poznajemy przyjaciół. Ostatnio moja Koleżanka Pisarka uratowała mi życie, a przynajmniej podarowała kilka dodatkowych dni, które znajdę tam, na końcu. Jedną wielką gulę z żołądka zrzuciłam dzięki niej. A może parę gul.
Również tę, dotycząca Dziecka. Dziecko w niedzielę oświadczyło bowiem, że ma raka i domagało się rezonansu. Tak się głupio składa, że "dzięki" zbiegom okoliczności, lub działaniu przez zaniechanie, Dziecko nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Czyli, jakby doktór jakiś, to na koszt własny. W zasadzie, w naszej cudnej rzeczywistości, doktór-specjalista i tak jest na koszt własny, bo na koszt własny-enefzetowy prędzej śmierci się doczekać można, niż terminu u specjalisty. Uprzednio otrzymawszy skierowanie, jeżeli rodzinny okaże łaskę. Poszukiwania
w internecie
laryngologa miejscowego, świadczącego usługi prywatnie skończyły się tym, że znalazłam tylko na jakimś forum jakiś numer telefonu. Na który zadzwoniłam z myślą, że "co tam, w mordę nie dadzą, a przez telefon i tak mnie nie widać" I okazało się, że telefon był do samego pana doktóra, który był miły umówić się na już zaraz, tego samego dnia, na 20.15. (Fajna godzina, widać pan doktór zbiera na wczasy na Rivierze) Do gabinetu Dziecko mnie z sobą nie wpuściło. No to stałam pode drzwiami i podsłuchiwałam, wiedząc, że się od Dziecka niewiele dowiem. Drzwi piękne były - tekturowe , ścianka działowa tudzież, więc słyszalność dobra. (Z pozostałych gabinetów takoż. Jakoś kiepsko doktory dbają o zachowanie tajemnicy lekarskiej. Sąsiedni gabinet zajmuje ginekolog - nie bardzo miałabym ochotę na to, by pozostałe pacjentki znały przebieg mojej u niego wizyty.Jakby co, oczywiście)
Dziecko chwilę dobrą w tym gabinecie posiedziało. Wylazłszy sprawozdało w skrócie wielkim, że prawdopodobnie jest to refluks połączony z alergią. I z tego refluksa te wyrzuty na języku. Dostał jakieś piguły i zobaczymy. Pan doktór skasował po wielkomiejsku (W naszej najbliższej mieścinie ceny prywatnych wizyt u doktorów, wyjąwszy stomatologów niektórych, są prawie takie same jak w KRK!)
Dziwię się wciąż, jak mi to Dziecko takie duże, piękne i inteligentne wyrosło (chociaż swojej inteligencji nie zdołało potwierdzić żadnymi dyplomami z tytułami ani ważnymi świadectwami ukończenia, z wyjątkiem cudnie zdanej matury). Skoro od zarania były z nim problemy. Brzuszne od początku. Tak weszły w codzienność, że Kasia informowała sąsiadkę, że "Puksia bolał busio i mama masiawała" Oraz siedziała w kątku na stołeczku i "masiawała" misia, rozumiejąc zapewne, że "masiawanie busia" to niezbędny objaw matczynej troski o dziecko. Potem nie było roku, by choć raz nie było szyte na pogotowiu lub sklejane. Zużyto na niego chyba kilka ładnych metrów nici chirurgicznych, przy czym kilkakrotnie szycia zaniechano.
Testy alergiczne wykazały uczulenie na wszystko prawie (choć, w/g Dziecka, uczulenie na czekoladę to był mój wymysł). Orzeczono ADHD, po wielu badaniach oraz dysgrafię i dysorto.Do dziś jest w stanie napisać tylko krótki tekst drukiem, żeby był czytelny, reszta jest "wężykiem" i nie przeczyta nawet sam, co wywoływało dziwne zdziwienie u niektórych nauczycieli. Inni byli bardziej normalni i pozwalali prace domowe przynosić napisane na komputerze, a nie - koniecznie "własną ręką". Wszystkie egzaminy, z maturą włącznie zdawał na komputerze. W liceum było zamieszania nieco, bo był jedyny na 4 klasy, a to osobna komisja itd. Ale się uparłam. Pięknie przestało być na studiach, gdzie komputer na egzaminie nie był brany pod uwagę w ogóle. Pewien kretyn od fizyki żądał też sprawozdań z laboratorium koniecznie napisanych odręcznie - kilka kartek(!)A4. Bo, że niby zabezpieczało to przed ściąganiem z internetu (!). A pewna pani, do zaliczenia wymagała notatek z wykładów ( co się nie naprzepisywałam tych wykładów - dobrze, że przynajmniej próbek grafologicznych nie pobierała). Były też tabelki do rysunków tech., które musiały być odręcznie wypisane i teczki różnorodne odręcznie opisane. Jak widać matołów na uczelniach, zwanych akademiami, trzymają i dobrze się oni tam mają. Niektórzy potem idą w politykę i mają się jeszcze lepiej, na pierwsze wakacje wynajmując, do spółki, willę w Toskanii.
Były mózgowe wstrząśnienia z pizzą zamawianą do szpitala, jak już w końcu przestał rzygać, helikobaktery, trzecie migdałki, chińskie medycyny i jumeiho. Zdejmowanie z wybitej szyby w drzwiach oraz rozłączanie nogi z belką, z której wystawał gwóźdź 5calowy. Oraz nic-nie-żarcie do bardzo późnego wieku, a potem to-nie-tamto-nie. Tak, że na brak urozmaicenia narzekać nie możemy oboje. Co trwa w dalszym ciągu. Ostatnio łeb był szyty jakiś rok temu, kiedy, zapatrzony w śrubeczki niesione w ręku, przydzwonił w otwartą klapę bagażnika od żaby tak, że go posadziło na glebie.
No i teraz ten ozór. Ale, mam nadzieję, że wyjdziemy z tego, choć będzie trudno. Bo tabletki przepisane brał będzie na pewno systematycznie, ale już cokolwiek innego będzie, jak zwykle - "bo ty zawsze coś wymyślasz"
Przy tym ciągłym zaabsorbowaniu drugim dzieckiem - pierwsze wychowywało się tak jakby bezszelestnie. Dobrze, że bardziej podatne było na sugestie i, bez większych problemów, zechciało się uczyć francuskiego, obok angielskiego. Tę francuską ścieżkę przetarła tak najbardziej ciocia Margo (jak ją zwą francuskie bratanice). I dobrze, że Kasia chciała wykorzystać. Co prawda, pierwsze wakacje w Paryżu przesiedziała u cioci w mieszkaniu, pod jej nieobecność nie wychylając nosa na ulicę. Czym mnie do ciężkiej cholery doprowadzała, bo nie po to wydawałam kasę na jej wyjazd, żeby ciocia miała z kim gadać po polsku. Ale było nie-bo-nie, bo boję się, więc kazałam przynajmniej francuska TV oglądać. Potem były jeszcze różne kursa, następne wyjazdy (już częściowozarobkowe u Francuzów) i semestr w Paryżu. I potem, zarówno pierwsza, jak i obecna praca po francusku (choć pracuje w amerykańskiej korpo) Oprócz tego trafiały jej się różne nietypowe fuchy - na przykład tłumacza na polowaniach. A ostatnio pojechała za tłumacza na 3 dni do Cannes i Monte Carlo. Zastanawiała się mocno, jak jej zaproponowano: a bo dalekooo, a bo zmęczona będzie podróżą, a bo nie wiadomo, czy jej tak nagle urlop dadzą i tym podobne ćmoje. Nie było mowy o wynagrodzeniu - tyle,że jechać miała bezkosztowo. Kazałam jechać, bo drugi raz taka okazja może się nie trafić, a co zobaczy - to je. Wróciła we wtorek rano zachwycona i nawet nie bardzo zmęczona podróżą, bo przespała w aucie. Na miejscu okazała się niezbędna, ponieważ angielski, jako domyślny język komunikacji odpadł, i panowie byli zachwyceni jej pomocą. Prawdopodobnie ciąg dalszy nastąpi. Na główny urlop jedzie do Pumy w Ardeny. Co prawda z Pumą będą gaworzyć po polsku, ale z jej Pietrkiem od łupkowych dachów - już nie.
Dziecko zazdraszcza nieco: "Kaśka to ma fajnie. Ona się tam lansuje po montekarolach, a ja tu na kombajnie." Ale - kużden ma, jak sobie usłał.
Ostatnio się wzięłam w sobie i powiedziałam, że on też miał wszelkie szanse. Było korzystać. Teraz to ja już mogę najwyżej kromkę przygotować na śniadanie.
W sumie, to nie wiem, po co ja Wam tu tak snuję. Ale, ponieważ ten blog, z założenia miał być dla mnie, na to co mi łazi po łbie, czyli co mi się nocą duma (a ostatnio nocą nie dumam, tylko oglądam płaroty, albo czytam książki - dumam natomiast rano, jak zbieram kości do kupy, zanim ruszę do boju z rzeczywistością fizyczną i psychiczną), że jak zostanie na pismo przelane, to trochę ze łba zejdzie, więc piszę.
Niestety, dzisiaj czacha mi dymi od samego rana. Dlatego pewnie i ten wpis jakiś taki.
Właśnie przed chwilą pani zadzwoniła z PGE, że za plombę zapłaciłam nie na to konto co trzeba i co ona ma z tym zrobić, bo przelew kosztuje (nosz kurde - ja mam przelewy internetowe darmo, a wcześniej po 50gr) . Właściwie, to barana odstawiłam - w błędnym przekonaniu pozostając, że PGE to PGE i po co im różne konta na plomby i na prądy. Dobrze jeszcze, że nie każą na różne konta płacić za energię i przesył. A plomba została zerwana głupio, jak się ze skrzynki bezpiecznikowej zaczęły wyrajać osy. Było myśleć i zgłaszać najpierw. Tylko, że te osy zdążyłyby nas zeżreć, zanim by przyjechali skrzynkę otworzyć. W każdym razie za plombę wiszę PGE niechcący 3 dychy, bo kazałam pani zaliczyć je a konto następnej raty. I muszę szukać konta na wpłatę tych 3 dych, bo fakturę wywaliłam.
Mimo wszystko lżej mi trochę na duszy, za co Ci, Koleżanko Pisarko dzięki wielkie.
środa, 22 lipca 2015
niedziela, 19 lipca 2015
Po rzepaku..
No i po! Jedno z głowy. Dziecko patrzyło ukradkiem to na rzepak, to w niebo. Prognozy pogody nawet nie czytało. Rzepak zaczynał się sypać. Gdyby tak faktycznie grad, jak agrometeo insynuowało, albo nawet deszcz bardziej energiczny - byłoby pozamiatane. ( A raczej - posiane) Ten rzepak tegoroczny wołał o pomstę do nieba wielkim głosem i Dziecko do rozpaczy doprowadzał. Najpierw, jesienią, wschodził bardzo nierówno. Potem zaczął przepadać. Około 15arów zeżarły robale, zanim się ktokolwiek zdążył zorientować, że sa i trzeba prysnąć.Zimą, brak okrywy śnieżnej przy sporadycznych mrozach większych, zrobił swoje. A nornice, które rozmnożyły się mocno, też się przyczyniły do tego, że na wiosnę, w niektórych miejscach rzepak sporadycznie występował. Dziecko się wściekło i jakieś 1,5 ha zaorało. Na hektarze został posiany owies, a reszta - kukurydza. Na razie - czysty zysk, biorąc pod uwagę rope spalona na zabiegi agrotechniczne, herbicydy, nawóz oraz sam materiał siewny. Dziecko siało kwalifikatem, a ten kosztuje niestety i to dość mocno. Na te 2,5 ha, jakieś 10kg ziarna kosztowało ok 900zł.
W dodatku herbicydy nie zadziałały tak jak trzeba, na wiosnę była poprawka, która też nie dokońca poskutkowała. Rumian i bratek miały się bardzo dobrze, chociaż dostały wyspecjalizowanego przeciwnika.
