Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lutego 2019

chleba naszego powszedniego

jadalnego!

Z tradycji jesteśmy chlebożercami. Tak jesteśmy przyzwyczajeni do jedzenia chleba, że konieczność przejścia na dietę, która ten chleb wyklucza, jest trudna i bolesna. Przyzwyczajenie do zjadania kanapek powoduje, że szukamy czegoś, czym by ten chleb w tych kanapkach śniadaniowych zastąpić. Bo zrobienie czegoś innego na śniadanie niż kanapka jest bardziej czaso- i praco- chłonne, a wiadomo - człek wstaje głodny i już by coś wszamał.
No, wiem, że są jakieś płatki, owsianki, kaszki itp. Tyle, że większość z nich w moim przypadku odpada, bo albo się źle przyjmuje, albo jest chemicznie wzbogacona, więc nie trącam. Kornflejksów się nie nauczyłam i nie lubię (zresztą należą do tych chemicznych), natomiast owsianka, jaglanka, kukurydzianka - nie lubią mnie. Pozostał mi więc ryżowy styropian, przeplatany placuszkami gryczano-ryżowymi i omletami. W końcu ten styropian zbrzydł mi okropnie i bywało, że łapałam się za zwykły chleb, a to się na ogół źle kończyło.
Bo chleb dostępny w sklepach jest obrzydliwy, niesmaczny, w dodatku etykietę ma tak długą, ze strach ją czytać. Nawet jeżeli ten chleb ma w podtytule napisane "na naturalnym zakwasie" to i tak jest to tylko ściema marketingowa, bo do ciasta sypnięto jedynie, oprócz 10 innych ingrediencji odrobinę suchego zakwasu. W samym P. jest piekarni conajmniej pięć, w gminie - drugie tyle, a w powiecie to już nawet nie wiem. Prawie wszystkie robią chleb byle jaki. Jedyny, stosunkowo smaczny chleb, jaki pojawia się w p-skich sklepach to chleb z Jawornika i Wylewy. W stonce też pojawia się dobry chleb,  tzw."gieesowski", czy ten na miejscu pieczony "z koszyczka", który smakuje, jak dawniej chleb smakował. Ostatnio Dziecko przytaszczyło chleb z Markowej, z piekarni Jaworzanka. Napisane było, że pieczony metoda tradycyjną. Dość sceptycznie na ten chleb popatrzyłam, bo taki tradycyjny z Rogóżna, z certyfikatami w dodatku jadła regionalnego, jest dla mnie niejadalny. Natomiast ten mnie pozytywnie zaskoczył. Owszem, był dość mocno "zbity", ale dzięki temu udawało się pokroić na cienkie kromeczki. Natomiast w smaku był niezrównany - nie za kwaśny (Nie znoszę kwaśnego chleba, w dodatku z kminkiem - tragedia. Chleb na zakwasie wcale nie musi być kwaśny, wiem to na pewno.), trochę smakował jak dobry pumpernikiel. I faktycznie - długo pozostawał jadalny. Dziecko ma już zapowiedziane, że przy następnym pobycie w Markowej ma przywieźć obowiązkowo ten chleb.
Ale wyczytałam, że chleb z mąki orkiszowej na zakwasie ma mi nie szkodzić. No to trzeba spróbować upiec.
Dawniej piekłam chleb często. Zarówno w maszynie, jak i w piekarniku. Potem zepsuł się piekarnik i grzał tylko na termoobiegu, a tak można upiec conajwyżej biszkopt. Potem zepsuła się maszyna do chleba. A potem zepsuły się moje flaki i nie bardzo nadawałam się do takich rozrywek jak zabawa w piekarza.
Co prawda, zdesperowana tym, że jestem skazana na paskudny styropian, próbowałam kilkakrotnie piec chleby tzw. bezglutenowe. Plus był taki, że zabawa w przygotowanie takiego chleba była krótka i mało absorbująca. Minus taki - że były średnio jadalne, a po jednym z nich moje flaki się wręcz zbuntowały.
Wobec czego stwierdziłam, że jak się bawić to się bawić i zamiast jakiś chlebopodobnych kucianek wyprodukować chleb prawdziwy, na prawdziwym zakwasie.


No to zrobiłam. W rzeczywistości nie jest taki szary...


Nastawiłam zakwas, czym się chwaliłam w poprzednim wpisie. Nastawiłam go początkowo na żytniej razówce, ale potem  przez cztery dni był  już dokarmiany mąką chlebowa orkiszową (każdego dnia tyle samo mąki co wody, u mnie po 5dag). Piątego dnia, rannym ranem dokarmiłam jeszcze raz (tym razem dałam po 10dag), a wieczorem zrobiłam zaczyn.


Zaczyn z 1/2 kg mąki orkiszowej, 30dag zakwasu i 1/2 l wody. Następnego dnia rano wyglądał świetnie. 

Mimo to, że harmonogram schodzenia do hadesu padł i przebudziwszy się z pierwszej drzemki około 22-giej stwierdziłam, że kaloryfery są tak ciepłe jak wczorajszy nieboszczyk a smok w hadesie wymaga reanimacji, zaczyn pracował świetnie.
Po wykonaniu porannych zadań zabrałam się za wyrabianie ciasta. Do michy z zaczynem doszło drugie pół kilo mąki, łyżka soli, łyżka miodu i pół szklanki wody. Te drugie pół kilo stanowiła mąka orkiszowa z dodatkiem białej pszennej w jakiejś 1/3. Wody okazało się, że trzeba dać odrobinę więcej niż te pół szklanki, bo pewnie moje mąki były bardziej suche. Przepis przewidywał jeszcze dodatek dowolnych ziarenek w ilości 1 szkl, ale zrezygnowałam z ziarenek, bo się nie lubimy.
Ciasto wyrabiałam w misce wielką drewnianą łychą, oburęczną, która została zakupiona sto lat temu, do takich właśnie zadań specjalnych (między innymi przefasowała wiele kilogramów masła).
Zwykłe ciasto drożdżowe wyrabiam mikserem ręcznym z hakami, ciasto na chleb jest jednak zbyt ciężkie, żeby taki mikserek dał mu radę. Jakiś kenłud czy inny taki - planetarny, o dużej mocy (min 1400 W) owszem, ale nie posiadam i na posiadanie się nie zanosi. Więc pracowałam tą łychą cierpliwie, aż ciasto zaczęło do mnie gadać - tak "pufff- pufff" oraz wyciągać się w "igiełki".


Ciasto ma już dość męczenia.

Przełożyłam w dwie blaszki keksówki, które wcześniej wyłożyłam papierem do pieczenia. Blaszki zawsze przygotowuję najpierw, żeby były już gotowe, jak skończę z ciastem. (Mam taki mały sposobik na wykładanie blaszek papierem, żeby było równo i dokładnie: odwracam blaszkę do góry dnem i zaginam na niej starannie papier. Nawet jak potem nie uda mi się go przyzwoicie zdjąć, to i tak nie ma problemu, bo kształt blaszki już ma zapamiętany. Kiedyś, na jakimś kulinarnym blogu, twórczyni podawała sposób taki: papier zamoczyć, zmiąć i wtłoczyć w blaszkę. Miałam przy tym trochę uciechy!)
Postawiłam pod ścierę i niech se rośnie, jak zechce. Zechciał. Miał rosnąć ok 5 godzin, ale uwinął się szybciej.Posmarowałam wodą i posypałam czarnuszką. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 220 stopni, po 15 minutach zmniejszyłam na 190 (mój piekarnik chyba grzeje lepiej niż powinien). Na spód piekarnika poszła miska metalowa z wodą (Ciekawa rzecz była z tą miską, bo ona się cały czas trzęsła, jak gdyby tam wibracje jakieś były). Po niecałej godzinie chlebki były gotowe. Zostawiłam jeszcze na chwile w piekarniku, posmarowawszy uprzednio wierzch zimną wodą (skórka robi się bardziej jadalna i błyszcząca).


Po wyjęciu z foremek poszedł na kratkę. Najpierw na wznak...


A potem trochę na boczku...

Sępy krążyły nad nim i musiałam stanowczo ostrzec, żeby mi żaden nie ważył się z nożem startować, bo gorącego chleba się nie kroi, ponieważ mu to szkodzi. Udało mi się sępy utrzymać na stosowną odległość, ale w końcu już tak im ozory wisiały, że uległam i ukroiłam po kromeczce. Już takiego dość mocno przestudzonego. Ale i tak obsechł na powstałym przekroju.

Tak więc moje kolejne podejście do wypieku chleba na zakwasie zostało uwieńczone sukcesem ( z poprzednimi podejściami, do chleba żytnio-pszennego było jakby pół na pół) i będę te wyczyny co jakiś czas powtarzać. Zakwas, po odważeniu ze słoika potrzebnej porcji, dokarmiłam 10 dag maki i 10 dag wody, zostawiłam tak do rana, a rano schowałam do lodówki w otwartym, koniecznie słoiczku.
(Potem Dziecko odmówiło jedzenia chleba ze sklepu i musiałam je nakarmić moim. Dziecko nalega, by upiec pszenno- żytni, zatem spróbuję, ale najpierw niech zjedzą ten ze sklepu, bo nie wszystek się dla kóz nadaje)

A poza tym?
A poza tym dziwactwa ciąg dalszy... Jakąś idiotyczna wiosnę mamy początkiem lutego, która już pospiesza Dziecko by jechać z nawozami w pszenicę. Obawiam się, żeby ta lutowa wiosna nie odbiła się potem śniegiem leżącym do końca kwietnia, bo to zwykle tak jakoś bywa, że nastanie wiosny wiąże się z terminem Wielkanocy. A ten w tym roku najpóźniejszy możliwy.
Na razie mamy najpaskudniejszy moment wiosny: na gumnie massakra massakryczna powstała w wyniku wożenia się Dziecka zielonym 10-tonowym bydlatkiem po nieutwardzonym gruncie. Wobec czego tam, gdzie była trawa jest teraz lej po bombie. Drę twarz, żeby mi przynajmniej na ten fragment trawnika tuż przed domem niczym nie zajeżdżać. W dodatku krety robią swoją krecią robotę i tworzą krajobraz księżycowy. Przez lata nie miałam kretów na posesji. Po tym jak kiedyś, już dawno sprężyłam się mocno, polatałam ze świecami i je skutecznie przegoniłam. Wiosną zrobię powtórkę, bo nie zniesę tych kopców, zrytych trawników i zniszczonych roślin.
Paskudne oblicze przedwczesnej wiosny wylazło także oknami. Kuchenne okno wychodzi na wschód (skąd najczęściej wieją wiatry, od pól w dodatku) więc poranne ostre słoneczko pokazało cały powiatrowy osad na szybach. Zatem powzięłam mocne postanowienie, żeby umyć. (Z  kuchennym oknem jest problem tego typu , że można je umyć dopiero, jak słońce pójdzie za chałupę. Czyli po południu. A ja najbardziej żwawa jestem przed.) Nie lubię brudnych okien. Nie lubię mycia okien, choć od wielu lat, po wymianie, jest to o wiele prostsze niż dawniej, kiedy okna były olbrzymie i otwierały się na zewnątrz. Nie mam zacięcia do zawziętego polerowania szyb, żeby nie było maziaków. Ale nie lubię maziaków, bo mnie wqrzają jeszcze bardziej niż ogólnie brudne szyby. Dlatego nie stosuję żadnych domowych metod na mycie szyb. (Proszę państwa, myśmy już to przerabiali, ale byliśmy wtedy piękni i młodzi - dziś już tylko piękni i ze zbuntowanymi flakami. Była kreda z octem, była "prawda" w użyciu./Chociaż "prawda" nie, bo farba drukarska za bardzo smarowała/, były szampony, octy i inne cuda wianki). Chociaż, zamiast cudownych płynów, do mycia zlewu, umywalki, kafelków stosuję kwasek cytrynowy i sodę , to jednak do szyb uznaję tylko profesjonalną chemię.
Z jakiejś smarketowej wycieczki Dziecko przywlekło sobie spraj do kokpitu i piankę do szyb samochodowych.  A jego kolega Kubuś, który mu w tej wyciecze towarzyszył i wpadł jeszcze na kawkę, stwierdził mimochodem, że jego matka od dawna niczego innego do szyb nie używa. Wobec czego Dziecko natychmiast psikło na kuchenną szybę, przetarło papierowym ręcznikiem i stwierdziło "ŁAŁ!"
Tak, ta pianka to jest właśnie to, dzięki czemu leniwe tygrysy polubią mycie okien! (Uwaga! Tu będzie psełdo reklama!) Szybko-łatwo-przyjemnie-bez smug i maziajów-szyby lśnią jak kryształ. Wystarczyła mała szmatka z mikrofibry, żeby trochę przetrzeć pianę i papierowy ręcznik w niewielkiej ilości. Pianka nazywa się K2 Nuta i dla mnie jest to najlepszy środek do mycia szyb, z jakim miałam dotąd do czynienia. Kosztuje wcale nie więcej niż jakiś lepszy psikacz do szyb, a cała przyjemność po mojej stronie. Z rozpędu i wdzięczności umyłam także okno w pokoju Dziecka. Wyznam szczerze, choć ze wstydem, że stało niemyte od jesieni, więc jesienne muchy pozostawiły na nim to co zwykle muchy zostawiają, w obfitości wielkiej. I z tym  pianka poradziła sobie nadspodziewanie dobrze! Tylko jedno maźnięcie mikrofibrą (przy każdym innym płynie musiałabym pracować gąbką) i papierowy ręcznik. Potem się rozpędziłam jeszcze na lustro u mnie w pokoju i foty w ramkach, które miały jakoś dziwnie pomaziane szybki, co stwierdziłam, gdy mnie któregoś dnia naszło na wyrównywanie zwisów.
A potem wzięłam grabie i zgrabiłam resztki podrzewne popod oknem, którym to drzewo do piwnicy wrzucane było, bo mi na uczucia estetyczne mocno oddziaływały negatywnie.
Negatywnie mi też oddziałują cztery kury, nie-wiadomo-czyje, które pojawiły się przed kilkoma dniami na gumnie i zachowują się jak u siebie w domu, czyli przychodzą mi srać na schody. Gdyby z tego gówna na schodach był jeszcze pożytek w postaci jajka, to może bym nic nie rzekła, bo z chłopskimi jajkami tragedia. Rzeszowska zapragnęła jajka chłopskiego (podobno u niej w sklepie tylko klatkowe). Strasznych wywiadów wymagało i zabiegów organizacyjno-logistycznych, żeby wreszcie te 30 jajek zdobyć. Z czego rzeszowska dostała dwadzieścia. Widoków na chłopskie jajka brak, chociaż niby wiosna się zrobiła, sąsiedzkie kury łażą i robaczki sobie wybierają oraz trawkę skubią. Z czego nic nie wynika, niestety, w kwestii produkcji wiadomej.
Nie-wiadomo-czyj jest także czarno biały kociuś, którego pewnego dnia zastałam u kóz. A tu akurat proszę częściej, bo myszy sobie pozwalają w tym roku, jak nigdy. Być może to ultradźwiekowe coś, co zainstalowałam u kóz i niby miało odstraszać to je właśnie przywabia?

