środków leżących odłogiem nie posiadamy, a wydatek kilkuset złotych na wystrój jednorazowy, następnie zalegający w szafie doprowadziłby mnie do jasnej cholery
Ale 3: zakupów tekstylnych istotnych w zasadzie nie robiłam chyba odkąd jestem na emeryturze, sklepy maja rotacje straszną -dopiero był damski ciuch, już jest kebab - tak, ze nawet nie wiem, gdzie się w najbliższej metropolii nabywa. Zwiedzanie zaś galerii handlowych w dalszej metropolii nie lezy w zakresie moich możliwości psychicznych, a zwłaszcza - fizycznych.
Więc Starszy usłyszał: "Wybij ty se z łeba tylna łapą. Nie ma opcji"
Zawsze mogę otworzyć szafę i przemówić do rzeczy. A prawda też jest taka, że ta szafa zdecydownanie zbyt rzadko była ostatnio otwierana. Czyli: z grubsza niby wiem, co w niej mam, a dokładnie - w jakim to jest stanie i jak to się ma do mnie - to już nie bardzo. Owszem, jest tam na pewno jedna kieca, która ma wszystkie kiece pod sobą - Givenchy zapinany  płaszczowo, z cudnym złotym guzikiem przy dekolcie (reszta w plisie) z czarnej wełnianej żorżety. Tyle, że ja w tej kiecy obskakiwałam wszystkie większe szkolne uroczystości i na pewno została zapamiętana jako swego rodzaju ewenement. Emerytka występująca w najlepszej kiecy sprzed 20 lat wygląda żałośnie ( mniej więcej adekwatnie zresztą do poziomu życia na nauczycielskiej emeryturze, ale niekoniecznie musi się to dawać otoczeniu do zrozumienia wystrojem). Więc kieca została z góry zdyskwalifikowana.
Otworzyłam w końcu tę szafę, żeby przemówić do rzeczy, ale rzeczy nie bardzo przemówiły do mnie. W końcu zostały wybrane dwie opcje,  z których żadna nie została do końca zaakceptowana przez Starszego. Jedna opcja była bardzo letnia i upadła sama z siebie wobec prognozy pogody. Druga była bardziej adekwatna do prognozy i bardziej akceptowalna Tatusiem. Czyli ostaecznie OK.
Zatem pojechawszy do metropolii, celem załatwienia Starszemu leków na tę królewską chorobę oraz akcyzy do paliwa, postanowiłam zaopatrzyć się w damskie akcesoria typu kredka, lakier itp, które szanująca się dama ma zwykle na stanie.
Ja także mam na stanie, tyle, że moja kredka pełniła ostatnio funkcję znacznika przy zakładaniu zamka do drzwi, wobec czego tłuszcze w niej zawarte zostały wzbogacone o smar grafitowy lub olej wazelinowy, jakimi konserwowane są przez producentów zamki. Natomiast lakier służył do malowania wskazówek na prędkościomierzu poldolota tudzież innych takich.
No to poszłam, do tego co było po drodze, coby kilometrów nie nadkładać (Natura była). Z trudem wielkim coś wybrałam, na ryzyk fizyk, bo próbką się przecież nie umaluję, a  smarowanie po ręce nic mi nie da, bo nie ręce tym będą w końcu malowane. Po czym poszłam nabyć rajstopy. Rajstopy kupowałam ostatnio jakieś 5 lat temu, kompletnie nie mam rozeznania żadnego w rodzajach, gatunkach itp. Posiadam dwie pary czarnych - jedne cieniutkie, drugie grube kryjące i nimi opędzam sytuacje, w których wystąpienie w spodniach jest całkowicie niedopuszczalne.Poza tym pozostają skrzętnie spakowane i ukryte przed kotami.
Ostatecznie nabyłam dwie pary czarne i jasne, zapłaciwszy 17 zeteł, co mi się wydawało nieco dużo, jak za 2 pary rajstop (potem zmieniłam zdanie radykalnie), wiadomo bowiem, że rajstopy potrafią szybciej "wyjść" niż paczka fajek..
No a potem zadzwoniła Córunia: "W czym idziesz", na co się zaczęłam nieco plątać w zeznaniach. Córunia wysłuchała pokrętnych zeznań i oświadczyła, że w sobotę przybywa z misją ratunkową wybrawszy ze swej garderoby te najszczuplejsze elementy.
(Zaznaczę przy tym, że nigdy nie uznawałam  ciuchowych pożyczek: W czasach akademickich było to nagminne, a ja robiłam za wredną maupę, bo nie użyczałam nikomu, ani sama też od nikogo.Ciuchy miałam wonczas różne, takie siakie i owakie, zdarzały się nawet z Mody Polskiej, jak jakąś wakacyjną robótkę zaliczyłam lub z Pewexu, gdy ciotka z USA  podrzuciła parę$. Spódnice były selfmade, sweterki tudzież i być może stąd wynikało przywiązanie do własnych ciuchów -  że to nie tyle za własne nabyte, co własny pomysł i realizacja. No, raz pożyczyłam parasol, peweksowski także, więc mający większość parasoli pod sobą. Parasol nie wrócił, bo dzieweczka zabalangowała i wyszedł jej z pamięci. Poza tym, w cudzych rzeczach byłoby mi jakoś nie tak, czułabym się nieswojo.  Nawet z siostrą nie wymieniałyśmy się ciuchami. Zresztą w pewnym momencie stało się to niemożliwe, bo zaistniała między nami zasadnicza różnica wzrostu - sięgałam siostrze mniej więcej do ramienia.Siostra już w nastoletnich czasach wyczyniała na szydełku i drutach cuda. Taki jeden sweterko - płaszczyk sobie uczyniła przecudny z szafirowej włoczki, ale nawet mi przez myśl nie przyszło pożyczenie go, choćby na jeden raz.)
Trochę inaczej traktuje noszenie rzeczy "po córce". Już tak się ustaliło, że ubrania, które zrobiły się na nią za ciasne, przechodzą na mnie, a różne tam takie dresówki itp są używane do prac w domu i ogrodzie.
Córunia ubiera się dobrze i elegancko. Ostatecznie udało mi się  wtłoczyć jej do głowy, że szkoda pieniędzy na tanie szmaty, bo tanie szmaty są tandetne, wqrzające w konserwacji i użytkowaniu oraz bardzo szybko przechodzą w stan szmaty, często nawet nie nadającej się do podłogi.Poza tym, zbyt ciężko pracuje w tej  korpo na te swoje pieniądze, żeby je wydawać na bele gie.

