piątek, 17 listopada 2017

sie obijam

Choć oczywiście niezupełnie i nie do końca, bo jednak to i owo ktoś musi zrobić. A ponieważ ochotników brakuje, więc tym ktosiem jestem ja. Większość zadań wynika z obsługi zwierzyńca czworo i dwunożnego. Prawdę mówiąc, wolę obsługiwać ten czworonożny, bo to jest jakieś naturalne takie, że on obsługi wymaga. Jeżeli chodzi o dwunożny, to jego połowa stwierdziła ostatnio, że "swoje już zrobiła i już nic nie musi", natomiast druga połowa jest w permanentnym niedoczasie, w ciągłym locie albo linia mu się grzeje.Do tego ma zwyczaj wędrować z telefonem przy uchu na kopiec Kościuszki, więc staram się  nie zakłócać mu odgłosami z tła dyskusji byznesowych.

Niektóre dnie są ciężkie do przeżycia  - buro, ponuro, ciemno, jak w rodzinnym grobowcu. Na nic siły i ochoty.W poniedziałek Starszy przeleżał cały dzień połciem. A ja niestety, zmuszona byłam powalczyć z gównem, bo Czarna Koza zrobiła sajgon w obórce totalny. Sytuacja była pt "nie chcem, ale muszem" i jak się już zabrałam to, oczywiście, permanentnie. I o dziwo, nigdzie mnie nie łupło. Ale potem to już nawet psom sikać się nie chciało, więc motywacji do ruchów jakichkolwiek nie było. Zatem, żeby nie sczeznąć w marazmie kompletnym zabrałam się za uszycie Dziecku torby "śniadaniowej", ponieważ poprzednia zaginęła w akcji, a pakowanie pożywienia w jednorazówki kończy się wybieraniem jabłuszek bądź kanapek spod fotela w aucie. W swoim bogatym składzie tekstyliów znalazłam dwa, odpowiednio nieduże na to, by cokolwiek innego z nich zrobić, kawałki tkaniny w chińskie znaczki. Z zasadniczej części tego materiału uszyłam była kiedyś roletę rzymską dla Córusi. Roleta była dwustronna, wykończona czarnym lnem. Nawet posiadała profesjonalny mechanizm. Uszycie jej wymagało nieco wysiłku. Po czym beztrosko zostawiłam ją na półce w pociągu jadąc do KRK, celem zawiezienia i zawieszenia. (Mam nadzieje, że znalazcy się spodobała i przydała.)


Z tych chińskich znaczków wyszła taka oto torbeczka. Ucha uszyłam z taśmy bawełnianej, złożonej na pół i przestebnowanej. Zszyta jest szwem bieliźnianym, coby się farfocle we wnętrzu nie ciągnęły i przestebnowana na brzegach, żeby nie wyglądała jak płaski wór. 

Mając przed oczami Dziecko nurkujące pod fotele za jabłuszkiem doszyłam rzepa, coby zarzepiał i jabłuszka sie nie turlały

To szycie było także dla zajęcia głowy czymś tam, ponieważ wcześniej dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojej ciotecznej siostry. Marta była tylko o rok ode mnie starsza. Od jakiegoś roku zmagała się z ludożercą, będąc pod najlepszą opieką lekarską. Ale raczej nie była dobrej myśli, bo w ostatniej rozmowie, zapytana o stan swojej mamy (a mojej ciotki, która ma 94 lata) stwierdziła, że mama na pewno ją przeżyje. W niedzielę przed wieczorem trzymałam w garści telefon z otwartym mesendżerem i zastanawiałam się, czy nie napisać. Ostatecznie nie napisałam. Zmarła w niedzielę o 21.30.

A poza tym znowu trochę czasu zmarnowałam na latanie po przychodniach i rejestracjach. Ciota, po tym jednodniowym pobycie w szpitalu, dostała dwa skierowania do specjalistów, z wpisem na karcie wypisowej, że ma ich odwiedzić za dwa tygodnie. Jakoś wydaje mi się, że doktory są oderwane od dotyczącej ich rzeczywistości, widzą pod nosem, a cała reszta jakby ich nie dotyczyła. Po co pisać starszej kobiecie, że za dwa tygodnie, nie wystawiając skierowania na cito, skoro wiadomo powszechnie, że do niektórych specjalistów są roczne kolejki? A po drugie - po co w ogóle ganiać ją po specjalistach, skoro schorzenie jest zadawnione, z dawna rozpoznane i niewyleczalne i nie ma specjalisty cudotwórcy, który by ją teraz uzdrowił, skoro nie uczynił tego 20-30 lat temu, w poczatkach choroby.W dodatku wyszło na to, że ciota niezadowolona z mojego wyboru lekarza. Mogłam ją zarejestrowac do pierwszego lepszego chirurga (i w sumie efekt byłby ten sam), tymczasem wybrałam chirurga naczyniowego. No i wpadka, bo ciota tego doktora nie lubi: kiedys poddała się jakiejś "innowacyjnej" terapii antyżylakowej, która okazła się falstartem. Potrzebny był kolejny doktór. Trafiła na tego właśnie, a on jej powiedział, że "kto zepsuł, niech teraz naprawia", co ciotę obruszyło do żywego i na wieki jej się w mózgownicę wklinowało wykreślając tego właśnie doktora z listy lekarzy mogących dostapić zaszczytu wysłuchiwania historii jej wszelkich chorób i przebytych terapii. O czym być może słyszłam, ale zapomniałam, nie przywiązując wagi do dupereli. W każdym razie: do tego jednego zarejestrowałam ją na Mikołaja, a do drugiego na końcowkę maja.

Ruch się zaczął w kornflejksach w pobliżu mym, tym fizyczny i tym szerszym.

Horyzonty mi sie poszerzyły. Od południa i jakby od wschodu trochę. Ta piękna maszyna solidny zagon przeżuła i wypluła na przyczepy ziarko złote, a mi klaustrofobia się odrobinę zmniejszyła. Psy rozglądały się ze zdziwieniem, że tak daleko widać, po czym Czarna zaczęła grzebać w ściernisku i wygrzebała nornicę (Fuj! -usłyszała i wypuściła. Czy nornica przeżyła -nie wiem) 

Psychicznie: Dziecko od kilku dni uczestniczy w kornflejksowym surviwalu easternowym (co się wiąże dla mnie z zabezpieczaniem przed utratą energii - kanapki i hektolitry kawy w termosy).
Kolega Dziecka ma tuż pod wschodnią granicą 100 ha pola obsianego kornflejksem. Zbiór ziarna z takiego pola, oddalonego od gumna o 90 km to cała logistyka: przeturlanie kombajnów, traktorów z przyczepami ogarnięcie tematu wywiezienia urobku z pola do kupca, ewentualnego składowania do momentu wywiezienia i ewentualnego załadunku na tiry. I tu problem jest, bo firmy transportowe nie chcą się podstawiać pod kombajn w polu (zawsze jest opcja uszkodzenia auta lub utonięcia  w roli po osie z ładunkiem - taka załadowana łódka to łącznie prawie 30 ton). Nie chcą jeżdzić do firm skupowych, bo kolejki. Dziecko miliony telefonów wykonało. W końcu załatwiło jakieś podwody na przyszły tydzień (ciagle za mało), po czym załatwiło plac na tymczasowe składowanie oraz ładowarkę, po czym obdzwoniło skupy, że może ktoś choć coś prosto z pola weźmie, żeby mniej na tę kupkę sypać. Żeby  jakoś wyobrażnią ogarnąć zakres przedsięwzięcia: jeden "tir" z naczepą  typu łódka zabiera na tę naczepę ok 20ton (każdy "tir zresztą, bo nie może takie auto z ładunkiem ważyć więcej niz 26 ton bodajże. Przeładowanie, w razie natknięcia się na :krokodyli z wagą, kosztuje kierowcę straszne pieniądze.) Z tych 100 ha może być, przy dobrych wiatrach, ponad 1000 ton . Wynik dzielenia daje 50 aut. Albo np 5 aut po 10 kursów. Licząc dwa kursy dziennie wychodzi 5 dni na wywóz tego ziarna do skupu. Kombajn kosi non stop, chłopcy się zmnieniają w kabinie, żeby nie paść. Dziecko pojechało na noc we środę, ale zbędne było, więc wróciło o północy. Pojechało rano zluzować któregoś, wróciło o 23 i oznajmiło, że jakieś 25ha jeszcze zostało. Dzisiaj zerwało się świtem i o siódmej już go nie było. Poleciało bez porannej kawusi nawet, bo ja spałam jakby, po śródnocnym wyprowadzaniu psów (o 4.15) -  no cóż , na szczęście są stacje benzynowe po drodze. Ciekawa jestem jak bilans zysków i strat na tym polu wyjdzie. Bo tak jakoś wydaje mi się, że posiadanie pola w tak dużej odległości od gumna jest zyskowne tylko dla władców Bieszczad, którzy swoich włości nawet nie oglądają - zamieniwszy je w trwałe użytki zielone, zlecają tylko telefonem koszenie. Dopłaty do ptaszków i krajobrazów  pokrywają koszty koszenia z dużym naddatkiem (Hektar koszenia kosztuje ok 130 zł. Na ogół właściciela nie interesuje skoszone, więc kosiarz we włanym zakresie to suszy i balotuje, po czym sprzedaje siano gotowe. Dopłaty do ha bieszczadzkich nieużytków mogą sięgać nawet ok 2 tys. Czysty zysk, bez kiwnięcia palcem i wystawiania nosa poza warszawskie posiadłości) Rolnik -rolnik, co innego. Ale ci warszwscy -bieszczadzcy rolnicy to jest dla mnie anomalia przyrodnicza taka sama jak ten warszawski czterdziestokrotny kamienicznik.
Dyrektorowanie pod chmurką to jest wciąż pot i znój, mimo tych wspaniałych, nowoczesnych maszyn za europejska kasę. Do tego łeb na karku, kalkulator albo excel w ręce, telefon bez limitu połączeń oraz komputer. Agrotechnik, mechanik maszyn rolniczych, operator kombajnu, traktorzysta, operator ładowarki. logista, ksiegowy i pracownik fizyczny w jednym (albo jeszcze więcej)
Fajnie jest najbardziej tam, gdzie nas nie ma.







sobota, 11 listopada 2017

jesienne dumanko

Jesiennie ciągle. Dziś znowu mała rehabilitacja pogodowa: chociaż dość ponuro, ale ciepło i bezwietrznie. A ja od rana mam manewry taktyczne.
Najpierw oczywiście psy, na dzieńdobry-dzieńdobry (to tak wygląda, że wstaję, naciągam na siebie to i owo, one już tańczą wokół mnie, więc szybko kawiarka na gaz, wskakuję w wysokognojne i ałt)
Wróciwszy nakarmiłam głodomory (to tez musi być od razu po powrocie, bo Czarna już tańczy).

Usiadłam, żeby wypić własną kawę, a tu pod oknem rozdarła się sumsiadka moja ulubiona, że jabłka wożom po dwapińdziesiat. Właśnie miałam lecieć złapawszy portfel w kieszeń, ale "młody rolnik" zajechał na gumno. I namówił mnie na krzynkę szampiona (no, nie wiem, kiedyś to się czempion nazywało). Wzięłam, bo dawał próbować i smaczne były. ( Z tymi jabłkami to teraz różnie - raz, że ich nie ma, dwa, że drogie, trzy, że beznadziejne jakieś w smaku. Na koksę się narwałam kiedyś na zieleniaku, ale koksa też już zmodzona i smak nie ten.)
Potem wpadł Tatuńcio, że chleb wożą, to może polecę kupić. (Tatuś wczoraj dostał wygawor, bo był w mieście i nie kupił chleba. Oczywiście - on nie wiedział, że trzeba, bo skąd chłop może takie rzeczy wiedzieć, że, chleb się kupuje np. I że nawet można na zapas, bo się go w zamrażalnik wrzuci.) Chciał się za wczoraj zrehabilitować,tyle że moimi rencami (nogami?)
Kupowanie tego chleba wożonego połączone jest z życiem towarzyskim, bo zawsze tam się kilka bab zleci i można chwilę gupio pogadać. Rzadko kupuję, bo trzeba akurat, będąc w gotowości, usłyszeć pipka i zdążyć dolecieć. I to w ogóle jakaś ciekawa akcja jest, bo facet wozi ten chleb w bagażniku zwykłego kombiaka (ciekawe co tam wozi w międzyczasie), na chlebku jest etykietka ze wszelkimi danymi, z wyjątkiem nazwy piekarni. Na szczęście chleb jest foliowany, ale bułeczki niestety pan podaje tymi samymi rencami, którymi np. przed chwilą otwierał bagażnik. (Oj tam, oj tam - człowiek nie wie, z czego tyje)

Potem przyniosłam jeszcze buraczki dla kozów od sumsiada i darowane otręby, też dla kozów.

