sobota, 23 września 2017

zagubiony dzionek

Piąteczek mi się stracił. Totalnie zaginął. A może to .... No, nie - przez cały wczorajszy dzień byłam przekonana, że mamy czwartek. I nawet brak nowego odcinka ulubionego serialu na ipli nie był w stanie wyprowadzić mnie z błędu. Świadomość daty też nie, a wystarczyło podejść do kalendarza...
Zmuliła mnie zapewne ta pogoda i ciągłe rozrywki różnej maści i autoramentu.
Za okno nawet nie chce mi się już patrzeć. W zasadzie od początku miesiąca leje i czego z moich upraw nie zniszczyła dwumiesięczna susza, tego dokonał ten deszcz w połączeniu z temperaturą całkiem nie wrześniową. Niby - jeżeli na coś nie mamy wpływu, to trzeba się z tym pogodzić. Trudno jakoś...

Księżniczka jakby naprawiona. Do tego stopnia, że już po paru dniach zażywania leków usiłowała sforsować szafkę z kubłem na śmiecie.

Spotkała ją przykra niespodzianka, ponieważ dwie szafki zostały w taki sposób zabezpieczone przed włamaniem.

Spenetrowałam sieć w poszukiwaniu zabezpieczeń do szafek, ale wszystkie wydawały mi się mocno nieporęczne - nadawały się raczej do tego, żeby zamknąć i zostawić, a nie otwierać i zamykać wielokrotnie w ciągu dnia. Najlepsze rozwiązanie to było zamknięcie za pomocą paska taśmy z zatrzaskami takimi, jak przy obroży. No, ale nie miałam odpowiedniej wielkości zapięć na stanie, wyprawa do miasteczka się nie szykowała, więc wykorzystałam, co miałam, czyli taśmę i rzep. Rzep trzyma na tyle mocno, że ani pies, ani kot nie poradzi sobie z otwarciem i jest na tyle wygodny, że jedną ręką mogę to otworzyć, gdy potrzebuję dostać się do szafki. No i o to właśnie chodziło.

Zrobił się jakby nadmiar kozowego mleka.W związku z temperaturą, jaka jest (w domu również) mleko niezbyt chętnie się zsiada. Serek podpuszczkowy jakoś nie bardzo schodzi, więc postanowiłam zagospodarować mleko inaczej. W taką pogodę nachodzi człeka na coś słodkiego i  przyszły mi do głowy krówki. Kajmak robiłam wielokrotnie, w czasach posiadania dużych ilości mleka, potem także, gdy już tego mleka nie było, a w sklepach nie pojawił się jeszcze kajmak w puszce. Krówek jakoś nigdy. A widać praktyka jest niezbędna, bo mi nie wyszły.


To coś na pewno nie dałoby się pokroić na kawałki. Oczywiście - do zjedzenia łyżką jak najbardziej. I nawet chętny z tą łyżką, w gotowości pełnej się pojawił.

Tym chętnym był oczywiście Starszy. (Dziecko jakoś nie nabyło obyczaju wyjadania z garnków, czy wyskrobywania resztek z naczyń po masach itp. Dziwne, bo ja  w dzieciństwie zawsze to robiłam i zostało mi tak już..) No a Starszy tak miewa, że jak sięgnie do czegoś słodkiego, to przestaje sięgać dopiero wtedy, gdy natrafia na "nic". Nadmiar słodyczy jest szkodliwy, w każdym wieku zresztą. Więc w trosce o zdrowie Starszego kajmaczek został zapuszkowany. Wyszły 4 słoiczki po 450 ml. A Starszemu na pocieszenie została łyżka słodkości, które już nijak do słoików nie weszły. Natychmiast, cichcem, pochłonął, zwalając na koty.... 
Dziecko zresztą jest nieobecne, bowiem czwartkowym świtaniem wybyło na AgroShow. który odbywa się akurat w Bednarach. W związku z tym wyjazdem szef się szarpnął i zakupił firmowe "ocieplacze", czyli pikowane kamizelki.  Jakoś niemieckiej firmie nie bardzo zależy na osobach reprezentujących jej interesy. Ciekawe, czy tak samo traktują swoich przedstawicieli u siebie. A tu nawet czapeczki z firmowym logo pracownicy muszą sobie kupić. Wymóg był także wystrojenia się w błękitną koszulę. Firmowa była do nabycia za jedyne 200 zet, co ją wykluczało.Cenowo, ale głównie ideowo. Dziecko posiadało na stanie jedną błękitną, ale trudno parę dni jedną koszulą obskoczyć, więc spenetrowało galerię w Rz. Co mu zajęło ok 3 godzin, ale zostało uwieńczone sukcesem w postaci dość sensownej koszuli w sensownej także cenie. (Trudno, ale uważam, że 250 zł za koszulę wizytową to jest cena kosmiczna i niczym nie uzasadniona - jedną taką posiadamy i jest nieprasowalna!)
 A ja stanąwszy w obliczu konieczności prasowania koszul wpadłam w panikę - niestety samo żelazko z parą nie wystarczy by koszula była dobrze uprasowana. (I tu przychodzą mi na myśl smarkate czasy, kiedy jako nastolatka wyręczałam Mamę prasując koszule ojca. W tamtych czasach były to koszule popelinowe i nie przypominam sobie, bym jakieś katusze nad nimi przechodziła. A koszule musiały być uprasowane starannie, bez "zakładek" itp, bo taki był standard ustanowiony przez Mamę. No i nie wiem co to się porobiło. A może fakt, że tamte koszule się krochmaliło, ułatwiał osiągnięcie przyzwoitych efektów) W każdym razie wsadziłam Starszego do "blaszanki" (nie bacząc na jego bolącą nogę, z powodu której jest jęczący i osłabiający) i pomknęliśmy do miejscowego smarketu, by nabyć "ługę", z zamiarem rozcieńczenia jej i wlania do spryskiwacza. No i miałam przyjemny opad szczęki, gdy na półce, obok zwykłej "ługi" zobaczyłam "ługę" w spryskiwaczu. W dodatku cena była zaskakująco przyjemna! Nabyłam radośnie i pomknęłam prasować. Spryskiwacz moczy dość intensywnie, ale schnie to pod żelazkiem błyskawicznie. Batystowa koszula, która zwykle chwilę po uprasowaniu wyglądała jak nietknięta żelazkiem, tym razem wyglądała zachwycająco. Testowałam na niej inny izi ajroning pt."ania", ale on nie dawał takich efektów. Więc znów uprawię kryptoreklamę i polecę - jeżeli macie mężowskie, synowskie, czy własne koszule, ta ługa w spryskiwaczu jest rewelacyjna.
 Dziecko nie potrafi prasować koszul, zresztą nie wiadomo, czy byłyby warunki, więc zapakowało je w worek ubraniowy. (Wiem, wiem, mea kulpa, nie nauczyłam. Należę pewnie do tych wrednych bab, które nie uczą synów prozaicznych życiowych czynności, wychodząc z założenia: "czemu inna ma mieć lepiej niż ja". Akurat nie to miałam na myśli. Jak zwykle nie było okazji, bo ciągle musiało być szybko i już, a wiadomo, że łatwiej i prościej zrobić samemu, niż stać nad kimś i uczyć, a potem jeszcze po nim poprawiać. A poza tym, jak jest potrzeba, to człowiek inteligentny jest w stanie opanować niezbędne umiejętności. Oraz - w dobie dostępności usług wszelakich, niekoniecznie chłop, nawet samotny, musi swoje koszule prasować osobiście - pralnie w hipermarketach załatwiają sprawę w czasie potrzebnym na zrobienie zakupów i wypicie kawy. Przyznaję się bez bicia, a nawet z dumą niejaką, że sama, przez wiele lat nie prałam bielizny pościelowej, tylko oddawałam do pralni. Po czym odbierałam śliczne bielutkie kosteczki wykrochmalonych i wymaglowanych poszew i prześcieradeł. Potem się nagle okazało, że miejscowa pralnia jest "niepotrzebna" i została zlikwidowana. Prałam więc i krochmaliłam w domu, a potem zawoziłam do magla. W końcu i magiel stał się "niepotrzebny" i został zlikwidowany. Wobec czego zaprzestałam krochmalenia i prasowania pościeli.)

Pogoda nadal pod zdechniętym azorkiem, Starszy leży i pojękuje, bo boli go noga (facet, któremu coś dolega jest gorszy niż 7 plag egipskich). Koty złapały fazę i ganiają się skróś mieszkania, a psy śpią tak twardo, że nawet nie znęciła ich kromka, która pochłonęłam przed chwilą, w ramach II śniadania. 

Ach, no i... Zastanawia mnie bezinteresowne zaangażowanie współobywateli w dokopywanie innym. Nawet jak sam nic z tego miał nie będzie - satysfakcja, że komuś nabruździ. Wieczorkiem już późnym psy się wzburzyły mocno, co świadczyło o tym, że ktoś jest ante portas. No i był. Pan Dzielnicowy. Otrzymał bowiem info od kolegów z SW,  że istnieje tam porzucony na terenie miasta samochód marki, o numerze rejestracyjnym, który okazał się należeć do Dziecka. Tyle,że samochód nie jest nigdzie porzucony, a stoi na parkingu pod blokiem, w którym Dziecko wynajmuje mieszkanie. Fakt, że głównie stoi, bo Dziecko raczej ze służbowego auta korzysta, które z kolei tam NIE stoi. Najwidoczniej coś gdzieś kogoś zakłuło w którymś miejscu. No, jeszcze gdyby ten parking był zbyt mały... Więc zdrowia życzę temu komuś. Ze względu iż na rozum i tzw uczucia wyższe zapewne za późno...

