sobota, 2 stycznia 2016

Nowy mamy...

Można by rzec, że przyszedł niepostreżenie, gdyby nie towarzyszące temu przyjściu huki petard i fajerwerków, które rozpoczęły się już rankiem w Sylwestra i trwały do późnego wieczora następnego dnia. Hukom tym wtórował oczywiście psi jazgot wszędzie wokół.
W domu udało mi się trochę opanować szaleństwa Czarnej, ubierając ją w najmniejszego tiszerta, jaki mam na stanie i wiążąc go w supeł w okolicach dupska. Faktycznie zadziałało. Rozdarła się dopiero około północy, gdy któryś sąsiad zaczął odpalać fajerwerki i hukom towarzyszyły także błyski, widoczne w pokoju. Mała została "obandażowana" szalem, który w tym celu stuningowałam, robiąc z niego dwa. Mała tak więcej profilaktycznie, bo ona nie szaleje, ale licho wie, co się w małej szarej łepetynce dzieje.
Poza tym Księżniczka odwiedziła znów gabinet, bo bóle powróciły, więc tak trochę w celach relaksacyjnych to "bandażowanie". Pan wet zaleca zrobienie RTG z kontrastem, ale tego dnia było to niewykonalne. Do gabinetu w Szówsku się najpierw nie dodzwoniłam, a jak już w końcu, to była tam tylko sprzątaczka.
Zauważyłam, że te bóle mają jakiś związek z ruchem, powtórzyły się bowiem trzykrotnie po spacerach, podczas których pomykała, jak zajączek. Dwa razy wróciła sama i potem dopiero się skurczyła, a trzeci raz musiałam ją przynieść.Nie ma możliwości opanowania gonitw: odmawia spacerów na sznurku, a spuszczona - natychmiast leci, nie bacząc na konsekwencje. Wieczorny spacer wczorajszy opanowałam, udało mi się przejść wolnym krokiem, a nie przelecieć z ozorem na brodzie. (Dodam tu w kwestii wyjaśnienia: Księżniczka ma fanaberie różne, związane z załatwianiem potrzeb także. Nie skorzysta z trawniczka, który był wielokrotnie wykorzystywany.Musi mieć trawkę jakąkolwiek, nawet jeżeli jest to pojedyncze ździebełko wystające spod śniegu.Przed załatwieniem większej potrzeby  "leci", ot tak: leci, leci leci a w końcu kuca. I na spacerze, który się między innymi w tym celu odbywa, pozwalam jej "lecieć". Tyle, że na trotuarze jest to czasem "lecenie" od jednego oszczanego słupka do drugiego, lub po śladach jakiegoś swobodnego psa.) Miałam nadzieję, że uda mi się uniknąć trotuaru, ale wielokrotne wypuszczanie "za płotek" nie dało efektów. W dodatku, podczas powrotu z tego ostatniego nastąpił jakiś potężny huk w sąsiedztwie i mała wyparowała młodocianym sprintem w kierunku szosy. Panika straszna mnie ogarła, bo ostatnimi czasy mała głuchnie, jak sobie coś zaplanuje. Jednak z tej paniki rozdarłam się głosem przeraźliwym i stanęła. W przedostatniej chwili.
Na temat "hucznego" obchodzenia  świąt wszelakich nie będę się wypowiadać więcej, oprócz stwierdzenia, że jest to idiotyzm i kretynizm do wielokrotnej potęgi. Nie dość, że uciążliwy dla ludzi, którzy tej formy świętowania nie preferują i woleliby ciszę, to uciążliwy dla wszelkich zwierząt, prawdopodobnie dla tych wolno żyjących też.
O ile psy jakoś udało mi się opanować, to na koty sposobu nie znalazłam. Arkadiusz wyraźnie boi się wszelkich huków - podczas burzy zaszywa się w jakiś zakamarek - do wersalki, szafy lub ostatecznie pod kołdrę u pana. Nowy Rok przywitał w wersalce.Nie wiem co robi Tośka, bo ona zwykle kitra się po katach, ale kiedyś, gdy wskoczyła na parapet w celach konsumpcyjnych i hukło, to zmykała natychmiast. Natomiast Klementyna szalała po domu, wielokrotnie usiłując się zabić, spadając z szafy z takim łoskotem, jakby worek kości zrzucał. Nawet kozy kręciły łepetynami i nasłuchiwały przy każdym huku, zaniepokojone. One na pewno boją się dziwnych dźwięków. Wiem, bo gdy zdarza mi się używać u nich wiertarki czy wkrętarki nawet - wbijają się w norki pod żłobem i leżą tam do końca akcji.

