piątek, 4 grudnia 2015

Kolanko koryguje plany

No i kolanko mi numer wycięło, który zmusza mnie do korekty planów. W dodatku nie to kolanko, po którym mogłam się wszystkiego spodziewać, tylko pozostałe. Jakieś trzy dni temu dawało znać o sobie nieznacznie. Niby nie boli, a jakieś większe się zrobiło i ogranicza chodzenie. Tzn. chodzenie się samo jakby ogranicza, biorąc sygnał od kolanka, że coś nie tak, jak normalnie. Domowe sposoby skutkowały na chwilę. Rano kolanko wyjęte z kapusty było śliczniutkie, ale już po porannym spacerze z psami wracało do, ostatnio ustalonej, normy. Powzięłam postanowienie, że tak być nie może, bo przecież ja mam obowiązek chodzić. Trzy razy dziennie minimum -  na dłuższy spacer z psami, 2 razy dziennie minimum -  jakieś szwendanie się do kóz i po kozach, parę razy dziennie zaliczam schody do kotłowni oraz parę razy dziennie parę schodków na klatce i przed domem na szybkie psie sikanko. No to wczoraj pojechałam do mojej pani doktór pierwszego kontaktu. Odsiedziałam co swoje, bo przede mną paru chłopa było, a chłop jak chory, to na wszystko. Pani doktór tylko zerkła i orzekła stan zapalny. O badaniach jakowyś czy innych diagnozach, tudzież specjalistach od kolanek się nie zająkła nawet. Receptę wypisała na antybiotyk i inne jakieś tam, więc wziąwszy tę receptę w zęby poleciałam do apteki, najbliższej, co po drodze do auta ją miałam. Tzn, do apteki "u Greka". Żaden on Grek, Gruzin jakiś czy inny Kazach. Podeszłam do wolnego okienka, akurat na wprost drzwi do zaplecza. Właściciel naraz wyskoczył, uśmiechnął się do mnie promiennie śnieżnobiałymi ząbkami i ukłonił, jak starej znajomej. Czym mnie zaskoczył nieco, bo ludzie na ogół tacy mili nie są. Po czym zniknął, a po chwili pojawił się z kremikiem do rączek, który, z kolejnym śnieżnobiałym uśmiechem, przede mną położył. (Kremiku do rączek w zasadzie nie używam, a jak już to specjalistyczny jakiś, kiedy mi rąsie pękają wszerz i wzdłuż a najchętniej wzdłuż właśnie - linii papilarnych na palcach.) Znowu się tak bardzo jego uprzejmości nie dziwię, skoro 2 kroki dalej pojawiła się nowa, olbrzymia, rzęsiście oświetlona apteka. Ale uśmiech miał taki naturalny bardziej, nie firmowy. A do tej rzęsiście oświetlonej apteki aż strach wchodzić, bo może człowiek ubrany nieodpowiednio?
Czyli tak, zarobić dałam nieco "Grekowi", piguły biorę sumiennie i czekam, co z tej kuracji wyniknie. Plany się skorygowały, bo miał być lekki tuning na kozich salonach. Zaczęło mi przeszkadzać jakby wskakiwanie z łapami do karmideł. Postanowiłam zrobić kozuniom świński numer i wynieść im te karmidła na zewnątrz boksów. Karmidła wzięły i przywędrowały. Z Augustowa, w ciągu jednej doby. Super sklep. Lepszy od Niemca, u którego psio-kocie jadło kupuję, bo w dodatku mogę zapłacić z góry i nie latać potem po bankomatach, żeby mieć co wręczyć kurierowi.
Należało także zakupić listwy jakieś. Starszy ostatnio przestał wiedzieć, gdzie w mieścinie można co kupić i trzeba mu wykładać prawie ręcznie, co mnie wqrza nieco. W jednym zapodanym przeze mnie miejscu mieli listwy dużo-bardzo-ładne, do tego za cienkie i za drogie. Przecież mi zwykłe montażowe, niestrugane nawet, by wystarczyły. No to do Majstra, gdzie nikt sensowny po listwy nie jeździ, bo tam jedna kantówka, taka 5x5, kosztuje 18zł. Ale mnie zawiózł, a ja już nie miałam ochoty tłumaczyć, gdzie dalej, więc stwierdziłam, że kupię te listwy za ciężkie pieniądze i będę mieć z głowy. Raczej miałabym na głowie, bo do tatusiowego lambordzini nie każda listwa wejdzie, a te muły, które się po Majstrze snują - nie tną. Własnej piłki nie miałam. Ale na płocie u wejścia zobaczyłam paletę - sprzedają po niecałe 6 PLNów. I to było właśnie to. Paleta to cudowna sprawa. Nabyłam dwie, za niecałe 12 zł, zapewniając sobie surowca moc. No i co? No i nic. Sobie stoją i czekają na moje kolanko. Dzisiaj nie zdzierżyłam, wzięłam dłuto i poszłam spróbować, jak się będą rozdzielać. Nawet idzie. Ostatnio na Pintereście obczaiłam takie zmyślne narządko do odzyskiwania deszczułek z palet. Amerykańcy są szpeniochy od takich różnych rozwiązań ułatwiających życie. A jak coś wymyślą, to chętnie się chwalą. Dziecko by zrobiło błyskawicznie, jak by było. A tak - będzie akcja z łyżką do gwoździ. Ciekawe jakimi gwoździami te akurat zbite, bo bywają takie gwoździe żebrowane poprzecznie, które się trudno wyciąga. Wbija się chyba łatwiej, bo domniemywam, że nikt w te palety młotkiem nie napiernicza, tylko jakimś pistoletem te gwoździe wstrzeliwują.

Mimo ograniczeń musiałam się zmagać dzisiaj z listewką od szybki we drzwiach wejściowych, która złośliwie wzięła i odpadła. Odpadła zresztą nie pierwszy raz. Systematycznie odpada. Drzwi z wiązu, tatusia pomysłem wykonane przez domorosłego stolarza, którego należałoby zastrzelić. Bo żeby zrobić drzwi z klepek na styk, bez pióra to trzeba być debilem nie mającym pojęcia co robi i z czego. Przybicie listewki trzymającej szybkę, gdy się jeździ młotkiem po owej często kończy się koniecznością zakupu nowej szybki. Bardzo obawiałam się, że i tym razem tak się skończy, bo gwoździki w to cholerstwo iść nie chcą wcale. Wyrazów więc padło mnóstwo, głośnych nawet. Na co sąsiad, usiłujący tuż za płotem odpalić motorower na padniętym akumulatorze, nawet nie próbował iść w zawody. Albo klął w duchu, albo cierpliwy taki.