sobota, 16 września 2017

problem mamy

Żeby to jeden... Same problemy mamy... Największym chyba, od jakiś 40 lat, najbardziej uciążliwym, który ostatnio jeszcze urósł jakby, jest Pelagia. I ta Pelagia wisiała nade mną od  miesiąca, muląc mnie wewnętrznie. A wczoraj skumulowała się z innym problemem, który jakby nawet przyćmił Pelagię - z Księżniczką.
Księżniczka ma 12,5 roku. Jest nieco (mocno nieco nawet) zbyt "dobrze zbudowana". Co w większości zawdzięczamy jej żarłoczności. To jest pies wiecznie głodny, w związku z czym od czasu do czasu zdarzają jej się włamy. A to otworzy szafkę i opierniczy pół bułeczki z foremki (wprawiając mnie w osłupienie - gdzie się to w tym małym zwierzaku mieści, bo ja bym nie dała rady pół bułeczki na raz), a to buchnie czekoladę, a to spenetruje kubeł na śmiecie i wyżre kości kurzęce, pieczołowicie wybrane z mięska dla piesełów, coby im nie zaszkodziły. Włamy na kości udało jej się uskutecznić kilka razy. Mea kulpa oczywiście, bo wychodząc z domu nie zabezpieczyłam szafki ze śmietnikiem. Zwykle nic się nie działo, raz tylko ślizgawka po tych kościach była. Ale pewnie wszystko do czasu.
Ostatni włam miał miejsce we wtorek przed południem, gdy pojechaliśmy do Zdzicha zawieźć pomidory dla Najważniejszej.
Niby nic się potem nie działo, lekka ślizgawka. Ale w środę po południu poszłam z piesełami na spacer. Zobaczyłam pod "cesarzem" kilka zdrowych jabłuszek, więc cała szczęśliwa zaczęłam je zbierać na kupkę. Jak podniosłam głowę znad tych jabłuszek to zobaczyłam, że pies nie żyje: po prostu leżała na boku, z wyciągniętymi sztywno łapami i nie oddychała a z pychola wystawał siny język. Rzuciłam się do psiego zezwłoka w panice, zaczęłam poklepywać po pleckach i pies ożył. Potem  podreptywała po sadzie, co i raz przysiadając lub pokładając się, nawet doszła do domu o własnych siłach. Do wieczora sytuacja powtórzyła się jeszcze raz, a potem wróciło Dziecko, pies się zaczął cieszyć i padł. Teraz Dziecko wpadło w  panikę i zarządziło weta na następny dzień rano.
Pojechaliśmy do mojej ulubionej lecznicy,  licząc, że będę miała szczęście i jakimś przypadkiem zaplącze się tam któryś z szefów. Szczęścia nie miałam, był tylko uśmiechnięty Mateuszek, który stwierdził, że to problem z sercem oraz "wodobrzusze" - też z serduchem związane. Oraz, że i tak nic z tego, bo oni nie mają sprzętu, a trzeba zrobić EKG i RTG, więc najbliżej do Ł. Wobec czego Dziecko zawinęło na autostradę i pojechalim. Po drodze anonsując się w tamtejszej lecznicy. Pies zwiększył częstotliwość wentylacji i dojechaliśmy na miejsce z ciężko ziającą kupą nieszczęścia.  W związku z częstotliwością wentylacji EKG okazało się niewykonalne , a RTG problematyczne. Jednak pani doktór to RTG zrobiła, potem jeszcze USG bardzo dokładne. I pobrała krew na morfologie i biochemię. Psu było tak wszystko jedno, że nawet nie było wyszarpywania łapy przy wkłuciu, co normalnie ma miejsce przy głupim oglądaniu pazurów. Potem przy zastrzykach też stała obojętnie i nawet nie pisnęła. Badania stwierdziły problem z wątrobą, która jest mocno powiększona i lekki szmer od serducha. Na następny dzień miała być powtórka z wizyty w gabinecie.
Noc była ciężka dla nas obu: pies leżał jak skóra z diabła i ziapał, a ja siedziałam przy psie i zastanawiałam się czy dożyje rana (mając durne dejavu, jak tak siedziałam w Paryżu, trzymając łapkę, bynajmniej nie kudłatą i ta łapka w pewnym momencie zrobiła się jakaś inna)
Przy powtórnej wizycie zastaliśmy szefa kliniki i oboje z panią doktór Kasią zastanawiali się nad moją Księżniczką. Ostatecznie dostała zastrzyki, zestaw leków na tydzień i zalecenie skontaktowania się we wtorek. Dziś Księżniczka nieco lepsza, w zasadzie to już wczoraj głos z siebie wydobyła, gdy Dziecko przyjechało i udało jej się nie zemdleć z radości. Wieczorem obeszła podwórko i ogródek, nawet niezbyt często odpoczywając. A dziś obszczekała sąsiadkę, która przyniosła cukinie dla kozów, gdy załatwiałyśmy poranne sikanko na ogródku. Ponieważ apetyt jej wcześniej dopisywał, tabletki poszły do jedzonka. Drobny zgryz miałam, gdy Księżniczka niechętnie tym razem zaglądnęła do miski. Ostatecznie zjadła tę odrobinę, która jej dałam, ale na wszelki wypadek muszę zmienić sposób podawania tabletek (Zawijanie w szyneczkę nic nie da, bo szyneczkę pochłonie, a tabletkę wypluje. Wpychać jej palcem do gardła, jak to wcześniej wielokrotnie się odbywało, też nie chcę, żeby jej dodatkowo nie męczyć, bo niestety bywa tak, że próbę wepchnięcia tabletki w psa trzeba powtórzyć)

  Tak sobie leżymy. Na pychu. Ale już nie na pańci łóżku, bo schodzenie z niego może się skończyć fiknięciem na nos. Księżniczka ma własne posłanko, na które nie trzeba się wdrapywać do góry.

Księżniczka przez większość swojego życia odżywiała się "chrupkami". Zawsze to były chrupki z najbardziej górnej półki Orijen i Acana, potem przeszłyśmy na karmu Light i antyWeight (co wcale nie przeszkadzało Księżniczce przybierać na wadze). Ostatecznie skończyło się na gotowanym w domu jedzonku, gdy okazało się że nawet najbardziej hipoalergiczne karmy hipoalergicznymi nie są i Księżniczka ustawicznie drapała sobie plecki tarzając się jak żółwik. No i te lata karmienia sztucznym papu chyba się właśnie odbyły na jej wątrobie, a zeżarte kości z dwóch kurzęcych ćwiartek uwieńczyły dzieło (Ciągle się zastanawiam, gdzie się to w tym psie mieści. Oraz jak to się odbywa, gdy jedna pochłania zdobyczne papu, że się przy tym nie pozagryzają na śmierć, bo ostatnio Księżniczka rzuciła się z zębami na Czarną i skończyło się małą jatką z interwencją Dziecka. A poszło o kluskę, która spadła na podłogę w okolicach pyska Czarnej. Dziecko pacyfikowało Czarną, a ja musiałam się zająć małym gebelsem, który nie chciał odpuścić, mimo, że czarna już była unieszkodliwiona.)

Strawiłam pół dnia na przegrzebywaniu internetów w poszukiwaniu informacji o karmieniu pieseła wąątrobowca. Wyszło na to, że gotowane przeze mnie jedzonko jest w zasadzie OK, trzeba jedynie zmienić rodzaj wypełniacza, bo płatki owsiane zbyt dużo białka mają.

Zrobił się problem kolejny - na szczęście na razie mniejszej wagi -  z kotowatymi. Ja już kiedyś pisałam, że w kocich tematach zielona jestem. Psy były od zawsze, mój najbardziej osobisty pies - Księżniczka - od ponad 12 lat. Przed nią były jeszcze dwa osobiste. I chociaż wtedy dostęp do psiej wiedzy był trudniejszy, to jakoś się zdobywało, potem internetem pogłębiało. A koty to temat stosunkowo świeży i nie do końca zgłębiony. W każdym razie wszędzie czytałam, że koty mają mieć dowolny dostęp do karmy, nie jak psy - dwa razy dziennie i koniec. I tak miały do tej pory - koci barek stał na oknie, koty się częstowały, gdy przyszła im ochota, a ja uzupełniałam, gdy było pusto. I nie było problemu z przejadaniem się, mimo, że kot Arkadiusz jest wykastrowany od dawna. Jakieś 7 miesięcy miał chyba wtedy. Arkadiusza tylko trzeba przypilnować, by na raz nie zjadł zbyt wiele, bo wtedy zwraca. (Szkoda Areczka i szkoda jedzonka, bo się męczy przy pawiku, a za chwilę z powrotem przychodzi do miski - przecież brzuszek pusty.) Klementyna w momencie sterylizacji byłą tak chuda, że gdy się złapało poniżej kręgosłupa, to palce się stykały. Po zabiegu doszła do siebie bardzo szybko i zaczęła nadrabiać. Wydaje się ciągle głodna, zjada wszystko co dostanie błyskawicznie i odpędza Areczka od miski. W związku z tym Areczek dostaje papu u mnie w pokoju, za zamkniętymi drzwiami. A Klementyna zaokrągliła się dość niebezpiecznie i wydaje mi się, że to jest ostatni dzwonek, żeby zacząć przeciwdziałać. Pierwszy krok - miski zostały schowane i koty dostaje "pod udziałek". Drugi krok - zakup karmy Light (choć i tak dostawały cały czas Sterile)
Zobaczymy jak nam pójdzie....


Ostatnio jakby więcej wylegiwania się. Pewnie dupka robi się za ciężka na latanie po zwyżkach..


piątek, 8 września 2017

ostatnie podrygi

konającej ostrygi. Czyli nagłe uaktywnienie mafii słoikowej. Ostatnie zdaje się w tym sezonie, bo koniec potencjalnego wsadu.
Zarzekałam się, że nie tknę już, koniec, dość, finito!
Ale.... W spiżarce nie ma gdzie nogi postawić, bo podłogę zajmują równo poustawiane skrzynki z pomidorami. W jednym pojemniku papryka, w drugim pojemniku papryka... Rozdać? Wyrzucić? Nie ma pewności, czy akurat kogoś tymi pomidorami uszczęśliwię, czy może raczej problem się stworzy. Wyrzucać darów plantacji nie zwykłam (choć wiadro ogórków wylądowało za obórką, ale zbieg okoliczności niesprzyjających zaistniał w postaci pobytu S. w szpitalu i mojego doń kursowania publiczną komunikacją - po czym się już nadawałam tylko do tego by zalec w postaci padła. Już nie te lata...) A papryka taka jakaś, że najprostszy sposób przerobienia jej - czyli w słoik i w marynatę - odpada. Susza i upały spowodowały, że skórka jest pancerna, jak na podeszwy, a ścianka niezbyt gruba. Szkoda się z marynatami wygłupiać, bo jadalne toto nie będzie.
No to zaczęły się poszukiwania internetowe, na co by to przerobić. Trafiłam na kilka sosów paprykowych. Bez wypiekania papryki w celu pozbawienia skórki. Choć nie wiem, czy taki początek nie byłby lepszy. Przepis zalecał rozgotowanie i przetarcie. Przetarłam przez sito, obawiając się, że mój przecierak z metalowymi tarczami weźmie po prostu potnie tę skórkę i wrzuci do całości. Paprykę przeciera się nieco gorzej niż pomidory, może gdybym najpierw zblendowała? Ale jakoś poszło, tylko 2 kg tego było.Do tego kilogram pomidorów - obranych i wyciśniętych z pestek i płynnego.
Tak już jest, że jak  robię takie wybebeszane pomidory to jednocześnie też przecier, by ten sok wyciśnięty  zagospodarować. Miałam jeszcze jakieś takie nibyLimy - one też zostały z rozpędu wygniecione i oskórowane i poszły do słoików w postaci "pomidory w soku".
No i clou programu - dżem z czerwonych pomidorów: Córcia nabyła była taki w stonce celem skosztowania. Podsunęłam Starszemu - wyrwać ostatecznie słoik z rąk musiałam, tak się przypiął do niego z łyżeczką. Posmakował mu strasznie i pozostawał w przekonaniu, że to moje dzieło. Po czym stwierdził, że przecież mogę taki zrobić. Niby, czemu nie, jak pomidory leżą odłogiem, a przecierów już nadto, a dżemów nie bardzo było z czego? Pomidory na dżem również wymagały oskórowania i wyduszenia. niestety, lenistwo w tym zakresie nie popłaca, ponieważ skórka pomidorowa szwendająca się po przetworze jest tak ohydna, jakby kawałki plastikowej torebki tam wrzucić i psuje cały efekt, wygląd i smak, zniechęcając do spożycia.

Bulgoce pasta paprykowa. Pomna potwornego bulgotania z pryskaniem, grożącym śmiercią albo kalectwem, podczas odparowywania ajwaru, tej pasty nie blendowałam wstępnie. Jedynie  przetarta papryka poszła do gara w postaci jednolitej mazi. Czosnek, imbir i cebulę po podduszeniu/podsmażeniu też rozdrobniłam blenderem. Ale pomidory były w kawałkach. Ostatecznie same z siebie się rozdrobniły, póki co jednak stanowiły zaporę dla rozbryzgów.

Pastę zrobiłam w oparciu o przepis stąd. Ale jak to u mnie jest zawsze  -  tylko w oparciu. Zarówno co do składu (dodałam cebulę, czosnek i imbir, nie dodałam papryki w proszku ani kuminu - nie lubię zbyt intensywnych przypraw, które tłumią smak podstawowego składnika)  Zastosowałam też inną technologię wykonania, bo blendowanie wszystkiego przed odparowywaniem, to nie jest najlepszy pomysł. Cebula, czosnek, imbir i 3 półostre papryczki a la chili zostały podduszone osobno - po prostu w momencie głównej obróbki nie miałam imbiru i czosnku)

A tu bulgoce dżemianka. Dżemianka powstała z idiotycznych malinówek, których było, niestety, sporo, a które w/g mnie są zupełnie do niczego - kwaśne, wodniste i z potworną, pajęczynowatą piętką. Taka pomidorowa porażka. Pomimo wyciśnięcia produkt okazał się dość wodnisty, Odparowywałam dość długo z połową cukru (to zawsze jest problematyczne, bo można przypalić), po czym ostatecznie dodałam połowę reszty cukru i pektynę. Nie lubię dżemów skapujących z bułeczki.

I mój wczorajszy urobek. W zasadzie jego część tylko. Tu widać słoiczki z dżemem, pastą, a po prawej z papryką w marynacie.

