czwartek, 24 marca 2016

Na czasie

No to tak: część porządkowo - higieniczną przygotowań przedświątecznych mam załatwioną. Właściwie.
Że włączyła mi się palma perfekcyjnej hałsłajf? I że porządek się utrzymuje a nie -robi?
Palma może mi się włączyła, ale nie ta. Raczej ta wiosna-nie wiosna, która nastała bardzo wcześnie, pogania do działania, a działać zewnętrznie nie pozwala idiotyczną pogodą. Bo, tak prawdę mówiąc, myję te okna a spoglądam na funkiową rabatkę, która wymaga przekopania. Ścieram kurze, a zastanawiam się, jak przywiozę ziemię na skalniak z sadu i skąd wezmę piasek. Nie znoszę prac zanikających, które u mnie zanikają błyskawicznie (W piątek pomalowana ściana na klatce schodowej już została Starszym upaćkana sadzą, co dla mnie jest objawem wdupiemania. Bo oprzeć się dla równowagi można tak, by z szacunku dla cudzej pracy, nie spierdzielić dopiero wykonanej)
Utrzymywanie porządku w domu gdzie jest tyle zwierzaków (3 koty, 2 psy i Tatuś) jest czystą iluzją. Gdyby się chciało perfekcję w tym uzyskać należałoby ze szmatą, szczotą i turbo na odkurzaczu codziennie spędzać parę godzin. Nie jestem maniakiem i są rzeczy przyjemniejsze niż taniec ze szczotą. Więc utrzymywanie porządku sprowadzam do oblatywania co wieczór powierzchni płaskich na odkurzaczu ( z wyjątkiem niedziel, bo usunięcie śmiecia z podłogi przy pomocy odkurzacza jest dla Starszego  bardziej grzeszne i zrobienie tego za pomocą szczoty), pilnowania, by rzeczy znajdowały się na stałym dla nich miejscu, by wykluczyć szukanie. Nawet jak wepchnięte i kolanem dopchane, ale jest, gdzie miało być. Jak mam czegoś szukać, to autentycznie rośnie mi ciśnienie i zaczyna się coś robić na poddaszu.
Więc od czasu do czasu trzeba sięgnąć głębiej i np. odkłaczyć odkurzaczem książki na półkach. Co (UFF!) wymaga wyjęcia, przetarcia i ponownego ustawienia. A, ponieważ jestem już starszej daty, to mam swoje fisie i książki mają stać tak, a nie inaczej. No, tak, żebym obcemu, siedząc w kuchni, mogła powiedzieć, w które miejsce ma sięgnąć po "karafkę", a w które po "sztukmistrza" np.
Zanikalność prac zastraszająca, bo wczoraj umyte szyby już są "wynoskane" - teraz właśnie gebelsina pracuje nad dekoracją szyby w pokoju - po trawaniku wozi się jakiś obcy koteł, a gebelsina u drzwi podskakuje jak na sprężynkach i jęki wydaje "a-wył-wyłwył", które koteł ma wiadomo gdzie. No to chwilę potrwa, zanim koteł załatwi po co przyszedł i pójdzie precz. Nadstawki zastałam rano pootwierane, a wieczorem obserwowałam Klemurkę, jak sobie sprytnie otwierała drzwiczki pd komody stojąc na. Po czym z góry weszła, ukokosiła się na mojej torebce i tak została do rana.
Leniwcem poszłam oczywiście. Lambrekiny dwa mi już obrzydły, wypadało maszynę wyciągnąć i popracować tfurczo. Ale jakoś stan umysłu mi nie pozwalał. Więc kwestię lambrekinów obskoczyłam dwoma dziwnymi obrusami.

To chyba nie jest obrus, a raczej pareo. Urzekło mnie w szmateksiaku tymi ognistymi kołami i nabyłam. Z wiskozy jest chyba, bo ładnie lejące. Czekam na "Taką czarną szmatę sobie na oknie powiesiłaś?" Tatuś na razie nie komentował. 

Nie przypominam sobie, żeby mi aż tak na mózg padło, by coś takiego w charakterze obrusa nabyć. Raczej dostałam w prezencie. Leżało toto w szafie z innymi obrusami, aż doczekało się zastosowania. W charakterze lambrekinu kuchennego chwilowo ujdzie. Aż nabędę coś żółto-zielonego, żeby uszyć nowy.


Kiełbaska "in statu nascendi". Areczek sprawdza zapach.

Szyneczki i schabiki powiązane i spakowane. W tym roku poszłam z postępem i nabyłam siatkę. Przy trzeciej już doszłam do wprawy w upychaniu padła w siatkę.

Kiełbaska przyjmuje właściwą postać. Jak zwykle Tatuś trzyma za koniec, bo tylko on potrafi tak trzymać, żeby była właściwie nabita. Z braku Dziecka, ja robiłam za korbowego.

A potem pojechaliśmy jeszcze do miasteczka, zrobić zakupy, które musiały być zrobione w ostatniej chwili. Na eczwórce Tatusiowi włączyła się szajba kawaleryjska i depnął 125. Co jest prędkością zbyt dużą zważywszy na wiek lambordzini połączony z wiekiem kierowcy oraz ograniczeniami na drodze. A na dojeździe do miasteczka i tak był korek i musieliśmy opłotkami. Skutek był taki, że rozbolała mnie głowa. Na końcu zakupów była biedronka w poszukiwaniu dżemu z owoców, a nie syropu monsanto. Przede mną i za mną w kolejce stali radośni chłopcy zza wschodniej granicy, którzy nad moją głowa wymieniali się uwagami na temat słodyczy mango. Nie wiem czemu po angielsku.Po czym temu nad moja głową, z tyłu, włączyła się orkiestra dęta z perkusją. Zabiłam go wzrokiem. Chociaż chłopczyk sympatyczny był i taki radosny. Ale mój łeb!

A na koniec wzięłam się za babeczki, bo to przecież babkowe święta. I tak musiałam kibicować Tatusiowi, który odpalił wędzarnię. A, wiadomo, prędkość kosmiczna to on odpala tylko lambordżinim, natomiast chodzenie po schodach sprawia mu trudność.

niedziela, 20 marca 2016

Self Made Woman, czyli

pomalować sufit i przeżyć.

Dużo czasu spędzam w kuchni. W porywach  - nawet większość. A moja kuchnia zaczęła przedstawiać sobą obraz nędzy i rozpaczy. Sufit - niemalowany od prehistorycznych czasów. W dodatku, na skutek łazikowania linoskoczka-akrobaty po dachu, w celu oczyszczenia rynien, pękła dachówka, wzięło i przeciekło, i zrobił się zaciek. Dachówka wymieniona - zaciek pozostał.  Wiele lat temu jakieś złe mną owładnęło i na ścianach położyliśmy, własnymi- Starszego i moimi - ręcami, tzw. panele ścienne, czyli boazerię z papendekla. Która, jak każda boazeria, zdążyła nabrać mocy urzędowej, czyli pokryć się patyną oraz zacząć działać na psychikę. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia podłoga, która mi się bardzo podobała, taka drewniana, więc kazałam wycyklinować i polakierowałam. Żaden lakier nie jest wieczny, nawet dwuskładnikowy, zwłaszcza w pomieszczeniu tak ruchliwie uczęszczanym, jak moja kuchnia. Do której w dodatku wchodzi się bezpośrednio z klatki schodowej, czyli - z butami. Tudzież 20-toma psiokocimi pazurzastymi łapami, które większość czasu też w tej kuchni spędzają. Wszelkie działania remontowe w kuchni były odkładane, z powodu pomysłu przesunięcia ściany w łazience, żeby wstawić do niej kabinę zamiast wanny. Wyburzanie i stawianie miało się odbyć siłami Dziecka i moimi. Przy tej okazji miały być zerwane w cholerę te panele, a w ich miejsce położone kartongipsy (bo pod panele zostało zrobione "rusztowanie" z listew i albo te gipsy, albo tynkowanie od nowa). Rozległość przedsięwzięcia była dość przerażająca, wizja sajgonu, jaki nastąpi podczas wyburzania i zdzierania - porażająca, nie nastąpił żaden mus zewnętrzny, więc stało, jak było.
Ostatecznie został tylko "dziad i baba, bardzo starzy oboje", więc teraz o remontach grubszych nie ma mowy, bo nie jestem w stanie przeżyć obecności i działań majstrów -paprołów,  którzy zostawią po sobie malarię połączoną z chorobą weneryczną, pion ustawią "na oko", a poziom sam się wypoziomuje. I do których trzeba jeszcze dodatkowych pomocników, bo przecież  "miszczu" gruzu wynosił nie będzie.
Co to, to nie!

