piątek, 23 sierpnia 2013

numer jeden: rzepak

Zbliżający się termin agrotechniczny siewu rzepaku oraz zapowiadane na przyszły tydzień opady ciągłe spowodowały, że rzepak stał się numerem jeden na liście wszystkich zadań. Moi panowie orali wczoraj zawzięcie, na dwa traktory: 30-tka -dwójką, a 60-tka - trójką. Ale cyrków takich z orka nie pamiętam od lat: zmiany lemiesz w trakcie orki i obciążania, i tak ciężkiej trójki, płytami chodnikowymi. W końcu zaorali i Dziecko zawlekło, dzisiaj sieja wapno, potem agregat i siew. Do tej pory w traktory zostało wlane paliwo za prawie 1000zł i chyba tym się tych upraw nie skończy. Tak, że to rolniczenie jest jak ruski bank - wkładasz, nie wyjmujesz.
Miałam wczoraj różne takie przemyślenia i sobie w głowie pisałam, ale wieczorem miałam padakę - zasnęłam przy kompie, na siedząco, w swoim kuchennym kątku, na twardym krześle. Niby, bywało, że więcej w ciągu dnia zrobiłam, ale tak mnie jakoś wczoraj zmełło. Nie lubię pracy w biegu i z tym, że coś jest jeszcze przede mną koniecznego, na godzinę przedtem , do zrobienia.
Wczoraj wykorzystałam pochmurny i wilgotny dzień na prasowanie (w sumie planowałam tez przelecieć grządki i posiać rzepak jako poplon, coby się nie zachwaściły do jesieni. Ale zaczęło straszyć deszczem, więc zostałam rozgrzeszona). Pranie suszę na strychu, tak jest wygodniej, bo nic mnie nie zmusza do ściągania. Na strychu było wyschnięte na pieprz przez te upały i do prasowania to jest ciężkie, mimo, że wieszam tak, że i bez prasowania można nosić. A przy deszczowej pogodzie "ożywa" i można prasować nawet bez pary. No to załatwiłam ze 30 T-szertów dzieckowych i z 10 bluzek moich. W tzw międzyczasie wsadziłam jeszcze w oliwę z czosnkiem i bazylią pomidory ususzone w piekarniku dzień wcześniej.(Okazuje się, że ten piekarnik działa przy włączonym wiatraku. Może tylko coś z tą dolną grzałką nie tak?)
Na wieczór zapowiedzieli się syjamscy sąsiedzi na ustawianie siewnika -nie maja swojego, więc co roku pożyczają nasz. A ponieważ chłopy widzą, że ustawiam zawsze ja, to zadeklarowali się, że przyjdą pomóc.
Wieczór był już blisko, więc liczyłam na to, że tylko go wyciągną, a reszta na rano zostanie, ale oni napalili się, żeby już. Do stodoły zajechali, bo w dodatku padać zaczęło. A to trochę roboty jest, bo trzeba narządka wysiewowe do pszenicy zdjąć, zdemontowawszy uprzednio "oś" na której one są, a potem założyć te rzepakowe.I nie można tego robić na łapu-capu, bo jak się jakiś błąd popełni na początku, to potem trzeba pozostałe wszystkie zdejmować, żeby do błędu dojść. Najwięcej bujania się, prowokującego do rzucania ciężkim słowem, jest przy ustawianiu tych narządków, tak by każde w odpowiedni sposób trafiło we właściwy lej. Jak któreś jedno nie siądzie, to latanie po wszystkich i sprawdzanie. No, ale poszło nam nawet sprawnie, wyrazów użytych zostało niewiele, a "próba kręcona" pozostała na rano.
I poleciałam do kozów, bo już 20 była, jak skończyliśmy i głód w obórce panował taki, że sajgon zaczęły uskuteczniać: Zuzanna znajdowała się u Wandy w kojcu, Andzia na korytarzu, a Zenek w żłobie. Dość szybko mi poszło opanowanie tego sajgonu, Wanda nawet nie ćwiczyła przy dojeniu. Na koniec przyniosłam jeszcze wiązkę słomy, część wrzuciłam dziewczynom, bo zauważyłam,że chętnie jedzą (siano maja cały czas, widać urozmaicenie to dla nich jakieś), a część zostawiłam chłopakom. Po czym Zenek znalazł się ponownie w żłobie i do rana już tam pozostał.
Na dobicie zrobiłam jeszcze twaróg i ser podpuszczkowy w mniejszym garnku (wyszły trzy krążki normalne. Nie miałam już siły bawić się z nimi do końca i wsadziłam w odciekaczach do lodówki. Rano okazało się, że bardzo dobrze mu to zrobiło, bo odciekł elegancko). Pomidory nie doczekały się przetarcia, więc je zagotowałam na szybko, żeby im się coś nie zrobiło.
Rano chłopy przyszły na "próbę kręconą", ale to już Starszy ustawia, moja rola sprowadza się tylko do ważenia tego wykręconego.