Szlag mnie trafiał, jak na to patrzyłam (a grządki i truskawki mam tuż-tuż, więc nie było wyjścia), bo wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
W piątek jakoś Dziecko zdecydowało, że czas się z tym rozstać. zadzwoniło do pana Jana. eurorolnika czyby-jakby-gdyby. Ale pan Jan powiedział, że będzie tu kosił dopiero po niedzieli.No to Dziecię poleciało do Mańka. Maniek ma bizona z demobilu i jakieś takie małe cóś. Maniek kosił swoje i w połowie padło mu wspomagania. Zrobił. Pojechał kosić dalej i urwał półoś. Taka półoś w bizonie ma z półtora metra długości, więc było co urywać. Zdawało się, że Maniek odpuści, bo Gruby zaczął stawiać malucha. Stanęło jednak na tym, że w niedzielę koło południa.
Byłam przekonana, że granda będzie bo Starszy dzień zaczął od kazania na temat przykazań. Po czym oddalił się na sumę.
A myśmy w tym czasie oplandeczyli przyczepę wyściółkowo (coby ziarnka nie pogubić po drodze, bo szczelna jest mało która przyczepa), czego oczy nie widzą - serce nie boli> Zawsze trochę zrzędzenia odpadnie.
I tu nas Starszy zaskoczył, bo nie mamrał, tylko wróciwszy po sumie nieco późno, bo przez ciotę wracał, poleciał autem ochoczo do sadu. Mnie łaskawie zabrawszy.
Zdjęcie takie się zrobiło. Niemrawe trochę, bo mój aparat pojechał do Cannes, więc mogłam tylko telefonem focić. A telefon to ja mam taki, który można w wiaderku z wodą utopić, albo za kurą rzucić, ale foty robi nie bardzo. Potem w dodatku oddać ich nie chce. Jedyna możliwość, to było mejlem z telefonu wysłać.(O dziwo to potrafi, ale trwa ruski rok, zanim mejla wyśle i w dodatku operatorowym internetem, bo z domową siecią się nie połączy)
W dodatku herbicydy nie zadziałały tak jak trzeba, na wiosnę była poprawka, która też nie dokońca poskutkowała. Rumian i bratek miały się bardzo dobrze, chociaż dostały wyspecjalizowanego przeciwnika.
Szlag mnie trafiał, jak na to patrzyłam (a grządki i truskawki mam tuż-tuż, więc nie było wyjścia), bo wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
W piątek jakoś Dziecko zdecydowało, że czas się z tym rozstać. zadzwoniło do pana Jana. eurorolnika czyby-jakby-gdyby. Ale pan Jan powiedział, że będzie tu kosił dopiero po niedzieli.No to Dziecię poleciało do Mańka. Maniek ma bizona z demobilu i jakieś takie małe cóś. Maniek kosił swoje i w połowie padło mu wspomagania. Zrobił. Pojechał kosić dalej i urwał półoś. Taka półoś w bizonie ma z półtora metra długości, więc było co urywać. Zdawało się, że Maniek odpuści, bo Gruby zaczął stawiać malucha. Stanęło jednak na tym, że w niedzielę koło południa.
Byłam przekonana, że granda będzie bo Starszy dzień zaczął od kazania na temat przykazań. Po czym oddalił się na sumę.
A myśmy w tym czasie oplandeczyli przyczepę wyściółkowo (coby ziarnka nie pogubić po drodze, bo szczelna jest mało która przyczepa), czego oczy nie widzą - serce nie boli> Zawsze trochę zrzędzenia odpadnie.
I tu nas Starszy zaskoczył, bo nie mamrał, tylko wróciwszy po sumie nieco późno, bo przez ciotę wracał, poleciał autem ochoczo do sadu. Mnie łaskawie zabrawszy.
Zdjęcie takie się zrobiło. Niemrawe trochę, bo mój aparat pojechał do Cannes, więc mogłam tylko telefonem focić. A telefon to ja mam taki, który można w wiaderku z wodą utopić, albo za kurą rzucić, ale foty robi nie bardzo. Potem w dodatku oddać ich nie chce. Jedyna możliwość, to było mejlem z telefonu wysłać.(O dziwo to potrafi, ale trwa ruski rok, zanim mejla wyśle i w dodatku operatorowym internetem, bo z domową siecią się nie połączy)
To takie długie, co się w kabinie nie bardzo mieści, to me Dziecię.(Telefon -idiota, po drodze natrafił na orzech i na niego sobie ostrość ustawił. Jak by ten orzech był tu właśnie królem puszczy)
A to wstawiam, jako ciekawostkę zoologiczną. Zdjęcie było robione równo o czternastej. To-to po lewej to są dynie. Króluje dynia ambar, półkrzaczasta, z olbrzymimi liśćmi. A w głębi hokkaido. Może uda się to wypatrzeć - liście hokkaido zwisają smętnie w dół, tworząc małe amebki. W podobnym stanie była botwina, buraczki ćwikłowe pokładały się kompletnie wycieńczone. Nawet kapusta położyła liście po sobie i po glebie.
A tu mamy po kolei : ogórki (nędzne bardzo, w sensie, że późno i mało), rządek cebuli (podobno miała być "wspaniała", ale na razie tego po niej nie widać), rządek nagietków (które już rwać trzeba i przetwarzać), a dalej pomidory. One nie są takie marne, tylko tak mocno podkasane. Od dawna obcinam maksymalnie dużo liści z pomidorowego krzaka, od dołu w zasadzie wszystkie, żeby mi się po glebie nie szlajały.Pomidory już właściwie od początku miesiąca jemy. Jak zwykle - częściowo nie wiem, co mam. A jedne mam na prawdę pyszne, takie jak lubię - słodko-kwaskowate. Na pierwszym planie są "gruszkowe", ale to pomyłka, bo jeżeli chodzi o smak, to szału nie ma, a rosną tak wysoko, że chyba by należało puścić je na fasolowe tyki. Oprócz tego są limy, bawole serca, maliniaki, san pierre, san marzano, 3 jantary i kilka koralików dla Dziecka. Między cebulą a nagietkiem jest jeszcze kapusta włoska, ale na razie taka malutka, że się w oczy nie rzuca.
Na tych zdjęciach jest mały fragmencik mojego warzywnika, taki lewy górny róg, albo północno-wschodni.
Pozyskiwanie rzepaczego ziarka trwało równe 2 godziny. Urobek nwet nawet, jak na to, na co wyglądał ten rzepak. Dziecię chciało natychmiast jechać z tym do żyda, ale żyd zawalony rzepakiem, więc pojedzie jutro. Plandeczyć chciało od razu, ale zaoponowałam, bo rzepak pod plandeka odwilga. W końcu jednak się jakoś kitrać zaczęło, strasząc deszczem nadciągającym, to oplandeczyliśmy ta nieprzemakalna plandeką.
(No i tu dygresja taka, bo co roku przy plandeczeniu wqrw ten sam, ponieważ plandeka albo za mała, albo za duża. Ja rozumiem, ż eplandeki chińczyk robi, ale nasi je sprowadzają. I wiedzę powinni posiadać, że standardowa przyczepa ma 4m na 2m, czyli plandeka powinna mieć 5m na 3m. Tymczasem takie plandeki nie istnieją. Ta ostatnio nabyta ma 5 na 4 i zawijac ją z boku trzeba, a potem kombinować z umocowaniem, bo plandeka fruwać nie może. )
Tego deszczu w końcu było tyle co z kropidła. Za to teraz jakaś groźna burza nadciąga, wiać zaczęło straszliwie, błyska i grzmi. Jeszcze nie pada. Lecę router wyłączyć i żegnaj internecie na dziś wieczór.
Jeszcze u kóz okienko gnojowe zamknę, bo mam takiego fioła, żeby w burzę przeciągu nie było (tak babcia mówiła)
Pędzę, bo coraz bliżej.
piątek, 17 lipca 2015
Sekrety
Powiem Wam coś w sekrecie: moja kota mnie olewa. Olewa mnie w sensie dosłownym, nie, że ma mnie gdzieś. Nie wiem jaka tego jest przyczyna, bo normalnie załatwia się do kuwety. I kuweta nie straszy zawartością - sprzątam 2 razy dziennie, a czasem i w locie, jak zauważę coś-coś, to też. Żwirek jest uzupełniany -drewniany, fajny żwirek. Kota wygląda na zdrową, apetyt na smoczy, szaleje po domu jak tajfun. A rano budzę się podlana. I to dosłownie, bo wlezie na mnie i mi się na kołdrze zleje centralnie.
Dobrze, że śpię pod śpiworem - szybko schnie i mam 2 na zmianę Najwyżej sąsiedzi się zastanawiają, co te śpiwory tak ciagle u mnie na balkonowej poręczy wiszą.
Nie znam się na kotach. Mam koty od niedawna, całkiem z przypadku i w dodatku aż trzy. Dla mnie koty są niekomunikatywne i "podsterowne". Może to ktoś nazwać - niezależne: robią co chcą, jak chcą i kiedy chcą. Ogólnie: chodzą własnymi ścieżkami. W dzień głównie śpią, a nocą szaleją po chałupie tupiąc, jak stado słoni.Wchodzą na górę mebli, z góry otwierają drzwiczki od nadstawek i się wylegują w ubraniach, skutkiem czego potem część tych ubrań na glebie,a wszystkie - osierściane.(Inna rzecz, że zmuszają trochę do porządku - pranie zdjęłam z balkonu i położyłam w pokoju na stole. Koty natychmiast sobie przywłaszczyły w formie legowiska. I nawet, o dziwo, 2 panienki spały obok siebie! Więc, żeby pranie było czyste przez chwilę, należy natychmiast rozparcelować we właściwe miejsca. Każdy papier czytają namiętnie i skutecznie - więc nie wolno zostawiać na wierzchu ważnych dokumentów i banknotów. Każdą rzecz, która im się chwilowo spodoba, zrzucą z półki/szafki/komody/regału/lady. Wobec tego rzeczy, tłukące się, lub mogące ulec uszkodzeniu w kontakcie z podłogą muszą być chowane. Ale ciężki mosiężny świecznik tez którejś nocy poleciał na glebę. Ciekawe, że najwięcej hałasu robią w nocy właśnie ).
Na kici-kici nie przyłazi żadne. Przychodzą wołane po imieniu. Z tym, że Tośka nie przychodzi wcale. Tośka to dziwny kot, z autyzmem. Jest samowystarczalna - łasi się do nogi od stołu, "udeptuje" kocyk w koszyku. Wzięta na ręce wrzeszczy strasznym "nieee". Tośka ucieka od miski, gdy na kolację dostają puszkę. Tośka nie jada niczego, oprócz chrupek i nie pije wody inaczej, niż bezpośrednio z kranu. Nawet żywe mięso ma gdzieś i jej nie wzrusza w ogóle. Podczas, gdy Koteczek Areczek dostaje kociego rozumu czując kotlecik, czy kurczaczka. Potrafi, stojąc na tylnych łapkach, przednią łapką buchnąć kotlecik z kuchennej lady. (A psy leżą wokół niego i pilnują, żeby spokojnie pożarł).
Klementyna wymaga żeby wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Niech no tylko panowie pozamykają się w swoich jamach - zaraz jest awantura pod drzwiami. Najpierw miauczy przeraźliwie - "a mrrauu" na różnych tonach i decybelach. Jeżeli to nie skutkuje - drapie w drzwi na dwie łapy z wysoką częstotliwością. Jeżeli Dziecko wrzaśnie głosem wielkim zza drzwi, zmyka błyskawicznie na chwilę. Czasem na samo "a mrrauuu" ją wpuszcza - wtedy obchodzi pokój statecznym krokiem i wychodzi sobie.Jeżeli "a mrrauu" nie skutkuje otwarciem drzwi, wtedy ja wołam (żeby zapobiec drapaniu i wrzaskom strasznym) "Klemcia, chodź tu, chodź tu". Na co Klemcia przybiega, wskakuje na kolana i jest głaskana. Wtyka pyszczek we wnętrze mojej dłoni i zgrzyta zębami. Trwa to oczywiście tylko małą chwilkę, po czym pędzi z powrotem pod Dziecka drzwi i się domaga.
Jeżeli nie zamknę drzwi na noc od swego pokoju, często nie pojawia się wcale. Ale - niech bym tylko zamknęła! Natychmiast wrzask pod drzwiami.No to nie zamykam, dla świętego spokoju, żebym nie musiała rozsuwać psów i wstawać w środku nocy w celu otwarcia. Za to rano jestem olana.