Mrozik trzyma równo. Teraz dzionek wstaje piękny kiczowato, z różowymi chmurkami na błękitnym niebie, a chiński termometr za czy złote pokazuje -10 od dwóch godzin wytrwale.Piję resztkę kawy, która już jest lodowata (jak całe otoczenie zresztą, bo w kotle dawno wygasło) i zbieram się w qpę, żeby zrobić to czego do tej pory zaniechałam. No, zaniechałam pewnie wielu rzeczy, ale negatywnie skutkuje na razie zaniechanie ogacania obórki, bo cały czas  ciepło było, więc po co. Nieco nadrobiłam w międzyczasie, ale pozostało mi wykonanie "słomianej ściany" na żłobie. Nawet pierwszą warstwę ułożyłam, ale kozy już ja po swojemu załatwiły i teraz trzeba będzie kombinować. Najgorsze do wykonania będzie nie dźwiganie tych wiązek, a zabezpieczenie ich listwami, żeby Wanda natychmiast  nie postrącała. Trzeba będzie  przykręcić listwy do słupów "od tyłu" i tu widzę gimnastykę niejaką. Oraz umocować dodatkową łatę na ścianie, co będzie wymagało użycia młotowiertarki. Bałam się jej dotąd, bo jest dość ciężka, a z włączonym udarem ożywa intensywnie. Zwykle Dziecko wykonywało czynności z jej użyciem, ale ostatnio trzeba było umocować lampę u Wacka. Wymagało to wejścia na drabinę i wiercenia z tej drabiny. Starszy by pewnie zleciał i się zabił, więc nie było wyjścia. Zostawiłam go na glebie, zakazując "trzymania drabiny", w zamian dając kołki do trzymania, żeby czymś miał ręce zajęte i nie próbował mnie z tej drabiny zrzucić. I okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jak jeszcze pokonam lęk przed "teksańską masakrą" oraz kosą spalinową, to będę już prawie samowystarczalna.

W kwestii podsumowań i postanowień noworocznych: Jill na Prairie Homestead zrobiła podsumowanie roku. Miło się czytało. Ale ja takiego podsumowania nie robię, bo mogłoby się okazać, że plusy ujemne  przytłaczają plusy dodatnie. Bezpieczniej dla zdrowia psychicznego żyć w błogiej nieświadomości. Postanowień noworocznych też nie czynię, na zasadzie, że mniej postanowień - mniej rozczarowań. Z wyjątkiem następujących:
- koniec z sianokosami, siano zamówię zawczasu u pana Władka. Przeliczę tylko ilość balotów. Na razie jestem w połowie pierwszego, więc tak dużo ich nie będzie potrzeba. A trzymać je mogę nawet na środku podwórza pod plandeką.
- w końcu kupię jakieś małe radyjko do kuchni, żebym mogła słuchać trójki. Nawet już mam obczajone.
- wysterylizować wreszcie panny kotty, żeby przestać sobie obciążać sumienie tym, że truję je tabletkami i co z tego może wyniknąć.
No i trzeba się brać za łeb z nowym dniem. Dziecko ma dziś przyjechać i mam zamiar coś mu przygotować, żeby mógł zabrać z sobą i mieć ułatwione odżywanie na parę dni. Oni oboje pracują do późna i jeszcze nie potrafią sobie tak zorganizować, żeby zjeść ciepły posiłek o bardziej ludzkiej porze. Magda ma w dodatku doświadczenie kuchenne żadne. Zdaje się, że Kuba częściej gotuje, ale lenistwo doprowadza do kupowania półproduktów, co jest kosztowne i bezsensowne. A on jest bardzo podatny na dziwne jedzenie. Nawet Kasia wczoraj podpowiadała, żeby ich trochę zaopatrzyć, bo Dziecko wychudło strasznie.
Na tę okoliczność upiekłam. O!
Kapuśniaczki, bo te wigilijne wielkie powodzenie miały i dla Magdy uratowałam zaledwie parę, prawie z rak wyrywając u stołu. Posypane grubą solą i czarnuszką. Zawsze, jak robię kapuśniaki przypominają mi się te, robione przez Babcię Kasię, która była mistrzynią drożdżowego ciasta. Kapuśniaki robiła zawsze w słodkim drożdżowym. I jak skończyła jej się wena na ich wyrabianie, to z reszty ciasta i kapusty był pieczony jeden wielki plak na cała blachę, który wcinaliśmy, mlaskając, jeszcze ciepły (nie bacząc na babcine "bo skrętu kiszek dostaniesz". Wcale nam ten skręt koszek straszny nie był, w obliczu smaku ciepłego ciasta drożdżowego)  

