czwartek, 23 marca 2017

pieszo

już kwiatki za nią spieszą
Już trawy przed nią rosną
I szumią –Witaj wiosno.

Takie stokrotki pospieszyły u sąsiada na trawniku. A u drugiej sąsiadki juz od dawna śniezyczki, przebisniegi, ciemierniki i rannik (chyba)

Się jakoś zagapiłam. I przegapiłam. Właściwie przyszła 20.03. o godz.10.29. Ta astronomiczna. Nie powiem. Miała ostre wejście. Ale takie raczej mało wiosenne. Bo duło parszywie, po niebie się czarne przewalało, co i raz znienacka siekąc mżawką w poziomie. Ale po prawdzie, w tak zwanym międzyczasie, przyświecało słoneczkiem i jakimś ciepełkiem ciągnęło.
Że kalendarzowa -też mi jakoś umknęło.  Zaskoczyłam dopiero na pkpstejszyn, gdy wybierając się do wojewódzkiej metropolii, ze zdziwieniem niejakim zauważyłam znajome dziewczę w wieku licealnym, które luzem całkiem wybierało się ze swym menem do metropolii również. Dopiero w pogaduszki się wdawszy zostałam oświecona, że to dzień wagarowicza. W pociągu było więcej takiej młodzieży luzem, ale po mieście jakoś specjalnie się nie snuła stadami, choć wiosna stanęła na wysokości zadania i pogoda była przepiękna.Widocznie młodzież wagaruje aktualnie w galeriach handlowych bardziej niż na łonie. (Zresztą, żadnego rzeszowskiego łona nie zaliczyłam. Może faktycznie na jakiś nadwisłockich deptakach byli. Tylko po co? Rozrywek tam żadnych, a picie pyffka w miejscach może być kosztowne. 500zł zdaje się i teraz już na umorzenie jakiegokolwiek mandatu liczyć nie ma co, nawet jeżeli się nie ma dochodów).
          Do metropolii się wybrałam z powodu tego, że pół roku (?) wcześniej udało mi się po znajomości zarejestrować w polsko-amerykanskiej klinice. Skierowanie miałam na cito, ale panie rejestratorki stwierdziły na podstawie dokumentacji, że mój przypadek się na cito nie kwalifikuje. Na szczęście, jedna z nich to moja była uczennica, dzięki czemu wyszedł mi marzec, zamiast sierpnia.
Druga natomiast pracowała tam chyba z tym - "żebym ja mógł robić to, na co naprawdę zasługuję". I zasługiwała zapewne na coś lepszego. Pacjenci, których przyjmowała w recepcji także zasługiwali na kogoś lepszego niż ona.
Poza tym, nie wiem co tam w tej klinice jest amerykanskiego. Kolejka była zdecydowanie polska. Tyle, że lekarz wywoływał pacjentów, a nie szło się jak się siadło. Relacje bywalców wskazywały na obsuwy nawet dwugodzinne. Mi się udało, poślizg  był jedynie 20-minutowy. I to z powodu przepuszczenia pana w poważnym stanie.
Na razie mam się zgłosić za pół roku. W międzyczasie przestać palić,  wystrzegać się ciężkiej pracy i pilnować cholesterolu.Aha, i żyć spokojnie. Niejaki problem będzie z tymi dwoma pierwszymi punktami. Z tym AHA także, bo spokój, niestety, nie jest mi przeznaczony raczej.
Potem zaliczyłam okulistę. W miasteczku też niby mogłam. Ale. Do tej pierwszej nie pójdę w życiu, nawet za dopłatą - baba chamska i niekompetentna - na recepcie pominęła takie dwa "nieistotne" elementy, jak oś i cylinder (dobrze, że w końcu nie zrobiłam tych okularów, ale pewnie optykowi była znana, bo spojrzawszy na receptę zapytał, czy jestem pewna, że takie właśnie szkła maja być. Jak tak zapytał, to już pewna nie byłam. Zwłaszcza, gdy porównałam receptę z ostatnimi szkłami). Druga - nie. A  w trzeciej przychodni mają zwyczaj traktowania jednakowo pacjentów prywatnych i enefzetowych - tzn. wszyscy przyjmowani są z jednej kolejki zapisowej. Niby z enefzetu też się idzie do lekarza za własne pieniądze, już wcześniej ukradzione z naszego dochodu, na wszelki wypadek. Ale głupcy, co chcą jeszcze ekstra płacić powinni mieć jednak jakieś przywileje.Więc poszłam do wiżyna. A tam lekarz czekał na mnie, a nie ja na lekarza. I trzy razy sprawdzał tę oś, bo mu coś nie grało. Okulary ostatecznie też w tym wiżynie obstalowałam. I okazało się,że mnie stać. Bardziej niż u miasteczkowego optyka, bo wyszło jakoś połowę tego, co mi tu obwieścił w temacie kosztów.W dodatku wrażenia estetyczne jako gratis do okularów - pan, wciąż ten sam od 20 lat i jeszcze z czasem przystojniejszy. Co jest rzadkością rzadką - czas nam zwykle robi brzydkie kuku. ( Dodam tylko, że przystojni mężczyźni służą do tego samego co piękne obrazy - czyli do cieszenia oka. Poza tym, na ogół są przeświadczeni o swojej urodzie, w związku z czym mają natuptane na poddaszu i najczęściej nie nadają się nawet na bliskich znajomych. Jeżeli natomiast taki okaz trafi nam się, jako życiowy partner, będzie nam cały czas dawał do zrozumienia, jak wielkie wyróżnienie nas spotkało. Bo przecież on "mógł mieć każdą". Nawiasem mówiąc, zdarza się, że w takim zadufaniu żyje facet nieco tylko piękniejszy od diabła, jeżeli trafiła mu się zakochana mamunia albo siostrzyczka, która go w przeświadczeniu o jego urodzie zniewalającej utrzymała.) Po odbiór mam się zgłosić za jakieś 10 dni, bo moje szkła są tak skomplikowane, że nie ma opcji zrobienia okularów w godzinę. No to jeszcze jedna wycieczka do metropolii mnie czeka.
         Zanabyte internetem i przysłane błyskawicznie drzewka już dawno posadzone, okołkowane i osiatkowane, coby sarnięta i zajęczęta ich nie napoczęły. Wiesiem oczywiście posadzone, którego specjalnie z gawry wyciągnęłam. Co prawda Starszy coś zaczął mniauczeć, że przecież możemy we dwech te drzewka posadzić. Na co wrzasłam, że niech sobie wybije z głowy własną pięścią. Bo już widziałam, jak on te dołki kopie, a ja zapierniczam z kołkami, guffienkiem i całą resztą. A potem leżę i kwiczę, bo rusztowanie tego nie zniosło. Oraz zabijamy się w międzyczasie w kwestii szczegółów typu: czy ta linia 20cm w prawo, czy w lewo i w czyje prawo. W kwestii szczegółów i tak różnica poglądów nastąpiła, po czym Starszy się obraził i wrócił do auta, obserwować, jak partolimy robotę. (Lambordżinim wywiózł do sadu potrzebne prepitety, ponieważ Wiesiowi na taczkach się tylko drzewka zmieściły i se w nim siedział, bo ziąb był przeraźliwy, tak, że mi paluchy całkiem zesztywniały podczas spinania siatek spinkami prądowymi ogólnego zastosowania) Wiesio obiecał przybyć za dwa dni, coby porządek z gałęziami w sadzie zrobić, ale ma chyba jakąś inna rachubę czasu. Zresztą i warunków na ciupanie patyczków w zasadzie nie było, z wyjątkiem tego jednego pierwszowiosennego dnia.
         W związku z powyższym lenię się nadal. Intelektualnie się lenię nad Przekrojem, który mnie zaatakował w dworcowym kioseczku z prasą. Wielki jakiś taki i grubaśny. Przy bliższym oglądzie okazało się, że się stał kwartalnikiem. Na razie zapoznałam się z nim z grubsza (trudno kwartalnik w dwa dni załatwić, choć właściwie potrafiłabym) i to "z grubsza" mnie nie rozczarowało. W czasach kioskowej prenumeraty teczkowej, gdy Przekrój był krakowski i redagowany Eilem z Ipohorską w tej teczce znajdował się obowiązkowo. A o świąteczną krzyżówkę odbywały się boje. Zresztą i tak kończyło się w ten sposób, że zwycięzca miał w ręku gazetę i ołówek, a rozwiązywało się wspólnie, przy każdym odgadniętym haśle podziwiając własną inteligencję. Potem "Przekrój" się przeniósł do stolycy i stracił ducha. Więc ja straciłam nim zainteresowanie. Pozostało mi jednak zainteresowanie krzyżówkami.Broszurek z krzyżówkami wszędzie mnóstwo, ale gdy się człek na przekrojowych wychował, to trudno go zadowolić. Jeszcze jedynie jolki z rozrywki spełniają wymogi i zabieram je w torebkę, gdy się szykuje jakaś poczekalnia albo podróż koleją. Wygodniejsze niż książka, zamknąć można w dowolnym momencie nie tracąc wątku, a potem w dowolnym momencie wrócić, albo i nie. W każdym razie taka broszurka z krzyżówkami leży sobie na półce i czeka na odpowiedni moment. Zawsze to jakiś sprawdzian na to, czy niemiec już dogania, czy nie.
      Poza tym, wciąż się dziwię, jak to się dzieje, ż eo czymś niby dobrze znanym dowiaduję się raptem czegoś niezwykłego. Co w dodatku nie jest najnowszym odkryciem z przedchwili. Piramida Cheopsa, która przez tyle lat obracałam na wszystkie strony, podstawiając dzieciakom pod nos, jako przykład ostrosłupa foremnego czworokątnego oraz przykład niezwykłej wiedzy i umiejętności dawnych mądrali zaskoczyła mnie absolutnie tym, że jest ostrosłupem ośmiokątnym o podstawie będącej ośmiokątem niewypukłym! Kolejny przykład na to, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W tym przypadku punkt siedzenia był w samolocie lecącym nad piramidami. Zresztą, jak Bolyai z Łobaczewskim przenieśli punkt widzenia z piasków Euklidesa w przestrzeń ponad tymi piaskami to się udało zaprzeczyć piątemu pewnikowi Greka i zmienić kompletnie pojęcie równoległości.
Wobec czego może dobrze czasem na rzeczy kompletnie znane popatrzyć z innej perspektywy i innym okiem?

czwartek, 9 marca 2017

przedwczesna wiosna

nam nastała. Czego właściwie należało się spodziewać. Każdy, kto ze zwierzem gospodarskim ma do czynienia  sygnały o nadejściu odbierał. Z niedowierzaniem niejakim, że to przecież niemożliwe, że za wcześnie. Moja Wanda zaczęła wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy już od początków lutego. Potem się jej nasiliło i około połowy lutego była już obrazem tragedii nawet. Zaczęłam ze szczotką latać, co rozrywką fizyczną było poniekąd, bo Wanda nie wszystko daje sobie szczotkować - jeden boczek owszem, a drugi - absolutnie. Ale się przezwyciężyło i nabrała przyzwoitego wyglądu. (Z Wandą jest śmieszna i nieoczywista historia: Wanda jest doskonale czarna. Na zimę zakłada bardzo obfity podszerstek, który się objawia tylko w dotyku - robi się taka puchata i mięciutka, wizualne zmiany w umaszczeniu nie zachodzą. Natomiast, w momencie gdy zaczyna linieć ten podszerstek okazuje się prawie biały. No i wiszą na niej takie białe strąki - masakra. A jej mama -  Królowa Matka Andżelina ma sierść zupełnie inną - taką "ościstą" i podszerstka prawie nie ma, tylko na zimę jej ta sierść gęstnieje)
 Mimo to, opad szczęki miałam, gdy (dobrze przed końcem lutego) kozi kolega wrzucił na FB świeżo zdjęte żurawie, które przyleciały na jego włości się przywitać. Po czym, następnego dnia zakonotowałam uchem obecność skowronków w polach, a okiem jakąś samotna gęgawę, zabłądzoną od klucza. (Matołem jakimś jestem, bo pomimo tyluletniego obserwowania tych, przeciągających nad głową w te i we wte, kluczy - nadal nie wiem, które  są które. Czyli - które gęsie, a które żurawie)

Jak się wiosna robi, to wiejskiego człowieka nosić zaczyna, że już by może coś zacząć w ziemi grzebać. Na razie jednak rozsądek nakazuje dać sobie na zatrzymanie, bo to są  tylko przedbiegi takie i nie ma co szaleć. Śniegiem może jeszcze sypnąć w dowolnym momencie i ścisnąć mrozem. Wobec czego wykonuje się na razie prace przygotowawcze. Zresztą, ta wiosna wcale nie rozpieszcza nadmiernie, wilgocią z nieba jakowąś ślimaczy, tak, że nawet z grabiami na gumno nie bardzo jest jak wyjść.

