Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2016

bez bilansu

            Koniec roku tuż-tuż-tuż. Ufff! Jakby to akurat tylko od numeru zależało wszystko, ale jakąś głupią nadzieję wciąż mamy, że jak się numer zmieni, to może będzie lepiej. Choć zza różnych okien wygląda, że w różnych tematach szykuje się raczej gorzej. Dla tych co jeszcze myślą, a nie tylko klaszczą i ogłuszeni własnymi oklaskami już niczego innego nie słyszą.
            Poza tym -wszyscy żyją. Nawet ciotka z ludożercą ma się jakby lepiej, bo znowu zaczyna dawać do wiwatu rozsiewając swoje nauki moralne i życiowe mądrości (niby skąd ich miała zaczerpnąć, pilnując całe życie żeby jej się Winien i Ma zgadzało oraz własnej sempiterny, której tak do końca i tak się jej upilnować nie udało)
Wśród tych bajek i bajeczek była taka, jak to wykradła chrześniaka z przedszkola. Taka fantazja jej powstała we łbie, że poszła i dzieciaka ""wybrała". "No i wiesz, a jego ojciec był ubekiem i na motorze po mieście jeździł i dzieciaka szukał" Co moje Dziecko podsumowało, że w takiej sytuacji miała szczęścia więcej niż rozumu, bo mogła "na dołku" wylądować i chwilę tam posiedzieć. Zapytałam ile lat wtedy miała (mając cicha nadzieję, że jednak mniej niż pięćdziesiąt) i usłyszawszy, że 24 wszyscy zgodnie stwierdzili, że kobiecie tak do dwudziestu pięciu ostatecznie wolno jeszcze głupoty robić (facetom głupoty uchodzą w zasadzie do końca życia, bo oni głównie rosną, z wiekiem - nierównomiernie w różnych miejscach, a nie dorastają nigdy) Potem należy przestać robić głupoty i posiąść samokrytycyzm i samoocenę. Jak widać, nie wszystkim jest to dane i do końca życia uważają, że mogą co im się chce i kiedy im się chce, nie bacząc na cała resztę wokół. Co jest konsekwencją przerośniętego ego i wyraża się, jeżeli nie pogardą dla reszty, to przynajmniej ignorowaniem tej reszty.

                Robiłam przedgwiazdkowe zakupy u "mojej" Magdusi ("mojej", bo byłam jej wychowawczynią przez 5 lat). Bardzo lubię robić tam zakupy, bo ma sklep świetnie zaopatrzony, ceny dość przyjemne i sympatyczną obsługę. Natychmiast, gdy stanie się przed regałem, pojawia się miła dziewczynka i pyta "czy mogę w czymś pomóc" i nie jest to zapytanie, jak w rossmanie oraz w tym sklepie ma sens jak najbardziej: przeglądanie "bolesławców" w kurtce i z torebką na ramieniu grozi efektem słonia w składzie. Dziewczynka podaje, odstawia, przekłada i traktuje człowieka, jak by był jedynym klientem w sklepie. Wybrany produkt jest odnoszony do kontuaru celem zapakowania ("zwyczajnie, czy na prezent?"), po czym dziewczynka wraca i pyta, czy czymś jeszcze może służyć i przewala mi całą półkę olejków, w poszukiwaniu tego, którego potrzebuję i akurat nie ma. Nawet mi głupio, że aż tak i mówię, żeby już nie szukała, bo widzę, że są w tych samych opakowaniach - wszystkie zapachowe, a ja chcę eteryczny. Więc na odchodne mówię "mojej" Magdusi, jak miło być jej klientką. Na co słyszę: "bo wie pani, to trzeba lubić swoją pracę i lubić ludzi". Na co mi "gula" zaczyna powstawać jakaś, bo Magdusia powtarza dokładnie to samo, co mi tuptało na poddaszu przez całe lata i czym prędzej wychodzę. Jak miło, że się miało takie fajne "dzieci".
No, a ludzie? Ludzie w całej swojej masie są przerażający, są okropni. Zupełnie tak samo, jak uczniowie na korytarzu w czasie przerwy. I jak się na tym dyżurze, tak płynie nad nimi, nie widząc, to można się czuć jak tygrys w klatce, w dodatku otoczonej stadem wrzeszczących pawianów. Ale jak się podejdzie do każdego pojedynczo, i pojedynczo ich zobaczy to już jest zupełnie inna bajka.

                Wczoraj geriatria pojechała do Rz. bo ciotka załatwiła Starszemu wizytę u kardiologa.Ja bym tego nie załatwiła, ciotce udało się tylko dzięki temu, że jej samej pompka zastrajkowała i wylądowała na oddziale.Po czym uruchomiła wszystkie pokłady ogłady, bą tą i ęą, czym sobie panią doktór tak zjednała (plus zakupione przeze mnie kwiaty z ferero oraz tort orzechowy jak Czomolungma przed samymi świętami), że ta zgodziła się go przyjąć w przychodni, ignorując zapisy z rocznym wyprzedzeniem (nawet do miejscowego kardio Starszy ma termin na 20.07.2017 ustalony jakoś w lipcu).
W związku z powyższym cisza zapanowała, zero mów politycznych tudzież politycznych kazań.
No i tak sobie pomyślałam, że jak chwilowo nie muszę żywić Starszego, to może bym sobie ugotowała coś, co lubię, a on nie tyka. I jakoś nie mogłam sobie przypomnieć. Wobec czego skończyło się na kaszy jaglanej: właśnie przelałam wrzątkiem i nastawiłam, coby sobie pyrkała. Co z nią dalej będzie - okaże się w trakcie.Mam nadzieję, że uda mi się nie przypalić.

