niedziela, 28 stycznia 2018

wspominki takie tam i refleksje zjadacza

Pewnego razu Dziecko zadzwoniło: "Czy coś trzeba kupić do lodówki, bo w oszą jestem?" Ponieważ mnie wzięło z zaskoczenia (listy braków lodówkowych nie noszę pod berecikiem, a musiała być odpowiedź na już, bo Dziecko się spieszy ciągle), więc zapodałam, że chleb na pewno. "A coś słodkiego?" -"No to kup coś słodkiego, co uznasz za stosowne"
No i Dziecko przywiozło kilogramowa paczkę markizów potrójnych od Dr. Gerarda (które są wg mnie jednym z najgorszych wyrobów tej firmy, ale Dziecko uwielbia wszystko co chemiczne - im bardziej chemiczne tym lepiej)
Ale oprócz tego przywiozło śliwki nałęczowskie. I te śliwki właśnie mnie tak cofnęły w czasie. Bo one są od lat sześćdziesiątych ub. wieku wciąż takie same (dokładnie: prawie takie same, ale bardzo prawie). Nawet mają taki sam papierek. No, może dawniej miały pod nim jeszcze sreberko.
To teraz wspominkowo, a potem jeszcze wrócę do śliwek:
"Dawno, dawno temu, gdy obecna tu geriatria była jeszcze piękna i młoda (bo dziś już tylko piękna) w pięknym miasteczku nad Sanem (które w owym czasie było prężne, z perspektywami i dumą nas napawało) był na rogu dawnej 6 Marca i  placu Pokoju kioseczek ze słodyczami. Nie całkiem typowy kioseczek, bo nie była to lużno stojąca budka, jak ówczesne "Ruchy" albo aktualne hotdogownie np. Kioseczkiem był z tego powodu, iż się do niego nie wchodziło, a zakupów dokonywało przez okienko. W zasadzie -  okno dość duże.


Kioseczek zaznaczony strzałką. Istnieje nadal, choć już nie jest kioseczkiem, tylko regularnym sklepem, sprzedającym zdaje się buty. Zdjęcie nie moje, a pokazuje, że miasteczko zdaje się być zapomniane przez świat i ludzi, bo nawet zdjęcia ze Street View w P. sa bardziej aktualne. A to pochodzi sprzed jakiś 5 lat, gdy na placu Św. Michała odbywały się wykopki

