niedziela, 6 sierpnia 2017

Finito

La fę. Po żniwach. Natenczas.Owies w sąsieku.
W czwartek Starszy zaczął marudzić, że owies już może byłby chętny. Wytrzymaliśmy marudzenie do wieczora, a w piątek rano zadzwoniłam do kombajnistów, uprzejmie zapytując, czy może, jakby, gdyby, to by się dało skosić. Nie dało się w piątek, bo mieli inne azymuty, ale obiecali na sobotę. Że do południa. I jeszcze w sobotę zadzwonić. No to OK.
Korposzczurek miał przybyć w sobotę, zapowiadał się na 8.30 do odbioru, więc gra.
Tymczasem o 8.00 Korposzczurek zadzwonił, że zaspał, więc będzie 12.30 do odbioru. To już trochę mniej OK.
Zadzwoniłam do kombajna.  Będą przed południem na 100%. No, to OK.
Poszliśmy z Dzieckiem pospinać żelazo.

Złapałam się za bolec od zaczepu i czuję, że mnie ktoś obserwuje. Podnoszę wzrok, a na gałce od regulacji siodełka w ursusie siedzi sobie taki gość i luka. Potem poskrobał się przednią łapką po czole (a może popukał w czoło znacząco?) I wcale mu nie przeszkadzało, że Dziecko usiadło na siodełku. Dziwne te zwierzęta ostatnio jakoś. Instynkt samozachowawczy im zanika?

Żelastwa pospinane, plandeka zarzucona. Południe się zbliża, a tel od kombajnu niet. No to dzwonię. Za pół godziny będą kosić u Waldka, a jak skończą, to zadzwonią. A ja dzwonię do Korposzczurka, który zgodnie z planem powinien już opuścić Rzeszów. A ten dopiero minął Dębicę. (Pewnie z tego upału szyny się wygły i pociągi mają opóźnienia.)
No to wygląda na to, że nam się pokryje.
Odebrać podwójnie opóźnionego Korposzczurka pojedzie Dziecko. A Starszy cichcem już przebiera nogami, żeby siąść na traktor i żeby go te żniwa też choć troszeczkę  dotyczyły. Udało mu się, bo tylko Dziecko wyjechało zadzwonił kombajn, że już. Od tego momentu "JUŻ", było jakieś pół godziny do kolejnego "JUŻ" (czyli - sypiemy), ale kombajnista lubi widzieć, że przyczepa czeka gotowa na opróżnienie zbiornika w każdej chwili.


Bydlątko w akcji. Pierwszy pokos od strony soi. Z drugiej strony ququ. Poletko kwadratowe, więc na nim więcej kręcenia dupskiem tej maszyny niż jazdy.

Dziecko odebrało Korposzczurka i przywiozło ją prosto w pole. Czekamy razem.

Tymczasem boćki się jakimś sposobem zwiedziały, że świeża ścierń się szykuje i wylądowały. Jeden po drugim, trzy. I tak sobie łażą obok huczącego bizona, nawet nie bardzo mu się z drogi usuwając.

No i jest! Sypie się ziarko na przyczepę. Nawet sporo, jak na taki mały kawałek. Na oko - tona, albo lepiej.


Starszy już swój udział w żniwach zaliczył i po ścierni  traktorem manewrowało Dziecko, żeby się bizonowi odpowiednio podstawić. Starszy wsiadł w blaszankę, posadziwszy za kierownicą Córunię, która jeździć umie, choć papiera na to nie ma (Na szczęście droga polna, nie - publiczna. Nawet jakoś prywatna udziałowo. To można i bez papierów.)

A my z ziarkiem za nimi. Takim tunelem kukurydzianym.

Przed domem mało się dziecka nie pozabijały, bo Korposzczurek chciał cofnąć blaszanką w trudnych warunkach (z tyłu traktor a obok VW). Dziecko, nie mając zaufania do jej umiejętności, zaczęło instrukcje wydawać, na co Córunia się wqrzyła do białości i wysiadła z blaszanki walnąwszy drzwiami. Zrobiła to tak energicznie, że wypadł boczek, obrywając zapinki, co stało się powodem kolejnej wojny.
W końcu Dziecko jakieś zapinki pozyskało, boczek umocowało i zabrało się do ustawiania przyczepy,  żeby bezboleśnie ziarko wrzucić na strych nad garażem. I wykombinowało, że cofnie do garażu, zamiast się bujać z jak najściślejszym ustawianiem przyczepy równolegle do ściany. Bywało, że udało  mu się na milimetry, bo on perfekcjonista jest, ale i tak zawsze trochę zboża na glebę poleciało. Z cofnięciem do garażu był problem niejaki, bo to trzeba przyczepę wepchnąć w dziurę niewiele od niej szerszą.  W końcu, po zapięciu jej na przód traktora udało się. Przez chwilę rozważaliśmy plusy dodatnie i plusy ujemne użycia żmijki do przemieszczenia tego ziarka. Przeważyły ujemne (ustawianie żmijki, a następnie zdejmowanie zajęłoby więcej czasu niż jej praca. No i żmijka lekka nie jest, zwłaszcza ten jej koniec z silnikiem. Normalnie umocowuje sie ja na takiej specjalnej podstawie, która można regulować jej kat nachylenia. Umocowana siedzi tam sztywno, z silnikiem u góry. W tych warunkach umocować jej nie można było, a bez tego oczywiście będzie chciała się obrócić silnikiem na dół, zgodnie z prawami fizyki. I musiałaby pirzgać ziarkiem w górę). Stanęło na wiaderkowaniu. Dwa wiadra budowlane i "odbierz pełne, podaj dalej, odbierz puste, podaj dalej". Najgorsza część roboty przypadła Dziecku - czyli nabieranie do wiaderka i podawanie do zwodka. Padło na niego z prostej przyczyny takiej, że ziarko mieliśmy na niskopodwoziówce i każda z nas musiałaby to wiaderko podnosić mniej lub więcej ponad głowę. Dziecko podnosiło na wysokość klaty.
Część owsa wcześniej została wrzucona do skrzyni, która stanęła w zapasowym boksie u kóz. N ajakis czas latanie z wiadrem na strych mam z głowy. Po czym się znowu napełni skrzynię.
A potem we dwoje zabraliśmy się za autoporządki, a Córunia została oddelegowana do garów. Co było najlepszym wyjściem, bo we dwie byśmy się przy tych garach prawdopodobnie pozabijały. A tak - ona zrobiła po swojemu i była zadowolona, że jej się nikt nie wpychał w paradę oraz auta (znaczy blaszanka i służbowy Dziecka VW) zostały poodkurzane, wyczyszczone i wybłyszczone od wewnątrz.
A potem odbyły się dożynki połączone z obchodami 80-tych urodzin Starszego. Tort upiekłam poprzedniego dnia, z wielkim poświęceniem używając piekarnika przy tej makabrycznej lampie. Przełożyłam nocą, uprzednio się trochę przekimawszy w oczekiwaniu na przyjemniejsza temperaturę. Tort zrobiłam czekoladowy, z mojego zawsze wychodzącego ciasta. Trzywarstwowy, z jedną warstwą orzechową, upieczoną z berecika. Przełożyłam masą mocno czekoladową. którą się robi ubijając śmietanę z  uprzednio rozpuszczoną w niej czekoladą. Krem jest super, sam z siebie dość sztywny. Przechowywanie w lodówce mu nie szkodzi, a nawet wręcz przeciwnie.