Na okoliczność uziemienia niejakiego kontynuowałam, pięknie rozpoczęte rankiem, napierniczanie młotkiem. Można młotkować na siedząco, z wyprostowana nózią, co by kolanko nie cierpiało. Na przykład orzechy. Wczoraj zniosłam ze strychu dwa solidne wiadra. Dziś przytaszczyłam skrzynkę z hadesu oraz klocek spod babki do klepania kosy - ma takie akuratne wgłębienie po tej babce, które usprawnia młotkowanie. Orzechy mam zamiar zamienić na złoty szeląg i w zasadzie miło by było, jakby się nabywca jakiś znalazł płacący bardziej złoty ten szeląg niż miejscowych lichwiarz skupowy. Bo zawsze krew mnie nagła zalewa, jak potem w detalu widzę ten owoc mojego młotkowania i dłubania za cenę 2 i pół raza większą niż lichwiarz skłonny płacić.
Wyjątkowo młotkowanie odbyło się w kuchni. Zawsze robię to w hadesie, bo tam i tak idzie swój do swego. Dziś stwierdziłam, że marznąć nie będę a w końcu ja tu sprzątam, więc kto mi zabroni. Tymczasem łupki spod młotka piżgały gdzie chciały. Były i na ladzie kuchennej i w zlewie i w najdalszym kątku pod ławką. Jakim sposobem tam - nie wiem, chyba łuki zataczały. Psy i koty miały radochy trochę, bo wykradały orzechy. Czarna w celach konsumpcyjnych - zmyślna bestia - nie z wiaderka, a z kartonu, już zmłotkowane. Koty kradły całe, żeby sobie poturlać. Czym prędzej zbierałam je z podłogi, żeby tatuś nie uszkodził sobie potylicy nadepnąwszy na orzeszek, gdy się wyłoni ze swego torunia. Potem dołożyłam staranności i posprzątałam wszystko, zostawiwszy karton z urobkiem w kuchni. I poszłam do kóz. Chwilę mi zeszło, bo wigoru jakiegoś nabrałam nieoczekiwanego. Pokroiłam im jarzynki, nabrałam siana, wyczyściłam karmidła, wiadra umyłam i nalałam świeżej wody.Na chwilę zawiesiłam się na boksie Stefana i stałam, patrząc i słuchając, jak chrumkają sobie sianko szeleputku -  szeleputku, ciamku-ciamku.
I z tym wigorem wróciłam, mając zamiar wyprowadzić psy na trotuar. A tu sajgon - łupki porozwalane na podłodze, Czarna czai się po kątach, Księżniczki niet na horyzoncie. No to zaczęłam Czarną opierniczać. Skończyłam, wołam Księżniczkę, a Księżniczka nie przychodzi.Wchodzę do pokoju, świecę -  Księżniczka z łepetyną między nogami siedzi na dywanie na kupce wyjedzonych łupinek po orzeszkach. Słyszała ten opeer i, będąc w poczuciu winy, myślała, że to do niej. Stąd ten łepek między nogami i wzrok w bok. Moje biedne, niedożywione psy muszą sobie radzić, jak potrafią, ze zdobywaniem pożywienia.

Klementyna zaanektowała puste już wiadro i postanowiła tak sobie posiedzieć.

Ostatnio na niedożywionym ciałku Księżniczki odkryłam 2 guzki. W zasadzie one tam były wcześniej, wtedy kiedy odwiedzałyśmy pana weta z czym innym. Pan wet zlekceważył, a guzki jakby znikły. A teraz pojawiły się w postaci ciemnej plamki na sierści. Plamka wymacana okazała się guzkiem, a ja wpadłam w panikę, bo już sobie zaczęłam wyobrażać to i owo. Ten gruby, fanaberyjny, sapiący pies to całkiem spory kawałek mojego życia, więc tak jakoś mi trochę zależy, żeby tę resztę, co jej jeszcze została przeżyła w miarę komfortowo. W wyimaginowanej sytuacji 3 dni nie robiłoby różnicy, więc pozostawiłam te 3 dni na próbę kuracji domowymi sposobami. A na wszelkie skórne zmiany maść nagietkowa wykonana na oleju kokosowym i lanolinie, z dodatkiem lawendy i olejku z drzewa herbacianego sprawdza się świetnie. Tym razem też działa, co oznacza, że moja imaginacja przesadna bywa.

Krok za krokiem, krok po kroczku idą święta. A moje okna doczekać się nie mogą, kiedy się nimi zajmę. Od zewnątrz upaćkane przez wichury i deszcze, a od wewnątrz przez  zwierzakowe noski i łapki. Ale wszelkie akcje, wymagające gimnastyki typu "hop na krzesełko nózią i hop z krzesełka" będą musiały jeszcze poczekać. Wieszanie "brylantu" tudzież, bo dodatkowej wspinaczki na parapet wymaga. I przez ten czas przemyślę, jak go powiesić, żeby koty za chwilę, przy jego pomocy, nie rozwaliły szyby.

środa, 2 grudnia 2015

Dzionek za dzionkiem

mijają, różniąc się od siebie jedynie ilością i jakością opadów oraz siłą wiatru. I tak "krok za krokiem, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku - idą Święta" ( jak trójkowo zaśpiewali w zapodanym przez Renię linku). Dla kogo najpiękniejsze , dla tego - naj. Dla mnie najważniejsze, że się przesila zimowo i "krok za krokiem, krok po kroczku" zaczyna przybywać. Po minutce, po dwie, ale już w styczniu widać różnicę. I to mi dodaje optymizmu. Bo Święta jako takie czarno widzę.Starszy jakoś dziwnie pomija milczeniem moją ofertę zakupu choinki i podejrzewam, że już coś uknuł. Córusia zapragnęła żywej, co Dziecko skomentowało "jak będzie potem sprzątać?" A tak na prawdę, to Święta mnie wcale nie rajcują, nie lubię Świąt. Nie lubię tego przymuszonego stania przy garach i przyrządzania potraw, które się robi tylko dlatego, że tak każe tradycja, a tak na prawdę to się tego jeść nie powinno wcale. Ja zresztą nie jem.
Ale, OK, do Świat jeszcze chwila i zobaczymy co będzie i jak.