 W oknie tym królował, w białym kitlu, jak mistrz kuchni u Wierzynka, pan Popko. Zawartość jego sklepiku zapewne tak na niego oddziaływała, że oblicze pana Popka zawsze jaśniało uśmiechem, nawet "gupie gadki" pomiędzy "starszym" panem a licealną gówniarzerią uchodziły. (Ach, dodam jeszcze, że pan Popko był szczupły, zapewne potrafił zachować właściwy dystans do otaczających go słodkości) W sklepiku pana Popka istniały wszelkie słodycze, jakie można było sobie wyobrazić (może wyobraźnia marna była?), ale począwszy od zwykłego bloku na wagę, poprzez chałwę, po rózne czekoladki i czekolady. W okresie okołoświątecznym pan Popko w prawej bocznej witrynie (sklepik miał 3 witryny, środkowa służyła za okienko sprzedażowe) ustawiał diabła. Był to diabeł, który miał wszystkie diabły pod sobą - nie jakiś straszno-śmieszny pokurcz, lecz diabeł majestatyczny, wyprostowany, dumnie dzierżący w dłoni trójzębne widły. Miał minimum pół metra wzrostu, wykonany był z czegoś czarnego (zakładam,że mogło to nawet być pomalowane drewno). Miał kozie nóżki z rapetkami, pociągłą twarz z kozią bródką i niewielkie rogi. Ubrany był w ogniście czerwoną pelerynę z materiału. I świecił czerwonymi ślepskami. Autentycznie świecił, miał tam zamontowane, za czerwoną źrenicą, jakieś żarówki.(Przekopałam zasoby sieci wszerz i wzdłuż i żadnej, podobnej choćby, figurki diabeła nie znalazłam, co dodatkowo świadczy, że był on jedyny w swoim rodzaju) Lataliśmy zaglądać (sklepik pana Popka był tylko o małą przecznicę od naszej szkoły), czy pan Popko już diabła postawił, czy jeszcze nie. Pewnego razu, z moi m wiernym kolegą Bułą wpadliśmy na pomysł kupienia diabła na deka. Na pytanie: "Ile za 10dag diabła?", pan Popko nie wyciągnął rózgi by nas pogonić, lecz odrzekł spokojnie, że diabeł będzie w sprzedaży dopiero po świętach.
W którejś klasie liceum, (najdalej w drugiej, bo potem polonista się zmienił) nasz wspaniały dyro zarządził, że w ramach pracy domowej mamy przeprowadzić wywiad z jakąś, znaną szerzej osobą. Należało się dobrać w pary, wymyślić interlokutora, następnie  zaatakować go gradem (mądrych) pytań, a potem plon przynieść do klasy. Przypadła mi do pary Eliza (nie wiem czemu nie "Zocha," z która całe liceum siedziałam w ławce) i wymyśliłyśmy, że zaatakujemy pana Popka. Umówiłyśmy się wstępnie "od okienka", a potem zostałyśmy wprowadzane na zaplecze (aż dziw, że jakieś tam zaplecze istniało, bo drzwi do tego przybytku nigdy nie były oczywiste i niektórzy zapewne przekonani byli, że pan Popko to tym okienkiem wchodzi do środka) I nagle, ach! znalazłyśmy się prawie, że w jaskini Ali Baby, pełnej słodkich skarbów. Pamiętam, że półmrok tam panował, jak w prawdziwej jaskini, na czymś tam zostałyśmy usadzone, zadałyśmy wszystkie nasze mądre pytania. A potem! Pan Popko poczęstował nas właśnie śliwka nałęczowska!  Zostawiłyśmy te śliwki oczywiście na potem, żeby nie mamlać z ustami pełnymi słodkości. Nie pamiętam, jak ten nasz wywiad został przyjęty. Nieważne. Ważne, że byłyśmy w samym "Sezamie", gdzie chyba niewielu przed nami i niewielu po nas dostąpiło wejścia.
Pan Popko ciągle czymś zaskakiwał. Później już, w studenckich czasach, gdy to i owo nie było w oczywisty sposób dostępne, natrafiłyśmy z Gochą na chałwę "ruską", albo nawet turecką, w puszkach, u pana Popki. Pan zapytał : "Zapakować" - "Nie poturlamy sobie". I turlałyśmy tę puszkę aż do Okopiska. Później musiała zostać przejęta, bo po pochyłości mogłaby wymsknąć się spod kontroli.


W tamtych czasach nie byliśmy tak wielkimi przyjaciółmi wuja Sama, albo ewentualnie wuj Sam nie był naszym. Nie mógł więc nas uszczęśliwiać tym wszystkim, czego ma w nadmiernym nadmiarze, lub  mu się poniewiera po kątach w charakterze złomu, ( Między innymi cudownym, wspaniałym syropem m@nsanto, czy zdezelowanymi myśliwcami) a co my radośnie, z otwartymi rąsiami przyjmujemy (za ciężkie, oczywiście nasze, pieniądze). Wciąż z tym samym zachłystem "zachodem", jak byśmy wciąż byli siódmym dzieckiem stróża pijaka. I nie mieli nic własnego i fajnego, z czego moglibyśmy być dumni. A mamy. No w zasadzie mieliśmy jeszcze chwilę temu. Bo w wielu branżach, w szczególności tej słodyczowej, wszystko co było fajne, zostało "przejęte". Tylko marka pozostała podstępnie zachowana, a firma produkująca zawartość wciąż takiego samego papierka jest już nie wiadomo jaka - globalna zapewne. I zapewne powiązana z gigantem m@nsanto. Papierki zostawili, bo klient, przywiązany do marki, kupi po papierku i zapewne nawet nie będzie czytał, co na tym papierku napisane. I tak jak śliwka ma wciąż ten sam papierek, tak samo papierek został np. na czekoladce " Danusia", na czekoladzie "Jedyna", na cukierkach mieszanki wedlowskiej. Danusi i Jedynej nie testowałam od dawna, ale mieszanka wedlowska, która kiedyś była słodyczą ekskluzywną, zjadaną z zachwytem, teraz jest ohydnym świństwem, którego zjedzenie wymaga wielkiej desperacji. Ze śliwką nałęczowską stało się trochę podobnie - papierek wciąż ten sam, ale w środku obowiązkowo syrop m@nsanto i to zapewne w dwóch rolach -jako składnik nadzienia i jako środek do kandyzowania śliwki. Tak więc  mamy śliwkę kukurydzianą....


