wtorek, 18 lipca 2017

do przodu

 choć trochę do tyłu.


Znów mnie nieco wcięło, ale teraz mam usprawiedliwienie: Od wtorku Starszy jest znowu w klinice w Rz. Na oddziale intensywnej terapii kardiologicznej. Znalazł się tam z nagła, po wykonaniu badania "echo" serca i konsultacji z prowadzącym go profesorem. Okazało się, że ilość płynu w osierdziu znowu wzrosła i najlepiej się położyć i najlepiej od razu. No to się położył z marszu. A ja miałam nieco latania  w celu zabezpieczenia podstawowego wyposażenia, resztę dowoziłam na następny dzień. Czwartek  odpuściłam, bo lało w ziąbie, a w piątek miał punkcję poślizgniętą z czwartku, no i leży sobie na "eRce". Nie wygląda najgorzej, tylko monitor ma podłączony i kawałek rurki mu z klatki wystaje. W sobotę odwiedzała go Najważniejsza, która wzięła  przepustkę na sobotę i niedzielę z onkologii  - miała wrócić na 14tą,a dziś ma mieć kolejną dawkę chemii. Coś napomykała, że sobie odpuści, ale jednak się zdecydowała, co jest zrozumiałe. Najbardziej martwiło ją to, że znowu wyłysieje, a już po poprzedniej sesji zdążyła obrosnąć na tyle, że może pokazywać się bez peruki.

.............................................................................

Zaliczyłam Rz. w celu nawiedzenia chorego. Starszy jeszcze na eRce się znajdował, ale w trakcie mojej wizyty został przeniesiony na zwykłą salę. Upolowałam jakiegoś doktóra, coby wypytać o leczenie i rokowania. Wnioskuję, że jeszcze jakieś 3 dni  go potrzymają. A co potem, to nie wiem, bo Starszy mi się nie bardzo podoba. Słaby, kiepski i wygląda ogólnie jak dupa na lewą stronę.
Wróciłam przez P. Z powodu iż wsiadłam do pierwszego lepszego busa, który jechał w tę stronę. Bilet na G. mi sprzedał, o czym okazał się bardzo mocno pospieszny i przystankami po drodze nie bardzo się przejmował. Czytałam książkę na wszelki wypadek, żeby nie widzieć co wyprawia na szosie. I jak podniosłam głowę znad tej książki to już był wypiek chleba w R. A chwile potem Orlen przed P. Dobrze, że w P. zapytałam, gdy stanął na światłach na głównym skrzyżowaniu, czy zajeżdża tam, gdzie wszystkie prywatne komunikacje, bo dojechałabym do J. A tak podreptałam na dworzec PKS i wróciłam wieśbusem. Tym razem "nie ma tego złego" się sprawdziło. Bo i chleb kupiłam i nóg oszczędziłam wysiadłszy pod domem prawie zamiast kilometrowego marszu od szosy.
Zmęczona byłam tą podróżą bardziej niż po sianokosach, ale przed padnięciem na pysk musiałam jeszcze parę rzeczy zrobić, działając bardziej siłą woli niż siłą fizyczną.

A poza tym jesteśmy trochę do przodu, bo w piątek po południu Dziecko się zawzięło i wykosiło busz w sadzie mulczerem. Nie obyło się bez wyrazów strasznych, bo manewrowanie traktorem między drzewami skutkuje ściągnięciem dachu tudzież urwaniem świateł. Dziecko stanowczo zagroziło, że ostatni raz traktorem kosi i "rób sobie co chcesz". Resztę wykosiło spalinówką w sobotę i w końcu "wygląda jak u ludzi" (U "ludzi" wygląda znacznie lepiej bo mają traktorkokosiarki i koszą co 3 centymetry). Oprócz tego dostałam ostry opeer za to, gdzie posadziłam śliwki. Przy czym, niestety, Dziecko miało świętą rację, bo zrobiliśmy to idiotycznie, co już się okazało, przy próbach  manewrów traktorem na grządkach. A jak te śliwy urosną, to dodatkowo będzie cień na warzywkach. Czyli trzeba przeflancować, póki młode.


No i mamy wreszcie luk na plantacje. Na pierwszym planie pies ogrodnika, na drugim sporne śliwy, na trzecim moje uprawy, a w tle kukurydza dzieckowa. Z której to kukurydzy wyłania się czasem jakieś płowe bydlątko i konsumuje zawartość moich plantacji. Pomidory rosną głównie TU, ale też i ÓWDZIE, a nawet "TAM I SIAM', ponieważ mam mnóstwo samosiewek. Zobaczymy co z nich wyrośnie.


A tak wygląda nasza "ścieżka spacerowa": po lewej ququ, po prawej ququ, aż po horyzont, który się jakoś podniósł nieco. A z brzegu moja kapucha, którą musiałam ograniczyć, bo płowym bydlątkom posmakowała. W tej chwili już częściowo usunięta, a dokładnie - przemieszczona z pola do domu.


I zmieniła stan skupienia, przy pomocy tej oto szatkowniczki, która ma wszystkie szatkowniczki pod sobą. Służy mi niezawodnie już kupę lat, noże są ostrzalne, bo nie ma to jak porządny polski produkt. Stan wizualny jest jak widać, ale po tej ilości pokrojonych warzyw wszelakich, w tym buraków dla kóz, trudno wymagać bielszego docienia bieli.  


Za oknem mam efekty akustyczne. Tym razem zróżnicowane nieco: zaczęło się od podkaszarki bladym świtem, a potem podkaszarka ustąpiła głosu bliźniakom, które babcia przywiozła (albo babci przywieziono) na wywczas. Bliźniaki nie mówią, potrafią natomiast wrzeszczeć, w dodatku cały czas w górnej oktawie, tak, że świdruje w uszach. Na tle innych sąsiedzkich dzieci są wyraźnym ewenementem. Jak dotąd jeden raz babcia powiedziała "nie wolno", a ani razu nie kazała im się zamknąć. Ciekawe, jak ona to znosi, zwłaszcza, że jest nauczycielką, bo dla mnie szkolny wrzask był tak jakoś jakby w tle i nie drażnił, natomiast poza szkołą miała być cisza. 
Zagłuszają nawet traktory, które nagle zaczęły być aktywne, bo rozpoczęły się żniwa rzepakowe. Na razie nieśmiało, bo pogoda durna, a rzepak musi być suchy bardzo do kombajnu. A potem będzie dłuuuga cisza w polach, aż do października-listopada, bo w tym roku mamy tu tylko rzepaki i kukurydze.

Słuchawki albo stopery.








piątek, 7 lipca 2017

Uzyski

Coś tam urosło, zaowocowało i dary boże nie mogą się tak całkiem marnować. No to pojechaliśmy lambordżinim do sadu. Starszy dostał polecenie wziąć stołek i obrywać czerwone porzeczki, a ja miałam zrywać wiśnie. Skończyło się na tym, że "kazał pan-musiał sam". Starszemu szło tak niemrawo przy tych porzeczkach, że w poszłam mu pomóc. Niewiele tego było, z 5 litrów może. Ostatecznie  stołek Starszego, który był jego pożal się boże rękodziełem, zgubił nogi i Starszy wylądował w trawie. Dobrze, że miękko i niewysoko oraz się z uwolnionymi nogami rozminął i żadna mu się w nic nie wbiła. Pozbierał się jak żółwik i pomagał mi z tymi wiśniami. Gałązki trzymał, bo ja kurduplem jestem i wysoko nie sięgnę. Zwykle na wiśniobranie wybieraliśmy się traktorem z przyczepą i rwałam z przyczepy. czasem z samego traktora stojąc na masce, na co Dziecko strasznie dziób darło, że pozaginam. Tym razem traktor stał z zapiętym opryskiwaczem, a na przyczepie znajdują się dwa mauzery. Te mauzery w zasadzie by bardzo nie przeszkadzały, ale odpinanie opryskiwacza mnie nieco przerasta, bo zbyt wiele gimnastyki wymaga, w tym przeciskania się na wciągniętym brzuchu między błotnikiem a zbiornikiem i skłonów pod śrubą rzymską, by wypiąć "przekaźnik mocy".
No to Starszy trzymał gałązki a ja obrywałam. W pewnym momencie na jakąś góreczkę pod stopami natrafiłam, co mnie  ucieszyło nieco. Ale tylko na chwilę, bo góreczka okazała się mrowiskiem i natychmiast jego zawartość przeniosła się na moje nogi. Ostatecznie uzysk wyniósł około 10 litrów, co jest wynikiem nader mizernym, albowiem w najgorszych czasach bezwiśniowych  minimum 2 wiadra przerabiałam.
Wszystkie te wiśnie wydrylowałam, drylownica zresztą, czego normalnie nie robię. Zwykle dryluje paluchami, siedząc z tymi wiśniami na schodkach przed domem. Tym razem było zbyt zimno na siedzenie na schodkach, a w kuchni paluchami drylować się nie odważyłam - wyobraziłam sobie mycie potem ścian, szafek i wszystkiego wkoło i wyjęłam drylownicę. I tak się jakiś krwawy rozbryzg pojawił na kafelkach obok zlewu, na wysokości mojej kostki. Złośliwość przedmiotów martwych.