               W trakcie przedświątecznego zidiocenia udało mi się wyrwać chwilę, żeby uszyć fartuszek dla Pumy. Pumy miało nie być na święta, a w czwartek wieczorem okazało się, że w piątek o 15 tej wsiada i wysiądzie w S. około 15-tej w sobotę. Puma jest strasznie pozytywna. Tak sobie właśnie teraz myślę, że nigdy nie słyszałam żadnego jojczenia w jej wydaniu. No ten słoneczny uśmiech. Samą swoją obecnością wnosi deko radości.Więc oczywiste, jak się ucieszyłam na wieść, oraz wpadłam w popłoch prezentowy.

Włala! Niebawem zostanę miszczem szycia lamówek. Ten "przodzik" serduchowaty sfastrygowałam, bo tam same zakręty były, ale dół poleciałam partyzantem, czyli z wolnej ręki.

                Musiała gdzieś Puma wypchnąć w sieć foty wigilijnego jadła, bo odezwała się mesendżerem moja amerykanska bratowa namber łan, coby jej koniecznie podać przepis na pakowaniec, bo ona chce na nju jer upiec. Jak doszłam do połowy, to stwierdziła, że "oj, to się chyba tydzień robi". Więc ją pocieszyłam, że nie, bo: zarabiasz rozczyn - 5 min, po czym masz go w nosie, pijesz kawkę, oglądasz tiwi, opierniczasz męża. Jak ruszył wyrabiasz ciasto, kolejne 15 min, po czym znów masz je w nosie i powtarzasz to samo. Po godzinie poświęcasz 20min max na przygotowanie ciasta do wepchnięcia w piekarnik.
Trochę ją to podbudowało, ale stwierdziła, ze woli pyfko niż kawkę. Proszsz bardzo, niech będzie pyfko, tylko istnieje niebezpieczeństwo, że po użyciu pyfka w roli przerywnika muzycznego, wyjdzie "pijany Izydor" zamiast pakowańca.
           Na podniesienie ducha podałam jej jeszcze przepis na Cytrynowy Biszkopt Cioci Margo, czyli naszej Gochy. Gocha piekła rzadko i nie lubiła zbytniego pierniczenia się z garami. Wypieki robiła "jednowsadowe" szybko przygotowywalne do wsadu, bez ważenia wagą itp utrudniania sobie życia. Za to ten biszkopt robił furorę w Paryżu, wśród jej francuskich znajomych (gdzie ciast przecudnych i przesmacznych nie brakuje)
Jakby ktoś MUSIAŁ coś upiec na Nowy Rok, to to jest właśnie takie ciasto: może niezbyt reprezentacyjne, ale szybkie, łatwe i przyjemne w wykonaniu, oraz smaczne.
Proszę bardzo
składniki:
3 cytryny
5 jajek
5 kopiastych łyżek mąki
1 i 1/2 szkl cukru
100ml oleju (rzepakowy, słonecznikowy, bez smaku i zapachu)
na lukier
sok z 1 cytryny
cukier puder
Wykonanie:
1.Zetrzeć skórkę z jednej cytryny (no, cóż, tę odrobinę chemii jakoś może przeżyjemy)
2.Wycisnąć sok z 2 cytryn
3.Oddzielić białka do jednego dużego pojemnika, a żółtka do mniejszego
4.Najpierw trzepakami od miksera ubić na sztywno białka.
Jak już sztywne dać do nich połowę tego cukru i ubijać dalej, dolewając sok z cytryn
5. Teraz wsypać resztę cukru do żółtek i ubić tymi samymi trzepakami kogel-mogel
6. Wlać kogel-mogel do ubitych białek wciąż ubijając
7. Wlać olej -ubijać
8.Wsypać mąkę - pokręcić na małych obrotach, albo wymieszać łyżką do dna

(Można dla pewności dać razem z mąką łyżeczkę proszku do pieczenia)

Wylać do keksówki i piec na 150-180 st ok 35-40 minut. Pod koniec pieczenia, czyli jak już wyrośnięty ładnie i z wierzchu rumiany można spróbować patykiem (np do szaszłyków) czy się wnętrze nie lepi.

Po upieczeniu wyjąc z keksówki i zrobić od razu lukier tj do soku z cytryny wsypać cukier puder i mieszać łyżką. Pewnie można mikserem też. Ma to być gęste lejące, (nie wiem ile tego cukru, ale pewnie ponad szklanka wejdzie) - lukier robimy nieco rzadszy niż do lukrowania ciasteczek.