Tego olewania na początku nie było. Potem dostała ruje i zaczęła podlewać. Po czym sama z siebie przestała. Teraz rui nie miewa, bo dostaje piguły. I nie olewała, do momentu, gdy w domu pojawiło się kilka osób na raz, których na codzień nie ma. No o sobie lunęła i przestała. Przegrzebywałam internet pod tytułem -co z tym fantem zrobić i jaka tego jest przyczyna. Jedyny pomysł, jaki znalazłam, to ten, że kot może mieć chore drogi moczowe i szukać miękkiego, w celu załatwienia potrzeby. No, ale przez cały dzień ma te drogi zdrowe i robi w kuwetę, a dopiero nad ranem jej chorują?!
Próbowałam zapachów odstraszających. Podobno cytryna... No to poobkładałam się plasterkami cytryny i leżałam w tej cytrynie, jak nimfa błotna jakaś. Ale, gdzie tam. To tylko mi przeszkadzało, bo musiałam uważać, żeby nie postrącać, a potem pozbierać. Klementynie nie przeszkadza żadna cytryna, ani olejek cytrynowy, ani żaden inny zapach. I co ja mam z nią zrobić?! Przecież nie zrobię oto, oto, kota w błoto. Zadręczałabym się, sama z siebie, gdybym ją wyrzuciła z domu.(Do dziś mnie prześladuje kot, którego kretynka szwagierka zabierała z sobą w pola i on się tam potem wyprowadził. Nie było go bardzo długo, a w końcu pojawił się wyraźnie chory. Wtedy był szczyt wścieklizny lisiej w okolicy. W sadzie znalazłam padłego lisa i przybyła ekipa z PIW-u, która go uprzątnęła i zdezynfekowała glebę wokół. Nie zdecydowałam się Maćka dotknąć nawet. A on poszedł z powrotem i więcej nie wrócił. I leży mi na sumieniu ciężkim wyrzutem.)
Może sterylizacja by coś zmieniła w obyczajach Klementyny. Ale przy aktualnej dziurze budżetowej (pieniążki zaplanowane na ten cel zostały utopione w ha) i cenach usługi u wetów - na razie nie widzę szans. Przy czym wiem, że niebawem, im szybciej-tym lepiej, muszę te szanse zobaczyć, bo całe życie na pigułach nie będą. Może na jakimś kocim forum otworzę bazarek robótkowy na sterylkę dla kot ?
Dobrze, że śpię pod śpiworem - szybko schnie i mam 2 na zmianę Najwyżej sąsiedzi się zastanawiają, co te śpiwory tak ciagle u mnie na balkonowej poręczy wiszą.
Nie znam się na kotach. Mam koty od niedawna, całkiem z przypadku i w dodatku aż trzy. Dla mnie koty są niekomunikatywne i "podsterowne". Może to ktoś nazwać - niezależne: robią co chcą, jak chcą i kiedy chcą. Ogólnie: chodzą własnymi ścieżkami. W dzień głównie śpią, a nocą szaleją po chałupie tupiąc, jak stado słoni.Wchodzą na górę mebli, z góry otwierają drzwiczki od nadstawek i się wylegują w ubraniach, skutkiem czego potem część tych ubrań na glebie,a wszystkie - osierściane.(Inna rzecz, że zmuszają trochę do porządku - pranie zdjęłam z balkonu i położyłam w pokoju na stole. Koty natychmiast sobie przywłaszczyły w formie legowiska. I nawet, o dziwo, 2 panienki spały obok siebie! Więc, żeby pranie było czyste przez chwilę, należy natychmiast rozparcelować we właściwe miejsca. Każdy papier czytają namiętnie i skutecznie - więc nie wolno zostawiać na wierzchu ważnych dokumentów i banknotów. Każdą rzecz, która im się chwilowo spodoba, zrzucą z półki/szafki/komody/regału/lady. Wobec tego rzeczy, tłukące się, lub mogące ulec uszkodzeniu w kontakcie z podłogą muszą być chowane. Ale ciężki mosiężny świecznik tez którejś nocy poleciał na glebę. Ciekawe, że najwięcej hałasu robią w nocy właśnie ).
Na kici-kici nie przyłazi żadne. Przychodzą wołane po imieniu. Z tym, że Tośka nie przychodzi wcale. Tośka to dziwny kot, z autyzmem. Jest samowystarczalna - łasi się do nogi od stołu, "udeptuje" kocyk w koszyku. Wzięta na ręce wrzeszczy strasznym "nieee". Tośka ucieka od miski, gdy na kolację dostają puszkę. Tośka nie jada niczego, oprócz chrupek i nie pije wody inaczej, niż bezpośrednio z kranu. Nawet żywe mięso ma gdzieś i jej nie wzrusza w ogóle. Podczas, gdy Koteczek Areczek dostaje kociego rozumu czując kotlecik, czy kurczaczka. Potrafi, stojąc na tylnych łapkach, przednią łapką buchnąć kotlecik z kuchennej lady. (A psy leżą wokół niego i pilnują, żeby spokojnie pożarł).
Klementyna wymaga żeby wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Niech no tylko panowie pozamykają się w swoich jamach - zaraz jest awantura pod drzwiami. Najpierw miauczy przeraźliwie - "a mrrauu" na różnych tonach i decybelach. Jeżeli to nie skutkuje - drapie w drzwi na dwie łapy z wysoką częstotliwością. Jeżeli Dziecko wrzaśnie głosem wielkim zza drzwi, zmyka błyskawicznie na chwilę. Czasem na samo "a mrrauuu" ją wpuszcza - wtedy obchodzi pokój statecznym krokiem i wychodzi sobie.Jeżeli "a mrrauu" nie skutkuje otwarciem drzwi, wtedy ja wołam (żeby zapobiec drapaniu i wrzaskom strasznym) "Klemcia, chodź tu, chodź tu". Na co Klemcia przybiega, wskakuje na kolana i jest głaskana. Wtyka pyszczek we wnętrze mojej dłoni i zgrzyta zębami. Trwa to oczywiście tylko małą chwilkę, po czym pędzi z powrotem pod Dziecka drzwi i się domaga.
Jeżeli nie zamknę drzwi na noc od swego pokoju, często nie pojawia się wcale. Ale - niech bym tylko zamknęła! Natychmiast wrzask pod drzwiami.No to nie zamykam, dla świętego spokoju, żebym nie musiała rozsuwać psów i wstawać w środku nocy w celu otwarcia. Za to rano jestem olana.
Tego olewania na początku nie było. Potem dostała ruje i zaczęła podlewać. Po czym sama z siebie przestała. Teraz rui nie miewa, bo dostaje piguły. I nie olewała, do momentu, gdy w domu pojawiło się kilka osób na raz, których na codzień nie ma. No o sobie lunęła i przestała. Przegrzebywałam internet pod tytułem -co z tym fantem zrobić i jaka tego jest przyczyna. Jedyny pomysł, jaki znalazłam, to ten, że kot może mieć chore drogi moczowe i szukać miękkiego, w celu załatwienia potrzeby. No, ale przez cały dzień ma te drogi zdrowe i robi w kuwetę, a dopiero nad ranem jej chorują?!
Próbowałam zapachów odstraszających. Podobno cytryna... No to poobkładałam się plasterkami cytryny i leżałam w tej cytrynie, jak nimfa błotna jakaś. Ale, gdzie tam. To tylko mi przeszkadzało, bo musiałam uważać, żeby nie postrącać, a potem pozbierać. Klementynie nie przeszkadza żadna cytryna, ani olejek cytrynowy, ani żaden inny zapach. I co ja mam z nią zrobić?! Przecież nie zrobię oto, oto, kota w błoto. Zadręczałabym się, sama z siebie, gdybym ją wyrzuciła z domu.(Do dziś mnie prześladuje kot, którego kretynka szwagierka zabierała z sobą w pola i on się tam potem wyprowadził. Nie było go bardzo długo, a w końcu pojawił się wyraźnie chory. Wtedy był szczyt wścieklizny lisiej w okolicy. W sadzie znalazłam padłego lisa i przybyła ekipa z PIW-u, która go uprzątnęła i zdezynfekowała glebę wokół. Nie zdecydowałam się Maćka dotknąć nawet. A on poszedł z powrotem i więcej nie wrócił. I leży mi na sumieniu ciężkim wyrzutem.)
Może sterylizacja by coś zmieniła w obyczajach Klementyny. Ale przy aktualnej dziurze budżetowej (pieniążki zaplanowane na ten cel zostały utopione w ha) i cenach usługi u wetów - na razie nie widzę szans. Przy czym wiem, że niebawem, im szybciej-tym lepiej, muszę te szanse zobaczyć, bo całe życie na pigułach nie będą. Może na jakimś kocim forum otworzę bazarek robótkowy na sterylkę dla kot ?
To jest właśnie ten strażacki kot. Smutna tu jakaś, albo się głęboko zamyśliła...
PS.
Dodawszy tego posta, zauważyłam, że to post dwusetny. To jakiś trochę jakby jubileusz mały.
Chcę Wam podziękować, że wytrwałyście ze mną te 200 postów.
I kwiatki ode mnie dla Was. Takie mi były w ogródku wyrosły, kiedy zrobiło się sucho i ślimaki pochowały się oraz padły poczęstowane ślimaxem. Ale to już było dawno. Niestety, trochę zdjęć się przeterminowało, z powodu mojego internetu, który się wlekł, tak, że wstawienie zdjęcia było niemożliwe.
Pozdrawiam
wtorek, 14 lipca 2015
O przetworach
Tak mnie naszło, bo sezon akurat.
Tzw. dobre gospodynie domowe stawiają sobie za punkt honoru przetworzyć wszystko, co się urodziło oraz pochwalić się ilością wykonanych słoików. No, i wiele kobiet, mimo sukcesów zawodowych, MUSI, z różnych powodów, być tą "dobrą gospodynią." Też tak miałam. Przez wiele lat czułam presję (zewnętrzną) na bycie dobrą gospodynią. I zapierniczałam jak zajączek, zarywając noce i poranki. (Po czym po latach i tak się okazało, że nic nie robiłam. Więc, PO CO?)
"Narodziliśmy się bez wprawy i umrzemy bez rutyny", chociaż z czasem nabieramy pewnego doświadczenia i dystansu. Na ogół, będą na takim etapie, że i tak nam guzik z tego. Ale... dobre i to.
W zasadzie, jak wiem (a może nie do końca wiem) czytelniczkami tego bloga są na ogół kobiety w zbliżonym do mojego wieku. Więc one już to samo wiedzą, co ja..
Gdyby jednak się komuś mogło coś przydać, to napiszę, co sądzę i co wiem, o tym przetworowym szaleństwie.
Po pierwsze - nie wszystko co Pan Bóg stworzył musi zostać przetworzone. Nie wykorzystuje nigdy na przetwory tego, co leży pod drzewem (z wyjątkiem jabłek, bo jabłonie mam takie, że o zrywaniu nie ma mowy raczej, więc na przetwory strząsam jabłka) Pod drzewem leżą owoce chore, robaczywe, nadgniłe, przejrzałe. Nie robię przetworów z odpadków. Skoro jabłko nadgniłe jest niejadalne, nawet po mocnym odkrojeniu tego zepsutego, to tym bardziej dotyczy to wszelkich innych owoców. W dodatku, ile zachodu wymaga pozyskanie surowca na przetwory z tych spadów! Nie warta skórka za wyprawkę.
Na przetwory muszą być owoce ekstra -dojrzałe, ale nie przejrzałe, zdrowe i pięknie wybarwione, bo jemy głownie nosem i oczami.
Po drugie - robię w słoiki tylko to, co wiem, że domownicy zjedzą. Żadnych wynalazków! Pojawiają się takie sezonowe mody: a to na keczup jakiś tam, a to na śliwkową nutellę, a to na patisony a la korniszony. Na ogół wymagają zachodu i są kosztowne, a potem okazuje się, że nikt tego nawet nie skosztuje w domu.
(U mnie tak jest. Na zasadzie "Nie - bo nie" I np. dżem z dyni, pyszny zresztą, sobie stoi, bo z dyni. Buraczków z jabłkiem Starszy nie tknie, bo założył, że jest w nich cebula, choć podobno marynowaną jada. Natomiast ogórki z czosnkiem i czili pochłania, choć czosnku tam prawie tyle, co ogórków).
