Deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy niezmienny
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno.
Jęk szklanny, płacz szklanny
A szyby w dżdżu mokną...
Tak, że tak. No, jest brrrr...
Około pierwszej w nocy tak zaczął w te szyby. Potem poszłam spać. Zbudziłam się jakoś przed dniem jeszcze, ale niedużo, bo już latarnie świeciły (włączają o piątej chyba). Polazłam do kuchni i zerkłam przez okno na podwórze. A tam, w świetle tych latarni - biało. Pomyślałam - mokro po deszczu i światło latarni się w tym mokrym odbija. Ale jak zerknęłam nieco wyżej, na dach stodoły, to już wiedziałam, że światło to się może i odbija, ale nie w mokrym, tylko w ŚNIEGU!
Więc zwątpiłam totalnie i poszłam spać na drugi bok.
Potem się obudziłam już na dobre, przed dziewiątą (w zasadzie obudził mnie pan weterynarz z informacją, że już mają zamówiony przeze mnie KalmAid dla Areczka)
Zwątpiłam po raz drugi i powzięłam stanowczą decyzję, że nie ma siły ludzkiej ani boskiej, która by mnie wywiodła na szkolne uroczystości związane z Patronem, na które miałam zaproszenie, jako emerytka. Nie miałam ochoty iść, siedzieć i tracić czas na występach, których się naoglądałam do wypęku przez te 35lat (oraz sama naprzygotowywałam) Oraz potem iść na obiad, którego i tak nie zjem (a jak zjem, to mi zaszkodzi) oraz tłumaczyć się, dlaczego nie jem. Bez sensu robić coś, na co się nie ma ochoty. Żeby jeszcze byłą jakaś racja wyższa...Ale nie znalazłam takiej. Na emeryturze powinno się robić to, na co się ma ochotę. A jeżeli nie można sobie na taki luksusu pozwolić, to przynajmniej nie robić tego, czego się robić nie musi. O!
Zerknęłam ponownie na to białe za oknem i się ucieszyłam, że mnie tak pogoniło w sobotę z robieniem porządków na grządkach i koło domu.
Przez 2 dni były już nocne przymrozki. Z piątku na sobotę nawet dość solidny, bo krzaki pomidorów pomarzły, takoż owoce na tych krzakach i papryka. Natomiast buraczki siane w sierpniu miały gdzieś przymrozki, podobnie nagietki, brukselka i resztki boćwiny.
Trzeba było te zmarzluchy usunąć, pozbierać kołki i ogólnie uprzątnąć, co tam jeszcze zostało. A został jeszcze jeden krzaczek cukini, z małymi owockami, na które się czaiłam, a które się po tym mrozie zrobiły
przezroczyste
. Wyrzuciłam dobre dwadzieścia kilo niedojrzałych pomidorów. Pierwszy raz mi się tak zdarzyło. Nawet mi bardzo nie było szkoda. Bardziej wqrzona byłam, że tyle zachodu się zmarnowało.
Dziecko przyjechało żabą terenową i zwieźliśmy od razu pomidorowe kołki. Potem zrobiliśmy nieco porządku koło domu. Przy czym podejrzane mi się wydało zaangażowanie Dziecka w te porządki. Wydedukowałam z tego, że Dziecko będzie miało gościa innego niż ci od grzebania przy sprzęgle w motorze czy regulowania gaźnika.
Wydedukowawszy owo pognałam do chałupy, coby ogarnąć nieco gruntowniej niż przy zwykłych sobotnich porządkach.
W zasadzie powinnam się wqrwić, że się słowem nie zająknęło wcześniej, choć wypadało by. Nie zająknęłoby się pewnie i później, gdybym się nie zapytała "To o której ta dziewczyna przyjeżdża?"
Moje Dziecko jest bardzo nieskore do zwierzeń. Wyciągnąć od niego jakieś informacje - masakara. Na pytania odpowiada krócej niż węzłowato. I trzeba się pilnować, żeby nie przeholować, bo warknie "Co to, śledztwo prowadzisz" i koniec dyskusji. Więc się na ogół nie wypytuję. Czekam, aż sam coś powie. Zwykle niewiele. Ale tak :pytanko tu, pytanko tam - i czegoś się dowiem. No i staram się nie oceniać, bo wiem, że to i tak nic nie da. Najwyżej tyle, że następnym razem nic nie powie. Faceci są inni inaczej i trzeba się z tym pogodzić.