Tym lukrem polewać ciasto póki jeszcze ciepłe. Wtedy część lukru się zleje, a część wsiąknie w ciasto i o to chodzi. Jak nie wyjdzie wszystek to można zostawić na potem i resztą polać już wystygnięte ciasto. Gdyby się lepił do paluchów -można potrzepać cukrem pudrem przez sitko (czego ja nigdy nie robię, niech się lepi, jak lubi. Paluchy zawsze można oblizać, a w qlturalnym świecie wytrzeć w serwetkę)

Ten biszkopt zawsze wychodzi. Zakalec się nie zdarzał. Ja piekę na termoobiegu, wstawiam do zimnego piekarnika i nastawiam na 150, bo przy termoobiegu zawsze trzeba trochę niżej ustawić temp. Keksówka raczej duża potrzebna. I uwaga do punktu 4. i 5.: można oczywiście dać wszytek cukier do białek, a gdy ubite wrzucać żółtka i ubijać dalej. Ale z doświadczenia wiem, ze biszkopt jest lepszy, jak się daje już ubite żółtka do ubitych białek.

Biszkoptu nie mam. Ale za to mam pakowaniec. Który mi przypomniał Lilkę Eichlównę. Tak się jakoś złożyło, dawno temu, że się ichnia Pascha z naszą Wielkanocą zbiegły, na tę okoliczność byłyśmy z Mamą zaproszone i właśnie pakowańcem poczęstowane.

            Przepisu nie będzie. Jest na "wielkim żarciu" prawie identyczny, z tym, że u mnie nie ma żadnych powideł ani mas migdałowych. Tylko same bakalie, na sucho: pokrojone śliwki, morele, figi, daktyle, posiekane orzechy włoskie, skórka pomarańczowa i nieco płatków migdałowych. Po upieczeniu został polukrowany pomadkowym lukrem cytrynowym i posypany, bez przesady, płatkami nieprażonymi.

PS. Lilka Eichlówna była oczywiście Żydówką, o czym,oczywiście, wszyscy wiedzieli. W moich szczenięcych latach była już "trochę starszą damą" (w istocie pewnie niewiele starszą od mojej mamy). I właśnie - damą! Zawsze bardzo starannie i elegancko ubrana. Zapamiętałam najbardziej te koronkowe, białe rękawiczki, które latem nosiła, a które były w tym czasie ewenementem. Oraz letnie kapelusiki, takie niciane, usztywniane, od słońca. Spotykałam ją najczęściej pędząc Daszyńskiego w górę, na jakieś popołudniowe zajęcia w liceum, podczas gdy ona spacerowała w dół. Zresztą, niedaleko mieszkała. Kamienica na rogu Kościuszki i Mickiewicza była conajmniej od 1932 roku własnością jej ojca, potem jej. Ojciec, dr. Wilhelm Eichel, był adwokatem, członkiem przemyskiej palestry. O matce wiem tyle, że na bal ubierała brylanty, które "tak pięknie rozświetlają twarz i dodają jej blasku". Widać tych brylantów nie starczyło, na przeżycie całej rodziny, bo została sama Lilka. Z całej żydowskiej społeczności S., stanowiącej przed wojną 30 - 40 % obywateli miasta pozostało, przynajmniej w naszej świadomości i pamięci, ich dwoje: dama Lilka i prawie menel Tulik, który wszędzie chodził z małym kundelkiem na ręku.

sobota, 5 listopada 2016

zmiana nie-dobra

Podobno czas na zmiany. Zmieniają nam tu, tam i ówdzie. I mówią, że to dobre zmiany. No, ja tam nie wiem. Dla kogo dobre, dla tego dobre. (Np. ta ostatnia zmiana z akcyzą na auta: bidny Kowalski kupując złoma z landów sprowadzonego dołoży do interesu, natomiast reprezentant narodu, kupując lambordżini np, oszczędzi kupę kasy. Przypomina mi się anegdota w okolicy krążąca, dotycząca lokalnie wybranego: Jakoś tak w środku kadencji chłopy go dopadły pod młynem - No i jak, panie W? Mówiliście, że będzie lepiej!
- A nie jest? MNIE jest lepiej!)
Ale nie o te zmiany mi chodzi. W ogólności staram się nie interesować broszkami.
Natomiast bezpośrednio dopadła mnie zmiana czasu. Niby wróciliśmy do "właściwego", czyli słonecznego zegara, ale to nagłe skrócenie dnia o godzinę jest wqrzające, deprymujące i powodujące dezorganizację harmonogramów. Nagle psy, które dostawały kolacje o 18 tej zaczynają się dopominać o papu o 17tej! (No, niemożliwe! Już głodne! Przecież nie pora!) Kotów też zaczyna być nagle dużo jakoś, bo wszystkie trzy na raz znajdują się w kuchni, siedzą na środku i wpatrują się we mnie lub nawet zaczynają wierzchem chodzić.
Nie mówiąc już o zakłóceniu innych harmonogramów na styku: w sobotę wracałam z S. W Rz. już pociąg o 18 tej miał jakieś zaburzenia, podstawiony został dokładnie w godzinie odjazdu, podczas gdy zwykle stoi 20 minut wcześniej.
I do tego jeszcze inne okoliczności:
Pogoda usiłująca wiatrem zerwać nie tylko czapkę  z głowy, ale nawet głowę z karku.
Woda w kranie występująca jak efemeryda - pojawia się i znika. W międzyczasie koncert w rurach -psss, bul-bul, pss! A jak już się pojawi, to ledwie cieknie. Chyba trzeba się zaopatrzyć w dyżurne pięciolitrówki, żeby w razie W chociaż herbatę było z czego.
W tych wszystkich niesprzyjających okolicznościach wypada pomyśleć nad ZSD. Jeden  z opatentowanych babskich sposobów, to kupić sobie coś miłego. Niekoniecznie od razu etolę z norek, ale jakiś drobiażdżek sympatyczny.Niestety wymaga to ruszenia tyłka poza gumno.
Ale jest tez sposób na ZSD bez ruszania tyłka - miłe dla oka i podniebienia jedzonko!