Dziecko też w mieście usiedzieć nie mogło i w sobotę zjechało na wieś. Ruchy przedwstępne wskazywały, że z piłą się do sadu wybiera, więc obawy niejakie miałam, co za masakrę tam ma zamiar urządzać. Problem jest w tym, że każdy ścięty przez niego konar jest, w/g Starszego, nie tym, który ściąć należało. W związku z czym przez tydzień po fakcie wysłuchuję dywagacji na temat, z reminiscencjami w dowolnym momencie, po dowolnej ilości lat od faktu. Starszy czterech liter do sadu nie ruszył, żeby nadzorować, natomiast zaczął dyspozycje wydawać pośrednie pt "powiedz mu". Nie miałam ochoty "mu mówić", niech robi co chce, jak stwierdził, że coś zrobić należy, bo wiedziałam, że jak zacznę mówić, to mu sklęśnie. Po czym, wizja lokalna wykazała, że myślał dokładnie jak Starszy i tym razem ściął ten konar jabłoni, który ściąć należało. Co nie znaczy, że i tak Starszy nie stwierdzi, że nie w tym miejscu, co należało, piłę przyłożył.  Ostatecznie, wspólnie z Magdą, prześwietlili dwie śliwy. Magda miała pokazywać, które gałęzie ciąć. I nagle jakiś opór wykazała. Pod tytułem  "a co będzie, jak nie będzie i będzie na mnie". Po czym kazałam jej się przestać wygłupiać i zabrałam tyłek w troki. Dziecka ścięły, co było do ścięcia, pocięły co grubsze i zwiozły. Antonówka moja kochana wreszcie wygląda, jak należy. W sadzie powstał porządek, a właściwie bałagan niemożliwy, bo leżą stosy gałęzi. Dziecko odgraża się, że wypożyczy rębak. Sądzę jednak, że rębak będzie miał na imię Wiesio. Chętny bardzo do pracy jest, bo na razie nikt go do niczego nie woła, a po niedawnym uprzątaniu zimowego dywanika u kóz, mógł się przez dwa dni krezusem poczuć i nawet "dwazłote, pani Iwonu, odrobię" pod sklepem nie sępił. Tyle, że warunków nie ma. Co prawda sąsiad tnie orzechy u siebie i zwozi gałęzie bez względu na warunki. Ale on robi u siebie i dla siebie, a ja jakoś nie mam sumienia najętego człowieka na tę pogodę do sadu wysłać.

Wiosenne działania wyglądają na razie w ten sposób, że wydaję wirtualnie realne pieniądze czyniąc wirtualne zakupy. I wbrew oporom Starszego (a po co, na targu się kupi) w przypadku kupowania roślin, wolę to robić internetem. Rośliny są porządnie opisane, więc mogę zdecydować, którą chcę, w momencie zakupu. Kupując na targu mam co najwyżej etykietkę zawieszoną, i to nie zawsze, więc często zdarza się, że dostaję to co chcę, po czym okazuje się to być czymś zupełnie innym. No i wypadałoby najpierw pracę myślową wykonać i ściągę sobie wypisać, z alternatywą oczywiście. (Już parę razy tak było: zamisat pomidorów lima dostałam betaluksy. Nie kupiłam internetem rózy, jaka chciałam, bo Tatuś skwierczał, więc naziemnie kupiłam, jakiej nie chciałam i teraz nie wiem, co z nią zrobić, bo mi nie pasuje do koncepcji. Może wymarzła?) Tym razem udało mi się Pana Starszego przekonać, bo sensowny sklep internetowy miał promocję na darmową wysyłkę z okazji DK. Odnośnie cen sadzonek też go przekonałam: kupił ub. wiosny dwie czereśnie po 12 zł na targu. Z czego jedna się przyjęła, a druga wręcz przeciwnie, więc go uświadomiłam, że tę jedną czereśnię ma nie za 12 zł , a za 24. A jeżeli internetowe sadzonki są sprzedawane po 18-19 zł w balociku, a nie z gołym, wysuszonym z jeżdżenia po świętach dyszla, korzeniem, to przyjmą się na pewno i będą po tyle, ile na nich stoi. Po czym zamówiłam 2 śliwy i jedną jabłonkę. Starą odmianę, w sklepach nie osiągalną - idared, który jest jabłkiem rewelacyjnym smakowo, choć nie powala wielkością owocu. (I z tego powodu zapewne wycofano je z produkcji towarowej, podobnie jak przepyszną koksę, której od lat już nigdzie nie uświadczy. Przez jakiś moment zamiast koksy pomarańczowej pojawiała się koksa górska, ale i ta znikła bezpowrotnie) Miałam jeszcze ochotę na cesarza wilhelma, bo ten nasz już ciągnie resztkami sił i nawet renowacja by mu nie pomogła, ponieważ ma rakowate zgrubienia nawet na młodych odrostach. Niestety, odpuściłam, bo cesarz ma bardzo długi okres wchodzenia w owocowanie 8-10- lat, więc nie wiem, czy bym spróbowała jeszcze. (No, co? Nie mogę posadzić jabłoni z myślą o sobie, a niekoniecznie tylko o potomnych? Zwłaszcza, ze nie wiadomo, gdzie ci potomni ostatecznie się ukorzenią). Po czym przybyło Dziecko i stwierdziło, że trzeba było więcej. Wobec czego nabyłam jeszcze jedna śliwę, jeszcze jedną jabłonkę i dwie winorośle, które nie wiem na razie, gdzie się posadzi, bo wypadałoby koło domu. I już ostałam mejla od firmy, że kompletują moje zamówienie. Bardzo ładnie z ich strony.
Kupiłam też 100 truskawek. W szkółce, w której już kupowałam i wiem, że producent jest solidny, kitu nie wciska. W dodatku, gdy poprzednim razem omyłkowo wysłał mi nie tę odmianę co zamawiałam (zamawiałam 4 różne, z jedną się pomylił), to dodatkowo dosłał, darmo zupełnie, tę pomyloną. Czego ani się nie domagałam, ani nie oczekiwałam.  Truskawki kupuje już nie wiem, który raz, bo ich plantacja jest krótkoterminowa. Po trzech latach powinna w zasadzie zostać zlikwidowana i nasadzona nowa, w innym miejscu. Nasadzanie z rozłogów pozyskanych z własnych krzaczków uważam za niepotrzebna parę w gwizdek - bo efekty nigdy nie są zadowalające. Trzeba by tego mocno pilnować, ciąć rozłogi natychmiast za pierwszą sadzonką. Zabawy kupa i zwykle na tę zabawę czasu brak. A jeżeli 25 sadzonek przyzwoitych, ukorzenionych pięknie, można nabyć za paczkę fajek, to chyba jednak na prawdę szkoda zachodu.  Teraz jeszcze należy nabyć włókninę i szpilki, oraz siatkę i kołki do drzewek, coby zające nie zeżarły. Bo te skurczybyki długouche i szybkobieżne, nie wiem czemu, największe szkody w drzewo i krzewo-stanie robią wiosną, kiedy innych różności mają pod dostatkiem.

Pomidory już posiane. Nie wiem, jakie będą efekty, bo po raz pierwszy sieję z własnych nasion. Nic straconego, najwyżej kupie rozsadę. Nie planuję takiej ilości, jak w ub. roku. Z czym będzie pewnie problem niejaki, bo Najważniejsza też posiała. Oczywiście, co sama chciała.I oczywiście nie obejdzie się bez kwasów Starszego, że lekceważę wkład pracy jego siostrzyczki. Jantar by się jeszcze przydał, bo jest pyszny, ale nie mam nasionek. Może uda się nabyć ze dwa krzaczki. Wystarczy, bo jantar jest żółty, więc na kromkę i do sałatki. Ogórki zamierzam w tym roku posłać w niebo. Omawiałam temat z kozim kolega, który jest dodatkowo ekologicznym plantatorem ekologicznych warzyw i od niego uzyskałam instrukcję. Bo przecież w szklarniach  nikt nie zaściela gleby pędami ogórków, tylko je właśnie posyła w niebo, co w dodatku jest dla nich zdrowiej, bo przewiew mają, więc choroby grzybowe maja trudniej. No i stwierdziłam, że nierealne, bo nie mam sił, głównie, na takie rozwiązania. Po czym sprawę przemyślałam, że przecież nie muszę zakopywać słupa, mogę postawić "dwunóg", a na to siły znajdę.

Dziś mam zamiar posiać cebulę. Właśnie Księżyc mówi, że liściaste siejemy dziś, a po pierwsze Księżyca należy słuchać (bo jak przypływem i odpływem rządzi, to pewnie coś w tym jest, co gada), a po drugie cebula wszak liściasta. W lokalnych marketach był problem z glebą, bo jeden jeszcze nie zaskoczył, w związku z czym drugi już wysprzedał. Na końcówkę się załapałam i to mi póki co wystarczy. Może w końcu cebulę będę miała, jaka chcę, a nie jaka dymka w sprzedaży, bo tam w najlepszym razie wolska.

Poza tym, w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam Krosno. W związku z ciągiem dalszym sprawy. W której postęp się zaznaczył pewien. Mimo to Krosno nadal mnie nie zachwyca, a raczej wręcz przeciwnie: okolice dworca jak z pradawnego peerelu, a nawet jeszcze gorzej, bo to co w peerelu kwitło teraz płachtami pozasłaniana ruiną. Dziwne jakoś, że włodarze nie zajarzyli dotąd, ze to właśnie dworce są wizytówką miasta, bo poprzez nie pierwszy kontakt przyjezdnego z miastem.A tam, mimo wszystko ten kontakt jest dość liczny. Na co wskazują też bardzo liczne , ohydne budy z fastfudami, które np. Rzeszów już dawno z okolic dworca wywalił, a ostatnio zauważyłam, że nawet Sanok. No bo z tego Krosna wracałam przez Sanok. W Krośnie bowiem, w pobliżu sądu, a więc w samym centrum miasta tzw. knajpy żadnej wzrokiem nie stwierdziliśmy. Żeby wrócić w to samo miejsce należało przejechać conajmniej 5 km w koło, napotykając co i raz na idiotyczne ronda w niespodziewanym miejscu, wyglądające jak dekiel od studzienki kanalizacyjnej pomalowany na czerwono, bez żadnych poziomych oznaczeń. Co było na tyle odrażające dla mojego Brata, będącego ""starym" kierowcom, co niejedne europejskie ścieżki pokonywał  (ostatnio wzdłuż fiordów i w poprzek także, z kilkudziesięcioma tonami za plecami), że w końcu dał w długa i pojechaliśmy na kawę, oraz pierogi do niego. I wszystko byłoby już prawie cacy (choć od początku ten dzień był mało cacy, z wyjątkiem tego jednego elementu po środku), gdybym nie ustanowiła antyrekordu na trasie S-Rz. - 3,5 h/72km. Z czego 1,5 h w korku. Korek był spowodowany wypadkiem na naszym pasie ruchu. Ale skoro z przeciwnej strony ruch odbywał się płynnie, wnioskuję, że znów nasz narodowy kretynizm zatriumfował.

No, a poza tym, moje Drogie Czytelniczki, jaki sobie zrobiłyście prezent z okazji wczorajszego naszego święta? Bo ja nie zdążyłam i muszę to dzisiaj koniecznie nadrobić. Oczywiście bez wychodzenia z domu, bo jest zbyt paskudnie na wojaże wieśbusowe do najbliższej metropolii. W dodatku taszczenie jakichkolwiek nabytków jakoś ostatnio odpadło.U mnie wyglądałoby to tak (gdyby Starszy był, ale go nie było, bo się ewakuował do Najważniejszej), że by mi położył na stole 50zł i powiedział "kup sobie". Ponieważ ja na ogół mogę, jak bardzo zechcę "kupić sobie", więc chyba nie muszę mówić, gdzie ja mam takie prezenty.

niedziela, 19 lutego 2017

pastuszek skubie

 Gąseczki oczywiście. Z nudów. A ja z nudów eksperymentuję. O czym dalej.