I jak tak sobie siedziałam kiedyś w tym moim kącie i patrzyłam na te cholerne panele i na ten zaciek na suficie, to wezbrało we mnie ostatecznie i powzięłam decyzję nagłą i nieodwołalną, że ani dnia dłużej. I tak jak siedziałam, tak wstałam i zabrałam się za mycie sufitu. Niestety, przekonanie, że da się to zrobić z podłogi, przy użyciu sprzętu "na kiju" upadło po pierwszych próbach. No to stół, włażenie, złażenie - umyte! I przy okazji od razu oklejone. To niech wyschnie. Malowanie będzie na następny dzień, od rana.
A rano taśmy sobie zwisały dowolnie i smętnie. Miejscami. Więc trzeba było obskakać wkoło raz jeszcze i podoklejać, co zwisło.

Front robót : umyte, oblepione, zafoliowane i pierwszy raz pomalowane. Abażur z lampy zdjęty, bo zetknięcia z przedłużką wałka by nie przeżył, czego z kolei ja bym  nie przeżyła, bo jest absolutnie jedyny. Poczeka  na przyjazd krakowskiego Dziecka,  bo sama go nie założę z powrotem  - jest ogromny i ciężki.

Pomalowałam raz i zostawiłam do wyschnięcia. I okazało się, że cholerny zaciek niestety wyłazi i wygląda jeszcze piękniej i rozleglej niż na początku, bo żółte jego kontury ślicznie odcinają się od białej farby.Sięgnęłam po to co miałam na stanie, czyli unigrunt. Może zaizoluje go jakoś. I dla zabicia czasu pomalowałam klatkę schodową.  Sufit miał poczekać do światła dziennego następnego dnia.

Przed malowaniem oczywiście nakryłam meble folią. Kuchenna, niewynaszalna zawalidroga, czyli narożna ławka,  przyjęła pozycję wertykalną na środku pomieszczenia i została szczelnie owinięta. Po czym nastąpiło to, czego się właściwie spodziewałam - szeleszcząca przy każdym ruchu folia zainteresowała koty o wiele bardziej niż, nabyty specjalnie, szeleszczący tunel, który leży u mnie pod komodą i tylko czasem Tośka w nim przycupnie na chwilę. Zaraz natychmiast Tośka była wewnątrz pakunku, a Bure obchodziły i kombinowały, jak się tam dostać. Dopóki byłam w kuchni - tylko kombinowały. Jak się już położyłam - wykombinowały. I moja dzika wyobraźnia, przewidująca najgorsze scenariusze, wywaliła mnie z łóżka i kazała odpakować ławkę i pozwijać folię, żeby się żaden kocio nie udusił. Mimo to rano folia zwisała z "góry" ławki w strzępach. Koty potrafią....

Folia zwisa  i powiewa.  W strzępach. Kotełki miały zabawę...


Przeszkadzają spać zmęczonemu złoczyńcy.....

W sobotę załatwiłam drugie malowanie sufitu. Poszło znacznie lepiej, szybciej i efektywniej, bo zmieniłam farbę - z drogiego dekorala na tanią jedynkę. (I znowu zostałam z nienapoczętą puszką dekorala). Pozostało już tylko umyć te panele i wyszorować podłogę. Ale umyć z tłustych kuchennych osadów to jest zadanie nie lada. Nie wiem, czy istnieją skuteczne środki w ramach tzw. chemii gospodarczej, bo takiego nie spotkałam. Raz tylko bezboleśnie wyczyściłam osady z wierzchu szafek przy pomocy octu i sody dodanych do wody w przypadkowych ilościach, sporych raczej. Zrobiła się piękna aktywna piana, która okazała się nad wyraz skuteczna. Ale gąbka nadawała się tylko do wyrzucenia. Teraz poszłam śladem Dziecka i użyłam chemii nie-gospodarczej, tylko z warsztatu samochodowego - środka do mycia silników. Dziecko po wprowadzeniu się do wynajmowanego mieszkania zrobiło czystki kuchenne tym właśnie środkiem. Ostrzegało, że to żrące bardzo, nie dotykało nigdy kanistra bez gumowych rękawic.Ale zwykłe, cienkie lateksy jednorazówki też dały radę, a patyna z paneli znikała błyskawicznie.

Akurat w połowie tych akcji zadzwoniła Ania, że jedzie z jajami i za godzinę będzie. Jaja zobowiązała się Ania dostarczyć w ramach barterku za owies. Przybyła. W stroju roboczym także, bo tyle co od akcji drzewnych się oderwała. Postawiłam jej cudne krzesło na środku tego galimatiasu (W końcu wszystko jedno, bo podobny, choć mniej zaawansowany galimatias panował wszędzie, z wyjątkiem pokoju Starszego, albowiem gdzieś różności z kuchni musiały być usunięte tymczasowo. Poza tym reguła jest taka, że w trakcie robienia porządków, najpierw robi się bajzel.) Sama przycupnęłam na schodkach. Oczywiście Czarna zaczęła natychmiast Anię molestować, włażąc jej przednimi łapami na kolana i usiłując oblizać cyferblat. Ania się z nią bawiła, do oblizania cyferblatu nie dopuszczając, a poklepując Czarną po dupsku, co było dość głośne, ale Czarnej się bardzo podobało. I na te poklepywania Księżniczka wystąpiła w obronie: przystartowała do Ani, przyjęła pozycję bojową, (komicznie wygląda sznaucer mini w pozycji bojowej -przerost treści and formą) zadarła łepek do góry i wydała szczek, pod tytułem "nie bij mojego psa!".  Po czym Ania poleciała robić sernik, który brzmiał pysznie, a ja wzięłam się do "kontynuowania dalej".

A Czarna poszła na moje łóżko i pozwijała się w precla

Kiedy zeszłam wreszcie na podłogę, to miałam małą chwilę zwątpienia i byłam bliska zostawienia reszty w takim stanie jak jest. Ale jak pomyślałam, że będę musiała to oglądać i chodzić po tym do poniedziałku -  zebrałam się w sobie, wyszorowałam zawalidrogę (której dni są policzone, bo już miałam parę podejść z taśmą w ręku, pod kątem rozkminienia tuningu z ławki narożnej w ławkę pojedynczą), potem wyszorowałam podłogę. Potem pozbierałam do pralki wszystko co mi w rękę wpadło, tudzież to co miałam na sobie, a sama wylądowałam w wannie. Chwilę się zastanawiałam, trzymając musująca kulę w ręku, czy sobie nie zrobić dobrze i nie wymoczyć się z tą kulą, ale przecież ja się nie lubię wymaczać, więc kula wróciła na półkę. Ostatecznie jednak się pomoczyłam, co się okazało zbawienne dla moich nóg, po gimnastyce "na stół - ze stołu".
Ciekawe, że psy czuły  nosem pismo od tytułem "nie zawracać pani dupy bo zajęta" i Księżniczka nie kwitła pod drzwiami co pół godziny, jak zwykle. Nawet gdy grubo została przekroczona pora popołudniowego spaceru (wieczorne papu zostało załatwione na okoliczność przerwy spowodowanej wizytą Ani, też później niż zwykle) i zamiast o 15-tej, poszłyśmy w pola około 19-tej.

Dziecko krakowskie,  zadzwoniwszy w piątek, zapytało, jak zwykle, "Co robisz?". I jak usłyszało, co robię, rzekło: "Aha,czyli targnęłaś się na życie, znaczy" Ale przeżyłam. Co mi znakomicie ułatwiły głupie schodki, które wyczaiłam w gazetce promocyjnej teskacza i poprosiłam Dziecko, żeby nabyło w S.W., bo ma  pod nosem prawie. Zresztą zmotoryzowane jest i nosić w zębach nie musi. Dziecko nabyło, przywiozło, ucieszyło się, że mamusia bystra taka i potrafi jednym ruchem schodki rozłożyć i złożyć. Potem zrobiło mi test na odwagę, każąc włazić na górny stopień, trochę się pochachało, że jednak cykorek lekki się mamusi włącza. Bo faktycznie się włączył, jak te schodki stały tak na środku. I dziwne, bo to przecież mniej więcej wysokość krzesła. Ale, kto może przewidzieć, w którym momencie i w jaki sposób mu się palma włączy... W każdym razie przy włażeniu na stół i złażeniu ze stoła na szczęście się nie włączała, bo by mnie jeszcze wykończyła psychicznie, gdybym musiała pokonywać lęk wysokości za każdym razem. Trochę obawiałam się stołu, bo po tuningu, czyli przeniesieniu blatu na nogi od maszyny, rozstaw tych nóg się znacznie zmniejszył, więc duża część wystaje w te i wewte, czyli łatwo znaleźć się poza środkiem ciężkości. Na szczęście, mimo przekroczenia środka ciężkości, mój ciężar nie zdołał przeważyć ciężaru stołu i obyło się bez uszczerbku na kościach. I to był plus dodatni, przy ewidentnym plusie ujemnym takim, że ten stół trzeba było jednak 150 razy przemieścić wzdłuż ścian.

Po robocie. Uprane wałki schną na płocie. Ten pierwszy, z mikrofibry, nie zdał egzaminu, drugi się nie przydał - trzeba było użyć pędzla. Zielony wart był swojej ceny, jest świetny. A ostatni już dawno setkę metrów kwadratowych zaliczył i nadal się sprawdza.