I nie dajmy się zwariować. Nie latajmy po kulinarnych blogach w poszukiwaniu wspaniałości nieznanych nam, bo często są to przepisy chwili, niesprawdzone, nie napisane tak, jak się robiło, tylko pod publiczkę. Istnieje kilka blogów kulinarnych godnych zaufania i z nich można ew. skorzystać.
Moje Dziecko uwielbia gotowe sosy do makaronu. W ub. roku miałam na prawdę dużo pomidorów, więc zrobiłam parę słoików. Moim zdaniem, od sklepowego różnił się tylko brakiem składników typu guma ksantanowa, hydrolizat białka itp. Ale Dziecko stwierdziło, że NIE, bo nie. I sos rozdałam. Dobrze, że Brat wszystkożerny i tych słoików było tylko parę. Ciekawe natomiast, że podobny sos robię "na bieżąco", w garnku, i wtedy jest jadalny. Niestety, fanaberii kulinarnych przeskoczyć się nie da. U mnie takimi fanaberiami wyróżniają się panowie.
Po trzecie - wszystko pasteryzuję. Wszelkie przetwory zapasteryzowane w słoikach mogą być zużyte także w następnym roku. Pasteryzuję "na mokro", bo ten sposób jest dla mnie wygodniejszy, niż pasteryzowanie w piekarniku. Moja spiżarnia ma okno, więc słoiki na półkach przykrywam czymśtam, w miarę nieprzezroczystym, żeby zawartość nie pełzła pod wpływem słońca.
Po czwarte - jak masz zamrażarkę, to jesteś władcą przestworzy. W zamrażarkę można wszystko wetknąć (no, prawie wszystko. Z doświadczenia nie sprawdzała mi się zamrożona papryka np. Między innymi z powodu zapachu, który rozsiewała po zamrażarce) Tylko, nie można iść całkiem na lenia i po prostu wziąć i w tę zamrażarkę wrzucić. Warzywa, które zawierają białko MUSZĄ być zblanszowane, bo inaczej wyjdzie nam mrożone gie. No i popakować w sensowne porcje, żeby potem nie trzeba było rąbać tego siekierą na mniejsze.
No i po piąte: jak nie mamy własnych substratów na przetwory, to raczej nie robimy. Chyba, że możemy pozyskać z pewnego źródła. Ja np. odpieram siłą, mocą i granatem dążność mojego Starszego do tego, że "ma być dużo". Bo jak kisili u niego kapustę, to była beczka. Więc, jak mam te kilkanaście główek, to należy dokupić. Precz! Nie widzę NAJMNIEJSZEGO sensu w kiszeniu kupnej kapusty! Taką samą kupię sobie już gotową i nie będzie ode mnie wymagała żadnego wysiłku. Kiszę tylko swoją, bo mam fajną kapuchę, bez nawozów. Co jest bardzo istotne w przypadku kapusty - uprawiana na sprzedaż dostaje taką dawkę azotu, że w polu jest biało. Ona ten azot kumuluje w sobie. Z tego powodu nie kupuję "młodej kapusty" i ogórków. Ogórkom Starszy nie potrafi się oprzeć, ale jego broszka - jak chce niech je ten syf. Ogórki jem dopiero, jak mam swoje. Innych nie jadam.
Moja kapusta już wycięta, bo po deszczu główki zaczynały pękać i Tatuś sraczki dostawał, żeby JUŻ. Oraz nastawiona do kiszenia. Z własną marchewką. Za tydzień będzie już gotowa, żeby ja przełożyć do słoików i zapasteryzować. I pójdzie raczej w małe słoiki, żeby było na surówkę, ponieważ w innej postaci raczej się nie zjada u mnie. Na wigilijną truciznę zostało mi kilka dużych słoików z ub. roku.
W tym roku moje grządki mnie zawodzą trochę. Częściowo z powodu suszy, częściowo z powodu kiepskich nasion, które nie wschodziły. Częściowo, z powodu zwierząt polowych, które się u mnie stołują. Zalączek opierniczył szparagówkę z wierzchu (tę drugą, bo pierwsza nie wykiełkowała) oraz przepikowany szpinak nowozelandzki. Teraz zwęszył kalarepkę niedawno posadzoną i tez tam sobie ucztuje. Dobrze, że na kupionych 10 szt. dostałam ponad 20 i wszystkie posadziłam. Wystarczy dla mnie i dla szaraka. Nornicom smakują szalenie selery - pewnego dnia wpierniczyły 2 szt. na moich oczach. Na razie nie widzę działalności chomików. Te się pewnie uaktywnią, jak będą dynie. (W ub. roku chomików było mnóstwo, zapędzały się nawet bezczelnie do stodoły po pszeniczkę. Aż dziw, że do tej pory żadnego nie spotkałam, mimo tak łagodnej zimy. Może lisy się nimi zajęły?)
Po tym, jak trochę popadało zrobiło się bardziej zielono. Ale to i tak kicha, bo ta trawa, która już jest lepsza nie będzie. Najwyżej pojawi się odrost tam, gdzie było koszone. Na drugi pokos siana szans żadnych, a to co jest - ubywa strasznie z braku zielonki. Żniwa będą kradzione. Ten niewielki i mało intensywny deszcz położył mi część owsa. Starszy się martwi, co zrobię z taką ilością słomy. Mówię, że będę się martwić, jak ją będę miała. Na razie niedźwiedź hasa po lasach i jak widać - część owsa położone. Taki położony może zrosnąć na pniu i nic z niego nie będzie. Więc będę się myśleć, co zrobić z nadmiarem, jak będę miała w stodole. Oraz - skąd wezmę na kombajn i na prasę.
Na razie głównie myślę nad tym skąd wezmę. Bo kicha jest totalna, pogłębiona niespodziewanym wydatkiem na lawetę (podkusiło mnie chyba, proponować Młodemu jazdę do KRK. Pewnie jakby nie pojechał, to by się nie rozkraczył pod Dębicą. A jakby się rozkraczył, to gdzieś bliżej i nawet jakby laweta, to by tyle nie kosztowała. Chociaż, Dziecko M. mówiło ostatnio, że znajomy w KRK lawetą się wiózł spod domu do warsztatu i zapłacił niewiele mniej, niż spod tej Dębicy. No, tyle, że to KRK). W dodatku jeszcze czeka mnie bliskie spotkanie trzeciego stopnia w sądzie!
Starszy raczył wstać i zaczęły się opowieści dziwnej treści. Więc PA.
Sory, za to wymądrzanie się przetworowe, ale a nuż coś komuś zaświta.
Na marginesie pobytu (krótkiego)Dziecka M: oczywiście na dzień dobry wzięła się za porządki (bo syf taki tu macie), oczywiście mi poprzestawiała to i owo. np, kawę, którą mam pod ręka na szafce wetknęła do szafki za cukier, skutkiem czego szukałam z wqrwem wewnętrznym. Ale, o dziwo, udało nam się nie pokłócić i nawet trochę pogadać. O dziwo też, nie siedziała cały czas na fb w telefonie, co robi nieustannie i czym mnie totalnie wqrwia. Nawet jakieś poglądy wymieniłyśmy głębsze. Przy czym okazało się, że ten wyjazd do Cannes nie będzie taki "lotem błyskawicy", bo jadą w piątek po południu a wracają w poniedziałek wieczorem. Czyli będzie parę minut, żeby coś zobaczyć, nie tylko zza szyby samochodu, choć i to może być pozytywne (Brat oglądał szwedzkie krajobrazy głównie zza szyby samochodu, a i tak był zachwycony). Wczoraj panowie sponsorzy wyjazdu skłaniali się ku lotowi samolotem, ale okazało się, że nici, z czego DzieckoM. było zadowolone bardzo. (Z powodu jakiś stresowych palpitacji boi się latać ostatnio). Cieszę się, że te moje nakłady na jej naukę francuskiego nie poszły na marne, mimo oporów wielkich (a idiotycznie umotywowanych) ze strony starszego. No i żałuję, że się ostatecznie nie oparłam jego presji i nie zgodziłam na kończenie studiów w Paryżu. Być może miałaby zupełnie inna pozycję wyjściową i nie zapierniczałaby teraz w korpo.
Szkoda tylko, że drugie Dziecko nie wykorzystało szansy i osiadło tu, na gównianych hektarach, mając pretensje do całego świata i beztrosko pozostając na moim garnuszku.
A poza tym cholernie boli mnie lewy bark, niezależnie od wykonywanych, bądź nie - ruchów (chociaż szarpnięcie sznurkiem przez psy sprawia wrażenie, jakby mi sie ta ręka wyrywała całkiem). Domniemywam, że jest to stresoból i, jak sam przyszedł, tak sam przejdzie, bo na razie, żadne działania,nie wpływają na zmniejszenie.
Tzw. dobre gospodynie domowe stawiają sobie za punkt honoru przetworzyć wszystko, co się urodziło oraz pochwalić się ilością wykonanych słoików. No, i wiele kobiet, mimo sukcesów zawodowych, MUSI, z różnych powodów, być tą "dobrą gospodynią." Też tak miałam. Przez wiele lat czułam presję (zewnętrzną) na bycie dobrą gospodynią. I zapierniczałam jak zajączek, zarywając noce i poranki. (Po czym po latach i tak się okazało, że nic nie robiłam. Więc, PO CO?)
"Narodziliśmy się bez wprawy i umrzemy bez rutyny", chociaż z czasem nabieramy pewnego doświadczenia i dystansu. Na ogół, będą na takim etapie, że i tak nam guzik z tego. Ale... dobre i to.
W zasadzie, jak wiem (a może nie do końca wiem) czytelniczkami tego bloga są na ogół kobiety w zbliżonym do mojego wieku. Więc one już to samo wiedzą, co ja..
Gdyby jednak się komuś mogło coś przydać, to napiszę, co sądzę i co wiem, o tym przetworowym szaleństwie.
Po pierwsze - nie wszystko co Pan Bóg stworzył musi zostać przetworzone. Nie wykorzystuje nigdy na przetwory tego, co leży pod drzewem (z wyjątkiem jabłek, bo jabłonie mam takie, że o zrywaniu nie ma mowy raczej, więc na przetwory strząsam jabłka) Pod drzewem leżą owoce chore, robaczywe, nadgniłe, przejrzałe. Nie robię przetworów z odpadków. Skoro jabłko nadgniłe jest niejadalne, nawet po mocnym odkrojeniu tego zepsutego, to tym bardziej dotyczy to wszelkich innych owoców. W dodatku, ile zachodu wymaga pozyskanie surowca na przetwory z tych spadów! Nie warta skórka za wyprawkę.
Na przetwory muszą być owoce ekstra -dojrzałe, ale nie przejrzałe, zdrowe i pięknie wybarwione, bo jemy głownie nosem i oczami.
Po drugie - robię w słoiki tylko to, co wiem, że domownicy zjedzą. Żadnych wynalazków! Pojawiają się takie sezonowe mody: a to na keczup jakiś tam, a to na śliwkową nutellę, a to na patisony a la korniszony. Na ogół wymagają zachodu i są kosztowne, a potem okazuje się, że nikt tego nawet nie skosztuje w domu.
(U mnie tak jest. Na zasadzie "Nie - bo nie" I np. dżem z dyni, pyszny zresztą, sobie stoi, bo z dyni. Buraczków z jabłkiem Starszy nie tknie, bo założył, że jest w nich cebula, choć podobno marynowaną jada. Natomiast ogórki z czosnkiem i czili pochłania, choć czosnku tam prawie tyle, co ogórków).
I nie dajmy się zwariować. Nie latajmy po kulinarnych blogach w poszukiwaniu wspaniałości nieznanych nam, bo często są to przepisy chwili, niesprawdzone, nie napisane tak, jak się robiło, tylko pod publiczkę. Istnieje kilka blogów kulinarnych godnych zaufania i z nich można ew. skorzystać.