Udało mi się wybrać trochę jadalnej papryki i wyszły 4 dżemowe słoiki marynaty. Dodatkowo, jako produkt uboczny niejako - 4 słoiki 3/4 l pomidorów w przecierze. W ub roku miałam ich znacznie więcej, bo miałam limy, które się do tego świetnie nadają. Zostały zużyte jako półprodukt, albo po prostu zjedzone ze słoika. Taki myk, żeby "adijos pomidory" zaśpiewać później. (Jest jeszcze inny myk -istnieją takie odmiany pomidorów, które się zielone zrywa późną jesienią z kawałkiem krzaka, zawiesza w spiżarce, czy tam gdzie i pozwala im powoli dojrzeć.Jest tylko taki mały haczyk, że te zerwane pomidory muszą być całkowicie zdrowe. Co w tym roku już by się nie udało ponieważ po tych zimnych deszczach pomidory popękały i zszarzały.)

Na zdjęciu widać dżemik złożony w sympatyczne słoiczki. Mój blog jest taki se, nikt mi nie daje niczego do testowania, nawet tych gupich słoiczków wecka. Czasem coś się nabywa z przetworów, np keczup Develeya, który ma pozostałe keczupy pod sobą. I on jest w takich sympatycznych słoiczkach, które potem szkoda wyrzucić. I właśnie się tropnęłam, że gromadzenie takich nietypowych słoiczków jest pomysłem niespecjalnym bo ponieważ, o ile słoiczki, mimo iż szklanne wychodzą powoli, to pokrywki do nich niestety szybciej. A potem te nietypowe pokrywki są nieosiągalne. Więc koniec sentymentów. W kwestii ładnych słoiczków by było na tyle. Utylizujemy bez litości. No chyba, że chcemy je potem na jakieś świeczki przerobić, czy inne takie. Co się prawdopodobnie nie zdarzy.

(W ogóle ostatnio doszłam do wniosku, że "szkoda" to jest pojęcie zgubne wielowymiarowo. Co wylazło na jaw w momencie otwierania szafy i mówienia do rzeczy. "Szkoda wyrzucić" powoduje, że gromadzimy rzeczy zbędne, nieprzydatne, których ostatecznie i tak nigdy nie użyjemy, ograniczając swoją przestrzeń życiową  i dokładając sobie dodatkowych zadań. Raz już podjęłam postanowienie, że czas skończyć ze "szkodą"". Niedostatecznie mocne jednak. Trzeba wrócić do postanowień i ich realizacji.)

Jakiego koloru jest zupa pomidorowa kużden wie - czerwona! A wychodzi na to, że niekoniecznie musi być czerwona i okazuje się to nawet z korzyścią dla zupy.


Bardzo proszę, może być nawet  żółta
 
Ten rok obfitował w żółte pomidory. Ostatecznie okazało się ich trochę za dużo, mimo, że są to pomidory przepyszne. Chwilę się zastanawiałam nad przerabianiem ich, rozdawałam na prawo i lewo, w końcu zdecydowałam, że co tam, najwyżej zjem sama. I zrobiłam zupę. Po czym zrobiłam konkursik moim dziewczynom: Kasi i Pumie. Puma trafiła za pierwszym strzałem, Kasia miała 3 podejścia, zaczynając od dyniowej. Zupa się przyjęła. Dziecko zjadło pierwszym rzutem 2 miseczki. Na następny dzień, na nieśmiało zadane pytanie "Czy może....?" , odwrzasnęło z entuzjazmem "Dawaj, bo dobra była". I tym sposobem powstało kilka słoików przecieru z samych  żółtych pomidorów. Przed łączeniem ich z czerwonymi miałam opory, bo wtedy wychodzi kolor dziwny, a tak - będzie super żółta pomidorówka.

Jak wspominałam, moje Dziecko jest latającym handlowcem od wielkich maszyn. Rolniczych zresztą. Tłucze tych kilometrów ogromne ilości, bo teren ma rozległy (kiedyś go podsumowałam i wyszło mi z grubsza, że mógłby do Gdańska dojechać tego dnia) Efekty są różne, bo sprzedaje towary kosztujące grubo ponad pół miliona, a to nie idzie jak rajstopy, czy odkurzacze nawet. Ale jest też plusik uboczny, malutki taki (a może całkiem duży nawet), że poznaje czasem ciekawych ludzi trudniących się ciekawą pracą.
No i  zdarza mu się, rzadko, bo rzadko od takich potencjalnych klientów nabyć coś oryginalnego.
Tym razem przywiózł taki serek wytwarzany przez panią Martę, z krowiego mleka.


Serek jest zdaje się kwasowo podpuszczkowy. Pani Marta wspominała o bakteriach dodawanych do mleka (których nie ma na etykiecie). Ma konsystencję trochę jak ser topiony -jest gładki, jednolity, daje się smarować. Przepyszny. Ten jest akurat z papryką. Istnieją też "czyste" oraz z pomidorami, czosnkiem i bazylią. 

Zapewne można je gdzieś nabyć, bo pani Marta ma zarejestrowaną działalność gospodarczą, tyle, że jak dotąd toczy potyczki z PIWem, który nie ma dokładnych wytycznych, czego wymagaćod producentów zagrodowych, więc szuka kwadratowych jaj. Natomiast przeciętny zjadacz serów zagrodowych wie, że prędzej zaszkodzi wyrób z marketu niż ser "od baby". Zresztą, przez lata całe kupowało się u górali na bacówkach bundz i żętycę i jakoś nikt  na zakaźnym nie  lądował (najwyżej częściej lądował w krzakach, po nadmiernym spożyciu żętycy) Ostatnio nawet Wielki Brat, który stara się wszystko opisać przepisami i wytycznymi usiłował wymóc, by każdy produkt paczkowany zawierał na sobie "zawartość składników odżywczych". Na co producenci serów zagrodowych podnieśli protest oczywisty - każda partia takiego produktu ma nieco inny skład. Badanie każdej partii, ze względu na termin przydatności do spożycia oraz koszty nie wchodzi w grę. Z drugiej strony - jak wiele osób analizuje ten skład i wykorzystuje go do sumowania sobie dziennego spożycia białka, cukrów itp. Jakoś nigdy się nie zastanawiałam ile białka, tłuszczu i witamin jest w moim obiedzie, choć od zawsze jestem w posiadaniu książeczki opisującej zawartość tych składników artykułach spożywczych. Jakieś ogólne pojęcie w temacie oraz działanie, żeby było z umiarem tego co bardziej szkodzi, niż służy.

I na koniec. Bo w sumie nie zdecydowałam jeszcze, czy bardziej cieszyć się, czy ostatecznie wściec: Poszłam wczoraj z piesami do sadu po raz wtóry, żeby zobaczyć, co też deszcze porobiły z moimi pomidorami. Urwałam parę żółtych, które popękały i należało je spożyć natychmiast. Idę sobie z wiaderkiem, które się bardzo ciężkie zrobiło i nagle wzrok mój padł na zagonek truskawek. (Truskawki były w kolejce do zaopiekowania się nimi) Przez chwilę patrzyłam i usiłowałam zgadnąć, co z nimi jest nie tak. Bo ewidentnie coś było. Aż w końcu odkryłam, że truskawek po prostu nie ma - miejscami sterczą pojedyncze ogonki, a poza tym - nie ma! Niby powinnam się ucieszyć, że cięcie mi odpadło. Ostatecznie nie odpadło całkowicie, a poza tym nie wiadomo, czy płowe pyski nie powyciągały z korzeniami. Zapewne trzeba będzie zrobić użytek z pastucha i odgrodzić nim uprawy od kukurydzy, bo nie ma to tamto i dziczyzna płowa nie będzie mi tu się częstować dowolnie!



środa, 6 września 2017

O wystroju conieco

Wam opowiem, bo się tak zrobiło, że komentarze o ten wystrój zahaczają.
Zaproszenie przywiozła Ela dwa tygodnie wcześniej. Był więc czas zadbania o wystrój.
Starszy się spiął i zaczął temat, ż eon wysponsoruje wystrój i zawiezie, żeby nabyć.
I tu się zrobiło nagle kilka ALE:
Ale 1: Starszy ostatnio częściej pozostawał w pozycji horyzontalnej, bo mu się jeszcze dodatkowo choroba królów znarowiła (NIE, nie syfilis bron boże, podagra!)
Ale 2: Środków leżących odłogiem nie posiadamy, a wydatek kilkuset złotych na wystrój jednorazowy, następnie zalegający w szafie doprowadziłby mnie do jasnej cholery
Ale 3: zakupów tekstylnych istotnych w zasadzie nie robiłam chyba odkąd jestem na emeryturze, sklepy maja rotacje straszną -dopiero był damski ciuch, już jest kebab - tak, ze nawet nie wiem, gdzie się w najbliższej metropolii nabywa. Zwiedzanie zaś galerii handlowych w dalszej metropolii nie lezy w zakresie moich możliwości psychicznych, a zwłaszcza - fizycznych.
Więc Starszy usłyszał: "Wybij ty se z łeba tylna łapą. Nie ma opcji"
Zawsze mogę otworzyć szafę i przemówić do rzeczy. A prawda też jest taka, że ta szafa zdecydownanie zbyt rzadko była ostatnio otwierana. Czyli: z grubsza niby wiem, co w niej mam, a dokładnie - w jakim to jest stanie i jak to się ma do mnie - to już nie bardzo. Owszem, jest tam na pewno jedna kieca, która ma wszystkie kiece pod sobą - Givenchy zapinany  płaszczowo, z cudnym złotym guzikiem przy dekolcie (reszta w plisie) z czarnej wełnianej żorżety. Tyle, że ja w tej kiecy obskakiwałam wszystkie większe szkolne uroczystości i na pewno została zapamiętana jako swego rodzaju ewenement. Emerytka występująca w najlepszej kiecy sprzed 20 lat wygląda żałośnie ( mniej więcej adekwatnie zresztą do poziomu życia na nauczycielskiej emeryturze, ale niekoniecznie musi się to dawać otoczeniu do zrozumienia wystrojem). Więc kieca została z góry zdyskwalifikowana.
Otworzyłam w końcu tę szafę, żeby przemówić do rzeczy, ale rzeczy nie bardzo przemówiły do mnie. W końcu zostały wybrane dwie opcje,  z których żadna nie została do końca zaakceptowana przez Starszego. Jedna opcja była bardzo letnia i upadła sama z siebie wobec prognozy pogody. Druga była bardziej adekwatna do prognozy i bardziej akceptowalna Tatusiem. Czyli ostaecznie OK.
Zatem pojechawszy do metropolii, celem załatwienia Starszemu leków na tę królewską chorobę oraz akcyzy do paliwa, postanowiłam zaopatrzyć się w damskie akcesoria typu kredka, lakier itp, które szanująca się dama ma zwykle na stanie.
Ja także mam na stanie, tyle, że moja kredka pełniła ostatnio funkcję znacznika przy zakładaniu zamka do drzwi, wobec czego tłuszcze w niej zawarte zostały wzbogacone o smar grafitowy lub olej wazelinowy, jakimi konserwowane są przez producentów zamki. Natomiast lakier służył do malowania wskazówek na prędkościomierzu poldolota tudzież innych takich.
No to poszłam, do tego co było po drodze, coby kilometrów nie nadkładać (Natura była). Z trudem wielkim coś wybrałam, na ryzyk fizyk, bo próbką się przecież nie umaluję, a  smarowanie po ręce nic mi nie da, bo nie ręce tym będą w końcu malowane. Po czym poszłam nabyć rajstopy. Rajstopy kupowałam ostatnio jakieś 5 lat temu, kompletnie nie mam rozeznania żadnego w rodzajach, gatunkach itp. Posiadam dwie pary czarnych - jedne cieniutkie, drugie grube kryjące i nimi opędzam sytuacje, w których wystąpienie w spodniach jest całkowicie niedopuszczalne.Poza tym pozostają skrzętnie spakowane i ukryte przed kotami.
Ostatecznie nabyłam dwie pary czarne i jasne, zapłaciwszy 17 zeteł, co mi się wydawało nieco dużo, jak za 2 pary rajstop (potem zmieniłam zdanie radykalnie), wiadomo bowiem, że rajstopy potrafią szybciej "wyjść" niż paczka fajek..
No a potem zadzwoniła Córunia: "W czym idziesz", na co się zaczęłam nieco plątać w zeznaniach. Córunia wysłuchała pokrętnych zeznań i oświadczyła, że w sobotę przybywa z misją ratunkową wybrawszy ze swej garderoby te najszczuplejsze elementy.
(Zaznaczę przy tym, że nigdy nie uznawałam  ciuchowych pożyczek: W czasach akademickich było to nagminne, a ja robiłam za wredną maupę, bo nie użyczałam nikomu, ani sama też od nikogo.Ciuchy miałam wonczas różne, takie siakie i owakie, zdarzały się nawet z Mody Polskiej, jak jakąś wakacyjną robótkę zaliczyłam lub z Pewexu, gdy ciotka z USA  podrzuciła parę$. Spódnice były selfmade, sweterki tudzież i być może stąd wynikało przywiązanie do własnych ciuchów -  że to nie tyle za własne nabyte, co własny pomysł i realizacja. No, raz pożyczyłam parasol, peweksowski także, więc mający większość parasoli pod sobą. Parasol nie wrócił, bo dzieweczka zabalangowała i wyszedł jej z pamięci. Poza tym, w cudzych rzeczach byłoby mi jakoś nie tak, czułabym się nieswojo.  Nawet z siostrą nie wymieniałyśmy się ciuchami. Zresztą w pewnym momencie stało się to niemożliwe, bo zaistniała między nami zasadnicza różnica wzrostu - sięgałam siostrze mniej więcej do ramienia.Siostra już w nastoletnich czasach wyczyniała na szydełku i drutach cuda. Taki jeden sweterko - płaszczyk sobie uczyniła przecudny z szafirowej włoczki, ale nawet mi przez myśl nie przyszło pożyczenie go, choćby na jeden raz.)
Trochę inaczej traktuje noszenie rzeczy "po córce". Już tak się ustaliło, że ubrania, które zrobiły się na nią za ciasne, przechodzą na mnie, a różne tam takie dresówki itp są używane do prac w domu i ogrodzie.
Córunia ubiera się dobrze i elegancko. Ostatecznie udało mi się  wtłoczyć jej do głowy, że szkoda pieniędzy na tanie szmaty, bo tanie szmaty są tandetne, wqrzające w konserwacji i użytkowaniu oraz bardzo szybko przechodzą w stan szmaty, często nawet nie nadającej się do podłogi.Poza tym, zbyt ciężko pracuje w tej  korpo na te swoje pieniądze, żeby je wydawać na bele gie.

