piątek, 12 października 2018

hodowla domowa

Dziecko jest w ciągłym locie. Rozjazdy służbowe, problemy i problemiki klientów, którymi atakują go, ledwie oczy otworzy (tak, że nawet do łazienki idzie z telefonem i rozwiązuje tematy tronując), do tego kornflejksowe żniwa, których przebieg jest uzależniony od mocy przerobowych kombajnisty. Lata więc na pełnej bombie i wszystko go drażni. Bywa, że znienacka stwierdza, że "tych zwierząt u nas w domu jest zdecydowanie za dużo".
Czy ja wiem? Być może mogło by być mniej, ale ze względu na areały parkietowe zbytniego zagęszczenia nie czynią. Zagęszczenie pojawia się zwykle około godziny 17, gdy wszystkie zjawiają się w kuchni, w oczekiwaniu na przedwieczorną michę. Koty wtedy zasiadają kręgiem na podłodze i faktycznie trzeba uważać, żeby się nie potknąć, albo nie rozdeptać. Zbyt długie oczekiwanie na reakcję ze strony karmicielki powoduje nachalność: Czarna zaczyna krążyć i tuptać, natomiast wiecznie głodny, najgrubszy kot na świecie, lata wierzchem z wrzaskiem "daj-daaaj". O tej porze Dziecka jednak zwykle nie ma i te sceny są mu obce.
Niestety moje zwierzęta są wiecznie głodne. czasami zastanawiam się: gdyby tak postawić przed psem którymkolwiek pełny gar ugotowanego na 3 dni jadła, w którym momencie by odstąpiły od niego? Czy dopiero wtedy gdy gar byłby wylizany do czysta? W każdym razie potrafią na pewno, tuż po pochłonięciu zawartości własnej, słusznie napełnionej michy, obstąpić z dwóch stron (jednego się nauczyły, po kilku walkach o okruszek spadnięty, zakończonych krwawo, tudzież laniem, że nie mogą być po tej samej stronie) posilającego się człeka i sępić. Czarna, która jest psem pospolitym, z rowu podjętym, sępi godnie: siedzi i czeka wpatrując się usilnie w potencjalne źródło przysmaków, ostatecznie się kładzie i sobie leży. Natomiast Księżniczka, jakby nie było, reprezentująca klasę wyższą wśród psów, legitymująca się szlacheckim rodowodem, sępi nachalnie, uciążliwie i upierdliwie: po chwili oczekiwania zaczyna na siedząco przebierać przednimi łapkami, tupiąc przy tym, co już jest wqurzające. Jeżeli nagabywany w ten sposób zjadacz niczym się nie podzieli -  zaczyna piszczeć, co na ogół przynosi oczekiwany przez nią skutek. Niestety, nie zawsze, bo często zjadacz bezczelnie goni psa w jasną cholerę. Na szczęście wrzask pt "wyp..dalać" działa bardzo skutecznie i psy posłusznie wyp..dalają na salony, gdzie pogrążają się w czarnej rozpaczy. (Swoją drogą, ciekawe, że psy tak dobrze reagują na obce wyrazy. I na pewno nie chodzi tu o decybele towarzyszące tym wyrazom, lecz o treść: mogę dowolnie długo i na dowolnej oktawie wrzeszczeć do Czarnej "wróć" albo "do domu" i ma to gdzieś, ale jak tym samym tonem, a nawet przez zęby syknę "qwa, wracasz" to jest przy mnie natychmiast, z podkulona resztka ogona).
Jeżeli chodzi o sępactwo, to koty również je opanowały. Oczywiście, bure, bo łaciata jest w ogóle jakaś inna inaczej (i tak prawdę mówiąc pewnie lepiej by jej było gdzie indziej): nie jada niczego innego oprócz chrupek, na ogół ucieka, gdy się idzie do niej z głaskiem, teraz zaczyna przychodzić na łóżko - zapewne dlatego, że jest w domu dość chłodno, a ona jest kotem wybitnie ciepłolubnym. Najsympatyczniej sępi Areczek, gdy zajmuję się obróbką jakiegoś mięsiwa: wskakuje na stojące w kątku krzesło, kładzie końce łapek na blacie kuchennym i tak sobie siedzi z wielkimi oczami i czeka. Klemozaur w tym czasie lata jak oszalały glebą i wierzchem z wrzaskiem "daaaj-daaaaj". Ścierka działa na to bardzo skutecznie, przez chwilę jest spokój, można dokończyć czynności i rozdrobnić resztki dla kotów (dwóch oczywiście). Kotowe sępactwo odbywa się też przy jedzeniu. Z tym, że koty są  inteligentne oraz własna duma nie pozwoliłaby im usłyszeć pod swoim adresem owego "wyp...dalać". Bure przychodzą na sępy tylko wtedy, gdy ja posilam się w swoim pokoju (zwykle śniadanie i kolacje tam zjadam, lampiąc przy tym w kompiuterek). Klementyna jest przy tym bezczelna do tego stopnia, że próbuje podgryzać z drugiej strony kromkę, którą jedną strona trzymam w zębach. Działam niewychowawczo, bo, prawdę mówiąc, ta jej zuchwałość mnie strasznie śmieszy, a wiem, że do nikogo innego ona z tym pycholem nie polezie. Areczek czeka spokojnie. I tu ciekawostka: Areczek sępi andrucik. Taki domowy andrucik, zrobiony z suchych wafli posmarowanych kajmakiem. I bardzo mu ten andrucik smakuje. Zwykle dostaje odrobinę, odpowiednio rozdrobnionego. Malutką odrobinę, bo nie wiem, jak kocie flaki reagują na cukier. Z ciekawych obiektów sępienia: Księżniczka sępi jabłuszko. W ogóle do niedawna to ona była antypsem ogrodnika, potrafiła malinki opierniczać prosto z krzaczka. Na spacerze w sadzie wybierała sobie jabłuszko spod jabłoni i obżerała trzymając w łapkach, jak przyzwoity pies kość. Trochę jej się odmieniło, ale jabłuszko w kawałkach odpowiednich, gruszeczka, bananek, kawałek pieczonej dyniuchy, cukini z patelni, brokułka czy kalafiorka - wciągane są nader chętnie.
O psich włamach i kradzieżach pisałam już wcześniej. Ze względu na ograniczenia ruchowe Księżniczki one na ogół ustały. W sensie, że już po krzesełku stojącym w kątku nie wlezie na ladę kuchenną i nie wciągnie pół paczki pryncypałków, nieopatrznie tam zostawionych czy 3/4 tabliczki czekolady. Zdarzają się je w dalszym ciągu włamy do szafek kuchennych dolnych. Po tym jak doprowadziła mnie do rozstroju nerwowego gdy wyżarła mąkę z pojemnika (boszsze, pies jakąś pianą wymiotował!Weterynarza natychmiast!), pochłonęła 3/4 bułeczki drożdżowej, takiej z keksowej foremki czy wyżarła ze śmieci kurzęce kości nożne, wprowadziłam do tych dwóch newralgicznych szafek zabezpieczenia antypsowe, które zdarza mi się zapinać.
Księżniczka jest poza tym flejtuch, nie dbający o swój wygląd absolutnie. Na widok w moich rękach wacika do przemycia oczu pomyka w najdalszy i najciemniejszy kąt. Analogicznie, gdy w ręce pojawia się szczotka. Zupełnie odwrotnie niż Czarna: gdy tylko zaczynam szczotkować Księżniczkę ta wpycha się pod szczotę i wpada w ekstazę.
Koty też różnie reagują na szczotę: łaciatą można nawet furminatorem ogarniać, podobnie Klemozaura (byle nie po brzuszku!), natomiast Areczek jest ogólnie niedotykalski i szczotkuje się go z doskoku - szczotą raz i zmyk. Co jest niekorzystne, bo Areczek ma tendencje do zakłaczania się, żadne chrupki antykłaczkowe nie działają, siemię lniane mielone zmieszane z karmą też nie. pasty nie zeżre, a po próbach umazania mu łap tą pastą, mam umazane całe mieszkanie.
W tym wszystkim najbardziej uciążliwy jest kłak, który ściele się gęsto (Śmiech mnie ogarnia teraz na myśl, że 13 lat temu, rozmyślając na kupieniem psa do domu, rozglądałam się za rasa, która nie gubi kłaków. No i 3,5 roku było OK, bo potem zdjęłam z rowu przydrożnego Czarną, która zaczęła zakłaczać za dwie) Kłak w zasadzie jest wszędzie, najgorszy ten koci, bo one wierzchem latają i lubią się usadowić np. na elegancko uprasowanych dzieckowych tiszertach, które lenistwo nie pozwoliło mi odnieść na miejsce. Tudzież na desce do prasowania np, albo w szafie, gdzie dzieckowe spodnie, zawieszone na spodniowym wieszaku sięgają dna szafy i już są właśnie intensywnie okudłane w okolicach paska (szafa jest bieszczadzka jeszcze i w zasadzie nigdy się nie zamykała na klucz, co nikomu nie przeszkadzało, gdy w domu nie było kotów. Koty każde drzwi niezamknięte kluczem otwierają dowolnie, nawet w nadstawkach - od góry, mimo, że są tam takie zatrzaski plastikowe) Tak więc dywany poszły weg, na krzesłach są pokrowce, kanapa nie jest nakryta narzutą, tylko łatwopiernym płótnem żaglowym, które jest zastępowane narzutą tylko na specjalne okazje.
Przed wyjściem do ludzi, zwłaszcza w ciemnym odzieniu trzeba się dokładnie wyrolkować. Dziecko to czyni każdokrotnie, każdokrotnie z sykiem "wszędzie kłaki".
Ale i tak, najbardziej uciążliwymi zwierzętami domowymi  są dwunożne zwierzęta pci męskiej.
Do tej konkluzji (oraz powyższych wynurzeń) sprowokował mnie ostatecznie stan łazienki, jaki zastałam nawiedziwszy ją dziś o 5 rano. Zawsze w takich sytuacjach ciśnie mi się na gały łazienka brata : lśniący klop, popodnim dywanik biały, drugi takiż pod umywalką, na  której nie zostały żadne ślady po smarach zmytych z rak przed chwilą. Oraz jego latanie na miotle po kuchni, żeby po śniadaniu, uprzątnąwszy okruchy z obrusa, wygarnąć te, które ośmieliły się spaść na posadzkę. (A u mnie: spadło? No to niech sobie poleży..) Mój brat nie jest lalusiem o białych rączakch. Ciężko pracuje: wstając środkiem nocy zaprzęga i jedzie w las, ładuje kloce lub metry latając z dźwigu na przyczepę lub marznąc na nim dowolnie, gdy ma pomocnika, potem, wydudrawszy się z leśnego błota wiezie ten ładunek co najmniej dziesiątki kilometrów, potem znów lata po dźwigu, a potem wiezie powietrze z powrotem. W dodatku mój dom rodzinny był tradycyjny, w sensie tym, że panował w nim patriarchat i od wykonywania czynności zanikających były kobiety. Tyle, że poza wychowaniem istnieje chyba jeszcze coś takiego, jak wrodzona kultura osobista, która nakazuje: "naświnisz-sprzatnij za sobą". Prawdopodobnie podobny efekt można uzyskać za pomocą pały, zimnej wody i wąskich drzwi. Dla mnie jednak pewne  rzeczy wydawały się tak oczywiste, że nie próbowałam nigdy wymienionych środków stosować na progeniturze (na Starszego żadne środki nie działają) Śmieszna kwestia wycieraczek: Ja na wycieraczkę reaguję jak pies Pawłowa: leży, znaczy wszedłszy należy nogami poszurać. Czasem obserwator przydrożny może ubaw mieć, bo szuram także na wyjściu z budynku. Tymczasem u mnie w domu, na trasie z kotłowni do mieszkania leży wycieraczek pięć, co wcale nie przeszkadza Starszemu przynieść całego popiołu, który udało mu się wywalić na posadzkę i zebrać na kapcie, do łazienki, gdzie następnie, nalawszy wokół umywalki zostawia go na płytkach w postaci czarnych odcisków. Mop parzy w łapy oczywiście, więc delikwent lezie sobie precz, jak ten prosiak co zza płota wniósł na szosę szaflik błota. Tzw darcie ryja nie skutkuje,  wywołuje tylko debilne komentarze, które sa bardziej szkodliwe dla mego żołądka niż użycie mopa.
Młody na komentarze reaguje, bywa, hasłem "chyba się wyprowadzę". Na co odpowiadam: "Proszę bardzo, nie mam nic naprzeciwko, klucze do rezydencji wiszą na kołku. Tylko jak już, to weź ze sobą swoją pralkę  i ją tam zainstaluj. Żelazko masz, najwyżej deskę nabędziesz, zresztą prasować można na stole." Wychodzi na to, że samodzielność i samorządność są bardzo OK, ale widmo samoobsługi jest elementem silnie zniechęcającym.