Tak dla przypomnienia...

Ja się już  nacięłam na przywiązaniu do marki i teraz czytam za każdym razem, kupując nawet ten sam, od dawna znany produkt. (Taki gupi chrzan np. Ostatecznie mogłabym ukopać i zemleć. Ale jakoś masochizm mi się aż do tego stopnia nie rozwinął, więc kupuję gotowy. Nauczyłam się, że polonez jest najbardziej OK, bo  ma największą zawartość chrzanu w chrzanie i brak wynalazków, w postaci np. gumy jakiejśtam, która ponoć szkodliwa nie jest, ale ja chcę chrzan, po co mi guma! No i się zdziwiłam, gdy przypadkiem przeczytałam etykietę kolejnego zakupionego słoika. I rozpoczęłam poszukiwania od nowa. Wszystko wskazuje na to, że jednak będę kopać. Podobno zamrożony miele się bezboleśnie)

Młódź się podśmiechuje z geriatrii, że ta jojczy, bo "dawniej to wszystko było lepsze". I  geriatrii się tak tylko wydaje: wszystko co z dzieciństwem, młodością związane, wydaje się lepsze, bo sama ta młodość była lepsza niż geriatria.A guzik prawda, moi młodzi. W tamtych czasach, czasach młodości geriatrii, kiełbasa była wyłącznie z mięsa, różnej jakości, ale wciąż z mięsa. Parówki były fuj, bo podobno wymiona do nich wkręcali, ale wymię to wciąż jeszcze krowa, a nie hydrolizat białka i kolagen (z paznokci?) Dżem miał na etykietce na pierwszym miejscu owoce, a woda w składzie nie występowała wcale, zresztą etykieta była krótka -owoce, cukier. Nawet taka marmolada buraczana ("Tylko nie kupuj mi marmolady buraczanej", mówiła Mama wysyłając mnie po zakupy, gdy już wszystkie gary domowych marmolad zostały opróżnione.) składała się jedynie z naturalnych produktów, a jej jedynym felerem było to, że oprócz owoców zawierała też buraki, które nadawały jej pięknego koloru. Teraz wszystkie słodycze, nawet już niektóre czekolady, o ciasteczkach nie mówiąc, zawierają syrop m@nsanto. Także wszystkie napoje, których etykieta nie zawiera słowa "sok"oraz większość dżemów, a także innych przetworów, po których byśmy się tego nie spodziewali. Poza tym są mało jadalne: dostałam od Córusi pudełko ciasteczek na Święta. Kupione raczej, jak sama powiedziała, dla pudełka niż dla zawartości. I ono sobie stoi to pudełko, zawartości niewiele ubyło. Któregoś wieczora napadła na mnie potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego. Ponieważ istniały tylko te Dzieckowe markizy, których nie tknęłabym nawet gdyby mi spadek poziomu cukru groził śpiączką, sięgnęłam po ciasteczko z owego pudełka. I natychmiast tego pożałowałam. Tak więc ciasteczka służą do zaspokajania psiego sępactwa, gdy jem coś, czym się podzielić z nimi nie sposób - i to jednorazowo jedno ciasteczko tylko, żeby psom nie zaszkodziło.
Wobec powyższego idę upiec jakieś ciasto, zanim zacznę przeszukiwać zakamarki za bardziej jadalną słodkością.

Na blogu pani Coca Cola ElDżej wyczytałam, że należy wystrzegać się oleju rzepakowego, bo zawiera ślady m@nsanto i w to w dwóch postaciach - jako GMO i jako glifosat. I tu byłabym skłonna się z nią częściowo zgodzić, o tyle, że rzepak pochodzący z rodzimych upraw nie może być GMO (Natomiast ten zakupiony od wuja Sama owszem i wyłącznie.), ale coraz częściej jest desykowany przed zbiorem. Nie zgodzę się natomiast, co do tego, że należy zastępować go oliwą, ponieważ handel oliwą jest ostatnimi czasy źródłem potężnych i bezpieczniejszych niż narkotyki dochodów mafii. No, chyba, że mamy dostęp do oliwy prosto z Prowansji np. Zachwalany mocno na wszystko olej kokosowy tak się ostatnimi czasy rozpanoszył na półkach sklepowych, że to się podejrzane wydaje - taki olbrzymi wzrost uprawy palmy kokosowej?
No to chyba najbezpieczniej jednak smalczyk (choć też nie do końca, ale zawsze)