A poza tym? 
Starsze Dziecko wylądowało w Lądku i ogląda sobie Westminster Abbey oraz śle mi foty i filmiki mesendżerem. (W sumie miło, że się z matką dzieli wrażeniami ze zwiedzania, tyle, że ja to wszystko w wersji obrazkowej znam. Moja ciekawość świata się ostatecznie na oglądaniu obrazków skończyła.) Dziecko w Lądku było wielokrotnie, ale służbowo. I wtedy to wyglądało tak: lotnisko,hotel, sala konferencyjna, jedzenie, hotel, sala konferencyjna,lotnisko. A teraz pojechała zobaczyć coś więcej niż hotel i lotnisko, zanim się ten Lądek całkowicie zbrexituje, co może jakieś utrudnienia implikować.
A młodsze Dziecko zaczęło jeździć na "siłkę". Co mnie w zasadzie cieszy. W zasadzie, bo męska gupota jest never ending, z wiekiem nie mija, zatem za pierwszym razem dało sobie tak w palnik, że rankiem rączek rozprostować  nie mogło. Wieszczyłam złowieszczo, że po całym dniu trzymania rączek na kierownicy już mu tak zostanie i będzie chodził ze zgiętymi, jak manekin. Wczoraj zrobił powtórkę, żeby trochę przepędzić zakwasy, co zapewne niewiele dało, bo po powrocie moczył się we wrzątku, czego nigdy nie czyni, ablucje załatwiając prysznicem. Posmarował by to czymś rozgrzewającym. Ale znając jego awersję do wszelkich mazideł naskórnych, wolę nawet nie napomykać o takiej opcji. Zatem gupota trochę poboli...




czwartek, 30 sierpnia 2018

jedzonko, jedzonko

Ponieważ zdecydowałam się stosować do diety FODMAP, musiałam wyeliminować wiele produktów. Niektóre wyeliminowały mi się same, np. na twaróg nawet nie patrzę. Robię, oczywiście i mrożę, z nadzieją, że kiedyś będę mogła i miała ochotę go zjeść. No, ostatecznie zrobię sernik, który zje reszta. Ogólnie odżywianie stało się bardziej uciążliwe i wymagające więcej zachodu, co stoi w konflikcie z moimi możliwościami fizycznymi. W dodatku wiele tych potraw, które mogę okazuje się niesmacznych. Ostatnia zupka cukiniówka przecierana wylądowała w zlewie, bo samo patrzenie na nią mi szkodziło.
No to szukam czegoś co byłoby jednocześnie jadalne i dozwolone. Takie się wydawały placuszki bananowe, jednak w praktyce okazały się niesmaczne. Podobnie zresztą, jak wcześniej zrobione ciasto bananowe, które leżało, aż nabrało mocy urzędowej do zutylizowania go.
Dzisiaj zrobiłam bliny wyłącznie na mące gryczanej. Żadna filozofia to nie jest, ale nigdy dotąd nie robiłam, ponieważ dawniej mąka gryczana była nieosiągalna. Podobnie zresztą, jak niepalona kasza gryczana, a tylko taka nadaje się do zmielenia na mąkę. Kaszka krakowska istniała w zamierzchłych czasach (i moja Mama robiła z niej taką kostkę do czystych zup - gotowało się na wodzie, wylewało na półmisek, potem kroiło w kosteczkę i dodawało do niektórych zup), potem zniknęła na długi czas, a ostatnio istnieje znowu.
Przy okazji przeszukiwania sieci pod kątem przepisu na bliny, natrafiłam na bloga z przepisami tradycyjnymi. No i zainteresowały mnie oczywiście. Ale bardzo szybko się zniechęciłam, bo stwierdziłam prawie gołym okiem (wszak matematyk jestem i proporcje potrafię nawet na oko oszacować), że autorka sobie z czytelnika jaja robi, ponieważ podany przepis ma zupełnie inne proporcje składników niż oryginalny. Poczułam się zlekceważona, bo wrzucanie takiej ściemy jest tanim chwytem marketingowym (który wydaje się jednak dobrze działać u tej młodej damy) i przejawem braku szacunku dla czytelnika. A zachowanie oryginalności starej receptury, przy wykorzystaniu definicji jednostek typu "kwarta", "kwaterka", "łut", kalkulatora kulinarnego i excela zajęło by mniej niż 15 minut (co przetestowałam). Męska część rodziny blinów się nie czepiła (choć poprzednie placuszki bananowe Starszy opędzlował do zera, ku mojej zagryzionej wściekłości, bo wolałam je jednak od styropianu). Z dwóch szklanek mąki wyszło ich całkiem sporo.
Zgodnie z przysłowiem, ze "głodnemu chleb na myśli" ciągle jakieś tematy jadła mnie stąd i z owąd atakują. Naprzykrzają mi się np. zapiekanki z dawnych czasów, kiedy jeszcze nie było natłoku tych budek oferujących długie buły z jakimś wsadem polane ohydnym keczupem i kiedy pasztetówka była tak pyszną wędliną, że obowiązkowo musiała się znajdować na świątecznym półmisku (Tak, tak, sanockie zakłady mięsne produkowały taką w swojej masarni. Choć innych pysznych wędlin nie brakowało, zawsze na święta musiała być obowiązkowo, pokrojona na półmisek w grube plastry). W tamtych zamierzchłych żywnościowo czasach robiło się zapiekanki (albo raczej "grzanki') z buły zwanej weką albo inaczej wrocławską pokrojonej w ukośne plastry. Na te plastry szła pasztetówa, kawałek serka  żółtego i coś "do smaku". Tym czymś do smaku mógł być koncentrat pomidorowy (o keczupie wróble jeszcze nie ćwierkały), jakiś ogóreczek -skurwiszonek, powidło śliwkowe albo śliweczka ze słodkiej marynaty. No i własnie te śliweczki ze słodkiej marynaty mi nagle strasznie nadepnęły na umysł, wzmocnione tym, że w sadzie wisiało na drzewie jeszcze około wiadra stanlejek.
Robiłam takie śliweczki od zarania dziejów moich jako samodzielna hałsłajf. Jeszcze w tej starej chałupie, gdzie zamieszkiwałam przez lat wiele stały słoiki ze śliweczkami w sieni z zaimprowizowaną spiżarką we wnęce drzwiowej prowadzącej donikąd. Ale jak to jest w historii zaranie dziejów ginie następnie w ich pomroce i taka pomroka właśnie nakryła posiadany i wielokrotnie sprawdzony, a potem wieloletnio nie wykorzystywany przepis. Zaczęłam więc przeszukiwać zawzięcie zasoby, mając nadzieję, że ktoś coś podobnego wrzucił. Pamiętałam tylko, że ta octowa zalewa to był w zasadzie taki ulepek - sama słodycz złamana octem. Cos podobnego znalazłam tylko u OlgiSmile. Potem się okazało, że niestety tylko podobne, bo octu było za dużo, a cukru jednak za mało. Zrobiłam, ze swoimi poprawkami opartymi na reminiscencjach. Po trzech dniach przebywania w zalewie, wzmocnionej dodatkową ilością cukru i codziennie zagotowywanej, po uprzednim odcedzeniu śliweczek wyszedł prawie sukces. Śliweczki okazały się takie jak oczekiwała moja pamięć smakowa. Jedyny mankament to ten, że jednak powinny to być węgierki -skórka stanlejek zrobiła się jakby pancerna i trochę psuje doznania smakowo - estetyczne.  Dopiero później palnęłam się w durny łeb, skutkiem czego wysypało się z niego, że: skoro były to czasy mocno przedinternetowe, skoro ja tego przepisu nie miałam zapisanego, to musiał on pochodzić z którejś z moich książek z przetworami, które na regale występują nader licznie i wielokrotnie były z sukcesem wykorzystywane. Było już mocno po ptokach. Ale przepis znalazłam. Pochodzi on z książki "Kompoty, marynaty, dżemy", która swego czasu była moim jakby elementarzem domowego przetwórstwa owocowo-warzywnego. I jakby tak ktoś nie miał pomysłu co zrobić z nadmiarem węgierek (bo ileż wiader powidła można wyprodukować na użytek domowy) to cytuję:
Śliwki marynowane:
1kg śliwek węgierek
40 dag cukru
1/5 szklanki octu
1 szklanka wody
kilka goździków (ew też odrobina laski cynamonu)
Wykonanie:
Śliwki ponakłuwać wykałaczką. W rondlu zagotować wodę z cukrem , octem i przyprawami. Wrzucić śliwki do wrzącej zalewy, doprowadzić ponownie do wrzenia, zdjąć z ognia, zostawić do jutra. Nazajutrz odcedzić śliwki, zalewę ponownie zagotować, wrzucić śliwki. I da capo tak jeszcze raz kolejnego dnia. Po czym gorące toto poskładać do słoików, zalać zalewą i pasteryzować 15-20 min w 90 stopniach.
Uwagi i komentarze:
1.Na zrobienie tych śliwek jest już na prawdę ostatni moment ponieważ w tym roku wszystko biega na wariackich papierach i węgierki miejscami są już gotowe na powidła. Natomiast do tego przetworu musza być użyte węgierki mało dojrzałe, takie twarde i jędrne.
2. Ja zawsze preferuję wypestkowanie śliwek do przetworów. Po pierwsze konieczność plucia pestkami odbiera przyjemność jedzenia, a po drugie te pestki z czasem wydaja z siebie kwas pruski, który jest tam w nich zgromadzony, czego świadomość także odbiera przyjemność jedzenia.
3. Tych śliwek nie można w tej zalewie gotować bez opamiętania, żeby sobie nie zrobić przypadkiem słodko-kwaśnej dziabdzianki. Jedynie do powtórnego zawrzenia i finito, potem samą zalewę można chwilę pogotować mieszając, żeby trochę odparowało.
4. Nie przesadzać z ilością goździków i cynamonu, wiadomo bowiem, że co za dużo - to niezdrowo. Po wielokrotnym zagotowaniu te goździki będą nam się mocno narzucać smakowo, a ma to smakować śliwkami, nie goździkami.
5. Na ogół nie robię marynat na occie, bo nie znoszę jego zapachu. Tam gdzie można zastępuję ocet kwaskiem cytrynowym w proporcji 1 łyżeczka kwasku na 100 ml wody zastępuje 100 ml octu 10%. Nie polecam zastępowania w przetworach octu spirytusowego octem jabłkowym czy winnym ponieważ każdy z nich ma pewien swoisty smak i zapach, który może zepsuć smak przetworu. Te śliwki robię jednak na zwykłym occie. Odór octowy jest tylko pierwszego dnia powalający. Potem ginie i wszystko to się ładnie przegryza.
6. Nadmiar zalewy można zlać do osobnych słoiczków lub buteleczek i stosować zamiast octu balsamicznego ew do wykonania śledzików ze śliwkami ( co cytuję za OlgąSmile, ale czego sama nie ćwiczyłam, ona podobno tak)

Smacznego i powodzenia. No i nie dajcie się zwariować temu bieżącemu nadmiarowi owoców. Chociaż należałoby wziąć pod uwagę ilość przetworów dwuletnią, bo w przyszłym roku owoców na pewno nie będzie.