Udało mi się pstryknąć zmasakrowane resztki. Zmasakrowane powierzchownie z powodu, iż Córunia kupiła fajerwerkowe cyferki.  Efekt był fajny, jak się wniosło taki tort strzelający iskrami, ale zjarane resztki skapnęły na jego powierzchnię i trzeba było je niestety powybierać, żeby  nie ponieść szkody na uzębieniu. Ponieważ efekty optyczne zostały już odnotowane, bardziej skupiłyśmy się na dokładnym powybieraniu skapniętego, niż na tym by nie zakłócić optyki tortu. Który zresztą i tak miał się pojawić ponownie  w postaci porcji na talerzykach.

Do pełnego efektu zabrakło prezentu, który nie zdążył dojechać. Firma, w której go zamówiłam w poniedziałek, informowała, że wysyłają towar do pięciu dni roboczych. Napisałam z uprzejmą prośbą, czy nie mogliby dostarczyć do piątku, bo., (wiadomo). Otrzymałam równie uprzejmą odpowiedź, że "dołożą wszelkich starań" by w czwartek oddać kurierowi. Na wymianie uprzejmości się skończyło, starań nie dołożyli żadnych. Szkoda, bo wiele by ich to nie kosztowało (przy braku mocy przerobowych mogli nie zapakować Józkowi, któremu na czasie nie zależało, a zapakować dla mnie), a radocha Starszego byłaby pełniejsza.

Dziś zaczęło po południu trochę straszyć deszczem. Ciekawe, czy na strachach się skończy, czy faktycznie popada. Potrzebny ten deszcz, jak manna na pustyni, bo już wszystko schnąć zaczyna. Nawet kukurydza wygląda marnie. Nawet lipa zaczyna żółknąć. O trawniku przed domem  nie wspomnę - dawno zapomniał jaki jest właściwy kolor trawy. Żniwa w okolicy właściwie zakończone. Jeszcze dziś jakieś niedobitki jakieś resztki dokaszały. No, to mogłoby padać







