środa, 7 sierpnia 2013

Stepowienie

Niestety, poprzedniego posta dokończyłam tyle co, bo zostałam jakimś pilnym zajęciem odegnana od kompa w sobotę (niedzielę) i zasiadłam dzisiejszej nocy dopiero.
Dziecko Pierwsze trochę się, przez te parę dni urlopu spędzonego w nieatrakcyjnym wiejskim otoczeniu, nieco matka znudziło i nie dzwoni o 8.14 w oczekiwaniu na autobus wiozący ja do pracy. Nie dzwoni tez zaraz po pracy i robiąc zakupy, nie opowiada matce, jak to w pracy było chujowo.Ale dobrze. Dziecko powinno się samo odciąć od cycka i nauczyć radzić ze swoimi psychologicznymi problemami, bo matka nie będzie wieczna i potem, jakby co, będzie szok niejaki.
Tymczasem upały dają do wiwatu nadal. Dla mnie stają się już nie do wytrzymania. W ciągu dnia wychodzę z domu bezwzględnie tylko wtedy kiedy koniecznie muszę. No, niestety, muszę kilkanaście razy.
Dzisiaj ograniczyła wyjścia do minimum. Ale cały dzień zajęło mi przetwarzanie. Zrobiłam trzy półlitrowe słoiki przecieru pomidorowego. Wepchnęłam ukiszone ogórki do słoików i zapasteryzowałam. Pokroiłam w kostkę pozostałe, niewymiarowe, i tez upchnęła, do słoików - będą do sałatki jak znalazł. Po czym zszatkowałam 10 kg kapusty, wykopałam resztkę marchwi z pierwszego rzutu, starłam część do tej kapusty i przy pomocy powera Dziecka ubita została w wiadrze celem zakiszenia. Pomidory mnie zawodzą - niby owoców mnóstwo, a dojrzewają tak, że ani zjeść, ani przetwory zrobić. Nigdy nie robiłam po 3 słoiki przecieru jednorazowo. Zawsze było ok 10 przynajmniej.mam dwa krzaczki jakiś francuskich - niezbyt duże owalne pomidorki. Mam nadzieję ususzyć trochę. Tylko w czym, jak piekarnik, bandyta, nie żyje? Może w piecu chlebowym napalę. Już tam kiedyś gruszki suszyłam. A propos - wawrzyńczówek w tym roku niet - zero! Mirabelki też występuja pojedynczo, antonówki pojedynczo, jakieś brzoskwinie istnieja na drzewie, zobaczymy, czy dotrwaja do dojrzałości, czy opadną z suchości.
Kozy ostatnio wyprowadzam dopiero nad wieczorem, ok 17.00. Jak dalej tak dobrze pójdzie, to będą wyprowadzane tylko żeby ruchu zażyły, bo paść się nie będą miały na czym. Trawa schnie, warzywa schną, co wiosną nie zgniło - padnie teraz. Dobrze w sumie, że nie kazałam kosić trawy na ogródku, bo jest tam nawet w miarę soczysta. Natomiast na podwórzu, gdzie została wykoszona, jest sucho i rudo. Az nieprzyjemnie się chodzi po takiej chrzęszczącej pozostałości trawnika.  Rozważam możliwość przypięcia matek na ogrodzie. dzieci niestety musiałyby zostać zamknięte, bo zrobią mi tam czarnobyl. Ale, ponieważ już słyszę te wrzaski z obórki, jeszcze się waham. Z pasieniem pod pastuchem tez sa jaja, bo czarny patafian wydaje się być prądoodporny. Parę razy zastałam go po babskiej stronie. Po czym obeszłam ogrodzenie i zastałam jeden, górny drut zaczepiony o gałązkę. Myślałam,że tędy przełazi. Poprawiłam, ale tak, że drut dotykał pnia drzewa. Po włączeniu okazało się, że strzela w drzewo. Dopóki strzelało, nie zbliżał się do ogrodzenia. Jak poprawiłam, przelazł spodem natychmiast. Zawlokłam patafiana na podwórze, bo nie dość, że wytrąbiłby wszystko mleko, to jeszcze wymęczyłby Zuzkę. Uwiązany u studni darł się jak obdzierany ze skóry działając moim menom na uszy. Dostałam zjebkę, że cap im atmosferę zakłóca i obiadu zjeść nie daje, pierdyknęłam szparagówką(która i tak łykowata była) i zawlekłam patafiana z powrotem do sadu. Gdzie został uwiązany u sliwki. Nawet szczęśliwy był z tego powodu, bo trawa tam lepsza była, jako, że cienia trochę za dnia, a i śliwek parę pod drzewem leżało, które sobie natychmiast skonsumował. Powroty odbywają się na dwie raty. Najpierw wracają dziewczyny, które ida natychmiast do swoich boksów. Potem patafiany dwa na sznurkach. I jest spokój, nie ma dupcenia po drodze, walenia z łba Zenka przez Andżelinę i Stefka przez Wandę, Zenkowego deptania mi po palcach i siódmych potów, którymi spływam, gdy całą piątkę sprowadzam na raz.
Problem jest niejaki, bo przecież nie mogę trzymać całej tej menażerii. Wystawiłam Zenka. Zadzwoniła baba, miał przyjechać obejrzeć, ale rozmyśliła się zapewne.Baba chciałaby dorosłego rozpłodnika za 50zł. Na mózg jej padło chyba. A Zenek jest fajny. W sumie ma lepszy charakter niż ten patyczak Stefan. (W dodatku ciągle nie mam kasy na pozbawienie Stefana męskości.) Starszy zaczyna dzień każdy od pytania, co ja z tymi capami będę robić i jakie to pyszne mięsko. Mięsko to on W OGÓLE powinien na obrazku oglądać tylko. Nie czuję ludzi, którzy myślą o tym,  czego by tu nie zeżreć. No, a ja Zenka nie zeżrę, nawet dla kogo innego, do garnka go nie przyrządzę.