 No i tak wyglądał mój wystrój zewnętrzny. Teraz zawieszony na Ani, która dotarła kurierem w poniedziałek.
Ania była planowana od dawna, aż w końcu przyszła na nią pora. Może ten mąt na wszystkich frontach spowodował powzięcie decyzji. W końcu taki zakup czegoś bezsensownego, wyłącznie dla siebie, to jakiś sposób na stres.


 Córunia zadbała o szczegóły wystroju i sprezentowała matce taką torebusię. Nabyła również odpowiedniej rajstopki, których metka spowodowała radykalną zmianę moich poglądów na to, ile mogą kosztować rajstopy. Chociaż, patrząc na to inaczej - to tylko dwie paczki dymków.

A poza tym? Pogoda mnie rozwala na strzępy permanentnie tego lata. Teraz już nie pada i termometr się podniósł do 18stopni. Ale domniemywam, że to czego nie dobiła prawie dwumiesięczna susza zostało teraz dobite tym nagłym ochłodzeniem i zimnym przeraźliwie deszczem. Tak, że nawet nie chce mi się iść patrzeć na moje plantacje. Zauważyłam,że sąsiad zebrał już, przed deszczami, buraczki. Ale wydaje mi się zdecydowanie za wcześnie, jak na zimowe przechowanie. Więc spokojnie, w błocie się grzebać nie będziemy, chyba jeszcze obeschną. Za to grzyby ponoć w natarciu, ale gdzie mi tu do grzybów. Nawet opieniek, które zapewne pod jabłonią za chwilę wyrosną nie ruszę, bo ubiegłorocznie przetworzone stoją do teraz, pomniejszone tylko o jeden słoik, który poszedł do wigilijnej kapusty, oraz dwa - ofiarowane sąsiadce. Ogólnie - mafia słoikowa w odwrocie, bo nie ma czego w te słoiki upychać. A to co jest - no to - ile można. Niby można do oporu, bo taki domowy słoik postoi, tylko - po co? Po latach doświadczeń pcha się w słoiki to, co wiadomo, że spożyte zostanie, a nie jak leci po to, żeby mieć zajęcie. Leniuchowanie też jest wskazane. I się w pewnym momencie człekowi należy, jak chłopu ziemia.