środa, 2 sierpnia 2017

pozyskiwanie

Żniwne upały zapanowały. Tak było cicho-cichutko, jakieś tam rzepaki cichcem spośród kukurydzy sprzątnięte. A właściwie wykradane, bo na rzepakowe żniwa pogoda była w kratkę. A teraz na zboża - jak drut od paru dni. I niby tych zbóż niewiele się na oko wydawało, ale kombajn "z pipkiem" pracuje do tej pory. A już 23.00. I właściwie nawet teraz nie bardzo jest czym odetchnąć pełną piersią.Temu na pipczącym kombajnie nie przeszkadza, najwyżej go tyłek boli od siedzenia cały dzień na fotelu, choć i tego nie jestem pewna, bo fotel w takim kombajnie jak marzenie. Kombajnista się nie spoci, nie ubrudzi, nie zmęczy, bo wszystko sterowane komputerem i na paluszek. Gorzej mają ci, którzy traktorem z przyczepa czekają, aż kombajn wysypie. No i oczywiście ci na bizonach, bo bizonów jeszcze trochę jednak żniwuje.
     Wczoraj somsiad Staszku, co się z nim na słomę umawiałam wpadł rankiem, że o 10tej Lesio bizonem zajeżdża do niego, będzie też kosił jęczmień Świętego Franciszka i pyta, czy mój owies także.
Starszy w piątek już nie zdzierżył żniwnego napięcia i pojechał ten owies obadać. Badanie wykazało, że pewnie w tym tygodniu, ale nie należało się spodziewać, że już w poniedziałek z rana. Na wszelki przeciwpożarowy złapałam Czarną na sznurek (bo o wiele lepiej się idzie z psem) i poszłam w ten owies zerwać garść i Starszemu przynieść do ekspertyzy.(Starszy jakiś cienki bardzo od soboty). Nie trzeba było nawet eksperta, moje laickie oko stwierdziło, że owsa nie ruszać, bo jak słoma jeszcze zielona, to ma czekać. Ale Staszku pszeniczkę wykosił i zaistniał przymus  zorganizowania chłopa z prasą, coby tę słomę skostkował zgrabnie .No to Dziecko wykonało telefon do Dzikiego. Dziki prasę ma, ale nie ma komu prasować bo chłopaki na kombajnie i na traktorach.
Poszłam więc do Waldusia. Walduś żniw jeszcze nie napoczął. Chłoporobotnikiem się stał na powrót, bo udało mu się gdzieś do jakiejś pracy załapać, w odległości mniejszej niż poprzednie 50 km, więc w domu jest już o 16tej. Ale prasa jeszcze nie ruszana, bo on w zasadzie tylko sobie prasuje. Że dobry chłopczysko jest, obiecał że może na środę da się coś zrobić. Trochę nie bardzo miałam ochotę do tej środy czekać - dobrze, jak słoma po kombajnie trochę poleży, ale nie kuśmy licha, co to nie śpi. Przy tej straszliwej lampie grom z jasnego nieba i nagła ulewa niczym dziwnym by nie były. A jakoś nie bardzo się rwałam do przewracania potem tej słomy, żeby wyschła. Na szczęście przypomniał mi się gość w sąsiedniej wsi, który od lat prasował na usługi. Jechałam z Dzieckiem z niejaką obawą - niby roboty na prasę niewiele, bo zbóż mało w okolicy w tym roku i mało kto zbiera słomę, bo ludziska zwierząt żadnych już prawie nie trzymają. Niektórzy nie tną słomy, ale wtedy zbiera ją taki miejscowy krowi farmer i prasuje we własnym zakresie. Tyle, że ostatnimi czasy tak się porobiło, że nawet jak roboty mało, to nie każdą się weźmie, bo "się mi nie chce". Na szczęście okazało się, że gościowi się chce i umówił się na dzisiaj przed dziesiątą, co mi z jednej strony nie bardzo było, bo wolałam, żeby jednak te słomę trochę wyprażyło po ewentualnej nocnej rosie, z drugiej strony - była szansa na ominięcie największego upału południowego.
Szansa była, ale się zmyła, bo prasowacz nie nawykły chyba do liczenia się ze słowem i używania zegarka, poza tym obiecał też Świętemu Franciszkowi. I w zasadzie tę Frankową słomę świsnął, zanim zdążyliśmy z przyczepą dojechać i wyrównać pokosy. Pierwszy pokos poszedł mu gładko, ale od drugiego już się prasie przestało podobać -wypuszczała niezwiązane kostki. Te kostki trzeba było wyplątywać ze sznurka, i rozrzucać na sąsiedni pokos.
Tak jak do tanga trzeba dwojga, tak do zwożenia słomy w kostkach najlepiej trojga. A że nas było dwoje z Dzieckiem zdolnych do prac fizycznych, tośmy się obawiali, jak damy radę (Co prawda można 60tke ustawić na mały bieg i puścić wolno - jak nie ma sklepanego układu kierowniczego to sobie sama pomalutku, prościutko jedzie, a traktorzysta może latać z widłami i wrzucać) Szczęściem Staszku się zadeklarował, że pomoże, co jest ewenementem totalnym, bo tu się nie zdarza taka pomoc sąsiedzka, nawet w rodzinie rzadko, chyba,że ty mi, a ja ci. No i pomógł. Dziecko jechało, Staszku wrzucał, a ja układałam. Później Dziecku się znudziło w kabinie, ustawiło "tempomat" i też zaczęło wrzucać. Dobrze, że dopiero przy trzeciej warstwie, której nie musiałam dokładnie układać, bo by mnie tymi kostkami zasypali.   Staszku pojechał z nami na gumno i pomógł wyłożyć słomę na strych nad kozami. Poszliśmy z Dzieckiem na strych we dwech, bo trzeba było te kostki odnosić od zwodka i układać.  Na strychu nie było zupełnie czym oddychać. Starszy, któremu lata nawyku usiedzieć w domu nie dały (bi żniwa to taki wewnętrzny mus, a trochę jakby święto), zarządził przerwę i pchnął umyślnego po napoje chłodzące.
Posiedzieliśmy chwilę w cieniu ażurowego dachu stodoły (Ze względu na ten ażur słoma poszła na strych. Oraz ze względu, że ma robić za izolacje stropu nad kozami) Staszku wypił 2 regularne browary, a my z Dzieckiem po radlerze 0%, który syfem totalnie chemicznym jest, ale świetnie gasi pragnienie. Po czym zakończyli robotę. Po czym jeszcze Staszku odebrał od Dziecka instrukcje, co może bolec jego 30tkę i jak to naprawić. Po czym Staszku zapytał, czy jest już za kwadrans. Okazało się być kwadrans po. Więc Staszku złapał własne widły i poleciał, a my z Dzieckiem też oddaliliśmy się z gumna zostawiając ten pierdolnik, który tam powstał na nieco bardziej sprzyjające okoliczności pogodowe, czyli tak bliżej zachodu słońca.
Po czym wyszło na to, że wyiskiwanie pokruszonej słomy z trawnika zajęło mniej więcej tyle czasu, co rozładowywanie przyczepy.
Kozy poszły ałt, zmuszone do wyjścia z obórki użyciem miotły. W obórce miały fajny chłodek, bo im drzwi zamknęłam (które są niestety od południa) a zostawiłam tylko otwarte osiatkowane drzwiczki gnojowe na północ. Na ałcie wcale się nie zajęły pozyskiwaniem pożywienia, tylko wzięły się za łby i w tym im nawet panujący nadal upał nie przeszkadzał. Dziecko przeżywa zawsze to, że tak się tymi łbami tłuką i opiernicza mnie, żeby je wypuszczać osobno, albo palikować. Ale przecież bezrogimi łbami krzywdy sobie nie zrobią a kiedyś się w końcu zmęczą i dadzą sobie spokój.
Domowe czworonogi leżały przez cały dzień jak skóry z diabła, porozrzucane popod nogami, że przekraczać trzeba było w celu poruszania się po mieszkaniu, co nie wszystkim było na nogę. Nawet koty nie wylegiwały się po parapetach. A psy porzuciły potrzeby fizjologiczne. Dopiero późnym wieczorem nabrały wigoru i Czarna na widok sznurka dostała takiego małpiego rozumu, że zaczęła po mnie skakać, przy czym oczywiście udało jej się zdrapać mi nogi.

Tak, że tak. Tradycja została utrzymana. Na żniwa jednak się załapaliśmy. Jeszcze owies czeka na pniu. Mam nadzieje, że do końca tygodnia  będzie gotowy i któremuś od bizona zechce się na te 30 arów jechać.

W międzyczasie powzięłam przeświadczenie, że  jednak jestem debilem ogrodniczym, bo paprykę i oberżynę prowadzi się, tak jak pomidory, a nie puszcza na żywioł. Udawało mi się z tą papryką tylko chyba na zasadzie, że co drugi głupi i co drugi raz ma szczęście. W tym roku oberżyna jest u mnie po raz pierwszy. Mimo zaniechania obrodziła pięknie.

Niestety najobficiej owocujący krzaczek jakiś potwór polowy podżarł od korzenia. Musiałam cały prawie przynieść do domu, bo to zielone przy szypułce jest tak kłujące, że gołą ręką zerwać się nie dało. Na krzaczku było około 10 owoców, większość malutkich, które zostawiłam polowym potworom.

No i kompozycja prawie na ratatuję. Brakuje tylko cebuli i cukini. Ale dziś doniosłam i pierwsza ratatuja została popełniona oraz skonsumowana cichcem.Pomidory obecne na zdjęciu nie doznały zaszczytu, bo za mało dojrzałe. Zamiast nich użyłam ubiegłorocznych ze słoika - bez skórki, w pomidorowym przecierze. Przepyszne były, ale to już ostatni słoik.

piątek, 28 lipca 2017

Dzikie akcje

W moim stanie tak już jest, że czasem rękom-nogom ruszyć trudno i z przymusem. A czasem jakiś wigor w człeka wstępuje i zaczynają się dziwne akcje. Najczęściej bodźcem do działania jest wqrwik pt. "tak być nie może". (Bo jak zostanie poniechane to, albo się totalnie spieprzy i dopiero będzie jazda, albo już tak oddziałowywuje na uczucia estetyczne, że przepatrzeć niedasie)

I tak właśnie było wczoraj:

Rankiem poszłam popaczeć jak syn sumsiadów maluje ciotce Helence stół. I spod Helenki ganku powstał ogólniejszy luk na moja glicynię. Który pokazał, że ona już ma ochotę na dach włazić. Na co nie mogłam pozwolić, więc wzięłam sekator i polazłam na balkon. (Dla mnie akcje balkonowe na wysokości I piętra wysokiego to totalny hardkor bo oprócz klaustro mam też akro..Dopóki jeszcze ten balkon w wiciach i gleby nie widać, to jako tako, a potem zaczyna się dziwnie. W dalszą dal popatrzeć mogę, byle nie wspód. Dodam, że ten balkon to w zasadzie tylko płyta, balustrady się nie doczekał i nigdy  już nie doczeka zapewne.)