W Ardenach podobno jeszcze złotojesiennie, ale moja ulubiona francuska bratanica musiała zaszyć się w kuchni przed halołynowymi przebierańcami. Takie były skutki tego zaszycia się, którymi się ze mną podzieliła (niestety, dla mnie były tylko efekty wizualne, resztę doceniał Pierre na talerzu): pierogasy z dyniuchą. Po wierzchu wala się szałwia, czosnek i tarty serek.

Przez te głupie halołyny dynie ropanoszyły się wszędzie. Niejako ubocznie również kulinarnie.


U mnie panoszą się w piwnicy. Z przeznaczeniem głównie dla kozowatych, ale wypadałoby samej spróbować, co się wyhodowało. Choćby po to, żeby mieć pojęcie o walorach poszczególnych odmian.

No to poszły do piekarnika: jedna butternut, jedna hokkaido i połowa białej. Ze skórką. Potem ta skórka schodziła bez żadnej łaski. Najsmaczniejsza okazała się ta biała. Tegoroczne hokaido -masakra jakaś, zapewne przez suszę i upały - twarda skórka, mączysty cienki miąższ. Piżmowa też niczego sobie...

Po co te dynie w piekarnik? Bo zaczęłyśmy z Puma wymieniać poglądy na temat ciasta z dynią jako substratem (nie w postaci nadzienia, bo u mnie konserwa kulinarna -odpada). Puma mi podesłała linki do przepisów na jakieś drożdżówki dyniowe. I się okazało, że do ciasta dodaje się dynię w postaci upieczonej i przetartej. O czym oczywiście nie wiedziałam. Bywało,że piekłam chleb z dodatkiem dyni, ale ścierałam ją po prostu na tarce, taka surową i już.

Wśród przepisów od Pumy była chałka dyniowa. 
Ponieważ przepisy  traktuję zwykle jako inspirację, więc tym razem z chałki dyniowej wyszło mi takie cuś:

Ciasto zostało rozwałkowane, posmarowane stopionym masełem i obficie zasypane cukrem z cynamonem, z przewaga tego drugiego. Następnie zwinięte w rulon, poustawiane na sztorc w tortownicy i upieczone. Z reszty powstała jeszcze taka mała strucelka marmoladowo nadziana. Na koniec polukrowane. A co! Niech jeszcze wygląda ładnie!

Wyglądało bardzo krótko, bo natychmiast zaczęło znikać. Po prostu gęba w niebie! Polecam. Zróbcie Sobie Dobrze, link do przepisu jest wyżej. Może być i chała, jak kto woli.

No i to był taki mały przerywnik muzyczny. Zawsze lepiej ruszyć tyłek i coś zdziałać, niż patrzeć w okno i przeżywać, co się widzi za.
(Chociaż ZA pojawiają się ostatnio miłe akcenty przyrodnicze: sójki zagościły na gumnie, sikorki wracają, na gościnnych występach jest jakiś szlachetny gołąbek. Nie wiem jeszcze, gdzie nocuje, ale rankiem widzę go jak śniada nieopodal obórki. No i plus dodatni dwudniowej wichury - wiało we właściwym kierunku i wywiało liście z gumna. Mówiłam cały czas, że grabienie liści to bezsensowne zajęcie?)

Jeden z plusów ujemnych nie-dobrej zmiany wiąże się z wieczornym wyprowadzaniem psów utrudnionym przez ludzka głupotę. Powyższy splot okoliczności spowodował, że wczoraj horror mały przeżyłam, na szczęście skutkujący tylko zdartym gardłem: Wypuściłam wieczorem psy na przedostatnie sikanko na gumno. Natychmiast pobiegły bezgłośnie aż pod stodołę - aha, coś było. Niestety, to coś było jeszcze aktualnie w postaci wolnego i swobodnego psa czającego się w mroku za lipą. Wolne i swobodne psy zachowują się nieprzewidywalnie, na ogół są ciężko wystraszone. Ten w pewnym momencie rzucił się pędem w kierunku szosy na co Czarna natychmiast za nim, wyciągając się prawie jak chart. A na szosie akurat był ruch jak na Marszałkowskiej w godzinie szczytu (nie, korek nie!) I to zapewne, oraz moje wrzaski Czarna zastopowało i skruszona wróciła. A dziś od rana znów jakiś wolny i swobodny pies palęta mi się po gumnie, wywołując słuszne oburzenie u psów domowych. Wrzask jest od rana.Psiaczek aktualnie zaprzyjaźnia się z kundlem sąsiadów, więc trase spacerowa mam zablokowaną.
Ciekawe, czy nastanie kiedyś taki cudowny moment,że ludzie się nauczą iż własny pies powinien przebywać na własnym gumnie, a poza jedynie na sznurku w rekach pana/pani?