Psowatość i kotowatość porozkładana po kątach. Też na nie pogoda działa dobijająco - tak upały, jak i ta dzisiejsza.
Psy piętrowo. Kto może ten na kanapie, kto już się nie wskrobie - ten się dywani.

Klementyna na wznak

A Tośka podpierając się nosem
 
A reszta istot żywych ratuje się przed padnięciem na nos, na przykład w ten sposób, że puka w klawiaturę.
 
Pozdrawiam!






wtorek, 5 września 2017

straszny poniedziałek

Poniedziałki na ogół są straszne, z tym, że bardziej dla pracujących etatowo. Dla pracujących według własnego harmonogramu najczęściej dzień tygodnia nie ma znaczenia, bo harmonogram jest taki sam 7/7. Ale tym razem mi się nałożyło.
(Ostatnio w ogóle mi się nakłada i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy jakiegoś szamana nie poszukać, albo wiedźmy, coby odczyniła. Ciąg rosnący niespodzianek różnych w sferze psychicznej oraz finansowej, co zresztą tez na psychikę nadeptywa)
Nałożyło mi się siano na otwarcie nowego kompleksu dydaktycznego w mojej byłej szkole. Szkoła była moja przez 35 lat, a przez 5 lat nawet jakby bardziej bo byłam w niej dyrektorem (z czego zrezygnowałam po urodzeniu córusi, bo bycie dyrektorem szkoły jest tak absorbujące czasowo i psychicznie, że te dwa etaty -  matki niemowlaka i dyrektora, pogodzić by się nie dały). Zaproszenie dostałam, wzmocnione telefonem o Januszka, w którym obecność potwierdziłam. Słowo się rzekło - nie wypada robić z gęby cholewy.
Tymczasem siano wisiało nade mną od dwóch tygodni. Najpierw miał je dowieźć brat (co jest opcja najwygodniejszą, bo mi odpada całą logistyka), ale brat zagoniony jak zwykle i szkoda mi się zrobiło, żeby jeszcze w niedzielę tłukł się te ponad 100km, wlekąc za blazerem koniowóz z dwoma balotami.Więc mu kazałam dac na wstrzymanie, w niedziele uciąć komara, albo pogonić konia, a sama zaczęłam poszukiwania internetowe. No i znalazłam, jakieś 17km od mnie. Pojechaliśmy z Dzieckiem, obadali i zamówili (oczywiście bez ekscesów się nie obyło, bo w blaszance padł alternator. Co zresztą sugerowała świecąca od jakiegoś czasu kontrolka, ale Starszy nie opanował jeszcze kontrolek w blaszance, a duma mu nie pozwoliła zasięgnąć zdania Dziecka. Skutkiem czego robiłam za pychacza blaszanki, coby zaskoczyła "na pych" Oczywiście na spidzie spowodowanym wq..em na indolencję Starszego, która, jak zwykle, musiała o mnie zahaczyć. Ale przynajmniej pchnąć było łatwiej... ) Jak przyszło do omówienia szczegółów dostawy (władcy siana nie było podczas wizji lokalnej) to stanęło na tym, że istnieją 3 łąki świeżo skoszone, z których siano ma być zebrane w sobotę, znaczy - w sobotę zadzwonić.
Ale na sobotę zapowiedziała się Córunia z misją ratunkową co do wystroju zewnętrznego matki. Dziecko zaś miało się weselić u kolegi (którego zresztą wyswatało - miało od sąsiadki zaproszenie do bycia osobą towarzysząca na weselu. Iść mu się nie chciało, więc podesłało kolegę. Z czego się po 2 latach powzięło kolejne wesele)
Zadzwoniłam około 13tej, że dziecko do odebrania ze stacji około 15tej, więc moze na 17tą z tym sianem. Dobrze, zadzwonić, jak odbiorę dziecko. Z 15tej zrobiła się 16ta, bo nie sprawdziłam rozkładu, na pamięć wychodziły 2,5 h, ale akurat ten pociąg jakiś leniwy był i jechał dłużej. O 16tej facet stwierdził, że w zasadzie to on juz by miał ochotę zacząć łykendzik, więc może na poniedziałek zostawmy. Zapodał 9tą. Pomyślałam - OK, przywiezie o 9tej, do 10tej przemieścimy, potem jeszcze mam całe 2 godziny, więc nawet mogę się moczyć w pianie (modły zamierzałam ominąć od razu)
O wpół dzwonię:
- No, jak tam, wybiera się pan z tym sianem?
-Aaa, wie pani, tak leje, zostawmy może na kiedy indziej.
No, to OK.
Za dziesięć dziesiąta tel:
- Wie pani, bo mi samochód jest potrzebny, to może ja to siano jednak przywiozę.
- Dobrze (Q..A!), to za ile?
-No, tak za jakąś godzinę.
-To za godzinę.. (Q..WA!, Q..WA!)
Za dzieisięć jedenasta dzwonię ja:
-Jak tam, jedzie pan już z tym sianem
-No, tylko jakąś plandekę narzucić muszę i jadę (Q..WA! teraz? Plandekę?)
-Dobrze, to za ile pan będzie?
- No, tak za pół godziny.
Ściągnęłam sąsiada Staszka do pomocy, bo Dziecko ma w poniedziałki "dzień biurowy" i pojechać musiało. Siedzimy, palimy, obgadujemy sąsiadów (ciekawe, że chłopy zawsze najwięcej tzw. wiadomości mają).
W końcu o 11.35 zajechał.
Zrzuciliśmy siano na plandekę, bo się panu spieszyło bardzo. Potem Staszek wydawał widłami, a ja zapierniczałam jak zajączek skróś strychu, bo przecież od przeciwległej ściany należało zacząć (jakieś 10m kłusem. O dziwo, nawet mi kolanko nie skrzypiało). Skończyłam mokruteńka. Staszku miał jeszcze ochotę pogadać,ale podziękowałam i poleciałam. Impreza zajęła, zgodnie z planem, godzinę.
No tak, a tu psom się skropliło i żądają wyprowadzenia. Oczywiście Starszemu nawet nie powstało w głowie, ż eto on mógłby ruszyć szanowne cztery i z tymi psami pójść. I oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach psy mają mnóstwo dodatkowych tematów do obwąchania (Tym razem nawet bardziej, bo był przecież na gumnie obcy samochód i obcy ludzie). A jeszcze sumsiadka mnie informuje, że tam jakaś kumisja jest na mostku od zalewania oraz Marysia dzwoni, że chciałaby by, żeby ją zabrać, bo pada, a ona rowerem only.
No to OK. Za 20 minut. Słoma z butów (siano, tym razem), szybki prysznic, coby kurz spłukać i resztki siana z upierzenia. Wytrzeć się tym razem porządnie, bo jak będzie z grubsza, to rajstop nie założę.  Rajstopy mnie zmęczyły bardziej niż to siano, bo jak w końcu założyłam, to musiałam na chwile usiąść. (Jednak noszenie spodni ma zdecydowaną przewagę nad rajstopami! Wielowątkową zresztą!!)
Jakieś kolczyki by może (był czas wypróbować, ale się nie chciało i teraz się okazuje, że te nie i tamte też nie chcą współpracować) A Starszy stoi, w oknie jak zwykle, żeby było widniej w chacie i mamroli, że miało być 20 minut. A Marysia dzwoni, że wylazła, bo się ładnie zrobiło i że parasola nie wzięła (no, bo kto by przypuszczał, że jak się na chwilę podkasało, to zaraz może znowu lunąć) i że właśnie lunęło, więc ona stoi pod gankiem u K. No to niech stoi, miała czekać w domu.
Z tego wszystkiego kremiki i kredki poszły w zapomnienie (nawet do torebki nie wzięłam, bo już, bo już!) i pojechaliśmy. Nadmienię, że Starszy cały czas stał w tym oknie, jak ten parasol i nie przyszło mu do głowy, żeby ruszyć, wyprowadzić auto, żebym w cudnie wyglansowanych butach nie musiała po mokrej trawie zasuwać i zbierać resztek siana na ten błysk.
Dojechałyśmy w sam raz, akurat dyrektor kończył spicz, wstęgi już zostały przecięte i pokropione wszystko co pokropione być miało. Czyli w sumie w najwłaściwszym momencie. Pooglądawszy utalentowane dziecka, wysłuchawszy na koniec mów oficjeli (które jak zwykle były denne: wójt co drugie zdanie odnosił się do homilii księdza, a dyrektor jakiegoś biura poselskiego zadziwiał aparycją, wystrojem, wymową w kontekście zajmowanego stanowiska, czyli "nie matura lecz chęć szczera" for ever, w pewnych okolicznościach dziejowych) Potem był obiad w stołówce wielkości dawnej sali gimnastycznej, a potem moja następczyni na katedrze, zresztą osobiście wiedzą matematyczną nakarmiona, oprowadziła mnie po pracowniach. No tak, jedyne 40 lat minęło od mojego tu nastania, a już jest prawdziwa pracownia matematyczna. Z tablica interaktywna, magnetyczną i suchościeralną, z magnetycznymi przyborami tablicowymi, pięknymi modelami brył oraz szafami na to wszytko co schowane być musi. No i druga pracownia informatyczna, która też zwiedziłam (ta pierwsza była "moja", bo osobiście wydeptywana, osobiście ustawiana oraz dniami i nocami konfigurowana - niestety, założenia były nie do ominięcia, że ma być na serwerze i się sypało) Oraz wreszcie pokój nauczycielski z prawdziwego zdarzenia, a nie klitka, w której chodziło się nawzajem po głowach.