Potem słońce wyszło i przerwało prace zewnętrzne, więc zapakowałam ogórecki mexico do słoików.

Potem słoiki do garnka.

Potem gotowałam kapuśniak. (Bo jeden słoik z kapustką mi się nie zamknął, a Starszy pożądał kapuśniaku)

Potem wieszałam pranie.

Potem blanszowałam szpinak.

Potem znowu polazłam na tę glicynie coby ukończyć dzieło, uprzednio drabinę przyniósłszy. I wielki sekator, bo się zawzięłam, że wreszcie utnę tę odnogę wystającą prostopadle, która mi działa. Tatuś został wezwany i robił za instrumentariusza (zabierz duży sekator, podaj mały, zabierz mały itd) oraz wsparcie psychiczne dla robotnika na wysokościach.Tatuś wsparciem psychicznym jest niezawodnie zawodnym, ale przynajmniej te sekatory odbierał.

Potem robiłam makaron ze szpinakiem i kozim serem a la lazania. (Makaron, takie lubellskie fale, nawet lepszy, bo jest mniej ciasta w cieście i bardziej jadalny jest)

Potem sprzątałam obcięte wiciowici.

Potem skubałam trawę w liliowcach.Bo tak głupio posadziłam, że jedynie skubaniem mogę usunąć. Na własną zgubę posadziłam. Jak by rosły gdzieś siam czy tam, to nawet niechby w trawie, bo i tak wzrok by sięgnął tylko luka ogólnego. A tu? łażę kilka razy na dzień i mi ta trawa na system szkodzi.

Te właśnie rosną siam-tam - daleko od oka. Na pierwszym planie wykopane w sadzie, przez Najważniejszą po coś tam lata temu posadzone, jakoś się im nigdy nie przyglądałam i nawet nie wiedziałam, że takie ładne.
A w tle, w krzakach te takie najzwyklejsze, ale za to niezawodne.

Ten rośnie, wraz z wieloma innymi pod balkonem. Dostałam od sąsiadki.
Te "podarowane" miały być różne, a okazały się wszystkie takie same, z wyjątkiem jednego, który jest bordo, ale kwitł bardzo słabo. Tu- jeszcze w trawie.

Potem nakarmiłam Dziecko.

Potem nakarmiłam pso-koty.

Potem poszłam z psami w pole (wcześniej jeszcze 2 razy, w tym jeden raz powrót z boćwiną dla kóz)

Potem zamknęłam psy za płotkiem, zaniosłam śliwki, wzięłam wiaderko i poszłam do kóz.
A kozy były ałt i na tym ałcie zawzięcie się łbiły, mimo gałęzi, które im nawrzucałam, jako przysmaki i rozrywka.
Uporządkowałam im apartamenty, wpuściłam, nakarmiłam, wydoiłam (przy czym Wanda usilnie się na mnie pchała i walczyłam o utrzymanie równowagi)

Potem wróciłam z mlekiem do domu.
I jak się złapałam za odkurzacz, żeby wykonać cowieczorny oblot to stwierdziłam , że 8 łap mi brakuje - zapomniałam o psach za płotkiem. Co ostatecznie złe nie było, bo przynajmniej mi się Czarna pod nogi nie podkładała, chowając się za mnie przed warczącym stworem.

Potem przyjechało Dziecko i przyprowadziło psy.
Potem siadłam i zadzwoniła Kaśka, a ja nie miałam siły z nią gadać. Więc dałam tatusiowi.
I wtedy stwierdziłam, że mam jeszcze mleko do przecedzenia, twaróg do odcedzenia i pranie do zebrania.
I jak już ogarnęłam, to się umyłam i padłam. Nawet nie miałam ochoty na kolację.
Nawet jak by mi kto zrobił. Z czym się nikt nie oferował.

wtorek, 25 lipca 2017

palma majorka

No, palma zaczyna odbijać, jak jest taka lampa, jak wczoraj. A Majorka. No, sumsiadka moja ulubiona, od kooperacji dobrosumsiedzkiej, ma jorka. Na przechowaniu, bo wnusia pojechała na wywczas i jorka zostawiła babci co by mieć luz i blus. (Ojtam, ja z moją Księżniczką jeździłam, PKPem, PKSem, nawet z przesiadkami. Luz może miałam mniejszy, ale nie zostawiałam nikomu na głowie swojego psa.) Jork jest z tych genetycznie modyfikowanych - zminiaturyzowana miniatura, waży mniej niż moja najlżejsza kota (1,4 kg)- ma cieczkę i lata w pampersie (gdzie dają takie minipampersy?!) oraz drze ryj, tak że głosu więcej niż ciała. (To chyba reguła, że im mniejszy pies, tym większy głos. Boby ktoś nie zauważył i nadepnął, enpe.)