W ogóle jakaś złośliwość w przyrodzie panuje straszna - np. leje ni stąd ni z owąd, nie wiadomo z jakiej chmury i skąd się ona nagle wzięła: któregoś dnia skończyłam właśnie wieszać drugie pranie na "balkonie" (pierwsze już dość podeschnięte było, bo ostro duło), jak wzięło i lunęło. I to tak, że zaniechałam lecenia i zbierania. Poszłam za sąsiadką z Górki, panią Marysią, która na hasło "Pani Marysiu, a pranie?", wzruszyła ramionami i pokazując palcem w górę rzekła "Kto zmoczył, ten wysuszy". Świnte słowa, pani Marysiu!
Dziecko się wzięło za koszenie stepu akermańskiego. Najpierw się kosa zezłośliwiła, bo próbnie odpaliła, po czym wzięła zdechłą i domówiła współpracy. Ale dziecko zawzięte było, skoczyło do kolegi po jego sztila. I jak tego sztila odpaliło, to znowu lunęło. A Dziecko kosiło, a z góry lało jak z cebra.

Na pocieszenie pojawiła się taka "Brama do Raju"

Wczoraj postanowiłam kozi pedikiur uskutecznić, bo już tupało na poddaszu, że za długo nie cięte i jeszcze się weźmie i coś narobi z tymi rapetami. Pogoda wydawała się akuratna, bo jak z psami poszłam to w dresówce musiałam. Ale jak tylko Andzię przypięłam u ściany to zaczęła się taka lampa, że wodę do szorowania pazurów mi podgrzewało w misce.Andzia jeszcze jako tako dawała radę, bo ogólnie biała, ale czarne małpię ziajać zaczynało, gdy kończyłyśmy. Co jej zresztą nie przeszkodziło, po wpuszczeniu za płotek (bo na rozkładzie było sprzątanie apartamentów, czyli akcja "gie"), pójść matriksem i z łbem do Andzi. Ale je za tym płotkiem nieco przysmażyło, bo jakoś nie wymyśliły, żeby pójść tam, gdzie cień, tylko się w pełnym słońcu naparzały łbami. Tak, że dały się grzecznie zaprowadzić z powrotem, jak skończyłam i nie było matriksów z ochrona kwiatostanu na podwórku. (Wandal już usunął jedną pelargonię z doniczki. A jakowyś chabaź w innej tak jej się spodobał, że się w kotka i myszkę zabawiała ze Starszym, który rzucił się bronić kwiatostanu własnom piersiom).
A najbardziej mnie cieszy, jak lunie natychmiast po tym, jak skończę wynosić te parę wiader wody, by podlać kwiatostan doniczkowy i gruntowy. no, bo przecież tę trochę ruchu potrzeba dla zdrowia? A nie tak siedzieć na tym krześle i pilnować się, żeby z niego nie spaść. Bo niestety tak bywa często (np. wczoraj), że nawet siedzi się z trudem. Więc się człek sam kolanem wypycha, żeby się ruszyć i coś podziałać, bo siedzenie jest niebezpieczne dla życia i zdrowia.

Kwiatostan doniczkowo gruntowy. Nie ma tego wiele, ale cieszy oko.

I jeszcze taki chabaź. Może ktoś wie, co to. Dostałam sadzonkę. Miało być "takie kwiatko w paski" - rozumiałam, że jakaś surfinia, czy cóś. Tymczasem toto wydało w końcu w bólach jedno "kwiatko" na czubku i ono wygląda jak pomarańczowa gerbera.

Wieczory są tak zimne, że siadam do filmoteki w kocyczku. W mieszkaniu oczywiście, przy uchylonym oknie - nie na jakowejś werandzie, czy czymś takim. Świat nie widział, żeby o tej porze roku coś takiego. O tej porze roku sypiało się pod samym prześcieradłem, bo kołdra parzyła o ile udawało się w ogóle zasnąć. A bywało, że noc spędzałam nad Czarną, która leżała, jak skóra z diabła, bliska wyzionięcia ducha i okładałam ja mokrymi ręcznikami  (teraz wymyślili jakieś maty chłodzące dla psów)
(Chyba muszę Klementynie tez pedikiur zrobić bo przylazła właśnie na kolana, złapała fazę i udeptuje mnie łapkami, pomruk z siebie wydając. Nie do końca to przyjemne jest, bo ma strasznie ostre te pazurzyska, a wiadomo, że przy udeptywaniu to jest wystawiam-chowam, na zmianę. Niby cięte miała niedawno, na okoliczność ewentualnych ataków obronnych u weta przy sterylce, ale  urosły. Cięłam na wszelki wypadek, pomna tego, jak koteczek Areczek wyskoczył pani wetce przy próbie wkłucia się w żyłę i wylądował na moim ramieniu wbijając w nie szpona na cała głębokość - myślałam wtedy tylko o tym, żeby tak pozostał i żeby mi się udało wyjąć tego szpona z dziury. W innym razie pewnie by interwencja pana od cerowania była potrzebna. Na szczęście został, a pani wet przypomniała sobie o torbie do aresztowania kota, z której wystaje tylko łepek oraz można wyjąć dowolną, pojedynczą łapkę. )
Jak jest lampa - pomiędzy zachmurzeniami i deszczami i nic się nie da robić, to mogłabym sobie na "balkonie" posiedzieć, w cieniu wisterii. Ale nie mogę. Bo sobie ptaszki gniazdko uwiły i moja obecność bardzo im przeszkadzała. Więc sobie poszłam precz. Chociaż teraz zdaje się już mogłabym, bo Starszy zaobserwował, że szpaki jakieś akcje przy tym gniazdku wykonywały - albo wybrały jajka, albo pisklęta.

Gniazdko w wisterii

I drugie, też już puste, w podkładce pod chomąto, która wisi u wejścia do stodoły. Wkładam do niej sznurki od słomy, coby były pod ręką a pod nogą się nie walały. Ostatnio zawieszałam na haku u kóz, więc ptaszyny miały spokój.


sobota, 1 lipca 2017

czarna dziura

mnie wessała. Momentami wypuszcza. Ale to co widzę, jak wychynę, nie zachęca do wychynięcia. No to się tak przedzieram wbrew, bo muszę.

A wszystko to z powodu trawnika. Zaraz, jak tylko trawa mogła urosnąć to urosła i złapałam się za kosiarkę, żeby nie urosła jeszcze większa. Zimno nie było za bardzo, ale wiał bardzo zimny wiatr. Jak się kosiło, to ciepło było. No i jeszcze potem ciepło było trochę, więc się nie ubrałam. Skutki zaćmienia są daleko idące: najpierw przez tydzień było powiedzmy przeziębienie. Potem jakaś paskudna angina (pomysleć: przez 35 lat trzaskałam dziobem na wyższych decybelach i nigdy mnie gardło nawet nie skrobało. A teraz? Angina! Brak ćwiczeń?) Potem byłam jak skóra zdjęta z diabła i wyżęta. Ruszanie ręką czy nogą było pod dyktando tego co niezbędnie muszę. Ruszanie szarymi komórkami w celu spłodzenia jakiegoś tekstu przechodziło także moje możliwości.
Kiedy początkiem maja sąsiedzi siali i sadzili, ja byłam w stanie tylko przesnuć się drogą z psami w zwolnionym tempie. Za zakładanie plantacji zabrałam się dopiero 15 maja i zajęło mi to 3 dni. Otoczenie pocieszało, że nie ma czego żałować, bo "w ciepłą ziemię..." itepe, itede. Rozsadę pomidorów, częściowo produkcji własnej, częściowo - Najważniejszej, miałam fatalną. Sadziłam toto na wqrwie najwyższym i bez przekonania. A raczej z przekonaniem, że szkoda mojej pracy, bo i tak nic z tego nie będzie. I, niespodzianka! Chlasnęłam toto raz miedzianem a potem drożdżami i pomidory są na cud.
W uprawach parę sukcesów i parę porażek:
marchew posiana z taśmy nie wzeszłą zupełnie, posiałam drugi raz z palca
buraki schodziły różnie, ostatecznie się namyśliły
z cebulą z dymki jakaś porażka, czyżby też ptaki dymkę powyjadały?
bób schodził przez miesiąc, tzn wschodził sobie systematycznie, tak ze jeden już duży, a inny dopiero wylazł
dynie podobnie, z tym, że niektóre zrezygnowały
truskawki posadzone początkiem kwietnia z sadzonek frigo wyjątkowo odmówiły współpracy - zawsze takie sadziłam wiosną i zawsze miałam z nich owoce już w tym sezonie. Tym razem owoce występowały pojedynczo. Krzaczki rozrosły się bardzo słabo, choć na jesień dostały kozie gówienko, a wiosną, pod agregat truskawkowy nawóz. Poprzednia "plantacja", założona na świeżo zaoranym ugorze, "na pusto", spisała się znacznie lepiej.
Ale nie jest całkiem źle. Ogórki posiane nie zeszły prawie wcale - w 12 metrowym rzędzie tylko 3 krzaczki. Natomiast te posadzone z rozsady rozrosły się pięknie, już owocują i właśnie pierwsze wiadro kwaszeniaków zostało nastawione.
Posadzone wiosną drzewka się przyjęły. Nawet te dwie winorośle, które pięknie dawały rade, a potem zostały ścięte wielkoponiedziałkowym mrozem odrodziły się. Ale wisteria nie zakwitła. No i orzechów nie będzie. Co ma tez pewne plusy dodatnie. Nie będzie też antonówek i renet. Wiśnie występują pojedynczo oraz natychmiast robaczywieją (kto dawniej widział robaka w wiśni?!).
Skutki mojej kwietniowej niemocy są fatalne. Ogród przed domem jest w takim stanie, że nie wiem ile teraz czasu i pracy trzeba będzie włożyć, żeby doprowadzić go do wyglądu.