Do takich wniosków doszła też zapewne rzeszowska, która ostatnio została przemianowana na rezydentkę. Albowiem pojawia się jak kometa Halleya (chociaż, nie bo jednak pojawienie się komety jest bardziej przewidywalne) i okupuje rezydencję, twierdząc, że jej to "dobrze robi", zaprowadzając swoje, jedynie przez nią wytłumaczalne porządki oraz doprowadzając mnie do białości miałkoleniem "a tego nie ma, a tamtego nie ma, a to żeście wyrzucili, a gdzie jest tamto". Co się może kończyć tym, że wreszcie przestanę być uprzejma i odezwę się równoważnikiem: "A ch.j ci do tego!"
Podczas ostatniego rezydowania, zakończonego wczoraj, zapragła zasłoikować sobie jabłka. Wzięła z sadu półtora wiadra antonówek, ode mnie słoiki bo nie chciało jej się myć tych, które w olbrzymiej ilości znajdują się w piwnicy rezydencji. Następnie udała się do sklepu po cukier i pokrywki, które zapomniała nabyć, bo zaabsorbował ją temat dalszych losów naukowych syna sąsiadki-ekspedientki. Skutkiem czego na następny dzień Starszy udał się by podwieźć ją do sklepu po te pokrywki. Po czym zabrała się za przetwarzanie jabłek. Skutek jest taki, że pozostał po jej akcjach przypalony rondel (czemu mnie to nie dziwi? Przez te wszystkie lata tutaj sobie przetwarzała dowolnie i zawsze pozostał jakiś przypalony rondel, albo nieumyty garnek, albo spaćkana sokiem półka w spiżarce), a czym mnie poinformowała z komentarzem, że "nawet nie było czym pomieszać, bo wszystko powyrzucane". (No, sory, ale opcja rezydowania połączonego z przetwarzaniem tudzież czynieniem wypieków nie była brana pod uwagę)
Wczoraj Dziecko, gdy zwróciłam mu uwagę na stan deski po skorzystaniu, było uprzejme warknąć, że rezydencja stoi pusta i się tam chyba przeprowadzi.(Oczywiście w następnym ułamku sekundy udało się do łazienki by stan ów zmienić.)  Na co odrzekłam, że nie widzę przeszkód....

piątek, 23 lutego 2018

ani widu

ani słychu. Wiosny oczywiście. Wbrew moim kozom, które kupę kłaka z siebie zrzucają, momentami w strąkach stojąc. Ale wierzę, że moim kozom się w móżdżkach nie popierniczyło i nadejdzie niebawem.
Tymczasem zima się trzyma w zasadzie ręcami i nogima - góra dba o uzupełnianie ubytków w okrywie, które powstają , gdy słonku uda się wyglądnąć. Wobec czego Księżniczka podwójnie nieszczęśliwa, bo nie dość, że to świeżo spadłe lepi się do łapek, to w dodatku pokrywa lodowe wertepy, z którymi biedne stare łapki sobie kiepsko radzą.

 Na razie jeszcze psie spacery odbywają się w takiej scenerii. No, prawie takiej, bo takie piękne słoneczko raduje nas tylko sporadycznie. Czasem widujemy sarny, gdzieś tam bliżej horyzontu, raczące się Waldkową oziminą. A czasem, nie wiadomo skąd pojawia się zając w locie. 

Przez większość tego tygodnia miałam bardzo wczesne pobudki. Na ogół budzi mnie tuptanie Księżniczki na wycieraczce u drzwi (u mnie wchodzi się do kuchni wprost z klatki schodowej, zatem oprócz trzech wycieraczek po drodze jest jeszcze czwarta w kuchni.)  Od szczenięctwa tak ma, że gdy potrzebuje wyjść - zajmuje pozycję pod drzwiami. I wszystko ok, gdy ktoś jest w kuchni, gorzej - gdy nie ma nikogo.
Jak pies tupta na wycieraczce to nie ma innej opcji, jak wstać, ubrać się błyskawicznie, potem kurtka, czapka i na końcu wskoczyć w wysokognojne, które czekają po drodze (takie wyskakiwanie na mrozik prosto z łóżka dość niebezpieczne jest, ale, jak dotąd, nie smarknęłam ani nie kichnęłam tej zimy. Co zawdzięczam wyłącznie psom, bo spacery z nimi bez względu na pogodę swoje robią. Oczywiście bywa tak, "że nawet psa by nie wygonił". I moje się wtedy wygonić nie dają: zrzucam je ze schodków, czasami dosłownie, załatwiają szybko co mają do załatwienia i natychmiast, bez proszenia, pomykają z powrotem.)
Jeżeli w pokoju panują jeszcze ciemności, to zerkam w międzyczasie za okno, żeby stwierdzić, czy palą się latarnie. Jeżeli tak, to spokojnie, jest na pewno po piątej i nie trzeba się będzie zastanawiać nad tym czy wracać "w pióra", czy nie. (Piór oczywiście żadnych nie mam w łóżku od dziecięcia, bom na pierze uczulona strasznie. Być może dlatego taką awersję czuję do drobiu)
Dziś pobudkę zarządziła Klementyna, która zgłodniała strasznie i próbowała dostać się do pudełka z chrupkami dla Areczka. Oczywiście pudełko z łoskotem wylądowało na podłodze i tym razem, o dziwo, otworzyło się. No to się biedactwo zaczęło napychać. Długo nie trwało to napychanie się zdobycznym, bo wredna baba wstała, chrupki z podłogi pozbierała i pudełko zamknęła.

 A Klemusia skorzystała z tego, że pańcię wysiudała z łóżka i sama się wtranżoliła na ciepłe jeszcze miejsce.
Psy, ujrzawszy pańcię w pionie, natychmiast zajęły pozycję wyjściową, znaczy -wycieraczka. I nie było wyjścia innego, jak wyjść.
I tym sposobem znów się dzionek rannym rankiem zaczął. Ale przyjemnie ostatecznie, bo na zewnątrz masakry nie było i w dodatku ptaszyny koncerty poranne odwalały, co zawsze napawa optymizmem.

Poza tym  nieróbstwo się uprawia ogólnie. Z tym, że oczywiście nieróbstwo nie jest rozłożone równomiernie.
Pan Starszy wypełnia patriotyczne obowiązki, tj śledzi pilnie tvp.info a w przerwach ogląda "naszych" na olimpiadzie. Oczywiście wypełnianie patriotycznych obowiązków stoi wyżej w hierarchii niż wykonywanie czynności zanikających. Zatem owe spadają automatycznie na mnie. Dziecko pracuje zawzięcie, wyjeżdża rankiem (chyba, że ma pracę biurową, to siedzi plackiem przy kompie i drukarce ), wraca nocką, późną nawet całkiem, więc brać go pod uwagę do zadań bieżących nie należy.  No to robię za tę Rózię (Rózia, wytrzyj kurze! - A gdzie ta kura proszę pani?), kurze  wycieram rzadko, za to codziennie oblatuję powierzchnie płaskie na odkurzaczu. Oprócz tego wrzucam i wynoszę. Zmywam, pomywam, ścieram, karmię, czyszczę itd, etc...
A jak mi z nudów zaczyna się coś robić z głową nie tak, to sobie zajęcie wynajduję. Zajęcia twórcze jakoś mi nie wychodzą, czynię przedbieg, plan i na tym koniec. Wygląda na to, że jestem mistrzynią zajęć zanikających. Do przyjemniejszych z nich należy pieczenie (gotowanie już nie bardzo, ze względu na fanaberie moich panów oraz konieczność dostosowania wytworów garnkowych do późnych powrotów Dziecka) Z tych nudów oraz grzebania w wirtualu, powstało coś, co otrzymało nazwę "wuzetki czarnoleskiej" Najpierw nazwa: wuzetka - wiadomo, jest to czarne ciasto biszkoptowe z bitą śmietaną. Jak się to zrobi w formie bezkantowej i dołoży wiśnie, to powstaje torcik szwarcwaldzki. Ale "szwarc" kojarzy mi się raczej negatywnie, z tym , no, obwiesiem takim , mordą wredną, co to jej lepiej w ciemnym zaułku nie spotkać. Natomiast Czarnolas już korzystniej, bo z tym starym świntuchem Janem, co mu się oprócz fraszek treny zdarzyło popełnić oraz pieśni kościelnych parę. Jednym słowem - poezja. Tam była dla ducha, tu jest dla podniebienia. W wirtualu wystąpiło coś co nazywało się "zemsta teściowej" - brzmi zniechęcająco. A ta zemsta pewnie stąd, że tam wnętrze zostało zawarte w dwóch warstwach kruchego ciasta, w dodatku jedna musiała być upieczona z pianką. Co wymaga trochę więcej ruchów podczas wykonania. No to poszłam nieco na skróty, przynajmniej w kwestii ciasta i upiekłam mój zawsze-wychodzący czarny biszkopt, który jest ciastem wielozadaniowym, bo to i tort nim można obskoczyć i wuzetkę oczywiście.

Wyszło tak. Co prawda nie do końca zgodnie z planem, bo w chwili, gdy galaretka zaczęła zbliżać się do stanu, w którym można ją wylewać - psy zajęły pozycję wyjściową. Z galaretką jak z mlekiem - wystarczy ją w pewnym momencie z oka spuścić i już problem. Więc wykończenie musiało być błyskawiczne, coby psy nie popękały: wylałam tę galaretkę na ciasto. Ale zaczęła wsiąkać, więc dałam sobie spokój doszedłszy do połowy zawartości rondelka. Następnie wyłożyłam śmietanę, a na nią resztę galaretki. Po czym przydusiłam drugą warstwą ciasta i poleciałam z psami.