wtorek, 23 stycznia 2018

jestem-jestem

Wybaczcie, ale tak jakoś się w sobie zebrać nie mogę, żeby coś tu naskrobać. Lenistwo umysłowe, niechciejstwo, syndrom "czystych okien w akademiku", albo coś tam jeszcze.
Ogólnie - czarna dziura. Która mnie wessała ostatnio jakby głębiej, gdy się okazało, że mój wewnętrzny granacik jest troszkę bardziej odbezpieczony. W związku z czym może zrobić bum w każdej chwili i będzie pozamiatane. No, nic. Na razie, dzięki temu, że ostatnią maupą nie byłam i nie za bardzo się nad dziećmi znęcałam, udało mi się zapisać do doktorów już na luty br, a nie za rok. Co jest optymistyczne. A ciąg dalszy wyjdzie w praniu. Przy czym nie bardzo liczę na jakiś sensowny bieg przy udziale nfz, więc pewnie będę musiała poszukać innej ścieżki.

A skoro nie piszę, to coś innego zapewne robię z czasem. No, robię. Ponieważ żadna twórczość mnie nie napada, więc czytam, co mogę, a czasem oglądam, co mogę. Z tego czytania różności wynikają ponieważ ludziska, nawet w wydawanych pięknie dziełach, bzdury wypisują -  czasem się robi takie super "WOW" z czegoś, co dla mnie jest zwykłe i oczywiste. Ostatnio takie "ciekawostki historyczne" poczytywałam, z czego wyszły ciekawostki praktyczne. Mianowicie przypomniał mi się "plastik", którego dawno nie robiłam, bo moje podroby jakoś się buntowały na takie jadło. Ale wczoraj zaczęłam się ślinić, na samo wspomnienie, więc kazałam Starszemu zaprzęgać i odwiedziliśmy miejscowy smarket, między innymi celem nabycia "mięsa ze słonia" (z konia jest konina, z wołu - wołowina, to znaczy, że słonina jest ze słonia). Część została przeznaczona dla sikorek, a reszta poszła w gar na smalczyk. (Topiąc słoninę na smalczyk należy koniecznie dać najpierw na spód garnka odrobinę wody. W przeciwnym wypadku cały czas się lepi do dna i trzeba uważać, żeby się nie przysmażyło za mocno. Nawet na najmniejszym ogniu niestety tak ma.) Potem do tego smalczyku wrzącego wrzucamy pokrojoną cebulkę, jak się zeszkli dorzucamy starte jabłko, a na koniec sól, pieprz i sporo majeranku, który naszym podrobom pomoże przetrwać  ekscesy kulinarne.
Następnie napadł na mnie  chleb ziemniaczany. Ponieważ prosty jakiś był bardzo, a mi się poniewierało dość dużo ziemniaków, pozostałych z obiadu, więc postanowiłam zrobić. (A co tam, ziemniaki i tak by trzeba wyrzucić, choć ostatecznie kozy by je zjadły). No to zrobiłam:

"Swojskie jadło" się zrobiło, bo i smalczyk self made i kozowy twarożek

Już nawet spróbowałam. Upiekł się dobrze, choć obawy miałam w stronę zakalca, ponieważ dałam więcej wody do ciasta, niż przewidywał przepis. I jest bardziej jadalny, niż to co w moim smarkecie oferują. Jakby ktoś chciał spróbować, to  przepis wzięłam  STĄD
Ogólnie rzecz biorąc, mimo piekarni w każdej dziurze większej i mniejszej, chleb to jest w tej chwili porażka. Nawet nie wiem, czy ludzie, którzy go pieką są faktycznie piekarzami, czy to ludzie z łapanki, którzy żadną pracą się nie hańbią, o żadnej nie maja bladego pojęcia i każdą potrafią tak samo spieprzyć. Ostatnio, po takim jednym, z piekarni dość zaufanej, rozbolał mnie żołądek.  Zatem w trosce o własne podroby muszę przestać się lenić i powrócić do pieczenia chleba. Zwłaszcza, że warunki powróciły.
Tymczasem, w trosce o te podroby zrobiłam kimczi. Zabierałam się do niego, jak pies do jeża, bo nigdy wcześniej nie próbowałam i "a nuż to będzie świństwo i szkoda roboty". Tymczasem kozy kończyły zjadać pekińską kapustę, którą Dziecko mi przywiozło kiedyś w hurtowych ilościach od kolegi i wypadało się wreszcie zdecydować. Zatem odjęłam im od pysków ostatnią główkę i zrobiłam. Dlaczego akurat kimczi, skoro kiszona narodowa kapusta jest powszechnie dostępna, a nawet w spiżarce się znajduje?
Po pierwsze ta ze sklepu nie wiadomo, czy kiszona, czy kwaszona, a to robi ogromna różnicę. A moja własna jest pyszna oczywiście, ale niestety - tylko pyszna. Albowiem jest w tych słoikach pasteryzowana, więc większość jej walorów zdrowotnych uleciała wraz z temperaturą. Natomiast kimczi robione na bieżąco zawiera witaminy i bakterie kwasu mlekowego, które nie tylko podnoszą odporność, ale bardzo służą naszym podrobom. Postawione w ciepłym miejscu kiśnie błyskawicznie i już po dwóch dniach jest jadalne. Po czym trzeba je przełożyć do zamykanego słoja i wstawić do lodówki. Dlaczego do zamykanego? Z powodu iż zapach kiszonki opanowałby całą zawartość lodówki. Osobiście mogę zjeść twaróg w towarzystwie kimczi, ale sam twaróg o zapachu kimczi chyba by mi  nie odpowiadał. Mąkę ryżową, która jest potrzebna do jego wykonania można dostać nawet w moim wiejskim smarkecie, więc ną problem. Nie gustuję w  tłuczonych żarówkach i kruszonych żyletkach, zatem z podanej w przepisie ostrej papryki rezygnuję a czili dodaję tylko odrobinę, ze względu na zdrowotne walory.
Wykonałam tak jak TU. Pierwszy raz dokładnie prawie (ograniczając ostrość). Po czym się okazało, że kapusta pekińska pokrojona w podłużne słupki robi się łykowata (na co już się raz nadziałam, robiąc z niej gołąbki), natomiast marchewka pokrojona ręcznie w julienne, po ukiszeniu jest jak bambus. Zatem drugim razem kapustę pokroiłam normalnie, jak kapustę, a marchew starłam na tarce o dużych oczkach. Było dużo lepiej.  Właśnie przed chwilą wyjadłam widelcem ze słoika resztkę, wobec czego jutro nabędę kolejną kapuchę i nastawię.
Z kulinarnych ekscesów zaistniało jeszcze ciasto drożdżowe z orzechami. Motywacja była wieloraka, zdrowotna również: a) takim ciastem można zastąpić niejadalny chleb śniadaniowy, b) geriatria powinna spożywać orzechy, które niestety w stanie naturalnym są ciężko jadalne c) można przy okazji opędzić zapotrzebowanie na odrobinę szkodliwych kalorii (bynajmniej nie pustych) Poza tym mnie to ciasto drożdżowe zaabsorbowało, bo robi się je trochę inaczej, niż zwykle. Znalazłam je na blogu niebonatalerzu i zrobiłam. Zniknęło błyskawicznie, wobec czego w poniedziałek była powtórka. Wyszło jeszcze lepsze. Tym razem podzieliłam na dwie mniejsze keksówki. No i nie robiłam kruszonki, bo ostatnio wychodziła mi jakaś pancerna.

Tym razem wygląda bardziej sztruclowato. Poprzednia była raczej jak "łaciata babka"