I to by było prawie na tyle w kwestii hodowli stworów dwu i czworonożnych.


środa, 10 października 2018

pod znakiem kornflejksów

upłynął miniony tydzień.
Najpierw była jakaś akcja medialna z biciem rekordu plonów w gospodarstwie dzieckowej klientki, gdzie podstawili kombajn pokazowy. Niestety, akcja została zakłócona odkryciem ponadplanowej uprawy ukrytej głęboko w łanie. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w okolicach P. takie dodatkowe uprawy są nagminne. Kukurydza stanowi świetne towarzystwo dla ziela: jest dostatecznie wysoka, by zasłonić, jest dostatecznie dobrze nawożona, by tego nawozu starczyło dla zioła posadzonego w miejsce wyciętych roślin. Zasugerowałam Dziecku, żeby może tak trochę w kieszenie, ale stwierdziło, że może lepiej nie bo organa mają przyjechać utylizować i byłaby wtopa, gdyby tak chcieli przeszukiwać zgromadzonych na polu.Chłopcy przyjechali, powyrywali, zabrali, nikogo nie przeszukiwali, no i tyle dobra się zmarnowało.


"Chwasty" w kukurydzy.

Potem była następna akcja medialna, również z udziałem tiwi, u kolejnego dzieckowego klienta, który ma krowią fermę i produkuje pyszne sery zagrodowe. Gospodyni się medialnie udzielała, a gospodarz wykorzystywał Dziecko i firmowy kombajn do zbiorów kornflejksowych. Wykosili 15 ha. Fragmenty kukurydzy Dziecko miało wszędzie, mimo iż kabina szczelna niczym konserwa. No a sera mi oczywiście nie przywiozło!

A w sobotę, znienacka, Dziecko przystąpiło do zbiorów własnych kornflejksów. Co się wydało dopiero nocą, niechcący zresztą, gdy wróciło już po zwózce urobku na suszarnię i dzieliło się wrażeniami, jak traktor radził sobie z 20 tonowym ładunkiem na dwóch przyczepach. Wpadło w międzyczasie, chwyciło postną bułkę i 2 banany i popędziło, bo się coś skićkało i nie ma czasu absolutnie.
W niedzielę był ciąg dalszy, ale nie koniec jeszcze. Kaprysić sobie można jak się ma własny kombajn, w przeciwnym razie należy się dostosować do istniejących mocy przerobowych. I jak na złość, w momencie zwiększonego zapotrzebowania paliwo podrożało. Przy takich przepałach jak ma kombajn, czy traktor te 5 groszy na litrze robi kolosalną różnicę. Wieść gminna niesie, że ma się pojawić niższa cena w charakterze kiełbasy, Dziecko liczy na uzupełnienie zapasów wtedy.

Bydlątko zaprzęgnięte w porannej mgle. Na tych dwóch przyczepach pociągnie 20 ton (o ile chłopcy nie nasypią do wyprostowania resorów). Razem to będzie ważyło ok 30 ton.
Biorąc pod uwagę ograniczenia w tonażu pojazdów na drogach lokalnych, wszyscy rolnicy są przestępcami drogowymi, bo po niektórych z nich nawet 60-tka z 3,5tonówką jeździć nie powinna - jedynie samochód osobowy i furmanka.

Kolejny temat tygodnia to dynie.