No, niestety, nadejszła ta pora, którą każdego roku trzeba jakoś przeżyć będąc właścicielem psów wymagających wyprowadzania na spacer: roztopy. W ciągu zaledwie paru dni stopniało, co leżało. Pozostały tylko wodniste, szarobure spłachetki w miejscach, gdzie leżały zaspy. Ziemia zamarznięta dogłębnie, więc na powierzchni stoi i płynie woda. W bardziej nasłonecznionych miejscach rozmarzło na głębokość centymetra może i tam- ratuj się kto może, bo zagrożenie ślizgiem błotnym czyha, zwłaszcza, gdy jakowyś kot pojawi się na horyzoncie. ( A właśnie wiosna przyszła na koty, lansują się na gumnie gromadnie, co w psach oburzenie słuszne budzi). W każdym razie mamy tak, że jeden spacer -jeden ręczniczek do łap. Wycieramy łapy i podwozia, potem drzwi wejściowe do mieszkania (wczoraj Czarna była uprzejma się "strzepnąć" i nie wiem skąd tyle tego na niej było), potem fragment posadzki pod owymi, a potem wrzucamy do prania i szykujemy następna szmatkę na następny spacer. Niby Księżniczkę można by ubrać, ale to i tak zabezpieczy tylko część łap i część podwozia, a brody wcale. Księżniczka chodzi sznupiąc w trawach, bo akurat wszelkie świństwo na powierzchnię wylazło, więc jej broda po powrocie ze spaceru przypomina mop - wielki, mokry i brudny.
Wreszcie zmądrzałam na starość (albo zleniwiałam bardziej, a to czasem jest podstawą do przyjęcia słusznych rozwiązań) i ręczniczek do łap zawisł na klamce na klatce schodowej. Wcześniej wycieranie łap odbywało się dopiero w kuchni i w czasie gdy zajmowałam się Księżniczką - Czarna już zdążyła upaćkać każdy centymetr podłogi. Na klatce nie tańczy, bo nie ma na to miejsca - zresztą podstawia łapy w pierwszej kolejności.

Poza realizacją harmonogramu ( moje zwierzaki domowe dbają o to, bym się nie ociągała - właśnie przed chwilą zostałam wyprowadzona na spacer. Sama bym nie wyszła, opcji nie ma takiej, ale jak mi pies przebiera łapami na wycieraczce, to choćby z tego względu, żeby nie słuchać tego tuptania - biorę kapotę i smycz) - wypada czasem coś zrobić, żeby nie spleśnieć.
No to się wzięłam za zrobienie ptysi. Chciałam wykonać pewien eksperyment, a dodatkowo istnieje opcja, że zjawi się Braciszek..
Ptysie są naprawdę ciastkiem dla leniwych a także dla obuleworęcznych. W dodatku dość uniwersalnym, ponieważ nadają się także dla tych, którzy ze słodyczy najbardziej lubią sałatkę śledziową.
Co prawda, w sieci przepisów na ptysie mnóstwo, ale podam mój wypróbowany.
PTYSIE
1 szklanka wody (żadne mleko pół na pół!)
1/2 kostki masła (co prawda przepis dotyczył kostki 25 dekowej, ale jak damy odrobinkę więcej niż pół aktualnej, to dziury w niebie nie będzie, bo 12,5 deko wagą odważać bym się nie odważyła Wam zalecać)
1 pełna szklanka zwykłej mąki (żadna krupczatka, ani tortowa)
4 jajka
-------------------
Wziąć litrowy garnuszek , nie rondelek (cudownie, jak ma długi uchwyt, ale jak nie ma, to ostatecznie po coś są rękawice kuchenne).
1.Wlać do garnuszka wodę, wrzucić masło, zagotować (zwrócić uwagę, czy masło się wszystko rozpuściło)
2. Na wrzącą wodę wsypać jednym ruchem mąkę i mieszać łyżką, aż masa stanie się jednolita i nieco szklista, uważając przy tym, żeby nie przywarła do dna garnuszka. Nie przesadzac z tym mieszaniem, ze 2 minuty wystarczy.
Zdjąć z ognia i na chwile o nim zapomnieć.
W tym momencie włączyć piekarnik ustawiając na 200st ( u mnie niestety działa tylko termoobieg, więc piekę wszystko na tym ustawieniu i jakoś wychodzi). Po czym przygotować blachę, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ja używam tej piekarnikowej, do takich wypieków jest najlepsza. Oczywiście kładę na niej papier do pieczenia.
3. Do nieco przestudzonej masy (może być ciepła, ale nie gorąca, żeby się nie zrobiła jajecznica) wbić całe jajka i chwilę wyrabiać świdrowatymi mieszakami miksera, aż się wszystko ładnie połączy i będzie miało jednolitą konsystencję.
Tak wygląda ciasto po wyrobieniu z jajkami.

4. Przełożyć ciasto do worka cukierniczego ( I tu nie ma dziadowania z papierowymi tutkami, plastykowymi woreczkami z uciętym rogiem itp. Ciasto jest na tyle gęste, że wymaga dość mocnego przyciśnięcia tego worka, żeby zechciało z niego wyjść. Wszystko inne pęka i się rozłazi. A rękawy cukiernicze są w tej chwili tak powszechnie dostępne, że nawet w smarkecie budowlanym można je nabyć, o spożywczym pierwszym lepszym nie wspominając. Dobrze, jak jest z tylkami. Mój jest bez, więc wciskam mu w dziób od wewnątrz tylkę od szprycy, z otworem w kształcie dużej, wieloramiennej gwiazdki)
No i tym workiem wyciskać na blachę wyłożoną papierem kupeczki, kręcąc w koło taką stożkowatą spiralkę. Należy zachować dość duże odległości, bo bardzo mocno tyją podczas pieczenia.

Przyznam, że nie jestem specjalistką od operowania tą tutką i ptysie wychodzą mi  takie jakieś. W każdym razie widywałam ładniejsze.


5.I do pieca. Zamknąć i spoglądać przez szybkę. Nie otwierać, bo padną i już nie powstaną. Jak nabiorą jednolicie  złotawego koloru to znak, że finito. Wtedy trzeba je wyjąć. A przynajmniej otworzyć piekarnik. Jeżeli zostawimy w zamkniętym piekarniku - odwilgną, a nie o to nam chodzi.

A potem można z nimi zrobić, co się komu podoba. Na ogół przecina się w poprzek i czymś nadziewa. Ja najczęściej bitą śmietaną. Istnieje też masa z zaparzanej piany, lepsza niż bita śmietana, ponieważ ptysie wypełnione tą pianą nie odwilgają - można od razu wszystkie napełnić i nic im nie będzie. Można także sałatką śledziową, oczywiście.
Jak widać wyżej - nie dodaję do ciasta ani cukru, ani soli, bo jest to zbędne. Ciasto ma neutralny smak, jak każde ciasto będzie się wydawało w ustach lekko słodkawe. I wystarczy. Resztę słodkości doda mu nadzienie i posypanie cukrem pudrem lub polukrowanie albo polanie czekoladą. Do sałatki śledziowej ten smak jest akurat wystarczająco neutralny i żadne solenie ani cukrzenie mu nie potrzebne. Zresztą, wiadomo, że ciasta z zawartością cukru łatwiej się "rumienią" i możemy mieć zmyłkę, bo ptyś rumiany, a w środku ciastowaty.
        Eksperyment polegał na  usmażeniu krążków z tego ciasta w głębokim oleju. Na coś takiego natrafiłam podczas internetowych wykopków i postanowiłam spróbować, bo to Tłusty Czwartek już za moment i wypada coś tłustego pochłonąć.
Nie lubię robić pączków, chrust jest bardzo pracochłonny, więc "ptynuty" byłyby rozwiązaniem pod tytułem - wilk syty i owca cała ( i nawet juhasa wioska widziała)
No i zrobiłam. Polecam - bo leniwe, a dobre.

Pani, która zamieściła u siebie te "ptynuty" zalecała wyciskać kółeczka z ciasta na papierowe kwadraciki i na tym papierze przenosić je do rondla z tłuszczem. Rzekomo miały same się odkleić. Być może od papieru by się odkleiły, od folii w każdym razie nie chciały absolutnie. Odskrobywałam nożem sycząc przez zęby, że mnie na tę alufolię podkusiło. Zastanawiam się, czyby nie można tych kółeczek wyciskać bezpośrednio do rondla.

Na skutek nożowych operacji wyglądały nieszczególnie. Ale w smaku są nawet bardzo-bardzo. Nie piją tłuszczu, smażą się błyskawicznie. Posypałam pudrem cukrem.

I taki sobie jeden ptyś. Muszę popracować nad ich wyglądem, bo te sklepowe są ładniejsze o wiele. Ale zastanawia mnie,  dlaczego są tak pancerne. Bo moje są kruchutko - mięciutkie. Już chyba nawet wymyśliłam - kupię drugi rękaw, zrobię w nim większy otwór i nie będę kręcić spiralki, tylko wycisnę kupkę.
Z tej porcji ciasta wyszło mi dwanaście takich ptysiów i 12 usmażonych krążków. Nie nadziewałam ich na razie, Brat z drogi da znać, ze się zbliża i zawsze zdążę. A jak jednak nie przyjedzie, to poczekają na inną okazję.Bo ptysie maja jeszcze tę zaletę, że sobie mogą poczekać na właściwy dla nich moment. Kiedyś po tygodniu od pieczenia odkryłam w szafce jednego zabłąkanego biedaka, oczywiście sote. Nie widać było po nim upływu czasu, ani w smaku, ani w konsystencji.

To tak, w kwestii dla ciała byłoby na tyle. A teraz coś dla oka, a więc i dla ducha.

Dostałam właśnie taki miły prezent. To zielone na tym zdjęciu. Zgadujecie co to jest ? No, świeca przecież.

Takie świece wyczynia moja koleżanka. Robi je z przezoczystego żelu, przy czym jest to zupełnie inny żel, niż do tej pory spotykany pod postacią świec żelowych. Tamte wszystkie to takie jakieś galaretki, muszą być nalewane do pojemników różnej maści. Natomiast ten żel jest sztywny, twardy i świece zachowują nadany im kształt. Jest przezroczysty i bezbarwny. Świece są barwione już po zalaniu w formę, wrzuca tam też jakieś takie suszone pomarańczowe plasterki, anyż itepe. No i pachną podczas palenia się

Wcześniej dostałam takie śliczne jabłuszko Nawet ma ogonek i listeczek. Aż szkoda je odpalać.

Koleżanka wytwarza te świece osobiście i własnymi ręcami, na taką ciut większa skalę. Nawet je sprzedaje zresztą. Internetowo również, o TU

No to do miłego!



środa, 15 lutego 2017

Cicho sza...