 No i tak wyglądał mój wystrój zewnętrzny. Teraz zawieszony na Ani, która dotarła kurierem w poniedziałek.
Ania była planowana od dawna, aż w końcu przyszła na nią pora. Może ten mąt na wszystkich frontach spowodował powzięcie decyzji. W końcu taki zakup czegoś bezsensownego, wyłącznie dla siebie, to jakiś sposób na stres.


 Córunia zadbała o szczegóły wystroju i sprezentowała matce taką torebusię. Nabyła również odpowiedniej rajstopki, których metka spowodowała radykalną zmianę moich poglądów na to, ile mogą kosztować rajstopy. Chociaż, patrząc na to inaczej - to tylko dwie paczki dymków.

A poza tym? Pogoda mnie rozwala na strzępy permanentnie tego lata. Teraz już nie pada i termometr się podniósł do 18stopni. Ale domniemywam, że to czego nie dobiła prawie dwumiesięczna susza zostało teraz dobite tym nagłym ochłodzeniem i zimnym przeraźliwie deszczem. Tak, że nawet nie chce mi się iść patrzeć na moje plantacje. Zauważyłam,że sąsiad zebrał już, przed deszczami, buraczki. Ale wydaje mi się zdecydowanie za wcześnie, jak na zimowe przechowanie. Więc spokojnie, w błocie się grzebać nie będziemy, chyba jeszcze obeschną. Za to grzyby ponoć w natarciu, ale gdzie mi tu do grzybów. Nawet opieniek, które zapewne pod jabłonią za chwilę wyrosną nie ruszę, bo ubiegłorocznie przetworzone stoją do teraz, pomniejszone tylko o jeden słoik, który poszedł do wigilijnej kapusty, oraz dwa - ofiarowane sąsiadce. Ogólnie - mafia słoikowa w odwrocie, bo nie ma czego w te słoiki upychać. A to co jest - no to - ile można. Niby można do oporu, bo taki domowy słoik postoi, tylko - po co? Po latach doświadczeń pcha się w słoiki to, co wiadomo, że spożyte zostanie, a nie jak leci po to, żeby mieć zajęcie. Leniuchowanie też jest wskazane. I się w pewnym momencie człekowi należy, jak chłopu ziemia.

Psowatość i kotowatość porozkładana po kątach. Też na nie pogoda działa dobijająco - tak upały, jak i ta dzisiejsza.
Psy piętrowo. Kto może ten na kanapie, kto już się nie wskrobie - ten się dywani.

Klementyna na wznak

A Tośka podpierając się nosem
 
A reszta istot żywych ratuje się przed padnięciem na nos, na przykład w ten sposób, że puka w klawiaturę.
 
Pozdrawiam!






wtorek, 5 września 2017

straszny poniedziałek

Poniedziałki na ogół są straszne, z tym, że bardziej dla pracujących etatowo. Dla pracujących według własnego harmonogramu najczęściej dzień tygodnia nie ma znaczenia, bo harmonogram jest taki sam 7/7. Ale tym razem mi się nałożyło.
(Ostatnio w ogóle mi się nakłada i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy jakiegoś szamana nie poszukać, albo wiedźmy, coby odczyniła. Ciąg rosnący niespodzianek różnych w sferze psychicznej oraz finansowej, co zresztą tez na psychikę nadeptywa)
Nałożyło mi się siano na otwarcie nowego kompleksu dydaktycznego w mojej byłej szkole. Szkoła była moja przez 35 lat, a przez 5 lat nawet jakby bardziej bo byłam w niej dyrektorem (z czego zrezygnowałam po urodzeniu córusi, bo bycie dyrektorem szkoły jest tak absorbujące czasowo i psychicznie, że te dwa etaty -  matki niemowlaka i dyrektora, pogodzić by się nie dały). Zaproszenie dostałam, wzmocnione telefonem o Januszka, w którym obecność potwierdziłam. Słowo się rzekło - nie wypada robić z gęby cholewy.
Tymczasem siano wisiało nade mną od dwóch tygodni. Najpierw miał je dowieźć brat (co jest opcja najwygodniejszą, bo mi odpada całą logistyka), ale brat zagoniony jak zwykle i szkoda mi się zrobiło, żeby jeszcze w niedzielę tłukł się te ponad 100km, wlekąc za blazerem koniowóz z dwoma balotami.Więc mu kazałam dac na wstrzymanie, w niedziele uciąć komara, albo pogonić konia, a sama zaczęłam poszukiwania internetowe. No i znalazłam, jakieś 17km od mnie. Pojechaliśmy z Dzieckiem, obadali i zamówili (oczywiście bez ekscesów się nie obyło, bo w blaszance padł alternator. Co zresztą sugerowała świecąca od jakiegoś czasu kontrolka, ale Starszy nie opanował jeszcze kontrolek w blaszance, a duma mu nie pozwoliła zasięgnąć zdania Dziecka. Skutkiem czego robiłam za pychacza blaszanki, coby zaskoczyła "na pych" Oczywiście na spidzie spowodowanym wq..em na indolencję Starszego, która, jak zwykle, musiała o mnie zahaczyć. Ale przynajmniej pchnąć było łatwiej... ) Jak przyszło do omówienia szczegółów dostawy (władcy siana nie było podczas wizji lokalnej) to stanęło na tym, że istnieją 3 łąki świeżo skoszone, z których siano ma być zebrane w sobotę, znaczy - w sobotę zadzwonić.
Ale na sobotę zapowiedziała się Córunia z misją ratunkową co do wystroju zewnętrznego matki. Dziecko zaś miało się weselić u kolegi (którego zresztą wyswatało - miało od sąsiadki zaproszenie do bycia osobą towarzysząca na weselu. Iść mu się nie chciało, więc podesłało kolegę. Z czego się po 2 latach powzięło kolejne wesele)
Zadzwoniłam około 13tej, że dziecko do odebrania ze stacji około 15tej, więc moze na 17tą z tym sianem. Dobrze, zadzwonić, jak odbiorę dziecko. Z 15tej zrobiła się 16ta, bo nie sprawdziłam rozkładu, na pamięć wychodziły 2,5 h, ale akurat ten pociąg jakiś leniwy był i jechał dłużej. O 16tej facet stwierdził, że w zasadzie to on juz by miał ochotę zacząć łykendzik, więc może na poniedziałek zostawmy. Zapodał 9tą. Pomyślałam - OK, przywiezie o 9tej, do 10tej przemieścimy, potem jeszcze mam całe 2 godziny, więc nawet mogę się moczyć w pianie (modły zamierzałam ominąć od razu)
O wpół dzwonię:
- No, jak tam, wybiera się pan z tym sianem?
-Aaa, wie pani, tak leje, zostawmy może na kiedy indziej.
No, to OK.
Za dziesięć dziesiąta tel:
- Wie pani, bo mi samochód jest potrzebny, to może ja to siano jednak przywiozę.
- Dobrze (Q..A!), to za ile?
-No, tak za jakąś godzinę.
-To za godzinę.. (Q..WA!, Q..WA!)
Za dzieisięć jedenasta dzwonię ja:
-Jak tam, jedzie pan już z tym sianem
-No, tylko jakąś plandekę narzucić muszę i jadę (Q..WA! teraz? Plandekę?)
-Dobrze, to za ile pan będzie?
- No, tak za pół godziny.
Ściągnęłam sąsiada Staszka do pomocy, bo Dziecko ma w poniedziałki "dzień biurowy" i pojechać musiało. Siedzimy, palimy, obgadujemy sąsiadów (ciekawe, że chłopy zawsze najwięcej tzw. wiadomości mają).
W końcu o 11.35 zajechał.
Zrzuciliśmy siano na plandekę, bo się panu spieszyło bardzo. Potem Staszek wydawał widłami, a ja zapierniczałam jak zajączek skróś strychu, bo przecież od przeciwległej ściany należało zacząć (jakieś 10m kłusem. O dziwo, nawet mi kolanko nie skrzypiało). Skończyłam mokruteńka. Staszku miał jeszcze ochotę pogadać,ale podziękowałam i poleciałam. Impreza zajęła, zgodnie z planem, godzinę.
No tak, a tu psom się skropliło i żądają wyprowadzenia. Oczywiście Starszemu nawet nie powstało w głowie, ż eto on mógłby ruszyć szanowne cztery i z tymi psami pójść. I oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach psy mają mnóstwo dodatkowych tematów do obwąchania (Tym razem nawet bardziej, bo był przecież na gumnie obcy samochód i obcy ludzie). A jeszcze sumsiadka mnie informuje, że tam jakaś kumisja jest na mostku od zalewania oraz Marysia dzwoni, że chciałaby by, żeby ją zabrać, bo pada, a ona rowerem only.
No to OK. Za 20 minut. Słoma z butów (siano, tym razem), szybki prysznic, coby kurz spłukać i resztki siana z upierzenia. Wytrzeć się tym razem porządnie, bo jak będzie z grubsza, to rajstop nie założę.  Rajstopy mnie zmęczyły bardziej niż to siano, bo jak w końcu założyłam, to musiałam na chwile usiąść. (Jednak noszenie spodni ma zdecydowaną przewagę nad rajstopami! Wielowątkową zresztą!!)
Jakieś kolczyki by może (był czas wypróbować, ale się nie chciało i teraz się okazuje, że te nie i tamte też nie chcą współpracować) A Starszy stoi, w oknie jak zwykle, żeby było widniej w chacie i mamroli, że miało być 20 minut. A Marysia dzwoni, że wylazła, bo się ładnie zrobiło i że parasola nie wzięła (no, bo kto by przypuszczał, że jak się na chwilę podkasało, to zaraz może znowu lunąć) i że właśnie lunęło, więc ona stoi pod gankiem u K. No to niech stoi, miała czekać w domu.
Z tego wszystkiego kremiki i kredki poszły w zapomnienie (nawet do torebki nie wzięłam, bo już, bo już!) i pojechaliśmy. Nadmienię, że Starszy cały czas stał w tym oknie, jak ten parasol i nie przyszło mu do głowy, żeby ruszyć, wyprowadzić auto, żebym w cudnie wyglansowanych butach nie musiała po mokrej trawie zasuwać i zbierać resztek siana na ten błysk.
Dojechałyśmy w sam raz, akurat dyrektor kończył spicz, wstęgi już zostały przecięte i pokropione wszystko co pokropione być miało. Czyli w sumie w najwłaściwszym momencie. Pooglądawszy utalentowane dziecka, wysłuchawszy na koniec mów oficjeli (które jak zwykle były denne: wójt co drugie zdanie odnosił się do homilii księdza, a dyrektor jakiegoś biura poselskiego zadziwiał aparycją, wystrojem, wymową w kontekście zajmowanego stanowiska, czyli "nie matura lecz chęć szczera" for ever, w pewnych okolicznościach dziejowych) Potem był obiad w stołówce wielkości dawnej sali gimnastycznej, a potem moja następczyni na katedrze, zresztą osobiście wiedzą matematyczną nakarmiona, oprowadziła mnie po pracowniach. No tak, jedyne 40 lat minęło od mojego tu nastania, a już jest prawdziwa pracownia matematyczna. Z tablica interaktywna, magnetyczną i suchościeralną, z magnetycznymi przyborami tablicowymi, pięknymi modelami brył oraz szafami na to wszytko co schowane być musi. No i druga pracownia informatyczna, która też zwiedziłam (ta pierwsza była "moja", bo osobiście wydeptywana, osobiście ustawiana oraz dniami i nocami konfigurowana - niestety, założenia były nie do ominięcia, że ma być na serwerze i się sypało) Oraz wreszcie pokój nauczycielski z prawdziwego zdarzenia, a nie klitka, w której chodziło się nawzajem po głowach.