Wczesnym rankiem zastałam staruszkę na wyrku w takim stanie. Ona nie jest ciepłolubna, jak Czarna. I zupełnie nie wiem, jak jej się udało tak skitrać w ten kocyk, który wcześniej leżał sobie zupełnie i dokładnie na płask. W każdym razie chwilę zajęło mi wysupływanie jej z kocyka, bo była nim wielokrotnie owinięta. To koc normalnych rozmiarów!

Póki co wylazło słoneczko, więc do boju!


wtorek, 19 kwietnia 2016

Nasz klient - nasz pan: jabczany placek

Blog ten kulinarnym blogiem nie jest. Raczej bla-bla-bla. Czasem nawet jakieś doświadczenia i spostrzeżenia, które komuś na coś mogą się przydać i życie ułatwić. Ale... Pewna wierna czytelniczka skłoniła mnie do zamieszczenia przepisu na placek.
Ponieważ ja przesadnie pracowita nie jestem, więc staram się zamierzone cele uzyskiwać najmniejszym możliwie nakładem sił, środków i czasu. Ten placek był niejako z berecika, czyli swobodna improwizacja na temat. Wymuszona tym, że
a) darowanych jabłek zostało trochę nadto, a dary boże się marnować nie powinny
b) darowane jabłka się na normalną szarlotkę nie nadawały - w szarlotce widze jedynie renety lub antonówki, albo Cesarza Wilhelma
c) nie chciało mi się rozkładać ze stolnicą
d) wypadało coś upiec, albowiem istniało domniemanie, że Dziecka wpadną ("chociaż na chwilę") z S.W. (Nie wpadły!)

Ciasto, które tu zaraz zapodam jest ciastem uniwersalnym. Można na nim swobodnie improwizować:

a) wrzucając, w wylane na płaską blachę, dowolne sezonowe owoce, raczej więcej, niż mniej. Po czym trzeba go natychmiast po upieczeniu odwrócić do góry nogami i posypać pudrem cukrem, bo owoce polecą na dno.
b) wylawszy do keksówki, część ciasta zostawić w misce, dodać kakao do tej zostawionej, łyżkę mleka/wody i szczyptę proszku do pieczenia. Następnie to czarne wylać ciurkiem po wierzchu białego, uczyniwszy w ten sposób łaciatą babkę. (Dłubać w tym nie trzeba, samo dowolnie opadnie, bo czarne cięższe jakby)
c) wrzucić w ciasto bakalie dowolne, wylać do keksówki i uczynić cwibak vel keks (do dziś nie wiem czy to to samo, czy różnica jakaś jest, zdaje się, że któryś jest bez tłuszczu)
d) upiec ciasto na płasko, a potem czymś przełożyć, (stuningowawszy nieco, np. zamiast wody dodać sok z cytryny i startą skórkę - przełożyć cytrynowym "kisielkiem" ).

No, to CIASTO
6 jajek
3/4 szkl cukru kryształu
1 kostka masła lub margaryny (benelux w postaci pięciodekowej różnicy masy jest pomijalny)
2 i 1/2 szkl mąki (wsypać najpierw dwie, te pół dołożyć, jakby nam się za rzadkie wydawało - sklepowa mąka jest suchsza niż "ze młyna")
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4-5 łyżek wody (z których jedną można zastąpić sokiem z cytryny, a jak chcemy placek cytrynowy, to wszystkie zastępujemy sokiem)

WYKONANIE:
Przygotować odpowiednią blachę (Piekłam w najmniejszej, jaką posiadam 32X20, ale mogłaby być trochę większa, wtedy ciasto byłoby cieńsze)
1. Tłuszcz postawić w małym rondelku na małym gazie - niech się topi i podgrzewa, byle nie zaczął rumienić
2. Białka wbić do dużego pojemnika, żółtka zostawić pod ręką w miseczce.
3. Ubić białka na bardzo sztywno, jak ubite-  wsypać cukier, wlać wodę i ubijać do usztywnienia
4. Wrzucić żółtka do tych bardzo już sztywnych białek i ubijać dowolnie
5. Jak już ubite dokładnie, wtedy wlać cienkim ciurkiem wrzący tłuszcz. Lać POD mieszaki miksera (nie Na, bo schlastamy wszystko) i ubijać na wysokich obrotach. Powinno pięknie urosnąć.
6. Wsypać mąkę z proszkiem i wymieszać mikserem na najniższych obrotach (sprawdzić łyżką, czy nam gęstwa na spodzie nie została)

Babcia mówiła, że bełtać ciasto należy zawsze TYLKO W JEDNĄ STRONĘ. I tego się trzymajmy, bo coś w tym pewnie jest!

PIEKĘ 150st. na termoobiegu, wsadziwszy to zimnego piekarnika (bo innej opcji wciąż nie mam) jakieś  3 kwadranse. Moim piekarnikiem się sugerować nie należy - ciasto ma się ładnie wyzłocić na wierzchu.