Siedzę sobie, nic nie robię. Ciszszsza....
Jaka tam cisza?! Szumi i brzęszy jak w ulu. Buczy pompka od CO, słychać ją w kaloryferach. Zegar tyka, jak by mu o coś chodziło... Lodówka wydaje dziwne odgłosy, skwierczy, piska i fuka ...
Na kolanach mruczy kot. Drugi kot miażdży chrupki. I jaka cisza tam cisza?!. O, kaloryfery zaczynają pykać. A to znaczy, że kocioł dostał zrywu i trzeba czym prędzej iść do hadesu.
Przyszedł pies, skrobie pazurami o podłogę, chłepce wodę chlip-chlip-chlip.
Kaloryfer puka w druga stronę, szumi kawiarka.
Pies poskrobał pazurkami, westchnął i poszedł zająć stanowisko obserwacyjne na wycieraczce. Znaczy, trzeba brać kapotę i iść.
Kawiarka przeszła do bulgotu i prychania. Znaczy trzeba ją wyłączyć, bo zapluje kuchenkę. Znowu.
Dzionek wstaje przepiękny  - słoneczko usiłuje zajrzeć do kuchni przez potwornie brudną szybę.
Ostatnie kilka dni paskudnego wschodniego wiatru, który nie dość, że utrudniał życie, totalnie uniemożliwiając normalne poruszanie się pso-spacerową trasą, to jeszcze ciągnął z pól szary pył.Wcześniej zdmuchnął wszystek śnieg, utykając nim dokładnie poprzednie ślady i wprowadzając urozmaicenie do spacerów: nigdy nie wiadomo czy następnym krokiem wyląduje się na zesztywniałą niezdecydowanie zaspę, czy na świeży puch w jakimś dołku. Czarna ma radochę - naskakuje przednimi łapkami na zaspę i rozdrapuje tę wierzchnią skorupę, potem wkłada pysk w dziurkę i nawąchuje.
Mimo wszystko trzeba się będzie wziąć za tę szybę, jak tylko słonko przestanie w nią zaglądać, bo mi źle działa na psychikę.
       Dyskusja była ostatnio na temat kotopsujstwa. I że one tak specjalnie i celowo. Bo kot wredny jest i już. Faktycznie, koty domowe niszczą. Przynajmniej moje. Ślady ich pazurów (głównie) widoczne są w wielu miejscach.Np. na listwie boazeryjnej przy drzwiach do pokoju Starszego (bo dlaczego te drzwi są ciągle zamknięte i kot nie może sobie wejść?) Drapak? Phi, po co drapak, skoro można drapaćć tyle różnych rzeczy, nie jeden drapak. Chwilę temu afera była straszna, bo Dziecko przywiozło było do domu te śliczne czewiczki, cośmy razem nabyli, z czego takie uchachane było. Po tygodniu czewiczki się sprzeciwiły i zaczęły żreć w duży palec. Więc ałt. Ale, przyjechawszy miało nadzieję, że może im się odmieniło przez ten tydzień stania pod kuchenną ławką. I zagotowało się i wykipiało, jak zobaczyło ślady pazurów na cholewce. Tak, że słuszną skądinąd uwagę, iż "wiadomo, że koty, więc należało sprzątnąć", zatrzymałam dla siebie, coby nie dolewać do ognia.Swoja drogą - ciekawe, że dwie pary moich czewiczków pod tą sama ławką stoją i koty je ignorują.
Wypsknęło mi się było, że moje koty spoważniały jakoś i już takich gonitw górą nie urządzają, jak dawniej. W tzw. salunie mam taką półę przez całą ścianę. Trochę książek tam stoi + rodzinne fotografie oraz muszle przywożone przez Gochę znad karaibskich mórz. Półka dochodzi do kominka. No i zdarzało się, że gonitwa odbywała się przyziemnie a kontynuowana była na tej półce oraz na gzymsie kominka. Często rano znajdowałam  muszle na dywanie, na szczęście - w całości. A potem nastał spokój. Aż tu dziś rano: nie tylko muszle fruwały, ale i ramki z fotkami. Na szczęście dwie z nich wylądowały na kanapie i przeżyły.

Tak to wygląda. Jak już pozbierałam te ramki i ustawiłam na miejsce. Na kominku dawniej stały wachlarze, ale jak nastały koty i wachlarze po raz pierwszy sfrunęły z kominka - zostały poskładane i zamknięte pod kluczem. Kanapa jest nakryta praktycznie - ponieważ najczęściej korzystają z niej psy (w zasadzie już tylko jeden pies, ale ten właśnie, który gubi kłaki), musi leżeć coś, co można raz na tydzień uprać, bez konieczności wyrzucenia po trzech praniach. Bardzo dobrze się sprawdza w tej roli płótno żaglowe (ha! spróbujcie kupić!)

    Podesłała mi tu właśnie Pewna Pani fotę ustrojstwa, a właściwie wystroju wnętrza pod kątem kotów. Oglądałam już mnóstwo tych kotostrad z półek, półeczek, rur takich i śmakich, no i nęcą mnie bardzo, ale jakoś nie czuję się na siłach, bez pomocy, za takie konstrukcje zabierać. Na razie myślę o tym, że może by im jednak ten kwietnik zmontować na powrót, dodatkowo u dołu słupek sizalem owijając na kształt drapaka. Sizal pójdzie w strzępy po chwili, ale to można wymienić. (Kwietnik stał w salonie przed kotami. "Słupek" od podłogi do sufitu, z podstawkami co kawałek na kwiatki. No i oczywiście stały na nim kwiatki. Zielistki głównie, bo w tej chałupie jakiś bardziej egzotyczny "kwiat" rosnąć nie chce. Paprotka zresztą też zdycha natychmiast. No i oczywiście, jak nastały koty, to bardzo im się spodobało łażenie po tym kwietniku, wyżeranie zielistek, a nawet na nich wylegiwanie. A wiadomo, że po takim wylegiwaniu się kocim, zielistka nadaje się ałt. I jak już ostatnia doniczka, spod samego sufitu, zrobiła bęc - kwietnik został rozebrany i wyniesiony w słuszne miejsce. I to był chyba błąd! Tyle, że tak jakoś dziwnie ten kwietnik bez kwiatków wyglądał.)

       Dziecko wczoraj było. Obiad mu jakiś należało zrobić. Więc upiekłam kawałek schabu. To tak z lenistwa i praktyczności. Bo kotlety schabowe może bardziej "wydajne", ale ile z nimi zachodu i odgrzewanie problematyczne. A upieczone -szast -prast do brytfanny i w piekarnik. No, oczywiście poprzedniego dnia należy się tym zając przez chwilkę i w czymś umamlać, np. w musztardzie. I wstawić do lodówki.

Koteczek Areczek obserwuje akcję z wkładaniem mięcha w brytfankę.

        Z nudów upiekłam też cebulaki oraz ślimaczki z cynamonem, posklejane, w tortownicy, do odrywania. Bo Dzieckom cebulaki posmakowały, ostatnio na ich wizytę upieczone ( byli uprzejmi którejś niedzieli zjechać we dwoje)
A w sobotę mnie naszło na coś słodkiego. Oczywiście musiało być szybkie. Ponieważ walała mi się w lodówce na drzwiach resztka fig i daktyli od świąt, w palstykowym pudełeczku, które się samo z siebie co chwilę otwierało i wywalało zawartość na półkę, więc stwierdziłam, że będzie przyjemne z pożytecznym -pozbędę się tego naboju z lodówki i upiekę cwibak, który spełnia wszystkie założenia -jest słodki, jest szybki i w dodatku lubię, oraz może nie być zjedzony od razu, jak podeschnie też jest jadalny.
I wykonałam swobodną tfurczość artystyczną pod tytułem cwibak. Tym razem zmierzyłam substraty, więc mogę się podzielić. Bo to jest na prawdę szybkie i jadalne:
Cwibak
5 jajek
6 bardzo czubatych łyżek zwykłej mąki
1 (niezbyt pełna) szklanka cukru
100 ml oleju rzepakowego (kujawski zwykły)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sok z pół cytryny
po garści bakalii- figi, daktyle, morele suszone, śliwki suszone, rodzynki. ew. co tam komu do głowy przyjdzie - mi się jeszcze poniewierały na ladzie 3 kostki czekolady deserowej, które też pokroiłam drobno nie bardzo.
Przygotowujemy blaszkę - u mnie to była keksówka 37x8 u spodu. Lepsza taka długa a wąska, bo się lepiej w środku upiecze. Wyłożona brązowym papierem do pieczenia, błyszczącym do góry. (Mówię o tym papierze, bo: używam papieru po to, żeby nie smarować blaszek i nie cudować z obsypywaniem oraz z wyjmowaniem. Jak używam papieru, to już go niczym nie smaruję, ponieważ go fabrycznie posmarowali, dając mu tę nieprzywierająca powłokę. I niech Was ręka boska broni przed świecąca folią - ona się przykleja do wszystkiego, a potem ją trzeba pieczołowicie, paznokciem odskrobywać)

1.Zaczynamy od bakalii, które rozdrabniamy (oczywiście te większe) i mieszamy dokładnie z odrobiną (dodatkowej) mąki. Ja bakalii nie moczę, bo takie namoknięte są cięższe i bardziej ochoczo podążają na dno blaszki i potem mamy je wszystkie na spodzie ciasta, a sztuka polega na tym, żeby były wszędzie.
2. Bierzemy duży pojemnik, wbijamy do niego białka jajek (na żółtka trzeba niestety zabrudzić jakiś pojemnik mniejszy, bo muszą poczekać)
3. Białka ubijamy mikserem na najwyższych obrotach.
4. Do ubitych białek wsypujemy cukier i wciskamy sok z tej połówki cytryny - ubijamy nadal, mając nadzieję, że cukier nam się rozpuści ( Ponieważ i tak się nie rozpuści, bo taki mamy cukier ostatnio, więc nie przesadzamy z tym ubijaniem.) ten sok z cytryny nie jest po to, żeby było kwaśne. On jest po to, żeby białak się lepiej usztywniły. jak nie mamy akurat pod ręka cytryny - można dać 2 łyżki octu, czego ja nie praktykuję, ponieważ ocet służy u mnie do zupełnie innych celów niż kulinarne.
5. Do sztywnych białek wrzucamy żółtka i ubijamy chwilę razem.
6. Wlewamy olej i powtórka z ubijania.
7. Wsypujemy przez sitko mąkę z proszkiem - mieszamy mikserem na najwolniejszych obrotach.
8.Wsypujemy bakalie, mieszamy.
9. Wylewamy zawartość do blaszki, wsadzamy do piekarnika i włączamy go ustawiając na 150 st i termoobieg.
Ma w tym piekarniku kibicować ok 45 min. Można otwierać jak już podrosło i się zrumieniło, można nawet obrócić blaszkę, żeby zrumieniło się równo, jeżeli piekarnik ma fochy. I należy kujnąć patykiem, czy w środku upieczone. Jak patyk się nie klei -wyjmujemy z piekarnika, wyjmujemy z blaszki i odwijamy papier.
    Ja zawsze ubijane, ucierane i drożdżowe ciasta wkładam do zimnego piekarnika. Bo takie ciasto musi urosnąć i sobie rośnie wraz z nagrzewaniem się piekarnika. Jak je wstawimy do gorącego, to mu się natychmiast zrobi na wierzchu skorupka i rośnięcie utrudnione.
Do nagrzanego piekarnika tylko ciasto francuskie, ptysiowe i kruche. Bo tam jest tłuszcz, który się w ciepłym wytapia i ciasto robi się pancerne. A w gorącym wrze i nam to ciasto ładnie spulchnia.

   Tak sobie czasem grzebię po sieci i przeglądam różne przepisy, czasem coś fajnego a prostego się trafi.
I narzuca mi się na ogół na oczy - jak ludzie uwielbiają utrudniać sobie życie. W przepisie na mufinki najczęściej jest tak: "w jednym naczyniu zmieszaj wszystkie produkty sypkie, w drugim - płynne". Ostatnio wpadł mi przepis na ptysie: "zaparzoną mąkę przełożyć do miski i zmiksować z jajkami". Więc się pytam: po jakiego grzyba to to ma być mieszane, kużde osobno i już jeden gar dodatkowy do mycia? Po co zaparzoną na ptysie mąkę gdzieś przekładać? Ciasto na ptysie robię zawsze w litrowym garnuszku, właśnie w garnuszku, nie w rondelku. Garnuszek jest emaliowany i ma jedno małe uszko. W nim zagotowuję wodę z masłem, zaparzam w tym mąkę i jak lekko przestygnie dodaję jajka i wyrabiam mikserem w tym garnuszku. Naczynia po cieście ptysiowym trudno się myją, najlepiej zaraz po wyczerpaniu tego ciasta zalać je zimną wodą, żeby sobie pomokły przez ten czas, kiedy się nadal z ptysiami bawimy. No, chyba, że ktoś uwielbia ten pierdolnik, jaki zwykle powstaje w zlewie po zakończeniu pieczenia. Bo najoszczędniej organizując prace i tak mamy: 1 szklankę, 1 łyżkę, 1 łyżeczkę, 1 pojemnik duży, 1 pojemnik mały, 1 szpatułkę (+ ew 1 literatkę),sitko do mąki,  mieszaki od miksera (+ ew. worek cukierniczy) i na ogół nóż, czasem jeszcze pędzelek do smarowania ciasta, trzepaczkę, miseczkę na jajko do posmarowania, wałek, stolnicę, szklankę lub foremkę do wykrawania, albo radełko. Wystarczy? Wystarczy, żeby w zlewie zrobiło się czubato zanim ciasto wejdzie do pieca.I żeby nas jasny szlag chciał trafić, jak na to popatrzymy. Dodatkowo - nie ma opcji, żeby się gdzieś nie natrzepało mąki, najczęściej jednocześnie na blacie i na podłodze. No to teraz siąść i zapłakać, albo wezwać Rózię z mopem i zmywakiem. (Tyle, że jak mamy Rózię, to się same za to ciasto nie bierzemy, chyba, że nam taka fanaberia przyjdzie do głowy).
    Dawno, dawno istniała taka książeczka malutka pt "Parasol noś i przy pogodzie". Istniała u nas w domu na Górce, w fajnej twardej oprawce. I ja ją z tego domu zabombiłam. Potem mi ktoś zabombił, czego nie mogłam przeżałować. A potem znalazłam gdzieś, w jakiejś makulaturze, w marnym szaroburym wydaniu.I właśnie stwierdziłam przed chwilą, że chyba znowu ktoś zabombił, bo nie ma. A tam, w tej książeczce pisało tak:
"Trzy razy pomyśl, potem zrób,
A wyda czyn owoce.
Nie będziesz czynił zbędnych prób -
Trzy razy pomyśl, potem zrób."
Tak mi to jakoś wlazło do głowy i staram się stosować. Najpierw pomyśleć - co, jak i w którym momencie, a potem brać się do dzieła, zgromadziwszy uprzednio środki i narzędzia. Dzięki takiemu podejściu wiele tych prac, codziennych, wkurzających, z gatunku prac zanikających staje się mniej upierdliwe. A jeżeli są to prace twórcze, czy wytwórcze, to już o innym podejściu nie mam mowy.
Więc, jak mnie moja szwagierka Najważniejsza witała w drzwiach pytaniem "Co masz zamiar robić na obiad, bo ja już ugotowałam ziemniaki" to odpowiedzieć mogłam tylko - "nie miałam zamiaru, ale zrobię kopytka". Bo cóż można zrobić na obiad, do którego są najpierw ugotowane ziemniaki?