Moje tegoroczne dynie to kompletna zagadka. Zupełnie nie są takie, jak powinny być. Piżmowe wyglądają jak niewiadomoco(te dwie jasne , na górze), a pozostałe są w ogóle niewiadomoczym. Znalazła się tam nawet jedna sztuka Hokkaido -niewiadomoskąd, bo zrażona ich ubiegłorocznym plonem, w tym roku nie siałam. (może jakieś ubiegłoroczne nasionko się w ziemi obudziło)

Z apetytem zjadają je kozy. Tyle, że mnie kosztuje to trochę nakładu pracy, ponieważ muszę im kroić na plasterki, ze względu na twarda skórkę i miąższ. Pozazdrościłam kozom tych dyni i postanowiłam trochę uszczknąć dla siebie. Wczoraj dobrałam się do tej samotnej hokkaido. Część wstawiłam do pieczenia, a trochę starłam na tarce i zrobiłam "pasztet z dyni". Trochę taki jak TEN. Był to jedyny przepis, w którym użyto dyni surowej, nie pieczonej. W moim wydaniu pominęłam cebulę, czosnek i pieprz ziołowy (fuj!). W charakterze przypraw była odrobina czerwonej papryki słodkiej i kurkumy oraz sól i pieprz. Zamiast kaszy manny (pszenica) dodałam ugotowaną jaglankę, oraz łyżkę maki kartoflanej i łyżkę maki kukurydzianej. Dynia hokkaido jest sucha, nie puszcza soku, jak inne dynie, więc wstępne zasalanie jej jest zbędne. Nieprawdą jest też, że nie trzeba jej obierać, że skórka jest jadalna. Niestety, skórka jest paskudnie twarda, obierane surowej jest nieprzyjemne (lepiej to robić pokrajawszy na plastry, ułożyć na desce i skrawać nożem po kawałku do deski, żeby się nie pokaleczyć), natomiast z upieczonej schodzi bardzo łatwo w postaci cienkiego i sztywnego pergaminu.


 Po upieczeniu wygląda to tak.

Próba była chyba jednorazowa, bo: 1.w trakcie pieczenia przylepił się okropnie do papieru w foremce, mimo dokładnego nasmarowania go tłuszczem (może silikon by się tu sprawdził)
2. dla mnie zdecydowanie nie jest to coś, co może zastąpić pasztet normalny i zostać zjedzone na zimno, na kromce chleba. Raczej danie obiadowe, jedzone wyłącznie na ciepło. W tej wersji się sprawdziło, nawet Starszy, który unika "wynalazków" zjadł bez marudzenia wszystko co dostał na talerz.
Pozostała jeszcze upieczona dynia do zblendowania i wykorzystania na zupę oraz na potem (może do ciasta, jak w końcu znowu zacznę piec drożdżówki - drożdżowo-dyniowe ślimaczki, "przytulone", z cynamonem, są pyszne).
A poza tym, kozy mogą być spokojne o swoje zapasy.

Wielokrotnie się zarzekałam ostatnio, że koniec już z przetworami w tym sezonie. Słoki wyszły, miejsce w spiżarce wyszło. Ale na razie jakoś nie dane mi zakończyć przetwórstwa. W ub. tygodniu sasiądka uszczęśliwiła mnie pigwą, z której powstał soko-syrop, a z odcedzonych owoców marmoladka z jabłkami (która mnie do szału doprowadzała, przy odparowywaniu).  Teraz znów, ta sama sąsiadka, która przepatrzyć nie może, że się dobro zmarnuje namówiła mnie na częściowe ogołocenie jej winorośli. Zwiałam z niepełnym wiaderkiem. Było tego na dwa wsady do sokowarki, łącznie 4,5 litra soku wyszło. Udało mi się przy tym sokowarkę lekko nawęglić, bo po gimnastyce przy pozyskiwaniu gron byłam nieco ąkła i musiałam zalegnąć chwilowo. Ta chwila wystarczyła, by się woda z sokowarki wygotowała a na dno skapnęło trochę soku i  woń  niespodziewana mnie wyrzuciła z wyra natychmiast. Chciałam jeszcze odrobine pigwy, bo dziecka interpelowały w kwestii nalewki. Dostałam reklamówę - ze 4 kilo na ręczna wagę. No, jak na nalewkę to deko dużo za dużo.  Na szczęście pigwa może poczekać na moje moce przerobowe....

poniedziałek, 1 października 2018

jabkowanie

Jesień nas dopadła w bardzo niemiły sposób, bo od razu, na wstępie zaatakowała listopadem. Co prawda pod koniec "lata" jakieś babie latka się snuły po gumnie, ale krótko tego było. Szok oczywiście, termiczny zwłaszcza, bo z palącego upału trzeba było nagle wskoczyć w kurtałkę i czapunię nawet. Duło przy tym ostro, więc nazrzucało tego i owego popod drzewa. Co gorliwsi i pracowitsi usiłowali się pozbyć odłogów, więc zbierali i rozdawali.
Tym sposobem zostałam uszczęśliwiona przez sąsiada wiadrem fajnych gruszek, które zostały błyskawicznie przerobione na gruszki w syropie. Chodzą mi jeszcze po głowie gruszki w słodkim occie, ale nie jestem pewna czy pod tym drzewem da się jeszcze coś uzbierać.
Wiatrzysko położyło kolejną jabłoń w sadzie, nie całą - odłupała się jedna trzecia korony wraz z taką samą częścią pnia. Legła skróś drogi tarasując dostęp do sadu oraz do pól dalej położonych.
Zatem na sobotę zapowiadała się teksańska masakra. Masakra oczywiście w wykonaniu Dziecka, ale potrzebny był ktoś do towarzystwa i pomocy. A ja się ostatnio nawet do tzw. "zagadywania zębów" nie nadaję. (Zagadywanie zębów to określenie mojego ojca używane  w sytuacjach, gdy jedna osoba pracuje, a druga stoi/siedzi obok i zabawia ją rozmową. Moje Dziecko uwielbia, gdy pracuje, mieć kogoś do zagadywania zębów. Oczywiście wtedy, gdy efekty akustyczne pozwalają. Przy masakrze raczej zagadywacz zbędny.)
Na szczęście udało mi się upolować Wiesława. Wiesław jest dziwnym reliktem pośród miłośników browara. Żaden z nich bowiem, z wyjątkiem właśnie Wiesława, żadną pracą, oprócz podnoszenia i przenoszenia szkła, się nie hańbi. Ostatnio zrobiła im się fajna miejscówka tuż obok sklepu, w opustoszałym domu, do którego wprowadził się syn wymarłych właścicieli, również miłośnik. Miejscówka jest korzystna bardzo, bo z ławeczki pod ścianą mają jakieś 5 m do drzwi sklepu, a nikt im nic nie może bo chleją na prywatnej posesji, a nie w miejscu publicznym. Nie wiem od której się zbierają ale tak około dziesiątej towarzystwo jest już bardzo liczne i w stanie wskazującym. Wiesław tam przesiaduje rzadko, więc upolować go trudno, ale przy odrobinie samozawzięcia się udaje. Z tym, że umówiony - przyjdzie, albo nie. Najczęściej oczywiście gdy jednego dnia robił i zarobił, na następny dzień mowy nie ma, żeby się zjawił.
W sobotę rankiem udało mi się upolować go jeszcze w domu i zamówić na południe. Dziecko pomknęło bladym ranem uruchamiać kombajn do kukurydzy u klienta, więc liczyłam, że około południa zakończy, pod warunkiem, że nic dziwnego nie wyniknie.
Dziecko pojawiło się na gumnie równo prawie z Wiesławem i wpadło z ryjem, żeśmy sprowadzili Wiesia takiego naj...nego. No cóż, rano był całkiem żywy. Okazało się, że w międzyczasie podłapał jakąś robótkę u innej geriatrii i zdążył się naj..ać. Przyszedł zresztą z napoczętą litrową flaszką ukraińskiego browara. Po stanie zawartości flaszki i stanie naj..ania Wiesia, należało się domyślać, że to druga tego dnia. Stan Wiesia raczej normalny, ponieważ on spożywa tylko pokarmy płynne. O ile jeszcze kilka lat temu zjadał chętnie obiad, a czasem nawet i kolację, albo kazał sobie zapakować kanapki na potem, tak teraz o żadnym jedzeniu nie ma mowy. Zaskakujące przy tym, że mimo sposobu odżywiania i stanu naj..ania Wiesio robotę wykonuje i to porządnie. Nie trzeba go kontrolować, naganiać, palcem pokazywać. Wykonane jest czysto, posprzątane, narzędzia wyczyszczone i odstawione na miejsce. W sytuacji zaistniałej, gdy ja byłam zgonem totalnym, Dziecko nie miało innego wyjścia niż zagryźć wqurwik i przyjąć pomocnika, jaki był. Podczas porządkowania sadu Wiesio dopił tę swoją litrówkę, potem jeszcze opróżnił dwa rodzime tyskie. Pocięte drewno zostało sumiennie wyzbierane na przyczepę, a pozostałe gałęzie poskładane porządnie na dwa idealne stosy.
Co stwierdziłam własnym okiem dopiero w poniedziałek, zawlekłszy Starszego ciupasem do sadu.
Zawlekłam go faktycznie ciupasem, a w zasadzie kolanem za drzwi wypchnęłam i nadałam kierunek - garaż. Polazł, oczywiście sam z sobą, bo mu w główce nie powstało, że te jabłka, po które się właśnie udajemy, należy w coś zebrać. Tego "coś" było dość sporo i w dwie rąsie na raz się wziąć nie dało, bowiem za ostatnim pobytem w stonce przygarnęłam trochę przyjemnych kartonów po pomidorkach jakowyś, z hasłem, że na jabłka będą. Starszy oczywiście miaukolił, że czemu takie małe, jak by nie było oczywiste, że te kartony po napełnieniu jabłkami trzeba będzie,  przetransportować na własnej piersi. No, to obleciałam 2 razy....
Mus taki i przymus na te jabłka się zrobił nagły, bo po przecudnym, cieplutkim łykendzie zaczął deszcz w powietrzu wisieć.
Przez łykend byłam zgonem totalnym, zajmowałam głównie pozycję horyzontalną z nospą i pyralginą w zasięgu ręki. Jedynie na moment powstałam, żeby ocenić front robót masakrycznych w sadzie i wybić Dziecku z głowy zapędy w totalnym kładzeniu resztki jabłoni, ze względu na to, że dzień już się podkasuje wcześnie, a po nocy masakrować się nie da.
Dokonana przy tym lustracja pokazała, że na renecie  jabłek ubywa, natomiast przybywa pod. Renety w tym roku, jak zresztą wszystko inne, dojrzały bezczelnie wcześnie (pamiętam lata, gdy bywszy w Sanoku na Zaduszki, robiłyśmy z Pumą renety w słoiki, pozyskując je z drzewa) i czasu na pozyskanie ich na przyszłość robiło się, coraz mniej. Na szczęście w poniedziałek nie było przeszkód prawie, oprócz niechęci Starszego, którą udało mi się kolanem pokonać. Zresztą i tak wiele nie robił , oprócz siąścia za kółkiem, zawiezienia nas do sadu, a potem dreptania i krytykowania np. mojego leku wysokości, który ogranicza chęci wspinania się po drabinie celem zerwania. Tylko po jakiego łazić po drabinie, jak jabłek w zasięgu ręki było na tyle. Chyba dla poprawy wyników w nakładzie pracy włożonym celem pozyskania.
Dość szybko nam poszło, bo przyjemne jabłuszka znajdowały się na wysokości nie wymagającej zbytniego wyciągania się z portek. Jak zwykle część spadła z wrażenia i te zostały osobno pozbierane - powstał całkiem spory karton upadłych jabłuszek czekających na przetworzenie.
Nasze domowe piwnice nie nadają się do przechowywania warzyw (w czasach mężowskiego gospodarzenia pełne były po strop buraków i ziemniaków dla zwierzątek i wtedy jarzynki się jakoś uchowały - teraz w ciągu miesiąca mam suszki), jabłek też. Wymyśliłam, że spiżarka w rezydencji się nada i tam je zawieźliśmy, pozostawiając jeden karton w domu na bieżące spożycie.
W międzyczasie nastąpiła przerwa technologiczna - musieliśmy przeczekać, żeby nie wciąć się w kondukt pogrzebowy.
Przerwę technologiczna postanowiłam wykorzystać na nakarmienie siebie i Starszego. Ze Starszym nie było problema, bo obiad dla menów gotowy był z wczoraj - tylko zagrzać. A sobie postanowiłam zrobić coś PYSZNEGO.
Evunia, która mnie dzielnie wspiera w moich zmaganiach z przeciwnościami podrobowymi, co i raz podsyła mi linki z przepisami na jadło wykonane z przyswajalnych przeze mnie substratów. Tym razem był między innymi "Pyszny gulasz selerowy". (Jak widzę w nagłówku takie przymiotniki to się zaraz natychmiast mój osioł prywatny odzywa: Nie to pyszne co pyszne, ale co komu... Dla jednych pyszna jest pieczona szarańcza, dla innych baranie jaja, a dla innych jeszcze szczur w panierce.) Ale, co miałam do stracenia? Najwyżej trochę substratów i odrobinę własnego wysiłku, a że dawno już nic pysznego nie jadłam, więc postanowiłam zaryzykować. Zwłaszcza, że seler zdrowotny jest, no i pomidory przy tym. Jak zwykle, przepis potraktowałam jako inspirację, selera pokroiłam w słupki, nie w kostkę, napatoczyły się dwie maluśkie żółte cukinie i też poszły na patelnię. Pomidorów żywych, ani puszkowanych w całości nie miałam, natomiast posiadam jeszcze kilka małych słoiczków jakiejś ubiegłorocznej pasty pomidorowej, która poszła na tę patelnię z odrobiną koncentratu z paputka (jakie robią ostatnio dawtona i pudliszki). Zrezygnowałam z orientalnych przypraw i podsypałam to odrobiną czerwonej czubrycy. Faktycznie było PYSZNE! Wykonałam z połowy dużego selera (bo tylko takie są w sprzedaży) i wyszła ilość na dwa dni do porządnego przejedzenia się.