Jedną drożdżówkę  zjedliśmy błyskawicznie, jeszcze lekko ciepłą (niestety, tego ciasta nie wolno kroić na gorąco - pozostaje stać nad nim z wywieszonym ozorem i czekać aż trochę przestygnie). Druga, ledwie napoczęta leżała sobie w szafce obok chlebka. Nosz, żebym ją chociaż była ściereczką zawinęła! Bo z nagła Starszego naszło pilnie na wyjazd do miasteczka. No i jak to z nim zawsze bywa -  oznajmuje mi, że jedziemy, będąc już gotowym do drogi. Po czym stoi z ręką na klamce, a ja się w pośpiechu ubieram, zbieram torby zakupowe, telefony, karty, zapalniczki etc. W międzyczasie on już wychodzi i odpala, bo  się robi pośpiech jak do pożaru. Trudno w tych warunkach pamiętać o wszystkich beneluxsach, np o tym, że bułka w szafce,a sępy tylko czyhają. No i pojechaliśmy żwawo, załatwili, co było do załatwienia i dość szybko wrócili. Psy nas w drzwiach przywitały, po czym oddaliły się natychmiast, a mnie rzuciła się w oczy otwarta szafka, a w niej na półce jakoś pustawo. Czarna wyczuła temat natychmiast, zanim zdążyłam się cokolwiek odezwać i profilaktycznie wbiła się pod stół. Natomiast główna winowajczyni, Księżniczka,  spierniczyła do pokoju, na swoje posłanie i zajęła pozycję z głową wbitą w kąt "nie ma mnie, nie ma, ja nic nie zrobiłam". A na dywanie, w stałym jej punkcie obserwacyjnym, poniewierały się smętne resztki sztrucli w morzu okruchów. Krew mnie zalała nagła. Nie tyle z powodu żalu po ciasteczku, ale raczej z powodu "Oj, co teraz będzie". Księżniczka, ze swoją powiększoną wątrobą i tak chodzi, jak  jednostronnie wybrzuszona piłka. Po spożyciu tego ciasta jej się wyrównało - wyglądała jakby tę piłkę połknęła i miała zaraz pęknąć. A ja robiłam szybki przegląd: do której weterynarz i co to ja tu mam pod ręką w razie "W". Oczywiście nie miałam nic, oprócz nospy, bo suplementy wątrobowe wyszły Zadysponowałam dietę ścisłą do rana, z wyjątkiem odrobiny, o objętości łyżeczki może, dla połknięcia wieczornej tabletki. Która to tabletka została wbita w jeden kawałeczek mięsa. Po chwili mięsko znikło a tabletka leżała sobie samotnie w pustej misce. No i musiałam wepchnąć w gardziołko.
Niech nikt sobie nie myśli, że pies przejedzony do wypęku miał jadłowstręt! Może jakiś inny pies by miał, ale nie Księżniczka. Najpierw stała nad tą pustą miską z wielkim poczuciem krzywdy, że Czarna dostała, a ona nie. A potem przytuptała ochoczo, gdy ja zasiadłam w swoim fotelu z wieczorną przegryzką i sępiła, tuptając z łapki na łapkę. Normalne stworzenia mają jakieś receptory wypełnienia żołądka, ten natomiast stwór monachijski chyba felerny jest w tym względzie. Myślałam sobie kiedyś: gdyby ją tak zostawić sam na sam z garnkiem zawierającym trzydniowe jedzenie dla obydwóch - jak długo by jadła i ile by zjadła. Ponieważ istnieje domniemanie, że wszystko - wolałam nie eksperymentować.
A najlepsze w tym wszystkim było zachowanie Czarnej - jej poczucie winy (choć ona zapewne tego ciasta nie tknęła nawet, bo nie wyobrażam sobie wspólnego obżerania jednego kawałka, w sytuacji, gdy potrafią się pożreć do krwi na okoliczność  marnego okrucha, który nie zdecydował się, pod czyim pyskiem ma wylądować).  Z trudem  udało mi się ją przekonać, żeby "posprzątała" z dywanu pozostawione tam okruchy   (a jest w tym dobra - wszelkie okruszki z podłogi pozbiera do ostatniego). Zaprowadziłam na miejsce, powiedziałam "Posprzataj", a ona  stała nad nimi chwilę i zastanawiała się, czy faktycznie ma to zrobić.

PS:
Dziękuję Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, mimo, że ja sama rzadko zaglądam.Dzięki także za mejle na PW na które niekulturalnie nie odpowiedziałam. Podtrzymujecie bardzo mojego ąkłego ducha! Dzięki Wam za to.




niedziela, 3 grudnia 2017

Rusz sie Zenek

śnieg na dworze.


Sprzęt dla Zenka gotowy. Ale Zenek pewnie chory, albo śpi więc musiałam sama. Bo tak, spadł drań popołudniem i cicho legł. 

Wizualnie to jest frajda. Ale reszta - jak widać. Mam nadzieje tylko, że szkód żadnych nie będzie, bo mokre toto i oblepiło wszystko.