Potem moi panowie pozapinali, co mieli zapiąć i pojechali siać wapno, a ja zabrałam się za realizację harmonogramu: pranie nastawione, garnki pozmywane, pomidory przetarte i właśnie się pasteryzują (dlatego mogłam na chwilę siąść do kompa), chleb w maszynie nastawiony. Piekę ostatnio na zwykłych drożdżach, obczaiłam wreszcie ile ich trzeba dać i wychodzi, jak należy. Już czwarty będzie na zwykłych. No, w końcu ma być nie tylko zdrowszy od sklepowego, ale i tańszy.
Wczoraj stwierdziłam, że moje kury jaja to sobie robią ze mnie, bo na gniazdach pusto i cholera wie, gdzie się wywlokły. Możliwości maja wiele, bo słoma w stodole złożona, ale nie wiem co mogłoby mnie zmusić, żebym na tę słomę wlazła w poszukiwaniu jaj. Więc zamknęłam kurnik na noc, żeby zostawiły na gniazdach, co maja do zostawienia. I właśnie zaświeciła mi się lampka, że ten kurnik nadal zamknięty. Ale nie wymra przecież - maja wszystko tam, co dożycia kurze potrzebne. No, może z wyjątkiem piasku. Ale to juz taka potrzeba, jak dla mnie Jurata.
Córunia dzwoniła wczoraj parę razy, potem ja oddzwaniałam, ale do rozmowy w końcu nie doszło. Dziś rano zadzwoniła z pretensją, że nie odbieram i nie oddzwaniam, ale faktycznie to albo miała zajęte, albo nie odbierała jak dzwoniłam. Wymyśliła sobie jakieś studia MBA. Nie do końca jeszcze wie jaki kierunek i zastanawia się skąd kasę weźmie. Ja co prawda jej nie pomogę finansowo, ale powiedziałam: "Idź, studiuj, a pieniądze się jakoś znajdą" Ostatecznie, jak nie będzie innego sposobu, to są banki, ze złodziejskimi odsetkami. Moja stara, amerykańska ciotka, zupełnie niewykształcona kobieta, pisała mi : "ucz się, Iwonia, bo co się nauczysz, tego ci nikt nie odbierze". I zamiast lalki z zamykanymi oczami, która w owych czasach była marzeniem ściętej głowy, ze względu na obecność i cenę, przysłała mi słownik polsko angielskopolski Stanisławskiego. Wściekła wtedy byłam za ten słownik strasznie, ale potem przydał się najpierw mnie na studiach, potem Siostrze, a na końcu, po kilkudziesięciu latach - Córce. I do tej pory u niej na półce stoi z innymi słownikami kupionymi za ciężkie pieniądze. A laki z zamykanymi oczami doczekałam się jakoś w wieku pewnie 12-13 lat, kiedy lalki już mi nie bardzo były w głowie. Prędko ja załatwiłam, zmieniając jej fryzurę z warkoczy na awangardowe, asymetryczne ścięcie (jakże modne aktualnie) i poszła "w trociny". A słownik służy. A ciotka zmarła w 1995 roku, w dwa lata po swoim młodszym bracie -moim Dziadku, który dozył 93 lat. Ciotka była starsza od niego o 4 lata, więc dobiegała już setki. Zmarła w jakimś domu opieki. Nikt nas o tym nie powiadomił, chociaż byliśmy jej jedyną rodziną. Dowiedziałam się gdzie i kiedy dzięki portalowi My Heritage. Z niego też doszukałam się karty pokładowej statku, na którym ciotka, mając 14 lat, płynęła do Hameryki, szukać ojca, który się tam gdzieś zawieruszył.Dziwni byli w tamtym czsie ludziska w tej Golicji i Głodomerii, ale i odważni. Bo tak jechać w ciemno, takiej smarkatej dziewczynie za Wielka Wodę! Ale ciotka dała sobie radę. Ostatecznie miała renomowaną pracownię krawiecką, doszła do grosza, bo miała 2 kamienice w Detroit (którymi ktoś się po jej śmierci "zaopiekował"). I zawsze na święta przysyłała Dziadkowi 5$ w pachnącej bibułce z uwagą: "Janku, ja tobie posyłam pięć dolary. Ty kup sobie za to na święta wino i pomarańcze" Co prawda za 5$ niewiele więcej można było kupić (jakieś trzy paczki dobrych papierosów), ale Dziadek amatorem wina i pomarańczy nie był. Z alkoholi preferował Czystą Wyborową a na święta śliwowicę pejsachówkę (miała 70 oktanów), palił "Giewonty", a 5$ ladowało pod cerata na kuchennym stole. Jak się więcej uzbierało, to dostawał syn jedyny, czyli mój rodziciel. Czasem nam coś kapnęło. Pamiętam,że kiedyś dostałam na dżinsy. Ale Brat, na pierwsze Mavericki -dzwony z Pewexu musiał zarobić na wagonach. (Co dziś ładowaliście? - Pszczoły luzem) Po czym mu je natychmiast pies rozerwał od kolana do samego dołu.
Tak, gdybym chciała wypisywać wszystkie rodzinne historyje, to powieść trzy-tomowa by wyszła. Już sama historia mojej Mamy półtora tomu by dała.