Teraz  wygląda jak stepy Akermanu.

Jak się już nieco ogarnęłam, to trawa była za duża na kosiarkę. Zwykła kosa nie chciała się tego czepić, bo trawka wiotka jakaś idiotycznie. Któregoś dnia się Starszy zawziął i część skosił kosom z rosom. O, tam po lewej coś widać. A reszta to jest massakra wyschnięta na pniu i przerośnięta powojem, który normalnym trybem był zwalczany w zarodku. Dziecko zadeklarowało, że dziś przyjedzie i skosi spalinówką. Ale dalej nic z tego, bo od rana leje. Wczoraj się nadłamałam nieco patrząc na to.
Na pierwszym planie jest mój ziołowy ogródek, w którym się melisa rozrosła strasznie, nie wiadomo skąd się wziąwszy. To te kępy po lewej. Po prawej jest czarcie ziobro, które już się zbiera kwitnąć. A kwitnie lawenda. Kozy dostały ziołowe wiąchy lawendowo-miętowo-szałwiowe, dla poprawy klimatu i much odstraszania. Już nawet Wanda się zapędzała jedną zeżreć, ale uratowałam.
Przedwczorajsza, piętnastominutowa burza strat nie narobiła wielkich. Lipa się oparła (Wciąż się boję, że przy którejś burzy poleci, bo leciwa już nieco, miejscami ma dziuple na przestrzał. A jak poleci to na druty i wtedy będzie katastrofa. Na razie nie ma opcji wycinania. Lipa ma wartość sentymentalną dla Starszego, dla mnie zresztą też, a formalnie nikt nie widzi żadnego zagrożenia z jej strony. No to niech stoi i huczy lipcem.)
Natomiast w sadzie wichura ułamała dwa pomniejsze konary z orzecha i cały czubek z drugiego "cesarza". Co zauważyłam dopiero wczoraj, podczas wieczornego spaceru z psami, ponieważ ułamany konar wisi na drzewie. I w dodatku bez piły ściągnąć się go nie da. Ale to pchła, w porównaniu z tym, co te burze naszkodziły gdzie indziej. Gradem gdzieś rzucało strasznie, bo Dziecko pojawiwszy się na gumnie, zakręciło bączka autem i pognało popatrzeć na kukurydzę. Czy stoi. (Dziecko posiało w tym roku 8ha kukurydzy. Włożyło w to do tej pory 10 tysięcy dutków, a to jeszcze koszty nie wszystkie, bo kombajn dojdzie i zwózka.) I tak to jest z tym dyrektorowaniem pod chmurką - czasem bywa, jak w ruskim banku - wkładasz-nie wyjmujesz. I w dodatku  nie do końca masz wpływ na to czy wyjmiesz i ile, bez względu na zaangażowanie.

A dziś Światowy Dzień Psa.

Na tę okoliczność przedstawiam Borysa:

Białe wróciło na Górkę. Tym razem nie jest to rodzima rasa, chociaż też pastuch, tyle że słowacki. Rośnie jak na drożdżach i momentami udaje pomocnika mechanika. No, a potem wygląda właśnie tak, kiedy się zmęczy i legnie w smarach.



PS.
Dziękuję Wam wszystkim, którzy tu zaglądaliście, mimo ciszy w eterze, za wytrwałość. Pozdrawiam.


czwartek, 23 marca 2017

pieszo

już kwiatki za nią spieszą
Już trawy przed nią rosną
I szumią –Witaj wiosno.

Takie stokrotki pospieszyły u sąsiada na trawniku. A u drugiej sąsiadki juz od dawna śniezyczki, przebisniegi, ciemierniki i rannik (chyba)

Się jakoś zagapiłam. I przegapiłam. Właściwie przyszła 20.03. o godz.10.29. Ta astronomiczna. Nie powiem. Miała ostre wejście. Ale takie raczej mało wiosenne. Bo duło parszywie, po niebie się czarne przewalało, co i raz znienacka siekąc mżawką w poziomie. Ale po prawdzie, w tak zwanym międzyczasie, przyświecało słoneczkiem i jakimś ciepełkiem ciągnęło.
Że kalendarzowa -też mi jakoś umknęło.  Zaskoczyłam dopiero na pkpstejszyn, gdy wybierając się do wojewódzkiej metropolii, ze zdziwieniem niejakim zauważyłam znajome dziewczę w wieku licealnym, które luzem całkiem wybierało się ze swym menem do metropolii również. Dopiero w pogaduszki się wdawszy zostałam oświecona, że to dzień wagarowicza. W pociągu było więcej takiej młodzieży luzem, ale po mieście jakoś specjalnie się nie snuła stadami, choć wiosna stanęła na wysokości zadania i pogoda była przepiękna.Widocznie młodzież wagaruje aktualnie w galeriach handlowych bardziej niż na łonie. (Zresztą, żadnego rzeszowskiego łona nie zaliczyłam. Może faktycznie na jakiś nadwisłockich deptakach byli. Tylko po co? Rozrywek tam żadnych, a picie pyffka w miejscach może być kosztowne. 500zł zdaje się i teraz już na umorzenie jakiegokolwiek mandatu liczyć nie ma co, nawet jeżeli się nie ma dochodów).
          Do metropolii się wybrałam z powodu tego, że pół roku (?) wcześniej udało mi się po znajomości zarejestrować w polsko-amerykanskiej klinice. Skierowanie miałam na cito, ale panie rejestratorki stwierdziły na podstawie dokumentacji, że mój przypadek się na cito nie kwalifikuje. Na szczęście, jedna z nich to moja była uczennica, dzięki czemu wyszedł mi marzec, zamiast sierpnia.
Druga natomiast pracowała tam chyba z tym - "żebym ja mógł robić to, na co naprawdę zasługuję". I zasługiwała zapewne na coś lepszego. Pacjenci, których przyjmowała w recepcji także zasługiwali na kogoś lepszego niż ona.
Poza tym, nie wiem co tam w tej klinice jest amerykanskiego. Kolejka była zdecydowanie polska. Tyle, że lekarz wywoływał pacjentów, a nie szło się jak się siadło. Relacje bywalców wskazywały na obsuwy nawet dwugodzinne. Mi się udało, poślizg  był jedynie 20-minutowy. I to z powodu przepuszczenia pana w poważnym stanie.
Na razie mam się zgłosić za pół roku. W międzyczasie przestać palić,  wystrzegać się ciężkiej pracy i pilnować cholesterolu.Aha, i żyć spokojnie. Niejaki problem będzie z tymi dwoma pierwszymi punktami. Z tym AHA także, bo spokój, niestety, nie jest mi przeznaczony raczej.
Potem zaliczyłam okulistę. W miasteczku też niby mogłam. Ale. Do tej pierwszej nie pójdę w życiu, nawet za dopłatą - baba chamska i niekompetentna - na recepcie pominęła takie dwa "nieistotne" elementy, jak oś i cylinder (dobrze, że w końcu nie zrobiłam tych okularów, ale pewnie optykowi była znana, bo spojrzawszy na receptę zapytał, czy jestem pewna, że takie właśnie szkła maja być. Jak tak zapytał, to już pewna nie byłam. Zwłaszcza, gdy porównałam receptę z ostatnimi szkłami). Druga - nie. A  w trzeciej przychodni mają zwyczaj traktowania jednakowo pacjentów prywatnych i enefzetowych - tzn. wszyscy przyjmowani są z jednej kolejki zapisowej. Niby z enefzetu też się idzie do lekarza za własne pieniądze, już wcześniej ukradzione z naszego dochodu, na wszelki wypadek. Ale głupcy, co chcą jeszcze ekstra płacić powinni mieć jednak jakieś przywileje.Więc poszłam do wiżyna. A tam lekarz czekał na mnie, a nie ja na lekarza. I trzy razy sprawdzał tę oś, bo mu coś nie grało. Okulary ostatecznie też w tym wiżynie obstalowałam. I okazało się,że mnie stać. Bardziej niż u miasteczkowego optyka, bo wyszło jakoś połowę tego, co mi tu obwieścił w temacie kosztów.W dodatku wrażenia estetyczne jako gratis do okularów - pan, wciąż ten sam od 20 lat i jeszcze z czasem przystojniejszy. Co jest rzadkością rzadką - czas nam zwykle robi brzydkie kuku. ( Dodam tylko, że przystojni mężczyźni służą do tego samego co piękne obrazy - czyli do cieszenia oka. Poza tym, na ogół są przeświadczeni o swojej urodzie, w związku z czym mają natuptane na poddaszu i najczęściej nie nadają się nawet na bliskich znajomych. Jeżeli natomiast taki okaz trafi nam się, jako życiowy partner, będzie nam cały czas dawał do zrozumienia, jak wielkie wyróżnienie nas spotkało. Bo przecież on "mógł mieć każdą". Nawiasem mówiąc, zdarza się, że w takim zadufaniu żyje facet nieco tylko piękniejszy od diabła, jeżeli trafiła mu się zakochana mamunia albo siostrzyczka, która go w przeświadczeniu o jego urodzie zniewalającej utrzymała.) Po odbiór mam się zgłosić za jakieś 10 dni, bo moje szkła są tak skomplikowane, że nie ma opcji zrobienia okularów w godzinę. No to jeszcze jedna wycieczka do metropolii mnie czeka.
         Zanabyte internetem i przysłane błyskawicznie drzewka już dawno posadzone, okołkowane i osiatkowane, coby sarnięta i zajęczęta ich nie napoczęły. Wiesiem oczywiście posadzone, którego specjalnie z gawry wyciągnęłam. Co prawda Starszy coś zaczął mniauczeć, że przecież możemy we dwech te drzewka posadzić. Na co wrzasłam, że niech sobie wybije z głowy własną pięścią. Bo już widziałam, jak on te dołki kopie, a ja zapierniczam z kołkami, guffienkiem i całą resztą. A potem leżę i kwiczę, bo rusztowanie tego nie zniosło. Oraz zabijamy się w międzyczasie w kwestii szczegółów typu: czy ta linia 20cm w prawo, czy w lewo i w czyje prawo. W kwestii szczegółów i tak różnica poglądów nastąpiła, po czym Starszy się obraził i wrócił do auta, obserwować, jak partolimy robotę. (Lambordżinim wywiózł do sadu potrzebne prepitety, ponieważ Wiesiowi na taczkach się tylko drzewka zmieściły i se w nim siedział, bo ziąb był przeraźliwy, tak, że mi paluchy całkiem zesztywniały podczas spinania siatek spinkami prądowymi ogólnego zastosowania) Wiesio obiecał przybyć za dwa dni, coby porządek z gałęziami w sadzie zrobić, ale ma chyba jakąś inna rachubę czasu. Zresztą i warunków na ciupanie patyczków w zasadzie nie było, z wyjątkiem tego jednego pierwszowiosennego dnia.
         W związku z powyższym lenię się nadal. Intelektualnie się lenię nad Przekrojem, który mnie zaatakował w dworcowym kioseczku z prasą. Wielki jakiś taki i grubaśny. Przy bliższym oglądzie okazało się, że się stał kwartalnikiem. Na razie zapoznałam się z nim z grubsza (trudno kwartalnik w dwa dni załatwić, choć właściwie potrafiłabym) i to "z grubsza" mnie nie rozczarowało. W czasach kioskowej prenumeraty teczkowej, gdy Przekrój był krakowski i redagowany Eilem z Ipohorską w tej teczce znajdował się obowiązkowo. A o świąteczną krzyżówkę odbywały się boje. Zresztą i tak kończyło się w ten sposób, że zwycięzca miał w ręku gazetę i ołówek, a rozwiązywało się wspólnie, przy każdym odgadniętym haśle podziwiając własną inteligencję. Potem "Przekrój" się przeniósł do stolycy i stracił ducha. Więc ja straciłam nim zainteresowanie. Pozostało mi jednak zainteresowanie krzyżówkami.Broszurek z krzyżówkami wszędzie mnóstwo, ale gdy się człek na przekrojowych wychował, to trudno go zadowolić. Jeszcze jedynie jolki z rozrywki spełniają wymogi i zabieram je w torebkę, gdy się szykuje jakaś poczekalnia albo podróż koleją. Wygodniejsze niż książka, zamknąć można w dowolnym momencie nie tracąc wątku, a potem w dowolnym momencie wrócić, albo i nie. W każdym razie taka broszurka z krzyżówkami leży sobie na półce i czeka na odpowiedni moment. Zawsze to jakiś sprawdzian na to, czy niemiec już dogania, czy nie.
      Poza tym, wciąż się dziwię, jak to się dzieje, ż eo czymś niby dobrze znanym dowiaduję się raptem czegoś niezwykłego. Co w dodatku nie jest najnowszym odkryciem z przedchwili. Piramida Cheopsa, która przez tyle lat obracałam na wszystkie strony, podstawiając dzieciakom pod nos, jako przykład ostrosłupa foremnego czworokątnego oraz przykład niezwykłej wiedzy i umiejętności dawnych mądrali zaskoczyła mnie absolutnie tym, że jest ostrosłupem ośmiokątnym o podstawie będącej ośmiokątem niewypukłym! Kolejny przykład na to, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W tym przypadku punkt siedzenia był w samolocie lecącym nad piramidami. Zresztą, jak Bolyai z Łobaczewskim przenieśli punkt widzenia z piasków Euklidesa w przestrzeń ponad tymi piaskami to się udało zaprzeczyć piątemu pewnikowi Greka i zmienić kompletnie pojęcie równoległości.
Wobec czego może dobrze czasem na rzeczy kompletnie znane popatrzyć z innej perspektywy i innym okiem?