Jak by ktoś odczuwał potrzebę wchłonięcia czegoś słodkiego własną ręką wykonanego to silwuple:
Wuzetka Czarnoleska
Ciasto:
4 jajka
3/4 szkl cukru
3/4 szkl mąki
kakao - dopełnić szklankę z mąką
4 łyżki wody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Do przełożenia:
1/2 litra śmietanki kremówki
2 łyżki żelatyny*
cukier w/g uznania
wiśnie (z mrożonki, kompotu, odcedzonej konfitury)
2 galaretki wiśniowe
Wykonanie:
1.Zacząć od wiśni. Rozmrozić na szybko, odsączyć , albo jedno i drugie. Zmierzyć wycieknięty płyn (syrop z konfitury nie -zostawić do herbaty) i uzupełnić wodą, tak żeby było łącznie 2,5 szklanki ( w wiśniach zawsze trochę płynu zostanie, więc nie przesadzać). W tym rozpuścić galaretki. Wrzucić  wiśnie i dostawić do wystygnięcia i częściowego stężenia
2.Blaszkę o wymiarach nie większych niż 20X30 wyłożyć papierem do pieczenia.
3.Białka ubić na sztywno, wsypać cukier, dolać wodę (można 2 łyżki wody zastąpić taką sama ilością soku cytrynowego), ubić, dodać żółtka -ubić. Na koniec wsypać przez sitko mąkę, kakao i proszek. Wymieszać ( ja mieszam mikserem na wolnych obrotach) Wylać na blachę. Wstawić do zimnego piekarnika, nastawić 150 z termoobiegiem, lub 170 góra-dół i niech się piecze. Tu nic nie trzeba patykiem dziobać. Ciasto gdy jest upieczone odstaje od brzegów blaszki, jak jest w niej papier -to z papierem. Trwa to ok 35 min. Wyjąć z blaszki z papierem, papier odkleić i zostawić do wystygnięcia.
Po czym : przekroić ciasto na dwie warstwy, wyłożyć blaszkę nowym papierem, folią spożywczą, aluminiową czy tp i włożyć jedną warstwę ciasta.
4.  Gdy galaretka zaczyna już tężeć - rozpuścić żelatynę w minimalnej ilości wody (*zawsze część tej rozpuszczonej żelatyny zostaje na garnku, więc biorę 2 łyżki, choć na tę ilość śmietany 3 łyżeczki wystarczy), lekko przestudzić, ale nie całkiem, bo stanie.**
Ubić śmietanę, posłodzić cukrem pudrem w/g uznania, na koniec wlać żelatynę, lejąc pod mieszaki. chwilę jeszcze pomiksować i dać sobie spokój.
5. Na ciasto w blaszce wyłożyć tężejącą galaretkę, na to  śmietanę i przykryć drugim plackiem, lekko docisnąć. Albo zrobić tak jak ja -połowa galaretki na spód, reszta na śmietanę.
5. Wypada coś zrobić z wierzchem. Ponieważ z tym ciastem było dość zachodu - nie chciało mi się już bawić w robienie polewy, więc posypałam cukrem pudrem wymieszanym pół na pół z kakao. Było dobrze.
** do śmietany można ostatecznie, zamiast żelatyny dać zagęstnik. Ale. Te zagęstniki to w zasadzie czysta chemia. W dodatku powodują, że ubita kremówka ma mydlany smak (sama kremówka już ma smak dziwny, więc ja często mieszam ją  ze zwykłą śmietaną, taką bez "wsadu", albo dodaję trochę soku z cytryny). Jedyny zagęstnik, który nie robi z bitej śmietany piany mydlanej to "Mix do śmietany klasyczny" z Delecty, który w dodatku zawiera tylko glukozę i skrobię ziemniaczaną.

I placuszek poszedł sobie do lodówki. I sobie w niej stał! Problem był wziąć i ukroić. To się wściekłam i kawał zaniosłam sąsiadce.
Po czym Starszy stwierdził, że nie ma jak to ciasto drożdżowe. No to zrobiłam ciasto drożdżowe." -A co z tego ciasta będzie?" - zapytał Starszy. "- Sie okaże "- odrzekłam, zgodnie z prawdą, bo planu nie miałam na razie . "- A bo wiesz, ty takie dobre rogaliki robiłaś."

Rogaliki, psiakrew, a bułę to nie łaska?! Ale zrobiłam mu te rogaliki. Bułę takoż, bo z tej ilości ciasta rogalików wykręcić bym nie zdołała. Buła była w charakterze sztrucli z orzechami we środku, a rogaliki dostały do tych orzechów jeszcze czekoladę.

Ale co mnie po tych cholernych rogalikach plecy rozbolały - to, gdybym przewidziała, ani bym się nie zabierała. Buła i już.

O właśnie - kaloryfery osiągnęły już odpowiednią temperaturę. Czujnik we właściwej pozycji.

A teraz na poważnie -  o zdrowotności będzie: Starszy, nie dość, że wymaga obsługi ogólnej, to jeszcze od czasu do czasu coś namodzi. Z powodu albowiem takiego, że jak go niemiec nie dogonił, to on może być trzyES. Wobec czego ostrzeżenie: jeżeli macie w domu starszych ludzi, którzy koniecznie muszą być trzyES, to przynajmniej wywalcie te cudowne patyki do uszu. Już nie jeden "czyścioch" nadmierny dzięki pomocy tych patyków sobie krzywdy narobił i ostatecznie u laryngologa wylądował. A z laryngologiem - jak z każdym specjalistą - kupa zachodu. Bo albo skierowanie od rodzinnego i wizyta za pół roku przy dobrych wiatrach. Albo prywatnie. I okazuje się, że  najlepiej nam te patyki wyczyściły kieszenie.
W prehistorycznych czasach, które jeszcze pamiętam, żadnych patyków do dłubania w mózgu przez ucho nie było i jakoś nikomu mech nie wyrastał. Na razie ćwiczymy kropelki rozpuszczające , przez trzy dni, dwa razy dziennie. Po tych trzech dniach zobaczymy....A patyki schowam głęboko. Znając lenistwo -szukał nie będzie.


sobota, 11 listopada 2017

jesienne dumanko

Jesiennie ciągle. Dziś znowu mała rehabilitacja pogodowa: chociaż dość ponuro, ale ciepło i bezwietrznie. A ja od rana mam manewry taktyczne.
Najpierw oczywiście psy, na dzieńdobry-dzieńdobry (to tak wygląda, że wstaję, naciągam na siebie to i owo, one już tańczą wokół mnie, więc szybko kawiarka na gaz, wskakuję w wysokognojne i ałt)
Wróciwszy nakarmiłam głodomory (to tez musi być od razu po powrocie, bo Czarna już tańczy).

Usiadłam, żeby wypić własną kawę, a tu pod oknem rozdarła się sumsiadka moja ulubiona, że jabłka wożom po dwapińdziesiat. Właśnie miałam lecieć złapawszy portfel w kieszeń, ale "młody rolnik" zajechał na gumno. I namówił mnie na krzynkę szampiona (no, nie wiem, kiedyś to się czempion nazywało). Wzięłam, bo dawał próbować i smaczne były. ( Z tymi jabłkami to teraz różnie - raz, że ich nie ma, dwa, że drogie, trzy, że beznadziejne jakieś w smaku. Na koksę się narwałam kiedyś na zieleniaku, ale koksa też już zmodzona i smak nie ten.)
Potem wpadł Tatuńcio, że chleb wożą, to może polecę kupić. (Tatuś wczoraj dostał wygawor, bo był w mieście i nie kupił chleba. Oczywiście - on nie wiedział, że trzeba, bo skąd chłop może takie rzeczy wiedzieć, że, chleb się kupuje np. I że nawet można na zapas, bo się go w zamrażalnik wrzuci.) Chciał się za wczoraj zrehabilitować,tyle że moimi rencami (nogami?)
Kupowanie tego chleba wożonego połączone jest z życiem towarzyskim, bo zawsze tam się kilka bab zleci i można chwilę gupio pogadać. Rzadko kupuję, bo trzeba akurat, będąc w gotowości, usłyszeć pipka i zdążyć dolecieć. I to w ogóle jakaś ciekawa akcja jest, bo facet wozi ten chleb w bagażniku zwykłego kombiaka (ciekawe co tam wozi w międzyczasie), na chlebku jest etykietka ze wszelkimi danymi, z wyjątkiem nazwy piekarni. Na szczęście chleb jest foliowany, ale bułeczki niestety pan podaje tymi samymi rencami, którymi np. przed chwilą otwierał bagażnik. (Oj tam, oj tam - człowiek nie wie, z czego tyje)

Potem przyniosłam jeszcze buraczki dla kozów od sumsiada i darowane otręby, też dla kozów.

A potem Dziecko wziąwszy i wstawszy. I trzeba było Dziecko nakarmić, po czym Dziecko poszło węgiel do hadesu zrzucać. Jak zwykle pyskowania i mniauczenia było przy tym co niemiara, łącznie z rzucaniem opatą. ( Dziecko nerwusik taki trochę jest i na wqrwiku lubi sobie czymś piżgnąć: a to kluczem, a to majzlem, a to opatą tudzież. Ponieważ raczej przy tym kontroluje kierunki i szkód dalszych nie implikuje - to niech sobie rzuca. Państwo Kurylewiczowie, tj. Warska i Kurylewicz, w celu rozładowania napięć małżeńskich mieli specjalnie przygotowaną do piżgnięcia siatkę z pingpongami. Piżgnąć takim czymś - cudnie, no, ale pozbierać potem! Domniemywam, że zgoda małżeńska nastawała przy wspólnym wyiskiwaniu pingpongów z zakamarków) Ponieważ opatą z plandeki gruby węgiel faktycznie nabiera się nijak ("Kto to wymyślił, żeby na plandekę?! - No, ja przecież. Bo nie lubię może wybierać węgla z trawy?"), więc zaproponowałam wiadro. "A co ja będę, jak popierniczony, z wiaderkiem latał!" Ale przyniosłam wiadra dwa, ja napełniałam stacjonarnie, on śmigał i poszło gładziutko. Nawet z podsumowaniem, jak to nam sprawnie kooperacja wychodzi. Kooperacja z Dzieckiem zawsze nam sprawnie wychodzi. Czasem na wstępie jakiś taniec indiański odtańczy i czymś piżgnie ewentualnie, ale potem jest git. (Wiadomo powszechnie, że faceci nie dorastają, oni tylko do pewnego momentu rosną, potem zaczynają się starzeć, a dużo dużo później stają się upierdliwymi zgredami, bo wyłażą na wierzch wszystkie ich plusy ujemne - zwłaszcza, gdy te dodatnie były słabe i nie mają już zastosowania w praktyce. I przekonanie, posiadane przez każdego mena - "po co mam robić coś, co może kto inny zrobić za mnie" rządzi ich aktywnością, a raczej - jej brakiem) Dziecko, dzieckiem będąc, trudne w prowadzeniu było, ze stwierdzonym mocno ADHD, którego do świadomości swej nie dopuszczało i wszelka lekturę w temacie odrzucało. Ale ogarnęło się zadziwiająco ładnie, choć nadal "czas", a raczej określona jednostka czasu, to jest dla niego pojęcie mocno względne. Wygląda to np. tak, że dzwoni i mówi, że jedzie i będzie "za chwilę", po czym pojawia się po dwóch godzinach. Pomału staram się wrzucać na luz i nie dopuszczać podpowiedzi złośliwego trola pt "musiało się coś stać". Patrząc z innej perspektywy - całe życie to chwila, więc te 2 godziny to jakiś ułamek chwili ledwie.