Ok 16tej zawezwałam podwody, zahaczyłam jeszcze o lokalny market, żeby jakieś padło na obiad nabyć. Po czym zdjęłam błyskawicznie wystrój i stanęłam do garów. Jak już było gotowe, to Starszy powiedział, że on jadł nie będzie, bo nie głodny. Po czym, po 15 minutach kazał sobie nałożyć. Odrobinę. Potem nakarmiłam psy i koty. Potem przyjechało Dziecko i nakarmiłam Dziecko. Potem poszłam do kóz i nakarmiłam kozy oraz pozyskałam mleczko od Wandala. Potem siadłam w swoim kątku i zadzwonił Brat. Ale się bardzo spieszył, jak zwykle. Potem zadzwonił jakiś nieznany numer, który z oporami wewnętrznymi odebrałam (nie odbieram niezapisanych i już). Okazała się E. z nowego numeru, więc dobrze, że odebrałam. Potem zaczęłam układać pasjansa,który mi oczywiście nie wychodził (na rzucone kiedyś hasło: ":nawet, cholera, pasjans mi nie wychodzi", Dziecko odrzuciło, że jemu to najlepiej wyszły włosy) A potem prawie szczeliłam nosem w klawiaturę, choć była zadziwiająco młoda godzina, bo trochę przed 21. Więc poszłam przyjąć wygodniejsza pozycję. I o dziwo, udało mi się calutka noc przespać. O 7 zbudził mnie budzik oraz bębnienie deszczu w rynnie.
I teraz się zastanawiam, co by tu zrobić z tak cudnie rozpoczętym dzionkiem po cudnie przespanej nocy.
Bezczynność przerywają mi nawoływania Starszego z jego pokoju. Gwoli informacji - ten pokój znajduje się jakby na drugim końcu chałupy. W linii prostej do jego drzwi jest jakieś 12m. Zważywszy, że kuchnie mam do pokonania po przekątnej, która wychodzi ok 6 m i jego pokój po ukosie -ze 2m, to jest spory spacerek po to, żeby się dowiedzieć, że chce mu się pić, po czym polecieć to picie przynieść, łącznie pokonując ten dystans 4 razy. Już kiedyś zapodawałam, że jak coś chce, to żeby dzwonił telefonem, albo wołał "herbaty!" zamiast "Iwońcia!" Chwile pamiętał o tym telefonie, ale wygodniej mu, widac, pozostac przy starych nawykach.
Wobec czego, z tym optymistycznym akcentem,  życzę Wam miłego dnia!

PS. W zasadzie może ciekawiej byłoby o "wystroju zewnętrznym" w związku z pójściem na uroczystość, bo takie wyjścia to u mnie ewenement, ale byłoby zdecydowanie za długo.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Finito

La fę. Po żniwach. Natenczas.Owies w sąsieku.
W czwartek Starszy zaczął marudzić, że owies już może byłby chętny. Wytrzymaliśmy marudzenie do wieczora, a w piątek rano zadzwoniłam do kombajnistów, uprzejmie zapytując, czy może, jakby, gdyby, to by się dało skosić. Nie dało się w piątek, bo mieli inne azymuty, ale obiecali na sobotę. Że do południa. I jeszcze w sobotę zadzwonić. No to OK.
Korposzczurek miał przybyć w sobotę, zapowiadał się na 8.30 do odbioru, więc gra.
Tymczasem o 8.00 Korposzczurek zadzwonił, że zaspał, więc będzie 12.30 do odbioru. To już trochę mniej OK.
Zadzwoniłam do kombajna.  Będą przed południem na 100%. No, to OK.
Poszliśmy z Dzieckiem pospinać żelazo.

Złapałam się za bolec od zaczepu i czuję, że mnie ktoś obserwuje. Podnoszę wzrok, a na gałce od regulacji siodełka w ursusie siedzi sobie taki gość i luka. Potem poskrobał się przednią łapką po czole (a może popukał w czoło znacząco?) I wcale mu nie przeszkadzało, że Dziecko usiadło na siodełku. Dziwne te zwierzęta ostatnio jakoś. Instynkt samozachowawczy im zanika?

Żelastwa pospinane, plandeka zarzucona. Południe się zbliża, a tel od kombajnu niet. No to dzwonię. Za pół godziny będą kosić u Waldka, a jak skończą, to zadzwonią. A ja dzwonię do Korposzczurka, który zgodnie z planem powinien już opuścić Rzeszów. A ten dopiero minął Dębicę. (Pewnie z tego upału szyny się wygły i pociągi mają opóźnienia.)
No to wygląda na to, że nam się pokryje.
Odebrać podwójnie opóźnionego Korposzczurka pojedzie Dziecko. A Starszy cichcem już przebiera nogami, żeby siąść na traktor i żeby go te żniwa też choć troszeczkę  dotyczyły. Udało mu się, bo tylko Dziecko wyjechało zadzwonił kombajn, że już. Od tego momentu "JUŻ", było jakieś pół godziny do kolejnego "JUŻ" (czyli - sypiemy), ale kombajnista lubi widzieć, że przyczepa czeka gotowa na opróżnienie zbiornika w każdej chwili.


Bydlątko w akcji. Pierwszy pokos od strony soi. Z drugiej strony ququ. Poletko kwadratowe, więc na nim więcej kręcenia dupskiem tej maszyny niż jazdy.

Dziecko odebrało Korposzczurka i przywiozło ją prosto w pole. Czekamy razem.

Tymczasem boćki się jakimś sposobem zwiedziały, że świeża ścierń się szykuje i wylądowały. Jeden po drugim, trzy. I tak sobie łażą obok huczącego bizona, nawet nie bardzo mu się z drogi usuwając.

No i jest! Sypie się ziarko na przyczepę. Nawet sporo, jak na taki mały kawałek. Na oko - tona, albo lepiej.


Starszy już swój udział w żniwach zaliczył i po ścierni  traktorem manewrowało Dziecko, żeby się bizonowi odpowiednio podstawić. Starszy wsiadł w blaszankę, posadziwszy za kierownicą Córunię, która jeździć umie, choć papiera na to nie ma (Na szczęście droga polna, nie - publiczna. Nawet jakoś prywatna udziałowo. To można i bez papierów.)

A my z ziarkiem za nimi. Takim tunelem kukurydzianym.

Przed domem mało się dziecka nie pozabijały, bo Korposzczurek chciał cofnąć blaszanką w trudnych warunkach (z tyłu traktor a obok VW). Dziecko, nie mając zaufania do jej umiejętności, zaczęło instrukcje wydawać, na co Córunia się wqrzyła do białości i wysiadła z blaszanki walnąwszy drzwiami. Zrobiła to tak energicznie, że wypadł boczek, obrywając zapinki, co stało się powodem kolejnej wojny.
W końcu Dziecko jakieś zapinki pozyskało, boczek umocowało i zabrało się do ustawiania przyczepy,  żeby bezboleśnie ziarko wrzucić na strych nad garażem. I wykombinowało, że cofnie do garażu, zamiast się bujać z jak najściślejszym ustawianiem przyczepy równolegle do ściany. Bywało, że udało  mu się na milimetry, bo on perfekcjonista jest, ale i tak zawsze trochę zboża na glebę poleciało. Z cofnięciem do garażu był problem niejaki, bo to trzeba przyczepę wepchnąć w dziurę niewiele od niej szerszą.  W końcu, po zapięciu jej na przód traktora udało się. Przez chwilę rozważaliśmy plusy dodatnie i plusy ujemne użycia żmijki do przemieszczenia tego ziarka. Przeważyły ujemne (ustawianie żmijki, a następnie zdejmowanie zajęłoby więcej czasu niż jej praca. No i żmijka lekka nie jest, zwłaszcza ten jej koniec z silnikiem. Normalnie umocowuje sie ja na takiej specjalnej podstawie, która można regulować jej kat nachylenia. Umocowana siedzi tam sztywno, z silnikiem u góry. W tych warunkach umocować jej nie można było, a bez tego oczywiście będzie chciała się obrócić silnikiem na dół, zgodnie z prawami fizyki. I musiałaby pirzgać ziarkiem w górę). Stanęło na wiaderkowaniu. Dwa wiadra budowlane i "odbierz pełne, podaj dalej, odbierz puste, podaj dalej". Najgorsza część roboty przypadła Dziecku - czyli nabieranie do wiaderka i podawanie do zwodka. Padło na niego z prostej przyczyny takiej, że ziarko mieliśmy na niskopodwoziówce i każda z nas musiałaby to wiaderko podnosić mniej lub więcej ponad głowę. Dziecko podnosiło na wysokość klaty.
Część owsa wcześniej została wrzucona do skrzyni, która stanęła w zapasowym boksie u kóz. N ajakis czas latanie z wiadrem na strych mam z głowy. Po czym się znowu napełni skrzynię.
A potem we dwoje zabraliśmy się za autoporządki, a Córunia została oddelegowana do garów. Co było najlepszym wyjściem, bo we dwie byśmy się przy tych garach prawdopodobnie pozabijały. A tak - ona zrobiła po swojemu i była zadowolona, że jej się nikt nie wpychał w paradę oraz auta (znaczy blaszanka i służbowy Dziecka VW) zostały poodkurzane, wyczyszczone i wybłyszczone od wewnątrz.
A potem odbyły się dożynki połączone z obchodami 80-tych urodzin Starszego. Tort upiekłam poprzedniego dnia, z wielkim poświęceniem używając piekarnika przy tej makabrycznej lampie. Przełożyłam nocą, uprzednio się trochę przekimawszy w oczekiwaniu na przyjemniejsza temperaturę. Tort zrobiłam czekoladowy, z mojego zawsze wychodzącego ciasta. Trzywarstwowy, z jedną warstwą orzechową, upieczoną z berecika. Przełożyłam masą mocno czekoladową. którą się robi ubijając śmietanę z  uprzednio rozpuszczoną w niej czekoladą. Krem jest super, sam z siebie dość sztywny. Przechowywanie w lodówce mu nie szkodzi, a nawet wręcz przeciwnie.

Udało mi się pstryknąć zmasakrowane resztki. Zmasakrowane powierzchownie z powodu, iż Córunia kupiła fajerwerkowe cyferki.  Efekt był fajny, jak się wniosło taki tort strzelający iskrami, ale zjarane resztki skapnęły na jego powierzchnię i trzeba było je niestety powybierać, żeby  nie ponieść szkody na uzębieniu. Ponieważ efekty optyczne zostały już odnotowane, bardziej skupiłyśmy się na dokładnym powybieraniu skapniętego, niż na tym by nie zakłócić optyki tortu. Który zresztą i tak miał się pojawić ponownie  w postaci porcji na talerzykach.