czwartek, 9 marca 2017

przedwczesna wiosna

nam nastała. Czego właściwie należało się spodziewać. Każdy, kto ze zwierzem gospodarskim ma do czynienia  sygnały o nadejściu odbierał. Z niedowierzaniem niejakim, że to przecież niemożliwe, że za wcześnie. Moja Wanda zaczęła wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy już od początków lutego. Potem się jej nasiliło i około połowy lutego była już obrazem tragedii nawet. Zaczęłam ze szczotką latać, co rozrywką fizyczną było poniekąd, bo Wanda nie wszystko daje sobie szczotkować - jeden boczek owszem, a drugi - absolutnie. Ale się przezwyciężyło i nabrała przyzwoitego wyglądu. (Z Wandą jest śmieszna i nieoczywista historia: Wanda jest doskonale czarna. Na zimę zakłada bardzo obfity podszerstek, który się objawia tylko w dotyku - robi się taka puchata i mięciutka, wizualne zmiany w umaszczeniu nie zachodzą. Natomiast, w momencie gdy zaczyna linieć ten podszerstek okazuje się prawie biały. No i wiszą na niej takie białe strąki - masakra. A jej mama -  Królowa Matka Andżelina ma sierść zupełnie inną - taką "ościstą" i podszerstka prawie nie ma, tylko na zimę jej ta sierść gęstnieje)
 Mimo to, opad szczęki miałam, gdy (dobrze przed końcem lutego) kozi kolega wrzucił na FB świeżo zdjęte żurawie, które przyleciały na jego włości się przywitać. Po czym, następnego dnia zakonotowałam uchem obecność skowronków w polach, a okiem jakąś samotna gęgawę, zabłądzoną od klucza. (Matołem jakimś jestem, bo pomimo tyluletniego obserwowania tych, przeciągających nad głową w te i we wte, kluczy - nadal nie wiem, które  są które. Czyli - które gęsie, a które żurawie)

Jak się wiosna robi, to wiejskiego człowieka nosić zaczyna, że już by może coś zacząć w ziemi grzebać. Na razie jednak rozsądek nakazuje dać sobie na zatrzymanie, bo to są  tylko przedbiegi takie i nie ma co szaleć. Śniegiem może jeszcze sypnąć w dowolnym momencie i ścisnąć mrozem. Wobec czego wykonuje się na razie prace przygotowawcze. Zresztą, ta wiosna wcale nie rozpieszcza nadmiernie, wilgocią z nieba jakowąś ślimaczy, tak, że nawet z grabiami na gumno nie bardzo jest jak wyjść.

Dziecko też w mieście usiedzieć nie mogło i w sobotę zjechało na wieś. Ruchy przedwstępne wskazywały, że z piłą się do sadu wybiera, więc obawy niejakie miałam, co za masakrę tam ma zamiar urządzać. Problem jest w tym, że każdy ścięty przez niego konar jest, w/g Starszego, nie tym, który ściąć należało. W związku z czym przez tydzień po fakcie wysłuchuję dywagacji na temat, z reminiscencjami w dowolnym momencie, po dowolnej ilości lat od faktu. Starszy czterech liter do sadu nie ruszył, żeby nadzorować, natomiast zaczął dyspozycje wydawać pośrednie pt "powiedz mu". Nie miałam ochoty "mu mówić", niech robi co chce, jak stwierdził, że coś zrobić należy, bo wiedziałam, że jak zacznę mówić, to mu sklęśnie. Po czym, wizja lokalna wykazała, że myślał dokładnie jak Starszy i tym razem ściął ten konar jabłoni, który ściąć należało. Co nie znaczy, że i tak Starszy nie stwierdzi, że nie w tym miejscu, co należało, piłę przyłożył.  Ostatecznie, wspólnie z Magdą, prześwietlili dwie śliwy. Magda miała pokazywać, które gałęzie ciąć. I nagle jakiś opór wykazała. Pod tytułem  "a co będzie, jak nie będzie i będzie na mnie". Po czym kazałam jej się przestać wygłupiać i zabrałam tyłek w troki. Dziecka ścięły, co było do ścięcia, pocięły co grubsze i zwiozły. Antonówka moja kochana wreszcie wygląda, jak należy. W sadzie powstał porządek, a właściwie bałagan niemożliwy, bo leżą stosy gałęzi. Dziecko odgraża się, że wypożyczy rębak. Sądzę jednak, że rębak będzie miał na imię Wiesio. Chętny bardzo do pracy jest, bo na razie nikt go do niczego nie woła, a po niedawnym uprzątaniu zimowego dywanika u kóz, mógł się przez dwa dni krezusem poczuć i nawet "dwazłote, pani Iwonu, odrobię" pod sklepem nie sępił. Tyle, że warunków nie ma. Co prawda sąsiad tnie orzechy u siebie i zwozi gałęzie bez względu na warunki. Ale on robi u siebie i dla siebie, a ja jakoś nie mam sumienia najętego człowieka na tę pogodę do sadu wysłać.