No dobrze, to teraz  o jedzonku. Od rana mnie tu taka jedna atakuje przepisami i przepisów brakiem, co mnie tak na tematy jedzeniowe zepchnęło. Chociaż temat jedzenia jest u mnie tematem trudnym bardzo, zwłaszcza ostatnio. Po pierwsze - ze względu na idiotyczny tryb pracy Dziecka powinnam gotować na obiad coś, co da się odgrzać. Jak wiadomo, nie wszystko się da (no, chyba, że w mikrofali, ale jej, podobnie jak telewizorni, nie posiadam ideologicznie) - taki np kotlet odgrzewany mocno traci, ziemniaki odsmażane tudzież. Więc kombinuję. Kombinacje kończą się tym, że Starszy nie je, bo on "przyzwyczajony do chłopskiego jedzenia".  Więc muszę kombinować co innego dla Starszego. A Starszy miewa fazy. Najpierw było "flaki, flaki", po czym kolejne przeleżały 3 miesiące w zamrażarce. "Kapustka, kapustka", po czym pyszna kapustka, nietknięta, poszła za flakami, a następnie, po rozmrożeniu zjadłam sama, zgodnie z ideą studencką jeszcze, że "lepiej zjeść i odchorować, niż się ma zmarnować". Oczywiście chętnie jadłby jadło wymagające pól dnia garowania, typu gołąbki, pierogi itp. Ale, ja masochistka garnkowa nie jestem, obiad ma byćnie tylko jadalny, ale tez szybki. Pół dnia garowania dla 10 minut jedzenia nie rajcuje mnie zupełnie. W dodatku takich gołąbków np. nie da się zrobić "troszkę" a mrożone są niesmaczne, ryż się robi jakiś taki papierowy.Wczorajszy obiad:  zupa jarzynowa z brukselką, brokułem, szparagówką. Dziecko akurat było w domu, zjadło porcję, ja swoją. Starszy - nie, "bo on dwudaniowego obiadu nie zje, chyba go chcę utuczyć" (Część dodałam psom do ich kolacji, resztę zjem dzisiaj) Ziemniaczki, sznycelek (czyli kotlecik mielony) i buraczki oprószane. Dziecko nie jadło, bo już musiało lecieć, a Starszy zażyczył sobie "chłopskie", czyli owe ziemniaczki z maślanką. Psy dostały więc trochę buraczków, trochę zjadłam, resztą się dziś podzielę z psami.
Jak widać - temat gotowania jest mocno rozwalający. Przy tym, oczywiście, żadnych wynalazków, oprócz wynalazków "już oswojonych". Wqrza mnie to tym bardziej, że ja nie jestem przyzwyczajona do takiego czegoś. U mnie w domu nie było fanaberii - co ugotowane, to miało być zjedzone. Do czystego talerza. A Starszy ma  taką manię, że choćby widelec ziemniaków, ale musi zostać. Domyślam się jakiegoś wiejskiego sawuarwiwru, że nie należy zeżreć do końca, bo by wyglądało, że był głodny taki.
Ponieważ te jabłka przybyły, co prawda takie raczej deserowe, niż kulinarne, to wymyśliłam sobie strudel. Czas garowania przy produkcji strudla jest do przeżycia. W dodatku można najbardziej nieprzyjemne zadanie, tj obieranie jabłek, zlecić Starszemu.
Ciasto na strudel jest bezkolizyjne - po prostu robię ciasto jak na pierogi, z tą różnicą, że daję jajko, którego nie ma w pierogowym.
Czyli ciasto na strudel:
1 szkl bardzo gorącej wody
1 duża szczypta soli (duża szczypta to w trzy palce)
1 jajko
4 łyżki oleju
1/2 kg mąki (około, bo to mocno zależy od tego jak bardzo jest sucha. Sklepowa zawsze suchsza niż własna)
Mąkę wysypać na stolnicę, dodać sól, zrobić dołek. W ten dołek wlewać powoli szklankę gorącej wody, zagarniając mąkę od brzegów łyżką, albo szerokim nożem.  Jak już się zrobi paćka mączna, znów wygrzebać dołek, w ten dołek wbić jajko i wlać olej, przegrzebać jeszcze nożem, by nabrało konsystencji, w którą można ręce włożyć, po czym normalnie wyrobić ciasto, raczej dłużej niż krócej, bo wyrabianie takiemu ciastu zawsze dobrze robi (jak wiadomo - nie każdemu, bo kruchego się raczej nie wyrabia, tylko zlepia do kupy i parę razy przygniata) Nadmiar mąki zawczasu odsunąć nożem na brzeg stolnicy. Potem w miarę potrzeby podsypywać tą mąką ciasto. Uważając żeby nie przesadzić, bo ciasto strudlowo-pierogowe ma być miękkie i elastyczne. Po całej tej akcji, ponieważ użyłyśmy prawie wrzącej wody, ciasto jest dość ciepłe, Zatem je na talerz i pod miskę (koniecznie pod miskę, bo inaczej obeschnie, a tak to sobie jeszcze wchłonie te parę, co z siebie odda.
I w międzyczasie możemy się zająć jabłkami, co je właśnie Starszy skończył obierać i je szatkujemy. Nie ścieramy na żadnej tarce tylko cieniutko plasterkujemy. Można z palca, a można i nawet wskazane - szatkowniczką.
Bo oprócz ciasta potrzeba
ok 1 kg jabłek (raczej więcej niż mniej)
cynamon
cukier
ok 10 dag masła.
bułka tarta
Ciasto już wystygło, zatem żegnamy się ze stolnicą i przenosimy na stół (Nawet nie na ladę kuchenną, bo ja lubię mieć do tego dostęp swobodny ze wszech stron, poza tym ciasto  może nam ze stołu na wszystkie strony zwisnąć, czego na ladzie nie potrafi) Na tym stole kładziemy jakąś serwetę (oczywiście nie koronkową, tylko taką zwykłą, bawełnianą, jakąś jadalną, czyli bez nadruków itp) Tę serwetę lekko podsypujemy mąką i na niej wałkujemy ciasto. Najcieniej jak potrafimy, ma być takie prawie przezroczyste. Zapewniam, że to się udaje - gdyby to zbyt wiele wysiłku kosztowało, to strudla by u mnie w domu nigdy nie było. W książkach kucharskich piszą, żeby rozciągać i mama Kossakowa (Wojciechowa) przez kuchnię ciągnęła (ile tego musiało być, żeby aż przez kuchnię!), ale ja nie ciągnę nigdy. (Może odrobinę na początku) Bo ciągnie się nierówno, w jednym miejscu zdarzy się dziura, w innym grubo. Wałkowanie załatwi temat. Jak się trafią jakieś zgrubiałe brzegi to obcinam je na równo nożyczkami kuchennymi. (W tym momencie możemy sobie włączyć piekarnik na 180 st).
Teraz ten okrągły (a raczej bardziej prostokątny placek) smarujemy obficie roztopionym (tylko roztopionym, ja nie rumienię!) masełkiem. Posypujemy tartą bułką sowicie (bez przesady, ma przykryć masło i tyle w temacie, nie ma być warstwy luźnej buły). Na to wykładamy w miarę równo jabłuszkowe plasterki, posypujemy wg gustu cynamonem i cukrem. I zwijamy dwie sztrucle. Ja to robię tak, że zawijam jedną od jednego brzegu, drugą od drugiego, zostawiwszy sobie wcześniej przesmyk w jabłuszkach na środku. Jak nam na końcach coś wyrczy nieestetycznie, czyli jakiś nadmiar ciasta, to go obcinamy na równo, zalepiamy końce i na blaszkę prostokątną układamy dwie obok siebie. Odstęp wskazany, ale niezbyt przesadny, bo to ciasto nie rośnie. Smarujemy po wierzchu resztą masła i wstawiamy do gorącego już piekarnika. Pieczemy na jasnozłoto, pamiętając, żeby nie przesadzić, bo zbyt spieczone jest pancerne i nawet pies sobie zęby połamie na tym.  W międzyczasie można jeszcze raz tym masłem posmarować w trakcie pieczenia, ale musu nie ma. .Po wyjęciu z piekarnika kroimy ostrym cienkim nożem na grube kawałki i na talerzyk. Widelec do tego.
Starszy ma taka fanaberię, że życzy sobie, żeby mu jeszcze te kawałki strudla podsmażyć na masełku. Proszę bardzo, można i tak. Ja wolę bez smażenia.

Po wsadzeniu tego strudla w piekarnik wzięłam psy i poszłam z nimi precz. Idę, paczę a tu - tu się snuje, tam się snuje. Dym oczywiście. Bo wiosnę na wsi ropoznajemy po tym, że są dziury w asfalcie, a jesień po tym, że cała wieś spowita jest w dymach. Bo ludziskom z tych nudów (wszystko polikwidowane, żywiny żadnej, cza coś ze sobą zrobić) palma odpiernicza i kużden spadły liść musi być zgrabiony, a następnie spalony, jako ta czarownica na stosie. I nie ważne czy wyschły czy zaraz po deszczu - no cóż trochę więcej dymu. A koło przyrody kręci się tak, że najpierw nie ma liścia, potem są jakieś pączki, potem jest bujna zieleń, która następnie zamienia się w żółć, czerwień, brąz. Potem ten brąz zwiędły spada. I jak spadł, niechaj leży. Wszystko ma swój sens i cel. Jeszcze rozumiem - w obejściu. Ale w odległym sadzie?! W parku?! (Jakże miło wspominam włóczenie się po parku w S. jesienią i szeleputanie liśćmi pod nogami. Teraz to nieosiągalne!) W miastach odpowiednie służby też natychmiast podniosą każdy spadły liść. Również w parku. Kuzynka Starszego ma dom z ogrodem w miasteczku. Z dala od centrum miasta. Dostała poważne pismo z poważnego U.M., że ma wygrabić liście na swojej posesji. Nosz do licha! Co komu do domu, jak dom nie jego?! Co za zagrożenie dla ładu i porządku przedstawiają liście leżące na czyjejś ogrodzonej posesji?! Ja już pominę co wnoszą do świeżego powietrza te dymy (karalne to powinno być!) oraz gdzie sobie przezimuje u mojego sąsiada, pana Ć. taki np JEŻ? Bo pan Ć. sad wygrabił, pani Ola zleciła pozbieranie kosiarko-traktorkiem. Danka w tym roku nie tknęła grabiami sadu, bo pracuje etatowo i ma dość. No, a u mnie, jak wiadomo - gnojstwo, pod hasłem ten co liście z drzew strząsnął, wiedział po co to robi i się nimi odpowiednio zajmie.

PS. W kwestii informacyjnej zapodaję, że gdyby ktoś miał taki wewnętrzny przymus i koniecznie zapragnął znaleźć na tym blogu jakiś przepis, to tam na lewo jest takie miejsce podpisane "etykiety". I jak się kliknie w któreś słowo z tej chmurki, to pokazują się wszystkie moje posty opatrzone tą etykietą. Przyznam bez bicia, że nie etykietowałam postów od zarania, bo nie odczuwałam takiej potrzeby oraz nie sądziłam, że ktoś może być żądny zamieszczanych tu przepisów, czy wskazówek.Ogólnie rzecz biorąc, ja nie potrafię podać szczegółowych przepisów na to, co wyczyniam, ponieważ w kuchni działam na zasadzie swobodnej tfurczości. Nawet większość wykorzystywanych przeze mnie przepisów jest raczej traktowana jako podstawa improwizacji "na temat", No, oczywiście bez przesady, z czasem wiadomo, gdzie można improwizować, a gdzie musi być ściśle. Poza tym, jakoś mi się coś czasem wciśnie w dumania, ale ogólnie od przepisów to są specjaliści (tki), którzy(re) z tego żyją, że piszą blogi kulinarne.

PS.PS.  Się rehabilituję i wstawiam:

Oto właśnie sztuki dwie, tyle co wyjęte z piekarnika. Za długie wyszły nieco, więc skosem na blaszce leżeć musiały. Wizualnie to żadne mecyje, zwykła sztrucla lepiej się prezentuje.

PS.PS.PS.  rehabilitacja namber tu Ponieważ  Evunia mnie molestuje więc zamieszczam tego strudla urżnietego.
Jak mówiłam, szału optycznego nie ma.Ciasto jest cieniutkie i wiotkie, pod nożem się spłaszcza. Nigdy nie będzie wyglądać jak makowiec czy tp. Sztruclowatość jego zanika w trakcie pieczenia i to ciasto zawinięte sztruclowato jest niewidoczne okiem aparatu (gołym okiem również nie bardzo). Jabłka się ładnie rozpiekły, choć nie renety to były. Odrażająco nie wygląda, a najważniejszy jest smak.



środa, 15 lutego 2017

Cicho sza...