A potem Dziecko wziąwszy i wstawszy. I trzeba było Dziecko nakarmić, po czym Dziecko poszło węgiel do hadesu zrzucać. Jak zwykle pyskowania i mniauczenia było przy tym co niemiara, łącznie z rzucaniem opatą. ( Dziecko nerwusik taki trochę jest i na wqrwiku lubi sobie czymś piżgnąć: a to kluczem, a to majzlem, a to opatą tudzież. Ponieważ raczej przy tym kontroluje kierunki i szkód dalszych nie implikuje - to niech sobie rzuca. Państwo Kurylewiczowie, tj. Warska i Kurylewicz, w celu rozładowania napięć małżeńskich mieli specjalnie przygotowaną do piżgnięcia siatkę z pingpongami. Piżgnąć takim czymś - cudnie, no, ale pozbierać potem! Domniemywam, że zgoda małżeńska nastawała przy wspólnym wyiskiwaniu pingpongów z zakamarków) Ponieważ opatą z plandeki gruby węgiel faktycznie nabiera się nijak ("Kto to wymyślił, żeby na plandekę?! - No, ja przecież. Bo nie lubię może wybierać węgla z trawy?"), więc zaproponowałam wiadro. "A co ja będę, jak popierniczony, z wiaderkiem latał!" Ale przyniosłam wiadra dwa, ja napełniałam stacjonarnie, on śmigał i poszło gładziutko. Nawet z podsumowaniem, jak to nam sprawnie kooperacja wychodzi. Kooperacja z Dzieckiem zawsze nam sprawnie wychodzi. Czasem na wstępie jakiś taniec indiański odtańczy i czymś piżgnie ewentualnie, ale potem jest git. (Wiadomo powszechnie, że faceci nie dorastają, oni tylko do pewnego momentu rosną, potem zaczynają się starzeć, a dużo dużo później stają się upierdliwymi zgredami, bo wyłażą na wierzch wszystkie ich plusy ujemne - zwłaszcza, gdy te dodatnie były słabe i nie mają już zastosowania w praktyce. I przekonanie, posiadane przez każdego mena - "po co mam robić coś, co może kto inny zrobić za mnie" rządzi ich aktywnością, a raczej - jej brakiem) Dziecko, dzieckiem będąc, trudne w prowadzeniu było, ze stwierdzonym mocno ADHD, którego do świadomości swej nie dopuszczało i wszelka lekturę w temacie odrzucało. Ale ogarnęło się zadziwiająco ładnie, choć nadal "czas", a raczej określona jednostka czasu, to jest dla niego pojęcie mocno względne. Wygląda to np. tak, że dzwoni i mówi, że jedzie i będzie "za chwilę", po czym pojawia się po dwóch godzinach. Pomału staram się wrzucać na luz i nie dopuszczać podpowiedzi złośliwego trola pt "musiało się coś stać". Patrząc z innej perspektywy - całe życie to chwila, więc te 2 godziny to jakiś ułamek chwili ledwie.

No dobrze, to teraz  o jedzonku. Od rana mnie tu taka jedna atakuje przepisami i przepisów brakiem, co mnie tak na tematy jedzeniowe zepchnęło. Chociaż temat jedzenia jest u mnie tematem trudnym bardzo, zwłaszcza ostatnio. Po pierwsze - ze względu na idiotyczny tryb pracy Dziecka powinnam gotować na obiad coś, co da się odgrzać. Jak wiadomo, nie wszystko się da (no, chyba, że w mikrofali, ale jej, podobnie jak telewizorni, nie posiadam ideologicznie) - taki np kotlet odgrzewany mocno traci, ziemniaki odsmażane tudzież. Więc kombinuję. Kombinacje kończą się tym, że Starszy nie je, bo on "przyzwyczajony do chłopskiego jedzenia".  Więc muszę kombinować co innego dla Starszego. A Starszy miewa fazy. Najpierw było "flaki, flaki", po czym kolejne przeleżały 3 miesiące w zamrażarce. "Kapustka, kapustka", po czym pyszna kapustka, nietknięta, poszła za flakami, a następnie, po rozmrożeniu zjadłam sama, zgodnie z ideą studencką jeszcze, że "lepiej zjeść i odchorować, niż się ma zmarnować". Oczywiście chętnie jadłby jadło wymagające pól dnia garowania, typu gołąbki, pierogi itp. Ale, ja masochistka garnkowa nie jestem, obiad ma byćnie tylko jadalny, ale tez szybki. Pół dnia garowania dla 10 minut jedzenia nie rajcuje mnie zupełnie. W dodatku takich gołąbków np. nie da się zrobić "troszkę" a mrożone są niesmaczne, ryż się robi jakiś taki papierowy.Wczorajszy obiad:  zupa jarzynowa z brukselką, brokułem, szparagówką. Dziecko akurat było w domu, zjadło porcję, ja swoją. Starszy - nie, "bo on dwudaniowego obiadu nie zje, chyba go chcę utuczyć" (Część dodałam psom do ich kolacji, resztę zjem dzisiaj) Ziemniaczki, sznycelek (czyli kotlecik mielony) i buraczki oprószane. Dziecko nie jadło, bo już musiało lecieć, a Starszy zażyczył sobie "chłopskie", czyli owe ziemniaczki z maślanką. Psy dostały więc trochę buraczków, trochę zjadłam, resztą się dziś podzielę z psami.
Jak widać - temat gotowania jest mocno rozwalający. Przy tym, oczywiście, żadnych wynalazków, oprócz wynalazków "już oswojonych". Wqrza mnie to tym bardziej, że ja nie jestem przyzwyczajona do takiego czegoś. U mnie w domu nie było fanaberii - co ugotowane, to miało być zjedzone. Do czystego talerza. A Starszy ma  taką manię, że choćby widelec ziemniaków, ale musi zostać. Domyślam się jakiegoś wiejskiego sawuarwiwru, że nie należy zeżreć do końca, bo by wyglądało, że był głodny taki.
Ponieważ te jabłka przybyły, co prawda takie raczej deserowe, niż kulinarne, to wymyśliłam sobie strudel. Czas garowania przy produkcji strudla jest do przeżycia. W dodatku można najbardziej nieprzyjemne zadanie, tj obieranie jabłek, zlecić Starszemu.
Ciasto na strudel jest bezkolizyjne - po prostu robię ciasto jak na pierogi, z tą różnicą, że daję jajko, którego nie ma w pierogowym.
Czyli ciasto na strudel:
1 szkl bardzo gorącej wody
1 duża szczypta soli (duża szczypta to w trzy palce)
1 jajko
4 łyżki oleju
1/2 kg mąki (około, bo to mocno zależy od tego jak bardzo jest sucha. Sklepowa zawsze suchsza niż własna)
Mąkę wysypać na stolnicę, dodać sól, zrobić dołek. W ten dołek wlewać powoli szklankę gorącej wody, zagarniając mąkę od brzegów łyżką, albo szerokim nożem.  Jak już się zrobi paćka mączna, znów wygrzebać dołek, w ten dołek wbić jajko i wlać olej, przegrzebać jeszcze nożem, by nabrało konsystencji, w którą można ręce włożyć, po czym normalnie wyrobić ciasto, raczej dłużej niż krócej, bo wyrabianie takiemu ciastu zawsze dobrze robi (jak wiadomo - nie każdemu, bo kruchego się raczej nie wyrabia, tylko zlepia do kupy i parę razy przygniata) Nadmiar mąki zawczasu odsunąć nożem na brzeg stolnicy. Potem w miarę potrzeby podsypywać tą mąką ciasto. Uważając żeby nie przesadzić, bo ciasto strudlowo-pierogowe ma być miękkie i elastyczne. Po całej tej akcji, ponieważ użyłyśmy prawie wrzącej wody, ciasto jest dość ciepłe, Zatem je na talerz i pod miskę (koniecznie pod miskę, bo inaczej obeschnie, a tak to sobie jeszcze wchłonie te parę, co z siebie odda.
I w międzyczasie możemy się zająć jabłkami, co je właśnie Starszy skończył obierać i je szatkujemy. Nie ścieramy na żadnej tarce tylko cieniutko plasterkujemy. Można z palca, a można i nawet wskazane - szatkowniczką.
Bo oprócz ciasta potrzeba
ok 1 kg jabłek (raczej więcej niż mniej)
cynamon
cukier
ok 10 dag masła.
bułka tarta
Ciasto już wystygło, zatem żegnamy się ze stolnicą i przenosimy na stół (Nawet nie na ladę kuchenną, bo ja lubię mieć do tego dostęp swobodny ze wszech stron, poza tym ciasto  może nam ze stołu na wszystkie strony zwisnąć, czego na ladzie nie potrafi) Na tym stole kładziemy jakąś serwetę (oczywiście nie koronkową, tylko taką zwykłą, bawełnianą, jakąś jadalną, czyli bez nadruków itp) Tę serwetę lekko podsypujemy mąką i na niej wałkujemy ciasto. Najcieniej jak potrafimy, ma być takie prawie przezroczyste. Zapewniam, że to się udaje - gdyby to zbyt wiele wysiłku kosztowało, to strudla by u mnie w domu nigdy nie było. W książkach kucharskich piszą, żeby rozciągać i mama Kossakowa (Wojciechowa) przez kuchnię ciągnęła (ile tego musiało być, żeby aż przez kuchnię!), ale ja nie ciągnę nigdy. (Może odrobinę na początku) Bo ciągnie się nierówno, w jednym miejscu zdarzy się dziura, w innym grubo. Wałkowanie załatwi temat. Jak się trafią jakieś zgrubiałe brzegi to obcinam je na równo nożyczkami kuchennymi. (W tym momencie możemy sobie włączyć piekarnik na 180 st).
Teraz ten okrągły (a raczej bardziej prostokątny placek) smarujemy obficie roztopionym (tylko roztopionym, ja nie rumienię!) masełkiem. Posypujemy tartą bułką sowicie (bez przesady, ma przykryć masło i tyle w temacie, nie ma być warstwy luźnej buły). Na to wykładamy w miarę równo jabłuszkowe plasterki, posypujemy wg gustu cynamonem i cukrem. I zwijamy dwie sztrucle. Ja to robię tak, że zawijam jedną od jednego brzegu, drugą od drugiego, zostawiwszy sobie wcześniej przesmyk w jabłuszkach na środku. Jak nam na końcach coś wyrczy nieestetycznie, czyli jakiś nadmiar ciasta, to go obcinamy na równo, zalepiamy końce i na blaszkę prostokątną układamy dwie obok siebie. Odstęp wskazany, ale niezbyt przesadny, bo to ciasto nie rośnie. Smarujemy po wierzchu resztą masła i wstawiamy do gorącego już piekarnika. Pieczemy na jasnozłoto, pamiętając, żeby nie przesadzić, bo zbyt spieczone jest pancerne i nawet pies sobie zęby połamie na tym.  W międzyczasie można jeszcze raz tym masłem posmarować w trakcie pieczenia, ale musu nie ma. .Po wyjęciu z piekarnika kroimy ostrym cienkim nożem na grube kawałki i na talerzyk. Widelec do tego.
Starszy ma taka fanaberię, że życzy sobie, żeby mu jeszcze te kawałki strudla podsmażyć na masełku. Proszę bardzo, można i tak. Ja wolę bez smażenia.

Po wsadzeniu tego strudla w piekarnik wzięłam psy i poszłam z nimi precz. Idę, paczę a tu - tu się snuje, tam się snuje. Dym oczywiście. Bo wiosnę na wsi ropoznajemy po tym, że są dziury w asfalcie, a jesień po tym, że cała wieś spowita jest w dymach. Bo ludziskom z tych nudów (wszystko polikwidowane, żywiny żadnej, cza coś ze sobą zrobić) palma odpiernicza i kużden spadły liść musi być zgrabiony, a następnie spalony, jako ta czarownica na stosie. I nie ważne czy wyschły czy zaraz po deszczu - no cóż trochę więcej dymu. A koło przyrody kręci się tak, że najpierw nie ma liścia, potem są jakieś pączki, potem jest bujna zieleń, która następnie zamienia się w żółć, czerwień, brąz. Potem ten brąz zwiędły spada. I jak spadł, niechaj leży. Wszystko ma swój sens i cel. Jeszcze rozumiem - w obejściu. Ale w odległym sadzie?! W parku?! (Jakże miło wspominam włóczenie się po parku w S. jesienią i szeleputanie liśćmi pod nogami. Teraz to nieosiągalne!) W miastach odpowiednie służby też natychmiast podniosą każdy spadły liść. Również w parku. Kuzynka Starszego ma dom z ogrodem w miasteczku. Z dala od centrum miasta. Dostała poważne pismo z poważnego U.M., że ma wygrabić liście na swojej posesji. Nosz do licha! Co komu do domu, jak dom nie jego?! Co za zagrożenie dla ładu i porządku przedstawiają liście leżące na czyjejś ogrodzonej posesji?! Ja już pominę co wnoszą do świeżego powietrza te dymy (karalne to powinno być!) oraz gdzie sobie przezimuje u mojego sąsiada, pana Ć. taki np JEŻ? Bo pan Ć. sad wygrabił, pani Ola zleciła pozbieranie kosiarko-traktorkiem. Danka w tym roku nie tknęła grabiami sadu, bo pracuje etatowo i ma dość. No, a u mnie, jak wiadomo - gnojstwo, pod hasłem ten co liście z drzew strząsnął, wiedział po co to robi i się nimi odpowiednio zajmie.