PS. Moi przemili Czytelnicy! Wybaczcie, że nie będę odpowiadać na Wasze komentarze. Jest mi bardzo miło, że je umieszczacie, ale nie chciałabym, żeby to "pod spodem" przerosło "to na górze". Dziękuję Wam za miłe słowa. Zwłaszcza zaskakuje mnie, bardzo pozytywnie, gdy ktoś pisze, że czyta to "z zapartym tchem". Zaskakuje mnie, bo ja, matematyk, miałam wielki problem na maturze, z ustnym rozwinięciem tematu "Kordian, Konrad Wallenrod i Pan Tadeusz - przydatność ich postawy ideowej w ostatniej dobie dziejów Polski". Odpowiedź mi się wyklarowała w dwóch słowach "Nieprzydatna była" i nie widziałam sensu nawijania wokoło. Ostatecznie, pociągnięta za język przez Dyra polonistę, wybroniłam się na cztery. Co prawda, jeszcze w podstawówce, udało mi się do łez wzruszyć polonistkę rozprawką"Oskarżam i próbuje bronić Wilego Sonnenbrucha". Ale to dawne czasy były i  w międzyczasie zainteresowały mnie bardziej zwięzłe formy wypowiedzi w postaci wzorów matematycznych. Ślę Wam ciepłe myśli, bo to najważniejsze w tym, tak "zhejtowanym" świecie. Szkoda, że zdezaktualizowało się: JAK NIE MOŻESZ O KIMŚ POWIEDZIEĆ DOBRZE - NIE MÓW NIC!

3 komentarze:

  1. I czegoż to się dziwisz 'matematyczko' widocznie Twoje talenta polonistyczne ujawniły się w pewnym wieku , albo jesteś taka skromnisia -nieważne, piszesz fajnie z polotem.Ja osobiście mam "talent" czytelniczy i jak otwieram kompa , od kiedy odkryłam twojego bloga , to zaglądam czy jest coś nowego.Przepis na strudel pewnie fajny , ale nie gustuję w jabłecznikach ,no może w płynie.Chętnie wypróbowała bym sernik, jeżeli możesz podać przepis ,podzielę się smakiem.Pozdrawiam Krystyna

    OdpowiedzUsuń
  2. i znów napiszę"przeczytałam jednym tchem":)pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.
Ale, jeżeli ktoś ma zamiar wylewać w komentarzach swoje żale, smutki i nagromadzoną żółć, to nic z tego. Będę usuwać. Tak, że szkoda trudu..