I takie cynamonowe zwijaczki. Modyfikacja była taka, że ciasto posmarowałam rozbełtanym jajkiem, przed posypaniem cukrem z cynamonem. Potem część polukrowałam, ale te bez lukru podobały mi się bardziej. Dziwię się, że Puma ma problem z opanowaniem kształtu. Podejrzewam, że ona zwija każdy z osobna. Muszę to jeszcze z nią obgadać, bo piecze często takie bułeczki właśnie i boleje nad ich wyglądem.

Oraz zrobiłam blok. Bardziej dla siebie, jako reminiscencje z dzieciństwa, kiedy się taki blok w sklepie na wagę kupowało, oraz robiło w domu także. Robiłam osobiście, gówniarzem będąc, korzystając z przepisu otrzymanego od chrzestnej matki. Przepis zaginął w akcji, a tamten blok był jednak inny. Pamiętam tylko, że używało się do jego wykonania "ceresu"  - nie wiem dziś, co to był za tłuszcz, może z olejem kokosowym, ale smażyło się na nim świetnie. Tutaj użyłam masła i oleju kokosowego. W środku są bakalie i odrobina herbatniczków, które były dwukolorowe - jasne z wierzchu, a kakaowe wewnątrz.

A Księżniczka się kanapi. Uprzednio zwinąwszy to co zwijane być nie miało, bo służy zabezpieczeniu wersalki przed ostateczną dewastacją. Nieuczesana taka, bo nie chcę jej dodatkowo stresować, biorąc pod uwagę jej "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" na widok szczotki w moje ręce, albo wacika do przemywania oczu. Zastanawiam się nad uszyciem jakiegoś pontona dla niej, bo na wersalkę nie bardzo już wskakuje (choć jak bardzo chce, to potrafi, a jak nie bardzo chce, to siedzi i woła o pomoc)

No, to do ro

A wszystkim, którym do tej pory życzeń nowrocznych nie złożyłam, składam niniejszym:
Niech Nowy będzie lepszy. Niech Wam się spełnia wszystko dobre, co się spełnić powinno! No i nich Was nikt nie wqrwia!

16 komentarzy:

  1. Ależ mi apetytu narobiłaś,idę gotować kapustę i chyba grzyby też do tego trzeba dołożyć,nigdy jeszcze nie piekłam , czy to ciasto ma być słone czy lekko słodkie .Co do oswajania sprzętów do "majsterkowania" to jak mus to wszystkiego się nauczy,ostatnio "wypowiedziałam umowę" panu co próbował położyć mi mozaikę na podłogę , cóś konta nie mógł złapać, zamiast za partolenie roboty ,zapłaciłam za narzędzia i sama położyłam i polakierowałam .Mam satysfakcję i narzędzia.
    W Nowym Roku więcej wpisów z taką energią i wszystkiego najmilszego dla Ciebie i całego dobytku.Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krysiu, ciasto drożdżowe robię albo na 2 łyżki cukru, albo na 4. (tj. na 5 dag drożdzy 4 łyżki cukru - rozwtrzeć, aż będzie rzadkie, wlać pół litra letniego mleka, albo kefiru/jogurtu/zsiadłego, nasypać maki do gęstości kwaśnej śmiet i postawić żeby ruszyło. Potem dodać resztę maki i tak ok 100ml oleju i wyrabiać, najlepiej mieszakami świdrowatymi. Reszta maki jest na oko, bo maki sa rózne. Wchodzi ponad pół kilo.
      Kapustę przygotowujee tak jak na pierogi -parzę w ćwiartkach, studzę, odciskam, siekam tasakiem i do rondla/patelni na masełko. Sól, pieprz do smaku. Grzyby niekonieczne. Miałam pare pieczarek, więc na to masełko walnełam najpierw starte na tarce, a potem dokładałam kapustę spod tasaka.Niektórzy mielą kapustę przez maszynkę. Ja uważam, że dopokąd mam zęby jakieś tam i szczękami poruszać potrafię to potrawy wstępnie przeżute nie wchodzą w grę. Potem wałkuje plak i robie takie cienkie strucelki z ta kapustą, któe następnie kroję na długość dowolną, smaruje jajkiem, sypie solą gruba francuską i czarnuszką i w piec. Nawet idzie to sprawnie, pod warunkiem oczywiście wcześniejszego rozłożenia roboty.
      Nawzajem wszystkiego dobrego! (Czy ja już mówiłam, jak Ci zazdraszczam tej chatty?)

      Usuń
    2. Kupiłam drożdże i biorę się za produkcję ,dziękuję za przepis .Jak już napisałam bardzo lubię czytać Twojego bloga ,swojego nie mam ,jestem chyba zbyt leniwa.Może swoje komentarze u Ciebie będę podpisywała Krystyna 2, nie jestem z chatty ,tego bloga też czytam i lubię.

      Usuń
    3. O Właśnie! Z chatty jest Pellegrina.
      Krysiu, weź tylko proszę pod uwagę, że ten przepis jest taki więcej artystyczny, powinno być "swobodna improwizacja", bo ja tak tylko piekę Wrodzone lenistwo zabrania mi brać się za wypieki, do których potrzebna jest waga. A ciasto drożdżowe najlepsze jest takie właśnie "dziadowskie", bez jajek i masła - najlepiej wyrasta, najpulchniejsze i dłużej świeże z olejem. Te cynamonki dziś już są pancerne, bo były na jajkach i maśle. Inna sprawa, ze ziąb u mnie w chacie straszny, a ciasto drożdżowe czerstwieje w zimnie - lubi temp. "pokojową". Ciasto po wyrobieniu ma nie być za rzadkie, bo będzie problem rozwałkować, ani za twarde, bo będzie ciężko rozło. Jak pomacasz to spod miksera, to ma mieć konsystencję, jak na pierogi. N abułkę może być wolniejsze, bo nie wałkujesz tylko w blaszkę. Wolniejsze ładniej wyrasta i jest bardziej puszyste, ale kształtu nie trzyma w bułkach czy tp.

      Usuń
  2. Prawie bez posumowań i postanowień - tu się z Tobą zgadzam. Ale już w kwestii wypieków to odpadam - po prostu mi się nie chce.
    W Nowym Roku wielkich wzruszeń z małych rzeczy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się nie chce. W dodatku nie widzę potrzeby. Piekę wyjątkowo. Czasem bułkę drożdżową od niechcenia, ale teraz tez rzadko.A te drożdżówki na okolicznośc przyjazdu Dziecka z Magda. Smakowały jej, fajna jest, to niech ma.

      Usuń
  3. Iwonko super postanowienia i trzymaj się tego :), a wypieki wyglądają rewelacyjnie i jakby nie leń i to, że po prawdzie nie ma dla kogo, też bym może się wzięła.Na nowy rok też Ci życzę zdrowia i jak najmniej powodów do wq-wiania :)
    Rena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobnie mamy, więc tego samego i Tobie!