PS. W kwestii informacyjnej zapodaję, że gdyby ktoś miał taki wewnętrzny przymus i koniecznie zapragnął znaleźć na tym blogu jakiś przepis, to tam na lewo jest takie miejsce podpisane "etykiety". I jak się kliknie w któreś słowo z tej chmurki, to pokazują się wszystkie moje posty opatrzone tą etykietą. Przyznam bez bicia, że nie etykietowałam postów od zarania, bo nie odczuwałam takiej potrzeby oraz nie sądziłam, że ktoś może być żądny zamieszczanych tu przepisów, czy wskazówek.Ogólnie rzecz biorąc, ja nie potrafię podać szczegółowych przepisów na to, co wyczyniam, ponieważ w kuchni działam na zasadzie swobodnej tfurczości. Nawet większość wykorzystywanych przeze mnie przepisów jest raczej traktowana jako podstawa improwizacji "na temat", No, oczywiście bez przesady, z czasem wiadomo, gdzie można improwizować, a gdzie musi być ściśle. Poza tym, jakoś mi się coś czasem wciśnie w dumania, ale ogólnie od przepisów to są specjaliści (tki), którzy(re) z tego żyją, że piszą blogi kulinarne.

PS.PS.  Się rehabilituję i wstawiam:

Oto właśnie sztuki dwie, tyle co wyjęte z piekarnika. Za długie wyszły nieco, więc skosem na blaszce leżeć musiały. Wizualnie to żadne mecyje, zwykła sztrucla lepiej się prezentuje.

PS.PS.PS.  rehabilitacja namber tu Ponieważ  Evunia mnie molestuje więc zamieszczam tego strudla urżnietego.
Jak mówiłam, szału optycznego nie ma.Ciasto jest cieniutkie i wiotkie, pod nożem się spłaszcza. Nigdy nie będzie wyglądać jak makowiec czy tp. Sztruclowatość jego zanika w trakcie pieczenia i to ciasto zawinięte sztruclowato jest niewidoczne okiem aparatu (gołym okiem również nie bardzo). Jabłka się ładnie rozpiekły, choć nie renety to były. Odrażająco nie wygląda, a najważniejszy jest smak.



poniedziałek, 6 listopada 2017

listopadowo - nielistopadowo

Po tych mrokach, szarugach i dujawicach już trzeci dzień pięknie słonecznej pogody.
Wczoraj co prawda gawrony po najcieńszych czubeczkach drzew siadały, ale najwyraźniej coś im się popitoliło, albo plany aura zmieniła w ostatniej chwili, bo dziś od rana w końcu nie wieje. Wreszcie można z przyjemnością powlec się z psami w pole, choć ta przyjemność niepełna taka jakby. No, bo oglądanie od pół roku tego samego krajobrazu, w którym zmienia się tylko kolor, nudnawe jest. Poza tym horyzonty mam nadal mocno ograniczone. I to wszechstronnie. Od wszelkich wschodów, południa i północy ogranicza je ququ, od zachodu - zabudowania. Czasem trafia się urozmaicenie jakieś, gdy z tych łanów przyszłych kornflejksów coś się wyłoni. Kornflejksy żyją własnym życiem, bujnym nawet i niczym niezakłóconym, bo komu przyjdzie do głowy pchać się w łan - miewa  ze 3,5 m wysokości. Jak wleziesz - nawet  nie bardzo widzisz niebo, jeszcze by zabłądzić można.

 I właśnie tym razem ujawnił się  taki fragment życia wewnętrznego kornflejksów. Wylazło toto, niespodziewanie dla samego siebie i się zdziwiło. Zatem stanęło i przez chwilę nie wiedziało, co dalej. Niestety, zanim aparat mi się uruchomił, Czarna zwęszyła temat i zaczęła drzeć ryj. Księżniczka, jak widać ma  gdzieś - idzie sobie sznupiąc własnym systemem. Jak się temu płowemu efekty dźwiękowe dołączyły do wizualnych  - zarządziło odwrót. Zapewne znajdowało się na wysuniętym posterunku obserwacyjnym, bo w łanie po lewej dały się zauważyć gęściejsze oznaki odwrotu.

Horyzont od PN. Tu jakby szerzej nieco - teren troszkę opada i ququ mniej ogranicza widoczność. Nawet dziś wstęgę autostrady dało się zauważyć. A to już coś!
Tak we wogóle, to przyznam się cichcem, że ja się tej kukurydzy boję i gdyby nie to, że z psami łażę, to by mnie na tej drodze, tam w głębi, nigdy nie było. Z psami bezpieczniej jakoś. Nie żeby obronne były, raczej ich bronić trzeba w razie Wu. Ale towarzystwo jakieś ukryte wyczują i zasygnalizują, najpierw uszami, postawą, zanim jeszcze zaczną drzeć paszcze. Kukurydza tak szeleści dziwnie, jakby ktoś wśród niej łaził. Często, bywając na grządkach sama, z nagła szelestem tknięta, głowę znad jarzywek podnosiłam i wypatrywałam. Bo nigdy do końca nie wiadomo, czy to tylko wiatr, czy faktycznie łazi. Przypadki były, że sobie ludkowie żądni doznań zakazanych, inne uprawy tajnie wśród kukurydzy zakładali. A w naszej pobliskiej metropolii jest ich sporo. 

Szary pies w szarej trawie, czyli Księżniczka jesienią. Od ostatniego, bestialskiego strzyżenia już trochę obrosła. Zdjęcie ewenement - coś ją musiało zainteresować mocno, że tak stoi i daje się fotografować, a nie pokazała mi dziurki pod ogonem. Zwykle bowiem, gdy tylko zauważy, że robię zdjęcia, natychmiast wykonuje w tył zwrot i pomyka naprzód.


I Czarny pies. Niestety, w cieniu mym. Czarny pies musi być na sznurku, bo ma durne pomysły. Za tym płowym by pognała na przepadło i szukaj wiatru, nie wiadomo w którym, polu. W dodatku uwielbia wszelkie gówniane smrody. Tylko dzięki sznurkowi udało mi się zapobiec wytarzaniu się na tych właśnie tutaj sąsiadowych grządkach, gdzie rozłożył kurzeniec, jakiś tydzień temu. W sumie nie wiem, na co, bo pożytku z niego, jako nawozu,  wielkiego miał nie będzie - obornik powinien być jak najszybciej przyorany. (Praktyka i zdrowy rozsądek tak nakazuje, nie tylko unijne przepisy dotyczące uwalniania azotu do atmosfery)

A nagietki sobie kwitną. Nawet ich ci kornflejksowi lokatorzy nie obżerają, obżarłszy wszystko to, co celowo im na grządkach do obżerania zostawiłam.

A poza tym - nic szczególnego na działkach się nie dzieje. Zapowiada się ten tydzień z jakby mniejszym  musem. Choć nigdy z góry nie wiadomo, co znowu w praniu wyjdzie.
A wychodzić lubi różnie, niestety:
- W piątek, zgodnie z ustaleniami, przywieźli kuchenkę. Z montażem zakupiona, więc pan się zabrał. Krótkie starcie być powinno: podwinąć, zakręcić, odkręcić, podwinąć, przykręcić, sprawdzić czujnikiem i dziękuję, do widzenia. Tymczasem uciekało. Więc odkręcić, ściągnąć podwinięcie. Zakręcić. Uciekało. Da capo. Uciekało. I da capo, ze zmianą teflonu na pakuły, co zajęło nieco czasu na wysmykiwanie pakuł z kłąba skołtunionego. Uciekało. Oprócz tego, co pan zakręcił, był tam jeszcze nypel i kolanko. Przyszło panu do głowy, że nie ucieka na tym , co on zakręcił, tylko na nyplu, któren się obruszył w czasie jego manewrowania kluczem. Więc - da capo rozszerzone o wykręcenie nypla. W końcu - sukces. Nie uciekało. Pan się tak ucieszył, że z wrażenia zapomniał klucza na zlewie i musiałam biegać. A poza tym, wypadało wynagrodzić zaangażowanie, bo sumienny był i się zmagał. W końcu mógł był to uciekające zostawić (ja mu w miernik nie zaglądałam), wyszło by na jaw nieco później. Ostatecznie w formie wielkiego bum.
Teraz ja się zmagam z kuchenką i piekarnikiem, któren przez pół soboty odsmradzałam przy akompaniamencie marudzenia panów obu własnych. W niedziele upiekłam kapuśniaki i cynamonowe ślimaczki, przy czym wyszło, że pieczenie na dwóch piętrach na raz, to tylko w targowym piekarniku się udaje. Ogólnie - szału nie było. Ale, podstawa dobrego wypieku to mąka i piekarnik. Jak mąka jest do kitu, to nic nie pomoże. Piekarnik ćwiczymy nadal.
- W sobotę wieczorem Dziecko pojechało potowarzyszyć koledze, który kosił kornflejksy. Wróciło o czwartej nad ranem w niedzielę, ponieważ okazało się w trakcie, że zaginęła kobieta i wszystkie oczy na pokład.  Łazili po nocy, przeczesując chaszcze nad Sanem. Parędziesiąt kilometrów od miejsca jej zamieszkania. Auto z dokumentami i kluczykami znaleziono w pobliżu, pies tropiący prowadził do rzeki, ale jest jeszcze ta "matka głupich", która kazała szukać wszędzie. W niedzielę poszukiwania wznowiono od rana, bez rezultatu. Resztę pozostawiono nurkom i chytrym urządzeniom. Dziecko wróciło uświnione przed wieczorem. Kobieta miała 35 lat i dwoje małych dzieci. Bez względu na wszystko - nie robi się takich rzeczy dzieciom.