A dzisiaj odmiękam. O dziwo - ruszam rękami i nogami, kręgosłup nie wymaga reanimacji u pana uzdrowiciela (jak pewnego razu po wieszaniu firanek, który to raz był dla tych firanek ostatni). Miałam zamiar się pobyczyć nic nie robiąc poza harmonogramem i w tym celu nastawiłam rosół, licząc na dwa w jednym i ziemniaki, które obierze Starszy. Starszy jednak wymyślił sobie kapustkę, w dodatku z zasmażką. O ile kapustka ugotowała się przy niewielkim wysiłku z mojej strony, o tyle zasmażka zawsze doprowadza mnie do nerwicy, bo na ogół robi się grudziasta i muszę ją potem przez sitko, oraz wymaga stania i merdania, co mi dzisiaj było dodatkowo nie na rękę.(W ogóle, kto i po co wymyślił zasmażkę!)  Faceci maja to wyczucie sytuacji, niektórzy zwłaszcza....

PS. Będąc "młodom mężatkom" natknęłam się na jakiś poradnik dla młodych mężatek, czyli niedoświadczonych gospodyń domowych. Wyczytałam w nim, że myjąc pionowe powierzchnie należy zaczynać od dołu, bo brud ścieka na dół. Wydało mi się to wbrew wszelkiej logice. Przecież wiadomo, że brud ścieka na dół, więc jakiej cholery ma mi ściekać na czyste. I to jest oczywiście wbrew wszelkiej logice! Z wyjątkiem sytuacji, gdy myjemy coś tak brudnego jak moje panele i tak żrącym środkiem, jak dimer:  Zaczynałam od góry. Ściekało na dół. Nie tylko brud, ale i ten środek. I zanim ja za nim nadążyłam, to on zdążył już wymyć cienką smużkę. O ile sam tę smużkę wymywał bezboleśnie, o tyle ja musiałam wiele wysiłku włożyć, żeby resztę domyć do stanu tej smużki. No to spróbowałam od dołu. Nic nie ściekało po rozprowadzaniu gąbką z dołu do góry, nie było wyżartych smużek. Czyli - czasem należy wbrew logice. Ale tylko czasem!

środa, 16 marca 2016

Nici z planowania

Planowanie bezwzględnie ważne jest.. Ale bez przesady. To tylko w sferze ekonomii (tej dużej) i gospodarki ogólnonarodowej planuje się na 4 lata naprzód i wszystko wychodzi zgodnie z planem.
 W skali mikro-mikro planować se można, a wychodzi - różnie.
Na wtorek planowałam zajęcie się funkiową rabatką. Tymczasem rano rabatka wyglądała tak:

Mokrego śniegu było tyle, że gałęzie wszystkiemu zwisały smętnie. Dobrze, że na tym się skończyło, bo mogłyby być straty w drzewostanie.

Klementyna obserwuje okolicę z niejakim zdziwieniem. A funkie "nie wyglądają" tam, gdzie widać tę przyklapniętą kulkę tujową.

Najgorzej ma przy takiej pogodzie staruszka. Wszędzie śnieg - na łapach śnieg, na "podwoziu" śnieg. Nawet posznupać porządnie nie można, bo cała broda w śniegu. I pies cały nieszczęśliwy, bo w dodatku Czarna dostaje na śniegu małpiego rozumu i zachęca bidusię do zabawy, na która ta wcale nie ma ochoty.

I tak wygląda planowanie właśnie.

Przedwczoraj ogarnęłam w sadzie, co było do ogarnięcia. Konkretnie - miejsce gdzie rosła  wiśnia , która została wycięta i wykarczowana. Pozostały  tam drobniejsze i grubsze gałęzie. Zdążyły były przerosnąć pokrzywą, która następnie uschła.Sterczały suche badyle i działały mi na uczucia. Niby można było od razu, ale tak się złożyło, że to karczowanie w sadzie odbyło się dosłownie na parę dni przed wyprowadzeniem się Dziecka. (Które nie było planowane zawczasu. Właśnie!!) I jakoś nie było weny i warunków. Za to teraz był odpowiedni moment, bo to wszystko już zdążyło wyschnąć. Stojące skosiłam (kosom ręcznom dziadkowom), leżące wygrabiłam. Na jedną piękną kupkę. A następnie przyczyniłam się do globalnego ocieplenia i zwiększenia dziury ozonowej, bo tę piękną kupkę podpaliłam. Paliło się cudnie, wiatr wiał ten co "spienione goni fale", albo "mistrza z dachu", więc dymy wszelakie poszły sarnom w nos i sąsiedzi nie mieli powodów do psioczenia. (Później także sąsiad Andrzejek wykorzystał  ten wiatr i się przyczynił. Nawet bardziej, bo u niego leżała kupa ogromna gałęzi, w tym - świeżo ścięta sosna. Moje przynajmniej suche było).
Podkusiło mnie, żeby grabić grabiami, a nie metalową "miotłą". Różnica w użyciu jest zasadnicza: "miotłą" -  umim, grabiami -  nie umim. Grabić, mimo lat praktyki, nie nauczyłam się. Śmieszne? Co to za sztuka? Niby żadna sztuka. Ale każdym sprzętem trzeba się umieć odpowiednio posługiwać. Nawet zwykła szuflą. O wiele mniej wysiłku wtedy się wkłada w to, co się robi. Ja niestety grabię "na siłę". Nieopatrznie przekazałam Starszemu Babciną uwagę, że ściskam kij od grabi, "jak bym soki z niego chciała wydusić", czego nigdy nie omieszka mi przypomnieć. (Niektórzy mają dziwną selekcję przy zapamiętywaniu  - wszystko co złe o wszystkich). A ja wim i rozumim, ale i tak po grabieniu gołymi rencami - pęcherze, a w rękawiczkach - bolące dłonie. Tralala-uhaha....

Doszły inpostem zakupione karmniki (trochę się tego inposta obawiałam, bo mi esemesy słali, żeby sobie paczkomat wybrać, poza tym we w ogóle instytucja jest zaufania niegodna) i dokonałam akcji. Wyszło na to, że tych karmników drugie tyle by się przydało. Napełniłam, poustawiałam. Podczas otwierania (bo wszystkie zamknięte były), zanim wyczaiłam o co chodzi z tym kluczykiem i jak to działa, udało mi się w jednym upierniczyć zaczep. Na szczęście tylko jeden i zamknąć go nadal można. Po czym Starszy dał mi powód do "spędzenia snu z powiek", bo udzielił informacji, że te stwory potrafią "jedzonko" wynosić. Psia krew, cholera jasna. Już widzę Stefana - wszystkożercę kapśniętego w boksie, po spożyciu takiej wyniesionej saszetki. No i faktycznie wynoszą, co się okazało dziś, podczas kontroli. Wychodzi na to, że te karmniki nie są do końca przemyślane konstrukcyjnie - przy wylotach powinien być kawałek podniesionego do góry brzegu. O czym ja tu piszę? No, o karmnikach deratyzacyjnych. Temat cienki taki dość, bo po pierwsze primo miłośnicy stworzenia wszelkiego żywego - że jak to? A po drugie wyznać publicznie, że w zabudowaniach gospodarczych istnieją myszy i szczury, to tak, jakby się publicznie przyznać, że ma się wszy, albo francuską chorobę. Chociaż każdy, kto na wsi żyje i wie na czym to polega, wie również, że myszy i szczury są zawsze. I cała sprawa w tym, żeby nie było ich w tych miejscach w których sobie najbardziej nie życzymy oraz, żeby zorganizować wszystko tak, by szkody przez nie wyrządzane zminimalizować. A szkody minimalizuje się między innymi - ograniczając populację. Koty sprawy nie załatwią, bo gdyby mogły to, biorąc pod uwagę ilość kotów rezydującą okresowo w mojej stodole, futrzaki by już dawno zniknęły. Chłopaczek z fujarką też się żaden w okolicy nie trafia. Nie pozostaje nic innego, jak zostać mordercą -trucicielem. (Dodam tak OFF, że podobne akcje powinny być podjęte w stosunku do latającego szczurołactwa, czyli gołębi, które brudzą, paskudzą, roznoszą świństwa różne i powodują szkody materialne. A babcie emerytki, karmiące gołąbki bułeczkom na plantach powinny być karane takimi samymi mandatami, jak właściciele psów po tych plantach srających. Ilość gówna i śmiecia pozostała wokół tej ławeczki po babci emerytce i jej ukochanych ptaszętach, często przekracza to, co zostawi po sobie jeden pies. Poczytałam nieco w temacie tu i ówdzie, na okoliczność sprzątania obsranego gołębiami balkonu w KRK. Kto chce, może te informacje w każdej chwili wujkiem Gie znaleźć. Zapewne mu uczucia pozytywnie gorące natychmiast wychłódną. Moja awersja dotyczy gołębi tych, co to nimi brukowany Kraków. Nie dotyczy innego ptactwa dziko żyjącego, ani gołębi hodowlanych. Hodowcy gołębi mają potężnego hopla na punkcie swoich ptaków - odrobaczają, odinsekciają, dezynfekują gołębniki itepe. U mojego zaprzyjaźnionego weta na półkach królują psie karmy i medykamenty gołębie - znaczy jest zapotrzebowanie, bo by sobie lokaty kapitału w niechodliwym towarze nie robili. )
Najlepiej byłoby, gdyby takie akcje po sąsiedzku odbywały się jednocześnie. Ale mam tu takich, którym nie przeszkadza, co u nich w stodole się rozmnaża. A rozmnaża się na ogół w budynkach nieużywanych, do których nikt nie zagląda. W jednej takiej stodole nawet lisica sobie izbę porodową urządziła pewnego razu. Przynajmniej okoliczne kury spokój miały, bo dobry złodziej nie kradnie po sąsiedzku.