      Usuń
  4. Cholera, nie rozumiem, skąd Wy jesteście...? ;) Z sekty jakiejś ciasteczkowej????!!!! a jak kto nie ma dla kogo upiec, to niech upiecze dla mnie na przykład... :) Iwa, kiedy tak czytam te Twoje i Dziewczyn opisy prac, coraz bardziej rozumiem, jaka kaleka jestem z tą głupią prawą ręką po mastektomii (skrót myślowy). Toż NIC z opisywanych wyzej rzeczy nie jest mi dostępne! Żadne rozcierania, zawijania, poklepywania i posypywania... że o pracach domowych bardziej fizycznych nie wspomnę... Teraz nawet do głupiego gwoździa musze kogoś zamawiać... a taka byłam samodzielna kiedyś - no, z wyjątkiem pieczenia i gotowania, przyznaję... i podziwiam Was wszystkie...Lepszego roku!!!! (głupia klawiatura mi się zacina i musze nią rzucac po biurku, więc kończę. Już dziś za to nie będę prtzymędzać, cieszycie się????!!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Ciebie nikt nie upiecze, bo Ty ciasteczek nawet przez szybę w cukierni masz nie oglądać. I weź natychmiast wywal to zdjęcie profilowe z FB.
      Podziwiać nie ma za co. To wszystko są prace zanikające - chwila przyjemności dla jakiegoś łasucha i sterta garów do zmywania. Jakoś dziwnie codzienność składa się głównie z czynności zanikających. Wszystkiego naj, zwłaszcza utraty - bez ciasteczek.

      Usuń
  5. Dlaczego mam wywalić???? :( Ja już jestem co najmniej tak samo gruba, jak na zdjęciu... ;( I nie ciasteczkami się tuczę, tylko lodami - dla odmiany... I na razie po prostu nie myslę, bo co mi z chudnięcia, jak potem... i nie o typ dietu tu przecież chodzi.... A zdjęcie na FB dałam, żeby Praszczury Jaszczurowe się przyzwyczaily, bo 23.stycznia mamy zlot gwiaździsty... mam amiar pojechać i wypić dwa piwa, wznosząc nieustające toasty za zdrowie fundatora beczki. Tak jest obowiązkowo :)A dzień wcześniej moje ukochane i jedyne na świecie fryzjerki przyprawią mi włosy (metodą spawania), bo znów po narkozie mi wyszły. I w niedzielę rano pod Halę na polowanie starociowe do mojego domu, ktory będzie w sytu boho, tak, jak jego włascicielka... a właśnie Hanka mi przypomniała, że kiedyś poszłam na łyzwy w przepieknym kostiumie mini z dewetyny i kapeluszu (kowbojskim nieco), a ponieważ spodnicę miałam na agrafkach, to któraś mi się do tylka wbiła... Ja tego nie pamiętam, może ina kłamie????!!!! Jak myślisz????!!!! Goga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiej pojemności będą te 2 piwa (bo jak normalne, to możesz się uchlać, a tego kobiecie w naszym wieku nie wypada) i pod jaką Halą masz zamiar polować.

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy kłamie, bo tam z tobą na tych łyżwach wtedy nie byłam. Ale spódnicę z dewetyny pamiętam. Oraz, że była takiej długości, że spokojnie mogłaby robić za szalik. No właściwie taki bardziej "komin", jak to teraz modne. Nie rozumiem tylko, czemu ta agrafka miała się wbić akurat w tyłek. Na ogół spódnice nie mają szwów na tyłku, które mogą pęc i wymagać agrafkowania.

      Usuń
  7. kosa spalinowa to pikus, byle szelki były. odpalasz jak każdy silnik spalinowy ze sznurka i wio.... tylko okulary ochronne są niezbędne!! jak żyłką przetniesz butelke to kicha. ale jak się nie bać wkrętarki???? o wiertarce nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wkrętarka? Toż to takie cudo, jak elektryczna szczoteczka do zębów. Wiertarką mała wierciłam od dawna, bez obaw. Tylko ta z udarem ciężka bardzo. Ale oswoiłam. Grzeczna jest. Nawet mnie z drabiny nie zrzuciła, ani ze żłobu. Została mi do oswojenia piła i kosa.

      Usuń

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.
Ale, jeżeli ktoś ma zamiar wylewać w komentarzach swoje żale, smutki i nagromadzoną żółć, to nic z tego. Będę usuwać. Tak, że szkoda trudu..