czwartek, 20 września 2018

krynice wiedzy

Telewizja kłamie. Internet też.
Dziennikarstwo leży i kwiczy, Kapuściński przewraca się w grobie. Co raz trudniej o fakty, natomiast mamy komentarze do faktów. Na co moja rogata dusza wierzga i wyje, bo nie znosi, jak mi ktoś narzuca pogląd na dany temat. Sory, ale prawo do mania poglądów to jedna z niewielu wolności, które nam pozostały. Niekoniecznie musimy je głosić, bo to kwestia tzw. cywilnej odwagi, ale mamy przynajmniej prawo je mieć. Na własny choćby użytek.
Osobiście telewizornie olewam. W przeciwieństwie do Starszego, który całe dnie spędza na oglądaniu dwóch, jedynie słusznych. Wczoraj się zachwycał sukcesem ostatniej wizyty PAD.
Ale przy okazji znalazł jakieś info o programie "Czyste powietrze". Więc, żeby nie było, że mam w nosie polazłam w onety poszukać. Program okazuje się być taki se, znowu raczej dla bogatych, bo przyjęte kryteria dochodowe są absurdalne.
Przy okazji poszukiwań oczywiście narzuciły mnie się na oczy fotki PAD podpisującego owe wspaniałe umowy. No, sory, ale nawet jak podpisujesz umowę kredytową na parę złotych w podrzędnym banku prowincjonalnym to każą ci siadać, a nie podkładają świstka na rogu biurka. Oraz obyczaje - gospodarz siedzi, gość stoi. No, chyba, że ten gość to kurier, który właśnie nam przesyłkę doniósł. Oraz achy i ochy nad wystrojem zewnętrznym Lejdi PAD, która niestety, jest ubrana zupełnie niestosownie, bo spodnie nie należą do wystroju formalnego damskiego na takim szczeblu. Jak zaczęłam grzebać, to się wydało, że na przyjemność posiadania kolejnych obcych wojsk na naszej ziemi wydamy 2 mld dol (a podobno PAD obiecał więcej) Już się cieszę. Zachwyt mój nie zna granic. Cóż to są te 2 mld zielonych w porównaniu z tym, że bezpieczeństwo jest bezcenne. Za to bezpieczeństwo oddamy im kawałek ziemi z infrastrukturą, który przestanie być nasz, stanie się fragmentem terytorium wuja Sama.
Cholera, a tak się pilnowałam, żeby nie było o polityce. A tu ze mnie wylazło. Po tym jaki entuzjazm zaprezentował mój Starszy śmiem sądzić, że wielu wielbicieli jedynie słusznych mediów jest w zachwycie. Może by prawo jazdy i prawo do głosowania ograniczyć nie tylko od dołu ale też od góry?