Wiosenne działania wyglądają na razie w ten sposób, że wydaję wirtualnie realne pieniądze czyniąc wirtualne zakupy. I wbrew oporom Starszego (a po co, na targu się kupi) w przypadku kupowania roślin, wolę to robić internetem. Rośliny są porządnie opisane, więc mogę zdecydować, którą chcę, w momencie zakupu. Kupując na targu mam co najwyżej etykietkę zawieszoną, i to nie zawsze, więc często zdarza się, że dostaję to co chcę, po czym okazuje się to być czymś zupełnie innym. No i wypadałoby najpierw pracę myślową wykonać i ściągę sobie wypisać, z alternatywą oczywiście. (Już parę razy tak było: zamisat pomidorów lima dostałam betaluksy. Nie kupiłam internetem rózy, jaka chciałam, bo Tatuś skwierczał, więc naziemnie kupiłam, jakiej nie chciałam i teraz nie wiem, co z nią zrobić, bo mi nie pasuje do koncepcji. Może wymarzła?) Tym razem udało mi się Pana Starszego przekonać, bo sensowny sklep internetowy miał promocję na darmową wysyłkę z okazji DK. Odnośnie cen sadzonek też go przekonałam: kupił ub. wiosny dwie czereśnie po 12 zł na targu. Z czego jedna się przyjęła, a druga wręcz przeciwnie, więc go uświadomiłam, że tę jedną czereśnię ma nie za 12 zł , a za 24. A jeżeli internetowe sadzonki są sprzedawane po 18-19 zł w balociku, a nie z gołym, wysuszonym z jeżdżenia po świętach dyszla, korzeniem, to przyjmą się na pewno i będą po tyle, ile na nich stoi. Po czym zamówiłam 2 śliwy i jedną jabłonkę. Starą odmianę, w sklepach nie osiągalną - idared, który jest jabłkiem rewelacyjnym smakowo, choć nie powala wielkością owocu. (I z tego powodu zapewne wycofano je z produkcji towarowej, podobnie jak przepyszną koksę, której od lat już nigdzie nie uświadczy. Przez jakiś moment zamiast koksy pomarańczowej pojawiała się koksa górska, ale i ta znikła bezpowrotnie) Miałam jeszcze ochotę na cesarza wilhelma, bo ten nasz już ciągnie resztkami sił i nawet renowacja by mu nie pomogła, ponieważ ma rakowate zgrubienia nawet na młodych odrostach. Niestety, odpuściłam, bo cesarz ma bardzo długi okres wchodzenia w owocowanie 8-10- lat, więc nie wiem, czy bym spróbowała jeszcze. (No, co? Nie mogę posadzić jabłoni z myślą o sobie, a niekoniecznie tylko o potomnych? Zwłaszcza, ze nie wiadomo, gdzie ci potomni ostatecznie się ukorzenią). Po czym przybyło Dziecko i stwierdziło, że trzeba było więcej. Wobec czego nabyłam jeszcze jedna śliwę, jeszcze jedną jabłonkę i dwie winorośle, które nie wiem na razie, gdzie się posadzi, bo wypadałoby koło domu. I już ostałam mejla od firmy, że kompletują moje zamówienie. Bardzo ładnie z ich strony.
Kupiłam też 100 truskawek. W szkółce, w której już kupowałam i wiem, że producent jest solidny, kitu nie wciska. W dodatku, gdy poprzednim razem omyłkowo wysłał mi nie tę odmianę co zamawiałam (zamawiałam 4 różne, z jedną się pomylił), to dodatkowo dosłał, darmo zupełnie, tę pomyloną. Czego ani się nie domagałam, ani nie oczekiwałam.  Truskawki kupuje już nie wiem, który raz, bo ich plantacja jest krótkoterminowa. Po trzech latach powinna w zasadzie zostać zlikwidowana i nasadzona nowa, w innym miejscu. Nasadzanie z rozłogów pozyskanych z własnych krzaczków uważam za niepotrzebna parę w gwizdek - bo efekty nigdy nie są zadowalające. Trzeba by tego mocno pilnować, ciąć rozłogi natychmiast za pierwszą sadzonką. Zabawy kupa i zwykle na tę zabawę czasu brak. A jeżeli 25 sadzonek przyzwoitych, ukorzenionych pięknie, można nabyć za paczkę fajek, to chyba jednak na prawdę szkoda zachodu.  Teraz jeszcze należy nabyć włókninę i szpilki, oraz siatkę i kołki do drzewek, coby zające nie zeżarły. Bo te skurczybyki długouche i szybkobieżne, nie wiem czemu, największe szkody w drzewo i krzewo-stanie robią wiosną, kiedy innych różności mają pod dostatkiem.

Pomidory już posiane. Nie wiem, jakie będą efekty, bo po raz pierwszy sieję z własnych nasion. Nic straconego, najwyżej kupie rozsadę. Nie planuję takiej ilości, jak w ub. roku. Z czym będzie pewnie problem niejaki, bo Najważniejsza też posiała. Oczywiście, co sama chciała.I oczywiście nie obejdzie się bez kwasów Starszego, że lekceważę wkład pracy jego siostrzyczki. Jantar by się jeszcze przydał, bo jest pyszny, ale nie mam nasionek. Może uda się nabyć ze dwa krzaczki. Wystarczy, bo jantar jest żółty, więc na kromkę i do sałatki. Ogórki zamierzam w tym roku posłać w niebo. Omawiałam temat z kozim kolega, który jest dodatkowo ekologicznym plantatorem ekologicznych warzyw i od niego uzyskałam instrukcję. Bo przecież w szklarniach  nikt nie zaściela gleby pędami ogórków, tylko je właśnie posyła w niebo, co w dodatku jest dla nich zdrowiej, bo przewiew mają, więc choroby grzybowe maja trudniej. No i stwierdziłam, że nierealne, bo nie mam sił, głównie, na takie rozwiązania. Po czym sprawę przemyślałam, że przecież nie muszę zakopywać słupa, mogę postawić "dwunóg", a na to siły znajdę.

Dziś mam zamiar posiać cebulę. Właśnie Księżyc mówi, że liściaste siejemy dziś, a po pierwsze Księżyca należy słuchać (bo jak przypływem i odpływem rządzi, to pewnie coś w tym jest, co gada), a po drugie cebula wszak liściasta. W lokalnych marketach był problem z glebą, bo jeden jeszcze nie zaskoczył, w związku z czym drugi już wysprzedał. Na końcówkę się załapałam i to mi póki co wystarczy. Może w końcu cebulę będę miała, jaka chcę, a nie jaka dymka w sprzedaży, bo tam w najlepszym razie wolska.

Poza tym, w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam Krosno. W związku z ciągiem dalszym sprawy. W której postęp się zaznaczył pewien. Mimo to Krosno nadal mnie nie zachwyca, a raczej wręcz przeciwnie: okolice dworca jak z pradawnego peerelu, a nawet jeszcze gorzej, bo to co w peerelu kwitło teraz płachtami pozasłaniana ruiną. Dziwne jakoś, że włodarze nie zajarzyli dotąd, ze to właśnie dworce są wizytówką miasta, bo poprzez nie pierwszy kontakt przyjezdnego z miastem.A tam, mimo wszystko ten kontakt jest dość liczny. Na co wskazują też bardzo liczne , ohydne budy z fastfudami, które np. Rzeszów już dawno z okolic dworca wywalił, a ostatnio zauważyłam, że nawet Sanok. No bo z tego Krosna wracałam przez Sanok. W Krośnie bowiem, w pobliżu sądu, a więc w samym centrum miasta tzw. knajpy żadnej wzrokiem nie stwierdziliśmy. Żeby wrócić w to samo miejsce należało przejechać conajmniej 5 km w koło, napotykając co i raz na idiotyczne ronda w niespodziewanym miejscu, wyglądające jak dekiel od studzienki kanalizacyjnej pomalowany na czerwono, bez żadnych poziomych oznaczeń. Co było na tyle odrażające dla mojego Brata, będącego ""starym" kierowcom, co niejedne europejskie ścieżki pokonywał  (ostatnio wzdłuż fiordów i w poprzek także, z kilkudziesięcioma tonami za plecami), że w końcu dał w długa i pojechaliśmy na kawę, oraz pierogi do niego. I wszystko byłoby już prawie cacy (choć od początku ten dzień był mało cacy, z wyjątkiem tego jednego elementu po środku), gdybym nie ustanowiła antyrekordu na trasie S-Rz. - 3,5 h/72km. Z czego 1,5 h w korku. Korek był spowodowany wypadkiem na naszym pasie ruchu. Ale skoro z przeciwnej strony ruch odbywał się płynnie, wnioskuję, że znów nasz narodowy kretynizm zatriumfował.

No, a poza tym, moje Drogie Czytelniczki, jaki sobie zrobiłyście prezent z okazji wczorajszego naszego święta? Bo ja nie zdążyłam i muszę to dzisiaj koniecznie nadrobić. Oczywiście bez wychodzenia z domu, bo jest zbyt paskudnie na wojaże wieśbusowe do najbliższej metropolii. W dodatku taszczenie jakichkolwiek nabytków jakoś ostatnio odpadło.U mnie wyglądałoby to tak (gdyby Starszy był, ale go nie było, bo się ewakuował do Najważniejszej), że by mi położył na stole 50zł i powiedział "kup sobie". Ponieważ ja na ogół mogę, jak bardzo zechcę "kupić sobie", więc chyba nie muszę mówić, gdzie ja mam takie prezenty.

niedziela, 19 lutego 2017

pastuszek skubie

 Gąseczki oczywiście. Z nudów. A ja z nudów eksperymentuję. O czym dalej.