Jak już w temat ptactwa się wkroczyło, to donoszę, że na moim świerku zaokiennym nieszczęście jakieś się stało, bo zniknęła synogarliczka, która już tam siedziała na gniazdku, Szkoda. Na ogrodzie pojawia się coraz to nowe pierzaste. Kosa spotkałam poruszającego się piechotą po trawniku pod świerkami. Ciekawe, że kosy widuję zawsze spacerujące . Czyżby w ten sposób większość życia spędzały?
Wczoraj poszłam dla urozmaicenia zrzucić trochę węgla do piwnicy (Od rana bolała mnie głowa, nie nadawałam się do żadnych akcji. Ale po południu zrobiło się ładnie i pomyślałam, ze może trochę ruchu na powietrzu na ten ból głowy pomoże. Zrzuciłam pół tony. Pomogło. Zdecydowanie siedzenie w domu źle na mnie działa.) W pewnym momencie usłyszałam straszny rejwach ptasi dochodzący zza płotu sąsiadki, z miejsca gdzie jest wybieg dla kur (Raczej może  - przedbieg - przed przeniesieniem się na mój ogród). Spośród wróblowo - ziębowego jazgotu wybijał się jakiś inny, dziwny dźwięk, z niczym mi się nie kojarzący. Więc, zaintrygowana, przerwałam pakowanie węgla do wiaderka i rozpoczęłam obserwacje. Okazało się,  że w chmarę zięb i wróbli wbiła się wilga i próbowała przysiąść się do stołu. Małym ćwierkaczom się to nie spodobało i ją pogoniły. Stąd te dziwne odgłosy wydawane przez wilgę. I, nie wiem co jest, ale skowronka jeszcze w polach nie słyszałam! Czy mnie tak absorbują Księżniczki fanaberie podczas spacerów, czy skowronkowe dzwoneczki wtapiają się w odgłosy otoczenia, ale nie odnotowałam. Jutro posłucham.

Donoszę także, że właśnie wykluły mi się pomidory posiane w czwartek. Ponieważ Dziecia pokój pusty (Dzieciem) i dla kotów niedostępny zainstalowałam tam mini szklarenkę. Uczyniona została z czegoś, co kiedyś Dziecko wyspawało, a co w skrócie przypomina szkielet wielkiego akwarium. Folia spożywcza, która jest materiałem wszechstronnego stosowania (w kuchni używam jej najrzadziej) , posłużyła do wykonania "ścianek" bocznych, a na wierzch poszła tafla pleksi, czekająca od pewnego czasu na wykorzystanie. W środku cieplutko jak w oranżerii. Przy okazji miseczkę z owieskiem tam wstawiłam, ale nie wiem, czy nie za późno się opamiętałam. No, a "krwawego rzeźnika" w końcu nie posiałam. Za to jest Mazarini, Virginia Sweet, Peon Red  i inne takie.   Zobaczymy jak im dalej pójdzie, tym pomidorom. Planuję posadzić 50szt. Na razie wszystko wskazuje, że będzie więcej. Jak zwykle Najważniejsza posiała dużo więcej niż było planowane. Więc, jak zwykle będzie potem foch, że ja nie chcę tego wszystkiego posadzić. Do focha dołączy Starszy, po czym nadwyżki zostaną rozdane....

niedziela, 13 marca 2016

Plusy dodatnie i plusy ujemne...

Nie, nie spodziewajcie się rachunku sumienia i podsumowań jakowyś. Jeszcze nie umieram (a przynajmniej tak mi się wydaje), więc posumowań nijakich nie będzie.
Chwilę nie zaglądałam, ani do siebie, ani gdzie indziej. I trochę mnie ominęło.
Plusów dodatnich nazbierało się od groma: mam dechy na "drzwiczki gnojowe" do kóz. W dodatku zupełnie gratis. I w dodatku dechy, które maja wszystkie dechy pod sobom - z felcem dechy, takie, jak na podłogę! Odpada problem, że szparki się porobią pomiędzy. Już  somsiada przekonałam, że mu to dobrze dla zdrowotności zrobi, jak mi te dechy na "cyrkularce" przytnie. Mogłabym sama, wyrzynarką z ogranicznikiem, ale wiem, ze i tak falbanki by wyszły. A somsiad jest taki w drewnie zakochany, a przy tym staranny bardzo, tak, że będzie super. I nawet zawiasy do tych wrotek pozyskałam. Najpierw przekopywałam internet w poszukiwaniu. Zawiasów listwowych jest do cholery i trochę (przy okazji doedukowałam się, że jednak co innego zawias listwowy, a co innego taśmowy). Problem polega na tym, że u mnie są już wmurowane haki (łby)do tych zawiasów i one maja określone fi, niestety dość duże - 18mm. Te, które robią teraz delikatne jakieś takie - hak na 10-12mm! Już prawie stanęłam przed koniecznością zamówienia u kowala. A to problem straszny. Bo logistyka - znaleźć kowala, zamówić, pojechać odebrać. No i cena też byłaby odpowiednia do rękodzieła indywidualnego.W ostatniej chwili mi się przypomniało, że robiąc porządki w różnych drewnianych resztkach, przy pomocy masakry teksańskiej, porżneliśmy z Dzieciem jakieś drzwiczki. I to w taki sposób, że kawałek z zawiasem został oderżnięty i pewnie tam sobie leży, gdzie został. No i były. Dwa porządne, kute kowalem, "przedwojenne" (licho wie sprzed której wojny) zawiasy. Śruby załatwiłam boszem urżnąwszy im łby. Drugim boszem, z tarczą listkową usunęłam co nadgryzł ząb czasu. Sajgon się w Dziecia warsztacie zrobił przy tym nieziemski i musiałam wreszcie posprzątać. Porządnie! Żebym się sama potem nie upaćkała, jak będę dalsze działania tam podejmować.
Po czym zawiasy zostały psiknięte czarnym szprejem (mam śliczny helołynowy manikiur, zupełnie gratis) i czekają na somsiada piłę tarczową.
Deszczki przytaszczył Biały Brat, który przybył w celu wspólnego odwiedzenia miasta z ciasteczkowym aromatem. Nasza wizyta, w tym sympatyczny skądinąd mieście, związana jest z pewnymi plusami ujemnymi, które ciążą mi bardzo od dłuższego czasu i rzucają się na psychikę, więc rozwijać nie będę.

To było w poprzedni piątek. A w sobotę wpadła niezapowiedzianie Córusia. Pojechała w niedzielę ok. 15. Efekt jej wizyty był (m.in)taki, że  w poniedziałek tatuś nie dostał rosołu. Z powodu iż nie mogłam znaleźć sitka. Zapytałam tatusia, czy przypadkiem nie widział, na co usłyszałam, że jest tam, gdzie sobie położyłam. (Co znaczyło w moim odbiorze - "genetyczny alzhajmer ci się odzywa, sama nie wiesz gdzie co kładziesz") Wobec czego stwierdziłam, że szukać nie będę, bo, owszem, czapki szukam ciągle, albowiem zdejmuję ją w różnych miejscach, ale sitko kładę wyłącznie w jednym miejscu. A jak nie ma sitka, to nie będzie rosołu. Trudno, uhaha.