Na razie jest paskudna dujawica. W cudnej prognozie piszą, że prędkość wiatru max 51 km/ha, ale podejrzewam, że większa.Wczoraj miałam problem z tym, żeby ustać na drodze, jak poszłam w pola z psami, a z powrotem, pod wiatr, było na prawdę ciężko. Potem trochę ten wiatr przycichł, żeby wieczorem znów się wzmóc. Tłucze czym może, w tym dachówkami na dachu, a ja drżę tylko, żeby znów tego dachu nie rozebrał. Już raz tak się stało, ale to było dobrych kilka lat temu, ja o te kilka lat młodsza i Dziecko było w domu. A teraz wypadało by siąść i płakać. Płacz wychodzi mi coraz lepiej, z tym, że nie siadam, tylko biorę się do akcji.
Wczoraj miałam ciężką walkę z deską u kóz. Była tam taka jedna , w przegrodzie między Andzią a Wandzią, która się w pionie rozłupała i prześladował mnie widok Wandy ze szczypą z tej deski wbitą  w gardło.Należało w końcu wymienić. Ponieważ istnieją trudności logistyczne, a prosić się nie lubię, więc wybrałam się na poszukiwanie czegoś co by się nadawało. Znalazłam jakąś dechę w miarę przyzwoitą. Wymierzyłam, urżnęłam. Ponieważ pierwszy raz cięłam wyrzynarką - nie zwróciłam uwagi, że ciężko to szło.Potem z trudem oderwałam tę uszkodzoną, używając łyżki do gwoździ i wyrazów. (Bo inteligentnie pierwsza przegroda została wykonana przy użyciu gwoździ - debilizm i zaćmienie umysłowe ogarło wtedy mnie i Dziecko) I zabrałam się za przykręcanie. Wkręt wszedł do połowy i wkrętarka powiedziała brrr. Wkrętarka nowa i tandetna, więc stwierdziłam, że nie da rady i poszłam po wiertarkę. Wiertarka też powiedziała brrr. No to poszłam po wiertło. Wiertło strzeliło. Zmieniłam wkręty na nieco mniejsze, a zatem i cieńsze i jakoś poszło tą dziadowską wkrętarką nawet, bo okazało się, że wiertarka ma padnięta głowicę i luzuje dokręconego bita po paru obrotach. Dopiero po całej akcji, gdy deska została przykręcona, wszystkie wyrazy padły, które paść musiały, a kozy wyczołgały się spod żłobów, zaczęłam oglądać odcięty kawałek deski. I stwierdziłam, że sosna to na pewno nie jest, buk też nie, czyli jakaś bliżej nieznana cholera, twarda jak pieron. Może jesion, bo mocno białe na przekroju.

Dziś używania wyrazów był ciąg dalszy. Najpierw, poszedłszy po siano, zastałam stodołę otwartą na przestrzał. Chwilę zastanawiałam się, czy zamykać, ale gdy zobaczyłam jak jedno skrzydło północnych wrót fruwa sobie tam i z powrotem, stwierdziłam, że jednak tak, bo inaczej urwie. No wiatr oczywiście urwie to ogromne i potworne skrzydło wrót. (Wrota są wysokie na blisko 4m i pewnie na tyle samo szerokie)Więc zamknęłam, podparłszy uprzednio od zewnątrz to latające skrzydło, żeby wiatr miał problem z otwarciem. Ale południowych nie zamykałam, bo przy pierwszej próbie zamknięcia zostały mi z rak wyrwane i z hukiem otwarte.
Potem było jeszcze lepiej: Garaże u nas zostały zrobione z dawnej obory. Za zachodnią ścianą tej obory jest pomieszczenie, gdzie dawniej był silos na kiszonkę, taki pod dachem. Silos miał otwór drzwiowy w zewnętrznej ścianie, zachodniej.Ale tylko otwór. Z obory były drzwi do silosu. Jakoś tak wyszło, że wszystkie pozostałe drzwi w ścianach działowych tego budynku zostały zamurowane, z wyjątkiem tych jednych, które zostały zastawione regałem na narzędzia i inne Dzieckowe szpeje mechaniczno-optyczne. I dzisiaj tak sobie dmuchnęło, że ten regał stracił wiarę w siebie i sobie legł na tatusiowym autku. Jak zobaczyłam ten regał na autku, a na glebie mieszaninę śrubek, nakrętek, śrubokrętów, kluczy, zapasowych żarówek, trytytek, obejm i innych cudów, to się nogi pode mną lekko ugły. Podejrzewałam najgorsze, mianowicie brak bocznej tylnej szyby w autku, ale na szczęście była cała. Zaanonsowałam Starszemu i poprosiłam, żeby mi pomógł ten regał postawić. A Starszy spokojnie, że po co, niech leży. On uwielbia działanie przez zaniechanie, zwłaszcza w momentach wymagających trudnych decyzji, lub pewnego wysiłku fizycznego, bądź umysłowego. Potem sobie stał w oknie, ćmoktał cukierek i paczał co ja robię. A mnie krew nagła miał ochotę zalać z bezsilności. Więc poszłam po sąsiada, który przybiegł ochoczo. Postawiliśmy, umocowali przebiegle. I tylko pozostało mi sortowanie tego miksu na glebie. Ale poszło szybciej niż myślałam, a resztki drobnych śrubek pozbierałam magnesem.
A potem przyszedł Pan Listonosz i przyniósł mi małą paczuszkę z taką oto zawartością:

Laurka (DOŚĆ MROCZNA) zwłaszcza z powodu tego HU HUU w prawym górnym rogu, które spowodowało, że tę niewidzialną sowę usłyszałam prawie. I zawartość pełna mocy, zwłaszcza, że obrączki są z opali, które maja magiczne właściwości. Jest to prezent od pewnej Księżycowej Dziewczyny z Dredami, która gości czasem na tym blogu, a nocami maluje cudnie witraże, trując się przy tym ołowianymi farbami.

Dzięki temu szlag co chciał mnie trafić, trafił zapewne gdzie indziej.

A wieczorem zadzwonił Braciszek, który też miał zajebisty dzionek, bo mu się w lesie spierniczyła zwrotnica w autku. Śrubka do tej zwrotnicy cudownie niemożliwa do nabycia, straciła gwint. Drogą przemyślnych zabiegów z użyciem gwintowników została wykonana nowa. Ale po zakręceniu tego Brat wygląda jak po ciężkiej walce i ramię ma całe zsiniaczone i poobdzierane ze skóry. W dodatku, cofając autkiem po ciemku, na podwórzu, haratnął w słup  na którym wisiał kabel od telefonu. W ten sposób odciął się niejako od telefonu i internetu oraz, być może, od partu kanałów telewizyjnych, które ma w neostradowym pakiecie. Miał zamiar walczyć z tym kablem, ale jak usłyszałam, że to z gniazdka wyrwało, to odradziłam. Bo co innego podłączyć 3 kabelki prądowe do prądowego gniazdka, gdzie właściwe tylko na "zero" trzeba zwrócić uwagę. A co innego podłączyć 5 cieniutkich drucików do pięciu styków, w dodatku nocą. Więc poszukał numeru i miał dzwonić, zwalając straty na wiatr, który rzuca konarami.