No, niestety, nadejszła ta pora, którą każdego roku trzeba jakoś przeżyć będąc właścicielem psów wymagających wyprowadzania na spacer: roztopy. W ciągu zaledwie paru dni stopniało, co leżało. Pozostały tylko wodniste, szarobure spłachetki w miejscach, gdzie leżały zaspy. Ziemia zamarznięta dogłębnie, więc na powierzchni stoi i płynie woda. W bardziej nasłonecznionych miejscach rozmarzło na głębokość centymetra może i tam- ratuj się kto może, bo zagrożenie ślizgiem błotnym czyha, zwłaszcza, gdy jakowyś kot pojawi się na horyzoncie. ( A właśnie wiosna przyszła na koty, lansują się na gumnie gromadnie, co w psach oburzenie słuszne budzi). W każdym razie mamy tak, że jeden spacer -jeden ręczniczek do łap. Wycieramy łapy i podwozia, potem drzwi wejściowe do mieszkania (wczoraj Czarna była uprzejma się "strzepnąć" i nie wiem skąd tyle tego na niej było), potem fragment posadzki pod owymi, a potem wrzucamy do prania i szykujemy następna szmatkę na następny spacer. Niby Księżniczkę można by ubrać, ale to i tak zabezpieczy tylko część łap i część podwozia, a brody wcale. Księżniczka chodzi sznupiąc w trawach, bo akurat wszelkie świństwo na powierzchnię wylazło, więc jej broda po powrocie ze spaceru przypomina mop - wielki, mokry i brudny.
Wreszcie zmądrzałam na starość (albo zleniwiałam bardziej, a to czasem jest podstawą do przyjęcia słusznych rozwiązań) i ręczniczek do łap zawisł na klamce na klatce schodowej. Wcześniej wycieranie łap odbywało się dopiero w kuchni i w czasie gdy zajmowałam się Księżniczką - Czarna już zdążyła upaćkać każdy centymetr podłogi. Na klatce nie tańczy, bo nie ma na to miejsca - zresztą podstawia łapy w pierwszej kolejności.

Poza realizacją harmonogramu ( moje zwierzaki domowe dbają o to, bym się nie ociągała - właśnie przed chwilą zostałam wyprowadzona na spacer. Sama bym nie wyszła, opcji nie ma takiej, ale jak mi pies przebiera łapami na wycieraczce, to choćby z tego względu, żeby nie słuchać tego tuptania - biorę kapotę i smycz) - wypada czasem coś zrobić, żeby nie spleśnieć.
No to się wzięłam za zrobienie ptysi. Chciałam wykonać pewien eksperyment, a dodatkowo istnieje opcja, że zjawi się Braciszek..
Ptysie są naprawdę ciastkiem dla leniwych a także dla obuleworęcznych. W dodatku dość uniwersalnym, ponieważ nadają się także dla tych, którzy ze słodyczy najbardziej lubią sałatkę śledziową.
Co prawda, w sieci przepisów na ptysie mnóstwo, ale podam mój wypróbowany.
PTYSIE
1 szklanka wody (żadne mleko pół na pół!)
1/2 kostki masła (co prawda przepis dotyczył kostki 25 dekowej, ale jak damy odrobinkę więcej niż pół aktualnej, to dziury w niebie nie będzie, bo 12,5 deko wagą odważać bym się nie odważyła Wam zalecać)
1 pełna szklanka zwykłej mąki (żadna krupczatka, ani tortowa)
4 jajka
-------------------
Wziąć litrowy garnuszek , nie rondelek (cudownie, jak ma długi uchwyt, ale jak nie ma, to ostatecznie po coś są rękawice kuchenne).
1.Wlać do garnuszka wodę, wrzucić masło, zagotować (zwrócić uwagę, czy masło się wszystko rozpuściło)
2. Na wrzącą wodę wsypać jednym ruchem mąkę i mieszać łyżką, aż masa stanie się jednolita i nieco szklista, uważając przy tym, żeby nie przywarła do dna garnuszka. Nie przesadzac z tym mieszaniem, ze 2 minuty wystarczy.
Zdjąć z ognia i na chwile o nim zapomnieć.
W tym momencie włączyć piekarnik ustawiając na 200st ( u mnie niestety działa tylko termoobieg, więc piekę wszystko na tym ustawieniu i jakoś wychodzi). Po czym przygotować blachę, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ja używam tej piekarnikowej, do takich wypieków jest najlepsza. Oczywiście kładę na niej papier do pieczenia.
3. Do nieco przestudzonej masy (może być ciepła, ale nie gorąca, żeby się nie zrobiła jajecznica) wbić całe jajka i chwilę wyrabiać świdrowatymi mieszakami miksera, aż się wszystko ładnie połączy i będzie miało jednolitą konsystencję.
Tak wygląda ciasto po wyrobieniu z jajkami.

4. Przełożyć ciasto do worka cukierniczego ( I tu nie ma dziadowania z papierowymi tutkami, plastykowymi woreczkami z uciętym rogiem itp. Ciasto jest na tyle gęste, że wymaga dość mocnego przyciśnięcia tego worka, żeby zechciało z niego wyjść. Wszystko inne pęka i się rozłazi. A rękawy cukiernicze są w tej chwili tak powszechnie dostępne, że nawet w smarkecie budowlanym można je nabyć, o spożywczym pierwszym lepszym nie wspominając. Dobrze, jak jest z tylkami. Mój jest bez, więc wciskam mu w dziób od wewnątrz tylkę od szprycy, z otworem w kształcie dużej, wieloramiennej gwiazdki)
No i tym workiem wyciskać na blachę wyłożoną papierem kupeczki, kręcąc w koło taką stożkowatą spiralkę. Należy zachować dość duże odległości, bo bardzo mocno tyją podczas pieczenia.

Przyznam, że nie jestem specjalistką od operowania tą tutką i ptysie wychodzą mi  takie jakieś. W każdym razie widywałam ładniejsze.


5.I do pieca. Zamknąć i spoglądać przez szybkę. Nie otwierać, bo padną i już nie powstaną. Jak nabiorą jednolicie  złotawego koloru to znak, że finito. Wtedy trzeba je wyjąć. A przynajmniej otworzyć piekarnik. Jeżeli zostawimy w zamkniętym piekarniku - odwilgną, a nie o to nam chodzi.

A potem można z nimi zrobić, co się komu podoba. Na ogół przecina się w poprzek i czymś nadziewa. Ja najczęściej bitą śmietaną. Istnieje też masa z zaparzanej piany, lepsza niż bita śmietana, ponieważ ptysie wypełnione tą pianą nie odwilgają - można od razu wszystkie napełnić i nic im nie będzie. Można także sałatką śledziową, oczywiście.
Jak widać wyżej - nie dodaję do ciasta ani cukru, ani soli, bo jest to zbędne. Ciasto ma neutralny smak, jak każde ciasto będzie się wydawało w ustach lekko słodkawe. I wystarczy. Resztę słodkości doda mu nadzienie i posypanie cukrem pudrem lub polukrowanie albo polanie czekoladą. Do sałatki śledziowej ten smak jest akurat wystarczająco neutralny i żadne solenie ani cukrzenie mu nie potrzebne. Zresztą, wiadomo, że ciasta z zawartością cukru łatwiej się "rumienią" i możemy mieć zmyłkę, bo ptyś rumiany, a w środku ciastowaty.
        Eksperyment polegał na  usmażeniu krążków z tego ciasta w głębokim oleju. Na coś takiego natrafiłam podczas internetowych wykopków i postanowiłam spróbować, bo to Tłusty Czwartek już za moment i wypada coś tłustego pochłonąć.
Nie lubię robić pączków, chrust jest bardzo pracochłonny, więc "ptynuty" byłyby rozwiązaniem pod tytułem - wilk syty i owca cała ( i nawet juhasa wioska widziała)
No i zrobiłam. Polecam - bo leniwe, a dobre.

Pani, która zamieściła u siebie te "ptynuty" zalecała wyciskać kółeczka z ciasta na papierowe kwadraciki i na tym papierze przenosić je do rondla z tłuszczem. Rzekomo miały same się odkleić. Być może od papieru by się odkleiły, od folii w każdym razie nie chciały absolutnie. Odskrobywałam nożem sycząc przez zęby, że mnie na tę alufolię podkusiło. Zastanawiam się, czyby nie można tych kółeczek wyciskać bezpośrednio do rondla.

Na skutek nożowych operacji wyglądały nieszczególnie. Ale w smaku są nawet bardzo-bardzo. Nie piją tłuszczu, smażą się błyskawicznie. Posypałam pudrem cukrem.