Nadzienie robimy, jakie nam przyjdzie do głowy.
Mi przyszły te JABŁKA:
Ponad kilo jabłek obrać, pokroić na ćwiarteczki/ ósemeczki, walnąć do rondla, podlać odrobinę wodą, nakryć pokrywką. Zapomnieć się nie da, bo grozi to zwęgleniem - od czasu do czasu pomieszać trzeba.
Jak już były uprzejme się rozpaść nieco - dosypać cukru w zależności od uznania i jabłek. Chwile popyrkać. Ponieważ to jednak rzadkie jest, a marmolady wysmażać mi się nie chciało, więc oceniłam objętość okiem i stwierdziłam, że dwie galaretki i jeden żel frukt dadzą temu radę. Dosypałam (z żelfruktem ostrożnie, żeby się bryły nie nabawić - sypać cieniutko, zmieszany z odrobiną cukru i od razu mieszać). Galaretki były pod ręką pomarańczowe, ale jakieś cytrynowe, czy brzoskwiniowe też by uszły. (Może nawet agrestowe, ale innych już nie widzę w tym połączeniu)

Postawić w zimne miejsce (jak takie znajdziecie), coby ostygło. Potem placek przekroić  i przełożyć. Wierzch docisnąć, ale i tak będzie się odklejał, dopóki nie nawilgnie od tych jabłek (czyli jakiś min. 1 dzień w lodówce).

Albo: KISIELEK CYTRYNOWY
jak nam się nie psują unijne, ani żadne inne jabłka, to możemy zrobić kiesielek cytrynowy
Zagotować 2 szkl wody z 1,5 szkl cukru
2 jajka utrzepać z 2 łyżkami kartoflanki i sokiem z 3 cytryn (można dorzucić odrobinę startej skórki, może nas nie zabije, a pachniało będzie ładnie)
Wlać do gotującej się wody i ugotować kisielek
Ciepłym przełożyć placek

Wierzch wypada czymś utytłać. Najprościej pudrem cukrem, ale ten placek jest dość wilgotny, więc się nam puder cukier rozpłynie. Proponuje zatem LUKIER.
Odnośnie lukrów doświadczenie mam następujące: i ten w postaci białko + cukier, i ten w postaci sok z cytryny +cukier mają dwie wady zasadnicze:
Po pierwsze wymagają od nas długotrwałego merdania łyżką na talerzu
Po drugie - niewdzięczne za ten wysiłek - kruszą się bezczelnie o odpadają od ciasta, psując cały efekt.
Wobec czego, jedyny lukier jaki robię , to coś w rodzaju lukru pomadkowego: prosto, łatwo, przyjemnie i poddająco się tuningom.
Tyle,że przepisu na to konkretnego nie podam, bo robię z berecika.
Ogólnie to LUKIER wygląda tak:
rozpływam w rondelku około 5 dag masła (i tu ma być masło! nie żadna maryna, bo śmierdzi chemią)
dolewam do tego sok z pół większej i soczystej cytryny
dosypuję puder cukier i mieszam
Cukru wejdzie w to dość dużo, nie potrafię powiedzieć na deka, ale może tak 1/4 do 1/3 torebki cukrowej
To się nie ma zagotować, ma się tylko  podgrzać, a mieszaniem składniki się mają ładnie połączyć (Gotować wręcz nie wolno!).
Ciepłe natychmiast wylać na placek i rozsmarować,  w zależności od upodobań estetycznych - bardziej, lub mniej gładko.
Ten lukier można tuningować dodając do niego odrobinę skórki startej z cytryny, albo sok pomarańczowy i odrobinę startej skórki, zamiast soku cytrynowego. Można po wierzchu posypać (ten pomarańczowy, bo za bardzo mącić w smakach nie należy) skórką pomarańczową kandyzowaną (ale to na pierniku się sprawdza np.- tu ma być jabłka czuć przede wszystkim - takie było założenie, choć i tak te galaretki trochę namieszały)

Wyszło jakoś tak. Jabłek jest wystarczająco grubo. Ciasto może nieco za grube, ale to nie jest dławiący biszkopt, więc ujdzie. (Wiem, wiem, że Bavaria lepiej by wyglądała na hafcie riszelie, ale ojtam-ojtam. Ta Bavaria to zabytek rodzinny - wianny serwis mojej ś.p. teściowej. Mlecznik dokupiłam, bo zaginął w akcji. Ciekawe, która go doceni - córka, czy synowa, bo porcelana jest przednia. Przez tradycję powinien przejść na synową.. )

PS.
1. SZCZYPTA to dokładnie tyle ile się zmieści pomiędzy opuszkami palca wskazującego i  kciuka
2. Proszku używam wyłącznie z Delecty, bo się nie grudzi, nie wali sodą i Delecta to chyba jeszcze nie Nestle, a nestle bojkotujemy ze względu na monsanto i testowanie karm na psach(!). Więc Winiary też bojkotujemy, bo to już monsanto.
3. No to życzę Wam radosnej tfórczości w kuchni!
4. Napisanie tego posta zajęło więcej czasu niż upieczenie placka.
 



sobota, 2 stycznia 2016

Nowy mamy...