PS. W tak zwanym międzyczasie umyłam te szybę w kuchni. Inny świat się zrobił.  Z rozpędu, dzierżąc już w dłoni szmatkę do pucowania szyb, wyczyściłam jeszcze w kuchennej szafce (dać mi tego idiotę, co wymyślił kuchenne szafki z szybami ! Nawet peerelowskie kuchenne kredensy miały te szybki mocno nieprzezroczyste.Jak cudnie umieścić kuchenny nabój za szybkami? Toż to jest szafka zbędnie zajmująca miejsce na ścianie. Tak, trzymam w niej podręczne szkło, ale nie w sposób wystawowy, bo by się połowa tylko zmieściła.Na środkowej półce stoi wianna bawaria śp. teściowej, która wcale niekoniecznie musiałaby w kuchni miejsce zajmować. A ostatnią półkę zasłoniłam "zazdrostkami" z angielskiego haftu, bo przecież muszę gdzieś te różne podręczne duperele, kajety z przepisami, książki kucharskie itp upchnąć)

O, właśnie. Puszek mi przybyło, bo moje KRK Dziecko przypomniało sobie, że poszukiwałam i nabyło. Zapomniało jednak, że wszystkie kolory są OK, z wyjątkiem niebieskiego. Dojrzewam do przemalowania.

piątek, 3 lutego 2017

Lenistwo to grzech

No i grzeszę zawzięcie.
Nicniechciejstwo mnie ogarnęło straszne.
Najpierw to było jakoś do usprawiedliwienia: Starszy na intensywnej, potem ten zabieg. Formularzyk sobie poczytałam zanim podpisał i tak byłam trochę nie bardzo pewna. Ale się udało. I efekty są pozytywne. Serce się obkurczyło i mająa nadzieję, że ten płyn z osierdzia samo z siebie wypompuje i nie trzeba będzie chłopa dziurawić.
Zaliczałam w międzyczasie wojewódzką metropolię publiczną komunikacją, bo Dziecko akurat cały tydzień na szkoleniu było. W jedną stronę kombinacją wieśbus+koliber, z powrotem pociągiem. Za chiny-ludowo-demokratyczne przez eczwórke (no, od czasu autostrady 94 jest to) nie przejdę. (Wygląda na to, że mają przejście zrobić, takie z migającymi lampkami, bo rampę jesienią nad szosą wznieśli. Jakieś tablice na niej są, szczelnie zalepione folią. Ale nic się nie dzieje dalej. Kładli nową nawierzchnię i malowali znaki poziome, ale zebry nie namalowali. No to pewnie do wiosny.)
Droga ze stacji jakaś dłuższa się jakby zrobiła, bo mi zajęła pół godziny. Powoli.
        Starszego w poniedziałek wypisali i jest teraz w "sanatorium", czyli u Najważniejszej w Rz.
Dziecko lata ostatnio inną stroną województwa, więc nie zagląda. No i braki w zaopatrzeniu się zrobiły. W związku z powyższym zaglądnęłam wczoraj do sąsiadki zapytać, czy się gdzieś - kiedyś nie wybiera na zakupy większe do miasteczka. A sąsiadka się przejęła rolą i zadeklarowała, że może mnie zawieźć zaraz natychmiast. Chociaż zapewniałam, że najlepiej przy okazji, bo ciśnienia strasznego na zaraz-teraz nie ma -jeść jeszcze co mam, tylko mi się zapasy kurczą.
Miło z jej strony, nawet biorąc poprawkę na niezupełną bezinteresowność (ewentualne wykorzystanie moich umiejętności zawodowych, młody młodszy chodzi do czwartej klasy).  Nawet nie zwierzałam się Starszemu, bo on by zaraz kazał zapłacić. A mi się czasem wydaje wyciąganie tych dwudziestu złotych obraźliwe. Sąsiadka dostała "rafaello" - zadowolone byłyśmy obie, ja jakby podwójnie - z życzliwości bardziej niż z dokonanego uzupełnienia spiżarki.
         Pieseły wykorzystały moją zakupową nieobecność na dokonanie kradzieży. Otóż upiekłam była sobie bułeczkę, pyszniutką (Przy okazji popełniania cebulaków, które za mną od pewnego czasu łaziły. No i dodatkowo - mogłam je zrobić pod nieobecność Starszego, bo nie musiałam wysłuchiwać marudzenia na temat cebulowych zapachów), posypana czarnuszką. Bułeczkę konsumowałam powoli, jakaś 1/3 jeszcze została, już nieco podeschnięta, co niekoniecznie wykluczało dalszą konsumpcję. Dziś zerknęłam do szafki kuchennej, gdzie leży chleb, w celu ewentualnego usunięcia okruszków. I nawet nie od razu zauważyłam bułeczki brak, bo zawinięta była w papier. Dopiero jak za ten papier złapałam. Ciekawe, bo przed wyjazdem na zakupy poodkurzałam w kuchni, a potem nie zauważyłam, żeby jakieś okruchy się walały. Podejrzewam małą szarą. Na pewno nie zjadły na spółkę, bo raczej nie ma opcji, biorąc pod uwagę dawniejsze starcia w okolicach miski. No, a jak sama wcięła taki kawał buły, to w zasadzie nie powinna nic dostać do jedzenia do jutra. Ja bym takiej ilości nie dała rady na jedno podejście.

 Cebulaczki. 
Zjadłam sama, na dwa podejścia. Takie raczej małe zrobiłam. Wykrawane szklanką do łyskacza.

             Zawsze śmieszy mnie bardzo sytuacja, gdy kotu uda się coś ukraść. Właściwie jedynym kocim kradziejcą jest Koteczek Areczek. Inne koty nie kradną. Klementyna jest żarłoczna, ale uczciwa, a Antonina nie je niczego oprócz chrupek.
Ostatnio Areczek zwędził całą kurzęcą wątróbkę, gdy wyszłam na moment do hadesu. Wracam, a tu poruszenie wśród zwierząt: koty (one) krążą wokół kuchni pod ścianami, na środku leży Czarna w pozycji pilnującej, a nieopodal Areczek z wielkim ochłapem w pychu - warczący. Afery nie było, wątróbki kupowane są wyłącznie dla zwierząt (wyglądają tak ohydnie, że nie zjadłabym, nawet gdyby niczego innego nie było). Zabrałam Areczkowi i pokroiłam drobno.

Koteczek Areczek na pozycji strategicznej Usiadł sobie na kręconym stołeczku, nieopodal zlewu, w którym leżała wątróbka. Spoglądał tam tęsknie i się napawał zapachem. W celach portretowych udało mi się odwrócić na chwilę jego uwagę.

          Wróciłam właśnie z psami. Wcześniej spojrzałam przez okno i stwierdziłam, że w zasadzie widzę, że niewiele widzę. To niewidzenie zaczęło się błyskawicznie pogłębiać, więc czym prędzej założyłam kapotę, upięłam psy i "naprzód". Horyzont zamknął mi się zaraz za kasztanem, do którego mam jakieś 30metrów. Trzeba było pójść kawałek dalej. Oczywiście, jak zwykle spacerując z psami, musiałam się rozejrzeć, by zbadać okolicę. I natychmiast poczułam się osaczona przez mgłę. Nie lubię, nie mogę. We mgle ogarnia mnie panika, gorsza niż  w windzie i zaczynam się dusić. Psy wyrozumiałe były, bo prędko załatwiły co miały do załatwienia. Czarna przekopała kawałek pływającej zaspy oczekując na Księżniczkę, która oczywiście musiała się powlec tam, gdzie już było tylko błoto. (Coś  Księżniczka jakaś śnięta. Czyżby jej ta bułeczka krzywo poszła?) Księżniczka poszła z powrotem na sznurek, bo nie bardzo dzisiaj do niej polecenia docierają, a nie miałam ochoty się udusić w tej mgle, czekając aż przyjdzie. Masakra jakaś. A tak pięknie było

Tu mi się horyzont zamknął na wysokości sadu. Jakieś 200m od miejsca, w którym stałam. Kasztan jest tu gdzie widać kawałek psa. Tak było wtedy, gdy spadł ten wielki śnieg.

Warunki zaokienne rozleniwiająco działają na zwierzęta też. Księżniczka ma miejscówkę na poskładanej pościeli Starszego, którą przykryłam nieużywaną już poszwą. Poszwa się nie utrzymała, bo Księżniczka kokosi się, jakby robiła gniazdo. Chwilę jej nieobecności wykorzystał Areczek. Księżniczka, urażona,  trochę się zastanawiała, w końcu jednak weszła na wybrane miejsce i na wszelki wypadek odwróciła się do Arka zadkiem. Bo przecież jej hrabiowska mość nie może się z byle kotem spoufalać.

A poza tym moje maleństwo ciągnie już resztkami sił - format  może by go trochę uratował, ale się nie mogę zebrać w sobie do tego formata.(Sam format -bajka. Tylko potem instalowanie tego wszystkiego od nowa!) Pod nieobecność Starszego korzystam z peceta, ale go nie lubię. Jest szybki, o dziwo, bo dużo starszy od malucha, ale ta klawiatura mnie osłabia. Odzwyczaiłam się od dużego skoku klawiszy, alt zawodzi i gubią się ogonki. "Poprawiacz" nie zawsze to podkreśla, więc pisanie na tym jest uciążliwe. Wobec czego będzie na razie na tyle, ponieważ połowę czasu nad tym wpisem spędziłam na poprawianiu błędów. Co przechodzi moje możliwości percepcyjne.

Pozdrawiam.
Nie zgubcie się we mgle. A najlepiej to już dzisiaj siedzieć w domu. Kto może oczywiście (Ja nie do końca mogę, bo jeszcze wieczorne kozy i wieczorne psy).