I taki sobie jeden ptyś. Muszę popracować nad ich wyglądem, bo te sklepowe są ładniejsze o wiele. Ale zastanawia mnie,  dlaczego są tak pancerne. Bo moje są kruchutko - mięciutkie. Już chyba nawet wymyśliłam - kupię drugi rękaw, zrobię w nim większy otwór i nie będę kręcić spiralki, tylko wycisnę kupkę.
Z tej porcji ciasta wyszło mi dwanaście takich ptysiów i 12 usmażonych krążków. Nie nadziewałam ich na razie, Brat z drogi da znać, ze się zbliża i zawsze zdążę. A jak jednak nie przyjedzie, to poczekają na inną okazję.Bo ptysie maja jeszcze tę zaletę, że sobie mogą poczekać na właściwy dla nich moment. Kiedyś po tygodniu od pieczenia odkryłam w szafce jednego zabłąkanego biedaka, oczywiście sote. Nie widać było po nim upływu czasu, ani w smaku, ani w konsystencji.

To tak, w kwestii dla ciała byłoby na tyle. A teraz coś dla oka, a więc i dla ducha.

Dostałam właśnie taki miły prezent. To zielone na tym zdjęciu. Zgadujecie co to jest ? No, świeca przecież.

Takie świece wyczynia moja koleżanka. Robi je z przezoczystego żelu, przy czym jest to zupełnie inny żel, niż do tej pory spotykany pod postacią świec żelowych. Tamte wszystkie to takie jakieś galaretki, muszą być nalewane do pojemników różnej maści. Natomiast ten żel jest sztywny, twardy i świece zachowują nadany im kształt. Jest przezroczysty i bezbarwny. Świece są barwione już po zalaniu w formę, wrzuca tam też jakieś takie suszone pomarańczowe plasterki, anyż itepe. No i pachną podczas palenia się

Wcześniej dostałam takie śliczne jabłuszko Nawet ma ogonek i listeczek. Aż szkoda je odpalać.

Koleżanka wytwarza te świece osobiście i własnymi ręcami, na taką ciut większa skalę. Nawet je sprzedaje zresztą. Internetowo również, o TU

No to do miłego!



środa, 15 lutego 2017

Cicho sza...

Siedzę sobie, nic nie robię. Ciszszsza....
Jaka tam cisza?! Szumi i brzęszy jak w ulu. Buczy pompka od CO, słychać ją w kaloryferach. Zegar tyka, jak by mu o coś chodziło... Lodówka wydaje dziwne odgłosy, skwierczy, piska i fuka ...
Na kolanach mruczy kot. Drugi kot miażdży chrupki. I jaka cisza tam cisza?!. O, kaloryfery zaczynają pykać. A to znaczy, że kocioł dostał zrywu i trzeba czym prędzej iść do hadesu.
Przyszedł pies, skrobie pazurami o podłogę, chłepce wodę chlip-chlip-chlip.
Kaloryfer puka w druga stronę, szumi kawiarka.
Pies poskrobał pazurkami, westchnął i poszedł zająć stanowisko obserwacyjne na wycieraczce. Znaczy, trzeba brać kapotę i iść.
Kawiarka przeszła do bulgotu i prychania. Znaczy trzeba ją wyłączyć, bo zapluje kuchenkę. Znowu.
Dzionek wstaje przepiękny  - słoneczko usiłuje zajrzeć do kuchni przez potwornie brudną szybę.
Ostatnie kilka dni paskudnego wschodniego wiatru, który nie dość, że utrudniał życie, totalnie uniemożliwiając normalne poruszanie się pso-spacerową trasą, to jeszcze ciągnął z pól szary pył.Wcześniej zdmuchnął wszystek śnieg, utykając nim dokładnie poprzednie ślady i wprowadzając urozmaicenie do spacerów: nigdy nie wiadomo czy następnym krokiem wyląduje się na zesztywniałą niezdecydowanie zaspę, czy na świeży puch w jakimś dołku. Czarna ma radochę - naskakuje przednimi łapkami na zaspę i rozdrapuje tę wierzchnią skorupę, potem wkłada pysk w dziurkę i nawąchuje.
Mimo wszystko trzeba się będzie wziąć za tę szybę, jak tylko słonko przestanie w nią zaglądać, bo mi źle działa na psychikę.
       Dyskusja była ostatnio na temat kotopsujstwa. I że one tak specjalnie i celowo. Bo kot wredny jest i już. Faktycznie, koty domowe niszczą. Przynajmniej moje. Ślady ich pazurów (głównie) widoczne są w wielu miejscach.Np. na listwie boazeryjnej przy drzwiach do pokoju Starszego (bo dlaczego te drzwi są ciągle zamknięte i kot nie może sobie wejść?) Drapak? Phi, po co drapak, skoro można drapaćć tyle różnych rzeczy, nie jeden drapak. Chwilę temu afera była straszna, bo Dziecko przywiozło było do domu te śliczne czewiczki, cośmy razem nabyli, z czego takie uchachane było. Po tygodniu czewiczki się sprzeciwiły i zaczęły żreć w duży palec. Więc ałt. Ale, przyjechawszy miało nadzieję, że może im się odmieniło przez ten tydzień stania pod kuchenną ławką. I zagotowało się i wykipiało, jak zobaczyło ślady pazurów na cholewce. Tak, że słuszną skądinąd uwagę, iż "wiadomo, że koty, więc należało sprzątnąć", zatrzymałam dla siebie, coby nie dolewać do ognia.Swoja drogą - ciekawe, że dwie pary moich czewiczków pod tą sama ławką stoją i koty je ignorują.
Wypsknęło mi się było, że moje koty spoważniały jakoś i już takich gonitw górą nie urządzają, jak dawniej. W tzw. salunie mam taką półę przez całą ścianę. Trochę książek tam stoi + rodzinne fotografie oraz muszle przywożone przez Gochę znad karaibskich mórz. Półka dochodzi do kominka. No i zdarzało się, że gonitwa odbywała się przyziemnie a kontynuowana była na tej półce oraz na gzymsie kominka. Często rano znajdowałam  muszle na dywanie, na szczęście - w całości. A potem nastał spokój. Aż tu dziś rano: nie tylko muszle fruwały, ale i ramki z fotkami. Na szczęście dwie z nich wylądowały na kanapie i przeżyły.

Tak to wygląda. Jak już pozbierałam te ramki i ustawiłam na miejsce. Na kominku dawniej stały wachlarze, ale jak nastały koty i wachlarze po raz pierwszy sfrunęły z kominka - zostały poskładane i zamknięte pod kluczem. Kanapa jest nakryta praktycznie - ponieważ najczęściej korzystają z niej psy (w zasadzie już tylko jeden pies, ale ten właśnie, który gubi kłaki), musi leżeć coś, co można raz na tydzień uprać, bez konieczności wyrzucenia po trzech praniach. Bardzo dobrze się sprawdza w tej roli płótno żaglowe (ha! spróbujcie kupić!)

    Podesłała mi tu właśnie Pewna Pani fotę ustrojstwa, a właściwie wystroju wnętrza pod kątem kotów. Oglądałam już mnóstwo tych kotostrad z półek, półeczek, rur takich i śmakich, no i nęcą mnie bardzo, ale jakoś nie czuję się na siłach, bez pomocy, za takie konstrukcje zabierać. Na razie myślę o tym, że może by im jednak ten kwietnik zmontować na powrót, dodatkowo u dołu słupek sizalem owijając na kształt drapaka. Sizal pójdzie w strzępy po chwili, ale to można wymienić. (Kwietnik stał w salonie przed kotami. "Słupek" od podłogi do sufitu, z podstawkami co kawałek na kwiatki. No i oczywiście stały na nim kwiatki. Zielistki głównie, bo w tej chałupie jakiś bardziej egzotyczny "kwiat" rosnąć nie chce. Paprotka zresztą też zdycha natychmiast. No i oczywiście, jak nastały koty, to bardzo im się spodobało łażenie po tym kwietniku, wyżeranie zielistek, a nawet na nich wylegiwanie. A wiadomo, że po takim wylegiwaniu się kocim, zielistka nadaje się ałt. I jak już ostatnia doniczka, spod samego sufitu, zrobiła bęc - kwietnik został rozebrany i wyniesiony w słuszne miejsce. I to był chyba błąd! Tyle, że tak jakoś dziwnie ten kwietnik bez kwiatków wyglądał.)

       Dziecko wczoraj było. Obiad mu jakiś należało zrobić. Więc upiekłam kawałek schabu. To tak z lenistwa i praktyczności. Bo kotlety schabowe może bardziej "wydajne", ale ile z nimi zachodu i odgrzewanie problematyczne. A upieczone -szast -prast do brytfanny i w piekarnik. No, oczywiście poprzedniego dnia należy się tym zając przez chwilkę i w czymś umamlać, np. w musztardzie. I wstawić do lodówki.

Koteczek Areczek obserwuje akcję z wkładaniem mięcha w brytfankę.