środa, 1 listopada 2017

no to mamy

- kolejną zmianę. Tym razem czasu. Która oczywiście jest wqrzająca - burzy mi cały harmonogram, bo psy się na zegarku nie znają i jak o piątej zaczynają mi tańczyć po kuchni i się naprzykrzać, to się oczywiście, w pierwszej chwili wściekam, że biedne, głodne, niedojedzone itepe. Potem dopiero zatrybiam, że piąta to szósta była dopiero co. Zatem do kóz idę o szóstej (bo to już siódma przecież) i tym sposobem wieczór mi się wydłuża. A że w ciemnościach nie potrafię myśleć i działać twórczo, więc kręcę się jeszcze trochę wykonując czynności prozaiczne (w stylu - latanie na odkurzaczu, czyszczenie kuwet - no, z tych czynności zanikających) Po czym robię sobie kolację i zasiadam do głupot codziennych-cowieczornych. Psy oczywiście znowu zdążyły zgłodnieć, więc mi pilnie asystują. Sępienie mają we krwi i nie ma na t sposobu. Czarna sępi kulturalnie  - siedzi i czeka, ostatecznie, jak długo nic nie dają, to leży. Natomiast Księżniczka siedzi i przebiera łapkami. Stuka przy tym pazurkami w podłogę, co na mnie źle działa. Czasem poszturchuje, samolubnie konsumującego delikwenta, łapką. Ostatnio przeszła samą siebie, bo wspięła się dwiema łapkami na kolana Starszego. Ale, inteligentne są, bo na hasło "nie sępić" oddalają się nieco  na, z góry upatrzone, pozycje.
- ogon Grzegorza, którym nas zawinął i jakoś na dłużej się tu zatrzymał. Pewnie mu dobrze... Niby miało przestać duć do wieczora w poniedziałek, ale jakoś duje nadal, choć dzisiaj już jakby słabiej. Szkód niestety/na szczęście nie odnotowano. Mieliśmy z Dzieckiem cichą nadzieję, że może wreszcie zdmuchnie jakiś kawałek dachu stodoły i w końcu będzie pretekst do rozbiórki (Starszy wciąż w nierealnym świecie żyje i snuje plany remontu, nie biorąc pod uwagę źródeł finansowania. Oraz faktu, że stodoła nie pełni już żadnych funkcji, którym kiedyś służyła, a nowe nie zostały jej przypisane) Ale tak to już chyba jest, że najtrwalsze są ruiny i prowizorki. Wobec czego czekamy teraz na opady śniegu.
- ciągły nadmiar rozrywek. Ciota miała na poniedziałek zaplanowane USG, a potem ponowną wizytę u ortopedy. Zaplanowane miała pomiędzy 7 a 8 rano. Oczywiście już pięć po dzwoniła, czy jedziemy, bo ona od szóstej gotowa, ale przetrzymałam ją jeszcze pół godziny. W przychodni trzeba było ponownie zajrzeć do okienka, gdzie kłębił się tłum bezrobotnych pracowników. Ale na pytanie, gdzie jest pracownia usłyszałam tylko warknięcie, sugerujące, że jestem ślepą krową. W sumie trudno mi się rozglądać i czytać napisy na drzwiach pchając na wózku osobę o posturze zwiędniętego hipopotama, ale owarknięta  poniosłam głowę i właściwe drzwi znalazłam.  Oczywiście lekarz miał przyjmować od 8, ale 15 po 9 jeszcze go nie było. (Też pomysł, żeby doktory miały przybywać do przychodni w poniedziałek na taką nieludzką godzinę, jak niewolnicy jacyś.) W końcu przybył, nogę cioty pooglądał i kazał fotkę pstryknąć. No to wróciłyśmy, skąd przed chwilą niejaką się przyturlałyśmy. Tam znowu odczekałyśmy swoje, fota została pstryknięta.Tym razem już nie czekałam, aż doktór zawoła, tylko wtoczyłam ciotę do gabinetu. Doktór pooglądał ciotę, fotę, USG, telefon wykonał i skierował ciotę na chirurgię do szpitala. No to poturlałam ją na izbę. Stosunkowo szybko nam tam poszło (biorąc pod uwagę, że i dniówkę roboczą można spędzić, zanim na oddział wywiozą) i ciota została poturlana na oddział, a my polecieliśmy po stroje odpowiednie i pozostałe prepitety potrzebne, wysłuchawszy uprzednio 10 razy co i gdzie się to znajduje (choć ciotę pakowałam już do szpitala kilkakrotnie i doskonale wiem gdzie i co, ale nie daj boże, żebym wzięła majtki w kropki zamiast majtek gładkich) Potem znowu szpital, potem jeszcze zakupy, bo jak już jesteśmy, a we wtorek będzie sajgon. Potem jeszcze lokalny market budowlany, bop rzeszowska jakieś cementy do obciążania stroików zarządziła i w końcu do domu. I UFF - to na jutro tylko rzeszowska i cmentarz. A tu: surprajz! We wtorek tel o 8.30: "-Iwona, to ty?, -No, ja. - Bo mnie dzisiaj wypisują. To przyjedziecie?" No, a mamy inne wyjście? Ponieważ ciota wcięła się w harmonogram, więc Starszy wymyślił, że olać wypis, jedziemy po ciotę już. No i pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że jakieś recepty mają być, więc poleciałam, gdzie trzeba. Usłyszałam, że wypis będzie za 10 min i pani przyniesie. I faktycznie za 10 min przyniosła. Po drodze jeszcze apteka, gdzie ciota zostawiła kolejne już w tym miesiącu prawie 200zł. Potem jeszcze wybrałam jej popiół spod kuchni i przyniosłam drewno na rozpałkę. I polecieliśmy do domu, bo rzeszowska.
A rzeszowska, Dzieckiem zgarnięta spod busa już latała z elementami do stroików. Wcięłam jej się w akcję, bo ona by się z tym ciaćkała do zmroku. Ułożone, zagipsowane, miliony zniczy spakowane do turlanej torby i sru pod cmentarz. Pod cmentarzem oczywiście sajgon, ale tym sajgonem zarządzają umundurowani uczniowie z pobliskiej szkoły, więc poszło gładko z parkowaniem. No a potem niestety musiałam przeciskać się z turlaną torbą pomiędzy grobowcami -turlać się jej za nic nie dało, a do noszenia ona nieporęczna bardzo. Przy czym stwierdziłam, że rzeszowska, z ludożercą, po czwartej bodajże chemii z drugiej serii, z hemoglobiną na poziomie 8% i prawie 20 lat starsza, jest w formie niewiele gorszej ode mnie. W każdym razie załatwiła jeszcze jeden grobowiec dość daleko, a po wszystkim jeszcze zakupiła chryzantemę żywą i ją doniosła. Starszy odpadł w przedbiegach i grzał się w aucie. Po powrocie nastawiłam szybko ryż na pomidorówkę i poszłam z psami, wdzięczna bardzo, że nie zastałam klocka na dywanie. A potem wzięłam się za porządki po córciowych porządkach sobotnio-niedzielnych.
- bo tak, córcia wpadła w sobotę po 15tej. Oczywiście wzięła się za jakieś porządki, a ja postanowiłam się nie wcinać, żeby nie zaburzać atmosfery - potem poprzekładam najwyżej. Pojechała w niedzielę po 15tej, a ja się wzięłam jeszcze za pieczenie tortu dla Dziecka do pracy.( Bo wizyta córuni była spowodowana imieninami Starszego oraz urodzinami Dziecka.)  Córcia zanabyła internetem nową kuchenkę. "Dla mamuni" (Tia, bo kuchenka jest potrzebna tylko i wyłącznie mamuni!) Która będzie dostarczona w piątek.
-no to mam jeszcze parę trudnych zadań do wykonania.
Tort był czekoladowy z wkładką orzechową i mocno czekoladowym kremem .
Z podanego przepisu zrobiłam tylko wkładkę, idealnie taką jak robiła rzeszowska. Zwiększyłam tylko liczbę białek (oczywiście zachowując proporcje), bo ja mam dużą tortownicę i byłoby za cienko. Polewę zrobiłam z mlecznej czekolady, bo tę z gorzkiej Dziecko zdejmuje z ciasta (choć moim zdaniem - jest bardziej czekoladowa). Kremu wyszło mi potrójnie w stosunku do przepisu, niekoniecznie z zachowaniem proporcji kremówki do czekolady.  Dekorację -z białych bezików i kilku ażurowych listków czekoladowych. Zdechł mi worek cukierniczy, a nowego nie zdążyłam nabyć, więc nie mogłam udekorować tortu kremem. Wyszedł elegancko, mniej więcej jak na zdjęciach z linkowanym przepisie. Nawet warstwy udały mi się idealnie równe (Dziecko relacjonowało, że konsumentki się zastanawiały, jak to robione, że tak idealnie wyszło. No, jak? Starannie po prostu.) Już się zwierzałam, że nie lubię piec tortów, bo to jest zawsze "ciasto -niespodzianka" - nawet gdy wiadomo, jak się udało ciasto, to i tak nigdy nie wiadomo przed podaniem - jak wyszło w końcu. Bo niestety, tort prezentowany jest na ogół w całości, a potem rozkrawany. Nie lubię tortów eklektycznych, w które jest nadźgane wsioho dobroho po niemnożkie : a to owoce, a to galaretki - pobełtanie smaków i kolorów. Czekolada komponuje mi się z orzechami albo wiśniami (przypomnę informacyjnie, że "albo" to jest alternatywa wykluczająca tzn -jak jedno, to nie drugie, podczas gdy "lub" może być jedno, drugie, albo oba razem)

I to tak jakby było na tyle. Te różności się dziejące jakoś źle na mnie działają. Niestety, wymagają zbyt wiele wysiłku fizycznego oraz psychicznego. Zatem jestem totalnie do du... i w ogóle, poza tym nie mam ochoty na nic. A najlepiej, jakby mi wszyscy, choć na chwilę, zeszli z oczu. Łącznie z psami, które tez mają jakieś fanaberie.
A może tylko ta zmiana czasu tak źle działa?

piątek, 20 października 2017

a mi się marzy kurna chata....

A mnie się marzy kurna chata
Zwyczajna izba zbita z prostych desek
Żeby się odciąć od całego świata
Od paragonów, paragrafów i wywieszek
Zaszyć się w kącie w kupie liści
Tak, żeby tylko koniec nosa było widać
Nic nie zamiatać, nic nie czyścić
Nie kombinować, co się jeszcze może przydać

No, może tak nie zupełnie z tą kupą liści w kącie. I a propos zamiatania - też niekoniecznie bez. Zamiatać ostatecznie mogłabym. Zwłaszcza, gdyby tej kupy liści w kącie nie było. A najlepiej poodkurzaczować. Bo przecież bym w tej kurnej chacie z moimi futrami była. A futra, jak to futra - kłaki gubią, żwirek wynoszą, odkurzaczowanie jest niezbędne każdego wieczoru.
Mieszkałam kilka lat w takiej chacie. Kuchnia kaflowa tam była i całkiem miło było, jak się zapaliło pod blachą. Kot przeskakiwał po tej rozgrzanej blasze i siadywał na przymurku... Co prawda często było spokojnie jak na wojnie, bo za płotem był sklep, a pod sklepem wielbiciele napojów. Płot był leciwy, więc nie było pewności, czy pod naporem chwiejnych ciał nie runie (ostatecznie z czasem runął, ale mnie już tam nie było). W dodatku wchodziło się do chałupy jakby od tyłu, gdzie już światło latarni ulicznej nie sięgało i też pewności nie było, czy się nie nadepnie na jakiś zezwłok odpoczywający na schodkach. Ale summa sumarum - jak by tak tylko nieco większe wygody (zwłaszcza w kwestii wygódki) były, to chętnie bym ....

I jeszcze mi się marzą te płonące góry i płonące lasy. Tak choć przez chwilę oko pocieszyć widokiem innym niż usychająca kukurydza wszędzie wokół i jak okiem sięgnąć, po horyzont ze wszech stron. Parę lat temu tak mi się udało. No, jak tak pomyślę, to już ładnych parę lat się zrobiło. Pojechałam do S na W.Ś. Po załatwieniu cmentarza należało nawiedzić tatusia. Z czasem ta jego cudna Lussi była dla mniej coraz bardziej ciężko strawna. Tym razem skończyło się tak, że ujechałam tylko parę przystanków, po czym wysiadłam, zawezwałam Brata i ten (w eskorcie policji z powodu przekroczenia prędkości) zawiózł mnie na pogotowie w S. Noc spędziłam na SORze, pod jakimiś kroplówkami, nad ranem mnie wypisali. Zadzwoniłam do ślubnego i ten postanowił po południu po mnie przyjechać ałtem. A do popołudnia było kooopę czasu i Brat miał cóś do załatwienia w najgłębszej głębi Bieszczad, tośmy pojechali. A pogoda byłą cudna i płonęły góry i płonęły lasy. Wobec czego ten wqrw spowodowany Lussi i noc na SORze poszły w niepamięć....

No i marzy mi się torcik hiszpański, taki jak u Szelców w L. Wtedy, wracając z tej bieszczadzkiej głębi specjalnie po ten torcik zajechaliśmy. Niebo w gębie. Torcik hiszpański to żadne cudo - beza, bita śmietana, owoce.Niby. Ale ja nie potrafię takiego. Przede wszystkim nie potrafię upiec/ususzyć bezy. W życiu mi się nie udało, choć to podobno żadna sztuka. Więc jak robię, to robię na kupnych blatach bezowych, które są mocno "takie se". Zbyt dużo kartoflanki chyba do tej piany dodane, albo jakiegoś wynalazku. Kiedyś Sz. mieli w S. cukiernię. Ciekawe, czy jest nadal, bo niebawem jadę do S. Więc może?
O, właśnie zguglałam, jest. A gdyby ktoś był ciekaw tego torcika z wyglądu to jest TU
W S. można było też nabyć przepyszny torcik hiszpański u Pierzów na Podgórzu. 

A teraz, to jeszcze mi się marzy, żeby Arkowi obciąć pazury. Bo właśnie warknął i spierdzielił mi się z kolan, gdy tylko spróbowałam dotknąć jego łapki. 

Oraz mi się marzy normalna kuchenka, w której można by też coś upiec. Chleb na przykład. O! Żebym nie musiała jeść tego sklepowego świństwa, które mi zupełnie nie smakuje. Na szczęście, tu pojawiło się jakieś światełko i być może niebawem znów upiekę "chleb dla pracowitych inaczej"

No a teraz idę, bo muszę...

Więc jeszcze tylko: marzy też mi się, żebym więcej mogła niż musiała...
Oraz, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce...
Czego i Wam niezmiennie życzę

czwartek, 19 października 2017

rehabilitacja pogodowa

jakby nastała. Po tych wszystkich ekscesach aury, ostatnie parę dni mamy jak marzenie. Jesień złotopolska. Prawie. Bo w zasadzie już się prawie nie ma co złocić. Wrześniowe szarugi i wichury obdarły lipy z liści (a to one najpiękniej się złocą jesienią). Ale na szczęście pozamiatały tudzież. W każdym razie po gumnie mało co się wala - wiedziało zapewne, że do fanów miotły liściowej nie należę i zaniosło do sąsiadów, bardziej zawziętych na to co spadło.