Z plusów dodatnich jest jeszcze ten, że Dziecko Miastowe wreszcie ma wysprzątany balkon, zainstalowane kolce na balkonie i parapecie i baj-baj gołąbki. Wszystko dzięki sąsiadom z dołu. Małżonki owych sąsiadów początkowo napadały Dziecko M. pojedynczo, opyskowując je za srające z balkonu gołębie. Po czym, po którymś pojedynczym opyskowaniu, gdy Dziecko odpysknłęo, że nie stać jej na firmę od balkonów, napadły ją we dwie i zaproponowały, że w takim razie one w sobotę przyślą swoich mężów, żeby dali ostateczny odpór gołębiom. Panowie, zanim się zjawili, zaliczyli jeszcze jakiś market, w którym była akurat promocja na kolce. Kolce zakupili, wraz z elementami do montażu. Pomogli ciężkie rzeczy z balkonu wynieść. Oraz gówno, spakowane w podwójne worki. Zamontowali kolce i zadowoleni się oddalili. A gołąbki przeniosły się nieco wyżej, czyli na rynnę dachową tuż nad loggią dzieckową. I nadal będą obsrywać wejście do klatki. Wypadałoby zadzwonić do ZSM i poinformować ich, że gołębie gnieżdżą się na rynnie i że teraz to chyba spółdzielnia będzie ponosić koszty, jak nasrają komuś na płaszcz, czy kapelusz (wcześniej pani ze spółdzielni powiedziała mi, że ja, jak z mojego balkonu).
Kolejny plus dodatni jest taki, że się zawzięłam i wykonałam szelki dla Czarnej
Taśma głównie z upcyklingu, jeden kawałek był nowy, ale swoje już odczekał w szufladzie. Szmatka w kratkę i czerwony filc z zasobów szafy. Kupiłam jedynie kółka i D-Ring oraz klamrę zatrzaskową.
Muszę zrobić jeszcze drobną poprawkę i skrócić nieco pasek "podbrzuszny" Wtedy ta "obręcz barkowa" ułoży się trochę lepiej. W zasadzie mogłaby chyba mieć mniejszy obwód. Ale inaczej wychodziło w trakcie przymierzania, a inaczej wyszło w efekcie końcowym.
Przy szyciu tych szelek jakieś złe we mnie wstąpiło i podpowiedziało, żeby stebnowac czerwonym. Czerwone stebnówki na czarnym byłyby całkiem super, gdyby udało się je starannie wykonać. Niestety maszyna pod tytułem sfrancuziały gebels czyli Singer Madam' ma idiotyczne stopki. Nie ma normalnej półstopki, jak poczciwy łucznik, tylko jakiś wynalazek, który jest półstopką do szycia z prawej oraz z lewej (po przełożeniu). Ma część mocująca szeroką jak normalna stopka i ciężko było przy tych kółkach i półkółkach się przecisnąć. Mimo najszczerszych chęci i stosowania najmocniejszych wyrazów, szwy wyszły, jak wyszły. No to cza było zamalować. Co się udało. Mniej więcej.
(Półstopka do szycia albo z lewej albo z prawej jest dla mnie takim samym wynalazkiem, jak Einsteina dziury w drzwiach: osobna dla kotki, osobna dla kociąt.Singer jest poza tym maszyną dla trójręcznych: żeby szyć na niej ""do tyłu" trzeba jedną ręką cały czas trzymać wajchę od tego wstecznego szycia. A ja lubię mieć prawą rękę na kółku podczas "startu", lewą natomiast prowadzę tkaninę. W Łuczniku jest suwak do tego, który się przestawia, a potem się szyje. Łucznik to jest na prawdę dobra maszyna. Na lata całe. A stary Łucznik to w dodatku dzieło sztuki. Jest piękny! )
Pieseły dostały też nowy sznurek. 8m linki z marketu na B (w który nie cierpię kupować, ale te linki są tylko u nich). Po 79gr za metr. Karabinki przełożyłam z poprzedniej bo jeszcze żyją i maja się dobrze.