Moje Dziecko uwielbia gotowe sosy do makaronu. W ub. roku miałam na prawdę dużo pomidorów, więc zrobiłam parę słoików. Moim zdaniem, od sklepowego różnił się tylko brakiem składników typu guma ksantanowa, hydrolizat białka itp. Ale Dziecko stwierdziło, że NIE, bo nie. I sos rozdałam. Dobrze, że Brat wszystkożerny i tych słoików było tylko parę. Ciekawe natomiast, że podobny sos robię "na bieżąco", w garnku, i wtedy jest jadalny. Niestety, fanaberii kulinarnych przeskoczyć się nie da. U mnie takimi fanaberiami wyróżniają się panowie.
Po trzecie - wszystko pasteryzuję. Wszelkie przetwory zapasteryzowane w słoikach mogą być zużyte także w następnym roku. Pasteryzuję "na mokro", bo ten sposób jest dla mnie wygodniejszy, niż pasteryzowanie w piekarniku. Moja spiżarnia ma okno, więc słoiki na półkach przykrywam czymśtam, w miarę nieprzezroczystym, żeby zawartość nie pełzła pod wpływem słońca.
Po czwarte - jak masz zamrażarkę, to jesteś władcą przestworzy. W zamrażarkę można wszystko wetknąć (no, prawie wszystko. Z doświadczenia nie sprawdzała mi się zamrożona papryka np. Między innymi z powodu zapachu, który rozsiewała po zamrażarce) Tylko, nie można iść całkiem na lenia i po prostu wziąć i w tę zamrażarkę wrzucić. Warzywa, które zawierają białko MUSZĄ być zblanszowane, bo inaczej wyjdzie nam mrożone gie. No i popakować w sensowne porcje, żeby potem nie trzeba było rąbać tego siekierą na mniejsze.
No i po piąte: jak nie mamy własnych substratów na przetwory, to raczej nie robimy. Chyba, że możemy pozyskać z pewnego źródła. Ja np. odpieram siłą, mocą i granatem dążność mojego Starszego do tego, że "ma być dużo". Bo jak kisili u niego kapustę, to była beczka. Więc, jak mam te kilkanaście główek, to należy dokupić. Precz! Nie widzę NAJMNIEJSZEGO sensu w kiszeniu kupnej kapusty! Taką samą kupię sobie już gotową i nie będzie ode mnie wymagała żadnego wysiłku. Kiszę tylko swoją, bo mam fajną kapuchę, bez nawozów. Co jest bardzo istotne w przypadku kapusty - uprawiana na sprzedaż dostaje taką dawkę azotu, że w polu jest biało. Ona ten azot kumuluje w sobie. Z tego powodu nie kupuję "młodej kapusty" i ogórków. Ogórkom Starszy nie potrafi się oprzeć, ale jego broszka - jak chce niech je ten syf. Ogórki jem dopiero, jak mam swoje. Innych nie jadam.
Moja kapusta już wycięta, bo po deszczu główki zaczynały pękać i Tatuś sraczki dostawał, żeby JUŻ. Oraz nastawiona do kiszenia. Z własną marchewką. Za tydzień będzie już gotowa, żeby ja przełożyć do słoików i zapasteryzować. I pójdzie raczej w małe słoiki, żeby było na surówkę, ponieważ w innej postaci raczej się nie zjada u mnie. Na wigilijną truciznę zostało mi kilka dużych słoików z ub. roku.
W tym roku moje grządki mnie zawodzą trochę. Częściowo z powodu suszy, częściowo z powodu kiepskich nasion, które nie wschodziły. Częściowo, z powodu zwierząt polowych, które się u mnie stołują. Zalączek opierniczył szparagówkę z wierzchu (tę drugą, bo pierwsza nie wykiełkowała) oraz przepikowany szpinak nowozelandzki. Teraz zwęszył kalarepkę niedawno posadzoną i tez tam sobie ucztuje. Dobrze, że na kupionych 10 szt. dostałam ponad 20 i wszystkie posadziłam. Wystarczy dla mnie i dla szaraka. Nornicom smakują szalenie selery - pewnego dnia wpierniczyły 2 szt. na moich oczach. Na razie nie widzę działalności chomików. Te się pewnie uaktywnią, jak będą dynie. (W ub. roku chomików było mnóstwo, zapędzały się nawet bezczelnie do stodoły po pszeniczkę. Aż dziw, że do tej pory żadnego nie spotkałam, mimo tak łagodnej zimy. Może lisy się nimi zajęły?)
Po tym, jak trochę popadało zrobiło się bardziej zielono. Ale to i tak kicha, bo ta trawa, która już jest lepsza nie będzie. Najwyżej pojawi się odrost tam, gdzie było koszone. Na drugi pokos siana szans żadnych, a to co jest - ubywa strasznie z braku zielonki. Żniwa będą kradzione. Ten niewielki i mało intensywny deszcz położył mi część owsa. Starszy się martwi, co zrobię z taką ilością słomy. Mówię, że będę się martwić, jak ją będę miała. Na razie niedźwiedź hasa po lasach i jak widać - część owsa położone. Taki położony może zrosnąć na pniu i nic z niego nie będzie. Więc będę się myśleć, co zrobić z nadmiarem, jak będę miała w stodole. Oraz - skąd wezmę na kombajn i na prasę.
Na razie głównie myślę nad tym skąd wezmę. Bo kicha jest totalna, pogłębiona niespodziewanym wydatkiem na lawetę (podkusiło mnie chyba, proponować Młodemu jazdę do KRK. Pewnie jakby nie pojechał, to by się nie rozkraczył pod Dębicą. A jakby się rozkraczył, to gdzieś bliżej i nawet jakby laweta, to by tyle nie kosztowała. Chociaż, Dziecko M. mówiło ostatnio, że znajomy w KRK lawetą się wiózł spod domu do warsztatu i zapłacił niewiele mniej, niż spod tej Dębicy. No, tyle, że to KRK). W dodatku jeszcze czeka mnie bliskie spotkanie trzeciego stopnia w sądzie!
Starszy raczył wstać i zaczęły się opowieści dziwnej treści. Więc PA.
Sory, za to wymądrzanie się przetworowe, ale a nuż coś komuś zaświta.
Na marginesie pobytu (krótkiego)Dziecka M: oczywiście na dzień dobry wzięła się za porządki (bo syf taki tu macie), oczywiście mi poprzestawiała to i owo. np, kawę, którą mam pod ręka na szafce wetknęła do szafki za cukier, skutkiem czego szukałam z wqrwem wewnętrznym. Ale, o dziwo, udało nam się nie pokłócić i nawet trochę pogadać. O dziwo też, nie siedziała cały czas na fb w telefonie, co robi nieustannie i czym mnie totalnie wqrwia. Nawet jakieś poglądy wymieniłyśmy głębsze. Przy czym okazało się, że ten wyjazd do Cannes nie będzie taki "lotem błyskawicy", bo jadą w piątek po południu a wracają w poniedziałek wieczorem. Czyli będzie parę minut, żeby coś zobaczyć, nie tylko zza szyby samochodu, choć i to może być pozytywne (Brat oglądał szwedzkie krajobrazy głównie zza szyby samochodu, a i tak był zachwycony). Wczoraj panowie sponsorzy wyjazdu skłaniali się ku lotowi samolotem, ale okazało się, że nici, z czego DzieckoM. było zadowolone bardzo. (Z powodu jakiś stresowych palpitacji boi się latać ostatnio). Cieszę się, że te moje nakłady na jej naukę francuskiego nie poszły na marne, mimo oporów wielkich (a idiotycznie umotywowanych) ze strony starszego. No i żałuję, że się ostatecznie nie oparłam jego presji i nie zgodziłam na kończenie studiów w Paryżu. Być może miałaby zupełnie inna pozycję wyjściową i nie zapierniczałaby teraz w korpo.
Szkoda tylko, że drugie Dziecko nie wykorzystało szansy i osiadło tu, na gównianych hektarach, mając pretensje do całego świata i beztrosko pozostając na moim garnuszku.
A poza tym cholernie boli mnie lewy bark, niezależnie od wykonywanych, bądź nie - ruchów (chociaż szarpnięcie sznurkiem przez psy sprawia wrażenie, jakby mi sie ta ręka wyrywała całkiem). Domniemywam, że jest to stresoból i, jak sam przyszedł, tak sam przejdzie, bo na razie, żadne działania,nie wpływają na zmniejszenie.
poniedziałek, 13 lipca 2015
zimno, mokro i do dupy
Tak się jakoś dziwnie składa, że ostatnio większość moich postów ma pogodowe nagłówki. Ale, ponieważ żyję tak, jak żyję czyli na wsi, ze zwierzętami, uprawami i warzywkami, oraz innymi roślinami, posadzonymi, by umilały otoczenie - pogoda decyduje o tym, co robię i jak robię. Ponadto, ponieważ już krzyżyków parę noszę, mój organizm nie jest obojętny na pogodowe upierdliwości.
A niestety, pogoda dostosowuje się do całości życia w tym kraju i daje popalić. Najpierw susza - cały czerwiec bez kropli deszczu prawie. Skutek - brak zielonki dla kóz, koszenie -massakra, wożenie wody na warzywnik co drugi dzień i noszenie podlewaczkami, ręce się za każdym takim razem wydłużają o centymetr a kręgosłup gnie do przodu. Wypuszczenie kóz na tę trawę, żeby sobie same pozyskały jest bez sensu, ponieważ kozy tak mają, że więcej zniszczą niż zjedzą.
W piątek spadło z trzydziestu paru na trzynaście, poduło trochę wściekle, popadało trochę. W sobotę ziąb, słonecznie. W niedzielę znowu upał. A dziś ziąb i pada od rana. A ja z krótkich portek i podkoszulka na szelkach przeskakuję w dresówkę i kamizelkę (kuloodporną, jak mawia Dziecko, bo ta kamizelka ma już ze 100 lat chyba i niebawem sama ze mnie w strzępach spadnie). I tak na zmianę.
Dziecko Miastowe w sobotę przybyło - blablą przybyło, na miejsce prawie za 25 zet, a w niedzielę pojechało z powrotem, w ten sam sposób, prawie spod domu, za 2 dychy. I co na to PKP? Za chwilę przestanie istnieć pewnie. Przy tej częstotliwości kursowania pociągów i czasach przejazdu, coraz mniej osób lata za masochistę i jeździ pociągami. W tej chwili samochodem jedzie się od nas 2h do KRK (pod warunkiem, że się w Dębicy nie przestawi panewka)
Dziecko M. przeszło na dietę MM, w związku z czym pozyskaliśmy nieco wiśni i zrobiłam dla niej dżem błyskawiczny na fruktozie. Dałam tej fruktozy na oko, mając na uwadze, że jest o 40% słodsza od cukru, i nieco pektyny. Ostatnio jest dostępna jakaś inna pektyna, niż ta której używałam zwykle. Pektowin się rozleciał, a to co z niego zostało nazywa się teraz C&G. Wytwarzana przez nich pektyna jest jakaś "mocniejsza" niż tamta poprzednia, bo zastosowana zgodnie z przepisem powoduje, że dżem jest sztywny całkiem. A taki być nie powinien, więc po ubiegłorocznych doświadczeniach ze sztywnymi dżemami, daję mniej. Ale daję. Dzięki temu można zrobić dżem w 15 minut, jest "bardziej owocowy", bo się smak owoców nie "wysmaży", raczej mało prawdopodobne, żeby się przypalił. Na gorąco idzie do słoików, a potem obowiązkowo do pasteryzacji. W ten sposób postępując, mogę sobie darować wyparzanie słoików i pokrywek. Czasem to robię, w piekarniku, ale jest to bardziej uciążliwe niż pasteryzowanie przetworów. I bardziej "energochłonne", bo piekarnik elektryczny.
Upiekłam też chleb, który dał by się w tej diecie zastosować. W sobotę. I miałam drugi upiec w niedzielę, ale skleroza mi szyki pomieszała - nie wzięłam pod uwagę, że maszyna pracuje 3 godziny, wobec czego chleb był gotowy w momencie, gdy Dziecko M. wsiadało już do samochodu przy Eczwórce.