Myślę, że jak się już spierdzieli wszystko, co się spierdzielić musiało, to potem będzie lepiej. Tylko po czym poznać, że to już wszystko?

niedziela, 22 listopada 2015

Misz-masz leniuchowato

Na początek sprawozdam efekty dotychczasowe czarów-marów dokonywanych przez miszcza igieł na ciel mojego jedynego Brata. Otóż Brat stwierdza, że po kilku dniach niepalenia czuje się tak świetnie, iż nie ma ochoty do faj wracać. Bywa,że go nachodzi chęć zapalenia, ale podejrzewam, że to z powodów opisanych przez Ewę w komentarzu do poprzedniego posta - tych przez lata wypracowanych nawyków, przyzwyczajeń itp oraz, że nie ma co z rękami zrobić. Nawet apetytu jakiegoś wielkiego nie nabrał, jak to się niektórym zdarza, że rzuciwszy faje przerzucają się na żarcie. Mówi, że nawet noga go mniej boli oraz to ramię, nad którym swego czasu gajowy pracował, potem przez parę lat nie bolało, a później znowu zaczęło.
Był właśnie przed chwilą u mnie. Przywiózł mi 2 baloty siana, koniowozem przyciągniętym za Trailblazerem. Pięknie zacofał do stodoły, uprzednio wyprowadziwszy z niej 60-tkę. Sturlalim toto w miejsce gdzie trochę mniej kapie. Na wszelki przeciwpożarowy przykryłam plandeką i jest. Po czym chciałam go gołąbkami ugościć, bo chłopy na ogół lubią takie potrawy (z wyjątkami, oczywiście), a ten nie. Tylko kawusia z kozowym mleczkiem oraz kawał szarlotty, którą przewidująco, bladym świtem upiekłam i jeszcze ciepła była.
Ja niestety, na razie się nie decyduję na żadne czary-mary w temacie. Po poprzednim porzuceniu, zaprzestałam natychmiast, bez żadnej walki z sobą. Przytyłam owszem, strasznie, ale sądzę, że zbiegły się tu momenty dwa. Owo rzucenie oraz etap rozwojowy w życiu kobiety, w którym to etapie zdecydowana większość tyje, niestety, nawet jak faj równocześnie nie rzuca. Ale przydarzyło mi się coś gorszego, niż przytycie. Mianowicie, objawiła się u mnie rodzinna choroba, która męczyła mnie przez całe 7 lat niepalenia, do tego stopnia, że w końcu przeszłam na sterydy. Po czym nastąpiła rzecz niewytłumaczalna i nienormalna: Starszy zrobił straszną grandę, jak zwykle z gównianego i wydumanego powodu. Wqrw mnie przepełnił tak olbrzymi, że musiałam jakieś ujście mu dać, żeby nie pęc. Była opcja rozpieprzyć świąteczny serwis, ale wprawy w tym nijakiej nie miałam, zresztą sama bym sobie narobiła w sandałki, bo któżby to potem sprzątał. Więc wybrałam wyjście takie, w którym wprawę już miałam wcześniej nabytą. Zażądałam od Młodego szluga. Młody już palił wówczas, nieoficjalnie jakby, więc najtańsze ruskie faje, najgorszego sorta, śmierdzące jak onuce piechura po bojowym przemarszu. Że tak niby zapalę, żeby mi zluzowało trochę i na tyle. Niestety, nie było na tyle. Dostarczona dawka nikotyny domagała się towarzystwa. W dodatku, o dziwo nie udusiłam się, a dmuchawki, które po torebkach i kieszeniach nosiłam stały się niepotrzebne. I są niepotrzebne do dziś. Więc wicie, rozumiecie. Tzn. rozumie ten, kto choć raz walczył o oddech. No, może nie do końca, bo większość normalnych śmiertelników palaczem będąc a widząc człeka walczącego o oddech, palenie rzuca natychmiast i bez żadnych dodatkowych czarów-marów. Tak, że w temacie na razie tyle. Zobaczymy jak Braciszek wytrwa, ale myślę, że wytrwa, bo wola już w nim powstała, a on twardy chłop jest.
Eliksir: skład owego podałam w odpowiedzi na komentarz. Podobno ma moc działania na różne paskudztwa w człeku siedzące od bakcyli po grzyby różniaste. I należy go przyjmować, jak napisałam po łyżeczce, raz na dzień, po jedzeniu. Ja teraz, przez tych parę dni brałam 4 razy dziennie po dużej łyżce. Uważam, że mi pomógł, bo katar nieleczony trwa zwykle 7 dni, a ja już od wczoraj nie smarkam nie kicham i nie prycham. Kaszleć nawet nie zaczęłam, a ten kaszelek co go mam to papieroskowy tylko.
Po jednym całym dniu stosowania na tyle mnie naprawiło, że poszłam powalczyć z gównem u kóz i wyczyściłam 2 boksy. Stefana zostawiłam na kiedy indziej i chyba najpierw stuninguje mu ten boks, tzn przełożę bramkę w drugą stronę. Bramka jest za szeroka, otwiera się tak, że zasłania mi korytarz i muszę cały urobek najpierw wyrzucić w stronę drzwi, zamknąć bramkę i potem dopiero przerzucać we właściwą stronę przez całą długość korytarza. Idiotyzmem to tchnie, pomijając już fakt, że każde widły urobku przerzucam min 3 razy. Więc idiotyzm potrójny.
Ponieważ już jestem dość naprawiona, więc za tuningi brać się mogę. W dodatku będę zmuszona czynić to w obecności kóz, a kozy doładowują człeka pozytywną energią. Tak jak kot (żywy) na bolące stawy, tak kozy na stres i wqrw.

Na "dowidzenia" Wandal zza krzaka.....