Można by rzec, że przyszedł niepostreżenie, gdyby nie towarzyszące temu przyjściu huki petard i fajerwerków, które rozpoczęły się już rankiem w Sylwestra i trwały do późnego wieczora następnego dnia. Hukom tym wtórował oczywiście psi jazgot wszędzie wokół.
W domu udało mi się trochę opanować szaleństwa Czarnej, ubierając ją w najmniejszego tiszerta, jaki mam na stanie i wiążąc go w supeł w okolicach dupska. Faktycznie zadziałało. Rozdarła się dopiero około północy, gdy któryś sąsiad zaczął odpalać fajerwerki i hukom towarzyszyły także błyski, widoczne w pokoju. Mała została "obandażowana" szalem, który w tym celu stuningowałam, robiąc z niego dwa. Mała tak więcej profilaktycznie, bo ona nie szaleje, ale licho wie, co się w małej szarej łepetynce dzieje.
Poza tym Księżniczka odwiedziła znów gabinet, bo bóle powróciły, więc tak trochę w celach relaksacyjnych to "bandażowanie". Pan wet zaleca zrobienie RTG z kontrastem, ale tego dnia było to niewykonalne. Do gabinetu w Szówsku się najpierw nie dodzwoniłam, a jak już w końcu, to była tam tylko sprzątaczka.
Zauważyłam, że te bóle mają jakiś związek z ruchem, powtórzyły się bowiem trzykrotnie po spacerach, podczas których pomykała, jak zajączek. Dwa razy wróciła sama i potem dopiero się skurczyła, a trzeci raz musiałam ją przynieść.Nie ma możliwości opanowania gonitw: odmawia spacerów na sznurku, a spuszczona - natychmiast leci, nie bacząc na konsekwencje. Wieczorny spacer wczorajszy opanowałam, udało mi się przejść wolnym krokiem, a nie przelecieć z ozorem na brodzie. (Dodam tu w kwestii wyjaśnienia: Księżniczka ma fanaberie różne, związane z załatwianiem potrzeb także. Nie skorzysta z trawniczka, który był wielokrotnie wykorzystywany.Musi mieć trawkę jakąkolwiek, nawet jeżeli jest to pojedyncze ździebełko wystające spod śniegu.Przed załatwieniem większej potrzeby  "leci", ot tak: leci, leci leci a w końcu kuca. I na spacerze, który się między innymi w tym celu odbywa, pozwalam jej "lecieć". Tyle, że na trotuarze jest to czasem "lecenie" od jednego oszczanego słupka do drugiego, lub po śladach jakiegoś swobodnego psa.) Miałam nadzieję, że uda mi się uniknąć trotuaru, ale wielokrotne wypuszczanie "za płotek" nie dało efektów. W dodatku, podczas powrotu z tego ostatniego nastąpił jakiś potężny huk w sąsiedztwie i mała wyparowała młodocianym sprintem w kierunku szosy. Panika straszna mnie ogarła, bo ostatnimi czasy mała głuchnie, jak sobie coś zaplanuje. Jednak z tej paniki rozdarłam się głosem przeraźliwym i stanęła. W przedostatniej chwili.
Na temat "hucznego" obchodzenia  świąt wszelakich nie będę się wypowiadać więcej, oprócz stwierdzenia, że jest to idiotyzm i kretynizm do wielokrotnej potęgi. Nie dość, że uciążliwy dla ludzi, którzy tej formy świętowania nie preferują i woleliby ciszę, to uciążliwy dla wszelkich zwierząt, prawdopodobnie dla tych wolno żyjących też.
O ile psy jakoś udało mi się opanować, to na koty sposobu nie znalazłam. Arkadiusz wyraźnie boi się wszelkich huków - podczas burzy zaszywa się w jakiś zakamarek - do wersalki, szafy lub ostatecznie pod kołdrę u pana. Nowy Rok przywitał w wersalce.Nie wiem co robi Tośka, bo ona zwykle kitra się po katach, ale kiedyś, gdy wskoczyła na parapet w celach konsumpcyjnych i hukło, to zmykała natychmiast. Natomiast Klementyna szalała po domu, wielokrotnie usiłując się zabić, spadając z szafy z takim łoskotem, jakby worek kości zrzucał. Nawet kozy kręciły łepetynami i nasłuchiwały przy każdym huku, zaniepokojone. One na pewno boją się dziwnych dźwięków. Wiem, bo gdy zdarza mi się używać u nich wiertarki czy wkrętarki nawet - wbijają się w norki pod żłobem i leżą tam do końca akcji.

Mrozik trzyma równo. Teraz dzionek wstaje piękny kiczowato, z różowymi chmurkami na błękitnym niebie, a chiński termometr za czy złote pokazuje -10 od dwóch godzin wytrwale.Piję resztkę kawy, która już jest lodowata (jak całe otoczenie zresztą, bo w kotle dawno wygasło) i zbieram się w qpę, żeby zrobić to czego do tej pory zaniechałam. No, zaniechałam pewnie wielu rzeczy, ale negatywnie skutkuje na razie zaniechanie ogacania obórki, bo cały czas  ciepło było, więc po co. Nieco nadrobiłam w międzyczasie, ale pozostało mi wykonanie "słomianej ściany" na żłobie. Nawet pierwszą warstwę ułożyłam, ale kozy już ja po swojemu załatwiły i teraz trzeba będzie kombinować. Najgorsze do wykonania będzie nie dźwiganie tych wiązek, a zabezpieczenie ich listwami, żeby Wanda natychmiast  nie postrącała. Trzeba będzie  przykręcić listwy do słupów "od tyłu" i tu widzę gimnastykę niejaką. Oraz umocować dodatkową łatę na ścianie, co będzie wymagało użycia młotowiertarki. Bałam się jej dotąd, bo jest dość ciężka, a z włączonym udarem ożywa intensywnie. Zwykle Dziecko wykonywało czynności z jej użyciem, ale ostatnio trzeba było umocować lampę u Wacka. Wymagało to wejścia na drabinę i wiercenia z tej drabiny. Starszy by pewnie zleciał i się zabił, więc nie było wyjścia. Zostawiłam go na glebie, zakazując "trzymania drabiny", w zamian dając kołki do trzymania, żeby czymś miał ręce zajęte i nie próbował mnie z tej drabiny zrzucić. I okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jak jeszcze pokonam lęk przed "teksańską masakrą" oraz kosą spalinową, to będę już prawie samowystarczalna.