Do pełnego efektu zabrakło prezentu, który nie zdążył dojechać. Firma, w której go zamówiłam w poniedziałek, informowała, że wysyłają towar do pięciu dni roboczych. Napisałam z uprzejmą prośbą, czy nie mogliby dostarczyć do piątku, bo., (wiadomo). Otrzymałam równie uprzejmą odpowiedź, że "dołożą wszelkich starań" by w czwartek oddać kurierowi. Na wymianie uprzejmości się skończyło, starań nie dołożyli żadnych. Szkoda, bo wiele by ich to nie kosztowało (przy braku mocy przerobowych mogli nie zapakować Józkowi, któremu na czasie nie zależało, a zapakować dla mnie), a radocha Starszego byłaby pełniejsza.

Dziś zaczęło po południu trochę straszyć deszczem. Ciekawe, czy na strachach się skończy, czy faktycznie popada. Potrzebny ten deszcz, jak manna na pustyni, bo już wszystko schnąć zaczyna. Nawet kukurydza wygląda marnie. Nawet lipa zaczyna żółknąć. O trawniku przed domem  nie wspomnę - dawno zapomniał jaki jest właściwy kolor trawy. Żniwa w okolicy właściwie zakończone. Jeszcze dziś jakieś niedobitki jakieś resztki dokaszały. No, to mogłoby padać







środa, 2 sierpnia 2017

pozyskiwanie

Żniwne upały zapanowały. Tak było cicho-cichutko, jakieś tam rzepaki cichcem spośród kukurydzy sprzątnięte. A właściwie wykradane, bo na rzepakowe żniwa pogoda była w kratkę. A teraz na zboża - jak drut od paru dni. I niby tych zbóż niewiele się na oko wydawało, ale kombajn "z pipkiem" pracuje do tej pory. A już 23.00. I właściwie nawet teraz nie bardzo jest czym odetchnąć pełną piersią.Temu na pipczącym kombajnie nie przeszkadza, najwyżej go tyłek boli od siedzenia cały dzień na fotelu, choć i tego nie jestem pewna, bo fotel w takim kombajnie jak marzenie. Kombajnista się nie spoci, nie ubrudzi, nie zmęczy, bo wszystko sterowane komputerem i na paluszek. Gorzej mają ci, którzy traktorem z przyczepa czekają, aż kombajn wysypie. No i oczywiście ci na bizonach, bo bizonów jeszcze trochę jednak żniwuje.
     Wczoraj somsiad Staszku, co się z nim na słomę umawiałam wpadł rankiem, że o 10tej Lesio bizonem zajeżdża do niego, będzie też kosił jęczmień Świętego Franciszka i pyta, czy mój owies także.
Starszy w piątek już nie zdzierżył żniwnego napięcia i pojechał ten owies obadać. Badanie wykazało, że pewnie w tym tygodniu, ale nie należało się spodziewać, że już w poniedziałek z rana. Na wszelki przeciwpożarowy złapałam Czarną na sznurek (bo o wiele lepiej się idzie z psem) i poszłam w ten owies zerwać garść i Starszemu przynieść do ekspertyzy.(Starszy jakiś cienki bardzo od soboty). Nie trzeba było nawet eksperta, moje laickie oko stwierdziło, że owsa nie ruszać, bo jak słoma jeszcze zielona, to ma czekać. Ale Staszku pszeniczkę wykosił i zaistniał przymus  zorganizowania chłopa z prasą, coby tę słomę skostkował zgrabnie .No to Dziecko wykonało telefon do Dzikiego. Dziki prasę ma, ale nie ma komu prasować bo chłopaki na kombajnie i na traktorach.
Poszłam więc do Waldusia. Walduś żniw jeszcze nie napoczął. Chłoporobotnikiem się stał na powrót, bo udało mu się gdzieś do jakiejś pracy załapać, w odległości mniejszej niż poprzednie 50 km, więc w domu jest już o 16tej. Ale prasa jeszcze nie ruszana, bo on w zasadzie tylko sobie prasuje. Że dobry chłopczysko jest, obiecał że może na środę da się coś zrobić. Trochę nie bardzo miałam ochotę do tej środy czekać - dobrze, jak słoma po kombajnie trochę poleży, ale nie kuśmy licha, co to nie śpi. Przy tej straszliwej lampie grom z jasnego nieba i nagła ulewa niczym dziwnym by nie były. A jakoś nie bardzo się rwałam do przewracania potem tej słomy, żeby wyschła. Na szczęście przypomniał mi się gość w sąsiedniej wsi, który od lat prasował na usługi. Jechałam z Dzieckiem z niejaką obawą - niby roboty na prasę niewiele, bo zbóż mało w okolicy w tym roku i mało kto zbiera słomę, bo ludziska zwierząt żadnych już prawie nie trzymają. Niektórzy nie tną słomy, ale wtedy zbiera ją taki miejscowy krowi farmer i prasuje we własnym zakresie. Tyle, że ostatnimi czasy tak się porobiło, że nawet jak roboty mało, to nie każdą się weźmie, bo "się mi nie chce". Na szczęście okazało się, że gościowi się chce i umówił się na dzisiaj przed dziesiątą, co mi z jednej strony nie bardzo było, bo wolałam, żeby jednak te słomę trochę wyprażyło po ewentualnej nocnej rosie, z drugiej strony - była szansa na ominięcie największego upału południowego.
Szansa była, ale się zmyła, bo prasowacz nie nawykły chyba do liczenia się ze słowem i używania zegarka, poza tym obiecał też Świętemu Franciszkowi. I w zasadzie tę Frankową słomę świsnął, zanim zdążyliśmy z przyczepą dojechać i wyrównać pokosy. Pierwszy pokos poszedł mu gładko, ale od drugiego już się prasie przestało podobać -wypuszczała niezwiązane kostki. Te kostki trzeba było wyplątywać ze sznurka, i rozrzucać na sąsiedni pokos.
Tak jak do tanga trzeba dwojga, tak do zwożenia słomy w kostkach najlepiej trojga. A że nas było dwoje z Dzieckiem zdolnych do prac fizycznych, tośmy się obawiali, jak damy radę (Co prawda można 60tke ustawić na mały bieg i puścić wolno - jak nie ma sklepanego układu kierowniczego to sobie sama pomalutku, prościutko jedzie, a traktorzysta może latać z widłami i wrzucać) Szczęściem Staszku się zadeklarował, że pomoże, co jest ewenementem totalnym, bo tu się nie zdarza taka pomoc sąsiedzka, nawet w rodzinie rzadko, chyba,że ty mi, a ja ci. No i pomógł. Dziecko jechało, Staszku wrzucał, a ja układałam. Później Dziecku się znudziło w kabinie, ustawiło "tempomat" i też zaczęło wrzucać. Dobrze, że dopiero przy trzeciej warstwie, której nie musiałam dokładnie układać, bo by mnie tymi kostkami zasypali.   Staszku pojechał z nami na gumno i pomógł wyłożyć słomę na strych nad kozami. Poszliśmy z Dzieckiem na strych we dwech, bo trzeba było te kostki odnosić od zwodka i układać.  Na strychu nie było zupełnie czym oddychać. Starszy, któremu lata nawyku usiedzieć w domu nie dały (bi żniwa to taki wewnętrzny mus, a trochę jakby święto), zarządził przerwę i pchnął umyślnego po napoje chłodzące.
Posiedzieliśmy chwilę w cieniu ażurowego dachu stodoły (Ze względu na ten ażur słoma poszła na strych. Oraz ze względu, że ma robić za izolacje stropu nad kozami) Staszku wypił 2 regularne browary, a my z Dzieckiem po radlerze 0%, który syfem totalnie chemicznym jest, ale świetnie gasi pragnienie. Po czym zakończyli robotę. Po czym jeszcze Staszku odebrał od Dziecka instrukcje, co może bolec jego 30tkę i jak to naprawić. Po czym Staszku zapytał, czy jest już za kwadrans. Okazało się być kwadrans po. Więc Staszku złapał własne widły i poleciał, a my z Dzieckiem też oddaliliśmy się z gumna zostawiając ten pierdolnik, który tam powstał na nieco bardziej sprzyjające okoliczności pogodowe, czyli tak bliżej zachodu słońca.
Po czym wyszło na to, że wyiskiwanie pokruszonej słomy z trawnika zajęło mniej więcej tyle czasu, co rozładowywanie przyczepy.
Kozy poszły ałt, zmuszone do wyjścia z obórki użyciem miotły. W obórce miały fajny chłodek, bo im drzwi zamknęłam (które są niestety od południa) a zostawiłam tylko otwarte osiatkowane drzwiczki gnojowe na północ. Na ałcie wcale się nie zajęły pozyskiwaniem pożywienia, tylko wzięły się za łby i w tym im nawet panujący nadal upał nie przeszkadzał. Dziecko przeżywa zawsze to, że tak się tymi łbami tłuką i opiernicza mnie, żeby je wypuszczać osobno, albo palikować. Ale przecież bezrogimi łbami krzywdy sobie nie zrobią a kiedyś się w końcu zmęczą i dadzą sobie spokój.
Domowe czworonogi leżały przez cały dzień jak skóry z diabła, porozrzucane popod nogami, że przekraczać trzeba było w celu poruszania się po mieszkaniu, co nie wszystkim było na nogę. Nawet koty nie wylegiwały się po parapetach. A psy porzuciły potrzeby fizjologiczne. Dopiero późnym wieczorem nabrały wigoru i Czarna na widok sznurka dostała takiego małpiego rozumu, że zaczęła po mnie skakać, przy czym oczywiście udało jej się zdrapać mi nogi.

Tak, że tak. Tradycja została utrzymana. Na żniwa jednak się załapaliśmy. Jeszcze owies czeka na pniu. Mam nadzieje, że do końca tygodnia  będzie gotowy i któremuś od bizona zechce się na te 30 arów jechać.

W międzyczasie powzięłam przeświadczenie, że  jednak jestem debilem ogrodniczym, bo paprykę i oberżynę prowadzi się, tak jak pomidory, a nie puszcza na żywioł. Udawało mi się z tą papryką tylko chyba na zasadzie, że co drugi głupi i co drugi raz ma szczęście. W tym roku oberżyna jest u mnie po raz pierwszy. Mimo zaniechania obrodziła pięknie.

Niestety najobficiej owocujący krzaczek jakiś potwór polowy podżarł od korzenia. Musiałam cały prawie przynieść do domu, bo to zielone przy szypułce jest tak kłujące, że gołą ręką zerwać się nie dało. Na krzaczku było około 10 owoców, większość malutkich, które zostawiłam polowym potworom.

No i kompozycja prawie na ratatuję. Brakuje tylko cebuli i cukini. Ale dziś doniosłam i pierwsza ratatuja została popełniona oraz skonsumowana cichcem.Pomidory obecne na zdjęciu nie doznały zaszczytu, bo za mało dojrzałe. Zamiast nich użyłam ubiegłorocznych ze słoika - bez skórki, w pomidorowym przecierze. Przepyszne były, ale to już ostatni słoik.

piątek, 28 lipca 2017

Dzikie akcje

W moim stanie tak już jest, że czasem rękom-nogom ruszyć trudno i z przymusem. A czasem jakiś wigor w człeka wstępuje i zaczynają się dziwne akcje. Najczęściej bodźcem do działania jest wqrwik pt. "tak być nie może". (Bo jak zostanie poniechane to, albo się totalnie spieprzy i dopiero będzie jazda, albo już tak oddziałowywuje na uczucia estetyczne, że przepatrzeć niedasie)

I tak właśnie było wczoraj:

Rankiem poszłam popaczeć jak syn sumsiadów maluje ciotce Helence stół. I spod Helenki ganku powstał ogólniejszy luk na moja glicynię. Który pokazał, że ona już ma ochotę na dach włazić. Na co nie mogłam pozwolić, więc wzięłam sekator i polazłam na balkon. (Dla mnie akcje balkonowe na wysokości I piętra wysokiego to totalny hardkor bo oprócz klaustro mam też akro..Dopóki jeszcze ten balkon w wiciach i gleby nie widać, to jako tako, a potem zaczyna się dziwnie. W dalszą dal popatrzeć mogę, byle nie wspód. Dodam, że ten balkon to w zasadzie tylko płyta, balustrady się nie doczekał i nigdy  już nie doczeka zapewne.)

Potem słońce wyszło i przerwało prace zewnętrzne, więc zapakowałam ogórecki mexico do słoików.

