sobota, 1 października 2016

Rannym, sobotnim rankiem

zerwałam się jak skowronek, przed "mostem" (Most na rzece Kwai mam ustawiony jako budzik, tę melodyjkę z gwizdem, jak tam sobie tak maszerowali ), lekko tylko nadgryziona, bo komarobója zapomniałam na noc wetknąć do gniazdka. Paczę - słonko sobie świeci wbrew meteorologom, szyby znowu w łapki, rosa jak kryształ. Natychmiast dosypałam kotom, bo się kotłowały pod nogami wyczekująco, wszystkie trzy. A psy się kotłowały, zepchnięte z łóżka, na wycieraczce pod progiem. Więc wzułam wysokognojne i psy ałt. Babie lato mnie we drzwiach zaatakowało. No, cudnie, pająki raczej wolę obserwować z oddalenia niejakiego, niekoniecznie na twarzy nosić. Zgarnęłam z twarzy, psy mi nie zdążyły zbiec, no to poszłam z nimi na ogród, na odmianę od "zapłotka", delektować się rannym pięknym rankiem.
Krótko tego delektowania było, bo zaraz brzęczenie znajome usłyszałam. Jakżeby inaczej! Somsiad Andrzejek, co rannym ptaszkiem jest, zapewne wczoraj od siostrzyczki miastowej, właścicielki włości, polecenie dostał wykoszenia, bo trawa 3cm przekroczyła. No to brzęczy tym elektrycznym gównem o szerokości koszenia 35 cm. Zatem efekty dźwiękowe zapewnione, co najmniej do wczesnego popołudnia (chyba, że wcześniej padnie, bo świeżo po drugim zawale jest), bo tam jest jakieś 20 arów na oko.
Somsiad zapewne słyszał gdzieś kiedyś, w dzieciństwie może, tę piosneczkę, że "najlepiej rano, z rosom, kosić trawę kosom". Tyle, że z rosom to kosom jednak, a nie kosiarkom. Mokra trawa kosiarkę "zabija", więc co i raz przerwa w brzęczeniu (jak się już do dźwięków przyzwyczaić zdążyłam) na "odbicie" kosiarki. A potem zmiana dźwięków. Już myślałam, że zakończył na dzisiaj, bo bosz teraz gra. Ale nie, pewnie tylko nóż mu się stępił, więc naostrzył i buczy dalej.

Włączyłam Marleya. bez Marleya się nie da pięknojesiennego wiejskiego poranka przeżyć.

Potem usłyszałam trąbienie i pomknęłam u wiejskiego "wozichleba" chleb zakupić. Zaskoczenie niejakie wzrokowe, bo chleb wożony jest ostatnio w bagażniku osobowego deu. Gdyby nie to, że osobisty kierowca wczoraj miał fazę i odmówił podwodów do sklepu i w domu były tylko suche kromki dla kóz  oraz, gdyby ten chleb nie był w prezerwatywie, to bym nie kupiła. (Ciekawe, co w tym bagażniku wozi, między jednym a drugim chlebem: ziemniaki, buraki, a może nawóz na grządki?)

Na wczorajszym spacerze psim zauważyłam, że się ni stąd ni z owąd jesiennie zrobiło - żółtawo jakoś gdzieniegdzie, chociaż na ogół jeszcze zieleń dominuje, ale taka już przybrudzona.

To żółte to tylko orzech włoski.Jakiejś szczególnej rozmaitości drzew to tu nie ma. Większość tych "nieowocowych" została wycięta i zastąpiona iglastymi krzaczorami.

No i jeszcze przepiękny widoczek z codziennych spacerów.

Czarna sznupie, jak zwykle. Natomiast ten punkcik, tam daleko, to Księżniczka, która właśnie przestała się katulkać i teraz siedzi i czaka na nas.

Optymistyczne jest to, że nasze spacery ostatnio są dłuższe jakby. Nie tylko w czasie, ale w przestrzeni. Czy aura bardziej sprzyjająca, czy może geriatryczne kapsułki, którymi karmię Księżniczkę od ponad miesiąca, swoje robią. W każdym razie Księżniczka jest pełna wigoru. Odstawiwszy focha na początku trasy, spuszczona ze sznurka pomyka zajączkiem. Co mnie cieszy bardzo i nawet skłonna jestem darować jej rosnącą asertywność. (Na komendę "idziesz, czy nie?" idzie, albo nie)
Poza tym dostała nową poduchę (Zrobioną ze starej kołdry. Na razie jeszcze na mózg mi całkiem nie padło, żeby wydawać 200 peelenów na legowisko dlapasa). Aktualna sprawdza się lepiej, niż poprzednia, gąbkowa, którą trudno było definitywnie ubrać, więc pokrycie było wiecznie ściągane a gąbka drapana.  (Psem czy kotem? W każdym razie kawałki gąbki mi się pod nogami szwendały i doprowadziły do wyałtowania tego czegoś) Poszewkę można uprać co chwilę, a całość też do pralki się zmieści. I Księżniczce się spodobało jakby bardziej.

Kozowate obgryzają trawę, co po deszczach porosła. Różnie. Za płotkiem jednym, za płotkiem drugim, a dzisiaj na sznurkach. Dla urozmaicenia i odrostu trawy.

Bardziej się plażują niż pasą. Podcięłam świerki. Ponieważ wcześniej gałęzie sięgały samej ziemi, więc trawy tam nie było. No to sobie małpy grajdołki wygrzebały i mają Sopot.

Królowa Matka pozuje tak. Nie tyle nieuczesana, co nieumyta. Zawzięcie obskubują korę  z tych podkasanych świerków. Na czarnym nie znać, a białe takiego umorusanego ryjaka do zdjęcia wystawia.

Efekty dźwiękowe za płotem się wzmogły, ponieważ właścicielka zjechała z miasta z progeniturą całą z przyległościami. Bliźniaki synka wydają dźwięki przebijające bosza łącznie z piłą mechaniczną.Rodzice nie reagują, bo przecież na wsi można drzeć ryja dowolnie. W bloku ostatecznie można się ograniczać, choć i to niekoniecznie.Aktualnie dzieci się wychowuje bezstresowo. Dla rodziców. Bo to jednak stres pewien: coś nakazać, zakazać i w dodatku wyegzekwować.

Marley dał radę.

A babie lato snuje się gęsto. Lata chmarami po gumnie. Na którymś kolejnym spacerze Księżniczka pozbierała na kłaki. A w brodę złapała rzepa. Było chwilę zabawy, żeby go odrzepić....



2 komentarze:

  1. Sielanka :)
    pozdrawiam Cię Iwonko... babioletnio :)
    Rena

    OdpowiedzUsuń

Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.
Ale, jeżeli ktoś ma zamiar wylewać w komentarzach swoje żale, smutki i nagromadzoną żółć, to nic z tego. Będę usuwać. Tak, że szkoda trudu..