Bardzo posmakował domowemu Dziecku. Jak nigdy prawie nie je mojego maszynowego chleba (bo jest taki "bezpciowy" jakiś, w/g niego), tak tym razem do wieczora pochłonął pół bochenka. Różnica była taka, że dałam część mąki żytniej razowej i garść płatków owsianych. Poprzednie były z samej pszennej razowej, czasem z pszennej zwykłej z otrębami i płatkami. Tym razem nabyłam żytnią razową w biedronce, zupełnie przez pomyłkę, bo opakowanie niewiele się różniło od opakowania pszennej.No to muszę ją wykorzystać. Wystarczy na kilka bochenków jeszcze, bo dodaję mniej więcej w stosunku 1: 3 (żytnia do pszennej). Myk w tym wszystkim jest taki, że mąkę daję na oko. Odmierzam płyn, sól, cukier i drożdże, a mąka na oko. (Płyny są różne - serwatka kwasowa, serwatka podpuszczkowa, kupna maślanka, kefir kupny - wtedy trochę z wodą, sama woda rzadko) Wsypuję i włączam maszynę. A jak trochę pobełta - sprawdzam, jaką konsystencję ma zawartość. Czasem wymaga dosypania nieco mąki. W tym ostatnim wyjęłam mieszak po drugim bełtaniu, wyszła więc tylko niewielka dziurka.
Pada. Z jednej strony - dobrze, że pada, bo sucho już było strasznie. A z drugiej - właśnie się żniwa rzepakowe zaczęły. Dzieckowy rzepak niby jeszcze do koszenia w sobotę nie był, ale takie deszcze ze słońcem na zmianę spowodują, że część nasion pójdzie w glebę.
Z rolnictwem jest w ogóle fajna sprawa! Dziecko ma kolegę, który uprawia ziemniaki spożywcze. W czasie, gdy ziemniaki w sklepie kosztowały 1,50 - 2zł, on sprzedawał je do hurtowni po 50gr. Moim zdaniem, o pomstę do nieba woła, żeby marża handlowa wynosiła 200 - 300%. A tak jest, niestety nie tylko w przypadku żywności nieprzetworzonej.
Żadne przepisy nie ograniczają wysokości marży i handel dutka nas, jak może.
(Kilka lat temu miałam znajomą, która, oprócz pracy w tym samym zawodzie, miała mały zakład krawiecki produkujący ubrania dla dzieci. Baba miał opad szczęki i oczu wytrzeszcz, gdy zobaczyła, że jej sukienka kosztuje na bazarze 3 razy tyle, za ile ją sprzedała sklepikarce.)
Tak, że wszystkimi czterema łapami podpisuję się pod ideą kupowania żywności od producenta (czytaj - rolnika) Zyskuje na tym i kupujący i rolnik. Nabywca - płaci taniej niż w sklepie i kupuje świeże, bo prawie prosto z pola (a nie zwiędnięte młode ziemniaki ze sklepu, które się oskrobać nie dadzą, czy ogórki, które już wytworzyły kupę azotynów) Rolnik - może sprzedać odrobinę drożej niż do hurtu. Poza tym -np. ziemniaki kupowane w sklepie to wielka niewiadoma, często są z trudem jadalne. Kupując u rolnika - wiem co kupuję i wiem, że na następny raz kupie takie same.
A teraz już lecę, bo na chwilę przestało padać
A niestety, pogoda dostosowuje się do całości życia w tym kraju i daje popalić. Najpierw susza - cały czerwiec bez kropli deszczu prawie. Skutek - brak zielonki dla kóz, koszenie -massakra, wożenie wody na warzywnik co drugi dzień i noszenie podlewaczkami, ręce się za każdym takim razem wydłużają o centymetr a kręgosłup gnie do przodu. Wypuszczenie kóz na tę trawę, żeby sobie same pozyskały jest bez sensu, ponieważ kozy tak mają, że więcej zniszczą niż zjedzą.
W piątek spadło z trzydziestu paru na trzynaście, poduło trochę wściekle, popadało trochę. W sobotę ziąb, słonecznie. W niedzielę znowu upał. A dziś ziąb i pada od rana. A ja z krótkich portek i podkoszulka na szelkach przeskakuję w dresówkę i kamizelkę (kuloodporną, jak mawia Dziecko, bo ta kamizelka ma już ze 100 lat chyba i niebawem sama ze mnie w strzępach spadnie). I tak na zmianę.
Dziecko Miastowe w sobotę przybyło - blablą przybyło, na miejsce prawie za 25 zet, a w niedzielę pojechało z powrotem, w ten sam sposób, prawie spod domu, za 2 dychy. I co na to PKP? Za chwilę przestanie istnieć pewnie. Przy tej częstotliwości kursowania pociągów i czasach przejazdu, coraz mniej osób lata za masochistę i jeździ pociągami. W tej chwili samochodem jedzie się od nas 2h do KRK (pod warunkiem, że się w Dębicy nie przestawi panewka)
Dziecko M. przeszło na dietę MM, w związku z czym pozyskaliśmy nieco wiśni i zrobiłam dla niej dżem błyskawiczny na fruktozie. Dałam tej fruktozy na oko, mając na uwadze, że jest o 40% słodsza od cukru, i nieco pektyny. Ostatnio jest dostępna jakaś inna pektyna, niż ta której używałam zwykle. Pektowin się rozleciał, a to co z niego zostało nazywa się teraz C&G. Wytwarzana przez nich pektyna jest jakaś "mocniejsza" niż tamta poprzednia, bo zastosowana zgodnie z przepisem powoduje, że dżem jest sztywny całkiem. A taki być nie powinien, więc po ubiegłorocznych doświadczeniach ze sztywnymi dżemami, daję mniej. Ale daję. Dzięki temu można zrobić dżem w 15 minut, jest "bardziej owocowy", bo się smak owoców nie "wysmaży", raczej mało prawdopodobne, żeby się przypalił. Na gorąco idzie do słoików, a potem obowiązkowo do pasteryzacji. W ten sposób postępując, mogę sobie darować wyparzanie słoików i pokrywek. Czasem to robię, w piekarniku, ale jest to bardziej uciążliwe niż pasteryzowanie przetworów. I bardziej "energochłonne", bo piekarnik elektryczny.
Upiekłam też chleb, który dał by się w tej diecie zastosować. W sobotę. I miałam drugi upiec w niedzielę, ale skleroza mi szyki pomieszała - nie wzięłam pod uwagę, że maszyna pracuje 3 godziny, wobec czego chleb był gotowy w momencie, gdy Dziecko M. wsiadało już do samochodu przy Eczwórce.
Bardzo posmakował domowemu Dziecku. Jak nigdy prawie nie je mojego maszynowego chleba (bo jest taki "bezpciowy" jakiś, w/g niego), tak tym razem do wieczora pochłonął pół bochenka. Różnica była taka, że dałam część mąki żytniej razowej i garść płatków owsianych. Poprzednie były z samej pszennej razowej, czasem z pszennej zwykłej z otrębami i płatkami. Tym razem nabyłam żytnią razową w biedronce, zupełnie przez pomyłkę, bo opakowanie niewiele się różniło od opakowania pszennej.No to muszę ją wykorzystać. Wystarczy na kilka bochenków jeszcze, bo dodaję mniej więcej w stosunku 1: 3 (żytnia do pszennej). Myk w tym wszystkim jest taki, że mąkę daję na oko. Odmierzam płyn, sól, cukier i drożdże, a mąka na oko. (Płyny są różne - serwatka kwasowa, serwatka podpuszczkowa, kupna maślanka, kefir kupny - wtedy trochę z wodą, sama woda rzadko) Wsypuję i włączam maszynę. A jak trochę pobełta - sprawdzam, jaką konsystencję ma zawartość. Czasem wymaga dosypania nieco mąki. W tym ostatnim wyjęłam mieszak po drugim bełtaniu, wyszła więc tylko niewielka dziurka.
Pada. Z jednej strony - dobrze, że pada, bo sucho już było strasznie. A z drugiej - właśnie się żniwa rzepakowe zaczęły. Dzieckowy rzepak niby jeszcze do koszenia w sobotę nie był, ale takie deszcze ze słońcem na zmianę spowodują, że część nasion pójdzie w glebę.
Z rolnictwem jest w ogóle fajna sprawa! Dziecko ma kolegę, który uprawia ziemniaki spożywcze. W czasie, gdy ziemniaki w sklepie kosztowały 1,50 - 2zł, on sprzedawał je do hurtowni po 50gr. Moim zdaniem, o pomstę do nieba woła, żeby marża handlowa wynosiła 200 - 300%. A tak jest, niestety nie tylko w przypadku żywności nieprzetworzonej.
Żadne przepisy nie ograniczają wysokości marży i handel dutka nas, jak może.
(Kilka lat temu miałam znajomą, która, oprócz pracy w tym samym zawodzie, miała mały zakład krawiecki produkujący ubrania dla dzieci. Baba miał opad szczęki i oczu wytrzeszcz, gdy zobaczyła, że jej sukienka kosztuje na bazarze 3 razy tyle, za ile ją sprzedała sklepikarce.)
Tak, że wszystkimi czterema łapami podpisuję się pod ideą kupowania żywności od producenta (czytaj - rolnika) Zyskuje na tym i kupujący i rolnik. Nabywca - płaci taniej niż w sklepie i kupuje świeże, bo prawie prosto z pola (a nie zwiędnięte młode ziemniaki ze sklepu, które się oskrobać nie dadzą, czy ogórki, które już wytworzyły kupę azotynów) Rolnik - może sprzedać odrobinę drożej niż do hurtu. Poza tym -np. ziemniaki kupowane w sklepie to wielka niewiadoma, często są z trudem jadalne. Kupując u rolnika - wiem co kupuję i wiem, że na następny raz kupie takie same.
A teraz już lecę, bo na chwilę przestało padać
wtorek, 7 lipca 2015
Deszcz!!!
W końcu spadło i u nas!
Wczorajszy dzień spędziłam jak borsuk w norze, starając się wychodzić na zewnątrz tylko, kiedy mus. A ponieważ nawet psy mają już dość tej afryki równikowej - na prawdę nie musiałam wiele. (Księżniczka -sikawka leży głównie na gołej podłodze w pozycji zdechłego psa i jakoś potrzeby sikawkowe jej się zmniejszyły. Pewnie wyparowuje nadmiar wody), Upał był nieznośny, porażał szczególnie tuż po przekroczeniu progu, bo wokół domu zero drzew i cienia również. Pomysły na wykonanie jakichkolwiek prac zostały zduszone w zarodku - zrywanie wiśni Dziecko uznało za próbę samobójczą. Oświadczyło zdecydowanie, że wcześniej niż o piątej z domu nie wychodzi. A obiecało, że nałoży tarczę do kosy spalinowej i ukosi trawy dla kóz.
W obecnej sytuacji zielonkowej najwygodniej byłoby, gdyby sobie pozyskiwały same, ale jakoś nie mam odwagi wyprowadzić ich na ten upał. A trawa jest jakoby jej nie było - krótka i rzadka oraz przyschnięta u podstawy. Koszenie zwykłą kosą to mordęga, mimo, że Starszy poświęcił się strasznie i w końcu tę kosę poklepał. Przy okazji tego klepania i ostrzenia po klepaniu diabeł ogonem nakrył czarna osełkę. Ślad po niej zaginął. Została tylko jasna, która do ostrzenia wymaga wody i ostrzy gorzej niż czarna.Ręka prawa zaczęła mnie już od tej kosy boleć i ustaliliśmy z Dzieckiem, że należy przejść na pozyskiwanie mechaniczne.
I właśnie Dziecko kończyło przykręcać tarczę, kiedy spadły pierwsze ciężkie krople. Ostatecznie okazało się, że tych kropel było tyle, co z kropidła. I znowu chmury sobie na południowy wschód poszły, gdzieś daleko niegroźnie pohuczało i wróciło do normy. Po czym sąsiadkę dorwałam, która w międzyczasie wróciła z pracy w najbliższym miasteczku i dowiedziałam się z bólem, że tam solidnie popadało (znów św. Antoni).
Trawa została pozyskana, kozy wyprowadzone na powietrze. Tym razem bardzo bezboleśnie się odbyło i bezstresowo, bo jakiś chlebek się zawiesił i został wysuszony. Na hasło "Wandzia, chodź, mam chlebek" Wandzia przychodzi do ręki jak piesek nawet z daleka. I na chlebku zostały przeprowadzone do zagrody. Tak im smakowało, że jak tylko do nich weszłam - natychmiast przybiegały i obwąchiwały ręce.