W kwestii podsumowań i postanowień noworocznych: Jill na Prairie Homestead zrobiła podsumowanie roku. Miło się czytało. Ale ja takiego podsumowania nie robię, bo mogłoby się okazać, że plusy ujemne  przytłaczają plusy dodatnie. Bezpieczniej dla zdrowia psychicznego żyć w błogiej nieświadomości. Postanowień noworocznych też nie czynię, na zasadzie, że mniej postanowień - mniej rozczarowań. Z wyjątkiem następujących:
- koniec z sianokosami, siano zamówię zawczasu u pana Władka. Przeliczę tylko ilość balotów. Na razie jestem w połowie pierwszego, więc tak dużo ich nie będzie potrzeba. A trzymać je mogę nawet na środku podwórza pod plandeką.
- w końcu kupię jakieś małe radyjko do kuchni, żebym mogła słuchać trójki. Nawet już mam obczajone.
- wysterylizować wreszcie panny kotty, żeby przestać sobie obciążać sumienie tym, że truję je tabletkami i co z tego może wyniknąć.
No i trzeba się brać za łeb z nowym dniem. Dziecko ma dziś przyjechać i mam zamiar coś mu przygotować, żeby mógł zabrać z sobą i mieć ułatwione odżywanie na parę dni. Oni oboje pracują do późna i jeszcze nie potrafią sobie tak zorganizować, żeby zjeść ciepły posiłek o bardziej ludzkiej porze. Magda ma w dodatku doświadczenie kuchenne żadne. Zdaje się, że Kuba częściej gotuje, ale lenistwo doprowadza do kupowania półproduktów, co jest kosztowne i bezsensowne. A on jest bardzo podatny na dziwne jedzenie. Nawet Kasia wczoraj podpowiadała, żeby ich trochę zaopatrzyć, bo Dziecko wychudło strasznie.
Na tę okoliczność upiekłam. O!
Kapuśniaczki, bo te wigilijne wielkie powodzenie miały i dla Magdy uratowałam zaledwie parę, prawie z rak wyrywając u stołu. Posypane grubą solą i czarnuszką. Zawsze, jak robię kapuśniaki przypominają mi się te, robione przez Babcię Kasię, która była mistrzynią drożdżowego ciasta. Kapuśniaki robiła zawsze w słodkim drożdżowym. I jak skończyła jej się wena na ich wyrabianie, to z reszty ciasta i kapusty był pieczony jeden wielki plak na cała blachę, który wcinaliśmy, mlaskając, jeszcze ciepły (nie bacząc na babcine "bo skrętu kiszek dostaniesz". Wcale nam ten skręt koszek straszny nie był, w obliczu smaku ciepłego ciasta drożdżowego)  

I takie cynamonowe zwijaczki. Modyfikacja była taka, że ciasto posmarowałam rozbełtanym jajkiem, przed posypaniem cukrem z cynamonem. Potem część polukrowałam, ale te bez lukru podobały mi się bardziej. Dziwię się, że Puma ma problem z opanowaniem kształtu. Podejrzewam, że ona zwija każdy z osobna. Muszę to jeszcze z nią obgadać, bo piecze często takie bułeczki właśnie i boleje nad ich wyglądem.

Oraz zrobiłam blok. Bardziej dla siebie, jako reminiscencje z dzieciństwa, kiedy się taki blok w sklepie na wagę kupowało, oraz robiło w domu także. Robiłam osobiście, gówniarzem będąc, korzystając z przepisu otrzymanego od chrzestnej matki. Przepis zaginął w akcji, a tamten blok był jednak inny. Pamiętam tylko, że używało się do jego wykonania "ceresu"  - nie wiem dziś, co to był za tłuszcz, może z olejem kokosowym, ale smażyło się na nim świetnie. Tutaj użyłam masła i oleju kokosowego. W środku są bakalie i odrobina herbatniczków, które były dwukolorowe - jasne z wierzchu, a kakaowe wewnątrz.

A Księżniczka się kanapi. Uprzednio zwinąwszy to co zwijane być nie miało, bo służy zabezpieczeniu wersalki przed ostateczną dewastacją. Nieuczesana taka, bo nie chcę jej dodatkowo stresować, biorąc pod uwagę jej "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" na widok szczotki w moje ręce, albo wacika do przemywania oczu. Zastanawiam się nad uszyciem jakiegoś pontona dla niej, bo na wersalkę nie bardzo już wskakuje (choć jak bardzo chce, to potrafi, a jak nie bardzo chce, to siedzi i woła o pomoc)

No, to do ro

A wszystkim, którym do tej pory życzeń nowrocznych nie złożyłam, składam niniejszym:
Niech Nowy będzie lepszy. Niech Wam się spełnia wszystko dobre, co się spełnić powinno! No i nich Was nikt nie wqrwia!