Labę mam już prawie. No, prawie, bo jeszcze to i owo do zrobienia przed zimą sobie znajdzie. Ale plany w większości wykonane. Dzięki tej pięknej pogodzie mogłam wreszcie, bez poświęceń, uprzątnąć grządki z tego, co zostało po uprawach. Tego etapu zabawy w ogrodnika nie lubię najbardziej, bo to taka robota, która wymaga nieco potu, a efekt bezpośredni żaden. Takie np. usuwanie dyniowych roślinek: mimo przycinania pędy toto ma długie na parę metrów, a jeszcze złośliwie poprzyczepiane do gleby kilkakrotnie. I ciągnij tu człeku takiego pięciometrowego badyla! Tym razem na dobre mi wyszło, że się z grządkowymi porządkami ociągałam, bo dyniowe badyle zdążyły trochę przyschnąć, a zatem stracić na wadze, za co moje rusztowanie było wdzięczne bardzo.

Zrobiłam też porządki u kóz. Normalne odgównianie plus jesienne malowanie. Larwy poszły "zapłotek", a ja poszłam na efekty wizualne i pomalowałam wnętrza boksów resztką emulsji. Emulsja się trochę lepiej trzyma podłoża niż wapno, może więc tak szybko nie obskrobią i nie obetrą.
Dzięki pięknej pogodzie larwy się plażują za płotkiem. Plażują się prawie dosłownie, bo sobie grajdołki nawet porobiły (ciekawe, jak ja potem będę kosiarkę pchać po tych grajdołkach!) W międzyczasie opierniczają świerki, które i tak już obrazem nędzy i rozpaczy stoją. Pod nogi łebów nie schylą, żeby trawę skubnąć, więc pańcia durna donosi - a to kukurydziane badyle, a to pokrzywki świeżo ukoszone, a to jarmuża całego z badylem. Kozy potrafią chlew zrobić totalny, bo toto nie zeżre w miejscu, gdzie dostało, jak panbuk przykazał, tylko weźmie w mordę i troczy po zagrodzie. A pańcia potem zgrabkami, zgrabuje i wynasza. Chciało się Zosi....

Dyskusja przy stole. Wśród trzydniowego pierdolniczka. Zasada jest taka, że to co spadło pod nogi jest już niejadalne. Wyjątkowym wyjątkiem tylko pożywienie, które upadło na ściółkę zostanie zjedzone - musi to być coś baaardzo pysznego.  Wystartowałam z grabkami potem i było na trzy razy do wyniesienia. Ha!                  
















Wcześniej panienki uzyskały pedikiur. A potem zachciało mi się je sprowadzać w letnich balerinkach na bosom nózię i Andżelina mi nadepła tą świeżo wypedikiurowaną rapetą na lewą stópkę. Gwiazdozbiory zobaczyłam wszystkie! Niby koza nie słoń, waży pewnie jakoś mniej więcej tyle co ja (z plusem dla niej), ale jak nadepnie, to już nadepnie.(Podejrzewam zresztą, że nacisk na cm kw.jest podobny jak u słonia, biorąc pod uwagę powierzchnię rapetki oraz powierzchnię słoniowej stópki w stosunku do masy ciała.) Będę tę stopę czuła następnych parę dni.
 Żeby uniknąć ciągania się z kozami po gumnie, rozgrodziłam fragment "zapłotka" - mogę je teraz wyałtować z obórki drzwiczkami gnojowymi i tą samą drogą sprowadzić. Co już wczoraj wypraktykowałam: larwy zawołane po imieniu najpierw dały głos pod bramką, ale za chwilę Andzia zorientowała się skąd wołają i galopkiem przybiegła, a czarne diablę za nią. No. I obeszło się bez deptania po nogach i mocowania się z kozą za obrożę, co jest zawsze dla mnie przeżyciem fizycznym i psychicznym. Bo zmory bardzo silne są oraz kozę jest bardzo łatwo poddusić trzymając za obrożę.
Przy tych akcjach udało mi się zapodziać totalnie sekatorek do kozich pedikiurów.  Nie ma, amba zjadła, kusy ogonem nakrył.  Szukałam jak durna, macałam, grabkowałam. W końcu poszłam metodą mojej Mamy, która szukania czegokolwiek nienawidziła równie bardzo, jak ja (W starszym wieku, szukanie jest dodatkowo deprymujące, bo się włącza podejrzenie, że niemiec zaczyna doganiać). Metoda polega na tym, żeby zamiast latać jak otumaniony zajączek i przekopywać okolice wziąć i siąść i pomyśleć. No to siadłam i pomyślałam. I wymyśliłam: sekatorek wkładałam do kieszeni na zadupniaku. Na sobie miałam długi tiszert. Musiał się wepchnąć z tiszertem, a potem, przy jakimś ruchu -wysmyknąć. Zatem trzeba poszukać po trasie łażenia, a nie dłubać w trawie pod byłą siatką. No i bingo! Wpadł w oko natychmiast, gdy tylko wyruszyłam na poszukiwania. Co mnie podniosło na duchu niezmiernie, zwłaszcza w kontekście tego niemca.

Słoneczna pogoda była wykorzystywana wszechstronnie. Również futra domowe wytaszczone na zewnątrz celem przetrzepania.


Futro numer 1. czyli Koteczek Areczek. Tu jest potwornie przerażony widokiem  Karola, który wracając ze szkółki przywlókł się na gumno na pogawędkę, zwabiony  niecodziennym futrem w szelkach. Za moment Areczek już był "na" drzwiach i prosił, żeby go wpuścić do domu. Futra pci żeńskiej jakieś odważniejsze są i byle Karol ich w popłoch nie wprawia.

Po wyszczotkowaniu futra wszystkie, sztuk pięć dostały kropelki na pchlaki, bo się ostatnio dziadostwo jakoś drapać zaczęło i mnie pogoniło do sklepu zoo. Przy okazji odbyłam merytoryczną dyskusję z Panem ZU, który kociarzem jest całożyciowym prawie. Pochwalił się nowym nabytkiem, cudnym majnekunem, przepięknym!, który mu był wyłysiał na rojalu. Zdziwiło mnie niepomiernie, że tak doświadczony sprzedawca towaru wszelakiego zwierzęcego odważył się kota rojalem karmić! Nabyłam pastę na kłaczki dla koteczka Areczka, który ma  tendencje do zakudłaczania się żoładkowego. I Pan ZU poradził, żeby "to tak na paluszek i koteczkowi pod pyszczek, to wyliże" Od razu sobie pomyślałam, że może normalny koteczek to wyliże, ale nie Areczek. No i - Areczek nie. Na wszelki wypadek, co by nie było, że nie próbowałam, wzięłam na paluszek i wetknęłam pod pyszczek. Areczek powąchał, liznął raz, po czym odwrócił łepetynę. Skończyło się na tym, że musiałam Areczkowi upaćkać pastą łapki. Upaćkanie łapek jest sposobem niezawodnym - kot upaćkany być nie może, wylizać się musi. Tyle, że jeszcze to upaćkanie musi się udać, co w przypadku Areczka też jest problematyczne. Za drugim razem wyczuł już pismo nosem i wiał, gdzie pieprz rośnie. Latanie z pastą na palcu za kotem nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. W dodatku latanie za kotem, którego byle co wprowadza w stres.Tak, że w kwestii pasty na kłaczki to chyba byłoby na tyle. Dowiedziałam się od Pana ZU, że dobrze odkłaczają łyskasy sprzedawane w kocich łebkach.Z nimi nie ma problemu gastronomicznego, zaczym trzeba będzie nabyć przy najbliższym wizytowaniu miasteczka. Te łyskasy kupowałam sporadycznie, bo bez przekonania o ich działaniu - że niby łyskas coś może? Przede mną jeszcze zadanie zapodania Areczkowi pasty na robale.(Pasta jest w tubo strzykawce. No i to takie proste: przekręcić pierścień z  miarką, włożyć końcówkę do pyszczka i nacisnąć tłoczek. Proste! Tylko jakoś nie mogę się zebrać w sobie do walki z Areczkiem, żeby mu to włożyć do pyszczka i żeby on zechciał przełknąć, zamiast wydrapywać mi oczy. Może jednak tabletkę będzie łatwiej?) Że też ludzie mogą mieć normalne koty, a mnie się musiała trafić taka szajba (Przed chwilą właśnie walnął mnie na odlew, okrzyk karateki wydając, gdy próbowałam go, siedzącego, delikatnie złapać za łapkę. Po czym spierniczył na lodówkę, skąd toczył wzrokiem bazyliszka, mamrząc pod nosem.) Żeby nie było, że Areczek jest totalną mendą. Bo nie jest. Potrafi być fajnym przymilnym i przyłaśnym kocurem. Nawet głaskać go można i mruczeć potrafi. Tylko nie wolno brać go na ręce. Ogólnie - nie wolno robić Areczkowi wbrew. Areczek jest królem puszczy i koniec rozważań.

poniedziałek, 9 października 2017

szaman potrzebny od zaraz

bo jakąś czarną serię mamy.
Zaczęło się od cioty. No, nie właściwie zaczęło się od Księżniczki, która omdlenia i padnięcia ćwiczyła. Kilka wizyt w gabinetach wet. Księżniczka ma leki (ja mam dziurę budżetową) i jest w kondycji jak sprzed naprawy. A nawet lepszej.W dodatku bezlitosną małpą byłam i ją ostrzygłam. Ciekawa sprawa, jak fryzura poprawia stan psychiczny pci żeńskiej - zawsze po ostrzyżeniu Księżniczka młodnieje i nabiera wigoru.(Samo strzyżenie jest koszmarem lekkim dla nas obu, ale nie tak strasznym jak kąpiel i rozczesywanie łap. Bo ostatecznie kąpiel też była. Księżniczka śmierdziała brudem i chorobą. Broda unudlana i skołtuniona, łapy skołtunione. Massakra i kupa nieszczęścia w kupie kłaka.  Łapy zostały rozczesane, ostrzyżone i poodżywkowane. Jedwabiem płynnym z biosilka. Nawet cichcem i z zaskoczenia udało się skrócić pazury - przy ostatnim dopiero kłapnęła mnie paszczą w rękę, choć wcześniej wkładała dużo wysiłku, żeby mi tę rękę odgryźć podczas czesania łap. Zębale już tępe, ale boleć  - bolało.)


 Księżniczka w najnowszej postaci. I jak to z Księżniczką - cokolwiek by się nie chciało przy niej zrobić, ciągle jest "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" (jedynie myzianie za uszkiem dozwolone, najlepiej Dzieckową łapką -wpada wtedy w ekstazę) Nawet zdjęcie boli, więc trzeba się skurczyć w sobie i powykręcać. Grzywka wyszła jak wyszła, ale chyba lepiej by mogła wyjść tylko w narkozie. 
 
Stadium bezlitosnej małpy chyba zachowam na dłużej, bo zaczyna się sprawdzać w praktyce.
Jak wcześniej pisałam - ciota wylądowała na izbie. Poleżała, poleżała i wróciła do domu. Nawet ortopedą wyoglądana, który poprześwietlać rentgenem kazał różne fragmenty ciotowego rusztowania, jednak nie akurat to co ciotę bolało. Być może w opisie wszystkich cioty chorób mianych, obecnych i domniemanych, nie wyłowił tego ostatniego, a mianowicie -  prawdopodobnie złamanego palca u stopy. Zresztą palec wyglądał jak palec i na nic wyglądem nie wskazywał. Wskazywać zaczął dopiero pod koniec tygodnia. Wobec czego w poniedziałek zaliczyłam cioty doktórkę celem uzyskania odpowiedniego skierowania. Ciota w poniedziałek nie była w nastroju psychicznym i odmówiła, więc została wywieziona dopiero we wtorek, po moim  zdecydowanym warknięciu, że niech sobie jaj nie robi, bo ja latam, a skierowanie jest na cito i przepadnie. Po schodach u siebie pomykała jak zajączek, ale po szpitalu woziłam ją na wózku. Wózek miał nienapompowane przednie kółka, a ciota zawzięcie wychylała się do przodu, co groziło tym, że mi poleci z tego  wózka na pysk i wózkiem się nakryje. Wózek bym jeszcze jakoś podniosła, ale cioty nawet bym nie próbowała, albowiem jest postury nico przywiędniętego hipopotama - tyłek jej się ledwie w wózku mieścił na wcisk. Ostatecznie obwiozłam ją szczęśliwie, z nijaką szkodą dla mojego kręgosłupa, gdy musiałam wtłoczyć te sflaczałe kółka na cudną, wielką wycieraczkę u drzwi wejściowych na izbę. Ciotka została pooglądana przez jakiegoś młodego kandydata na ortopedę. Który przejął się jej stanem tak bardzo, że leki z najwyższej półki cenowej pozapisywał, na które ciota wydała 1/5 swojej emerytury. Po czym została odwieziona do domu. W domu jeszcze wydała parę poleceń, które oczywiście musiały być wykonane dokładnie tak i w tę stronę, co do milimetra, jak ona to całe życie robiła. Ciota ma problem, pt. co ona ma zrobić, bo sama już nie daje rady (nie licząc, tego, że sąsiadka ją dogląda, która w/g cioty nic nie robi), ale przy tym jej stosunku do rzeczywistości, prawdopodobnie będzie ten problem miała do końca życia.