Ubiegły tydzień minął pod znakiem materiałów opałowych. W te dni, kiedy z góry nie moczyło, robiliśmy, na zmianę z umówionym chłopakiem, porządek w sadzie. Leżała tam ogromna kupa gałęzi, przywiezionych jesienią po wykarczowaniu przez Dziecko zarośli z kawałka pola, które wzięło w dzierżawę. Był temat wypożyczenia rębaka, który, w związku z nagłą wyprowadzką Dziecka, się rozpłynął. Najprościej byłoby tę kupę po prostu podpalić, ale szkoda mi było tak te kalorie puścić w atmosferę i zwiększać efekt cieplarniany. I nieetycznie i nieekonomicznie. Zwłaszcza, że takie patyki mogę latem, w moim cudownym ekologicznym kotle CO, w hajnówkowym garażu wyklepanym, zamienić w ciepłą wodę w bojlerze (zleciłam w końcu odcięcie, dzięki któremu kocioł może grzać jedynie wodę w bojlerze). No to śmy rąbali. Najpierw ja 2 godziny, potem chłopak 4,5 godziny. A potem chłopakowi ojciec wziął i się utopił po pijaku w przydrożnym rowie tuż obok domu. Więc dokończyłam stertę, przez kolejne 2,5godziny. Pewnie bym tego dnia nie skończyła, ale przyjechał tatuś na inspekcję i zaczął mi te gałęzie podpychać na klocek, więcej przeszkadzając niż pomagając, bo ja już swoją metodę opracowaną miałam, która siłom rzeczy musiała być gorsza niż metoda tatusia. Skończyłam i padłam. Z obawą, że na następny dzień renkom-nogom nie ruszę. Ale ruszyłam. I o dziwo, bardziej bolała mnie lewa ręka, niż prawa, od za ciężkiej siekiery.Aha, no i skórzane rękawice też się nie sprawdziły -trzonek się w nich ślizga tak samo, jak w każdych innych. Na przyszłość muszę nabyć siekierę lżejszą na trzonku włóknianym, który się nie ślizga, jak drewniany.
W końcu także, w piątek, tatuś zdecydował się wreszcie pojechać w celu nabycia węgla. Czwarta tona w ciągu tej zimy-bez-zimy + jedna wisienka. I jak widzę ludzi chodzących po domu zimą w tiszercie, to mam oczy jak filiżanki, że tak można?. Ponieważ ja mam na sobie ogólnie 2 warstwy + ciepła kamizelka i wełniane skarpetki.

Piątkowa wyprawa do miasteczka zaowocowała znów plusem dodatnim: upolowałam w sklepiku z używanymi meblami krzesło za śmieszne pieniądze. Stabilne, jesionowe (jak twierdzi tatuś) krzesło za 5 dych. W końcu nie trzeba się obawiać, że siadając na krześle wyląduje się z tyłkiem na podłodze. (Historia krzeseł w kuchni jest długa i dramatyczna. Niedawno zostały zakupione 2 sztuki, drewniane, po 80zł szt, nowe!. Z czego jedno wytrzymało w stanie nienaruszonym ok. pół roku.  To były już kolejne 2 sztuki, od czasu, gdy zydle zakończyły dramatycznie swój żywot. Pewnie się mszczą teraz.) Muszę tylko koniecznie podkleić łapy, bo krzesło jest ciężkie i mogę je suwać jedynie, co powoduje hurkanie straszne i obdzieranie resztek lakieru z podłogi.

Krzeseło, jak krzeseło - ani specjalnie piękne, ani specjalnie stare. Przykład tego, że kiedyś (niedawno całkiem, bo krzeseło zabytkiem nie jest) można było robić rzeczy przyjemne i trwałe.

Pozatem idzie wiosna i idą święta. W związku z wiosną kury nadal zawzięcie niszczą, co spod ziemi wylazło (a wylazło właśnie ostatnio czarcie ziobro, oraz czosnek niedźwiedzi od Reni wyłazi, więc nie daj boże!). Skalniak wymaga totalnej reorganizacji w związku z działalnością kur oraz nornic. Za co bym się wzięła, gdyby wreszcie przestało padać.
A święta potraktujemy minimalistycznie. Mięcho zostało umoczone. Na kiełbasę zmielone leży sobie. No i w związku z kiełbachą zaistniała konieczność nabycia jelit. W tym celu udaliśmy się do smarketu budowlano różnorodnego pt. Brico, który jest podobno nad wyraz tani. Jelit nie było, ale wzrok tatusia padł na półkę z pokarmem dla futrzaków i mówi "O, ty internetem zamawiałaś, a tu popatrz ile tego". No, popatrzyłam. I stwierdziłam również karmniki. Identyczne z tymi, które właśnie zmówiłam. Tyle, że za cenę jednego smarketowego, mam 2 i pół internetowe.Wychodzi na to, że oni też je internetem zamawiają - każdy w osobnej przesyłce.
A jelita nabyłam w malutkim sklepiku, gdzie w dodatku była przesympatyczna pani za ladą, która wiedziała co sprzedaje, do czego to służy i jak używać. Wymieniłyśmy się doświadczeniami i spostrzeżeniami odnośnie wyrobów wędliniarskich. Fajnie się zapowiadało, ale tatuś siedział w aucie i było "co tak długo". No kolejka była, a w kolejce chłopy, to zawsze dłużej schodzi.

A dla poprawy stanu ducha nabyłam taką śliczna kurkę. Która sprezentowałam Magdusi.Też dla poprawy stanu ducha.

Tak, dla jasności, to kurka jest solniczką. Ale nie ma chyba przymusu wykorzystania jej w tym charakterze. Może sobie robić za dekorację, bo dziurki do trzepania ma nienarzucające się na oczy.

Ponieważ i tak najważniejsze zostało pominięte milczeniem, a zrobiło się długawo,to może sympatyczną kurką zakończę. W ogóle, zniechęcenie mnie ogarło, po ostatnich dyskusjach pod spodem....

środa, 2 marca 2016

Dziki lokator

No i, ni stąd ni z owąd  mamy marzec. Niektórzy już od poniedziałku go mieli, bo nie zakonotowali w mózgownicy, że rok podzielny przez 4, więc przestępny, jakby. Ja w zasadzie zaskoczyłam dopiero w niedzielę. I natychmiast porzuciłam wszelkie nadzieje na to, że w tym roku będzie lepiej. Nie będzie. Co gołym okiem widać w naturze np.(M.in, co istotne może najmniej w tej naturze, w sobotę, podczas obchodu ogródka dla oszacowania kurzych zniszczeń, zauważyłam roje komarów. W lutym komary! Tego jeszcze me oczy nie widziały!)
I nie tylko w naturze. Dziś Dziecko dostało pismo od Pana Prezesa (nowo namaszczonego), że dopłaty nie może się spodziewać wcześniej niż po 31 maja. Za to banki czekają na kredytobiorców z ha, agencja płaci odsetki. Rolnik teoretycznie nie traci (praktycznie niektórzy tak, bo tych pieniędzy agencja nie wyda na inną pomoc), banki rosną w siłę , bo ruch w interesie. Już chwilę temu zastanawialiśmy się z Dzieckiem, czy te opóźnienia dopłat nie mają jakiegoś "głębszego" uzasadnienia (głębokość równa głębokości czyjejś kieszeni).
Pogoda też zrobiła się taka więcej marcowa od poniedziałku. Co zresztą przewidywałam. No bo mi Dziecko wywiozło w niedzielę mój cudny klocek do rąbania do sadu i umieściło koło sterty gałęzi, które czekają na siekierę. Siekiera już naostrzona zresztą. I jak ten klocek znalazł się w miejscu przeze mnie zaplanowanym to padać musiało obowiązkowo.
Dziś rano straszyło zimą, a teraz mamy prawie maj.
Pogoda (?) mnie rozwala totalnie i robię, siłą woli, tylko to, co bezwzględnie muszę. Siądźkę już sobie odgniotłam nieco od tego siedzenia plackiem. Żeby totalnie nicnierobiejstwo się nie rozpanoszyło, w poniedziałek upiekłam chlebuś mój "kuciany". Tym razem na serwatce podpuszczkowej, bo w sobotę zdarzyło mi się serek popełnić z zamarzniętego mleka. Nabyłam bowiem jeden świński półdupek, który został rozparcelowany na przyszłe szynki oraz kiełbasy. Część kiełbasiana od razu została zmielona. I wszystko to musiało pójść na razie do zamrożenia, bo jeszcze za wcześnie na wrzucanie w marynaty. Wobec czego musiałam opróżnić częściowo zamrażalnik, usuwając z niego butelki z mlekiem. Serunio wyszedł pyszny. Smakował tym bardziej, że dawno go nie było. Zazdraszam wszystkim tym, którzy mogą sobie żywe mleko kupić.U mnie takiej możliwości na wsi nie ma. Zatem o seruniu trzeba na długi czas zapomnieć.


Na razie jakoś dogadujemy się z piekarnikiem, że mi tego chleba na węgiel nie spali i z zakalcem nie wypuści. Może trochę zbyt "rumiany", ale baardzo jadalny.

Wczoraj mnie poniosło do obórki z musem wewnętrznym zrobienia tam porządku. Mus się wziął nie tylko ze względu, iż mi ta słoma leżąca wszędy na uczucia estetyczne wchodziła. Dodatkowo wyczaiłam, że "coś" korzysta nielegalnie z noclegów u kóz. Jednego dnia odkryłam małe "gniazdeczko", wielkości może dużego grejpfruta, w boksie Andzi. Na następny dzień, głębokie rzucanie okiem znalazło takie gniazdeczko pod żłobem Wandzi. Żadnych innych śladów nie stwierdzono. I nie wiem, co to za stworzenie tak się wysypia tuż obok Andzi zadka. Wolałabym, żeby to było któreś z tych bardziej sympatycznych, łasica np.a nie szare futrzaki. W każdym bądź razie wyniosłam wszystką słomę zalegającą luzem  na skutek akcji destrukcyjnych Wandzi. W ten sposób możliwości "czajenia się po kątach" tajemniczego lokatora zostały troszeczkę ograniczone, a w obórce zapanował w końcu właściwy porządek. Pomijając fakt, że dywaniki mają już na jakieś 30 cm grube i do karmidła stają z tyłkiem wyżej głowy, bo nie dość, że naturalny spadek posadzki, to jeszcze dościelało się głównie tam, gdzie samo spadło, czyli w przeciwnym końcu boksów.