Dziecko w łykend przebywało. Przez te 1,5 roku niepobytu koledzy się powykruszali (nawet ci wieloletni, bo tacy to byli koledzy). Ci od motocykli za daleką miedzą , a co za przyjemność w pojedynkę motórem śmigać? Czyli Dziecko z nudów umierało, bo działania wszelakie w niedziele grożą klęska rodzinną. Wobec czego, z tych nudów, wybrało się do kolegi rolnika wielkoobszarowego, parę wsi dalej. I skończyły się nudy, a zaczęły się ekscesy:
Przeciętny wieśniak w świętą niedzielę nie szlaja się na kombajnie, bo nie ma po czym tego kombajnu ciągać. (Zresztą - nigdy nie miał kombajnu.) Ponieważ zabawa w rolnictwo na nielicznych hektarach stała się w pewnym momencie irytującym, męczącym i dość kosztownym hobby, więc, gdy ustał sponsoring  z rolniczych emerytur rodziców i dziadków z powodu naturalnej kolei rzeczy, przeciętny wieśniak sprzedał za bezcen swoje nieliczne hektary w postaci licznych działek lub oddał w dzierżawę rolnikowi wielkoobszarowemu. I teraz ten rolnik wielkoobszarowym, często zwany eurorolnikiem, szlaja się w niedziele na kombajnie po swoich licznych hektarach, a przeciętnemu wieśniakowi wątroba gnije. Z powodu iż "on mo, a jo ni mom" oraz z powodu iż przeciętny wieśniak w niedzielę po sumie zajmuje się spożywaniem napoje wyskokowych. Najczęściej w postaci piwa, bo w każdej wsi jakiś miejscowy supermarkiet ma jakąś piwną na łykend promocję - 1,69 za harnasia enpe. Ale jak mu mało, to w każdej wsi funkcjonuje jakiś Jóżek, który ruską harę na setki, a nawet pięćdziesiątki sprzedaje. Do spożycia na miejscu. Co prawda, bez zagrychy (w końcu to nie knajpa!) ale to nawet korzystniej, bo efekt zastosowania szybszy.
I czasem taki przeciętny wieśniak, po spożyciu, gdy już zamknęli supermarkiet, zapragnie jakichś bardziej emocjonujących rozrywek. Enpe, przejechać się raz w życiu takim wieeelkim traktorem, jakim ten eurorolnik, co jego hektary obrabia jak własne, jeździ sobie codziennie. Albo, no, prawie codziennie. Co tam, że noc ciemna, że do traktora zapięta przyczepa, supernówka, o którą właściciel trzęsie się jak jakaś lejdi o kolię brylantową (bo po prawdzie nawet przyzwoitą kolię zamiast tej przyczepy mógł nabyć).
Więc taki jeden, wykorzystawszy moment, kiedy operator na chwilę został odwołany do drugiej maszyny, wsiadł do kabiny Jasia Dira, dał po garach i poooszedł. Długo nie szedł, bo tak, jak pieszo poruszał się krokiem trzeźwego węża, tak i jechał trzeźwego węża tropem. Pech chciał, że skarpa była i przyczepa mu się ze skarpy spluzgnęła. Szczęściem na obrotowym zaczepie była, bo by się i chłopisko z Jasiem Direm wykopyrtnął i kołami nakrył, a tak się traktor na brzegu skarpy, w przechyle znacznym, ale na czterech kołach ostał. No i zaczęły się rozrywki dla liczniejszej rzeszy. Najprzód "jasio" został liną do drugiego traktora przypiety, żeby jednak nie stracił równowagi. Następnie z pieleszy wyciągnięty został właściciel dźwigu, co by przyczepę na koła postawić. Następnie chłopcy przystąpili do prac ręcznych, żeby te 6 ton rzepaku, któren się na ścierń skiprował, z powrotem na przyczepę wrzucić.
Wsi spokojna, wsi wesoła...
No, spokojna i wesoła, bo nikogo nawet szelest nie doleciał, jak trzech chłopa łopatami śniegówkami ten rzepak  do 2giej w nocy wiosłowało, a potem powtórnie całość przez kombajn przepuszczało, żeby odwiać, co ze ścierni zabrane. Ale, oj tam. Jeszcze by się z nudów chłopu co we łbie porobiło - jak mu te 7 hektarów rzepaku grad wymłócił, to by mu roboty w żniwa brakło.(Mało kto się domyśla, że wymłócony gradem rzepak jest bardziej problematyczny niż niewymłócony. Bo przecież grad łanu nie unicestwił. I nie wiadomo teraz czy te stojąco-leżące sztywne badyle ciąć mulczerem czy kombajnem. I w dodatku parę ton ziarka poszło w glebę. I to ziarko będzie wschodzić sobie przez parę następnych lat, robiąc za chwast w przyszłych zasiewach.)

Pewnego roku myśmy mieli podobną akcję, podczas wypychania ręcznego czubatej przyczepy pszenicy ze stodoły. Wiesio - pijaczyna miał zaczepem sterować, ale się zgapił, przód zrobił za duży skręt, koło weszło pod spód i pszeniczka się skiprowała. Dodatkowo przyczepa była wywrotka i zdjęło pakę z ramy. Rozrywki było na kilka par rąk, pare godzin i trochę sprzętu. Na szczęście pszeniczka poszła nie na ścierń, a  na ubitą glebę. A jednego razu skiprowało mi się z przyczepy Dziecko, dziecięciem jeszcze będąc: po otwarciu przez tatusia tylnej burty zjechało na ściernisko z resztką słomy będącej na przyczepie. Niskopodwoziówka to była, do gleby blisko, słoma zrobiła za materacyk i Dziecko wstało nawet radosne, że tak fajnie mu się udało zjechać.

Z rolniczych rozrywek niegroźnych - "drift" trzydziestką w wykonaniu mojego, 14-letniego wówczas, Dziecka. Ciekawe czy "Jasiem Jelonkiem" by się  udało takie kółeczko wykręcić..

Przy pracach polowych zdarzają się akcje różne. Dobrze, jeżeli nikt nie ponosi przy tym szwanku na zdrowiu, a kończy się conajwyżej dodatkowym nakładem pracy. Ale bywa i tak, jak się to pewnemu panu zdarzyło, na betonowym gumnie zgubić z traktoru pomocnika najemnego a następnie go wielkim kołem przejechać. Oczywiście pomocnik nigdy już nie powstał po tym przejechaniu, a trauma faceta jest dożywotnia. Od tamtej pory,  zanim ruszy,   kilkakrotnie sprawdza czy drzwi są zamknięte i na alkohol nawet nie spojrzy, choć trzeźwy był wtedy, jak dzika świnia na zakręcie.

piątek, 21 lipca 2017

potyczki

raczej nie, że "walki", ale bardziej, że "potykanie się". O te różne bezduszności, bezhołowia, wdupiemania.

We w środę wyjęliśmy Starszego ze szpitala. Niby go już wyleczyli, Starszy dzwonił, że wypisy są tam około 14-tej. No to Dziecko zostawiło swoje, niecierpiące zwłoki, tematy agro-moto i pojechaliśmy, żeby być tak trochę wcześniej. Bo jakby tak salowa koniecznie już, na ten tychmiast musiała pościel zmienić, bo łózko potrzebne, to żeby nie musiał na korytarzu w piżamie siedzieć. Na szczęście salowa nie musiała. Tymczasem druga minęła, a nawet trzy kwadranse na trzecią, jak sobie o Starszym przypomnieli i zawołali go na "echo". Raptem, od rana! Ostatecznie wypis był gotowy na 15.30. Złapaliśmy te papiery i pomknęli autostradą do domu (U nas jest nieoficjalny zjazd z autostrady, na taką drogę techniczną. Super sprawa bo podróż do Rz odbywa się szybko, łatwo i przyjemnie - bez świateł, korków, radarów i chłopców radarowców na drodze co kawałek. No i tak trochę cywilizacją bardziej tchnie. I ta przestrzeń wokół!) Już nie zawracaliśmy sobie głowy aptekami, bo Dziecko było poumawiane tu i tam i zegar go gonił.
Aptekę zostawiłam na następny dzień.
Pojechałam do miasteczka wieśbusem - lampa potworna i wata w powietrzu. I w aptece babol kolejny: okazało się, że recepty są wypisane na 100% odpłatności, chociaż Starszy ma pewne zniżki z racji choroby przewlekłej, a 2 leki ma za zero z racji jw plus wiek.  I tu już nie kumam całkiem, jak to się odbywa w dobie komputeryzacji, systemów informacji medycznej, ewusiów i innych takich oraz pełnej dokumentacji leczenia  posiadanej przez szpital w wersji papierowej takoż. Stanęło na tym, że wykupiłam tylko połowę ilości jednego leku - do końca miesiąca starczy, a potem Starszy pójdzie do rodzinnego po receptę. (Pozostałe miał w wystarczającej ilości, ten jeden był nowy)