PS. Ja się tu oddałam tfurczości literackiej a tymczasem....
Otóż skończyłam. Wychodzę na salony, a Księżniczka leży dziwnie, nie na swoim posłaniu, lecz obok. Zaniepokoiło mnie to, wziąwszy pod uwagę, że jakaś-takaś wcześniej była. Podnoszę dziada, a tu cała broda ulepiona czymś białym! Psiakrew! Pianą wymiotowała, czy ki? Rozchylam wargi - białe. Wącham - niby zapachów żadnych nieprzyjemnych nie ma. Wsadziłam dziada do wanny i zabrałam się za mycie tej brody, z wyrzutami okropnymi,że o to mi tu pies dogorywa, a ja się znęcam nad nim myjąc brodę. (Bo oczywiście dotykanie brody Księżniczki, w jakimkolwiek celu, to jest znęcanie się nad psem) Umyłam wreszcie, co wcale łatwe nie było, bez litości żadnej spłukałam. Wytarłam. Wywaliłam z wanny i idę do kuchni. Bo już chwilę temu  Czarna wokół mnie tańczyła. Co odbierałam "Rusz się , pańcia i daj jeść" A prawdopodobnie znaczyło "Rusz się, pańcia i weź zobacz co to szare złodziejskie nasienie tam w kuchni wyprawia". A w kuuuchni : szafka otwarta, a pod otwartmi drzwiczkami wielka plama mąki! No to się wyjaśniło, co to było, to białe na brodzie. Biedny, zagłodzony pies nie miał co jeść, to napchał się mąki..
Wqrzająca jest ta jej żarłoczność. Wielokrotnie się zdarzało, że potrafiła buchnąć zupełnie dla psa niejadalne rzeczy: a to pół tabliczki czekolady Dziecku z nocnego stolika, a to "kasztanki" z tej własnie szafki i zeżrec ze sreberkiem. A jak była młodsza - potrafiła wejść na kuchenną ladę i opchnąc pół paczki pryncypałków. Nie zdarza się to Czarnej - psu ulicznemu, z litości przygarniętemu. Czarna też nigdy nie sępi namolnie: siedzi u stóp posilającego się i czeka. Jak nic nie daja, to się kładzie i czeka. A to szare hrabiostwo potrafi skwierczeć i zaczepiać łapą. Tak, błękitna krew o niczym nie przesądza.
Ciekawe tylko jakie będą skutki tego wpierniczania mąki. Na razie siedzi jak sfinks na środku dywanu i patrzy w ścianę.
Chyba jednak muszę ten format. Nad maluchem siedzę w swoim kuchennym kąciku i mam wgląd w sytuację.

niedziela, 22 stycznia 2017

hibernacja ratunkowa

   Dobrze nie jet wcale. Starszy w końcu został przyjęty we wtorek do tego szpitala. Na dzień dobry pojawiły się jakieś trudności oddechowe i położyli go na erce. Ale około 18tej, gdy  Kuba go odwiedził - był już na zwykłej sali. I niby było Ok. Zrobili mu w środę USG i tomografię.
   A w piątek rano dotarła informacja,  że ma zapalenie płuc i jest z powrotem na erce.
Pojechaliśmy z Młodym. Starszy leżał jak skóra z diabła okablowany i orurkowany, w kolorze niezbyt atrakcyjnym. Ledwie mówiący. Udało mi się dorwać jakiegoś doktóra pomykającego korytarzem, który zapodał, że zrobił się obrzęk płuc.Żadne zapalenie, tylko następstwo kardiologiczne. Nieciekawie. Po więcej info wysłał mnie do pani doktór D.
   Pani doktór zajęta była robieniem badań echograficznych. Usiadłam pod drzwiami i czekam. Najważniejsza siedziała ze mną na tej ławce i informowała, że pani doktór jest pierdolnięta.Nie sądziłam jedna, że aż tak bardzo. Chyba półtora godziny kibicowałam pod  drzwiami, aż stwierdziłam, że przy następnym wyczytanym pacjencie wejdę i zapytam. No i weszłam.Ale nie zapytałam. Pani doktór nie dopuściła mnie prawie do głosu. Zaczęła wrzeszczeć, że mam czekać, bo ona jest spóźniona, a pacjenci czekają. Wymachiwała mi przy tym łapami przed nosem i zamykała na mnie drzwi. Cała akcja zajęła pani doktór tyle czasu i wysiłku, że gdyby zaniechała tego przymykania mnie drzwiami, zdążyłaby krótko powiedzieć o co chodzi. Zwłaszcza, że spóźnione doktóry to normalka. Spóźniają się nawet do swoich prywatnych gabinetów, gdzie pacjent ciężkie pieniądze zostawia, dzięki drożności enefzetowej służby zdrowia.
     Wieczorem zadzwoniłam do dyżurki lekarzy i (jestem przekonana, że ta sama pani doktór, bo miała nieprzyjemnie piskliwy timbre głosu) uprzejmie udzieliła mi informacji. Których w zasadzie przez telefon udzielać nie powinna. Wniosek - baba jest psychiczna i powinna się leczyć. Poza tym na uczelniach medycznych powinny być obowiązkowe zajęcia z tematu: jak kontaktować się z pacjentem i osobami z rodziny, ponieważ pochodzenie państwa doktorów, w zdecydowanej większości przypadków jest mocno "plebejskie" i nie maja podstaw tzw. kultury osobistej. "Niech siada, niech się rozbiera"jest typowym zwrotem doktórów i personelu medycznego.
    W sobotę pojechaliśmy z Młodym ponownie.Z drugiej strony wpadła Młoda. Uprzednio Młody zasięgnął języka, kto ma dyżur i że nie jest to doktór pierdolnięta. Dopadliśmy jakiegoś młodego dwumetrowca, który właśnie wyłonił się z erki. Dwumetrowiec zaprosił nas do gabinetu, popatrzył w papiery i komputery, po czym powiedział, co wiedział.Spokojnie i wyczerpująco. Nawet interesowało go, czy nie mamy więcej pytań. Można?
Radośnie to nie wygląda. Decyzje powstaną po niedzieli.
Starszy już był troszkę lepszy, koloryt mu się zmienił nieco i oddech jakby, wspomagany tlenem, częściowo odzyskał. Ale zmiana bielizny wyczerpała go całkowicie, chociaż w zasadzie wykonal tylko ostatni etap podciągania majtów już ubranych.
Dziś wstał nawet i się ogolił.
Ale przyszłość jest niepewna. Świadomość, że jest w szpitalu, pod opieką lekarzy, nie zapewnia niczego. Z piątku na sobotę zmarły na tej erce dwie osoby, a dzisiejszej nocy kolejna. Zapewne ciekawe doświadczenie dla człowieka przytomnego, będącego w ciężkim stanie.
Miałabym ochotę się zhibernować czasowo...

Na marginesie: zastanawia mnie zawsze jak to jest, że przez łykendy szpitale funkcjonują na ćwierć gwizdka. Doktory mają dyżury. Wysokopłatne zresztą. A łykend to jest oczekiwanie poniedziałku -  nie wykonuje się żadnych badań, żadnych zabiegów - nihil. Się czeka... W zakładach pracujących w ruchu ciągłym produkcja w łykend odbywa się tak, jak w każdy inny dzień. Robol może. Doktór - nie.
  

poniedziałek, 16 stycznia 2017

nad piecem dumania

Poniedziałek się zaczął od akcji. Różnych. Najpierw były akcje ratunkowe. Ledwie wstałam - rozwyło się coś na wiejskim gościńcu. Zwykle nie lecę w okno, bo wyjące auto wiem jak wygląda, a sam widok lecącego i tak nic mi nie daje. Tym razem w końcu poleciałam, bo wyło i wyło. Okazało się, że wozy strażackie wyją, jeden za drugim. Doszło do czterech jednostek i małe osobowe.

Zaraz po chwili odebrałam jakiś dziwny telefon od brata. Odebrałam a z drugiej strony cisza. Pomyślałam, że sam mu zadzwonił do mnie, bo wczoraj rozmawialiśmy i pewnie miał mój numer na wierzchu. Oddzwoniłam -cisza. W końcu zadzwonił ze służbowego: durknęło mu na dołku i lapek z giepeesem spadł i se przekręcił ekran. Dla brata latam za eksperta komputerowego, więc jak co, to do mnie. Ale, wiadomo, że z kompem to jest tak, że niewiele można z pamięci powiedzieć. Odwrócone ekrany bywały w szkolnej pracowni nagminne, bo dzieciak to do siebie ma, że co mu się po palcu wytłumaczy, jak zrobić - nie zrobi, ale coś głupiego zawsze jest w stanie wymyślić. Więc miałam przed oczami to odwracanie, ale na własnym nijak do tego dojść nie mogłam. W końcu wykombinowałam, że kombinacja klawiszy - wypróbowałam na moim - nie działała. Ciśnienie było dość wysokie, bo oznajmił, że bez giepeesa z tego Oslo nie wyjedzie za chiny ludowodemokratyczne. Nic, przekazałam jedyny dostępny pomysł i czekałam na odzew, mając wizję brata uwięzionego w Oslo.
Potem poszłam robić akcje porządkowe. Wczorajszy wieczorny spacer zakończył się tak, że wróciłam do domu ledwie żywa - zziajana, spocona i na maksymalnym wqrwie. A przyczyna był pomykający luzem pies, w miejscu, gdzie go wcześniej nie było - zawzięty i upierdliwy, trzymający się prawie nogi. Poszłam, sprawdziłam i stanowczo zwróciłam uwagę. Zobaczymy jaki będzie efekt. Okazało się,  że nie ja pierwsza. Pies pomyka od jakiegoś czasu już, straszy dzieci, a "państwo" obserwują przez okno i mają radochę. Gdyby głupota miała skrzydła.....
Zasięgając języka w kwestii psa, uzyskałam informacje w kwestii tego co wyło - parę domów dalej wybuchł kocioł CO. No...

No, a potem ja się osobiście udałam z prośbą do mojego własnego kotła, który był uprzejmy wczoraj, około 22-giej wygasnąć. Wyczyściłam dymnice szczotom do dymnic, wybrałam popiół z czeluści ogromnego popielnika, ułożyłam, podpaliłam, włączyłam nadmuch, bo nie był łaskaw rozpalić się bez. Zakurzyłam i zapyliłam kotłownię, upaprałam się sadzą, węglem i popiołem po uszy i poszłam precz poczekać w normalnych warunkach, co powie kocioł.

A w międzyczasie zadzwonił brat znowu, żeby zdać relację z efektów zastosowania 3 klawiszy. Na szczęście zadziałało. Ponieważ i tak musiał czekać aż go tachograf wypuści z tego parkingu - zaczął sprawozdanie z pobytu. Najbardziej zachwyca go to, że tam oddycha pełna piersią. On, astmatyk, funkcjonujący tu cały czas na dmuchawkach, nawet dzisiaj, po uciąganiu się z ciężką i zmrożoną plandeką nie musiał "dawać w płuco". I zachwyca się nad czystym, wspaniałym powietrzem. Gdzie kominy nie dymią, smród palonego w kotłach świństwa się nie ściele.
I tak zaczęliśmy temat rozkminiać - przecież też zimno mają i się grzać muszą. Ale nie grzeją się węglem, jak u nas. Nie smrodzą i nie trują. I oczywiście  - też bym tak chciała. Już nawet niekoniecznie ze świadomości zatruwania okolicy, dla własnego komfortu chociaż...
Popatrzyłam na mapę: mają 3 elektrownie atomowe. Popatrzyłam dalej: Słowacy mają dwie -  łącznie 4 bloki, Czesi - też dwie - 6 bloków. Francja, która historycznie węglem stała -  ponad 70% energii czerpie z elektrowni jądrowych, maleńka Belgia - kiedyś przecież też węglowa - ponad 50%, analogicznie Słowacja. Mapa pokazuje na żółto kraje, gdzie się buduje nowe reaktory. Żółta jest całą Europa, a w środku tego żółtego szary placek - MY! Nic nie mamy, nic nie budujemy, żyjemy w smrodzie i smogu, dymią się bure kominy, choć piece hutnicze już dawno nie płoną. Gdzie się nie obrócić - okazuje się, że ktoś umarł na raka, albo jeszcze ma raka, czyli niedługo umrze. Dziecko w KRK nabyło maskę antysmogową (czy ona coś pomoże?). Spacerując wieczorem trotuarem wkraczam w strefy, gdzie należy wcześniej zrobić, jak przed skokiem na głęboką wodę - nabrać powietrza, zamknąć usta, nie oddychać. Pewnego razu, wróciwszy nocą pociągiem z KRK zostałam gwałtownie zaatakowana przez wiejskie "świeże" powietrze, co zdziwiło mnie okropnie - przecież wracam z KRK?! Znaczy, że może być jeszcze gorzej !
A jakby tak przestać dotować umierające kopalnie? Zostawić pod spodem to czarne złoto i wybudować wreszcie tę choć jedną elektrownię, o czym się już dziesiątki lat gada? Może nie walczyć ze smogiem dotując piece, ale przeznaczyć te pieniądze na wytworzenie tańszej energii. Znowu jakieś działania zastępcze się szykują.
Pooglądałam sobie różne mapy. W Europie jesteśmy jakby wyspą. Zaraz obok mamy jeszcze Białoruś, (do której i tak ostatnio nam jakby bliżej zaczyna być), no i tam, na dole, to co powstało z dawnej Jugosławii + Albania (bo nawet Rumunia ma jedną)
A to wszystko, czego się niektórzy tak bardzo boją, mamy zaraz za płotem.
Proszę, silwuple. Taki ładny obrazek.
Znalazłam taki artykuł, na temat stanu naszej energetyki. Rzuciwszy na niego okiem po raz drugi skonstatowałam, że został napisany 20 lat temu. Dziwne. Zmieniły się zapewne tylko niektóre liczby.
Jak by ktoś chciał sobie poczytać, to proszę bardzo, TU