czwartek, 19 listopada 2015

Fiku-miku

Rannym rankiem, o dziwnie niespodziewanej godzinie (choć w zasadzie byłam "na nogach" już od godzin czterech - kabarety spać nie dają) zadzwonił Braciszek. Za moim ostatnim pobytem w S. zwierzył się, że miałby ochotę rzucić faje, bo przy jego odziedziczonej rodzinnie przypadłości, palenie trochę komfort życia zmniejsza. Ponieważ sama, przed laty, wypróbowałam działanie fiku-miku-czary-mary, to znalazłam mu parę takich gabinetów w Rz. (bo bliżej nie było) i dałam mejlem namiary.  Braciszek właśnie się wybrał, dokładnego adresu zapomniał, a telefon w gabinecie owym nie odpowiadał. Aleśmy go w końcu, wspólnymi siłami znaleźli i po jakiejś godzinie Braciszek zadzwonił ponownie. Okazało się, że zastosowali mu nie biorezonans, a akupunkturę. Przy czym, w trakcie wbijania tych igieł magik zapytał go, jak się zachowuje jego lewa noga. Bracisko miało lekki opad szczęki, bo ze stanu swoich odnóży facetowi się nie zwierzał. W każdym razie magik zaproponował, że jakby miał ochotę, to tymi igłami idzie tę nogę naprawić oraz dolegliwości astmatyczne zniwelować także. Brat jest skłonny rozważyć na tak.
Prawdę mówiąc, bardziej jestem skłonna "uwierzyć" w lecznicze działanie tych metod niż w te wody z różnych źródełek, sprzedawane (!) w butelce o kształcie M.B.(!).
Dokładnie - to ja mam to sprawdzone realnie.
Swego czasu Bratu pomógł "ręcami" pewnien gajowy. W ten sposób, że mu rękę położył na pieruńsko bolącym barku i boleć przestało skutecznie i na długo.
Dziecię me własne (które nie wiem, jakim cudem tak pięknie mi wyrosło, zważywszy na rozliczne dolegliwości wieku dziecięcego)miało problem z migdałami. Na dość mądrego doktóra trafiliśmy, który leczył te migdałki konwencjonalnie i półkonwencjonalnie, po czym uznał się za pokonanego i zaczął Dziecię przygotowywać do operacji usunięcia. Wówczas dała znać o sobie moja ośla natura, czyli zaparłam się kopytami i wrzasłam w duchu - Nie! (Bo jak Boziu człeka z tymi migdałkami stworzył, to znaczy, że one są na cóś potrzebne. Co w dodatku potwierdzały perypetie rodziców dzieciaków pozbawionych tychże) I znalazłam w Rz. centrum medycyny naturalnej. Zawleczone tam Dziecię leczone było homeopatycznie i migdałki ma do dzisiaj!
Ostatnio, przymuszona koniecznością bycia na bieżąco z informacją, po paryskich wydarzeniach - słucham trójki. A tam się burza rozpętała, gdy podano informację, iż rząd GB nosi się z zamiarem zakazu stosowania leków homeo. Ziółek już zdaje się tu i ówdzie zakazali. U nas też z tymi ziółkami jakaś jazda jest. I o co chodzi? Wodę z mózgu się nam robi, że niewystandaryzowane ilości substancji w tych ziółkach i temu podobne pierdoły. A jak nie do końca wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Oczywiście nie o nasze pieniądze, tylko pieniądze wielkich firm farmaceutycznych. Wystarczy przez parę dni posłuchać radia. Czego najwięcej jest w reklamach? Środków na sraczkę, na zgagę, na suchość w pochwie, na nietrzymanie moczu, na wzdęcia itp paskudne objawy życiowe. Środki te lekami nie są, bo leków reklamować nie wolno. Każdy je nabyć może dowolnie w każdej aptece. I powstaje we łbie pytanie - jak wielka kasa za tym idzie, skoro stać ich na taką reklamę?
Homeopatyczne granulki na pewno placebo nie są, bo żeby działało placebo potrzebna jest świadomość, której małe dziecko nie ma. Niestandaryzowane związki w liściach aloesu leczą cudownie rany, a te zawarte w nagietkach, które mi na grządce wyrosły - różne skórne przypadłości.I w mojej prywatnej maści nagietkowej te lecznicze substancje są całkowicie niewystandaryzowane - jeden pieron wie czego tam jest i ile. A skuteczność potwierdzona doświadczalnie!
Dziwi mnie  także kościołowa krucjata przeciwko homeopatii. Własnym uchem słyszałam jak ksiądz stwierdził, że jej stosowanie to grzech. Nie wyjaśnił, niestety, przeciwko któremu przykazaniu.(Pewna kościółkowa idiotka, za namowa drugiej, jeszcze bardziej kościółkowej kretynki leczyły dziecko w początkowej fazie SM tylko granulkami. Gdzie lekarze zalecali mocne bęc z interferonu. I trza było, a granulki swoja ścieżką oprócz tego. Dziś dziecko umiera powoli w hospicjum. I w dodatku obie nagrzeszyły strasznie.) Bo jakby tak przeciwko "Nie zabijaj", pod które się podciąga wszelkie szkodzenie własnemu zdrowiu, to stosowanie leków konwencjonalnych też powinno być grzechem, bowiem bardziej są w stanie zaszkodzić, niż te szamańskie leki i metody. (Vide mój Starszy, który żarł leki przeciwbólowe i zanim doszedł do końca pierwszej fiolki, wylądował na chirurgi z pękniętym wrzodem żołądka)
Wobec czego ja pozostajęę przy swoim: oprócz nauki, szkiełka i oka, jest jeszcze wiedza i doświadczenie pokoleń. Wielki żółty naród zbrzydza nas ostatnimi czasy zalewem sztucznego chłamu na rynku. I zapominamy im ich osiągnięcia w kwestii rozwoju cywilizacji, w tym także naturalnej medycyny. O których oni sami pewnie częściowo zapomnieli.
Niekoniecznie trzeba zostawać od razu radykałem. Ale warto spróbować choć raz przyrządzić zupę mocy zamiast zwykłego rosołu. N.P.

Wywlekłam ze spiżarki "cudowny" eliksir sporządzony na occie jabłkowym, o którym oczywiście zapomniałam i przypomniał mi dopiero Brat. I zaczęłam dziś kurację eliksirową. Ponieważ kiepska jestem bardzo, więc biorę tego eliksiru więcej. Za parę dni Wam powiem jak działa, bo oprócz eliksiru nie biorę niczego innego.
Oraz rozważam, czy te szpile nie pomogłyby na moje problemy z rusztowaniem. Wiem, że na pewno pomogłoby yumeiho, ale ani moja kieszeń, ani zdrowie(trzeba dojechać komunikacją publiczną do Rz., a potem jeszcze miejską spory kawał, po czym wrócić) by tego nie zdzierżyły.

No, to PA! Ugotujcie sobie zupę mocy na tę parszywą pogodę..

środa, 18 listopada 2015

Kabarecik

mam ostatnimi czasy wielotematyczny. I dlatego mnie tu nie ma. Bo nie chcę Wam głowy zawracać, a przelewanie smutów na słowo pisane ani piszącemu, ani czytającym nie służy.

Źródłem i główną aktorką (a może suflerką raczej) kabareciku jest oczywiście Najważniejsza -Nienajstarsza. Która się ledwie odchachrała po remoncie, bo cieniutko z nią było bardzo. Ale mąci ustawicznie, mimo słabości.

Efekt końcowy jest taki, że Dziecko podjęło decyzję o wyprowadzeniu się. Oczywiście miejsce docelowe zostało wybrane w związku z dziewczyną. Udało im się wynająć fajne, dwupokojowe mieszkanie za niezbyt tragiczne pieniądze. W dodatku z cudnym widokiem z okna. Wczoraj zorganizował auto i przyjechał zabrać rzeczy. No i takim sposobem siedzę sobie chwilowo całkiem sama + zoo. ZOO też, swoimi szóstymi i siódmymi zmysłami, czai "wyjątkowość" sytuacji, bo jakieś popierniczone jest.

Torba przygotowana do pakowania. Klemurek wykorzystał skwapliwie i się spakował. Ostatecznie musiała opuścić.

Żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że się całkiem opierniczam oraz, żeby mi się z tego gnojstwa na mózg nie rzuciło, ostrzygłam psa. Uprzednio nabyłam internetem maszynkę, albowiem poprzednia odmówiła współpracy. Nie tyle maszynka, co ostrza. Jak przekalkulowałam wszystkie opcje, wyszło na to, że najefektywniej będzie nabyć nową. Oczywiście na ostera mnie nie stać, ale też i salonu psiego nie prowadzę. Na kilka strzyżeń w roku sprytny chinol wystarczy (Nie wiadomo, czy aktualnie oster też chinolem nie jest)
Psa od razu odmłodniała i nawet poruszać się zaczęła żwawiej. No. I to jest dowód na to jakie znaczenie dla kobiety ma image:

Jakby się kto pytał, to ogon jest, tylko w kadrze się nie zmieścił. Wystrój nie jest do końca zgodny z zasadami, ale cięłam na maksa, coby jak najmniej pozostawić do skołtuniania się. Księżniczka kołtuni się okropnie, co nie miałoby miejsca, gdyby nie jej wieczne "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" przy każdej próbie rozczesania łap zwykła ludzką szczotką z kulkami na końcach. No a potem trzeba jechać filcakiem, albo wycinać. Wcześniej oczywiście została wykąpana (dzień wcześniej - pracę trzeba szanować i rozkładać sobie na raty). Po czym, na pierwszym spacerze po ostrzyżeniu, wytarzała się w zdechłym krecie. No, bo kto to widział, żeby przyzwoity pies pachniał szamponem?!

Chciałam wykazać się patriotyzmem i dokonać zakupu w polskim sklepie zoo. Poszukiwałam pewnych tabletek dla starych psów. Oprócz tego należało zakupić polfamiksOK (Kozule tylko to tolerują, ponieważ producent nie wpadł na genialny pomysł, że ulubionym zapachem kóz i owiec jest wanilia) oraz coś do dezynfekcji ściółki. I znalazłam taki, w którym wszystkie te produkty były, jednocześnie nawet - zamówiłam, zapłaciłam i oczekiwałam zawzięcie kuriera. Zamówione we wtorek dojechało w piątek, po czym się okazało, że pomylili preparat psi. Zadzwoniłam natychmiast i miły pan obiecał przysłać właściwy, na wymianę, i że we wtorek kurier dowiezie. Dziś jest środa, kuriera niet, więc zadzwoniłam znowu, Miły pan powiedział, że pamiętają o mnie, ale produktu nie mieli na stanie i ..tralala. No, tralala. I dlaczego ja kupuję u Niemca? Bo paczka jest na następny dzień, bo jak bule ponad stówę, to transport mam darmo, bo jeżeli produktu nie ma w magazynie, to nie widnieje w sklepie, bo nikt mi nie wkłada tego co ma, zamiast tego, za co zapłaciłam. Bo jak ewentualnie jest reklamacja, to znowu na następny dzień dostaję co trzeba. No i ja się pytam: dlaczego oni potrafią a my nie.

Do tego wszystkiego pogoda jest paskudna. Leje i duje, że strach nos wychylić, a z psami iść trzeba. I prawdopodobnie jest tak, że jak duch słabnie, to ciało z anim podąża, więc od paru dni jestem "kaszląca i słaba". Na piecu C.O. ma oszałamiająca temperaturę 40 st. Dziecko, na prikaz Starszego, nabyło węgiel w bryłach, których nijak do pieca wsadzić, choć jest to, toruńskim ojcusiem reklamowany polski produkt ekologiczny, więc ma gardziel niesamowita. Walę w te bryły 5-kilowym "czujniczkiem", aż mi łeb podskakuje. I jakiż sens w kupowaniu takiego węgla. Chyba, żeby siłownię mieć darmo przez zimę.

Nadmiar wrażeń ostatnich tygodni chyba jednak rzucił mi się na łeb: rozmrażam lodówkę. Zwykle robie to metoda chamską, wtykając w zamrażalnik garnek z gorąca wodą. Dziś grzałam tę wodę dwa razy. W końcu usłyszałam kapanie z zamrażalnika, otwieram, żeby sprawdzić stan, a tam - pusto. Garnka brak. Przeleciało mi przez czachę, że może błysnęłam intelektem i wsadziłam do lodówki. Na wszelki wypadek, by oszczędzić sobie szoku na widok tego co znajdowało się w lodówce, po kontakcie z gorąco parą - zerknęłam na kuchenkę. Stał, jakby nigdy nic. Zagrzałam trzeci raz i w końcu pływam: w poprzedniej, polskiej lodówce była taka taca, którą się podstawiało, by lód po zmianie stanu miał się gdzie przemieścić. Zagramaniczny producent nie przewidział rozmrażania lodówki.

No, to by było na tyle. Bo jak nie piszę, to nie piszę, a potem elaboraty zniechęcające do czytania. No i Czarna mnie molestuje - przylazła i położyła łepetynę na kolanach. Znak, że trzeba ubierać kapotę i zanurzać się w ten deszcz i wiatr.
Trzymajcie się i nie smarkajcie!

PS. Nie wiem, jak Wam się to wyświetla, ale u mnie wyświetla się tak, iżż odnoszę wrażenie, że znowu wujcio gugl swoje porządki zaprowadził i spaprał mi wystrój.

niedziela, 8 listopada 2015

Jesieniowato 2

Nadal jesieniowato. Kadzidlane aromaty snują się wokół. Poszłam dziś z psami na trotuar i na prawdę ciężko było oddech złapać. Choć mgły ustąpiły i dzień dziś był nawet dość pogodny. Tak, że nie dziwię się zbytnio, że  w KRK ludziska zaczynają, jak w Pekinie, w maskach chodzić. Moje osobiste dziecko rozważa również zakup takowej, bo w piątek, wyszedłszy z pracy, miało problem ze złapaniem oddechu i kaszlące i sapiące dolazło do domu.
 U nas, poza tymi smrodami z liściowych ognisk  - jako tako (czyli po japońsku)
Przez dwa ostatnie dni sie mgły się u nas snuły. Poza tym, nocne ostre przymrozki były, więc liście zdecydowały gremialne spadanie.
I tu będzie kilka fotek z porannych z psami spacerków we mgłach


To tak wygląda w zasadzie w drodze powrotnej z psiego spaceru. Nasza ponadstuletnia lipa zrzuca powoli i systematycznie. Jak widać liście leżą. Głównie na drodze, ale na posesji też. Nie zamierzam tego ruszać, bo tak ma być. Taka jest kolejność wydarzeń przyrody .


Zasypało i Księżniczkę.


Inną drogą niż zwykle poszłyśmy, a tam taka prezentacja. Stały tak chwilę i zastanawiały się co robić.


Po czym zwiały w przeciwna stronę niż początkowo zamierzały, a taka jedna opuszczona sirota pci męskiej została.


Podczas, gdy na polu obok spokojnie posilały się, doskonale wtopione w tło, kolejne 3 dziewczyny (trzecia nie zmieściła się w kadrze)


A, skitrany pomiędzy gałęziami kasztanowca, śledził nas taki oto schudnięty Łysy.