Siedzę sobie, nic nie robię. Ciszszsza....
Jaka tam cisza?! Szumi i brzęszy jak w ulu. Buczy pompka od CO, słychać ją w kaloryferach. Zegar tyka, jak by mu o coś chodziło... Lodówka wydaje dziwne odgłosy, skwierczy, piska i fuka ...
Na kolanach mruczy kot. Drugi kot miażdży chrupki. I jaka cisza tam cisza?!. O, kaloryfery zaczynają pykać. A to znaczy, że kocioł dostał zrywu i trzeba czym prędzej iść do hadesu.
Przyszedł pies, skrobie pazurami o podłogę, chłepce wodę chlip-chlip-chlip.
Kaloryfer puka w druga stronę, szumi kawiarka.
Pies poskrobał pazurkami, westchnął i poszedł zająć stanowisko obserwacyjne na wycieraczce. Znaczy, trzeba brać kapotę i iść.
Kawiarka przeszła do bulgotu i prychania. Znaczy trzeba ją wyłączyć, bo zapluje kuchenkę. Znowu.
Dzionek wstaje przepiękny  - słoneczko usiłuje zajrzeć do kuchni przez potwornie brudną szybę.
Ostatnie kilka dni paskudnego wschodniego wiatru, który nie dość, że utrudniał życie, totalnie uniemożliwiając normalne poruszanie się pso-spacerową trasą, to jeszcze ciągnął z pól szary pył.Wcześniej zdmuchnął wszystek śnieg, utykając nim dokładnie poprzednie ślady i wprowadzając urozmaicenie do spacerów: nigdy nie wiadomo czy następnym krokiem wyląduje się na zesztywniałą niezdecydowanie zaspę, czy na świeży puch w jakimś dołku. Czarna ma radochę - naskakuje przednimi łapkami na zaspę i rozdrapuje tę wierzchnią skorupę, potem wkłada pysk w dziurkę i nawąchuje.
Mimo wszystko trzeba się będzie wziąć za tę szybę, jak tylko słonko przestanie w nią zaglądać, bo mi źle działa na psychikę.
       Dyskusja była ostatnio na temat kotopsujstwa. I że one tak specjalnie i celowo. Bo kot wredny jest i już. Faktycznie, koty domowe niszczą. Przynajmniej moje. Ślady ich pazurów (głównie) widoczne są w wielu miejscach.Np. na listwie boazeryjnej przy drzwiach do pokoju Starszego (bo dlaczego te drzwi są ciągle zamknięte i kot nie może sobie wejść?) Drapak? Phi, po co drapak, skoro można drapaćć tyle różnych rzeczy, nie jeden drapak. Chwilę temu afera była straszna, bo Dziecko przywiozło było do domu te śliczne czewiczki, cośmy razem nabyli, z czego takie uchachane było. Po tygodniu czewiczki się sprzeciwiły i zaczęły żreć w duży palec. Więc ałt. Ale, przyjechawszy miało nadzieję, że może im się odmieniło przez ten tydzień stania pod kuchenną ławką. I zagotowało się i wykipiało, jak zobaczyło ślady pazurów na cholewce. Tak, że słuszną skądinąd uwagę, iż "wiadomo, że koty, więc należało sprzątnąć", zatrzymałam dla siebie, coby nie dolewać do ognia.Swoja drogą - ciekawe, że dwie pary moich czewiczków pod tą sama ławką stoją i koty je ignorują.
Wypsknęło mi się było, że moje koty spoważniały jakoś i już takich gonitw górą nie urządzają, jak dawniej. W tzw. salunie mam taką półę przez całą ścianę. Trochę książek tam stoi + rodzinne fotografie oraz muszle przywożone przez Gochę znad karaibskich mórz. Półka dochodzi do kominka. No i zdarzało się, że gonitwa odbywała się przyziemnie a kontynuowana była na tej półce oraz na gzymsie kominka. Często rano znajdowałam  muszle na dywanie, na szczęście - w całości. A potem nastał spokój. Aż tu dziś rano: nie tylko muszle fruwały, ale i ramki z fotkami. Na szczęście dwie z nich wylądowały na kanapie i przeżyły.

Tak to wygląda. Jak już pozbierałam te ramki i ustawiłam na miejsce. Na kominku dawniej stały wachlarze, ale jak nastały koty i wachlarze po raz pierwszy sfrunęły z kominka - zostały poskładane i zamknięte pod kluczem. Kanapa jest nakryta praktycznie - ponieważ najczęściej korzystają z niej psy (w zasadzie już tylko jeden pies, ale ten właśnie, który gubi kłaki), musi leżeć coś, co można raz na tydzień uprać, bez konieczności wyrzucenia po trzech praniach. Bardzo dobrze się sprawdza w tej roli płótno żaglowe (ha! spróbujcie kupić!)

    Podesłała mi tu właśnie Pewna Pani fotę ustrojstwa, a właściwie wystroju wnętrza pod kątem kotów. Oglądałam już mnóstwo tych kotostrad z półek, półeczek, rur takich i śmakich, no i nęcą mnie bardzo, ale jakoś nie czuję się na siłach, bez pomocy, za takie konstrukcje zabierać. Na razie myślę o tym, że może by im jednak ten kwietnik zmontować na powrót, dodatkowo u dołu słupek sizalem owijając na kształt drapaka. Sizal pójdzie w strzępy po chwili, ale to można wymienić. (Kwietnik stał w salonie przed kotami. "Słupek" od podłogi do sufitu, z podstawkami co kawałek na kwiatki. No i oczywiście stały na nim kwiatki. Zielistki głównie, bo w tej chałupie jakiś bardziej egzotyczny "kwiat" rosnąć nie chce. Paprotka zresztą też zdycha natychmiast. No i oczywiście, jak nastały koty, to bardzo im się spodobało łażenie po tym kwietniku, wyżeranie zielistek, a nawet na nich wylegiwanie. A wiadomo, że po takim wylegiwaniu się kocim, zielistka nadaje się ałt. I jak już ostatnia doniczka, spod samego sufitu, zrobiła bęc - kwietnik został rozebrany i wyniesiony w słuszne miejsce. I to był chyba błąd! Tyle, że tak jakoś dziwnie ten kwietnik bez kwiatków wyglądał.)

       Dziecko wczoraj było. Obiad mu jakiś należało zrobić. Więc upiekłam kawałek schabu. To tak z lenistwa i praktyczności. Bo kotlety schabowe może bardziej "wydajne", ale ile z nimi zachodu i odgrzewanie problematyczne. A upieczone -szast -prast do brytfanny i w piekarnik. No, oczywiście poprzedniego dnia należy się tym zając przez chwilkę i w czymś umamlać, np. w musztardzie. I wstawić do lodówki.

Koteczek Areczek obserwuje akcję z wkładaniem mięcha w brytfankę.

        Z nudów upiekłam też cebulaki oraz ślimaczki z cynamonem, posklejane, w tortownicy, do odrywania. Bo Dzieckom cebulaki posmakowały, ostatnio na ich wizytę upieczone ( byli uprzejmi którejś niedzieli zjechać we dwoje)
A w sobotę mnie naszło na coś słodkiego. Oczywiście musiało być szybkie. Ponieważ walała mi się w lodówce na drzwiach resztka fig i daktyli od świąt, w palstykowym pudełeczku, które się samo z siebie co chwilę otwierało i wywalało zawartość na półkę, więc stwierdziłam, że będzie przyjemne z pożytecznym -pozbędę się tego naboju z lodówki i upiekę cwibak, który spełnia wszystkie założenia -jest słodki, jest szybki i w dodatku lubię, oraz może nie być zjedzony od razu, jak podeschnie też jest jadalny.
I wykonałam swobodną tfurczość artystyczną pod tytułem cwibak. Tym razem zmierzyłam substraty, więc mogę się podzielić. Bo to jest na prawdę szybkie i jadalne:
Cwibak
5 jajek
6 bardzo czubatych łyżek zwykłej mąki
1 (niezbyt pełna) szklanka cukru
100 ml oleju rzepakowego (kujawski zwykły)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sok z pół cytryny
po garści bakalii- figi, daktyle, morele suszone, śliwki suszone, rodzynki. ew. co tam komu do głowy przyjdzie - mi się jeszcze poniewierały na ladzie 3 kostki czekolady deserowej, które też pokroiłam drobno nie bardzo.
Przygotowujemy blaszkę - u mnie to była keksówka 37x8 u spodu. Lepsza taka długa a wąska, bo się lepiej w środku upiecze. Wyłożona brązowym papierem do pieczenia, błyszczącym do góry. (Mówię o tym papierze, bo: używam papieru po to, żeby nie smarować blaszek i nie cudować z obsypywaniem oraz z wyjmowaniem. Jak używam papieru, to już go niczym nie smaruję, ponieważ go fabrycznie posmarowali, dając mu tę nieprzywierająca powłokę. I niech Was ręka boska broni przed świecąca folią - ona się przykleja do wszystkiego, a potem ją trzeba pieczołowicie, paznokciem odskrobywać)

1.Zaczynamy od bakalii, które rozdrabniamy (oczywiście te większe) i mieszamy dokładnie z odrobiną (dodatkowej) mąki. Ja bakalii nie moczę, bo takie namoknięte są cięższe i bardziej ochoczo podążają na dno blaszki i potem mamy je wszystkie na spodzie ciasta, a sztuka polega na tym, żeby były wszędzie.
2. Bierzemy duży pojemnik, wbijamy do niego białka jajek (na żółtka trzeba niestety zabrudzić jakiś pojemnik mniejszy, bo muszą poczekać)
3. Białka ubijamy mikserem na najwyższych obrotach.
4. Do ubitych białek wsypujemy cukier i wciskamy sok z tej połówki cytryny - ubijamy nadal, mając nadzieję, że cukier nam się rozpuści ( Ponieważ i tak się nie rozpuści, bo taki mamy cukier ostatnio, więc nie przesadzamy z tym ubijaniem.) ten sok z cytryny nie jest po to, żeby było kwaśne. On jest po to, żeby białak się lepiej usztywniły. jak nie mamy akurat pod ręka cytryny - można dać 2 łyżki octu, czego ja nie praktykuję, ponieważ ocet służy u mnie do zupełnie innych celów niż kulinarne.
5. Do sztywnych białek wrzucamy żółtka i ubijamy chwilę razem.
6. Wlewamy olej i powtórka z ubijania.
7. Wsypujemy przez sitko mąkę z proszkiem - mieszamy mikserem na najwolniejszych obrotach.
8.Wsypujemy bakalie, mieszamy.
9. Wylewamy zawartość do blaszki, wsadzamy do piekarnika i włączamy go ustawiając na 150 st i termoobieg.
Ma w tym piekarniku kibicować ok 45 min. Można otwierać jak już podrosło i się zrumieniło, można nawet obrócić blaszkę, żeby zrumieniło się równo, jeżeli piekarnik ma fochy. I należy kujnąć patykiem, czy w środku upieczone. Jak patyk się nie klei -wyjmujemy z piekarnika, wyjmujemy z blaszki i odwijamy papier.
    Ja zawsze ubijane, ucierane i drożdżowe ciasta wkładam do zimnego piekarnika. Bo takie ciasto musi urosnąć i sobie rośnie wraz z nagrzewaniem się piekarnika. Jak je wstawimy do gorącego, to mu się natychmiast zrobi na wierzchu skorupka i rośnięcie utrudnione.
Do nagrzanego piekarnika tylko ciasto francuskie, ptysiowe i kruche. Bo tam jest tłuszcz, który się w ciepłym wytapia i ciasto robi się pancerne. A w gorącym wrze i nam to ciasto ładnie spulchnia.