W czasach gdy jeszcze pracowałam zdarzało się, że polecałam uczniom wyszukać informacje na jakiś temat w internecie. I często byłam w szoku, jakie bzdury mi przynosili. Dziś sama trafiłam na takiego bzdeta: Architektura zawsze była moim hobby. Kiedyś bardziej niż teraz, bo wybierałam się studiować architekturę, z czego oczywiście nic nie wyszło.Ulubionym przeze mnie, do zachwytu niebiańskiego,  stylem jest gotyk. Potem dłuuugo dłuugo nic, a potem secesja, ale raczej zdobniczo, niż architektonicznie. Jak gdzieś trafiam na coś o starych budowlach, to oczywiście oglądam i czytam. Dziś trafiłam na artykuł o drogich willach w ruinie. Jedna z nich znajdowała się w Szkocji. Dowiedziałam się, że jest to jedyna zachowana budowla w stylu gotyckim powstała w 17 wieku a przebudowana w 19. W jednym krótkim zdaniu 2 nieprawdy: Obiektów gotyckich świetnie zachowanych Szkocja ma zatrzęsienie. Budowle powstałe w 17 nie są gotyckie. O czym przeciętnie uważny uczeń podstawówki wie.
I tu powstaje problem etyczny. To nie jest problem niedouctwa, niskiego poziomu wykształcenia tzw dziennikarzy, to jest problem etyczny. Wynika z czegoś bardzo szerokiego, co jest podstawą wszelkich kontaktów międzyludzkich, zarówno tych w realu, wirtualu, w mowie, geście, czy na piśmie. Ta podstawa jest szacunek do samego siebie. Nie zachwyt nad własnym ego, bo jest on tego zaprzeczeniem, lecz właśnie szacunek. Ten szacunek dla samego siebie nie pozwala robić z siebie błazna. Każe m.in. każdą przekazywaną informację kilkakrotnie sprawdzić, zanim się ją przekaże publicznie. W kontaktach z uczniami posługiwałam się nie tylko wiedzą merytoryczna z mojego przedmiotu. Często, przy okazji, schodziło się na tematy poboczne. Pod ziemię bym się zapadła, gdyby jakiś uczeń udowodnił mi, że opowiadam bzdury (a zdarzali się, zdarzali, co bardzo cieszyło, uczniowie dociekliwi)
Szacunek do samego siebie generuje szacunek do bliźniego: czytelnika, interlokutora, gościa. Zdarzało mi się spotykać tzw. "prostych" ludzi, którzy emanowali wrodzona kulturą. Sądzę, że jej podstawą był ten właśnie szacunek.
Kiedyś grzebałam z głupa po fb. Natrafiłam na profil pewnego dzieciaka, znanego mi z rodziców, wujków i dziadków. Dzieciak(jakieś 11-12 lat) miał wypisane motto " Miej wyj..bane, a będzie ci dane". Szczęka mi haratła o podglebie. Oraz zrobiło mi się jakoś przykro i smutno. Tym bardziej, że ci rodzice, a wcześniej dziadkowie to ludzie ciężko pracujący i dążący do rozwoju własnej działalności (np. działalność farmy mlecznej wzbogacili o produkcję wspaniałych serów zagrodowych, podpuszczkowych i dojrzewających, a nie jest takim hop siup przez nogę, aby te sery się udawały)
Niestety, to motto zdaje się cieszyć popularnością. Ciągle mamy do czynienia z tym, że robi się byle jak, po łebkach, na odpieprz się, byle zbyć. Efekty przeróżne i w różnych miejscach widoczne.
Wczoraj musieliśmy się udać do miasteczka. Komunikacja z miasteczkiem jest nieco utrudniona, bo budują łącznik autostradowy i w ciągu dawnej E4 powstaje rondo więc jedna jezdnia jest wyłączona. Wracając napotkaliśmy jakieś zakorkowanie na tej zwężonej jezdni. Zakorkowanie generowała kolumna pojazdów z kosiarkami na wysięgnikach do koszenia poboczy i rowów. KOLUMNA! Było ich conajmniej 6, jadących jeden za drugim. Spotkałam się z tym, że kosiarki wyjeżdżają w pole "tyralierą", ale żeby rzędem? To co? Jedna kosi, druga dokasza, trzecia bierze rów, czwarta po niej ten rów dokasza, a pozostałe to straż przednia i tylna? Czy też może firma "Bia..wąs" nie wyjeździła swoim sprzętem do koszenia tylu godzin, ile miała w umowie z dyrekcją dróg i wypuściła go stadem pod koniec sezonu na koszenie hołdując hasłu "miej wy..bane..."

Tyle, że cały wszechświat funkcjonuje na zasadzie naczyń połączonych. I makro i mokro. Jak komuś przybędzie to komuś ubędzie. I fakt, że ktoś ma wy..bane  zawsze w kogoś innego wceluje.

A poza tym jest cudnie. No, prawie. Przynajmniej w atmosferze atmosferycznej, bo niebo niebiańskie i słoneczko operuje i dogrzewa. Jabłka spadają z drzew gradem, orzechy tudzież. Rezydentka poleguje na onko w oczekiwaniu na kolejną dawkę chemii i te orzechy lecące gradem sen jej z oczu spędzają. Już się wczoraj dopytywała o stan zbiorów, na co Starszy jej zaproponował, że ją pod to drzewo przywiezie w celu dokonania. Dziwna obsesja i mus, że co spadło, to musi być podniesione koniecznie, nawet jakby potem z tego korzyści żadnej być nie miało. Mi skłony i wyprosty bardzo nie służą, więc nie wiem, jak to będzie ze zbiorami pod orzechem. Nie widzę sensu wiekszego, gdyż potrzeby własne są niewielkie, a wobec obfitości ceny skupu wydłubanych ziarenek będą żałosne.


niedziela, 9 września 2018

bestia na gumnie

Pojawiła się w końcu wczoraj przed wieczorem. Jechała z drugiego końca Polski, jechała i dojechać nie mogła. Bo najpierw był problem z załadunkiem, potem się kierowcy tacho skończyło a na 200km przed metą auto zdechło i chwilowo odmówiło współpracy.


 Uwalnianie bestii. (Skala jest taka: Dziecko, które te pasy odpina, ma 2 m wzrostu)

Bestia skrepowana pasami licznymi, coby po drodze wierzgnąć z platformy nie chciała, została z tych pasów stopniowo uwolniona. Po czym nastąpił moment zjazdu z tej platformy. Ja oczywiście, widząc jak bestia na styk się mieści,wszelkie horrory miałam przed oczami, wobec czego wolałam oddalić się w najdalszy kąt wezwawszy uprzednio Świętego Antoniego na pomoc. Po czym jednak nie wytrzymałam i ostatnie momenty zjazdu obserwowałam. Dziecko zjechało cudnie i precyzyjnie, nawet Janci auta nie rozmiażdżyło o ścianę najbliższego budynku. No i łyso mi się zrobiło wewnętrznie, że jakieś wątpliwości miałam, bo moje Dziecko jest gicior. Jego tuptanie z przyklejaniem się do sufitu, rzucaniem mięsem po gumnie stoi w sprzeczności wielkiej z niebywałą precyzją i skupieniem w momentach wymagających tegoż.(Obserwowałam kiedyś jak wlutowywał  maciupeńkie diody w celu wykonania podświetlenia deski rozdzielczej w poldolocie.To była taka robota mniej więcej, jak pikowanie siewek kaktusów.Przy czym kropla cyny musiała się mieścić w ustalonych parametrach, jak wyszła za duża -zbierał, choć ta cyna i tak niewidoczna byłaby po zamontowaniu całości.)
Skąd bestia i po co bestia? Otóż Dziecko z nagła jakoby postanowiło zostać dyrektorem byznesu pod chmurką. Nie powiem, żebym była uszczęśliwiona jego decyzją, wszak jestem żoną takiego dyrektora w stanie spoczynku. I wciąż jeszcze mam w pamięci wszystkie plusy ujemne tego dyrektorowania: czy wzejdzie, czy przezimuje, czy się nie wysypie, czy nie wylegnie, czy grad nie wymłóci, czy kupią i gdzie kupią, czy będzie miało ziarko parametry odpowiednie. To spoglądanie w niebo i śledzenie pogody, zapierniczanie w polu w upał zwalający z nóg, bo jeszcze zwierzątka były i trzeba było słomę oraz siano pozyskać.
Ale Dziecko wymyśliło właśnie taki sposób na siebie. W celu wprowadzenia go w życie nabyło drogą dzierżawy dość spore areały. Z tymi nabytymi hektarami jest mniej więcej tak, jak z tymi kamienicami w Warszawie: aktualni właściciele stali się obszarnikami w momencie przemian ustrojowych, gdy różne prominenty oraz krewni i znajomi króliczka uwłaszczali się na krzywy ryj. Najczęściej jest tak, że obszarnik zna swoje areały z mapy gugla, a okiem własnym ich nie oglądał w życiu. Wiele z nich, np. w Bieszczadach zdecydowana większość, stało się trwałym użytkiem zielonym, przynoszącym niemałe dochody przy minimalnym zaledwie wkładzie własnym. (Trwały użytek trzeba raz do roku skosić, ale powstaje przy tym siano, na które zawsze są nabywcy) Na Bieszczadzkich użytkach zielonych pojawiają się ptaszki i inne wybryki natury oraz trudne warunki, bo nachylenie terenu, narażenie na erozję itp, więc płatności obszarowe są w wysokości bardzo przyjemnej. Powiedziałabym, że nieruchomość  bardziej dochodowa niż owe kamienice sprywatyzowane również na krzywy ryj na 150 letniego pradziadka, ale jakoś żadnej wysokiej komisyi one nie interesują. Dzieckowe nabyte hektary nie leżą w Bieszczadach, nieco bliżej, ale ich właściciel podobnie w wielkim mieście przebywa, choć nie w stolycy.
W związku z zaistnieniem znacznego areału powstała pilna potrzeba posiadania podstawowej maszyny do obróbki. Wydajnej i nie szkodzącej zdrowiu (Po kilku godzinach pracy 60-tką wysiada się z niej głuchym, z zesztywniałą nogą od sprzęgła, z obolałym kręgosłupem i pokrytym warstwą gleby. 60-tka pług trzyskibowy ciągnie z wielkim trudem, natomiast bestia z piątką śmiga i w ciągu urzędniczej dniówki załatwia tyle hektarów na ile 60tce potrzebny byłby tydzień) Dziecko odbyło kilka wypraw w Polskę, bo na podkarpackim zadupiu puch i mizeria. W końcu upolowało bestię spełniającą warunki założone, po czym udało się do żyda, żeby się zadłużyć po uszy albo nawet wyżej i w końcu ma na gumnie swojego resoraczka. Dla niewtajemniczonych info: za cenę tego, używanego już resoraczka, można nabyć trzy śliczniutkie, nowiusieńkie Citroeny C1w najwyższej wersji wyposażenia i jeszcze zostałoby na ściereczki do kokpitu. Oraz na oblewanie zakupu.