Kozy w zagrodzie, Starszy na warcie na schodach, a ja z Dzieckiem pojechałam z wodą w pole. Znów wylałam 200 litrów pod jarzynki. Tym razem podlałam prawie wszystko. Te jarzyny, które nie są podlewane zaczynają schnąć - bób wygląda żałośnie, buraki maja poprzysychane zewnętrzne liście, nawet selery, choć podlewane - też schną. Przy okazji podlałam Dziecko i wysłuchałam długiego jojczenia, ale rozumiem jak przykre jest zetknięcie z zimną wodą w taki skwar. Zeszło z tym podlewaniem do 20.30. Ręce znów mi się wydłużyły nieco, bo latam z dwiema konewkami. Wciąż w myśl zasady "lepiej dźwigać, niż ścigać".
Potem jeszcze "wróciłam" kozy, nakarmiłam, wydoiłam. Złapałam Klemura, który zwiał był miedzy nogami, gdy po raz trzeci wracałam po chleb dla kóz. Wylegiwał się na trawie na środku ogródka i obserwował ptaszyny, które imprezę jakąś sobie tam zrobiły i latały ze świergotem w te i wewte. Ponieważ pora była kolacyjna - wiedziałam, że micha z żarełkiem z puszeczki zwabi Klemura na pewno. Co się stało - Klemencja została capnięta i zaniesiona ciupasem do domu, wśród wierzgania łapkami i wężowatych wygibasów kociego ciałka.
Ogarnęłam jeszcze, co było do ogarnięcia, otworzyłam okno na oścież u siebie w pokoju, drzwi zawarłszy uprzednio, coby koty się na nocne harce nie wybrały i poszłam wywiesić pranie na balkon, żeby potem w skwarze tego nie robić rano.
I wzięłam się za oglądanie panny Murple, w trakcie którego szum się rozległ z nagła, dość intensywny. Zanim się zorientowałam, że leje - w pokoju była kałuża na połowie podłogi. Prania nawet nie szłam ratować. Przyjęłam zasadę dawnej sanockiej sąsiadki, pani Marysi. Zapytana, czemu prania nie ściąga, skoro padać zaczęło odpowiadała, ze wzruszeniem ramion: "kto zamoczył, ten wysuszy".
Wiśnie nadal czekają na zerwanie. Przeglądnęłam prognozę na dziś i wcale z niej nie wynika, by miało być lepiej niż wczoraj. Domniemywam, że może być gorzej, bo ta nocna woda będzie dziś parowała i wisiała w powietrzu jak wata namoczona.Szkoda tylko, że prognoza, chociaż się co godzinę aktualizuje, nie przewidziała tego wieczornego deszczu. Nie latałabym z konewkami przynajmniej. Byłoby lżej i bardziej moralnie. Bo jednak mam wyrzuty sumienia, że w tę suszę zużywam wodę na podlewanie. Usprawiedliwiam się tym, że przynajmniej nie podlewam trawnika, jak niektórzy, tylko warzywa, które muszę mieć dla nas i dla zwierzaków koniecznie. Obawiam się w dodatku, że przy tym braku zielonki, zużycie siana jest nadmierne i potem mi braknie. Rozglądałam się za ofertami sprzedaży siana, ale niestety, w sensownej odległości nikt nie sprzedaje. Drugiego pokosu w tym roku najprawdopodobniej nie będzie.
Spałam tej nocy tylko 2 godziny, bo się nie dało.
Ale zwierzyna przespała noc grzecznie i śpi nadal. O tak:
Wczorajszy dzień spędziłam jak borsuk w norze, starając się wychodzić na zewnątrz tylko, kiedy mus. A ponieważ nawet psy mają już dość tej afryki równikowej - na prawdę nie musiałam wiele. (Księżniczka -sikawka leży głównie na gołej podłodze w pozycji zdechłego psa i jakoś potrzeby sikawkowe jej się zmniejszyły. Pewnie wyparowuje nadmiar wody), Upał był nieznośny, porażał szczególnie tuż po przekroczeniu progu, bo wokół domu zero drzew i cienia również. Pomysły na wykonanie jakichkolwiek prac zostały zduszone w zarodku - zrywanie wiśni Dziecko uznało za próbę samobójczą. Oświadczyło zdecydowanie, że wcześniej niż o piątej z domu nie wychodzi. A obiecało, że nałoży tarczę do kosy spalinowej i ukosi trawy dla kóz.
W obecnej sytuacji zielonkowej najwygodniej byłoby, gdyby sobie pozyskiwały same, ale jakoś nie mam odwagi wyprowadzić ich na ten upał. A trawa jest jakoby jej nie było - krótka i rzadka oraz przyschnięta u podstawy. Koszenie zwykłą kosą to mordęga, mimo, że Starszy poświęcił się strasznie i w końcu tę kosę poklepał. Przy okazji tego klepania i ostrzenia po klepaniu diabeł ogonem nakrył czarna osełkę. Ślad po niej zaginął. Została tylko jasna, która do ostrzenia wymaga wody i ostrzy gorzej niż czarna.Ręka prawa zaczęła mnie już od tej kosy boleć i ustaliliśmy z Dzieckiem, że należy przejść na pozyskiwanie mechaniczne.
I właśnie Dziecko kończyło przykręcać tarczę, kiedy spadły pierwsze ciężkie krople. Ostatecznie okazało się, że tych kropel było tyle, co z kropidła. I znowu chmury sobie na południowy wschód poszły, gdzieś daleko niegroźnie pohuczało i wróciło do normy. Po czym sąsiadkę dorwałam, która w międzyczasie wróciła z pracy w najbliższym miasteczku i dowiedziałam się z bólem, że tam solidnie popadało (znów św. Antoni).
Trawa została pozyskana, kozy wyprowadzone na powietrze. Tym razem bardzo bezboleśnie się odbyło i bezstresowo, bo jakiś chlebek się zawiesił i został wysuszony. Na hasło "Wandzia, chodź, mam chlebek" Wandzia przychodzi do ręki jak piesek nawet z daleka. I na chlebku zostały przeprowadzone do zagrody. Tak im smakowało, że jak tylko do nich weszłam - natychmiast przybiegały i obwąchiwały ręce.
Kozy w zagrodzie, Starszy na warcie na schodach, a ja z Dzieckiem pojechałam z wodą w pole. Znów wylałam 200 litrów pod jarzynki. Tym razem podlałam prawie wszystko. Te jarzyny, które nie są podlewane zaczynają schnąć - bób wygląda żałośnie, buraki maja poprzysychane zewnętrzne liście, nawet selery, choć podlewane - też schną. Przy okazji podlałam Dziecko i wysłuchałam długiego jojczenia, ale rozumiem jak przykre jest zetknięcie z zimną wodą w taki skwar. Zeszło z tym podlewaniem do 20.30. Ręce znów mi się wydłużyły nieco, bo latam z dwiema konewkami. Wciąż w myśl zasady "lepiej dźwigać, niż ścigać".
Potem jeszcze "wróciłam" kozy, nakarmiłam, wydoiłam. Złapałam Klemura, który zwiał był miedzy nogami, gdy po raz trzeci wracałam po chleb dla kóz. Wylegiwał się na trawie na środku ogródka i obserwował ptaszyny, które imprezę jakąś sobie tam zrobiły i latały ze świergotem w te i wewte. Ponieważ pora była kolacyjna - wiedziałam, że micha z żarełkiem z puszeczki zwabi Klemura na pewno. Co się stało - Klemencja została capnięta i zaniesiona ciupasem do domu, wśród wierzgania łapkami i wężowatych wygibasów kociego ciałka.
Ogarnęłam jeszcze, co było do ogarnięcia, otworzyłam okno na oścież u siebie w pokoju, drzwi zawarłszy uprzednio, coby koty się na nocne harce nie wybrały i poszłam wywiesić pranie na balkon, żeby potem w skwarze tego nie robić rano.
I wzięłam się za oglądanie panny Murple, w trakcie którego szum się rozległ z nagła, dość intensywny. Zanim się zorientowałam, że leje - w pokoju była kałuża na połowie podłogi. Prania nawet nie szłam ratować. Przyjęłam zasadę dawnej sanockiej sąsiadki, pani Marysi. Zapytana, czemu prania nie ściąga, skoro padać zaczęło odpowiadała, ze wzruszeniem ramion: "kto zamoczył, ten wysuszy".
Wiśnie nadal czekają na zerwanie. Przeglądnęłam prognozę na dziś i wcale z niej nie wynika, by miało być lepiej niż wczoraj. Domniemywam, że może być gorzej, bo ta nocna woda będzie dziś parowała i wisiała w powietrzu jak wata namoczona.Szkoda tylko, że prognoza, chociaż się co godzinę aktualizuje, nie przewidziała tego wieczornego deszczu. Nie latałabym z konewkami przynajmniej. Byłoby lżej i bardziej moralnie. Bo jednak mam wyrzuty sumienia, że w tę suszę zużywam wodę na podlewanie. Usprawiedliwiam się tym, że przynajmniej nie podlewam trawnika, jak niektórzy, tylko warzywa, które muszę mieć dla nas i dla zwierzaków koniecznie. Obawiam się w dodatku, że przy tym braku zielonki, zużycie siana jest nadmierne i potem mi braknie. Rozglądałam się za ofertami sprzedaży siana, ale niestety, w sensownej odległości nikt nie sprzedaje. Drugiego pokosu w tym roku najprawdopodobniej nie będzie.
Spałam tej nocy tylko 2 godziny, bo się nie dało.
Ale zwierzyna przespała noc grzecznie i śpi nadal. O tak:

Księżniczka właśnie przeniosła się z podłogi w miejsce bardziej odpowiednie dla Księżniczek, czyli na podusię. Nieuczesana taka, jak to Księżniczki o poranku...
Klementyna wybrała moją koronkową spódnicę, która leży na stole i czeka na poprawki krawieckie..
Tosia - "barokowy" stołeczek w kuchni
A Koteczek Areczek zwinięty w koszyczku
Tylko Ledosław nie odstępuje mnie na krok i poleguje na kuchennej ławce. Ale właśnie wstała, wylizała kotu pychol i zajęła pozycje pod drzwiami. Czyli idziemy na poranne sikanko...
No, przeżyjcie ten dzień jakoś.. bez udaru i porażenia termicznego,,,
niedziela, 5 lipca 2015
tak sobie rozkminiam
Ogólnie sobie rozkminiam, na różne tematy. I szczególnie sobie rozkminiam o upadku wszelakim. O upadku rzetelności, fachowości, odpowiedzialności za słowa i czyny. O upadku kultury, dobrego smaku, potrzeby wiedzy. O "iściu na ławiznę" i "po trupach do celu"
Napisała baba książkę. Nawet dużo książek, bo jakieś 17 pewnie było w tej serii.Książki były do nabycia w stonce, po piątce za sztukę. Ładnie wydane, twarda okładka, przyjemny papier i druk. Ale czytam bez przyjemności. Temat ciekawy, ale zdania jakieś koślawe takie. Nawet ja, pisząc tego bloga zastanawiam się czasem długo, jakich synonimów użyć, żeby w tekście nie było zbyt wielu powtórzeń. Odnoszę wrażenie, że tak "na sztukę" to trochę napisane. Utwierdza mnie w tym dodatkowo fakt, że niektóre "bohaterki" występują w różnych tomach, pod różnymi tytułami. To tak, jakby nasmażyć stos naleśników i karmić nimi rodzinę przez tydzień, zmieniając tylko sposób podania. Dla zdobycia wiedzy dodatkowej wyciągnęłam z półki "Polskie Królowe" Rudzkiego. No, jest różnica. Chociaż Rudzki napisał to bardziej popularnonaukowo niż powieściowo, ale czyta się o wiele przyjemniej. Tyle, że książka Rudzkiego powstała w czasach, kiedy rzetelność była w modzie.
Czytam dużo w internecie. Wiadomości, artykuły, blogi.