Ok 16tej zawezwałam podwody, zahaczyłam jeszcze o lokalny market, żeby jakieś padło na obiad nabyć. Po czym zdjęłam błyskawicznie wystrój i stanęłam do garów. Jak już było gotowe, to Starszy powiedział, że on jadł nie będzie, bo nie głodny. Po czym, po 15 minutach kazał sobie nałożyć. Odrobinę. Potem nakarmiłam psy i koty. Potem przyjechało Dziecko i nakarmiłam Dziecko. Potem poszłam do kóz i nakarmiłam kozy oraz pozyskałam mleczko od Wandala. Potem siadłam w swoim kątku i zadzwonił Brat. Ale się bardzo spieszył, jak zwykle. Potem zadzwonił jakiś nieznany numer, który z oporami wewnętrznymi odebrałam (nie odbieram niezapisanych i już). Okazała się E. z nowego numeru, więc dobrze, że odebrałam. Potem zaczęłam układać pasjansa,który mi oczywiście nie wychodził (na rzucone kiedyś hasło: ":nawet, cholera, pasjans mi nie wychodzi", Dziecko odrzuciło, że jemu to najlepiej wyszły włosy) A potem prawie szczeliłam nosem w klawiaturę, choć była zadziwiająco młoda godzina, bo trochę przed 21. Więc poszłam przyjąć wygodniejsza pozycję. I o dziwo, udało mi się calutka noc przespać. O 7 zbudził mnie budzik oraz bębnienie deszczu w rynnie.
I teraz się zastanawiam, co by tu zrobić z tak cudnie rozpoczętym dzionkiem po cudnie przespanej nocy.
Bezczynność przerywają mi nawoływania Starszego z jego pokoju. Gwoli informacji - ten pokój znajduje się jakby na drugim końcu chałupy. W linii prostej do jego drzwi jest jakieś 12m. Zważywszy, że kuchnie mam do pokonania po przekątnej, która wychodzi ok 6 m i jego pokój po ukosie -ze 2m, to jest spory spacerek po to, żeby się dowiedzieć, że chce mu się pić, po czym polecieć to picie przynieść, łącznie pokonując ten dystans 4 razy. Już kiedyś zapodawałam, że jak coś chce, to żeby dzwonił telefonem, albo wołał "herbaty!" zamiast "Iwońcia!" Chwile pamiętał o tym telefonie, ale wygodniej mu, widac, pozostac przy starych nawykach.
Wobec czego, z tym optymistycznym akcentem,  życzę Wam miłego dnia!

PS. W zasadzie może ciekawiej byłoby o "wystroju zewnętrznym" w związku z pójściem na uroczystość, bo takie wyjścia to u mnie ewenement, ale byłoby zdecydowanie za długo.