I tak mi jakoś łyso, jak mój brat się zachwyca, jak to tam ONI, mają czysto, schludnie, jak dbają o środowisko i atmosferę.
A my ciągle grzebiemy w tym samym gównie i najważniejsze jest, żeby pokazać, udowodnić, jak bardzo niektórzy są be. Co tak szczególnie wychodziło ostatnio, w związku z Orkiestrą.
Na tle tego "miłosierdziem" skażonego bełkotu hierarchów i przedstawicieli KK (zwłaszcza jej tuby, pana natchnionego i oświeconego jasną gołębicą - T.) podniosła mnie na duchu siostra Małgorzata oraz Grzegorz K, SJ.- "Zadanie chrześcijanina w tym świecie polega na tym, że szukamy Boga w człowieku" - nie wroga!
Swoją drogą, ciekawe, czy tacy ludzie jak np. pan natchniony T. bywają w szpitalach -takich zwykłych szpitalach, powiatowych, nie tych specjalnie dla VIP-ów. Bo ja np. ostatnio bywałam często. Głównie na oddziałach kardiologicznych i geriatrycznych. W moim powiatowym piękne nowe łózka, łamane, wyginane, jedną ręką obsługiwane, a na nich te czerwone nalepki. Na kardiologii (sama leżałam chwilę) też co i rusz - na  aparacie takim, na urządzeniu śmakim. No, na ginekologii też bywałam ostatnio. Jeżeli pan natchniony T. uważa, że aparat USG służy głownie do przeprowadzania aborcji, to ja już w ogóle nic nie powiem. Bo na głupotę i zidiocenie lekarstwa nie ma. Wobec czego wymiękam i odpadam.
Do żadnej skarbonki nic nie wrzuciłam, bo jestem udupiona. Ale wystawiłam co mogłam. I widzę, że się rusza. A w tym roku nie będę gnojem, rozliczę się z US i ten mój marny 1% dam, gdzie trzeba ( W ubiegłym nie chciało mi się bawić z PITami, bo w zasadzie nie muszę, ZUS za mnie sprawę załatwia, tyle, że wtedy te parę groszy  stanowiące 1% mojego podatku przepada)

No. To tak mnie jakby nieco poniosło. Miało być cichosza. Nic w temacie P. Ale, co mi tam. Ja i tak jestem od dawna-dawna w tym "gorszym sorcie". I jestem z tego dumna, proszę pana, od zdechniętego kota.



środa, 11 stycznia 2017

brr, zimno

Nowy daje do zrozumienia, że jednak jest zima, że mamy środkową Europę, a nie jakieś tam Karaiby, czy inne Madagaskary. Skończyło się miło i przyjemnie - poduło zachodnim wiatrem przez parę dni (takim co to majstra z dachu i na bruk - w tym momencie nawet szybciej by tego majstra z dachu, bo błyskawicznie by go usztywnił). Termometr pokazywał przy tym około zera, ale należy się puknąć w czoło zanim się weźmie do siebie, co pokazuje termometr, bo jak się wyjdzie na ten wiatr, to jest jakby minus dziesięć, albo nawet gorzej.

Potem duć przestało a zaczęło naprawdę mrozić. Wczoraj i dziś pogoda jak kryształ. Słoneczko świeci, tyle, że na tym świecącym słoneczku zimno, jak stopięćdziesiąt. Ale trzeba się zebrać w kupę i wyjść. Przynajmniej 3 razy dziennie na spacer z psami oraz do kóz. Staram się załatwiać tematy zewnętrzne kompleksowo, bo najtrudniej jest wyjść. A potem już nawet spoko.
Wieczorem psy chodzą ze mną do kóz, uwielbiają to.Wczoraj odbywały się śmieszne akcje, bo Wanda wymknęła mi się z kojca. Popędziła pod drzwi, zajęła pozycję i usiłowała z dyńki przywalić Czarnej. Obawiałam się co z tego wyniknie, bo Czarna jest ogólnie wystraszona i nie wiadomo, co z tego strachu jej palnie do łba. Ale Czarna trwała na swoim miejscu i za wszelką cenę starała się polizać drugiej czarnej pychol.
Potem wracamy po linkę i szelki i idziemy na wieczornego spacera. Dobre są te wieczorne spacery, choć krótkie, ze względu na mróz. Czarnej strasznie marzną łapki i chodzi na zmianę na różnych trzech. Czasem to wygląda tak, jak by miała ochotę wszystkie cztery na raz do góry podnieść. Z jednej strony śmiesznie, a z drugiej szkoda zwierzaka. Wiem, wiem, buty, buty. Ale nie wiem, czy te buty, to do końca dobre rozwiązanie, bo może być z nimi więcej zachodu niż faktycznie ocieplania. Zresztą, istniejące buty to albo buty ochronne na chore łapy, albo ochronne przed błotem i solą sypaną na trotuary. Naziemnie nie kupię, a internetowe opisy nic nie mówią. Jest to zakup z cyklu tych, które najpierw trzeba pomacać.

Wylazłam ze swojego kuchennego kąta. Bo w końcu, jak już siedzę, to przecież mogę na fotelu, nie?
Przyszła mi do głowy kamizelka, bo w domu są temperatury takie pałacowe raczej. No i musiałam zrezygnować z kamizelki, bo śpi na niej kota. Przecież nie można wyjmować kamizelki spod koty, jak jej na niej dobrze. Było nie kłaść na pralce, tylko powiesić, nie zaanektowałaby była. Usiadłam w fotelu. Miło by było wyciągnąć nogi na podnóżku. Ale i z tego nici, bo na podnóżku, zwinięta w kłębek druga kota. Dobrze, że Koteczek Areczek zwinął się w drugim pokoju na poskładanej kołdrze, a nie na moim fotelu, bo wypadałoby wrócić na krzesło do kącika.

Poniedziałek miałam dość pracowity. Dochodzę do wniosku, że nie ma co tak ostro zaczynać tygodnia, bo potem jest - o tak właśnie, jak teraz: siedzę sobie, nic nie robię i  aż mi z tego powodu nieprzyjemnie. Właściwie nie wiem dlaczego niby, ma mi być, bo nie jest tak, że nic w ogóle nie robię i pajęczynami zarastam. Harmonogramy się realizuje, hades nawiedza. Nawet na odkurzaczu polatałam, w zlewie gary nie rosną (także i z tego powodu, że się nie zużywają)
Jedzonko dla piesełów się gotuje. Dla kotełów przyszło. Tym razem część zamówiłam w Krak@vecie, a w zoo+ tylko część. Oba zamówienia w piątek. Oba za pobraniem. KV wysyła Pocztą Polską. Poszło w sobotę, listonosz przyniósł w poniedziałek. A z+ kurierem - było we wtorek. Zagadka: dlaczego w paczce dostarczonej PP mokra karma w saszetkach była OK, a w tej gielesem - saszetki zamarznięte na kość, rozmarzały do następnego dnia? Czy może z+ ma nieogrzewane magazyny i wszystko tam sztywne na tym mrozie. No to nie wiem, jak te inne karmy stamtąd, bo nie wszystkiemu mrożenie służy...
Zamówiłam koci "bar". Łokropny jest! Z tym, że zależało mi głównie na szalkach z tego baru, ponieważ koty dostają mokre jedzenie na szklanych spodeczkach i żarłoczna Klementyna tak zawzięcie wylizuje, że spodek często wędruje na podłogę. Skąd oczywiście już nie wraca na miejsce, tylko do kubła. Spodki są byle jakie, ale nie lubię, jak mi się nakrycie wytłuka, nie lubię sprzątać rozbitego szkła, co przy moim zwierzyńcu trzeba wykonać natychmiast i starannie. Szukałam takich szalek wszędzie i nie znalazłam. Jedynie w tym zooplusowym beznadziejnym barze były. Same szalki też takie se - blacha mniej więcej jak na pokrywki do słoików. Już po fakcie, dziś poszukiwałam lekarstwa dla Księżniczki i w sklepie z tym lekarstwem natrafiłam na szalki luzem. Po 5,60 sztuka. Bar kosztował 20. Pewnie dokupię przynajmniej jedną, bo czasem Tośka się daje namówić na "troszeczku polizanie" mokrej karmy (Dziwny kot, który ucieka od posiekanego surowego kurczaczka....)
Czemu blaszane te szalki wymyśliłam? Bo nie lubię plastiku. Plastik tylko i wyłącznie tam, gdzie się nic innego nie da wymyślić, albo byłoby bardzo niepraktycznie (np. pojemniki na sypkie są plastikowe, bo blacha się nie sprawdza, a szklany czy ceramiczny mógłby się zamachnąć na moje życie spadając z półki w szafce). Plastik jest ogólnie fuj, bo się rysuje, bo wchłania zapachy, bo zwykle plastikowe kolory są okropne. No a szklane i ceramiczne - jak wyżej opisałam. Do tej pory zostały załatwione 3 porcelanowe i 2 szklane, specjalnie dla kotów kupione, śliczne miseczki oraz 3 szklane spodki. Niestety, koty muszą mieć jedzenie poza psim zasięgiem. Inaczej chodziłyby głodne, a psy wypasione. Rozkminiam gdzie by im tę stołówkę przenieść z kuchennego parapetu (Dziecko lubi siadać na parapecie. Ostatnio znowu zostało podlane przez Areczka wodą z kociej miski: Areczek próbował pokonać te wielką przeszkodę, która się na parapecie pojawiła, zahaczył o miskę z wodą ostatnią łapką i podlał Dziecko) Ale nic mi nie przychodzi do głowy, poza ustawieniem tego na pralce w łazience. Co zdaje się być pomysłem takim se.