Ostatnio moja Koleżankę - Pisarkę (Byłą/ pisarkę, nie koleżankę) zraniły treści reklam na onecie. Mnie rani onet ogólnie. Wszystkie treści są tam obraźliwe dla ineligencji przeciętnego czytacza rzeczy innych niż "Pani@w@domu/pani wyszła" Życie@na@gorąco, czy @fakt@. A w tej chwili poziom onetu sprowadza się do poziomu onych. Zarówno jeżeli chodzi o dobór treści, sposób ich podania oraz język polski używany przez tzw. redaktorów. Wygląda na to, że w tej chwili matura, zdana z polskiego na 30%, wystarcza, żeby być redaktorem onetu. Reszta też zdana na 30% oraz żadnej żądzy wiedzy i szacunku dla samego siebie (nie mówiąc o czytelnikach, bo widzę założenie, że czytelnik tępakiem jest i nie pozna się na bzdurach wypisywanych) NP: Na fali rajcowania się narodzinami w królewskich rodzinach, tudzież ślubami itp, ciągle wypływa problem niewidzenia różnicy pomiędzy księżna a księżniczką. Ale to tylko jeden z beneluxów, a beneluxy przecież tworzą całość.
Jako informatyka (w pewnym sensie) z poczuciem estetyki wizualnej razi mnie też taka głupotka: odnoszę wrażenie, że niektórzy autorzy blogów wybierają czcionki bez namysłu. Bez namysłu np. inspirowanego tym,że nie wszystkie czcionki mają polskie znaki. Bajka, jeżeli dotyczy to tylko czcionek w nagłówkach, gorzej, jeżeli także w treści wpisów. Powstaje wtedy taki chaos wizualny, który najczęściej odrzuca od czytania tych treści. I lepiej byłoby, gdyby tej sugerowanej czcionki nie zmieniać wcale na jakąś ładną. No i jakby tak co niektórzy autorzy blogów wleźli na własnego bloga od strony czytacza, a nie edytora. Ja też mam w nagłówkach trudną czcionkę bez polskich znaków. Co się czasem nagłowię, jak tytuł wpisu sformułować, żeby ęążźćółń nie było. Jak już mi nic do głowy nie przychodzi, to po prostu opuszczam ogonek.
No, to ponarzekalim nieco na tematy górnolotne, a teraz złazim na glebę.
Będzie narzekanie na upały w ciągu dalszym. Narzekanie na pogodę jest zawsze. Taka natura ludzka, że nie dogodzi. Jak zimno - narzekają, gorąco - narzekają, pada - narzekają, nie pada - też.
Ale to co teraz nie pada, to już jest tragedia raczej.U mnie nie padało właściwie przez cały czerwiec. Trawnik przed domem wysechł, trawa skoszona na siano - odrasta kiepsko. Wczoraj po raz pierwszy brakło wody z wodociągu. W tej chwili też stwierdziłam niskie ciśnienie.(Mieszkamy na takiej niewielkiej góreczce i jak jest słabe ciśnienie w rurze, to u nas brakuje. Bywa, że jeszcze w piwnicy da się nabrać. Tyle, że w tej chwili mam tam kran tylko na gorącej wodzie. Musze dziecku zapodać, żeby na zimną też założyło)
Wczoraj poleciałam z wiadrem do sąsiada, bo on ma dobrą studnię i hydrofor oraz kran na ścianie.
Z powodu upałów mam w palcu wbitą drzazgę , która nie bardzo się daje wyciągnąć. Dlaczego drzazga przez upały? No, bo się nie da w spodenkach chodzić, albowiem spodenki są dżinsowate i można mieć szynkę pieczono-duszoną. Ubrałam więc spódnicę. Mam jakieś takie zabytkowe. Ta z kreszowanej wiskozy sprawdza się super przy chodzeniu po prostym. Ale już przy pracach gospodarczych - kicha. Podczas przysiadów do dojenia szlaja się po ściółce oraz może być przydepnięta. A wchodzenie po drabinie w spódnicy to już jest wyzwanie. Musiałam wieczorem wleźć, co by napełnić siatki sianem. Już na drugim stopniu kieca została zadarta i założony dół za górę. Przy schodzeniu natomiast tył mi się plątał i skutecznie zasłaniał stopnie, skutkiem czego przedostatni stopień został potraktowany jako ostatni. Jakoś się uratowałam przed fiknięciem na glebę, w zamian łapiąc drzazgę z drabiny. Ostatecznie lepsza drzazga niż rozbita głowa. No i tak się zastanawiam, jak to w czasach przedspodniowych baby na wsi latały w tych kiecach szerokich i wszystkie gospodarcze prace bezwypadkowo załatwiały. Na podstawie przekazów graficznych domniemywam, że część tych prac była wykonywana z zadartą kiecą.
Psy leżą jak skóra z diabła. Nawet koty nie szaleją po nadstawkach. Na wsi cisza totalna, jak w Hiszpanii. Ożyje dopiero pod wieczór. dziecka się wyroją i będą wrzeszczeć do zmroku Oraz rozsmrodzą się gryle, wszak niedziela dziś i trzeba się rozerwać towarzysko/rodzinnie.
A mnie się ze spotkań rodzinnych szykuje dziś udział w pogrzebie. Dziecka niewiele młodszego od mojego Dziecka. I jakieś mam takie dziwne odczucie, że tego lata nie będzie koniec na tym, bo Ola od miesiąca prawie jest już w hospicjum. Ola ma teraz 35 lat i choruje na SM już 18 lat. Dziwne, że w mojej wioseczce, jest to choroba bardzo częsta. W najbliższym sąsiedztwie dotknęła 4 osoby. Trzy z nich sąsiadowały z sobą dosłownie przez płot. Zastanawiające.
Napisała baba książkę. Nawet dużo książek, bo jakieś 17 pewnie było w tej serii.Książki były do nabycia w stonce, po piątce za sztukę. Ładnie wydane, twarda okładka, przyjemny papier i druk. Ale czytam bez przyjemności. Temat ciekawy, ale zdania jakieś koślawe takie. Nawet ja, pisząc tego bloga zastanawiam się czasem długo, jakich synonimów użyć, żeby w tekście nie było zbyt wielu powtórzeń. Odnoszę wrażenie, że tak "na sztukę" to trochę napisane. Utwierdza mnie w tym dodatkowo fakt, że niektóre "bohaterki" występują w różnych tomach, pod różnymi tytułami. To tak, jakby nasmażyć stos naleśników i karmić nimi rodzinę przez tydzień, zmieniając tylko sposób podania. Dla zdobycia wiedzy dodatkowej wyciągnęłam z półki "Polskie Królowe" Rudzkiego. No, jest różnica. Chociaż Rudzki napisał to bardziej popularnonaukowo niż powieściowo, ale czyta się o wiele przyjemniej. Tyle, że książka Rudzkiego powstała w czasach, kiedy rzetelność była w modzie.
Czytam dużo w internecie. Wiadomości, artykuły, blogi.
Ostatnio moja Koleżankę - Pisarkę (Byłą/ pisarkę, nie koleżankę) zraniły treści reklam na onecie. Mnie rani onet ogólnie. Wszystkie treści są tam obraźliwe dla ineligencji przeciętnego czytacza rzeczy innych niż "Pani@w@domu/pani wyszła" Życie@na@gorąco, czy @fakt@. A w tej chwili poziom onetu sprowadza się do poziomu onych. Zarówno jeżeli chodzi o dobór treści, sposób ich podania oraz język polski używany przez tzw. redaktorów. Wygląda na to, że w tej chwili matura, zdana z polskiego na 30%, wystarcza, żeby być redaktorem onetu. Reszta też zdana na 30% oraz żadnej żądzy wiedzy i szacunku dla samego siebie (nie mówiąc o czytelnikach, bo widzę założenie, że czytelnik tępakiem jest i nie pozna się na bzdurach wypisywanych) NP: Na fali rajcowania się narodzinami w królewskich rodzinach, tudzież ślubami itp, ciągle wypływa problem niewidzenia różnicy pomiędzy księżna a księżniczką. Ale to tylko jeden z beneluxów, a beneluxy przecież tworzą całość.
Jako informatyka (w pewnym sensie) z poczuciem estetyki wizualnej razi mnie też taka głupotka: odnoszę wrażenie, że niektórzy autorzy blogów wybierają czcionki bez namysłu. Bez namysłu np. inspirowanego tym,że nie wszystkie czcionki mają polskie znaki. Bajka, jeżeli dotyczy to tylko czcionek w nagłówkach, gorzej, jeżeli także w treści wpisów. Powstaje wtedy taki chaos wizualny, który najczęściej odrzuca od czytania tych treści. I lepiej byłoby, gdyby tej sugerowanej czcionki nie zmieniać wcale na jakąś ładną. No i jakby tak co niektórzy autorzy blogów wleźli na własnego bloga od strony czytacza, a nie edytora. Ja też mam w nagłówkach trudną czcionkę bez polskich znaków. Co się czasem nagłowię, jak tytuł wpisu sformułować, żeby ęążźćółń nie było. Jak już mi nic do głowy nie przychodzi, to po prostu opuszczam ogonek.
No, to ponarzekalim nieco na tematy górnolotne, a teraz złazim na glebę.
Będzie narzekanie na upały w ciągu dalszym. Narzekanie na pogodę jest zawsze. Taka natura ludzka, że nie dogodzi. Jak zimno - narzekają, gorąco - narzekają, pada - narzekają, nie pada - też.
Ale to co teraz nie pada, to już jest tragedia raczej.U mnie nie padało właściwie przez cały czerwiec. Trawnik przed domem wysechł, trawa skoszona na siano - odrasta kiepsko. Wczoraj po raz pierwszy brakło wody z wodociągu. W tej chwili też stwierdziłam niskie ciśnienie.(Mieszkamy na takiej niewielkiej góreczce i jak jest słabe ciśnienie w rurze, to u nas brakuje. Bywa, że jeszcze w piwnicy da się nabrać. Tyle, że w tej chwili mam tam kran tylko na gorącej wodzie. Musze dziecku zapodać, żeby na zimną też założyło)
Wczoraj poleciałam z wiadrem do sąsiada, bo on ma dobrą studnię i hydrofor oraz kran na ścianie.
Z powodu upałów mam w palcu wbitą drzazgę , która nie bardzo się daje wyciągnąć. Dlaczego drzazga przez upały? No, bo się nie da w spodenkach chodzić, albowiem spodenki są dżinsowate i można mieć szynkę pieczono-duszoną. Ubrałam więc spódnicę. Mam jakieś takie zabytkowe. Ta z kreszowanej wiskozy sprawdza się super przy chodzeniu po prostym. Ale już przy pracach gospodarczych - kicha. Podczas przysiadów do dojenia szlaja się po ściółce oraz może być przydepnięta. A wchodzenie po drabinie w spódnicy to już jest wyzwanie. Musiałam wieczorem wleźć, co by napełnić siatki sianem. Już na drugim stopniu kieca została zadarta i założony dół za górę. Przy schodzeniu natomiast tył mi się plątał i skutecznie zasłaniał stopnie, skutkiem czego przedostatni stopień został potraktowany jako ostatni. Jakoś się uratowałam przed fiknięciem na glebę, w zamian łapiąc drzazgę z drabiny. Ostatecznie lepsza drzazga niż rozbita głowa. No i tak się zastanawiam, jak to w czasach przedspodniowych baby na wsi latały w tych kiecach szerokich i wszystkie gospodarcze prace bezwypadkowo załatwiały. Na podstawie przekazów graficznych domniemywam, że część tych prac była wykonywana z zadartą kiecą.
Psy leżą jak skóra z diabła. Nawet koty nie szaleją po nadstawkach. Na wsi cisza totalna, jak w Hiszpanii. Ożyje dopiero pod wieczór. dziecka się wyroją i będą wrzeszczeć do zmroku Oraz rozsmrodzą się gryle, wszak niedziela dziś i trzeba się rozerwać towarzysko/rodzinnie.
A mnie się ze spotkań rodzinnych szykuje dziś udział w pogrzebie. Dziecka niewiele młodszego od mojego Dziecka. I jakieś mam takie dziwne odczucie, że tego lata nie będzie koniec na tym, bo Ola od miesiąca prawie jest już w hospicjum. Ola ma teraz 35 lat i choruje na SM już 18 lat. Dziwne, że w mojej wioseczce, jest to choroba bardzo częsta. W najbliższym sąsiedztwie dotknęła 4 osoby. Trzy z nich sąsiadowały z sobą dosłownie przez płot. Zastanawiające.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