Mimo słoneczności za oknem, sennie jakoś wśród zwierzyny.
Przyzwoite koty, które do późna w noc uskuteczniały tupanie po parkiecie, teraz odsypiają i nabierają sił na następne nocne gonitwy.

Koteczek Areczek zaanektował fotel. Na fotelu najbardziej ohydna fotelowa wyściółka, bo nawet szkoda się wygłupiać z czymś innym - jak nie pazurami załatwią, to kupą kłaków.

Antonina nie musi mieć miękko, byle było ciepło. 

Tylko Klementyna snuje się po domu jak smród po gaciach i we wszystkich możliwych miejscach sprawdza, czy jej tam nie ma. Właśnie sprawdziła w nadstawce, gdzie leżą moje bluzki. Toto białe, co tam za nią widać, zdążyło ją  wyprzedzić w locie, więc lądowała na miękkim. Pozostałe pootwierane szafki, to nie moje niedbalstwo, tylko wynik poszukiwań Klementyny. Czy w tej sytuacji mogę mieć jakiś porządek w szafkach? No, niby na chwilę mogę - jak uda jej się większą ilość rzeczy wyrzucić na podłogę wtedy układam od nowa.

Do kompletu dobrych wiadomości - spłuczka złapała już padakę ostateczną. Kilka razy była wcześniej reanimowana, w dość dużych odstępach czasowych i dawała radę. Dzisiejsza ilość reanimacji przekroczyła wszystkie poprzednie razem wzięte. Gmyram we wnątrzu tego rezerwuaru : idioci zrobili pływak z brzeżkiem, czyli takim jakby zbiorniczkiem na wierzchu.(Po co?) Gdzieśtam-skądśtam na ten pływak kapie. I jak nakapie za dużo to pływak spływa na dół, a woda się leje do zbiornika. Całe szczęście, że jak za dużo, to wylewa się dołem, a nie przez wierzch. Miałam kiedyś takiego akrobatę, co wierzchem wodę wylewał, a że wisiał wysoko to po ścianie, po ścianie. Tam na szczęście do kratki ściekowej spływało, a tutaj nie spłynie, bo kolejny idiota zrobił spadek posadzki w przeciwnym kierunku.

No i wracając z popołudniowego spaceru, tyle co się rozminęłam z panem, który sobie radośnie pomykał na spacerek z olbrzymim czarnym wilczurem. Oczywiście luzem i oczywiście bez kagańca.
Już nawet w pola swobodnie chodzić z psami nie mogę bo mi się w każdej chwili zza brzózek wyłoni przypał z brytanem luzem.

Czy faktycznie świat jest tak gęsto idiotami zaludniony, czy tylko ja mam takiego cholernego pecha?

piątek, 26 lutego 2016

O poranku

Szturchnięcie w ramię. I jeszcze jedno. Co do cholery?! Otwieram oko i wracam do rzeczywistości. Księżniczka mnie szturcha: no, wstawaj, rusz się wreszcie, bo ja też chcę, a przez ciebie nie przelezę (Księżniczka śpi na moim łóżku od ściany). Spuszczam nogi. Pomyka na podłogę. Zegarek -jeszcze chwila. To posiedzę i posłucham. Budzik budzi mnie "Mostem na rzece Kwai". Nie wyłączam od razu, czekam, aż do gwizdu dołączą się trąbki pam-pam-pam. No już. Kapcie, portki. Szybkie ubieranko, bo pieseły chcą wyjść. Słońce świeci, więc tylko kamizelka i czapka. I proszę - "za płotek". O, mrozik był. Jak w nocy zerknęłam przez okno - trawnik w ogródku był białawy, ale pomyślałam, że to może księżyc tak go srebrzy. (Z tego pośpiechu nie nastawiłam kawki. Trudno. Trzeba będzie potem na nią poczekać. Jakbym nastawiła, to kawka by na mnie czekała.)
Księżniczka biega szybciutko z nosem przy ziemi, w te i z powrotem. To znaczy, że będzie coś więcej niż sikanko, tylko musi swoje odbiegać i znaleźć to właściwe ździebełko trawki. Czarna natomiast stanęła na tych swoich długich, jakby sztywnych, patykach i stoi. I podziwia okolicę, zadarłszy łepetynę łapie "górny wiatr". Księżniczka załatwiła sprawy i pędzi do domu. Staje pod uchylonymi drzwiami i czeka, przestępując z łapki na łapkę. Czarna jeszcze się kręci za płotkiem z namysłem. Wołam raz i drugi. Wreszcie przychodzi. Księżniczka rzuca się do niej z warkiem, jakby chciała powiedzieć "co tak długo, przecież micha będzie". I wpada do domu, prosto do michy. Czarna się zastanawia. (Czarna od początku ma problemy żołądkowe. Chyba skutek tej zimowej poniewierki i zjadania wszystkiego, co jedzeniem pachniało. Także folii po pasztetówce. Nie nakarmiona w odpowiednim czasie -wymiotuje żółcią. Jednak po tych strasznych krwotokach, które wydarzyły się parę lat temu, już od dawna nie jest na lekach i jakoś dajemy radę. Pilnuję karmienia, żeby żołądek nie był pusty i "sam się nie zjadał". Ale czasem ma rano "jadłowstręt". Muszę zachęcić wtedy czymś pysznym. Jak przegryzie, to potem  karma wchodzi. Dziś był kawałek pasztecika  upieczonego wczoraj .)
Nastawiam kawkę, sprawdzam kocie miski -jeszcze coś tam jest. Nie dosypuję - jak zjedzą do końca to trzeba będzie umyć. Robię sobie śniadanie: przedwczorajszy chlebek z wczorajszym pasztecikiem. Kromeczki malutkie trzy.
Tymczasem Księżniczka zaczyna się jakoś dziwnie wić pod drzwiami piszcząc przy tym. Nienaturalnie skręcona podnosi się i opada, nie może wstać. Pędzę zobaczyć co się dzieje. Przez głowę przelatują mi błyskawice w rodzaju "paraliż", "przykurcze mięśni", "weterynarz", "starszego budzić". Doleciałam, chcę dotknąć i zobaczyć. Warczy na mnie straszliwie. "Nie ruszaj!" Ale za moment już po problemie - okazało się, że pazur tylnej łapy zaplątał się w brodzie. UFFF!
Na pokojach tupot straszliwy: banda burego urządza gonitwy. Ganiają od kuchni, przez pokój, z odbiciem się od oparcia kanapy i z powrotem. A autystyczna Antonina siedzi na barokowym stołeczku, łapie słoneczko i patrzy z politowaniem. Koniec gonitw. Teraz efekty dźwiękowe zapewniają psy. Wrzask straszny u balkonowego okna, które prowadzi "donikąd", za to jest świetnym punktem obserwacyjnym. Potrafią tak leżeć obie i lampić. Niech no jakiś intruz wtargnie na teren! Od razu wrzask, który pewnie słychać aż na trotuarze. A intruzów ostatnio nie brakuje. Koty poczuły wiosnę i bezwstydnie oddają się amorom na środku trawnika. Co już jest ponad psią wytrzymałość. Żadne przywoływanie do zamknięcia paszczy nie działa. Muszą swoje odjazgotać dopóki "naruszyciel terytorium" nie zdecyduje się zniknąć. Wysiłku ten jazgot pewnie wymaga strasznego - Księżniczka podskakuje przy tym na czterech łapkach, jak na sprężynkach. Więc padły: Czarna na kanapie, leży na boku wyciągnąwszy naprzód patyki, które jej poza kanapę sterczą, a Księżniczka na swoim nowym posłaniu, odwrócona pleckami do reszty świata.
Zaczynam wciągać szelesty na domowe dresiki. Czarna jest już przy mnie i obskakuje. A to oznacza zmianę planów  - najpierw pójdziemy z piesełami na spacera. Wciągam kurtkę - skacze jeszcze wyżej, a potem biegnie zawołać Księżniczkę. Już są obie, wypuszczam na klatkę schodową, zapinam sznurek, idziemy. Sąsiad kręci się obok auteczka i mamroli coś strasznie. Pytam, na co tak pomstuje (tak w ramach utrzymywania stosunków dobrosąsiedzkich pytam). Okazuje się,  że kot podeptał mu autko, mnóstwo błotnistych łapek odbitych, autko białe i jak tu jechać do miasta takim obdeptanym autkiem.No cóż, jak się trafi na kota  - fana motoryzacji, to czasem nawet sąsiadom da się we znaki - poldolot też miał wiecznie czarne stopy na masce, przedniej szybie i na dachu.