Ale. Miało być o stepowieniu. W polu jest massakra. Masakra na grządkach i masakra na roli. W poniedziałek moje kochane Duże Dziecko, któremu całe popołudnie nic-się-nie-chciało, wzięło z moja pomocą zapięło opryskiwacz. Wyciągnęłam z kanału pompę , która w środę jeszcze działała. Utopiliśmy ja w studni, po czym okazało się, że już nie działa. Nalaliśmy więc w opryskiwacz wody z sieci. Dziecko pojechało przepłukać po glifocydzie. Po czym nalało 400 litrów i pojechaliśmy deszczować grządki. Te 400l zostało wylane na powierzchni o szer 12m i długości max 10m. Po wylaniu Dziecko ruszyło glebę nóżką i okazało się, że zwilżone jest pierwsze 5 milimetrów. Dzisiaj pojechali skończyć pokładać rzepaczysko. Starszy siadł na traktor, choć miał to młody robić, no ale Starszy zrobi lepiej. Po czym zjechał po jednej rundzie, bo pług się gleby nie ima.

Dziecko wróciło przed niejaka chwilą. W międzyczasie pojawiło się z piskiem opn, po czym stwierdzone zostało, że zabrało z garażu, leżące tam, 3 stare poszwy. Okazało się, że w tych poszwach siedzieli we trzech w kukurydzy przy Krzywej Drodze, żeby nastraszyć swojego kolegę, który rowerem miał jechać tamtędy. Kolegi sie im nastraszyć nie udało, bo dostatecznie nastarszyli go opowieściami na urodzinach koleżanki i zrezygnowała z jeżdżenia wieczorem Krzywymi Ścieżkami. Co zostało potwierdzone, gdy wyjeżdżając ze stacji benzynowej zobaczyli go na E-czwórce. Powetowali sobie postraszeniem kilku motocyklistów.
Na wejście Dziecka czarna otworzyła drzwi do dużego pokoju i w trakcie naszych dyskusji kot ewakuował się oknem u Starszego. W pewnym momencie słychać było w od strony ogrodu jego miauk. Dziecko złapało telefon w charakterze latarki i poleciało, ja za nim. Po czy dostałam zjebkę za niezmknięcie tych drzwi, które równie dobrze on mógł zamknąć, ale mu się dupy ruszyć nie chciało. Albowiem Dziecko pozostaje w przeświadczeniu, że Kot został pożarty przez Imbira-kanibala - psa sąsiadów, który pożera , a raczej uśmierca, wszystko co się rusza i znajdzie się w zasięgu jego paszczy. Ja mam nadzieję, że to jednak była tylko potyczka z innym kotem. Zobaczymy.I w tym niezbyt optymistycznym nastroju na dzisiaj koniec.
Tak sobie wczoraj spała Czarna z Kotem.

2 komentarze:

  1. Poprzytulalabym sie do tych cudnych zwierzatek...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. czytam..czytam z przyjemnością:)

    OdpowiedzUsuń

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.
Ale, jeżeli ktoś ma zamiar wylewać w komentarzach swoje żale, smutki i nagromadzoną żółć, to nic z tego. Będę usuwać. Tak, że szkoda trudu..