W międzyczasie zadzwoniła taka jedna Justynka w temacie śmietanki koziej. Na dzisiaj udało mi się uzbierać mały słoiczek, taki 150ml, tej śmietanki. (W kwestii wyjaśnienia dla niewtajemniczonych, a posiadających legendarne info na temat koziego mleka: to od zwykłej kozy wcale nie jest dużo bardziej tłuste niż krowie. I co gorsza tę tłustość z siebie, w postaci śmietany, bardzo opornie wydaje. W ogóle jest bardziej oporne na przemiany niż krowie - np. nie udało mi się żeby się zsiadło z własnej woli, zawsze dodaję pojemnik zsiadłego krasnystawskiego na zaczynek. Ale za to twarożek potem ma wszystkie twarożki pod sobą!)
A co z tą śmietanką? Justynka robi z niej maść dla męża, który ma jakieś zmiany skórne na odnóżach krocznych. Nic na te zmiany nie pomaga, jedynie ta maść z koziej śmietanki.
Maść powstaje w banalny sposób - po prostu się śmietankę "upraża" w rondelku do zagęszczenia, mniej więcej o połowę objętości ją kurcząc.
Osobiście tej maści nie robiłam, ale używałam słodkiej śmietanki w innym celu ze skutkiem zadziwiająco pozytywnym. Otóż udało mi się na stare lata zdurnieć na tyle, że "spaliłam" sobie plecy. Pamiętając z przeszłości doskonale, że zawsze wtedy, gdy jest słonecznie, a słońca się nie czuje, przebywanie na słonku na gółkę grozi oparzeniem. Co udawało mi się przerabiać np na kajaku lub grając w siatkówkę na plaży. Stosowało się wtedy różne recepty ratujące przed spaniem na wieszaku, które lepiej lub gorzej "raka" łagodziły, ale po jakimś czasie zawsze się "liniało". Tym razem zastosowałam maść nagietkową, bo nic innego nie miałam. Ponieważ działała średnio, więc zebrałam śmietankę i tą śmietanką posmarowałam plecy. Efekt łagodzący ból i pieczenie był natychmiastowy. A dalszy taki, że nie było żadnego "linienia", choć przy tym stanie poparzenia było gwarantowane, nawet grubą warstwą. Na pleckach pozostał piękny równomierny brąz.

Potykania się ciąg dalszy, bo dziś od rana brak wody. Dla kóz przyniosłam od sąsiada, a  w czajniku posucha. Dobrze, że na półce parę butelek mineralki, więc się nie odwodnimy, ale z niej kawy nie zaparzę, niestety. Susza kranowa mnie zaskoczyła, bo wszystkie wiadra spożywcze zajęte kiszonkami. W ogóle niefrasobliwość jakaś taka wylazła: zero zabezpieczenia na wypadek "W", żadnych balonów z wodą, zapasów zapałek (chociaż tych akurat dwa pudełeczka mi się w spiżarce walają, promocyjnie dodawane do zniczy), baterii, latarek, sucharów itp.
Sąsiad, po zaprowadzeniu wodociągu utrzymał sprawny hydrofor. U nas hydrofor rdzewieje w zakamarkach hadesu - nie było sensu się o niego troszczyć, bo studnia straciła wydajność -ostatnie miesiące przed wodociągiem to była szkoła przetrwania - hydrofor ciągnął błotnistą ciecz (mimo wcześniejszego czyszczenia studni), której używałam do mycia po przefiltrowaniu przez gruby ręcznik i przegotowaniu. Po wodę do gotowania latałam z wiadrem do sąsiada. Teraz czasem czerpiemy z niej wodę (w ubiegłym roku do podlewania grządek, w tym roku rusztowanie mi zabrania latania z bańkami), ale napełnienie jednego opryskiwacza skutkuje wyczerpaniem studni. Poza tym nie odważyłabym się tej wody napić, ani nawet w niej umyć.W podobnym stanie jest większość wiejskich studni.Tak się porobiło, że w jednych miejscach wody ubyło (studnie, sadzawki), za to przybyło w innych (np na łąkach, gdzie jeszcze niedawno siano zbieraliśmy teraz trudno wjechać traktorem, nawet w suszę)

Za oknem upał już kolejny dzień. Psie zezwłoki porozrzucane po podłogach, przekraczać trzeba. Nawet koty się nie parapetują tylko pokitrały się po kątach. Cisza. Sąsiadka pokneblowała bliźniaki i trzyma je związane w piwnicy. Albo leżą zezwłokiem jak moje psy. Kombajnów nie słychać, traktorów nie słychać, bo w pobliżu prawie sama kukurydza. Żniwa rzepakowe w pełni, a i zboża już też miejscami zaczynają kosić. Niebawem przyjdzie pora na mój owiesek.


wtorek, 18 lipca 2017

do przodu

 choć trochę do tyłu.


Znów mnie nieco wcięło, ale teraz mam usprawiedliwienie: Od wtorku Starszy jest znowu w klinice w Rz. Na oddziale intensywnej terapii kardiologicznej. Znalazł się tam z nagła, po wykonaniu badania "echo" serca i konsultacji z prowadzącym go profesorem. Okazało się, że ilość płynu w osierdziu znowu wzrosła i najlepiej się położyć i najlepiej od razu. No to się położył z marszu. A ja miałam nieco latania  w celu zabezpieczenia podstawowego wyposażenia, resztę dowoziłam na następny dzień. Czwartek  odpuściłam, bo lało w ziąbie, a w piątek miał punkcję poślizgniętą z czwartku, no i leży sobie na "eRce". Nie wygląda najgorzej, tylko monitor ma podłączony i kawałek rurki mu z klatki wystaje. W sobotę odwiedzała go Najważniejsza, która wzięła  przepustkę na sobotę i niedzielę z onkologii  - miała wrócić na 14tą,a dziś ma mieć kolejną dawkę chemii. Coś napomykała, że sobie odpuści, ale jednak się zdecydowała, co jest zrozumiałe. Najbardziej martwiło ją to, że znowu wyłysieje, a już po poprzedniej sesji zdążyła obrosnąć na tyle, że może pokazywać się bez peruki.

.............................................................................