        Z nudów upiekłam też cebulaki oraz ślimaczki z cynamonem, posklejane, w tortownicy, do odrywania. Bo Dzieckom cebulaki posmakowały, ostatnio na ich wizytę upieczone ( byli uprzejmi którejś niedzieli zjechać we dwoje)
A w sobotę mnie naszło na coś słodkiego. Oczywiście musiało być szybkie. Ponieważ walała mi się w lodówce na drzwiach resztka fig i daktyli od świąt, w palstykowym pudełeczku, które się samo z siebie co chwilę otwierało i wywalało zawartość na półkę, więc stwierdziłam, że będzie przyjemne z pożytecznym -pozbędę się tego naboju z lodówki i upiekę cwibak, który spełnia wszystkie założenia -jest słodki, jest szybki i w dodatku lubię, oraz może nie być zjedzony od razu, jak podeschnie też jest jadalny.
I wykonałam swobodną tfurczość artystyczną pod tytułem cwibak. Tym razem zmierzyłam substraty, więc mogę się podzielić. Bo to jest na prawdę szybkie i jadalne:
Cwibak
5 jajek
6 bardzo czubatych łyżek zwykłej mąki
1 (niezbyt pełna) szklanka cukru
100 ml oleju rzepakowego (kujawski zwykły)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sok z pół cytryny
po garści bakalii- figi, daktyle, morele suszone, śliwki suszone, rodzynki. ew. co tam komu do głowy przyjdzie - mi się jeszcze poniewierały na ladzie 3 kostki czekolady deserowej, które też pokroiłam drobno nie bardzo.
Przygotowujemy blaszkę - u mnie to była keksówka 37x8 u spodu. Lepsza taka długa a wąska, bo się lepiej w środku upiecze. Wyłożona brązowym papierem do pieczenia, błyszczącym do góry. (Mówię o tym papierze, bo: używam papieru po to, żeby nie smarować blaszek i nie cudować z obsypywaniem oraz z wyjmowaniem. Jak używam papieru, to już go niczym nie smaruję, ponieważ go fabrycznie posmarowali, dając mu tę nieprzywierająca powłokę. I niech Was ręka boska broni przed świecąca folią - ona się przykleja do wszystkiego, a potem ją trzeba pieczołowicie, paznokciem odskrobywać)

1.Zaczynamy od bakalii, które rozdrabniamy (oczywiście te większe) i mieszamy dokładnie z odrobiną (dodatkowej) mąki. Ja bakalii nie moczę, bo takie namoknięte są cięższe i bardziej ochoczo podążają na dno blaszki i potem mamy je wszystkie na spodzie ciasta, a sztuka polega na tym, żeby były wszędzie.
2. Bierzemy duży pojemnik, wbijamy do niego białka jajek (na żółtka trzeba niestety zabrudzić jakiś pojemnik mniejszy, bo muszą poczekać)
3. Białka ubijamy mikserem na najwyższych obrotach.
4. Do ubitych białek wsypujemy cukier i wciskamy sok z tej połówki cytryny - ubijamy nadal, mając nadzieję, że cukier nam się rozpuści ( Ponieważ i tak się nie rozpuści, bo taki mamy cukier ostatnio, więc nie przesadzamy z tym ubijaniem.) ten sok z cytryny nie jest po to, żeby było kwaśne. On jest po to, żeby białak się lepiej usztywniły. jak nie mamy akurat pod ręka cytryny - można dać 2 łyżki octu, czego ja nie praktykuję, ponieważ ocet służy u mnie do zupełnie innych celów niż kulinarne.
5. Do sztywnych białek wrzucamy żółtka i ubijamy chwilę razem.
6. Wlewamy olej i powtórka z ubijania.
7. Wsypujemy przez sitko mąkę z proszkiem - mieszamy mikserem na najwolniejszych obrotach.
8.Wsypujemy bakalie, mieszamy.
9. Wylewamy zawartość do blaszki, wsadzamy do piekarnika i włączamy go ustawiając na 150 st i termoobieg.
Ma w tym piekarniku kibicować ok 45 min. Można otwierać jak już podrosło i się zrumieniło, można nawet obrócić blaszkę, żeby zrumieniło się równo, jeżeli piekarnik ma fochy. I należy kujnąć patykiem, czy w środku upieczone. Jak patyk się nie klei -wyjmujemy z piekarnika, wyjmujemy z blaszki i odwijamy papier.
    Ja zawsze ubijane, ucierane i drożdżowe ciasta wkładam do zimnego piekarnika. Bo takie ciasto musi urosnąć i sobie rośnie wraz z nagrzewaniem się piekarnika. Jak je wstawimy do gorącego, to mu się natychmiast zrobi na wierzchu skorupka i rośnięcie utrudnione.
Do nagrzanego piekarnika tylko ciasto francuskie, ptysiowe i kruche. Bo tam jest tłuszcz, który się w ciepłym wytapia i ciasto robi się pancerne. A w gorącym wrze i nam to ciasto ładnie spulchnia.

   Tak sobie czasem grzebię po sieci i przeglądam różne przepisy, czasem coś fajnego a prostego się trafi.
I narzuca mi się na ogół na oczy - jak ludzie uwielbiają utrudniać sobie życie. W przepisie na mufinki najczęściej jest tak: "w jednym naczyniu zmieszaj wszystkie produkty sypkie, w drugim - płynne". Ostatnio wpadł mi przepis na ptysie: "zaparzoną mąkę przełożyć do miski i zmiksować z jajkami". Więc się pytam: po jakiego grzyba to to ma być mieszane, kużde osobno i już jeden gar dodatkowy do mycia? Po co zaparzoną na ptysie mąkę gdzieś przekładać? Ciasto na ptysie robię zawsze w litrowym garnuszku, właśnie w garnuszku, nie w rondelku. Garnuszek jest emaliowany i ma jedno małe uszko. W nim zagotowuję wodę z masłem, zaparzam w tym mąkę i jak lekko przestygnie dodaję jajka i wyrabiam mikserem w tym garnuszku. Naczynia po cieście ptysiowym trudno się myją, najlepiej zaraz po wyczerpaniu tego ciasta zalać je zimną wodą, żeby sobie pomokły przez ten czas, kiedy się nadal z ptysiami bawimy. No, chyba, że ktoś uwielbia ten pierdolnik, jaki zwykle powstaje w zlewie po zakończeniu pieczenia. Bo najoszczędniej organizując prace i tak mamy: 1 szklankę, 1 łyżkę, 1 łyżeczkę, 1 pojemnik duży, 1 pojemnik mały, 1 szpatułkę (+ ew 1 literatkę),sitko do mąki,  mieszaki od miksera (+ ew. worek cukierniczy) i na ogół nóż, czasem jeszcze pędzelek do smarowania ciasta, trzepaczkę, miseczkę na jajko do posmarowania, wałek, stolnicę, szklankę lub foremkę do wykrawania, albo radełko. Wystarczy? Wystarczy, żeby w zlewie zrobiło się czubato zanim ciasto wejdzie do pieca.I żeby nas jasny szlag chciał trafić, jak na to popatrzymy. Dodatkowo - nie ma opcji, żeby się gdzieś nie natrzepało mąki, najczęściej jednocześnie na blacie i na podłodze. No to teraz siąść i zapłakać, albo wezwać Rózię z mopem i zmywakiem. (Tyle, że jak mamy Rózię, to się same za to ciasto nie bierzemy, chyba, że nam taka fanaberia przyjdzie do głowy).
    Dawno, dawno istniała taka książeczka malutka pt "Parasol noś i przy pogodzie". Istniała u nas w domu na Górce, w fajnej twardej oprawce. I ja ją z tego domu zabombiłam. Potem mi ktoś zabombił, czego nie mogłam przeżałować. A potem znalazłam gdzieś, w jakiejś makulaturze, w marnym szaroburym wydaniu.I właśnie stwierdziłam przed chwilą, że chyba znowu ktoś zabombił, bo nie ma. A tam, w tej książeczce pisało tak:
"Trzy razy pomyśl, potem zrób,
A wyda czyn owoce.
Nie będziesz czynił zbędnych prób -
Trzy razy pomyśl, potem zrób."
Tak mi to jakoś wlazło do głowy i staram się stosować. Najpierw pomyśleć - co, jak i w którym momencie, a potem brać się do dzieła, zgromadziwszy uprzednio środki i narzędzia. Dzięki takiemu podejściu wiele tych prac, codziennych, wkurzających, z gatunku prac zanikających staje się mniej upierdliwe. A jeżeli są to prace twórcze, czy wytwórcze, to już o innym podejściu nie mam mowy.
Więc, jak mnie moja szwagierka Najważniejsza witała w drzwiach pytaniem "Co masz zamiar robić na obiad, bo ja już ugotowałam ziemniaki" to odpowiedzieć mogłam tylko - "nie miałam zamiaru, ale zrobię kopytka". Bo cóż można zrobić na obiad, do którego są najpierw ugotowane ziemniaki?

PS. W tak zwanym międzyczasie umyłam te szybę w kuchni. Inny świat się zrobił.  Z rozpędu, dzierżąc już w dłoni szmatkę do pucowania szyb, wyczyściłam jeszcze w kuchennej szafce (dać mi tego idiotę, co wymyślił kuchenne szafki z szybami ! Nawet peerelowskie kuchenne kredensy miały te szybki mocno nieprzezroczyste.Jak cudnie umieścić kuchenny nabój za szybkami? Toż to jest szafka zbędnie zajmująca miejsce na ścianie. Tak, trzymam w niej podręczne szkło, ale nie w sposób wystawowy, bo by się połowa tylko zmieściła.Na środkowej półce stoi wianna bawaria śp. teściowej, która wcale niekoniecznie musiałaby w kuchni miejsce zajmować. A ostatnią półkę zasłoniłam "zazdrostkami" z angielskiego haftu, bo przecież muszę gdzieś te różne podręczne duperele, kajety z przepisami, książki kucharskie itp upchnąć)

O, właśnie. Puszek mi przybyło, bo moje KRK Dziecko przypomniało sobie, że poszukiwałam i nabyło. Zapomniało jednak, że wszystkie kolory są OK, z wyjątkiem niebieskiego. Dojrzewam do przemalowania.