W czwartek pojawił się czarnej serii ciąg dalszy ponieważ Starszy zaniemógł na nogę. Rano okazało się, że boli go noga w kostce, chodzenie sprawia ból. Straszny. Więc chodzenia zaniechał. Przeleżał połciem czwartek. W piątek do bolącej kostki u jednej nogi doszedł podagryczny paluch u drugiej. Przeleżał piątek. O dotykaniu bolącej nogi mowy oczywiście nie było. Noga wyglądała jak noga. Dostał odpowiednie tabletki oraz okład z kapusty na kostkę. A ja robiłam za donosiciela, tzn donosiłam śniadanko, obiadek, kolację, herbatkę, kaczuszkę (i, qrwa, co jeszcze?)

W piątek, ni stąd ni z owąd na karku najgrubszego kota we wsi okazał się jakiś strup. Dokładniejszy ogląd, połączony z wystrzyżeniem sierści nożyczkami (z maszynką dostąpić nawet nie próbowałam) wykazał, że tych strupów jest więcej. Zaczym - w sobotę do weta. No i wyszło, jak wyszło. Poszliśmy z jednym - okazało się drugie, mianowicie - chore uszy. Pan wet dokonał czyszczenia, przy czym Klementyna przeszła samą siebie i nawet poskrom na kota z trudem dał jej radę. Dostała leki do uszu, zastrzyk, leki do uszu na tydzień, zalecenie czyszczenia i pojawienia się z kotem w kolejną sobotę. Skasowana zostałam tym razem dość ulgowo. Pan wet wydziwiał nad uszkami Klementyny - że takie malutkie i dziwniutkie (ale on miał devon rexy, więc każde kocie uszy są dla niego małe). Klementyna ma faktycznie uszka dziwniutkie - sztywne i śmiesznie zakręcone, jakby miała jakiegoś curla w praprzodkach, do tego strasznie zakłaczone gęstą, sztywna sierścią. Zajrzeć do nich problem, co nie znaczy, ze nie zaglądam czasami, bo Klementyna na wstępie miała z uszami problem straszny. Widocznie zbyt rzadko zaglądałam.

 Klemozaurus Rex. Na szczycie szafy, co jest pozycją wstępną do zajęcia miejscówki na półce w nadstawce. Później przeszła sobie do nadstawki w drugiej szafie. A potem, wydawszy kilka rozpaczliwych pomiauków wypadła, jak worek z kartoflami, na podłogę. I po co jej była ta wspinaczka?

Po przeżyciach u weta fundnęliśmy sobie z Dzieckiem hardkor kolejny:  Jakiś wczesnolipcowy poprzednik Xsawerego zdmuchnął czubek jednej ze starych jabłoni w sadzie. Któren to zdmuchnięty czubek zawiesił się na niższym, grubaśnym konarze. Wzięliśmy traktor i pas transportowy i udaliśmy się do sadu celem ściagnięcia zdmuchniętego i pocięcia. I znowu  - zaplanowaliśmy jedno, a wyszło całkiem co innego. Dziecko założyło pas na zwisający konar, zapięło do traktora, dało po garach. Traktor nawet nie grzebnął kołami w miejscu, jak rozległ się trzask i pół jabłoni leżało na ziemi. Ha Ha! A ta stojąca druga połowa okazała się być całkiem pusta w środku, ze skorupką grubości ok. 5-10 cm. W dodatku jej jedyny i główny konar był tak dziwnie poskręcany, że żadne symulacje, komputerowe nawet, nie byłyby w stanie określić, w która stronę to poleci przy próbie położenia. Jeżeli się nie jest linoskoczkiem, który potrafi z piłą łazić po najwyższym drzewie i spuszczać je po kawałku, zaczynając od góry, należy położyć całe. Przy użyciu traktora i liny, w celu nadania odpowiedniego kierunku padania. A do tego potrzebna jest osoba, która siądzie do traktora i potrafi ruszyć na hasło. Ja się nie nadaję. Z sześćdziesiątką przestałam się lubić odkąd okazało się, że nadepnięcie całym moim ciężarem na hamulec nie skutkuje hamowaniem. Kuba przywiózł posiłki, zarzucili, założyli, powiązali, zrobili próbę, czy supełki trzymają. Kuba podciął lekko, traktor szarpnął, ja nawet nie zdążyłam zacząć przeżywać "oj, co to będzie", a druga połowa jabłoni już leżała na glebie. Jeszcze ją lekko podciągnęli, żeby był lepszy dostęp z piłą i zabrali się za rozsupływanie supełków, z czym zeszło dłużej, niż z samym kładzeniem jabłoni. Ponieważ wszystko wcześniej pocięte powrzucałam na przyczepę i miałam już nieco dość, zabrałam się do domu, zostawiwszy Dziecko z teksańską masakrą samo.
Teksańska masakra zakończyła się padnięciem piły. W trakcie. Zatem zostaliśmy bez piły i z klocem leżącym w poprzek sadu. (Piła była leciwym już chińczykiem. Po ciężkich przejściach w dodatku, np polegających na podcinaniu korzeni w karczach. Przy usuwaniu których Dziecko robiło za "zaklinacza koni" - mechanicznych, o czym kiedyś wspominałam. Stąd to moje "oj, co to będzie" na widok traktora zapiętego liną do wielkiego drzewa)
Wspomnienie po jabłoni. I po opieńkach miodowych takoż. Ale tych opieniek mi nie szkoda - grzyb podlejszy, konsumentów brak (Starszy właśnie odreagowuje niedzielny sosik - jakoś mu się te grzyby z lekami nie zgadzają. I chyba właśnie opieńki, bo zupkę kurkową pożarł bez sensacji. Dziecku lotto grzyb, a ja nie jadam w ogóle, żadnych.)

""Choroba" Starszego zaczęła mnie nieco wqrzać. No, sory, ale boląca noga to nie jest obłożna choroba. Na nogę się nie umiera, no, chyba, że gangrena, ale to na pustyni i za Stasia i Nel. Poza tym stwierdziłam naocznie, że pod moją nieobecność noga jakoś boli mniej, więc "nie ze mną te numery Bruner". Leżeć dozgonnie nie pozwolę, bo nie mam siły i ochoty latać za donosicielkę. W niedzielę śniadanko i poranne piguły jeszcze doniosłam. Potem się we mnie wredna małpa odezwała i na obiad kazałam wstawać i już. Pomogłam się ubrać (Ale skarpetki to sam, bo "boli, oj boli") i do kuchni chory podreptał sam. Nawet nie bardzo kuśtykając i zupełnie nie po ścianach. (Zresztą mu to wstawanie zapewne na rąsię było, bo meczyk miał być i wypadało oglądać). W międzyczasie zastanawiałam się, czy np takie zaniechanie donosicielstwa nie skróciłoby znacznie choroby.
I ciekawa sprawa: ciota ze złamanym paluchem ma leżeć, a łazi, gdzie jej diabli nie zaniosą. Starszy z bolącą kostką natomiast zalega połciem. Upierdliwość ma różne oblicza.
I takie stwierdzenie na podsumowanie w stylu wrednej małpy: Doświadczenie życiowe uczy, że z wiekiem te szare komóreczki, które były odpowiedzialne za wszystko pozytywne, zanikają w pierwszej kolejności. Jeżeli było ich malutko u danego osobnika, to w późnym wieku zostają tylko te zawierające wredotę i upierdliwość. Więc, póki jeszcze mamy na to jakiś wpływ, starajmy się mnożyć te pierwsze, żebyśmy kiedyś nie stali się dla kogoś utrapieniem, budzącym jedynie negatywne uczucia.

Miałam Dziadka. Zmarł mając 94 lata. Do końca był ciepłym, serdecznym, uśmiechniętym człowiekiem. Zmarł na krześle, w objęciach mego brata, westchnąwszy "Taki słaby, Jacuś, jakiś jestem". Jakie życie, taka śmierć....

środa, 27 września 2017

horrorki dwa

Nie ma jak to fajnie zacząć dzionek. I poplanować sobie to i owo. Bo pogoda jest nareszcie!