Zaliczyłam Rz. w celu nawiedzenia chorego. Starszy jeszcze na eRce się znajdował, ale w trakcie mojej wizyty został przeniesiony na zwykłą salę. Upolowałam jakiegoś doktóra, coby wypytać o leczenie i rokowania. Wnioskuję, że jeszcze jakieś 3 dni  go potrzymają. A co potem, to nie wiem, bo Starszy mi się nie bardzo podoba. Słaby, kiepski i wygląda ogólnie jak dupa na lewą stronę.
Wróciłam przez P. Z powodu iż wsiadłam do pierwszego lepszego busa, który jechał w tę stronę. Bilet na G. mi sprzedał, o czym okazał się bardzo mocno pospieszny i przystankami po drodze nie bardzo się przejmował. Czytałam książkę na wszelki wypadek, żeby nie widzieć co wyprawia na szosie. I jak podniosłam głowę znad tej książki to już był wypiek chleba w R. A chwile potem Orlen przed P. Dobrze, że w P. zapytałam, gdy stanął na światłach na głównym skrzyżowaniu, czy zajeżdża tam, gdzie wszystkie prywatne komunikacje, bo dojechałabym do J. A tak podreptałam na dworzec PKS i wróciłam wieśbusem. Tym razem "nie ma tego złego" się sprawdziło. Bo i chleb kupiłam i nóg oszczędziłam wysiadłszy pod domem prawie zamiast kilometrowego marszu od szosy.
Zmęczona byłam tą podróżą bardziej niż po sianokosach, ale przed padnięciem na pysk musiałam jeszcze parę rzeczy zrobić, działając bardziej siłą woli niż siłą fizyczną.

A poza tym jesteśmy trochę do przodu, bo w piątek po południu Dziecko się zawzięło i wykosiło busz w sadzie mulczerem. Nie obyło się bez wyrazów strasznych, bo manewrowanie traktorem między drzewami skutkuje ściągnięciem dachu tudzież urwaniem świateł. Dziecko stanowczo zagroziło, że ostatni raz traktorem kosi i "rób sobie co chcesz". Resztę wykosiło spalinówką w sobotę i w końcu "wygląda jak u ludzi" (U "ludzi" wygląda znacznie lepiej bo mają traktorkokosiarki i koszą co 3 centymetry). Oprócz tego dostałam ostry opeer za to, gdzie posadziłam śliwki. Przy czym, niestety, Dziecko miało świętą rację, bo zrobiliśmy to idiotycznie, co już się okazało, przy próbach  manewrów traktorem na grządkach. A jak te śliwy urosną, to dodatkowo będzie cień na warzywkach. Czyli trzeba przeflancować, póki młode.


No i mamy wreszcie luk na plantacje. Na pierwszym planie pies ogrodnika, na drugim sporne śliwy, na trzecim moje uprawy, a w tle kukurydza dzieckowa. Z której to kukurydzy wyłania się czasem jakieś płowe bydlątko i konsumuje zawartość moich plantacji. Pomidory rosną głównie TU, ale też i ÓWDZIE, a nawet "TAM I SIAM', ponieważ mam mnóstwo samosiewek. Zobaczymy co z nich wyrośnie.


A tak wygląda nasza "ścieżka spacerowa": po lewej ququ, po prawej ququ, aż po horyzont, który się jakoś podniósł nieco. A z brzegu moja kapucha, którą musiałam ograniczyć, bo płowym bydlątkom posmakowała. W tej chwili już częściowo usunięta, a dokładnie - przemieszczona z pola do domu.


I zmieniła stan skupienia, przy pomocy tej oto szatkowniczki, która ma wszystkie szatkowniczki pod sobą. Służy mi niezawodnie już kupę lat, noże są ostrzalne, bo nie ma to jak porządny polski produkt. Stan wizualny jest jak widać, ale po tej ilości pokrojonych warzyw wszelakich, w tym buraków dla kóz, trudno wymagać bielszego docienia bieli.  


Za oknem mam efekty akustyczne. Tym razem zróżnicowane nieco: zaczęło się od podkaszarki bladym świtem, a potem podkaszarka ustąpiła głosu bliźniakom, które babcia przywiozła (albo babci przywieziono) na wywczas. Bliźniaki nie mówią, potrafią natomiast wrzeszczeć, w dodatku cały czas w górnej oktawie, tak, że świdruje w uszach. Na tle innych sąsiedzkich dzieci są wyraźnym ewenementem. Jak dotąd jeden raz babcia powiedziała "nie wolno", a ani razu nie kazała im się zamknąć. Ciekawe, jak ona to znosi, zwłaszcza, że jest nauczycielką, bo dla mnie szkolny wrzask był tak jakoś jakby w tle i nie drażnił, natomiast poza szkołą miała być cisza. 
Zagłuszają nawet traktory, które nagle zaczęły być aktywne, bo rozpoczęły się żniwa rzepakowe. Na razie nieśmiało, bo pogoda durna, a rzepak musi być suchy bardzo do kombajnu. A potem będzie dłuuuga cisza w polach, aż do października-listopada, bo w tym roku mamy tu tylko rzepaki i kukurydze.

Słuchawki albo stopery.








piątek, 7 lipca 2017

Uzyski

Coś tam urosło, zaowocowało i dary boże nie mogą się tak całkiem marnować. No to pojechaliśmy lambordżinim do sadu. Starszy dostał polecenie wziąć stołek i obrywać czerwone porzeczki, a ja miałam zrywać wiśnie. Skończyło się na tym, że "kazał pan-musiał sam". Starszemu szło tak niemrawo przy tych porzeczkach, że w poszłam mu pomóc. Niewiele tego było, z 5 litrów może. Ostatecznie  stołek Starszego, który był jego pożal się boże rękodziełem, zgubił nogi i Starszy wylądował w trawie. Dobrze, że miękko i niewysoko oraz się z uwolnionymi nogami rozminął i żadna mu się w nic nie wbiła. Pozbierał się jak żółwik i pomagał mi z tymi wiśniami. Gałązki trzymał, bo ja kurduplem jestem i wysoko nie sięgnę. Zwykle na wiśniobranie wybieraliśmy się traktorem z przyczepą i rwałam z przyczepy. czasem z samego traktora stojąc na masce, na co Dziecko strasznie dziób darło, że pozaginam. Tym razem traktor stał z zapiętym opryskiwaczem, a na przyczepie znajdują się dwa mauzery. Te mauzery w zasadzie by bardzo nie przeszkadzały, ale odpinanie opryskiwacza mnie nieco przerasta, bo zbyt wiele gimnastyki wymaga, w tym przeciskania się na wciągniętym brzuchu między błotnikiem a zbiornikiem i skłonów pod śrubą rzymską, by wypiąć "przekaźnik mocy".
No to Starszy trzymał gałązki a ja obrywałam. W pewnym momencie na jakąś góreczkę pod stopami natrafiłam, co mnie  ucieszyło nieco. Ale tylko na chwilę, bo góreczka okazała się mrowiskiem i natychmiast jego zawartość przeniosła się na moje nogi. Ostatecznie uzysk wyniósł około 10 litrów, co jest wynikiem nader mizernym, albowiem w najgorszych czasach bezwiśniowych  minimum 2 wiadra przerabiałam.
Wszystkie te wiśnie wydrylowałam, drylownica zresztą, czego normalnie nie robię. Zwykle dryluje paluchami, siedząc z tymi wiśniami na schodkach przed domem. Tym razem było zbyt zimno na siedzenie na schodkach, a w kuchni paluchami drylować się nie odważyłam - wyobraziłam sobie mycie potem ścian, szafek i wszystkiego wkoło i wyjęłam drylownicę. I tak się jakiś krwawy rozbryzg pojawił na kafelkach obok zlewu, na wysokości mojej kostki. Złośliwość przedmiotów martwych.