Jest 16.05. Wróciłam właśnie ze śróddziennego psiego spaceru. Mrozik się sadzi ostro. Sprawdziłam po powrocie co mówi termometr. Powiedział -12. Kłamie oczywiście (Chyba na złość. Termometr z piątaka. Słyszał na pewno moje opinie o produktach wykonywanych małymi żółtymi rączkami. I się odgryza.) Telefon powiedział, że odczuwalna -17, w co jestem skłonna uwierzyć. Słońce się właśnie tyle co schowało, a po drugiej stronie księżyc, jak pięciozłotówa, już dość wysoko. Księżniczka oczywiście luzem. Polatała niezdecydowanie tu i tam, zbyt daleko się nie wypuszczając i zarządziła odwrót. Więc ją skierowałam jeszcze skróś sadu (no bo może niechby coś z tego szlajania się na mrozie wynikło) W sadzie muszę ją mieć koniecznie przed sobą. Sarny żerują na zgniłych zamarzniętych jabłkach, które w ostatniej chwili spadły z "cesarza". Żerują też na drugiej drodze, gdzie nieskoszona duża trawa, lekko tylko śniegiem przysypana. A wiadomo, że sarny mają tak jak kozy: jedną stroną im wchodzi, a drugą jednocześnie wychodzi. I muszę uważać, żeby psy się nie dorwały do tych przysmaków.
Już dochodziłyśmy prawie do gumna, gdy psy objawiły nagłe poruszenie - czyli zwierz jakowyś na celowniku. Paczę -leci. Żółte jakby coś. Już myślałam, że znowu pies jakiś ("mądrość ludowa" nakazuje w mrozy puścić psa z łańcucha, co wcale takie głupie nie jest, byle się tym spuszczonym psem zainteresować bliżej. Efekt jest taki, że mi się tu gumnem snują różne swobodne psy, najczęściej żółte właśnie. Jakby to był ulubiony kolor mieszkańców. A może w następstwie tego puszczania luzem żółte się mnoży.) A to był "polowyj za...dalacz", czyli szarak, jakoś wcale nie szary. (Latem się rozmnożyły, parę takich zajęczych podrostków widywałam w okolicy moich warzywek) Wyglądało, że od sąsiadowej stodoły pomyka.
Właśnie mi do głowy zastukało, że lisa dawno nie widziałam. Wcześniej, nie tylko zimową porą, ślady lisie i pozostałości po lisim obiedzie widywałam często. Raz nawet dojrzałam lisią rodzinkę, wygrzewająca się na słonku na skraju rzepaku. A najlepsze było to, jak się temu  najbliższemu sąsiadowi liski wylęgły w stodole: Stoimy sobie na skraju jego gumna i gadulimy, a tam w tle coś gumnem się wiezie. Śmiszne takie, chude jakieś i na długich łapach. Mówię: ""Waldek, co ty masz tego kota takiego zabidowanego jakiegoś?" Na co Waldek się zdziwił mocno, podążył wzrokiem za moim  wzrokiem   "- Aaa, to? To lisek mały! Jakieś dwa tam są w stodole. I tak się dobrze czują, że pod stodołą sobie baraszkują oraz na kupie piachu się wygrzewają". Przynajmniej wtedy kury w okolicy spokojne były, bo lis, jak przyzwoity złodziej - u swoich nie kradnie.
W ramach opowieści o przyrodniczych dziwach: pewnego razu zauważyłam, że mi się jakieś strzępy tektury falistej poniewierają na trawniku koło rogu domu.(Nie znoszę papiera na trawie, na trotuarze śmiecia tudzież. Pozostałości "komunistycznego" wychowania: "nie rzuca się papierka na glebę" było tak wpojone, że potrafiłyśmy z siostrą zaczepić rzucającego śmieć faceta: "Proszę pana, coś tu panu wypadło", na co nie miał innego wyjścia, jak podnieść. Zresztą podobnie wpojone jak ""wyciera się buty na wycieraczce". Więc co wycieraczka, to wycieram. Wszystko jedno, na wejściu, czy na wyjściu. Aż się sama z siebie śmieję.)  Sięgłam wzrokiem do góry i zobaczyłam, że jakaś tektura wyrczy w miejscu, gdzie się okap dachu styka ze ścianą szczytową. Poszłam zatem na strych, sprawdzić skąd i co. I na belce biegnącej wzdłuż tej szczytowej ściany znalazłam dwie połówki skorupki z kurzego jajka. Co spowodowało nagły opad szczeki: skąd TU kurze jajko?! No, żeby jeszcze jakieś ptasie - strych jest szczelny znakomicie i ptaszki sobie mogły uwić. Ale kura to tam żaaadnym sposobem wleźć nie mogła. Wniosek - mamy dzikiego lokatora. Konsultacje wskazują, że może to być kuna. To niech sobie będzie. Byle mi papierami po trawniku nie śmieciła.



wtorek, 10 stycznia 2017

Kevin sam w domu

Tak jakoś od wtorku urzęduję sama (no, jeżeli w towarzystwie 3 kotów i dwóch psów można tak to określić) Starszy wybrał się do metropolii na konsultacje medyczne. Przedłuży mu się, bo pani doktór chce go położyć na oddziale. Ze względu na nowe totalne święto i występujący w związku z nim długi łykend przesunęła temat na wtorek (bo wiadomo, że jak łykend długi to nihil) Ponieważ pogoda stała się fatalna, zostało ustalone, że Starszy nie będzie się szlajał w te i wewte, tylko grzecznie poczeka u Najważniejszej. Starszy lubi ciepełko, ograniczona przestrzeń mu nie przeszkadza, w dodatku Najważniejsza dysponuje "oknem na świat" w postaci odbiornika tiwi (głównie tej jedynie słusznej), więc Starszy chwilowo nie będzie musiał łowić darmowych kanałów w internecie i jego potrzeba informacji (jedynie słusznej) zostanie zaspokojona. W dodatku na bieżąco będzie się mógł wymieniać komentarzami utrzymanymi w tej samej tonacji (ze mną niestety nie pogada, a mus wewnętrzny do przekazania mi najświeższych njusów, który go często rozpiera do tego stopnia, że "musi", nawet na moje "NIE INTERESUJE MNIE!" implikuje czasem wrzaski obustronne). No to został. Szkoda tylko, że nie zabrał całego szpitalnego wyposażenia i będę musiała dowieźć. (Co mi się nie bardzo uśmiecha, zważywszy na to, ze się jakaś suwalska aura zrobiła. Ale mus to mus.)
Mam tylko nadzieję, że mi się tu jacyś paskudni włamywacze nie pojawią, bo nie mam takiego długiego kabla do żelazka.
Ponieważ i tak wszystkie codzienne zadania do wykonania w domu, wykonywane są mną, więc zadań mi nie przybyło. Ubyło jakby nieco, bo nie muszę się zajmować wyżywieniem Starszego, co nie jest proste, zważywszy jego upodobania żywieniowe.Oraz sprzątania po nim, co mnie wciąż, idiotycznie, bez względu na wewnętrzne tłumaczenie sobie, doprowadza do czerwoności. Bo mi wciąż we łbie tkwi reguła, że jak rodzina spożywa wspólnie (co w moim domu rodzinnym było regułą bez względu na okoliczności), to ktoś tam do stołu podaje a ktoś tam (niekoniecznie ten sam) ze stołu uprząta. Natomiast, jak osoba spożywa sama i zostało jej pod nos podane, to wypadało by po sobie uprzątnąć ze stołu. No, nie dla wszystkich jest to oczywiste.
A tak na uboczu: fajne to było, że nawet niedzielne śniadania, celebrowane były wspólnie. W czasach, gdy łykend zaczynał się w sobotę po trzynastej, niedziela była tym dniem odpoczynku i czasem na pogadulenie o różnościach. Te niedzielne śniadania były dość późne, z zastawianiem stołu - serweteczki, talerzyczki itepe, a potem się siedziało i gadało. I ciągle stół do tego służył, jedzenie było sprawą drugorzędną (niemniej - smacznie przyrządzoną i podaną), pierwszorzędne było bycie i wymiana. I szkodzi mi, jak słyszę, że "przy jedzeniu się nie gada" - owszem, gada się, jak najbardziej, oczywiście -  nie z pełną gębą.

No dobra, to może w kwestii ładunków wybuchowych by było na tyle.

Od soboty Kevin przestał być sam, bo zjechało Dziecko. Z zamiarem wywiezienia matki do cywilizacji.
Tak na prawdę, chodziło mu o kupienie sobie butów zimowych, bo poprzednie, po 5 sezonach użytkowania, wyglądają już niespecjalnie estetycznie. (Choć podejrzewam, że jeszcze tę zimę by przetrwały, gdyby nie trzeba było ich oglądać.) Wszelkie zakupy odzieżowe dla Dziecka zawsze były kosztowne psychicznie (choć materialnie również, bo np. buty zawsze kupowało się bez względu an cenę, a ze względu na wygodę. Choć oczywiście w pewnym zakresie cenowym, cen prowincjonalnych oraz elastyczności portfela) Te ostatnie, właśnie dogorywające kosztowały nominalnie ponad 450 zł. Ponieważ jednocześnie kupowaliśmy u pana kurtkę za ponad 200 i spodnie za 150, pan dał duży upust, jak na stosunki małomiasteczkowe (tu nie ma przecen, to co nie poszło tej zimy idzie w magazyn i nowej zimy jest wyjmowane z nowa ceną, oczywiście wyższą, bo wszystko idzie w górę) Przy okazji ja miałam zrealizować bon upominkowy do 3C.
I tym sposobem zaliczyliśmy 2 galerie znajdujące się w sąsiedztwie. Obeszliśmy wszystkie sklepy oferujące obuwie typu timbe@land. Oczywiście raczej typu, bo oryginał przerasta nas cenowo, przy czym zasadnicza część tej ceny jest z powodu loga na bucie oraz z powodu, że "całe Holyłud...." itd. A sam obiekt jest mocno przereklamowany i jakość oraz wygoda nie są takie znowu "łał". Ostatecznie nabyliśmy w pewnym sklepie coś, co od rzeczonego różniło się wygniecionym na zapiętku symbolem (zamiast drzewka miało żółwika), oraz ceną, oraz tym, że Dziecko poczuło się w nich tak, jakby to były własne buty, przed chwilą z nóg zdjęte. Po późniejszych oględzinach wyciągnęliśmy wniosek, że żółte rączki na butach wyprodukowanych przed godziną 15-tą gniotą drzewko, a na tych po 15-tej - żółwika.
Szukaliśmy butów z licówki (bardzo blisko było u Wojasa - przecudne, przepięknie uszyte, ze skórzana futrówką, CZERWONE, "traperki"! Byliśmy zachwyceni i prawie gotowi do poświęceń, niestety, po kilku rundach wzdłuż sklepu, Dziecko orzekło, z ejego piety mówią NIE. Nawet, fakt, że panienka sklepówna, upadła przed Dzieckiem na kolana i mu te buty posznurowała, bo ostatnio chyba trzeba mieć magistrat ze sznurowania butów). I jak zwykle - kupiliśmy z nubuku. Dziecko połowiło w sieci i wyczytało, że można nubuk zawoskować, krzywdy mu się nie zrobi, a raczej-wręcz przeciwnie. Tak się głupio złożyło, że kiedyś nabyłam "na wszelki wypadek" wosk impregnujący do butów z kapsa.Spróbowaliśmy na starych i stwierdziwszy, że faktycznie nie szkodzi, uruchomiliśmy manufakturę: Dziecko jeden, ja drugi. Potem kawka i papierosek celem przesuszenia butów. I zamiana; dziecko drugi, ja jeden, co by indywidualne podejście do szmaty z woskiem się nie odzwierciedliło na bucie.Efekt przerósł nasze oczekiwania.
Swoją drogą, zastanawiam się nad sensem istnienia tych butów w wersji nubuk zamiast licówka. Z założenia, są to buty robocze (mierzyliśmy nawet takie ze stalowymi podnoskami, raczej dla szpanu nie produkowanymi z tym żelastwem). Wiadomo, że znacznie łatwiej konserwuje się buty z licówki, także ich wodochłonność jest inna. No, chyba, że ten nubuk jest fabrycznie impregnowany, jak w wolwerajnach.

Wyprawa po buty zajęła nam prawie cały dzień. Ja miałam przy tym mały fitnes, ponieważ leciałam kłusem za Dzieckiem, z wierzchnim okryciem w ręku, z powodu galeryjnych upałów (prawie, jak ci Indianie, co to uprawiają biegi z kłodą na rękach). Potem poszliśmy coś zjeść, żeby nie dać się karmić Najstarszej. A potem, już na szybkości, zaliczyliśmy wizytę rodzinną. Głównie celem doniesienia Starszemu zakupionej, przy okazji butowych poszukiwań, bielizny.

Przyjechaliśmy "nocą". Dziecko cały czas ścieszone, że "w końcu się raz nie musi spieszyć". A ja miałam cały czas za uszami psy na pęknięciu zamknięte w domu. Ale nie miauknęłam nawet słowem. Niech się Dziecko cieszy. A potem się cieszyło tymi butami prawie jak dziecko.
(Myśmy rodzinnie, od zarania, mieli fijoła na punkcie ładnych butów. W tej chwili mi odeszło, bo nie bywam, a po gumnie wystarczą mi praktyczne, choć szkaradnych bym nie zniosła. Ale pamiętam, dzieckiem będąc, potem już takim większym -zawsze się kupowało coś ładnego. Pewnego razu Mama przywiozła nam z Czech prześliczne trzewiczki, w takim nietypowym beżowym kolorze, coś jak bardzo mleczne kakałko. I moja młodsza siostrzyczka poszła z nimi spać postawiwszy sobie na podusi. Byłam bliska spytania Dziecka,  czy sobie tych butków nie postawi na podusi.)
Ja sobie także kupiłam czewiczki. Stopięćdziesiąt razy będąc przepytywana przez Dziecko, czy aby jestem pewna, że te, a czy mi się na pewno podobają, a czy przypadkiem nie kupuję, żeby już mieć z głowy.
Faktycznie, trochę już chciałam mieć to z głowy, ale gdyby mi nie odpowiadały, to bym nie kupiła.
No i niby, podobno, bon prezentowy to jest taki niekłopotliwy upominek. Dla ofiarodwcy.