   Tak sobie czasem grzebię po sieci i przeglądam różne przepisy, czasem coś fajnego a prostego się trafi.
I narzuca mi się na ogół na oczy - jak ludzie uwielbiają utrudniać sobie życie. W przepisie na mufinki najczęściej jest tak: "w jednym naczyniu zmieszaj wszystkie produkty sypkie, w drugim - płynne". Ostatnio wpadł mi przepis na ptysie: "zaparzoną mąkę przełożyć do miski i zmiksować z jajkami". Więc się pytam: po jakiego grzyba to to ma być mieszane, kużde osobno i już jeden gar dodatkowy do mycia? Po co zaparzoną na ptysie mąkę gdzieś przekładać? Ciasto na ptysie robię zawsze w litrowym garnuszku, właśnie w garnuszku, nie w rondelku. Garnuszek jest emaliowany i ma jedno małe uszko. W nim zagotowuję wodę z masłem, zaparzam w tym mąkę i jak lekko przestygnie dodaję jajka i wyrabiam mikserem w tym garnuszku. Naczynia po cieście ptysiowym trudno się myją, najlepiej zaraz po wyczerpaniu tego ciasta zalać je zimną wodą, żeby sobie pomokły przez ten czas, kiedy się nadal z ptysiami bawimy. No, chyba, że ktoś uwielbia ten pierdolnik, jaki zwykle powstaje w zlewie po zakończeniu pieczenia. Bo najoszczędniej organizując prace i tak mamy: 1 szklankę, 1 łyżkę, 1 łyżeczkę, 1 pojemnik duży, 1 pojemnik mały, 1 szpatułkę (+ ew 1 literatkę),sitko do mąki,  mieszaki od miksera (+ ew. worek cukierniczy) i na ogół nóż, czasem jeszcze pędzelek do smarowania ciasta, trzepaczkę, miseczkę na jajko do posmarowania, wałek, stolnicę, szklankę lub foremkę do wykrawania, albo radełko. Wystarczy? Wystarczy, żeby w zlewie zrobiło się czubato zanim ciasto wejdzie do pieca.I żeby nas jasny szlag chciał trafić, jak na to popatrzymy. Dodatkowo - nie ma opcji, żeby się gdzieś nie natrzepało mąki, najczęściej jednocześnie na blacie i na podłodze. No to teraz siąść i zapłakać, albo wezwać Rózię z mopem i zmywakiem. (Tyle, że jak mamy Rózię, to się same za to ciasto nie bierzemy, chyba, że nam taka fanaberia przyjdzie do głowy).
    Dawno, dawno istniała taka książeczka malutka pt "Parasol noś i przy pogodzie". Istniała u nas w domu na Górce, w fajnej twardej oprawce. I ja ją z tego domu zabombiłam. Potem mi ktoś zabombił, czego nie mogłam przeżałować. A potem znalazłam gdzieś, w jakiejś makulaturze, w marnym szaroburym wydaniu.I właśnie stwierdziłam przed chwilą, że chyba znowu ktoś zabombił, bo nie ma. A tam, w tej książeczce pisało tak:
"Trzy razy pomyśl, potem zrób,
A wyda czyn owoce.
Nie będziesz czynił zbędnych prób -
Trzy razy pomyśl, potem zrób."
Tak mi to jakoś wlazło do głowy i staram się stosować. Najpierw pomyśleć - co, jak i w którym momencie, a potem brać się do dzieła, zgromadziwszy uprzednio środki i narzędzia. Dzięki takiemu podejściu wiele tych prac, codziennych, wkurzających, z gatunku prac zanikających staje się mniej upierdliwe. A jeżeli są to prace twórcze, czy wytwórcze, to już o innym podejściu nie mam mowy.
Więc, jak mnie moja szwagierka Najważniejsza witała w drzwiach pytaniem "Co masz zamiar robić na obiad, bo ja już ugotowałam ziemniaki" to odpowiedzieć mogłam tylko - "nie miałam zamiaru, ale zrobię kopytka". Bo cóż można zrobić na obiad, do którego są najpierw ugotowane ziemniaki?

PS. W tak zwanym międzyczasie umyłam te szybę w kuchni. Inny świat się zrobił.  Z rozpędu, dzierżąc już w dłoni szmatkę do pucowania szyb, wyczyściłam jeszcze w kuchennej szafce (dać mi tego idiotę, co wymyślił kuchenne szafki z szybami ! Nawet peerelowskie kuchenne kredensy miały te szybki mocno nieprzezroczyste.Jak cudnie umieścić kuchenny nabój za szybkami? Toż to jest szafka zbędnie zajmująca miejsce na ścianie. Tak, trzymam w niej podręczne szkło, ale nie w sposób wystawowy, bo by się połowa tylko zmieściła.Na środkowej półce stoi wianna bawaria śp. teściowej, która wcale niekoniecznie musiałaby w kuchni miejsce zajmować. A ostatnią półkę zasłoniłam "zazdrostkami" z angielskiego haftu, bo przecież muszę gdzieś te różne podręczne duperele, kajety z przepisami, książki kucharskie itp upchnąć)

O, właśnie. Puszek mi przybyło, bo moje KRK Dziecko przypomniało sobie, że poszukiwałam i nabyło. Zapomniało jednak, że wszystkie kolory są OK, z wyjątkiem niebieskiego. Dojrzewam do przemalowania.

czwartek, 29 grudnia 2016

bez bilansu

            Koniec roku tuż-tuż-tuż. Ufff! Jakby to akurat tylko od numeru zależało wszystko, ale jakąś głupią nadzieję wciąż mamy, że jak się numer zmieni, to może będzie lepiej. Choć zza różnych okien wygląda, że w różnych tematach szykuje się raczej gorzej. Dla tych co jeszcze myślą, a nie tylko klaszczą i ogłuszeni własnymi oklaskami już niczego innego nie słyszą.
            Poza tym -wszyscy żyją. Nawet ciotka z ludożercą ma się jakby lepiej, bo znowu zaczyna dawać do wiwatu rozsiewając swoje nauki moralne i życiowe mądrości (niby skąd ich miała zaczerpnąć, pilnując całe życie żeby jej się Winien i Ma zgadzało oraz własnej sempiterny, której tak do końca i tak się jej upilnować nie udało)
Wśród tych bajek i bajeczek była taka, jak to wykradła chrześniaka z przedszkola. Taka fantazja jej powstała we łbie, że poszła i dzieciaka ""wybrała". "No i wiesz, a jego ojciec był ubekiem i na motorze po mieście jeździł i dzieciaka szukał" Co moje Dziecko podsumowało, że w takiej sytuacji miała szczęścia więcej niż rozumu, bo mogła "na dołku" wylądować i chwilę tam posiedzieć. Zapytałam ile lat wtedy miała (mając cicha nadzieję, że jednak mniej niż pięćdziesiąt) i usłyszawszy, że 24 wszyscy zgodnie stwierdzili, że kobiecie tak do dwudziestu pięciu ostatecznie wolno jeszcze głupoty robić (facetom głupoty uchodzą w zasadzie do końca życia, bo oni głównie rosną, z wiekiem - nierównomiernie w różnych miejscach, a nie dorastają nigdy) Potem należy przestać robić głupoty i posiąść samokrytycyzm i samoocenę. Jak widać, nie wszystkim jest to dane i do końca życia uważają, że mogą co im się chce i kiedy im się chce, nie bacząc na cała resztę wokół. Co jest konsekwencją przerośniętego ego i wyraża się, jeżeli nie pogardą dla reszty, to przynajmniej ignorowaniem tej reszty.

                Robiłam przedgwiazdkowe zakupy u "mojej" Magdusi ("mojej", bo byłam jej wychowawczynią przez 5 lat). Bardzo lubię robić tam zakupy, bo ma sklep świetnie zaopatrzony, ceny dość przyjemne i sympatyczną obsługę. Natychmiast, gdy stanie się przed regałem, pojawia się miła dziewczynka i pyta "czy mogę w czymś pomóc" i nie jest to zapytanie, jak w rossmanie oraz w tym sklepie ma sens jak najbardziej: przeglądanie "bolesławców" w kurtce i z torebką na ramieniu grozi efektem słonia w składzie. Dziewczynka podaje, odstawia, przekłada i traktuje człowieka, jak by był jedynym klientem w sklepie. Wybrany produkt jest odnoszony do kontuaru celem zapakowania ("zwyczajnie, czy na prezent?"), po czym dziewczynka wraca i pyta, czy czymś jeszcze może służyć i przewala mi całą półkę olejków, w poszukiwaniu tego, którego potrzebuję i akurat nie ma. Nawet mi głupio, że aż tak i mówię, żeby już nie szukała, bo widzę, że są w tych samych opakowaniach - wszystkie zapachowe, a ja chcę eteryczny. Więc na odchodne mówię "mojej" Magdusi, jak miło być jej klientką. Na co słyszę: "bo wie pani, to trzeba lubić swoją pracę i lubić ludzi". Na co mi "gula" zaczyna powstawać jakaś, bo Magdusia powtarza dokładnie to samo, co mi tuptało na poddaszu przez całe lata i czym prędzej wychodzę. Jak miło, że się miało takie fajne "dzieci".
No, a ludzie? Ludzie w całej swojej masie są przerażający, są okropni. Zupełnie tak samo, jak uczniowie na korytarzu w czasie przerwy. I jak się na tym dyżurze, tak płynie nad nimi, nie widząc, to można się czuć jak tygrys w klatce, w dodatku otoczonej stadem wrzeszczących pawianów. Ale jak się podejdzie do każdego pojedynczo, i pojedynczo ich zobaczy to już jest zupełnie inna bajka.

                Wczoraj geriatria pojechała do Rz. bo ciotka załatwiła Starszemu wizytę u kardiologa.Ja bym tego nie załatwiła, ciotce udało się tylko dzięki temu, że jej samej pompka zastrajkowała i wylądowała na oddziale.Po czym uruchomiła wszystkie pokłady ogłady, bą tą i ęą, czym sobie panią doktór tak zjednała (plus zakupione przeze mnie kwiaty z ferero oraz tort orzechowy jak Czomolungma przed samymi świętami), że ta zgodziła się go przyjąć w przychodni, ignorując zapisy z rocznym wyprzedzeniem (nawet do miejscowego kardio Starszy ma termin na 20.07.2017 ustalony jakoś w lipcu).
W związku z powyższym cisza zapanowała, zero mów politycznych tudzież politycznych kazań.
No i tak sobie pomyślałam, że jak chwilowo nie muszę żywić Starszego, to może bym sobie ugotowała coś, co lubię, a on nie tyka. I jakoś nie mogłam sobie przypomnieć. Wobec czego skończyło się na kaszy jaglanej: właśnie przelałam wrzątkiem i nastawiłam, coby sobie pyrkała. Co z nią dalej będzie - okaże się w trakcie.Mam nadzieję, że uda mi się nie przypalić.

               W trakcie przedświątecznego zidiocenia udało mi się wyrwać chwilę, żeby uszyć fartuszek dla Pumy. Pumy miało nie być na święta, a w czwartek wieczorem okazało się, że w piątek o 15 tej wsiada i wysiądzie w S. około 15-tej w sobotę. Puma jest strasznie pozytywna. Tak sobie właśnie teraz myślę, że nigdy nie słyszałam żadnego jojczenia w jej wydaniu. No ten słoneczny uśmiech. Samą swoją obecnością wnosi deko radości.Więc oczywiste, jak się ucieszyłam na wieść, oraz wpadłam w popłoch prezentowy.

Włala! Niebawem zostanę miszczem szycia lamówek. Ten "przodzik" serduchowaty sfastrygowałam, bo tam same zakręty były, ale dół poleciałam partyzantem, czyli z wolnej ręki.

                Musiała gdzieś Puma wypchnąć w sieć foty wigilijnego jadła, bo odezwała się mesendżerem moja amerykanska bratowa namber łan, coby jej koniecznie podać przepis na pakowaniec, bo ona chce na nju jer upiec. Jak doszłam do połowy, to stwierdziła, że "oj, to się chyba tydzień robi". Więc ją pocieszyłam, że nie, bo: zarabiasz rozczyn - 5 min, po czym masz go w nosie, pijesz kawkę, oglądasz tiwi, opierniczasz męża. Jak ruszył wyrabiasz ciasto, kolejne 15 min, po czym znów masz je w nosie i powtarzasz to samo. Po godzinie poświęcasz 20min max na przygotowanie ciasta do wepchnięcia w piekarnik.
Trochę ją to podbudowało, ale stwierdziła, ze woli pyfko niż kawkę. Proszsz bardzo, niech będzie pyfko, tylko istnieje niebezpieczeństwo, że po użyciu pyfka w roli przerywnika muzycznego, wyjdzie "pijany Izydor" zamiast pakowańca.
           Na podniesienie ducha podałam jej jeszcze przepis na Cytrynowy Biszkopt Cioci Margo, czyli naszej Gochy. Gocha piekła rzadko i nie lubiła zbytniego pierniczenia się z garami. Wypieki robiła "jednowsadowe" szybko przygotowywalne do wsadu, bez ważenia wagą itp utrudniania sobie życia. Za to ten biszkopt robił furorę w Paryżu, wśród jej francuskich znajomych (gdzie ciast przecudnych i przesmacznych nie brakuje)
Jakby ktoś MUSIAŁ coś upiec na Nowy Rok, to to jest właśnie takie ciasto: może niezbyt reprezentacyjne, ale szybkie, łatwe i przyjemne w wykonaniu, oraz smaczne.
Proszę bardzo
składniki:
3 cytryny
5 jajek
5 kopiastych łyżek mąki
1 i 1/2 szkl cukru
100ml oleju (rzepakowy, słonecznikowy, bez smaku i zapachu)
na lukier
sok z 1 cytryny
cukier puder
Wykonanie:
1.Zetrzeć skórkę z jednej cytryny (no, cóż, tę odrobinę chemii jakoś może przeżyjemy)
2.Wycisnąć sok z 2 cytryn
3.Oddzielić białka do jednego dużego pojemnika, a żółtka do mniejszego
4.Najpierw trzepakami od miksera ubić na sztywno białka.
Jak już sztywne dać do nich połowę tego cukru i ubijać dalej, dolewając sok z cytryn
5. Teraz wsypać resztę cukru do żółtek i ubić tymi samymi trzepakami kogel-mogel
6. Wlać kogel-mogel do ubitych białek wciąż ubijając
7. Wlać olej -ubijać
8.Wsypać mąkę - pokręcić na małych obrotach, albo wymieszać łyżką do dna

(Można dla pewności dać razem z mąką łyżeczkę proszku do pieczenia)

Wylać do keksówki i piec na 150-180 st ok 35-40 minut. Pod koniec pieczenia, czyli jak już wyrośnięty ładnie i z wierzchu rumiany można spróbować patykiem (np do szaszłyków) czy się wnętrze nie lepi.