Pieseły pomykają, Księżniczka nawet nie protestuje, że sznurek. Robimy poranny obchód i na roli znajdujemy ślady ucztowania rudego - białe piórka. Wszamał kaczkę albo kurę. No to wiadomo za czym chodził sąsiad wczoraj po ulicy.
Już zamróz puścił, trochę wcześniej trzeba było iść, to by się piesy nie uszlajały.  Wracamy. Wycieramy łapki dyżurną ściereczką. Nawet nie bardzo brudne.
Teraz można już do kozów. Tylko wody na dole trzeba nabrać, bo kran polowy odcięty na czas zimy.
Wchodzę i toczę sokolim okiem w poszukiwaniu zniszczeń i destrukcji. Brak. Tylko lizawka znowu wyrzucona z podstawki leży na ściółce u Wandalusi.(Wandal ma  ruję, więc normalne, że łazi po ścianach i wspina się po wszystkim, na co można się wspiąć). Wsadzam kostkę na miejsce i sypię owies. Andzi. Bo Wanda jest tak opanowana przez potrzeby innego rodzaju, że wczorajszego nie zjadła. Podnoszę głowę - stoi i patrzy na mnie z przekrzywioną łepetyną, a z pyska coś wystaje. Ale to nie siano, białe jest! Wandzia ma pełny pychol kłaków Andzi. Andzia odsuwa się od ścianki, żeby jej znów nie skubnęła. Doję Wandę, która przyjmuje przy tym pozycje najdziwniejsze - wygina śmiało ciało i pod koniec prawie dotyka brzuchem ściółki. Siano jest, woda jest. No to by było na tyle. Karesy były w międzyczasie. Jeszcze tylko po wierzbowej gałęzi. Lezę jak durna jakaś, krzaczastym do przodu niosę, zaczepiam o wszystko i wściekam się na własna durnotę. Ustawiam gałęzie w boksach i przypinam łańcuszkami dla utrzymania ich w pionie. Po chwili słychać skrobanie ząbkami i stukanie patyków o ścianki boksów. Nawet owies został na potem. Wielka radość w domu Gucia.
No to do chałupki. Jeszcze tylko kuwety zostały z porannego harmonogramu (plus palenie w piecu, ale dziś zostanie odłożone na potem). Muszę wreszcie nabyć takie wielkie boxy i zastąpić nimi kuwety, bo moje koty tak energicznie utrzymują porządek, że mnóstwo żwirku jest wyrzucane poza kuwetę, dość daleko nawet.Zamykane kuwety, owszem, nawet taka w KRKdarmo stoi i miejsce zajmuje. Ale są małe niestety, może dla Tośki, ale nie dla Areczka.
Starszy wstał, ubrany wyjściowo, informuje mnie, że trzeba coś zrobić z tym kołem od auta, bo tak do miasta jechać nie można. Mówię, żeby wyjechał z garażu, to zrobię, bo nie będę w garażu robić chlewu. Ale nie, bo nieubrany. No to idę zobaczyć, co można. I stwierdzam, że nic nie można. Jedynie karszer może sprawę załatwić. (Starszy w niedzielę wybrał się do kościoła. Nowom autostradom, która została zrobiona do kaplicy pogrzebowej, wybudowanej tuż obok kościoła. Autostrada to jest wąziutki dywanik asfaltowy walnięty na polna drogę.Starszy się zagapił na oziminy i "złapał" brzeg przednim prawym kołem. Koło ulepione błotem niemożebnie, nie wyobrażam sobie, czym mogłabym to skrobać) Lecę do piwnicy po wąż i odkręcam wodę na polowy kran. Podłączam wąż do kranu, próbuje do karszera, ale nie ta końcówka. Wąż był przedłużany i jest końcówka do przedłużki. Lecę po tę przedłużkę, wymieniam końcówki, pilnując by zakręcić solidnie, żeby ciśnienie potem nie wyrwało węża. Wracam. Starszy konsumuje śniadanie, więc przebieram się w stroje "do ludzi". Wciągam szelesty na wyjściowe spodnie, ubieram kurtkę roboczą. Starszy skonsumował, ubrany, idzie wyjeżdżać. Ale przeszkadza mu bardzo worek z ziemią, który jeździ w bagażniku już od tygodnia chyba. Nosz, cholera, jak jeździł tydzień, może i drugi. Worek wazy pięć kilo i całego bagażnika nie zajmuje. Daję wyraz swoim poglądom na worek. Odpalam karszer. No, niestety, karszer ma jakąś padakę, nie robi ciśnienia. Odpinam karszer i zakładam końcówkę. Ale to wymaga dodatkowo szczoty i znajdowania się w pobliżu chlastającego błota. Starszy jeszcze pokazuje, że tu i tu. Dobrze, że nie każe myć i wycierać szyby (umyłam wężem), bo by mi wezbrało nieco bardziej. Umyte. Całe auto. Oczywiście z grubsza. Ja mam spodnie z grubsza całe  w bure kropki i prawy rękaw kurtki mokry do łokcia. Dobrze, że pod spodem sucho. Pakuję jeszcze do bagażnika "teksańską masakrę", którą trzeba zawieźć do serwisu, bo coś jej się zdechło. Widzę, że jednak ten worek wyjął w międzyczasie. Ciekawe, gdzie go schował. Idę się przebrać. A tu Księżniczka pod drzwiami. Potrzeby Księżniczki są zawsze priorytetowe - nie można trzymać starego psa na pęknięciu. Oczywiście, Księżniczka zobaczyła Pana przy autku i leci. W to świeżutkie bajorko, które się narobiło właśnie. Wrzeszczę, żeby zamknął drzwi, bo się będzie chciała wpakować do auta. Zamyka. Wobec czego Księżniczka szybko załatwia tematy, chałupka. Klucz jeden, klucz drugi. Można jechać....
Za chwilę będzie południe...

środa, 24 lutego 2016

Zmagania...