W ogóle jakaś złośliwość w przyrodzie panuje straszna - np. leje ni stąd ni z owąd, nie wiadomo z jakiej chmury i skąd się ona nagle wzięła: któregoś dnia skończyłam właśnie wieszać drugie pranie na "balkonie" (pierwsze już dość podeschnięte było, bo ostro duło), jak wzięło i lunęło. I to tak, że zaniechałam lecenia i zbierania. Poszłam za sąsiadką z Górki, panią Marysią, która na hasło "Pani Marysiu, a pranie?", wzruszyła ramionami i pokazując palcem w górę rzekła "Kto zmoczył, ten wysuszy". Świnte słowa, pani Marysiu!
Dziecko się wzięło za koszenie stepu akermańskiego. Najpierw się kosa zezłośliwiła, bo próbnie odpaliła, po czym wzięła zdechłą i domówiła współpracy. Ale dziecko zawzięte było, skoczyło do kolegi po jego sztila. I jak tego sztila odpaliło, to znowu lunęło. A Dziecko kosiło, a z góry lało jak z cebra.

Na pocieszenie pojawiła się taka "Brama do Raju"

Wczoraj postanowiłam kozi pedikiur uskutecznić, bo już tupało na poddaszu, że za długo nie cięte i jeszcze się weźmie i coś narobi z tymi rapetami. Pogoda wydawała się akuratna, bo jak z psami poszłam to w dresówce musiałam. Ale jak tylko Andzię przypięłam u ściany to zaczęła się taka lampa, że wodę do szorowania pazurów mi podgrzewało w misce.Andzia jeszcze jako tako dawała radę, bo ogólnie biała, ale czarne małpię ziajać zaczynało, gdy kończyłyśmy. Co jej zresztą nie przeszkodziło, po wpuszczeniu za płotek (bo na rozkładzie było sprzątanie apartamentów, czyli akcja "gie"), pójść matriksem i z łbem do Andzi. Ale je za tym płotkiem nieco przysmażyło, bo jakoś nie wymyśliły, żeby pójść tam, gdzie cień, tylko się w pełnym słońcu naparzały łbami. Tak, że dały się grzecznie zaprowadzić z powrotem, jak skończyłam i nie było matriksów z ochrona kwiatostanu na podwórku. (Wandal już usunął jedną pelargonię z doniczki. A jakowyś chabaź w innej tak jej się spodobał, że się w kotka i myszkę zabawiała ze Starszym, który rzucił się bronić kwiatostanu własnom piersiom).
A najbardziej mnie cieszy, jak lunie natychmiast po tym, jak skończę wynosić te parę wiader wody, by podlać kwiatostan doniczkowy i gruntowy. no, bo przecież tę trochę ruchu potrzeba dla zdrowia? A nie tak siedzieć na tym krześle i pilnować się, żeby z niego nie spaść. Bo niestety tak bywa często (np. wczoraj), że nawet siedzi się z trudem. Więc się człek sam kolanem wypycha, żeby się ruszyć i coś podziałać, bo siedzenie jest niebezpieczne dla życia i zdrowia.

Kwiatostan doniczkowo gruntowy. Nie ma tego wiele, ale cieszy oko.

I jeszcze taki chabaź. Może ktoś wie, co to. Dostałam sadzonkę. Miało być "takie kwiatko w paski" - rozumiałam, że jakaś surfinia, czy cóś. Tymczasem toto wydało w końcu w bólach jedno "kwiatko" na czubku i ono wygląda jak pomarańczowa gerbera.

Wieczory są tak zimne, że siadam do filmoteki w kocyczku. W mieszkaniu oczywiście, przy uchylonym oknie - nie na jakowejś werandzie, czy czymś takim. Świat nie widział, żeby o tej porze roku coś takiego. O tej porze roku sypiało się pod samym prześcieradłem, bo kołdra parzyła o ile udawało się w ogóle zasnąć. A bywało, że noc spędzałam nad Czarną, która leżała, jak skóra z diabła, bliska wyzionięcia ducha i okładałam ja mokrymi ręcznikami  (teraz wymyślili jakieś maty chłodzące dla psów)
(Chyba muszę Klementynie tez pedikiur zrobić bo przylazła właśnie na kolana, złapała fazę i udeptuje mnie łapkami, pomruk z siebie wydając. Nie do końca to przyjemne jest, bo ma strasznie ostre te pazurzyska, a wiadomo, że przy udeptywaniu to jest wystawiam-chowam, na zmianę. Niby cięte miała niedawno, na okoliczność ewentualnych ataków obronnych u weta przy sterylce, ale  urosły. Cięłam na wszelki wypadek, pomna tego, jak koteczek Areczek wyskoczył pani wetce przy próbie wkłucia się w żyłę i wylądował na moim ramieniu wbijając w nie szpona na cała głębokość - myślałam wtedy tylko o tym, żeby tak pozostał i żeby mi się udało wyjąć tego szpona z dziury. W innym razie pewnie by interwencja pana od cerowania była potrzebna. Na szczęście został, a pani wet przypomniała sobie o torbie do aresztowania kota, z której wystaje tylko łepek oraz można wyjąć dowolną, pojedynczą łapkę. )
Jak jest lampa - pomiędzy zachmurzeniami i deszczami i nic się nie da robić, to mogłabym sobie na "balkonie" posiedzieć, w cieniu wisterii. Ale nie mogę. Bo sobie ptaszki gniazdko uwiły i moja obecność bardzo im przeszkadzała. Więc sobie poszłam precz. Chociaż teraz zdaje się już mogłabym, bo Starszy zaobserwował, że szpaki jakieś akcje przy tym gniazdku wykonywały - albo wybrały jajka, albo pisklęta.

Gniazdko w wisterii

I drugie, też już puste, w podkładce pod chomąto, która wisi u wejścia do stodoły. Wkładam do niej sznurki od słomy, coby były pod ręką a pod nogą się nie walały. Ostatnio zawieszałam na haku u kóz, więc ptaszyny miały spokój.