Doniosę także, specjalnie dla Ewy G-D: na froncie chomików europejskich niespokojnie. Ostatnio jeden taki, śmierci się niebojący, atakował traktor powożony Dzieckiem. Podskakując na kilkadziesiąt cm, usiłował gryźć oponę przedniego koła. Funkiel nówka nieśmigana, a złoych polskich 200/sztuka, w pocie czoła i przy akompaniamencie wyrazów strasznych zakładana, po uprzednim ściągnięciu starej, Oczywiście nie pojedynczo ale we dwie. Tak, że wyrazów ogólnie uważanych za wulgarne padła ilość podwójna. Klęło Dziecko, klęłam i ja, tyle, że ciszej nieco, wypróbowując oba sposoby: na leżącym kole i na kole wiszącym u traktora. Ja za pomocnika mechanika i "chłopca do bicia", takiego, że jak się cóś spieprzy, to jego wina. No bo czyjaś być musi. Problem jest ten, że wymiana opon "dętkowych" u profesjonalisty jest prawie niemożliwa. A całkiem niemożliwa, jeżeli nie dysponuje się autem, w celu dostarczenia tychże. Dla nieświadomych powiem, że zdjęcie koła w peerelowskim zabytku p.t. Ursus C-360 różni się od zdjęcia koła w normalnym pojeździe tym, że trzeba odkręcić o 4 śruby więcej. Te 4 śruby trzymają obciążniki. Które niestety trzeba na końcu założyć ponownie. I trzeba sobie trafić śrubką w dziurkę. Jeden obciążnik waży ponad 10kg i ma 2 dziurki. Trafienie w jedną nie oznacza automatycznego trafienia w drugą. Na szczęście tylko jedno koło zdejmowaliśmy, bo taka była potrzeba dziejowa, więc "słów powszechnie uważanych.." padło trochę mniej. Sztuką jest także umocować wentyl od dętki w otworze felgi, operując "na macajewa" w sztywnej jak cholera oponie. Ale się udało. I Dziecko pojechało wqrzać chomiki orząc nocą, bo lubi, do przednich i tylnych halogenów. Wqrzonego chomika możecie sobie na jutubie pooglądać, jak usiłuje zeżreć kroksa, trzymanego przez bohaterskiego ruskiego. Tak, że chomiki są sympatyczne bardzo, ale tylko na zdjęciach w necie. 
.

piątek, 6 listopada 2015

jesieniowato

po prostu.
No i zmuliło mnie "literacko" trochę. A to z powodu, że chociaż jesień, niby późna już i możnaby właściwie zacząć pomału zapadać w borsuczy sen, to u mnie robótki i zadania różniaste. Czego skutkiem, po wykonaniu wieczornej rozpiski, zasiadam w swoim kuchennym kącie przy maluchu, z przemyśleniami w makówie gotowymi do przelania, po czym zasypiam na siedząco. Budzę się, gdy zaczynam spadać z krzesła, przenoszę cały majdan na łóżko. Ale w łóżku pisać się za bardzo nie da . Więc jest, jak jest....

Dziś mgła okrutna. Spadła na nas dość późno, bo dzień się bez mgły zbudził, aczkolwiek bez słońca także. I wisi nad samą ziemią. Z bezlistnych orzechów zwisają oblepione wilgocią szmatki babiego lata. Po dzisiejszej nocy już i czereśnia sąsiadów liście wszystkie zrzuciła na raz. Jeszcze wiśnie i jabłonie się trzymają. No i brzozy, oczywiście.
W związku z powyższym zaczęło się liścipalenie. Rankiem wczesnym już kadzidlane aromaty wciągałam, gdy psy wypuściłam na pierwsze sikanko. Zbiorowe skretynienie powoduje, że dymy się snują po okolicy zmniejszając widoczność jak mgła. (Coś takiego obserwowaliśmy we wtorek, wracając ok. piętnastej z Rz. Zdziwienie, że o tej porze już mgły siadają ustąpiło po uchyleniu okna w aucie i pociągnięciu nosem)
Ciota (szwagierka najstarsza-ale nie-najważniejsza) "chora, bo liście ją zawaliły". Zaleciłam walnięcie się w łeb: liście spadły - niech leżą. Na wiosnę śladu po nich nie będzie, a trawa sobie da radę. Ale ona przeżyć nie może , bo jak to - wszyscy w koło grabią i palą. Dziecko wczoraj jechało tamtędy w pole - wszędzie dymy, jak po pożarze. Te liście zdaje się  jeszcze bardziej na zdrowie   jej zaszkodzą, jak je pójdzie grabić, co zrobi na pewno "bo zawsze tak robiła". Tyle, że nie zawsze miała 86 lat i chodziła o dwóch laskach.
Ponieważ nie ma siły ludzkiej ani boskiej, która mogłaby jej wytłumaczyć, że należy dać sobie na zatrzymanie, więc niech grabi, jak musi.

Mgła wisi nadal. A my siedzimy, na wpół bezczynnie i czekamy, żeby coś ze sobą zrobiła,  bo mamy zamiar jechać do Nienajstarszej-ale-Najważniejszej, która po remoncie leży w szpitalu w Rz. Problemów kupa, bo ciotunia słaba, ma problemy z podniesieniem się, a tu chodzić pomału każą. Sugerujemy usilnie, żeby do nas na 2 chociaż pierwsze tygodnie się translokowała, ale ona nie bardzo ma ochotę. Nie wiem też, jak sobie wyobraża spanie na materacu walniętym na wersalce, który już sam w sobie ma tendencje spadkowe. Starszy się deklaruje, że pojedzie i "będzie siedział". Co jest w zasadzie zgodne z uwarunkowaniami, bo on się najbardziej nadaje do siedzenia. Z chodzeniem ma już niestety problemy. Zobaczymy. Ciotunia ma być ponoć w sobotę wypisana....