Przy zakupie ogarła mnie pomroczność jasna i nabyłam linkę grubszą niż poprzednia, choć ta poprzednia też tam sobie wisiała na szpuli powyżej, ale jakaś cienka mi się wydawała. Ta jest sztywniejsza, ale chyba szybko jej ta sztywność przejdzie. Dodam, że jest to jedyna linka do wyprowadzania psów, do której mam pełne zaufanie. Oczywiście, po pewnym czasie użytkowania bywa, że linka strzela w miejscu za ostatnim supłem przed rozdwójką. Ale to po pewnym czasie i musi być kot na horyzoncie. Pies w ten sposób uwolniony (Czarna zwykle) nie zdaje sobie sprawy z owej wolności posiadania i nie oddala się w niewiadomym kierunku. Tak, że spoko. I tak nie ma takiej linki, która po rocznym szuraniu w śniegu, deszczu i błocie wytrzymałaby kombinację Czarnej i kota. W dodatku każda inna wychodzi zdecydowanie drożej.
No i stuningowałam kuchenny regalik podręczny, który zaczynał już wołać o pomstę do nieba. Po zakupieniu w Majstrze w stanie surowym i gotowym do skręcenia, został pomalowany lakierem akrylowym. Lakier akrylowy służy do malowania - nie wiem czego w sumie. Może jakiś ozdóbek, które rzadko bierze się w ręce i trzyma w zamknięciu, żeby kurz na nie nie siadał. Na pewno nie do pomalowania regalika po którym łażą koty, z którego koty wskakują na lodówkę i na który odstawia się różne rzeczy, niekoniecznie całkiem suche, zanim pójdą na swoje miejsce. Dziecko rzekło "Lakierobejca" . No to wzięłam się za malowanie lakierobejcą. Nie lubię, nie popieram i więcej z nią kontaktu bliskiego, poprzez pędzel czy wałeczek, mieć nie chcę nawet jak to będzie Vidaron.
Wyszło tak:
Na wierzchu wiklinowy stary koszyczek po tuningu akryluksem biel z kremowo-beżowym.
U spodu miska w łapki, dołączona gratis do karmy, która się na papu nie nadaje, bo pozostaje papu w kątach i pies się stresuje. No to jest na wodę.
Następna w kolejności jest kamizelka. Etap przygotowawczy już za nami. Zrobiłam wykrój i zgromadziłam w jednym miejscu substraty. Teraz tylko wysłać chłopów na Księżyc, żebym nie musiała gotować im obiadu i siadać do szycia. Bo najlepiej mi wychodzi szycie za jednym podejściem. Ewentualnie za dwoma, gdzie krojenie jest pierwszym. Ale tu tak szybko nie będzie, bo nie obejdzie się bez cudowania w postaci fastrygowania. To nie worek na zakupy, który spina się szpilkami i jazda.
Było w międzyczasie jeszcze trochę plusów ujemnych, które pomińmy. Poza tym, że Starszy znalazł się na parę dni w szpitalu. Porobili mu tam badań mnóstwo i wyszedł bardziej chory niż poszedł. W senie takim, że na karcie wypisowej ma przypadłości stwierdzone, których dotąd mu nikt nie napisał. Dostał także skierowanie (wreszcie) do ortopedy i będzie sobie mógł prześwietlić staw biodrowy, żeby mieć pewność czy jego dolegliwości od tego stawu, czy od kręgosłupa.
O moim kręgosłupie nie wspominam, bo po sobotniej gimnastyce lepiej zmilczeć.
Do wiosny!
PS. Zacytowany na początku kawałek wiersza utkwił mi w głowie jeszcze z czasów licealnych. Bywało, że uczestniczyłam wtedy w konkursach recytatorskich. Czasem jakaś taka głupota mnie nachodziła i się uczyłam wiersza na pamięć, ot tak sobie.Wybierałam albo ze względu na treść-temat, albo ze względu na to, jak "brzmiał" wiersz. A w tym zafascynował mnie rytm i to szeleszczenie. Przez ten rytm i rymy jest on takim wrednym samograjem, przy którym trzeba si,ę trochę natrudzić, żeby nie wyszła katarynka. Poza tym głowę bym dała, że w wersji z którą miałam wtedy do czynienia było "szklanny", które mi się bardzo podobało, bo było takie nie-zwykłe. Dzisiaj znalazłam całość i tam jest po prostu "szklany".
Tak mi jakoś przyszło do głowy, że do Reni zdjęć z dzisiejszego poranka pasowałby ten fragment:
"Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia..."
Może nie aż tak tragicznie, ale jednak coś w tym jest..
( Reni zdjęcia przedstawiają jej ogród i ukochane, od lat hodowane, rośliny śródziemnomorskie- granaty, figi, cytryny, oleandry - kwitnące i owocujące, przywalone śniego-deszczem)