Bestia zajęła miejscówkę na trawniczku przed domem. Zastanawiam się, czy już go nie zacząć spisywać na straty. Na razie będzie tak sobie parkować na gumnie, bo Dziecko nie odważy się wjechać nim do stodoły, która trzyma się kupy jakby ostatnim wysiłkiem woli. Najkorzystniej byłoby, gdyby przestała (się trzymać), ale najczęściej tak właśnie bywa  z trwałymi ruinami - rujnują się do pewnego, nieodwracalnego już momentu, a potem stoją i stoją...

No i tak. Na razie chwila względnego spokoju, ale tylko chwila, bo żniwa kornflejksowe tuż tuż, jak wszystko w tym roku wcześniej (a nawet później, bo żniwa zasadnicze, czyli pszenno-owsiano-jęczmienne rozpoczęły się u nas dopiero po Zielnej, przebieg miały burzliwy, efekty niezadowalające, a o pozyskanej słomie nie wspomnę nawet. Ciekawe jaka będzie mąka z tegorocznych zbóż?). Potem się zacznie: czy ma odpowiednią wilgotność, kto zwiezie, czym zwiezie, ile za to weźmie, suszyć- nie suszyć, mokre sprzedać, ile zyska - ile straci, kto kupi, kiedy kupi, czy da więcej. A na koniec bilans: ile z tej kupki jest faktycznie moje i czy mogę sobie pozwolić na kupno butów, czy lepiej nie, bo potem na nawozy nie starczy.
Domniemywam, że przez jakiś miesiąc Dziecko będzie na ciężkim wqrwie, niejedzące, niesypiające (bo nocami pilnujące suszarni), na podwójnym przepale. Co mi się udzieli oczywiście, jako promieniujący wqrw, oraz zgryz, że nie żre, nie śpi  i przepala. Zatem jakiegoś mózgozamulacza trza nabyć, żeby flaki odciążyć ewentualnie w alkoholizm nie popaść.

A póki co zajęłam się dogadzaniem moim podrobom i wykonałam pasztecik oraz taki oto chlebek bezpszeniczny:


Przepis znalazłam o TU. O dziwo, udał się za pierwszym razem i w dodatku jest smaczny. .

Na mojej diecie FODMAP muszę wykluczać glutenu, ale pszenicę, żyto i jęczmień tak. Chleby wypiekane bez mąki z tych zbóż pojawiają się jako chleby  bezglutenowe. Te spotykane w sklepach są jakimś wysokoprzetworzonym produktem chlebopodobnym, do którego wykonania zostało wykorzystane pół tablicy Mendelejewa. Oczywiście, obowiązkowo, zawierają wspaniały syrop monsanto (teraz pewnie Bayer. No, taki bajer właśnie się zrobił z tym monsanto). I nawet gdybym pominęła osobiste embargo na monsanto, to i tak są dla mnie niejadalne. Istnieją styropiany ryżowe, kukurydziane i jaglane, ale są ohydne. Pozostaje kombinować samodzielnie testując znalezione w sieci przepisy. Plus tych przepisów jest taki, że są to chleby "kuciane" - ot, zabełtane łyżką, niespecjalnie pracowicie i pozostawione samym sobie do wyrośnięcia, a potem piekarnik. Poprzedni, kukurydziano-ryżowy, był taki se. Ten jest ok, wyrośnięty, dość wilgotny dzięki dodatkowi ziemniaków, nie kruszy się. 
Niestety, większość przepisów podaje skład w gramach (w dodatku autorzy uważają, że to wygodniejsze niż w miarach objętości.) Z doświadczenia wiem, że pieczenie chleba "na oko" rzadko kończy się sukcesem. Moja dotychczasowa waga miała jakiś błąd fabryczny i żarła mi baterie, jak smok wawelski barany. W końcu, tylko dzięki temu, że nigdy nie nauczyłam się rzucać statkami, wylądowała w śmieciach elektronicznych, a nie na trawniku za oknem. A ja zostałam z wysłużoną peerelówką, której nawet już wytarować się nie da. Bez wagi, jak bez ręki, więc właśnie nabyłam nową i już do mnie leci. 

PS specjalnie dla miłośników rolniczych potworów wklejam te dwa zdjęcia:



Na pierwszym planie jest ten gąsienicowy potwór z 11 metrową paszczą, a dalej przycupnął nieśmiało taki zwykły.



A tutaj ten zwykły , z odpiętym hedarem,  jest wyprowadzany przez Dziecko z terenów targów rolniczych