Poza tym...
W międzyczasie było oczywiście święto Wszystkich Świętych i , oczywiście, byłam w S. W tym roku przed czasem, bo w piątek. Dość komfortowo mi się udało, bo Braciszek był z rana w Rz. i po mnie wstąpił. Z powrotem też mnie odwiózł, bo zdecydowałam się zaczekać, aż zawiezie i rozładuje. Tym razem porządkowanie czwartego grobowca, który jest w przeciwległym końcu miasta zostawiłam właściwym osobom, zająwszy się tylko tymi trzema, które są jakby razem - Alusi, Dziadków i moich dwóch dziewczyn.  Braciszek wrócił z lasu, posilił się wafelkami w ramach obiadu i pojechaliśmy zawieźć kwiaty. (U Mamy i Gochy paliły się znicze. Miło, że ktoś ciągle o nich pamięta i świeci im te światełka.) Po czym udaliśmy się w kierunku mojej pipidówki, zaliczając po drodze jeszcze ten cmentarz na wylocie. Jechaliśmy dylanką przez Dynów i to był błąd. Tuż za miastem okazało się, że mgła jest jak mleko, widoczność w przeciwmgielnych światłach na parę metrów zaledwie. I tak przebijaliśmy się przez tę mgłę, co udało nam się tylko dzięki mistrzostwu mojego Brata. W zasadzie była powtórka z rozrywki sprzed lat może trzech, kiedy to tą dylanką jechaliśmy w odwrotna stronę. Tyle, że wtedy "wielkim autem", co podobno we mgle jest łatwiejsze. Dylanka jest pozakręcana mocno i absolutnie pozbawiona linii poziomych oznaczających brzeg i środek drogi. Na zakrętach, zaraz za wąskim poboczem jest skarpa, najczęściej bez barier, tak, że lekkie już niezmieszczenie się w zakręcie może skończyć się koziołkami poniżej.  Drogę powrotną odbył Braciszek przez Rz. - mgła tam nie była wcale mniejsza, ale szosa bardziej cywilizowana.
...........................................................................................................

Tu nastąpiła przerwa bo, nie doczekawszy się jakiś decyzji ze strony mgły, pojechaliśmy jednak do Rz. Za kierownicą był tym razem Starszy. Starszy był dawniej moim drugim w kolejności "kierowcą zaufania" (po Bracie, oczywiście), ale teraz jest już mocno starszy i schorowany, więc sam nie może być siebie pewien na 100%. W tamtą stronę było jeszcze dość znośnie, wyjąwszy fakt, że tylko cudem uniknęliśmy wpierniczenia się w bok dostawczaka, który wyjechał z prawa wprost pod nasz nos. Niestety, postępujące skretynienie społeczeństwa widać na każdym kroku, a czasem ma objawy śmiertelnie niebezpieczne.
Moja obecność okazała się niezbędna przy wyprowadzaniu Ciotuli do toalety, zmienianiu koszuli i pościeli. Niestety, rana pooperacyjna jej mocno krwawi i to do tego stopnia, że po powrocie z toalety zrobiła kałużę na podłodze.Nie bardzo mi się to podoba. Pielęgniarka tłumaczy, że to skutek stosowania leków przeciwzakrzepowych. Podobno w poniedziałek do wypisu. Zobaczymy. Na razie w sobotę jedziemy ponownie. A ja zabrałam do uprania mocno skrwawioną koszulę.
(I tu dobra rada ciotki-klotki, wprost przeciwna do tego, co od młodości mi wtłaczano: żadna zimna woda na plamy z krwi. To bzdura, która przez lata powodowała poobcieranie paluchów przy zapieraniu krwawych plam. Na krwawe plamy tylko woda gorąca. Im bardziej gorąca tym lepiej. Podstawiamy pod kran i lejemy, nie oszczędzając wody (oszczędzajmy własne kostki przy zapieraniu). Świeża powinna zejść sama z siebie, bez żadnej łaski i bez śladu. Jak jest trochę zaschnięta i nie zeszła, to w dalszym ciągu gorąca woda i zwykłe mydło. Zwykłe, nie żadne tam cudo kosmetyczne, ani żaden detergent. Detergent tylko utrwali, analogicznie jak plamy z błota, trawy etc. Powyższy dil uzyskałam od zaprzyjaźnionej położnej, która z racji swej pracy śliczne białe i różowe kostiumiki pierze na okrągło, bo splamiona jak rzeźnik chodzić po oddziale nie może.)
No i uwaga taka mi się nasunęła: niestety w wielkich szpitalach klinicznych pacjent ma dużo gorsze warunki, niż w takim rejonowym szpitaliku, jak np. w P. Już samym wyglądem ten nasz powiatowy szpital przewyższa wojewódzką klinikę (toalety tam są makabryczne i żadnego prawie dostosowania dla osób niepełnosprawnych), nie mówiąc o opiece pielęgniarskiej po zabiegach.
Wracaliśmy we mgle jeszcze gorszej. Widoczność ograniczała się do białej kreski na lewo i na prawo auta. Na tej trasie szybkiego ruchu z Rz. do P. ruch wcale nie jest szybki: lewy pas istnieje momentami i albo jest pasem do skrętu w lewo, który kończy się słupkiem, albo za chwilę jest zjazd do prawego pasa. Tak, że w zasadzie korzystanie z lewego skutkuje jazdą slalomem i wbijaniem się w sznur aut na prawym pasie. Więc kazałam stanowczo, stosując groźby prawie karalne, trzymać się pasa prawego, nie kombinować i jechać spokojnie.
Po powrocie natychmiast złapałam psy na sznurek i poleciałam z nimi w pola, bo ciemności już nad nami wisiały. A potem zabrałam się za gary, żeby Dziecko zamarznięte na traktorze mogło odtajać.
Zmywałam w trakcie i natychmiast po, wiedząc, że za chwilę może być to robione tylko siłą woli. I faktycznie tak się stało, że jak usiadłam po wypełnieniu wieczornego harmonogramu, to do rzeczywistości przywróciły mnie słowa Dziecka : "Zamiast tak spać z tą amerykańską kozą na monitorze, to idź się połóż, bo zaraz z krzesła spadniesz." No to poszłam, czemu nie?

A teraz małe wyjaśnienie dla niektórych, co zdążyli dostać ode mnie zaproszenia:
Ja wim i rozumim, że jak się publikuje cóś w internecie i ogólnie udostępnia, to czytać to każdy może. I każdy może mieć własne zdanie na temat tego co przeczytał. Tyle, że w mojej zakutej, przegrzanej pod moherowym beretem, pale nie mieściło mi się, że ktoś może czytać, a potem wykorzystywać przeciwko. W moim pojęciu blog, chociaż publiczny, jest moim miejscem prywatnym. Jeżeli komuś nie odpowiada styl tego co piszę, słownictwo itp, to przepraszam bardzo, ale ja nikogo nie zmuszam. Łaskawie proszę - wypad do bardziej zaawansowanej literacko literatury. Dodam, że jestem po bardzo dobrej szkole poprawnej polszczyzny w wydaniu pani Ireny Wilk i pana Roberta Mączki i staram się tej poprawności zbytnio nie urągać. Używam wulgaryzmów, fakt - służą one często dla oddania pewnych emocji, które inaczej oddać by było trudno, a nie jako znaki przestankowe.
W związku z powyższym miałam zamiar zamknąć bloga tylko dla zaproszonych Czytelników. Ale wniknąwszy w szczegóły operacji zorientowałam się, że w ten sposób wykluczyłabym te sympatyczne i wiernie czytające osoby, które logują się w komentarzach anonimowo, bo nie maja konta gugla+. Ponieważ szkoda mi ich utracić, a nie chcę nikogo do niczego zmuszać, niech zostanie jak jest.