No to zaczęłam. Jakoś o 6.30. Wyprowadziłam psy na początek, a potem stanęłam do garów, bo mi się poprzedniego dnia  harmonogram obsunął i nie ugotowałam psom. Za to ugotowałam rosół (Dziecko smarkate wróciło strasznie z tego szoł, to niech popije rosołu). Rosół ugotowany z kurzęcych "ćwiartek", które miały iść dla piesów. Ale naszło mnie na dzień dobroci dla zwierząt i postanowiłam zrobić dobrze Starszemu - czyli galaretkę drobiową. Ogrzałam też mleko na ser. Galaretki poszły studzić się w lodówce, poranna porcja psiego jedzonka - studzić się na schody, a ja w końcu zrobiłam sobie kawkę i usiadłam spokojnie, żeby wypić.
Spokój tego ranka (dnia!) nie był mi planowany. Ledwie zaczęłam tę kawkę - tyrknął telefon (Zegar - 7.50! Kaśka? O tej porze? No, ona ostatnio zasuwa jak Murzyn na plantacji, więc może?) Ale zanim sięgnęłam, telefon zdechł. Paczam - ciota Hana (czyli szwagierka najstarsza). O tej porze? Musi cóś się dzieje. Oddzwaniam. Brak sygnału. Dzwoni jeszcze raz. Ale jakoś z drugiej strony nic. Dzwonię z telefonu Starszego. Wreszcie ktoś odbiera. Sumsiadka cioty -Beretowa, która tam za opiekunkę GOPsową robi, w nerwach cała, że ona nie wie co jest, udar, wylew, przyjechać zaraz.
Ha, przyjechać! Kim przyjechać?! Starszy od paru dni cierpiący "na nogę", nawet nie chodzi za wiele, poleguje i jęczy, odmawiając tym razem tabletek i mazideł, "bo to nie leczy". A Młodszy smarkaty bardzo, kiepski, słaby i z temperaturą. No, ale z dwóch chorych chłopów bardziej ten młodszy da radę. Otwieram do niego, a Dziecię już zebrane prawie, jak strażak ochotniczy po alarmie pożarowym. Dzwonię do baby, żeby pogotowie wołała, a my już jedziemy. Na miejscu okazuje się, że pogotowie odmówiło. Kazali iść do rodzinnego i wziąć skierowanie do szpitala! Dziecko zgrzytnęło zębem i dzwoni. Bardziej przekonujące było od pani Beretowej, bo przyjeżdżają dość szybko nawet. Nie bardzo ciotę badając, zabierają ją ze sobą, a ja pakuję na chybcika ekwipunek szpitalny.
Przyjeżdżamy na Izbę Przyjęć. Ciota leży. Pielęgniarki się kręcą. Zjawia się też dyżurny cerowacz.Ciota leży. Ja siedzę na korytarzu. Tłumek obok niejaki. Tłumek się w końcu przewalił. Ja siedzę. Ciota leży. Ale - wołają chłopów do pomocy. Poszło dwóch ratowników, co się szlajali korytarzem. Za chwilę ciotę wiozą, zakrytą zieloną szmatką po brodę. Do rentgena. Siedzę nadal. Ciotę przywożą z powrotem. Ciota leży. Ja siedzę. A czas leci. Dziecko pojechało do domu, bo po co mają dwie osoby siedzieć. No i dzwoni, bo się zbliża pora jego osobistej wizyty u doktora. Idę zapytać, co z tą ciotą. Każą do dyżurnego cerowacza, któren płaszczy dupę przed kompem. A dyżurny stwierdza, że ciota w zasadzie się do szpitala nie kwalifikuje. - No, ale upadła i straciła przytomność, oraz się porozbijała. I mieszka sama. - No właśnie. Jak mieszka sama, to znaczy, że samodzielna jest, bo musi "koło siebie" zrobić, ugotowac umyc się itd. I po domu chodzi.  - Bardzo kiepsko chodzi i o dwóch laskach. - Na razie nic nie wskazuje, zobaczymy na wyniki z krwi. Ew. neurolog się wypowie.
Zostawiam pielęgniarkom numer telefonu, na wypadek, gdyby się okazało, że trzeba ją zabrać z powrotem i jadę do domu.
Na podwórku pan Starszy ucina sobie pogawędkę z sąsiadem, wyprowadziwszy psy. Przy czym jest tak zajęty omawianiem ostatnich meczyków miejscowej "badylanki", że o psach zapomniał. Księżniczka pędzi się przywitać. I mdleje! Znowu, cholera! A już było parę dni spokoju. Ale w piątek skończyły się leki i nie było jak dostać się do lecznicy, bo Dziecko na szoł, a Starszy na nogę.
Staje na tym, że po ciotę trzeba pojechać blaszanką, bo do folkswagena nie wsiądzie, a jeżeli nawet wsiądzie, to nie wysiądzie. A wyjąć ją - nie ma opcji.
Na razie Dziecko jedzie do doktora. Starszy nabiera wigoru, nawet się goli i zapowiada gotowość do zawiezienia mnie. Do cioty oraz do lecznicy po leki dla Księżniczki.
No to jedziemy. Jest już ok 12.30. Ze szpitala nie dzwonili, więc mam nadzieję, że może jednak zostawili ciotę.(Durna ja!)
Przyjeżdżamy. Ciota nadal leży. na tej samej kozetce, na której wozili ja do RTG, pod zielonym papierkiem po brodę.  Pytam - na co czekamy. Na ortopedę! Ciota była jeszcze raz prześwietlana, tym razem klatka i kręgosłup, bo kilka dni wcześniej upadła i bolą ją żebra. I ortopeda musi stwierdzić. Jedziemy więc do lecznicy. Lecznica jest bardzo daleko od szpitala. Na miejscu chwilę schodzi, bo klienci jacyś po coś oraz relacjonuję pani Justynce wyniki i diagnozy. Zaleca zrobienia badania ECHO. (Ha, ale jak, kiedy tylko Rz. albo Prz.?)
Wracamy na Izbę. Ciota leży. Ortopedy brak. Idę kupić Starszemu drożdżówkę, bo zgłodniał. Spotykam Marysię (cioty siostrzenicę). Siedzimy z Marysią pod Izbą. Ciota leży. Ortopedy brak. Miłe panie mówią,że ortopedów na oddziale tylko dwóch, bo reszta na urlopach. (Zapewne na Ibizie, postsezonowo, od panów z walizeczkami) W końcu leci coś wielkiego w niebieskim, tłukąc drewniakami. Jak wielkie i w drewniakach to na pewno ortopeda (nie widziałam małego ortopedy w miejscowym szpitalu, ani ortopedy bez drewniaków). Doleciało do cioty, rozsunęło firaneczkę, nóziami cioty rusza. Podchodzę. Oczywiście kolejny raz muszę się odpowiedzieć "kim pani jest dla pani?" Po czym pan dr. stwierdza, że ciota jest w świetnej formie. Do szpitala się nie kwalifikuje, przynajmniej nie na ortopedię, bo to co ma uszkodzone, to uszkodziło jej się wieki temu. (Włącza się cerowacz -  na geriatrie także nie, bo ma wyniki świetne). "Pani się kwalifikuje do zaopiekowania, nie hospitalizowania. Żeby sobie polegiwała, a ktoś herbatkę do łóżeczka podał i jedzonko" Pytam, jak sobie wyobraża to zorganizować, bo ja mieszkam 2 km o d tej pani i w domu ma  takiego, o 10 lat młodszego jej brata, któremu też w zasadzie trzeba do łóżeczka herbatkę podać i jedzonko. Na co pan dr. się nie odzywa tylko zwija żagle i znika nagle waląc sabotami o posadzkę.
Pani idzie do domu. Tylko trzeba poczekać na papiery. Więc czekamy. Cerowacz siedzi przy kompie i pracuje pilnie (Cholera, przecież te papiery to "kopiuj-wklej" się robi głównie. Nic. On siedzi, aj tym razem stoję) W końcu są? Nie, okazuje się, że ortopedę trzeba wrócić, bo nie podpisał. Ortopeda jest niewracalny. W końcu ktośtam cośtam podpisuje i -Proszę, tu jest karta wypisowa. Tu recepta. Tu skierowanie do ortopedy. Recepta jest na Poltram Combo - niezwykle skuteczny przeciwbólowy mózgojeb. Który może prowadzić do zasłabnięć czy zawrotów głowy. Ale co tam, ciota ma upadki we krwi. No i kupić gorsecik,  ortopedyczny taki i niech sobie w nim chadza (jakby gorsecik cokolwiek na chadzanie mógł pomóc!)
W końcu pakujemy ciotę na wózek i do auta. Zajeżdżamy do cioty. Trzeba ją jeszcze jakoś dopchnąć do mieszkania. Pędzę otworzyć i przynieść laski.Wpychamy ciotę po schodach, dosłownie przestawiając jej nogi na stopniach. Z lewej poręcz, ja z prawej, Starszy z tyłu te nózie i asekuracja, żeby do tyłu nie poleciała. Jest 16 ta. Od początku porannych akcji minęło 8 godzin, z których około 7 ciota leżała na izbie przyjęć. Niepita i niejedzona. Wewnątrz okazuje się, że cały rękaw we krwi - po wyjęciu wenflonu potrzymała chwileczkę i stwierdziła że ok, a potem, przy wysiłku na poręczy poleciało i sina gula się zrobiła. Szukam sody, każę trzymać tę sodę i nawet gula schodzi zanim wychodzimy od cioty. (Oczywiście soda przesypana do słoiczka, słoiczków z białym ze trzy. Wąchać? Lizać? Nie mam ochoty. Liże ciota.)
Sprzątam trochę u cioty, bo zapuszczone jest tam totalnie (Beretowa ogranicza się chyba tylko do zrobienia zakupów i przyniesienia opału z piwnicy). Zbieram wszystko co się poniewiera tu i tam - do prania. Wracamy w końcu.
Księżniczka przybiega się przywitać i znowu pada.
Dziecko niby pojechało do SW, ale nagle zjawia się na gumnie. Okazało się, że miało jeszcze klienta do obskoczenia. Zwolnienie ma od jutra. Sugeruję, żeby może jeden dzień poleżeć i potem pojechać. -"Wczoraj leżałem" (No, aha, jak o 17tej wrócił z pracy!) Spakowałam mu rosołek w słoik i pojechał.
A ja zabrałam się za zaległości, które powstały tu i ówdzie.  Jeszcze sortowanie tego przywiezionego od cioty - będą trzy pralki.
Potem krótki spacer z pasami - żeby Księżniczka się jednak przeszła, ale nie zmęczyła. Na sznurku pewniej, bo nie poleci. Powrót z dwiema. Zmiana sznurka na pojedynczy i drugi space z samą Czarną. Czarna była tak ścieszona, że jak ją puściłam ze sznurkiem to pędziła a sznurek w powietrzu za nią fruwał.
Jeszcze wieczorne karmienie wszystkich 7miu futer, lekarstwa dla Księżniczki i w końcu mogę usiąść.
Mam totalnie dość, jak po całym dniu na burakach - bolą mnie nogi, kręgosłup i tupie na poddaszu.
No i nie ma to, jak sobie zaplanować dzionka.. O czym zresztą wiem doskonale. I jak Starszy mnie wqrza pytając "Co planujesz dzisiaj robić?", odpowiadam zwykle "Zobaczymy, co wyjdzie w praniu", żeby nie kusić licha.
Zwykle wychodzi nie to, co miało wyjść, niestety...


sobota, 23 września 2017

zagubiony dzionek

Piąteczek mi się stracił. Totalnie zaginął. A może to .... No, nie - przez cały wczorajszy dzień byłam przekonana, że mamy czwartek. I nawet brak nowego odcinka ulubionego serialu na ipli nie był w stanie wyprowadzić mnie z błędu. Świadomość daty też nie, a wystarczyło podejść do kalendarza...
Zmuliła mnie zapewne ta pogoda i ciągłe rozrywki różnej maści i autoramentu.
Za okno nawet nie chce mi się już patrzeć. W zasadzie od początku miesiąca leje i czego z moich upraw nie zniszczyła dwumiesięczna susza, tego dokonał ten deszcz w połączeniu z temperaturą całkiem nie wrześniową. Niby - jeżeli na coś nie mamy wpływu, to trzeba się z tym pogodzić. Trudno jakoś...

Księżniczka jakby naprawiona. Do tego stopnia, że już po paru dniach zażywania leków usiłowała sforsować szafkę z kubłem na śmiecie.

Spotkała ją przykra niespodzianka, ponieważ dwie szafki zostały w taki sposób zabezpieczone przed włamaniem.

Spenetrowałam sieć w poszukiwaniu zabezpieczeń do szafek, ale wszystkie wydawały mi się mocno nieporęczne - nadawały się raczej do tego, żeby zamknąć i zostawić, a nie otwierać i zamykać wielokrotnie w ciągu dnia. Najlepsze rozwiązanie to było zamknięcie za pomocą paska taśmy z zatrzaskami takimi, jak przy obroży. No, ale nie miałam odpowiedniej wielkości zapięć na stanie, wyprawa do miasteczka się nie szykowała, więc wykorzystałam, co miałam, czyli taśmę i rzep. Rzep trzyma na tyle mocno, że ani pies, ani kot nie poradzi sobie z otwarciem i jest na tyle wygodny, że jedną ręką mogę to otworzyć, gdy potrzebuję dostać się do szafki. No i o to właśnie chodziło.

Zrobił się jakby nadmiar kozowego mleka.W związku z temperaturą, jaka jest (w domu również) mleko niezbyt chętnie się zsiada. Serek podpuszczkowy jakoś nie bardzo schodzi, więc postanowiłam zagospodarować mleko inaczej. W taką pogodę nachodzi człeka na coś słodkiego i  przyszły mi do głowy krówki. Kajmak robiłam wielokrotnie, w czasach posiadania dużych ilości mleka, potem także, gdy już tego mleka nie było, a w sklepach nie pojawił się jeszcze kajmak w puszce. Krówek jakoś nigdy. A widać praktyka jest niezbędna, bo mi nie wyszły.


To coś na pewno nie dałoby się pokroić na kawałki. Oczywiście - do zjedzenia łyżką jak najbardziej. I nawet chętny z tą łyżką, w gotowości pełnej się pojawił.

Tym chętnym był oczywiście Starszy. (Dziecko jakoś nie nabyło obyczaju wyjadania z garnków, czy wyskrobywania resztek z naczyń po masach itp. Dziwne, bo ja  w dzieciństwie zawsze to robiłam i zostało mi tak już..) No a Starszy tak miewa, że jak sięgnie do czegoś słodkiego, to przestaje sięgać dopiero wtedy, gdy natrafia na "nic". Nadmiar słodyczy jest szkodliwy, w każdym wieku zresztą. Więc w trosce o zdrowie Starszego kajmaczek został zapuszkowany. Wyszły 4 słoiczki po 450 ml. A Starszemu na pocieszenie została łyżka słodkości, które już nijak do słoików nie weszły. Natychmiast, cichcem, pochłonął, zwalając na koty.... 
Dziecko zresztą jest nieobecne, bowiem czwartkowym świtaniem wybyło na AgroShow. który odbywa się akurat w Bednarach. W związku z tym wyjazdem szef się szarpnął i zakupił firmowe "ocieplacze", czyli pikowane kamizelki.  Jakoś niemieckiej firmie nie bardzo zależy na osobach reprezentujących jej interesy. Ciekawe, czy tak samo traktują swoich przedstawicieli u siebie. A tu nawet czapeczki z firmowym logo pracownicy muszą sobie kupić. Wymóg był także wystrojenia się w błękitną koszulę. Firmowa była do nabycia za jedyne 200 zet, co ją wykluczało.Cenowo, ale głównie ideowo. Dziecko posiadało na stanie jedną błękitną, ale trudno parę dni jedną koszulą obskoczyć, więc spenetrowało galerię w Rz. Co mu zajęło ok 3 godzin, ale zostało uwieńczone sukcesem w postaci dość sensownej koszuli w sensownej także cenie. (Trudno, ale uważam, że 250 zł za koszulę wizytową to jest cena kosmiczna i niczym nie uzasadniona - jedną taką posiadamy i jest nieprasowalna!)
 A ja stanąwszy w obliczu konieczności prasowania koszul wpadłam w panikę - niestety samo żelazko z parą nie wystarczy by koszula była dobrze uprasowana. (I tu przychodzą mi na myśl smarkate czasy, kiedy jako nastolatka wyręczałam Mamę prasując koszule ojca. W tamtych czasach były to koszule popelinowe i nie przypominam sobie, bym jakieś katusze nad nimi przechodziła. A koszule musiały być uprasowane starannie, bez "zakładek" itp, bo taki był standard ustanowiony przez Mamę. No i nie wiem co to się porobiło. A może fakt, że tamte koszule się krochmaliło, ułatwiał osiągnięcie przyzwoitych efektów) W każdym razie wsadziłam Starszego do "blaszanki" (nie bacząc na jego bolącą nogę, z powodu której jest jęczący i osłabiający) i pomknęliśmy do miejscowego smarketu, by nabyć "ługę", z zamiarem rozcieńczenia jej i wlania do spryskiwacza. No i miałam przyjemny opad szczęki, gdy na półce, obok zwykłej "ługi" zobaczyłam "ługę" w spryskiwaczu. W dodatku cena była zaskakująco przyjemna! Nabyłam radośnie i pomknęłam prasować. Spryskiwacz moczy dość intensywnie, ale schnie to pod żelazkiem błyskawicznie. Batystowa koszula, która zwykle chwilę po uprasowaniu wyglądała jak nietknięta żelazkiem, tym razem wyglądała zachwycająco. Testowałam na niej inny izi ajroning pt."ania", ale on nie dawał takich efektów. Więc znów uprawię kryptoreklamę i polecę - jeżeli macie mężowskie, synowskie, czy własne koszule, ta ługa w spryskiwaczu jest rewelacyjna.
 Dziecko nie potrafi prasować koszul, zresztą nie wiadomo, czy byłyby warunki, więc zapakowało je w worek ubraniowy. (Wiem, wiem, mea kulpa, nie nauczyłam. Należę pewnie do tych wrednych bab, które nie uczą synów prozaicznych życiowych czynności, wychodząc z założenia: "czemu inna ma mieć lepiej niż ja". Akurat nie to miałam na myśli. Jak zwykle nie było okazji, bo ciągle musiało być szybko i już, a wiadomo, że łatwiej i prościej zrobić samemu, niż stać nad kimś i uczyć, a potem jeszcze po nim poprawiać. A poza tym, jak jest potrzeba, to człowiek inteligentny jest w stanie opanować niezbędne umiejętności. Oraz - w dobie dostępności usług wszelakich, niekoniecznie chłop, nawet samotny, musi swoje koszule prasować osobiście - pralnie w hipermarketach załatwiają sprawę w czasie potrzebnym na zrobienie zakupów i wypicie kawy. Przyznaję się bez bicia, a nawet z dumą niejaką, że sama, przez wiele lat nie prałam bielizny pościelowej, tylko oddawałam do pralni. Po czym odbierałam śliczne bielutkie kosteczki wykrochmalonych i wymaglowanych poszew i prześcieradeł. Potem się nagle okazało, że miejscowa pralnia jest "niepotrzebna" i została zlikwidowana. Prałam więc i krochmaliłam w domu, a potem zawoziłam do magla. W końcu i magiel stał się "niepotrzebny" i został zlikwidowany. Wobec czego zaprzestałam krochmalenia i prasowania pościeli.)