Po upieczeniu wyjąc z keksówki i zrobić od razu lukier tj do soku z cytryny wsypać cukier puder i mieszać łyżką. Pewnie można mikserem też. Ma to być gęste lejące, (nie wiem ile tego cukru, ale pewnie ponad szklanka wejdzie) - lukier robimy nieco rzadszy niż do lukrowania ciasteczek.

Tym lukrem polewać ciasto póki jeszcze ciepłe. Wtedy część lukru się zleje, a część wsiąknie w ciasto i o to chodzi. Jak nie wyjdzie wszystek to można zostawić na potem i resztą polać już wystygnięte ciasto. Gdyby się lepił do paluchów -można potrzepać cukrem pudrem przez sitko (czego ja nigdy nie robię, niech się lepi, jak lubi. Paluchy zawsze można oblizać, a w qlturalnym świecie wytrzeć w serwetkę)

Ten biszkopt zawsze wychodzi. Zakalec się nie zdarzał. Ja piekę na termoobiegu, wstawiam do zimnego piekarnika i nastawiam na 150, bo przy termoobiegu zawsze trzeba trochę niżej ustawić temp. Keksówka raczej duża potrzebna. I uwaga do punktu 4. i 5.: można oczywiście dać wszytek cukier do białek, a gdy ubite wrzucać żółtka i ubijać dalej. Ale z doświadczenia wiem, ze biszkopt jest lepszy, jak się daje już ubite żółtka do ubitych białek.

Biszkoptu nie mam. Ale za to mam pakowaniec. Który mi przypomniał Lilkę Eichlównę. Tak się jakoś złożyło, dawno temu, że się ichnia Pascha z naszą Wielkanocą zbiegły, na tę okoliczność byłyśmy z Mamą zaproszone i właśnie pakowańcem poczęstowane.

            Przepisu nie będzie. Jest na "wielkim żarciu" prawie identyczny, z tym, że u mnie nie ma żadnych powideł ani mas migdałowych. Tylko same bakalie, na sucho: pokrojone śliwki, morele, figi, daktyle, posiekane orzechy włoskie, skórka pomarańczowa i nieco płatków migdałowych. Po upieczeniu został polukrowany pomadkowym lukrem cytrynowym i posypany, bez przesady, płatkami nieprażonymi.

PS. Lilka Eichlówna była oczywiście Żydówką, o czym,oczywiście, wszyscy wiedzieli. W moich szczenięcych latach była już "trochę starszą damą" (w istocie pewnie niewiele starszą od mojej mamy). I właśnie - damą! Zawsze bardzo starannie i elegancko ubrana. Zapamiętałam najbardziej te koronkowe, białe rękawiczki, które latem nosiła, a które były w tym czasie ewenementem. Oraz letnie kapelusiki, takie niciane, usztywniane, od słońca. Spotykałam ją najczęściej pędząc Daszyńskiego w górę, na jakieś popołudniowe zajęcia w liceum, podczas gdy ona spacerowała w dół. Zresztą, niedaleko mieszkała. Kamienica na rogu Kościuszki i Mickiewicza była conajmniej od 1932 roku własnością jej ojca, potem jej. Ojciec, dr. Wilhelm Eichel, był adwokatem, członkiem przemyskiej palestry. O matce wiem tyle, że na bal ubierała brylanty, które "tak pięknie rozświetlają twarz i dodają jej blasku". Widać tych brylantów nie starczyło, na przeżycie całej rodziny, bo została sama Lilka. Z całej żydowskiej społeczności S., stanowiącej przed wojną 30 - 40 % obywateli miasta pozostało, przynajmniej w naszej świadomości i pamięci, ich dwoje: dama Lilka i prawie menel Tulik, który wszędzie chodził z małym kundelkiem na ręku.

sobota, 5 listopada 2016

zmiana nie-dobra

Podobno czas na zmiany. Zmieniają nam tu, tam i ówdzie. I mówią, że to dobre zmiany. No, ja tam nie wiem. Dla kogo dobre, dla tego dobre. (Np. ta ostatnia zmiana z akcyzą na auta: bidny Kowalski kupując złoma z landów sprowadzonego dołoży do interesu, natomiast reprezentant narodu, kupując lambordżini np, oszczędzi kupę kasy. Przypomina mi się anegdota w okolicy krążąca, dotycząca lokalnie wybranego: Jakoś tak w środku kadencji chłopy go dopadły pod młynem - No i jak, panie W? Mówiliście, że będzie lepiej!
- A nie jest? MNIE jest lepiej!)
Ale nie o te zmiany mi chodzi. W ogólności staram się nie interesować broszkami.
Natomiast bezpośrednio dopadła mnie zmiana czasu. Niby wróciliśmy do "właściwego", czyli słonecznego zegara, ale to nagłe skrócenie dnia o godzinę jest wqrzające, deprymujące i powodujące dezorganizację harmonogramów. Nagle psy, które dostawały kolacje o 18 tej zaczynają się dopominać o papu o 17tej! (No, niemożliwe! Już głodne! Przecież nie pora!) Kotów też zaczyna być nagle dużo jakoś, bo wszystkie trzy na raz znajdują się w kuchni, siedzą na środku i wpatrują się we mnie lub nawet zaczynają wierzchem chodzić.
Nie mówiąc już o zakłóceniu innych harmonogramów na styku: w sobotę wracałam z S. W Rz. już pociąg o 18 tej miał jakieś zaburzenia, podstawiony został dokładnie w godzinie odjazdu, podczas gdy zwykle stoi 20 minut wcześniej.
I do tego jeszcze inne okoliczności:
Pogoda usiłująca wiatrem zerwać nie tylko czapkę  z głowy, ale nawet głowę z karku.
Woda w kranie występująca jak efemeryda - pojawia się i znika. W międzyczasie koncert w rurach -psss, bul-bul, pss! A jak już się pojawi, to ledwie cieknie. Chyba trzeba się zaopatrzyć w dyżurne pięciolitrówki, żeby w razie W chociaż herbatę było z czego.
W tych wszystkich niesprzyjających okolicznościach wypada pomyśleć nad ZSD. Jeden  z opatentowanych babskich sposobów, to kupić sobie coś miłego. Niekoniecznie od razu etolę z norek, ale jakiś drobiażdżek sympatyczny.Niestety wymaga to ruszenia tyłka poza gumno.
Ale jest tez sposób na ZSD bez ruszania tyłka - miłe dla oka i podniebienia jedzonko!

W Ardenach podobno jeszcze złotojesiennie, ale moja ulubiona francuska bratanica musiała zaszyć się w kuchni przed halołynowymi przebierańcami. Takie były skutki tego zaszycia się, którymi się ze mną podzieliła (niestety, dla mnie były tylko efekty wizualne, resztę doceniał Pierre na talerzu): pierogasy z dyniuchą. Po wierzchu wala się szałwia, czosnek i tarty serek.

Przez te głupie halołyny dynie ropanoszyły się wszędzie. Niejako ubocznie również kulinarnie.


U mnie panoszą się w piwnicy. Z przeznaczeniem głównie dla kozowatych, ale wypadałoby samej spróbować, co się wyhodowało. Choćby po to, żeby mieć pojęcie o walorach poszczególnych odmian.

No to poszły do piekarnika: jedna butternut, jedna hokkaido i połowa białej. Ze skórką. Potem ta skórka schodziła bez żadnej łaski. Najsmaczniejsza okazała się ta biała. Tegoroczne hokaido -masakra jakaś, zapewne przez suszę i upały - twarda skórka, mączysty cienki miąższ. Piżmowa też niczego sobie...

Po co te dynie w piekarnik? Bo zaczęłyśmy z Puma wymieniać poglądy na temat ciasta z dynią jako substratem (nie w postaci nadzienia, bo u mnie konserwa kulinarna -odpada). Puma mi podesłała linki do przepisów na jakieś drożdżówki dyniowe. I się okazało, że do ciasta dodaje się dynię w postaci upieczonej i przetartej. O czym oczywiście nie wiedziałam. Bywało,że piekłam chleb z dodatkiem dyni, ale ścierałam ją po prostu na tarce, taka surową i już.

Wśród przepisów od Pumy była chałka dyniowa. 
Ponieważ przepisy  traktuję zwykle jako inspirację, więc tym razem z chałki dyniowej wyszło mi takie cuś:

Ciasto zostało rozwałkowane, posmarowane stopionym masełem i obficie zasypane cukrem z cynamonem, z przewaga tego drugiego. Następnie zwinięte w rulon, poustawiane na sztorc w tortownicy i upieczone. Z reszty powstała jeszcze taka mała strucelka marmoladowo nadziana. Na koniec polukrowane. A co! Niech jeszcze wygląda ładnie!

Wyglądało bardzo krótko, bo natychmiast zaczęło znikać. Po prostu gęba w niebie! Polecam. Zróbcie Sobie Dobrze, link do przepisu jest wyżej. Może być i chała, jak kto woli.

No i to był taki mały przerywnik muzyczny. Zawsze lepiej ruszyć tyłek i coś zdziałać, niż patrzeć w okno i przeżywać, co się widzi za.
(Chociaż ZA pojawiają się ostatnio miłe akcenty przyrodnicze: sójki zagościły na gumnie, sikorki wracają, na gościnnych występach jest jakiś szlachetny gołąbek. Nie wiem jeszcze, gdzie nocuje, ale rankiem widzę go jak śniada nieopodal obórki. No i plus dodatni dwudniowej wichury - wiało we właściwym kierunku i wywiało liście z gumna. Mówiłam cały czas, że grabienie liści to bezsensowne zajęcie?)

Jeden z plusów ujemnych nie-dobrej zmiany wiąże się z wieczornym wyprowadzaniem psów utrudnionym przez ludzka głupotę. Powyższy splot okoliczności spowodował, że wczoraj horror mały przeżyłam, na szczęście skutkujący tylko zdartym gardłem: Wypuściłam wieczorem psy na przedostatnie sikanko na gumno. Natychmiast pobiegły bezgłośnie aż pod stodołę - aha, coś było. Niestety, to coś było jeszcze aktualnie w postaci wolnego i swobodnego psa czającego się w mroku za lipą. Wolne i swobodne psy zachowują się nieprzewidywalnie, na ogół są ciężko wystraszone. Ten w pewnym momencie rzucił się pędem w kierunku szosy na co Czarna natychmiast za nim, wyciągając się prawie jak chart. A na szosie akurat był ruch jak na Marszałkowskiej w godzinie szczytu (nie, korek nie!) I to zapewne, oraz moje wrzaski Czarna zastopowało i skruszona wróciła. A dziś od rana znów jakiś wolny i swobodny pies palęta mi się po gumnie, wywołując słuszne oburzenie u psów domowych. Wrzask jest od rana.Psiaczek aktualnie zaprzyjaźnia się z kundlem sąsiadów, więc trase spacerowa mam zablokowaną.
Ciekawe, czy nastanie kiedyś taki cudowny moment,że ludzie się nauczą iż własny pies powinien przebywać na własnym gumnie, a poza jedynie na sznurku w rekach pana/pani?

Wczesnym rankiem zastałam staruszkę na wyrku w takim stanie. Ona nie jest ciepłolubna, jak Czarna. I zupełnie nie wiem, jak jej się udało tak skitrać w ten kocyk, który wcześniej leżał sobie zupełnie i dokładnie na płask. W każdym razie chwilę zajęło mi wysupływanie jej z kocyka, bo była nim wielokrotnie owinięta. To koc normalnych rozmiarów!

Póki co wylazło słoneczko, więc do boju!