piątek, 7 września 2018

zadziwienia i wkurzenia

W ubiegła sobotę naszło mnie na bezę. Nigdy dotąd nie robiłam, ale się narwałam, bo miałam ochotę na jakiś domowy wypiek, a beza byłaby przyswajalna, jako, że jest bezmączna. (Mogłam ostatecznie kupić gotowe blaty, ale nie miałoby to sensu, gdyż a) są nieadekwatnie drogie w stosunku do kosztów substratów, b) nawet bezę można uszlachetnić wynalazkami typu syrop glukozowy) Ostatecznie poległam nieco z tą bezą, bo mi się przesuszyła, mimo, że trzymałam się ściśle przepisu. Po prostu wciąż nie opanowałam tego piekarnika w półrocznej już kuchence, zapewne dlatego, że ostatnio mniej piekę. W związku z bezą powstało zapotrzebowanie na jakieś owoce, najlepiej drobne. Dziecko było gdzieś w terenie, więc wysłałam smsa, żeby postarało się nabyć maliny. Po czym dziecko zadzwoniło, że jest w Lidlu i maliny są, owszem, po 50 zł za kilo. Poprzedniego dnia byłam w biedrze. tam maliny były, w gazetce, bo fizycznie nie istniały, w opakowaniach po 12,5 dag za 7 zł, co dało 56 zł za kilogram. Kilka dni temu odwiedziłam sumsiadkę, żeby zaanonsować, że jednak jeszcze żyję i z gadki-szmatki o codziennościach wynikło, że jej dziewczyny są w trakcie wytwarzania soku malinowego.Maliny od Maciusia, zbiera Maciusia mam i siostrzenica, Maciuś dowozi osobiście. Po ile? Po 3 zł za kilo. I w tym momencie szarpnęło mną nieco. Już wcześniej dochodziły do mnie wieści, że maliny w skupie po 2 zł. Malina zbiera się ręcznie only ( w przeciwieństwie do takiej np. czarnej porzeczki, którą można zebrać kombajnem), zbieraczy trzeba opłacić. O ile wiem miejscowy Król Malinowy płacił był 1zł od kilograma. Przy cenie 2 zł jest to nieopłacalne. Zatem połacie malinowych plantacji stoją nietknięte i plantatorzy pozwalają sobie iść i narwać za friko. Na zieleniaku można trafić maliny w tekturowych pojemniczkach półkilowych po 5-7 zł za opakowanie. Co jest jeszcze do przyjęcia, zwłaszcza gdy kupujemy u kogoś, kto te maliny zebrała rano i one jeszcze nie zdążyły w tym pojemniczku zakwitnąć (w przeciwieństwie do analogicznych pojemniczków z giełdy owocowo-warzywnej). Ale 56 zł w stosunku do 3 zł u Maciusia daje przebicie rzędu 1870%. I to się w mojej przeciętnej pale nie mieści! Ja rozumiem, że mamy tzw wolny rynek. Ale to już nie jest handel, to jest paskarstwo!
Początkiem lipca w stolycy rolnicy protestowali. W mediach cichosza. Natrafiłam na info grubo po czasie na jakiejś stronie rolniczej. Protestowali, bo susza np. Bo ceny skupu nie gwarantują niczego. Media niby pokazywały obszary objęte suszą, ale jakoś nie wynikło z tego ogłoszenie stanu klęski ( zresztą podobnie jak niedawno nie było klęski żywiołowej na tym wykoszonym huraganem lesie, który zawalił się na harcerzy). Klęska żywiołowa jest kosztowna dla rządu. Zwykle, w takich razach mówi się: "przecież mogli się ubezpieczyć". O ile jest to oczywiste w przypadku, gdy ktoś buduje dom na terenie zalewowym, nie ubezpiecza się od powodzi, a potem płacze, o tyle nie jest takie oczywiste w przypadku ubezpieczeń rolniczych. Warunki są tak sformułowane, że trudno bardzo uzyskać odszkodowanie, a koszty takich ubezpieczeń tak duże, że ostatecznie się nie opłaca.(Np. trzeba określić bilans wodny dla danej działki rolnej oraz spadek procentowy plonów, co jest enigmatyczne, bo przecież nikt nie dokumentuje wysokości plonu w danym roku na danej działce). Telewizornia zamula szare ciągłymi relacjami z przesłuchań komisyi oraz sprawozdaniami kto komu co powiedział i kto gdzie co ukradł. I narodek międli te wieści podniecony mocno i oderwany od bieżącej rzeczywistości, która nawet już nie skrzeczy a wyje jak hiena.
A ja sobie odwiedziłam wczoraj mojego doktorka, bo dawnośmy się nie widzieli. Doktorek nadal mnie leczy metodą ruskiego uczonego - Macajewa: jak  ten lek nie pomoże to może spróbujemy jeszcze inny. Wczoraj zaordynował mi dodatkowe dwa. Wstępna razwiedka w aptece ustaliła koszt recepty na prawie 300 zł. Zrezygnowałam w tej, poszłam do "Greka" (Grek nie jest Grekiem, ale jakiś taki czarniawy trochę, w każdym razie nazywa się nieco z arabska - po turecku). Grek pilnuje byznesu osobiście, krąży między "okienkami", w razie pytań podchodzi, rozdaje gratisowe suplementy oraz proponuje, bywa, rabaty. Udało mi się na tej recepcie uzyskać 50 zł zniżki, co i tak daje kosmos 250zł za 4 opakowania tabletek. Za moment powstanie problem : jeść czy się leczyć, bo dwie wykupione w tym miesiącu recepty zeżarły ćwierć mojej emerytury. Dodatkowo pan doktor przyjmuje tylko w prywatnym gabinecie, więc wystawione przez niego recepty są na 100%. Prywatność nie niesie żadnych ułatwień dla źródła dochodu, czyli pacjenta, bowiem obowiązuje kolejność "jak się usiądzie". Zatem się usiada i się wysiaduje.Doktor przyjmuje od 15-tej, wczoraj usiadłam około 14tej i byłam trzecia. Co się i tak przełożyło na 2 godziny wysiadywania. A wystarczyłoby tylko tyle, żeby podczas rejestracji dać w łapę kawałek karteluszka z numerkiem i datą - koszt żaden, zachodu niewiele, a jakie ułatwienie dla kogoś, kto jest na prawdę chory i dwugodzinne wysiadywanie mocno mu szkodzi. Kolejne wdupiemanie, tym bardziej wkurzające, że ostatnimi czasy do rodzinnego jest rejestracja na godzinę, z półgodzinnym ewentualnie poślizgiem.

A poza tym? Lato tak jakby w odwrocie. Szósta rano budzi mnie ponuractwem zaokiennym, z którego nie wynika żadna zapowiedź na wstający dzionek. Jeszcze krótkie spodnie, ale już dresówka powyżej. Ptactwo napływowe odleciało jakoś zadziwiająco wcześnie - czyżby wczesną zimę wróżyło?
Na chwasto-plantacji już nic prawie nie zostało. Wiesław się pojawił i został wykorzystany do zbioru dyni. Z dyniami wyszło tak, że sianie kolejny rok z własnego nasienia jest bez sensu, bo się wzięły pokrzyżowały różnie i nic nie było takie jak miało być. Najgorzej wyszły na tym butternuty, które nawet kształty miały zupełnie niepodobne do butternutów. Pozyskałam trochę papryki pomidorowej, która byłą nad wyraz zadowalająca i przetworzyłam ją na pastę pomidorowo-paprykową. To już ostatnie porywy domowego przetwórstwa. Jeszcze na dziś w palnie sok malinowy i jakiś dżemo-przecierek. Ewentualnie za chwilę sok z winogron od sumsiadki, które objawiają się też w nadmiarze.
I tak sobie przemyśliwam, czy by nie czas zamienić się w jaskółkę. (Co robią jaskółki? Jaskółki robią na drutach...) Zamiast wysiadywać odciski na czterech czytając po raz kolejny ulubione kryminały w ilościach hurtowych.....