Pogoda nadal pod zdechniętym azorkiem, Starszy leży i pojękuje, bo boli go noga (facet, któremu coś dolega jest gorszy niż 7 plag egipskich). Koty złapały fazę i ganiają się skróś mieszkania, a psy śpią tak twardo, że nawet nie znęciła ich kromka, która pochłonęłam przed chwilą, w ramach II śniadania. 

Ach, no i... Zastanawia mnie bezinteresowne zaangażowanie współobywateli w dokopywanie innym. Nawet jak sam nic z tego miał nie będzie - satysfakcja, że komuś nabruździ. Wieczorkiem już późnym psy się wzburzyły mocno, co świadczyło o tym, że ktoś jest ante portas. No i był. Pan Dzielnicowy. Otrzymał bowiem info od kolegów z SW,  że istnieje tam porzucony na terenie miasta samochód marki, o numerze rejestracyjnym, który okazał się należeć do Dziecka. Tyle,że samochód nie jest nigdzie porzucony, a stoi na parkingu pod blokiem, w którym Dziecko wynajmuje mieszkanie. Fakt, że głównie stoi, bo Dziecko raczej ze służbowego auta korzysta, które z kolei tam NIE stoi. Najwidoczniej coś gdzieś kogoś zakłuło w którymś miejscu. No, jeszcze gdyby ten parking był zbyt mały... Więc zdrowia życzę temu komuś. Ze względu iż na rozum i tzw uczucia wyższe zapewne za późno...

sobota, 16 września 2017

problem mamy

Żeby to jeden... Same problemy mamy... Największym chyba, od jakiś 40 lat, najbardziej uciążliwym, który ostatnio jeszcze urósł jakby, jest Pelagia. I ta Pelagia wisiała nade mną od  miesiąca, muląc mnie wewnętrznie. A wczoraj skumulowała się z innym problemem, który jakby nawet przyćmił Pelagię - z Księżniczką.
Księżniczka ma 12,5 roku. Jest nieco (mocno nieco nawet) zbyt "dobrze zbudowana". Co w większości zawdzięczamy jej żarłoczności. To jest pies wiecznie głodny, w związku z czym od czasu do czasu zdarzają jej się włamy. A to otworzy szafkę i opierniczy pół bułeczki z foremki (wprawiając mnie w osłupienie - gdzie się to w tym małym zwierzaku mieści, bo ja bym nie dała rady pół bułeczki na raz), a to buchnie czekoladę, a to spenetruje kubeł na śmiecie i wyżre kości kurzęce, pieczołowicie wybrane z mięska dla piesełów, coby im nie zaszkodziły. Włamy na kości udało jej się uskutecznić kilka razy. Mea kulpa oczywiście, bo wychodząc z domu nie zabezpieczyłam szafki ze śmietnikiem. Zwykle nic się nie działo, raz tylko ślizgawka po tych kościach była. Ale pewnie wszystko do czasu.
Ostatni włam miał miejsce we wtorek przed południem, gdy pojechaliśmy do Zdzicha zawieźć pomidory dla Najważniejszej.
Niby nic się potem nie działo, lekka ślizgawka. Ale w środę po południu poszłam z piesełami na spacer. Zobaczyłam pod "cesarzem" kilka zdrowych jabłuszek, więc cała szczęśliwa zaczęłam je zbierać na kupkę. Jak podniosłam głowę znad tych jabłuszek to zobaczyłam, że pies nie żyje: po prostu leżała na boku, z wyciągniętymi sztywno łapami i nie oddychała a z pychola wystawał siny język. Rzuciłam się do psiego zezwłoka w panice, zaczęłam poklepywać po pleckach i pies ożył. Potem  podreptywała po sadzie, co i raz przysiadając lub pokładając się, nawet doszła do domu o własnych siłach. Do wieczora sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, a potem wróciło Dziecko, pies się zaczął cieszyć i padł. Teraz Dziecko wpadło w  panikę i zarządziło weta na następny dzień rano.
Pojechaliśmy do mojej ulubionej lecznicy,  licząc, że będę miała szczęście i jakimś przypadkiem zaplącze się tam któryś z szefów. Szczęścia nie miałam, był tylko uśmiechnięty Mateuszek, który stwierdził, że to problem z sercem oraz "wodobrzusze" - też z serduchem związane. Oraz, że i tak nic z tego, bo oni nie mają sprzętu, a trzeba zrobić EKG i RTG, więc najbliżej do Ł. Wobec czego Dziecko zawinęło na autostradę i pojechalim. Po drodze anonsując się w tamtejszej lecznicy. Pies zwiększył częstotliwość wentylacji i dojechaliśmy na miejsce z ciężko ziającą kupą nieszczęścia.  W związku z częstotliwością wentylacji EKG okazało się niewykonalne , a RTG problematyczne. Jednak pani doktór to RTG zrobiła, potem jeszcze USG bardzo dokładne. I pobrała krew na morfologie i biochemię. Psu było tak wszystko jedno, że nawet nie było wyszarpywania łapy przy wkłuciu, co normalnie ma miejsce przy głupim oglądaniu pazurów. Potem przy zastrzykach też stała obojętnie i nawet nie pisnęła. Badania stwierdziły problem z wątrobą, która jest mocno powiększona i lekki szmer od serducha. Na następny dzień miała być powtórka z wizyty w gabinecie.
Noc była ciężka dla nas obu: pies leżał jak skóra z diabła i ziapał, a ja siedziałam przy psie i zastanawiałam się czy dożyje rana (mając durne dejavu, jak tak siedziałam w Paryżu, trzymając łapkę, bynajmniej nie kudłatą i ta łapka w pewnym momencie zrobiła się jakaś inna)
Przy powtórnej wizycie zastaliśmy szefa kliniki i oboje z panią doktór Kasią zastanawiali się nad moją Księżniczką. Ostatecznie dostała zastrzyki, zestaw leków na tydzień i zalecenie skontaktowania się we wtorek. Dziś Księżniczka nieco lepsza, w zasadzie to już wczoraj głos z siebie wydobyła, gdy Dziecko przyjechało i udało jej się nie zemdleć z radości. Wieczorem obeszła podwórko i ogródek, nawet niezbyt często odpoczywając. A dziś obszczekała sąsiadkę, która przyniosła cukinie dla kozów, gdy załatwiałyśmy poranne sikanko na ogródku. Ponieważ apetyt jej wcześniej dopisywał, tabletki poszły do jedzonka. Drobny zgryz miałam, gdy Księżniczka niechętnie tym razem zaglądnęła do miski. Ostatecznie zjadła tę odrobinę, która jej dałam, ale na wszelki wypadek muszę zmienić sposób podawania tabletek (Zawijanie w szyneczkę nic nie da, bo szyneczkę pochłonie, a tabletkę wypluje. Wpychać jej palcem do gardła, jak to wcześniej wielokrotnie się odbywało, też nie chcę, żeby jej dodatkowo nie męczyć, bo niestety bywa tak, że próbę wepchnięcia tabletki w psa trzeba powtórzyć)

  Tak sobie leżymy. Na pychu. Ale już nie na pańci łóżku, bo schodzenie z niego może się skończyć fiknięciem na nos. Księżniczka ma własne posłanko, na które nie trzeba się wdrapywać do góry.

Księżniczka przez większość swojego życia odżywiała się "chrupkami". Zawsze to były chrupki z najbardziej górnej półki Orijen i Acana, potem przeszłyśmy na karmu Light i antyWeight (co wcale nie przeszkadzało Księżniczce przybierać na wadze). Ostatecznie skończyło się na gotowanym w domu jedzonku, gdy okazało się że nawet najbardziej hipoalergiczne karmy hipoalergicznymi nie są i Księżniczka ustawicznie drapała sobie plecki tarzając się jak żółwik. No i te lata karmienia sztucznym papu chyba się właśnie odbyły na jej wątrobie, a zeżarte kości z dwóch kurzęcych ćwiartek uwieńczyły dzieło (Ciągle się zastanawiam, gdzie się to w tym psie mieści. Oraz jak to się odbywa, gdy jedna pochłania zdobyczne papu, że się przy tym nie pozagryzają na śmierć, bo ostatnio Księżniczka rzuciła się z zębami na Czarną i skończyło się małą jatką z interwencją Dziecka. A poszło o kluskę, która spadła na podłogę w okolicach pyska Czarnej. Dziecko pacyfikowało Czarną, a ja musiałam się zająć małym gebelsem, który nie chciał odpuścić, mimo, że czarna już była unieszkodliwiona.)

Strawiłam pół dnia na przegrzebywaniu internetów w poszukiwaniu informacji o karmieniu pieseła wąątrobowca. Wyszło na to, że gotowane przeze mnie jedzonko jest w zasadzie OK, trzeba jedynie zmienić rodzaj wypełniacza, bo płatki owsiane zbyt dużo białka mają.

Zrobił się problem kolejny - na szczęście na razie mniejszej wagi -  z kotowatymi. Ja już kiedyś pisałam, że w kocich tematach zielona jestem. Psy były od zawsze, mój najbardziej osobisty pies - Księżniczka - od ponad 12 lat. Przed nią były jeszcze dwa osobiste. I chociaż wtedy dostęp do psiej wiedzy był trudniejszy, to jakoś się zdobywało, potem internetem pogłębiało. A koty to temat stosunkowo świeży i nie do końca zgłębiony. W każdym razie wszędzie czytałam, że koty mają mieć dowolny dostęp do karmy, nie jak psy - dwa razy dziennie i koniec. I tak miały do tej pory - koci barek stał na oknie, koty się częstowały, gdy przyszła im ochota, a ja uzupełniałam, gdy było pusto. I nie było problemu z przejadaniem się, mimo, że kot Arkadiusz jest wykastrowany od dawna. Jakieś 7 miesięcy miał chyba wtedy. Arkadiusza tylko trzeba przypilnować, by na raz nie zjadł zbyt wiele, bo wtedy zwraca. (Szkoda Areczka i szkoda jedzonka, bo się męczy przy pawiku, a za chwilę z powrotem przychodzi do miski - przecież brzuszek pusty.) Klementyna w momencie sterylizacji byłą tak chuda, że gdy się złapało poniżej kręgosłupa, to palce się stykały. Po zabiegu doszła do siebie bardzo szybko i zaczęła nadrabiać. Wydaje się ciągle głodna, zjada wszystko co dostanie błyskawicznie i odpędza Areczka od miski. W związku z tym Areczek dostaje papu u mnie w pokoju, za zamkniętymi drzwiami. A Klementyna zaokrągliła się dość niebezpiecznie i wydaje mi się, że to jest ostatni dzwonek, żeby zacząć przeciwdziałać. Pierwszy krok - miski zostały schowane i koty dostaje "pod udziałek". Drugi krok - zakup karmy Light (choć i tak dostawały cały czas Sterile)
Zobaczymy jak nam pójdzie....


Ostatnio jakby więcej wylegiwania się. Pewnie dupka robi się za ciężka na latanie po zwyżkach..