Potem słoiki do garnka.

Potem gotowałam kapuśniak. (Bo jeden słoik z kapustką mi się nie zamknął, a Starszy pożądał kapuśniaku)

Potem wieszałam pranie.

Potem blanszowałam szpinak.

Potem znowu polazłam na tę glicynie coby ukończyć dzieło, uprzednio drabinę przyniósłszy. I wielki sekator, bo się zawzięłam, że wreszcie utnę tę odnogę wystającą prostopadle, która mi działa. Tatuś został wezwany i robił za instrumentariusza (zabierz duży sekator, podaj mały, zabierz mały itd) oraz wsparcie psychiczne dla robotnika na wysokościach.Tatuś wsparciem psychicznym jest niezawodnie zawodnym, ale przynajmniej te sekatory odbierał.

Potem robiłam makaron ze szpinakiem i kozim serem a la lazania. (Makaron, takie lubellskie fale, nawet lepszy, bo jest mniej ciasta w cieście i bardziej jadalny jest)

Potem sprzątałam obcięte wiciowici.

Potem skubałam trawę w liliowcach.Bo tak głupio posadziłam, że jedynie skubaniem mogę usunąć. Na własną zgubę posadziłam. Jak by rosły gdzieś siam czy tam, to nawet niechby w trawie, bo i tak wzrok by sięgnął tylko luka ogólnego. A tu? łażę kilka razy na dzień i mi ta trawa na system szkodzi.

Te właśnie rosną siam-tam - daleko od oka. Na pierwszym planie wykopane w sadzie, przez Najważniejszą po coś tam lata temu posadzone, jakoś się im nigdy nie przyglądałam i nawet nie wiedziałam, że takie ładne.
A w tle, w krzakach te takie najzwyklejsze, ale za to niezawodne.

Ten rośnie, wraz z wieloma innymi pod balkonem. Dostałam od sąsiadki.
Te "podarowane" miały być różne, a okazały się wszystkie takie same, z wyjątkiem jednego, który jest bordo, ale kwitł bardzo słabo. Tu- jeszcze w trawie.

Potem nakarmiłam Dziecko.

Potem nakarmiłam pso-koty.

Potem poszłam z psami w pole (wcześniej jeszcze 2 razy, w tym jeden raz powrót z boćwiną dla kóz)

Potem zamknęłam psy za płotkiem, zaniosłam śliwki, wzięłam wiaderko i poszłam do kóz.
A kozy były ałt i na tym ałcie zawzięcie się łbiły, mimo gałęzi, które im nawrzucałam, jako przysmaki i rozrywka.
Uporządkowałam im apartamenty, wpuściłam, nakarmiłam, wydoiłam (przy czym Wanda usilnie się na mnie pchała i walczyłam o utrzymanie równowagi)

Potem wróciłam z mlekiem do domu.
I jak się złapałam za odkurzacz, żeby wykonać cowieczorny oblot to stwierdziłam , że 8 łap mi brakuje - zapomniałam o psach za płotkiem. Co ostatecznie złe nie było, bo przynajmniej mi się Czarna pod nogi nie podkładała, chowając się za mnie przed warczącym stworem.

Potem przyjechało Dziecko i przyprowadziło psy.
Potem siadłam i zadzwoniła Kaśka, a ja nie miałam siły z nią gadać. Więc dałam tatusiowi.
I wtedy stwierdziłam, że mam jeszcze mleko do przecedzenia, twaróg do odcedzenia i pranie do zebrania.
I jak już ogarnęłam, to się umyłam i padłam. Nawet nie miałam ochoty na kolację.
Nawet jak by mi kto zrobił. Z czym się nikt nie oferował.

wtorek, 25 lipca 2017

palma majorka

No, palma zaczyna odbijać, jak jest taka lampa, jak wczoraj. A Majorka. No, sumsiadka moja ulubiona, od kooperacji dobrosumsiedzkiej, ma jorka. Na przechowaniu, bo wnusia pojechała na wywczas i jorka zostawiła babci co by mieć luz i blus. (Ojtam, ja z moją Księżniczką jeździłam, PKPem, PKSem, nawet z przesiadkami. Luz może miałam mniejszy, ale nie zostawiałam nikomu na głowie swojego psa.) Jork jest z tych genetycznie modyfikowanych - zminiaturyzowana miniatura, waży mniej niż moja najlżejsza kota (1,4 kg)- ma cieczkę i lata w pampersie (gdzie dają takie minipampersy?!) oraz drze ryj, tak że głosu więcej niż ciała. (To chyba reguła, że im mniejszy pies, tym większy głos. Boby ktoś nie zauważył i nadepnął, enpe.)

Dziecko w łykend przebywało. Przez te 1,5 roku niepobytu koledzy się powykruszali (nawet ci wieloletni, bo tacy to byli koledzy). Ci od motocykli za daleką miedzą , a co za przyjemność w pojedynkę motórem śmigać? Czyli Dziecko z nudów umierało, bo działania wszelakie w niedziele grożą klęska rodzinną. Wobec czego, z tych nudów, wybrało się do kolegi rolnika wielkoobszarowego, parę wsi dalej. I skończyły się nudy, a zaczęły się ekscesy:
Przeciętny wieśniak w świętą niedzielę nie szlaja się na kombajnie, bo nie ma po czym tego kombajnu ciągać. (Zresztą - nigdy nie miał kombajnu.) Ponieważ zabawa w rolnictwo na nielicznych hektarach stała się w pewnym momencie irytującym, męczącym i dość kosztownym hobby, więc, gdy ustał sponsoring  z rolniczych emerytur rodziców i dziadków z powodu naturalnej kolei rzeczy, przeciętny wieśniak sprzedał za bezcen swoje nieliczne hektary w postaci licznych działek lub oddał w dzierżawę rolnikowi wielkoobszarowemu. I teraz ten rolnik wielkoobszarowym, często zwany eurorolnikiem, szlaja się w niedziele na kombajnie po swoich licznych hektarach, a przeciętnemu wieśniakowi wątroba gnije. Z powodu iż "on mo, a jo ni mom" oraz z powodu iż przeciętny wieśniak w niedzielę po sumie zajmuje się spożywaniem napoje wyskokowych. Najczęściej w postaci piwa, bo w każdej wsi jakiś miejscowy supermarkiet ma jakąś piwną na łykend promocję - 1,69 za harnasia enpe. Ale jak mu mało, to w każdej wsi funkcjonuje jakiś Jóżek, który ruską harę na setki, a nawet pięćdziesiątki sprzedaje. Do spożycia na miejscu. Co prawda, bez zagrychy (w końcu to nie knajpa!) ale to nawet korzystniej, bo efekt zastosowania szybszy.
I czasem taki przeciętny wieśniak, po spożyciu, gdy już zamknęli supermarkiet, zapragnie jakichś bardziej emocjonujących rozrywek. Enpe, przejechać się raz w życiu takim wieeelkim traktorem, jakim ten eurorolnik, co jego hektary obrabia jak własne, jeździ sobie codziennie. Albo, no, prawie codziennie. Co tam, że noc ciemna, że do traktora zapięta przyczepa, supernówka, o którą właściciel trzęsie się jak jakaś lejdi o kolię brylantową (bo po prawdzie nawet przyzwoitą kolię zamiast tej przyczepy mógł nabyć).
Więc taki jeden, wykorzystawszy moment, kiedy operator na chwilę został odwołany do drugiej maszyny, wsiadł do kabiny Jasia Dira, dał po garach i poooszedł. Długo nie szedł, bo tak, jak pieszo poruszał się krokiem trzeźwego węża, tak i jechał trzeźwego węża tropem. Pech chciał, że skarpa była i przyczepa mu się ze skarpy spluzgnęła. Szczęściem na obrotowym zaczepie była, bo by się i chłopisko z Jasiem Direm wykopyrtnął i kołami nakrył, a tak się traktor na brzegu skarpy, w przechyle znacznym, ale na czterech kołach ostał. No i zaczęły się rozrywki dla liczniejszej rzeszy. Najprzód "jasio" został liną do drugiego traktora przypiety, żeby jednak nie stracił równowagi. Następnie z pieleszy wyciągnięty został właściciel dźwigu, co by przyczepę na koła postawić. Następnie chłopcy przystąpili do prac ręcznych, żeby te 6 ton rzepaku, któren się na ścierń skiprował, z powrotem na przyczepę wrzucić.
Wsi spokojna, wsi wesoła...
No, spokojna i wesoła, bo nikogo nawet szelest nie doleciał, jak trzech chłopa łopatami śniegówkami ten rzepak  do 2giej w nocy wiosłowało, a potem powtórnie całość przez kombajn przepuszczało, żeby odwiać, co ze ścierni zabrane. Ale, oj tam. Jeszcze by się z nudów chłopu co we łbie porobiło - jak mu te 7 hektarów rzepaku grad wymłócił, to by mu roboty w żniwa brakło.(Mało kto się domyśla, że wymłócony gradem rzepak jest bardziej problematyczny niż niewymłócony. Bo przecież grad łanu nie unicestwił. I nie wiadomo teraz czy te stojąco-leżące sztywne badyle ciąć mulczerem czy kombajnem. I w dodatku parę ton ziarka poszło w glebę. I to ziarko będzie wschodzić sobie przez parę następnych lat, robiąc za chwast w przyszłych zasiewach.)

Pewnego roku myśmy mieli podobną akcję, podczas wypychania ręcznego czubatej przyczepy pszenicy ze stodoły. Wiesio - pijaczyna miał zaczepem sterować, ale się zgapił, przód zrobił za duży skręt, koło weszło pod spód i pszeniczka się skiprowała. Dodatkowo przyczepa była wywrotka i zdjęło pakę z ramy. Rozrywki było na kilka par rąk, pare godzin i trochę sprzętu. Na szczęście pszeniczka poszła nie na ścierń, a  na ubitą glebę. A jednego razu skiprowało mi się z przyczepy Dziecko, dziecięciem jeszcze będąc: po otwarciu przez tatusia tylnej burty zjechało na ściernisko z resztką słomy będącej na przyczepie. Niskopodwoziówka to była, do gleby blisko, słoma zrobiła za materacyk i Dziecko wstało nawet radosne, że tak fajnie mu się udało zjechać.

Z rolniczych rozrywek niegroźnych - "drift" trzydziestką w wykonaniu mojego, 14-letniego wówczas, Dziecka. Ciekawe czy "Jasiem Jelonkiem" by się  udało takie kółeczko wykręcić..

Przy pracach polowych zdarzają się akcje różne. Dobrze, jeżeli nikt nie ponosi przy tym szwanku na zdrowiu, a kończy się conajwyżej dodatkowym nakładem pracy. Ale bywa i tak, jak się to pewnemu panu zdarzyło, na betonowym gumnie zgubić z traktoru pomocnika najemnego a następnie go wielkim kołem przejechać. Oczywiście pomocnik nigdy już nie powstał po tym przejechaniu, a trauma faceta jest dożywotnia. Od tamtej pory,  zanim ruszy,   kilkakrotnie sprawdza czy drzwi są zamknięte i na alkohol nawet nie spojrzy, choć trzeźwy był wtedy, jak dzika świnia na zakręcie.

piątek, 21 lipca 2017

potyczki

raczej nie, że "walki", ale bardziej, że "potykanie się". O te różne bezduszności, bezhołowia, wdupiemania.