Tiaa... Pogoda walczy ze mną, a ja z sobą.. Te trzy pory roku w jednym dniu rozwalają mnie totalnie, każde zadanie do wykonania wymaga podejmowania ciężkich decyzji typu: "wstać, ubrać się, wyjść, zrobić, co jest do zrobienia". Z myślą w tle, żeby "nierogacizna" znów coś nie nawymyślała i nie było dodatkowej roboty. (A "nierogacizna" wymyśla. Np. rozbiera słomianą ścianę. I jak sobie ściągnie do boksu i rozpirzy całą kostkę słomy, to zostawić jej tak tego nie można. Chwilę postoi w tej słomie po pachy, a potem uklepie i dywanik osiągnie grubość niedopuszczalną. Dobrze, że ścianki działowe między boksami "wyszły", niezamierzenie, dość wysokie, bo czarne wierzchem by przefruwały. No tańczę z widłami i wyciągam, a potem upycham, gdzie się da. Co mnie do stanu niepożądanego doprowadza, bo słomiano mam w obórce wszędy, a porządek tam zawsze był, z korytarzem zamiecionym na cud.)
Najprościej byłoby położyć się i leżeć w celu przeczekania. Tylko, cholera wie, czy da się przeczekać i czy nie trzeba by tak leżeć w nieskończoność. Poza tym leżeć nie lubię. Nawet wieczorną porę kładzenia się do łózka odsuwam, żeby jak najpóźniej, wtedy kiedy już samo chce się do pozycji horyzontalnej.
Więc przeczekuję inaczej. Najlepiej przeczekuje mi się na zewnątrz, czyli na tzw.  "świeżym powietrzu" (które już dawno i o żadnej chyba porze roku, świeże nie jest).
Łażę z psami na siłę. Zmieniam drogi, bo one pewnie (tak samo jak ja) mają dość już tej "naszej", chociaż jest najwygodniejsza i chociaż ciągle coś jest nowego do wywąchania. Ostatnio mnóstwo śmieci w postaci folii i  "reklamówek", które Czarna najpierw traktuje nieufnie, jeżąc grzbiet na widok, a potem je atakuje.Księżniczka tradycyjnie - na sznurku stawia opór. Zawsze idzie tak, że jej część sznurka jest prostopadła do kierunku ruchu. Na szczęście sarny wyniosły się nieco dalej, więc mogę ją spuścić ze sznurka. Byle udało się jakoś dojść do szczytu wzniesienia, które zamyka horyzont. Mam ten horyzont zamknięty w odległości jakiś 200m od domu, na wysokości naszego sadu. Wzniesienie jest nikłe, ale zamyka.  A piernik wie, co tam za tym horyzontem. Czy nie wypuszczę jej prosto w paszczę jakiegoś psa włóczącego się polami. Na szczęście dotąd się udawało, ale że bywają - wiem po śladach "rozgrzebywania" zapachów własnych. Na popołudniowy spacer wyszłyśmy dziś przy słoneczku i prawie błękitnym niebie. Za sadem dopadł nas deszcz ze śniegiem, co w "tamtą" stronę było jeszcze bajka, gorzej z powrotem, bo pod wiatr i trochę tą krupą dawało po oczach. (Swoją drogą, ciekawe, że jak się nosi okulary, to one przed niczym nie chronią, a raczej wręcz przeciwnie. Nie tylko padająca kasza atakuje popod okulary - wielokrotnie udało mi się źdźbło suchego zielska wepchnąć pod powiekę, pakując siano do siatek.Nie mówiąc już o tym, że po takim napełnianiu siatek rzeczywistość jest bardziej szara niż zwykle i jakaś mdła taka.) Czarnej to jakoś wyjątkowo nie przeszkadzało, chociaż ona zmarzluch straszny. Puściłam ją luzem i rozgrzewała się kręcąc szalone kółka. A Księżniczka patrzyła na nią ze zgorszeniem, odsuwając się profilaktycznie, gdy do niej dobiegała, by zaprosić do zabawy.W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do "nierogacizny" nasypać owieska, bo resztę zabezpieczyłam przy rannym obchodzie. I harmonogram byłby prawie z głowy, wyjąwszy nakarmienie futra domowego i kuwety.
Żeby nie umrzeć na siedząco wymyślam zajęcia dodatkowe. Ponieważ Starszemu ugotowałam flaki, to temat obiadowy mam z głowy na dwa dni. Wczoraj, w ramach zajęć dodatkowych nacięłam wierzby dla kóz i była "wielka radość w domu Gucia".
Sobie też sprawiłam małą radochę upiekłszy chlebek. Ten wczorajszy postawiłam na trochę do wyrośnięcia na wierzchu kuchenki, która miała już włączony piekarnik. Poszłam w tym czasie z psami, a jak wróciłam, to już był gotowy do włożenia. Moje ambicje w tym zakresie, oraz wymogi podniebienia zupełnie zaspokaja chlebek "dla pracowitych inaczej". (Wczoraj była improwizacja na temat, zresztą jak zwykle) Ten chlebek jest właśnie dla mnie, ponieważ należę do tych "pracowitych inaczej". Co nie znaczy, że jestem gnojem totalnym, siedzę i patrzę w okno oraz brudem zarastam. Po prostu uważam, że cały sukces nie polega na tym, żeby "się narobić" a na tym, by zrobić tak, żeby się narobić jak najmniej. W tym mnóstwie babskich obowiązków, składających się głównie z "czynności zanikających" i innych zadań, niekoniecznie babskich, które trzeba wykonać, bo nie ma kto, trzeba sobie tak zorganizować to wszystko, żeby na końcu nie paść na ryj. I to musi być taka "organizacja wewnętrzna", wypracowana w sobie. Nie jakieś tam planowanie z ołówkiem i tabelką w ręku, że dzisiaj odkurzę, jutro ze szmatom polatam, a pojutrze z mopem. I se karteczkę na ścianie powieszę, po czym odhaczać będę. No, to jeszcze ołówek do odhaczania by należało przywiesić. Nie powiem, żebym jakoś nie planowała, wtedy kiedy więcej różnych zadań do wykonania i trzeba je umiejętnie w czasie rozłożyć. Ale to tak jakoś "w locie" wychodzi i w głowie się układa. Poza tym, podstawowa zasada lenia jest taka, żeby zrobić maksymalnie porządnie, to co jest do zrobienia. Bo jak się zrobi byle jak, to na pewno za chwilę trzeba będzie wrócić w to samo miejsce i zrobić to samo jeszcze raz. A jest to dla lenia rzecz nieprzyjemna bardzo, bo jest dwa razy tyle roboty do zrobienia. Nie znoszę. Więc robię porządnie. Co wcale nie musi oznaczać, że dłużej, czy że więcej wysiłku wymaga.
Ciśnienie mi się podnosi, jak słucham, jakie to szczęście daje ciężka praca. Moja "Ciota" przy każdej okazji wspomina, szykując sobie pierś do orderów, "ile to się ona gnoju na gnojniku nie narozwalała". Sugerując tym samym, że każdy, kto tego nie robił, nigdy w życiu nie pracował. Jakby życiowym sukcesem było się nazapierdalać do upadłego. Powodem do dumy nie są pęcherze na rękach od grabi, przy przewracaniu siana (raczej świadczą o tym, że się nie potrafi tymi grabiami właściwie pracować. Moja Babcia nigdy nie miała, ja mam zawsze.) Powodem do dumy jest w odpowiednim momencie wykoszone, wysuszone i zwiezione siano. Nie powiem, żebym sama nigdy nie musiała zapierniczać jak dzika.  Na ogół wtedy, kiedy inni byli nie do końca ogarnięci. Do dziś pamiętam tę gorlicką łąkę, na która pojechaliśmy ze Starszym po siano we dwoje. On podjeżdżał i układał (Ja nie umiem układać kostek na przyczepie), a ja podawałam te kostki na długich widłach. Szybko, szybko, bo "się chmara". Komary cięły jak wściekłe, siano sypało się wszędzie gdzie mogło, a kostki były ciężkie jak jasna cholera. (Zwykle, jak mieliśmy załatwiać sprawę we dwoje, Starszy prasował kostki na moje siły. Wtedy miał być jakiś pomocnik do tego ładowania, pci męskiej, więc kostki były "słuszne". Ale temat został jakoś niedograny, facet nie przyszedł, zanosiło się na burzę, więc musiałam ja, bo takie sprasowane siano pozostawione na deszcz jest w zasadzie stracone.) Tak mi ta łąka zbrzydła, że nawet niechętnie tam jadę na rekonesans, choć siana już od dawna na niej nie zbieramy. I zawsze we mnie negatywne uczucia budzi robota robiona głupio, z użyciem głownie mięśni, a bez użycia mózgu.
Mnie także zdarzało się robić głupio. Bywało, że zostawałam sama z całym gospodarstwem, liczną chudobą, która trzeba było nakarmić, obrządzić, wydoić. Oraz z pracą zawodową i dwójką małych dziecek. Wtedy odpuszczałam rozumowi i stawiałam na mięśnie - zamiast latać dziesięć razy z wiaderkiem buraków (wiadomo - wejdą trzy) nosiłam je koszem "dwuusznym", bo szybciej. Musiało być szybciej, ale musiało być tez "porządnie". Bo jak nie uprzątnę u krów dzisiaj "porządnie", to jutro będę musiała użyć szczotki i zgrzebła, żeby je doprowadzić do "stanu". No to działałam. Dla mojego lenia. I dla siebie, bo siadanie pod osraną krowę i dotykanie jej czołem przy dojeniu to przyjemność średnia. Tylko nie wiem, czy te dziesiątki koszy z burakami, albo prosiaki wykradane spod maciory, co który "wyskoczył", w obawie, że przygniecie go tym swoim wielkim różowym cielskiem, w strachu przed zwierzakiem, który w bólach porodowych niezbyt łagodny był, stawiałabym za swój największy sukces i powód do dumy. Raczej porażka niejaka, że nie potrafiłam zapanować nad amokiem.
W kontekście tych zmagań z wiejską rzeczywistością, z przyjemnością wielką czytam bloga Jill z Wyoming. Która wspólnie z mężem ogarnia farmę ze zwierzakami różnorodnymi (bydło, w tym mleczne, kozy, konie, drób), warzywnik, sad, domowe przetwórstwo i gromadzenie zimowych zapasów. Do tego właśnie urodziła kolejne dziecko, pisze bloga, niejako "szkoleniowego", na którym zarabia, robi piękne zdjęcia  oraz czerpie dochody z farmy. A przy tym nie wygląda jak zużyty mop. Ja się już wiele od niej nie nauczę, bo na tym etapie mi niepotrzebne. Czasem przepis najwyżej, jakiś kuchenny, wykorzystam. Ale przyjemnie się czyta, że ktoś tak sensownie ogarnia rzeczywistość, nie uskuteczniając sztuki dla sztuki, lecz działając celowo i z zamysłem. I trochę jej zazdroszczę, bo ja tak pewnie nie umiałam wszystkiego ładnie połączyć. Podobnym przykładem sensu i celowości jest pewna zagroda na Podlasiu. Chapeau bas!
O przykładach bezcelowości, miotaniu się i dreptaniu w kółko mówić nie będę.Oraz o próbach ucieczki przed własnymi demonami. Przed demonami uciec się nie da, trzeba je oswoić i obłaskawić. Wszelkie próby ucieczki kończą się źle....

Właśnie wyprowadziłam pieseły na przedostanie wieczorowe sikanko. I donoszę, że łysy wisi mi nad stodołą, nieco tylko z jednej strony schudnięty i lampi centralnie w drzwi. Oraz gwiazdy tu i ówdzie. W/g wróżb meteo miało zarzucać, częściowo mrożonymi, żabami. Ciekawe wobec tego, jaki będzie ciąg dalszy tych "wróżb", bo wypadałoby wreszcie do miasteczka się wybrać, co odkładam z dnia na dzień powodowana pogodowym niechciejstwem. Ale terminy wiszą nad głową. I w końcu wyjdzie na to, że żaby czy nie, a pojechać będzie trzeba. Gorzej, jak fanaberie pogodowe uziemią Starszego i pozostanie wieśbus, jako środek komunikacji.