czwartek, 30 sierpnia 2018

jedzonko, jedzonko

Ponieważ zdecydowałam się stosować do diety FODMAP, musiałam wyeliminować wiele produktów. Niektóre wyeliminowały mi się same, np. na twaróg nawet nie patrzę. Robię, oczywiście i mrożę, z nadzieją, że kiedyś będę mogła i miała ochotę go zjeść. No, ostatecznie zrobię sernik, który zje reszta. Ogólnie odżywianie stało się bardziej uciążliwe i wymagające więcej zachodu, co stoi w konflikcie z moimi możliwościami fizycznymi. W dodatku wiele tych potraw, które mogę okazuje się niesmacznych. Ostatnia zupka cukiniówka przecierana wylądowała w zlewie, bo samo patrzenie na nią mi szkodziło.
No to szukam czegoś co byłoby jednocześnie jadalne i dozwolone. Takie się wydawały placuszki bananowe, jednak w praktyce okazały się niesmaczne. Podobnie zresztą, jak wcześniej zrobione ciasto bananowe, które leżało, aż nabrało mocy urzędowej do zutylizowania go.
Dzisiaj zrobiłam bliny wyłącznie na mące gryczanej. Żadna filozofia to nie jest, ale nigdy dotąd nie robiłam, ponieważ dawniej mąka gryczana była nieosiągalna. Podobnie zresztą, jak niepalona kasza gryczana, a tylko taka nadaje się do zmielenia na mąkę. Kaszka krakowska istniała w zamierzchłych czasach (i moja Mama robiła z niej taką kostkę do czystych zup - gotowało się na wodzie, wylewało na półmisek, potem kroiło w kosteczkę i dodawało do niektórych zup), potem zniknęła na długi czas, a ostatnio istnieje znowu.
Przy okazji przeszukiwania sieci pod kątem przepisu na bliny, natrafiłam na bloga z przepisami tradycyjnymi. No i zainteresowały mnie oczywiście. Ale bardzo szybko się zniechęciłam, bo stwierdziłam prawie gołym okiem (wszak matematyk jestem i proporcje potrafię nawet na oko oszacować), że autorka sobie z czytelnika jaja robi, ponieważ podany przepis ma zupełnie inne proporcje składników niż oryginalny. Poczułam się zlekceważona, bo wrzucanie takiej ściemy jest tanim chwytem marketingowym (który wydaje się jednak dobrze działać u tej młodej damy) i przejawem braku szacunku dla czytelnika. A zachowanie oryginalności starej receptury, przy wykorzystaniu definicji jednostek typu "kwarta", "kwaterka", "łut", kalkulatora kulinarnego i excela zajęło by mniej niż 15 minut (co przetestowałam). Męska część rodziny blinów się nie czepiła (choć poprzednie placuszki bananowe Starszy opędzlował do zera, ku mojej zagryzionej wściekłości, bo wolałam je jednak od styropianu). Z dwóch szklanek mąki wyszło ich całkiem sporo.
Zgodnie z przysłowiem, ze "głodnemu chleb na myśli" ciągle jakieś tematy jadła mnie stąd i z owąd atakują. Naprzykrzają mi się np. zapiekanki z dawnych czasów, kiedy jeszcze nie było natłoku tych budek oferujących długie buły z jakimś wsadem polane ohydnym keczupem i kiedy pasztetówka była tak pyszną wędliną, że obowiązkowo musiała się znajdować na świątecznym półmisku (Tak, tak, sanockie zakłady mięsne produkowały taką w swojej masarni. Choć innych pysznych wędlin nie brakowało, zawsze na święta musiała być obowiązkowo, pokrojona na półmisek w grube plastry). W tamtych zamierzchłych żywnościowo czasach robiło się zapiekanki (albo raczej "grzanki') z buły zwanej weką albo inaczej wrocławską pokrojonej w ukośne plastry. Na te plastry szła pasztetówa, kawałek serka  żółtego i coś "do smaku". Tym czymś do smaku mógł być koncentrat pomidorowy (o keczupie wróble jeszcze nie ćwierkały), jakiś ogóreczek -skurwiszonek, powidło śliwkowe albo śliweczka ze słodkiej marynaty. No i własnie te śliweczki ze słodkiej marynaty mi nagle strasznie nadepnęły na umysł, wzmocnione tym, że w sadzie wisiało na drzewie jeszcze około wiadra stanlejek.
Robiłam takie śliweczki od zarania dziejów moich jako samodzielna hałsłajf. Jeszcze w tej starej chałupie, gdzie zamieszkiwałam przez lat wiele stały słoiki ze śliweczkami w sieni z zaimprowizowaną spiżarką we wnęce drzwiowej prowadzącej donikąd. Ale jak to jest w historii zaranie dziejów ginie następnie w ich pomroce i taka pomroka właśnie nakryła posiadany i wielokrotnie sprawdzony, a potem wieloletnio nie wykorzystywany przepis. Zaczęłam więc przeszukiwać zawzięcie zasoby, mając nadzieję, że ktoś coś podobnego wrzucił. Pamiętałam tylko, że ta octowa zalewa to był w zasadzie taki ulepek - sama słodycz złamana octem. Cos podobnego znalazłam tylko u OlgiSmile. Potem się okazało, że niestety tylko podobne, bo octu było za dużo, a cukru jednak za mało. Zrobiłam, ze swoimi poprawkami opartymi na reminiscencjach. Po trzech dniach przebywania w zalewie, wzmocnionej dodatkową ilością cukru i codziennie zagotowywanej, po uprzednim odcedzeniu śliweczek wyszedł prawie sukces. Śliweczki okazały się takie jak oczekiwała moja pamięć smakowa. Jedyny mankament to ten, że jednak powinny to być węgierki -skórka stanlejek zrobiła się jakby pancerna i trochę psuje doznania smakowo - estetyczne.  Dopiero później palnęłam się w durny łeb, skutkiem czego wysypało się z niego, że: skoro były to czasy mocno przedinternetowe, skoro ja tego przepisu nie miałam zapisanego, to musiał on pochodzić z którejś z moich książek z przetworami, które na regale występują nader licznie i wielokrotnie były z sukcesem wykorzystywane. Było już mocno po ptokach. Ale przepis znalazłam. Pochodzi on z książki "Kompoty, marynaty, dżemy", która swego czasu była moim jakby elementarzem domowego przetwórstwa owocowo-warzywnego. I jakby tak ktoś nie miał pomysłu co zrobić z nadmiarem węgierek (bo ileż wiader powidła można wyprodukować na użytek domowy) to cytuję:
Śliwki marynowane:
1kg śliwek węgierek
40 dag cukru
1/5 szklanki octu
1 szklanka wody
kilka goździków (ew też odrobina laski cynamonu)
Wykonanie:
Śliwki ponakłuwać wykałaczką. W rondlu zagotować wodę z cukrem , octem i przyprawami. Wrzucić śliwki do wrzącej zalewy, doprowadzić ponownie do wrzenia, zdjąć z ognia, zostawić do jutra. Nazajutrz odcedzić śliwki, zalewę ponownie zagotować, wrzucić śliwki. I da capo tak jeszcze raz kolejnego dnia. Po czym gorące toto poskładać do słoików, zalać zalewą i pasteryzować 15-20 min w 90 stopniach.
Uwagi i komentarze:
1.Na zrobienie tych śliwek jest już na prawdę ostatni moment ponieważ w tym roku wszystko biega na wariackich papierach i węgierki miejscami są już gotowe na powidła. Natomiast do tego przetworu musza być użyte węgierki mało dojrzałe, takie twarde i jędrne.
2. Ja zawsze preferuję wypestkowanie śliwek do przetworów. Po pierwsze konieczność plucia pestkami odbiera przyjemność jedzenia, a po drugie te pestki z czasem wydaja z siebie kwas pruski, który jest tam w nich zgromadzony, czego świadomość także odbiera przyjemność jedzenia.
3. Tych śliwek nie można w tej zalewie gotować bez opamiętania, żeby sobie nie zrobić przypadkiem słodko-kwaśnej dziabdzianki. Jedynie do powtórnego zawrzenia i finito, potem samą zalewę można chwilę pogotować mieszając, żeby trochę odparowało.
4. Nie przesadzać z ilością goździków i cynamonu, wiadomo bowiem, że co za dużo - to niezdrowo. Po wielokrotnym zagotowaniu te goździki będą nam się mocno narzucać smakowo, a ma to smakować śliwkami, nie goździkami.
5. Na ogół nie robię marynat na occie, bo nie znoszę jego zapachu. Tam gdzie można zastępuję ocet kwaskiem cytrynowym w proporcji 1 łyżeczka kwasku na 100 ml wody zastępuje 100 ml octu 10%. Nie polecam zastępowania w przetworach octu spirytusowego octem jabłkowym czy winnym ponieważ każdy z nich ma pewien swoisty smak i zapach, który może zepsuć smak przetworu. Te śliwki robię jednak na zwykłym occie. Odór octowy jest tylko pierwszego dnia powalający. Potem ginie i wszystko to się ładnie przegryza.
6. Nadmiar zalewy można zlać do osobnych słoiczków lub buteleczek i stosować zamiast octu balsamicznego ew do wykonania śledzików ze śliwkami ( co cytuję za OlgąSmile, ale czego sama nie ćwiczyłam, ona podobno tak)

Smacznego i powodzenia. No i nie dajcie się zwariować temu bieżącemu nadmiarowi owoców. Chociaż należałoby wziąć pod uwagę ilość przetworów dwuletnią, bo w przyszłym roku owoców na pewno nie będzie.

Do takich wniosków doszła też zapewne rzeszowska, która ostatnio została przemianowana na rezydentkę. Albowiem pojawia się jak kometa Halleya (chociaż, nie bo jednak pojawienie się komety jest bardziej przewidywalne) i okupuje rezydencję, twierdząc, że jej to "dobrze robi", zaprowadzając swoje, jedynie przez nią wytłumaczalne porządki oraz doprowadzając mnie do białości miałkoleniem "a tego nie ma, a tamtego nie ma, a to żeście wyrzucili, a gdzie jest tamto". Co się może kończyć tym, że wreszcie przestanę być uprzejma i odezwę się równoważnikiem: "A ch.j ci do tego!"
Podczas ostatniego rezydowania, zakończonego wczoraj, zapragła zasłoikować sobie jabłka. Wzięła z sadu półtora wiadra antonówek, ode mnie słoiki bo nie chciało jej się myć tych, które w olbrzymiej ilości znajdują się w piwnicy rezydencji. Następnie udała się do sklepu po cukier i pokrywki, które zapomniała nabyć, bo zaabsorbował ją temat dalszych losów naukowych syna sąsiadki-ekspedientki. Skutkiem czego na następny dzień Starszy udał się by podwieźć ją do sklepu po te pokrywki. Po czym zabrała się za przetwarzanie jabłek. Skutek jest taki, że pozostał po jej akcjach przypalony rondel (czemu mnie to nie dziwi? Przez te wszystkie lata tutaj sobie przetwarzała dowolnie i zawsze pozostał jakiś przypalony rondel, albo nieumyty garnek, albo spaćkana sokiem półka w spiżarce), a czym mnie poinformowała z komentarzem, że "nawet nie było czym pomieszać, bo wszystko powyrzucane". (No, sory, ale opcja rezydowania połączonego z przetwarzaniem tudzież czynieniem wypieków nie była brana pod uwagę)
Wczoraj Dziecko, gdy zwróciłam mu uwagę na stan deski po skorzystaniu, było uprzejme warknąć, że rezydencja stoi pusta i się tam chyba przeprowadzi.(Oczywiście w następnym ułamku sekundy udało się do łazienki by stan ów zmienić.)  Na co odrzekłam, że nie widzę przeszkód....