We w środę wyjęliśmy Starszego ze szpitala. Niby go już wyleczyli, Starszy dzwonił, że wypisy są tam około 14-tej. No to Dziecko zostawiło swoje, niecierpiące zwłoki, tematy agro-moto i pojechaliśmy, żeby być tak trochę wcześniej. Bo jakby tak salowa koniecznie już, na ten tychmiast musiała pościel zmienić, bo łózko potrzebne, to żeby nie musiał na korytarzu w piżamie siedzieć. Na szczęście salowa nie musiała. Tymczasem druga minęła, a nawet trzy kwadranse na trzecią, jak sobie o Starszym przypomnieli i zawołali go na "echo". Raptem, od rana! Ostatecznie wypis był gotowy na 15.30. Złapaliśmy te papiery i pomknęli autostradą do domu (U nas jest nieoficjalny zjazd z autostrady, na taką drogę techniczną. Super sprawa bo podróż do Rz odbywa się szybko, łatwo i przyjemnie - bez świateł, korków, radarów i chłopców radarowców na drodze co kawałek. No i tak trochę cywilizacją bardziej tchnie. I ta przestrzeń wokół!) Już nie zawracaliśmy sobie głowy aptekami, bo Dziecko było poumawiane tu i tam i zegar go gonił.
Aptekę zostawiłam na następny dzień.
Pojechałam do miasteczka wieśbusem - lampa potworna i wata w powietrzu. I w aptece babol kolejny: okazało się, że recepty są wypisane na 100% odpłatności, chociaż Starszy ma pewne zniżki z racji choroby przewlekłej, a 2 leki ma za zero z racji jw plus wiek.  I tu już nie kumam całkiem, jak to się odbywa w dobie komputeryzacji, systemów informacji medycznej, ewusiów i innych takich oraz pełnej dokumentacji leczenia  posiadanej przez szpital w wersji papierowej takoż. Stanęło na tym, że wykupiłam tylko połowę ilości jednego leku - do końca miesiąca starczy, a potem Starszy pójdzie do rodzinnego po receptę. (Pozostałe miał w wystarczającej ilości, ten jeden był nowy)

W międzyczasie zadzwoniła taka jedna Justynka w temacie śmietanki koziej. Na dzisiaj udało mi się uzbierać mały słoiczek, taki 150ml, tej śmietanki. (W kwestii wyjaśnienia dla niewtajemniczonych, a posiadających legendarne info na temat koziego mleka: to od zwykłej kozy wcale nie jest dużo bardziej tłuste niż krowie. I co gorsza tę tłustość z siebie, w postaci śmietany, bardzo opornie wydaje. W ogóle jest bardziej oporne na przemiany niż krowie - np. nie udało mi się żeby się zsiadło z własnej woli, zawsze dodaję pojemnik zsiadłego krasnystawskiego na zaczynek. Ale za to twarożek potem ma wszystkie twarożki pod sobą!)
A co z tą śmietanką? Justynka robi z niej maść dla męża, który ma jakieś zmiany skórne na odnóżach krocznych. Nic na te zmiany nie pomaga, jedynie ta maść z koziej śmietanki.
Maść powstaje w banalny sposób - po prostu się śmietankę "upraża" w rondelku do zagęszczenia, mniej więcej o połowę objętości ją kurcząc.
Osobiście tej maści nie robiłam, ale używałam słodkiej śmietanki w innym celu ze skutkiem zadziwiająco pozytywnym. Otóż udało mi się na stare lata zdurnieć na tyle, że "spaliłam" sobie plecy. Pamiętając z przeszłości doskonale, że zawsze wtedy, gdy jest słonecznie, a słońca się nie czuje, przebywanie na słonku na gółkę grozi oparzeniem. Co udawało mi się przerabiać np na kajaku lub grając w siatkówkę na plaży. Stosowało się wtedy różne recepty ratujące przed spaniem na wieszaku, które lepiej lub gorzej "raka" łagodziły, ale po jakimś czasie zawsze się "liniało". Tym razem zastosowałam maść nagietkową, bo nic innego nie miałam. Ponieważ działała średnio, więc zebrałam śmietankę i tą śmietanką posmarowałam plecy. Efekt łagodzący ból i pieczenie był natychmiastowy. A dalszy taki, że nie było żadnego "linienia", choć przy tym stanie poparzenia było gwarantowane, nawet grubą warstwą. Na pleckach pozostał piękny równomierny brąz.

Potykania się ciąg dalszy, bo dziś od rana brak wody. Dla kóz przyniosłam od sąsiada, a  w czajniku posucha. Dobrze, że na półce parę butelek mineralki, więc się nie odwodnimy, ale z niej kawy nie zaparzę, niestety. Susza kranowa mnie zaskoczyła, bo wszystkie wiadra spożywcze zajęte kiszonkami. W ogóle niefrasobliwość jakaś taka wylazła: zero zabezpieczenia na wypadek "W", żadnych balonów z wodą, zapasów zapałek (chociaż tych akurat dwa pudełeczka mi się w spiżarce walają, promocyjnie dodawane do zniczy), baterii, latarek, sucharów itp.
Sąsiad, po zaprowadzeniu wodociągu utrzymał sprawny hydrofor. U nas hydrofor rdzewieje w zakamarkach hadesu - nie było sensu się o niego troszczyć, bo studnia straciła wydajność -ostatnie miesiące przed wodociągiem to była szkoła przetrwania - hydrofor ciągnął błotnistą ciecz (mimo wcześniejszego czyszczenia studni), której używałam do mycia po przefiltrowaniu przez gruby ręcznik i przegotowaniu. Po wodę do gotowania latałam z wiadrem do sąsiada. Teraz czasem czerpiemy z niej wodę (w ubiegłym roku do podlewania grządek, w tym roku rusztowanie mi zabrania latania z bańkami), ale napełnienie jednego opryskiwacza skutkuje wyczerpaniem studni. Poza tym nie odważyłabym się tej wody napić, ani nawet w niej umyć.W podobnym stanie jest większość wiejskich studni.Tak się porobiło, że w jednych miejscach wody ubyło (studnie, sadzawki), za to przybyło w innych (np na łąkach, gdzie jeszcze niedawno siano zbieraliśmy teraz trudno wjechać traktorem, nawet w suszę)

Za oknem upał już kolejny dzień. Psie zezwłoki porozrzucane po podłogach, przekraczać trzeba. Nawet koty się nie parapetują tylko pokitrały się po kątach. Cisza. Sąsiadka pokneblowała bliźniaki i trzyma je związane w piwnicy. Albo leżą zezwłokiem jak moje psy. Kombajnów nie słychać, traktorów nie słychać, bo w pobliżu prawie sama kukurydza. Żniwa rzepakowe w pełni, a i zboża już też miejscami zaczynają kosić. Niebawem przyjdzie pora na mój owiesek.


wtorek, 18 lipca 2017

do przodu

 choć trochę do tyłu.


Znów mnie nieco wcięło, ale teraz mam usprawiedliwienie: Od wtorku Starszy jest znowu w klinice w Rz. Na oddziale intensywnej terapii kardiologicznej. Znalazł się tam z nagła, po wykonaniu badania "echo" serca i konsultacji z prowadzącym go profesorem. Okazało się, że ilość płynu w osierdziu znowu wzrosła i najlepiej się położyć i najlepiej od razu. No to się położył z marszu. A ja miałam nieco latania  w celu zabezpieczenia podstawowego wyposażenia, resztę dowoziłam na następny dzień. Czwartek  odpuściłam, bo lało w ziąbie, a w piątek miał punkcję poślizgniętą z czwartku, no i leży sobie na "eRce". Nie wygląda najgorzej, tylko monitor ma podłączony i kawałek rurki mu z klatki wystaje. W sobotę odwiedzała go Najważniejsza, która wzięła  przepustkę na sobotę i niedzielę z onkologii  - miała wrócić na 14tą,a dziś ma mieć kolejną dawkę chemii. Coś napomykała, że sobie odpuści, ale jednak się zdecydowała, co jest zrozumiałe. Najbardziej martwiło ją to, że znowu wyłysieje, a już po poprzedniej sesji zdążyła obrosnąć na tyle, że może pokazywać się bez peruki.

.............................................................................

Zaliczyłam Rz. w celu nawiedzenia chorego. Starszy jeszcze na eRce się znajdował, ale w trakcie mojej wizyty został przeniesiony na zwykłą salę. Upolowałam jakiegoś doktóra, coby wypytać o leczenie i rokowania. Wnioskuję, że jeszcze jakieś 3 dni  go potrzymają. A co potem, to nie wiem, bo Starszy mi się nie bardzo podoba. Słaby, kiepski i wygląda ogólnie jak dupa na lewą stronę.
Wróciłam przez P. Z powodu iż wsiadłam do pierwszego lepszego busa, który jechał w tę stronę. Bilet na G. mi sprzedał, o czym okazał się bardzo mocno pospieszny i przystankami po drodze nie bardzo się przejmował. Czytałam książkę na wszelki wypadek, żeby nie widzieć co wyprawia na szosie. I jak podniosłam głowę znad tej książki to już był wypiek chleba w R. A chwile potem Orlen przed P. Dobrze, że w P. zapytałam, gdy stanął na światłach na głównym skrzyżowaniu, czy zajeżdża tam, gdzie wszystkie prywatne komunikacje, bo dojechałabym do J. A tak podreptałam na dworzec PKS i wróciłam wieśbusem. Tym razem "nie ma tego złego" się sprawdziło. Bo i chleb kupiłam i nóg oszczędziłam wysiadłszy pod domem prawie zamiast kilometrowego marszu od szosy.
Zmęczona byłam tą podróżą bardziej niż po sianokosach, ale przed padnięciem na pysk musiałam jeszcze parę rzeczy zrobić, działając bardziej siłą woli niż siłą fizyczną.

A poza tym jesteśmy trochę do przodu, bo w piątek po południu Dziecko się zawzięło i wykosiło busz w sadzie mulczerem. Nie obyło się bez wyrazów strasznych, bo manewrowanie traktorem między drzewami skutkuje ściągnięciem dachu tudzież urwaniem świateł. Dziecko stanowczo zagroziło, że ostatni raz traktorem kosi i "rób sobie co chcesz". Resztę wykosiło spalinówką w sobotę i w końcu "wygląda jak u ludzi" (U "ludzi" wygląda znacznie lepiej bo mają traktorkokosiarki i koszą co 3 centymetry). Oprócz tego dostałam ostry opeer za to, gdzie posadziłam śliwki. Przy czym, niestety, Dziecko miało świętą rację, bo zrobiliśmy to idiotycznie, co już się okazało, przy próbach  manewrów traktorem na grządkach. A jak te śliwy urosną, to dodatkowo będzie cień na warzywkach. Czyli trzeba przeflancować, póki młode.


No i mamy wreszcie luk na plantacje. Na pierwszym planie pies ogrodnika, na drugim sporne śliwy, na trzecim moje uprawy, a w tle kukurydza dzieckowa. Z której to kukurydzy wyłania się czasem jakieś płowe bydlątko i konsumuje zawartość moich plantacji. Pomidory rosną głównie TU, ale też i ÓWDZIE, a nawet "TAM I SIAM', ponieważ mam mnóstwo samosiewek. Zobaczymy co z nich wyrośnie.


A tak wygląda nasza "ścieżka spacerowa": po lewej ququ, po prawej ququ, aż po horyzont, który się jakoś podniósł nieco. A z brzegu moja kapucha, którą musiałam ograniczyć, bo płowym bydlątkom posmakowała. W tej chwili już częściowo usunięta, a dokładnie - przemieszczona z pola do domu.


I zmieniła stan skupienia, przy pomocy tej oto szatkowniczki, która ma wszystkie szatkowniczki pod sobą. Służy mi niezawodnie już kupę lat, noże są ostrzalne, bo nie ma to jak porządny polski produkt. Stan wizualny jest jak widać, ale po tej ilości pokrojonych warzyw wszelakich, w tym buraków dla kóz, trudno wymagać bielszego docienia bieli.  


Za oknem mam efekty akustyczne. Tym razem zróżnicowane nieco: zaczęło się od podkaszarki bladym świtem, a potem podkaszarka ustąpiła głosu bliźniakom, które babcia przywiozła (albo babci przywieziono) na wywczas. Bliźniaki nie mówią, potrafią natomiast wrzeszczeć, w dodatku cały czas w górnej oktawie, tak, że świdruje w uszach. Na tle innych sąsiedzkich dzieci są wyraźnym ewenementem. Jak dotąd jeden raz babcia powiedziała "nie wolno", a ani razu nie kazała im się zamknąć. Ciekawe, jak ona to znosi, zwłaszcza, że jest nauczycielką, bo dla mnie szkolny wrzask był tak jakoś jakby w tle i nie drażnił, natomiast poza szkołą miała być cisza. 
Zagłuszają nawet traktory, które nagle zaczęły być aktywne, bo rozpoczęły się żniwa rzepakowe. Na razie nieśmiało, bo pogoda durna, a rzepak musi być suchy bardzo do kombajnu. A potem będzie dłuuuga cisza w polach, aż do października-listopada, bo w tym roku mamy tu tylko rzepaki i kukurydze.

Słuchawki albo stopery.