Oczywiście, oblepiło również Księżniczkę, na samo dzieńdobry na śniegu. Dziś było kompanko i strzyżonko. Łap nie strzygłam, bo na raz tak dużej krzywdy psu robić nie można. (I tak były dwie krzywdy na raz, a może więcej, bo jeszcze czyszczenie uszu i wycinanie strąków z brody) łapy posmarowałam płynnym jedwabiem i miałam gupią nadzieję, że się nie przylepi jednak. Ale się przylepiło - już po paru krokach Księżniczka wlokła za sobą łapki oblepione wielkimi kulami. Po powrocie została zahaltowana u drzwi i odbyło się wyczesywanie śniegu z łap. Efekt - spory kawał podłogi umoczony. I postanowienie, że nie ma to-tamto - pekeś* będzie ubierany i cześć pieśni.

Po tych wszystkich ciężkich przeżyciach przydreptała, przekrzywiła łepek, podniosła przednią łapkę, co oznacza -apa lącie**, a w tym przypadku - włóż pańcia pieseła na łóżko. Skołtuniła kocyk, zwinęła się w kłębek i posapuje.

I mamy pierwszego bałwana tej zimy. Właściwie jest to, jak widać bałwana, w dodatku taka baba - corn. Ta baba-corn nie jest ze śniegu, tylko z szadzi ulepiona, która to szadź osiadła na kornflejksach znajdujących się na przyczepie. I, żeby nie było, baba siedzi sobie na hedarze Jasia Dira, który te kornflejksy z łanu przetransferował na przyczepy.

Bowiem Dziecko wreszcie wymłóciło kornflejksy. W zasadzie wymłóciło zdalnie, bowiem samo znajdowało się w tym czasie na targach rolniczych w Nadarzynie oraz w drodze z owych. Jak przybyło, to już było prawie po zawodach - wykoszone i zwiezione pod suszarnię. Jedna przyczepa tylko, przypięta do naszego zabytku rolniczego została na gumnie. W sobotę pojechało doglądnąć, jak się suszy i wtedy pozdejmowali tę szadź i ulepili babę-corn. (Mówiłam chyba, że faceci zostają chłopczykami na zawsze. Niestety, tylko w pewnym zakresie.)
I to był ostatni dzwonek  na te kornflejksy i ostatni moment, bo dłużej już bym mamrolenia Starszego nie zdzierżyła. Oraz tych wszystkich rolniczych wykładów. A dziś tak chodzi od okna do okna, paczy na ten śnieg i wzdycha, że jak to dobrze, że wykoszone, bo  śnieg by zniszczył.

A poza tym, niestety, idom święta. I tatuś już dostaje powoli maupiego rozumu. Bronię się rencami i nogami, bo już od dawna-dawna sensu nie widzę w przygotowywaniu tych gór żarcia (czyż do licha sens świąt na żarciu polega?!), a im później  w czasie - tym bardziej nie widzę. Ale jak zwykle polegnę, może nawet podwójnie polegnę. Zapowiedziałam, że żadnej domowej masarni nie będzie w tym roku. A tu masz - Starszy wybrawszy się do laboratorium, zaliczył w drodze powrotnej "Piotrusia" i przytaszczył świński połeć. Połeć zafoliowany próżniowo był, więc dałam mu chwilę spokój, ale dziś trzeba było pociąć i wsadzić w marynatę. Przygotowałam front robót, naostrzyłam noże, mając nadzieję, że przynajmniej to porcjowanie Starszy załatwi, bo ja już marynatę zagotowałam, naczynie do marynowania uszykowałam. No i usłyszałam - "Wiesz, tobie to tak sprytnie idzie..." No, aha, czyli wiadomo. Jak zwykle. Jedni są od wymyślania, drudzy od roboty.
No i Rzeszowska mi, świątecznie jakby, ciśnienie podniosła już chwilę temu. Zadzwoniła i:
-Wiesz, kupiłam ci pół kilo (!) suszonych prawdziwków..
-Ale, w sklepie?
-No, tak. Bo wiesz, tu taka pani ze mną leżała i mówiła, że ma bardzo dużo prawdziwków nasuszonych. No to mi sprzedała.
No to ja się pytam, po jaki ten, no, potrzebne mi pół kilo prawdziwków suszonych, skoro my grzybów prawie nie jadamy. Dlaczego do cholery od baby, pierwszy raz na oczy widzianej, a nie ze sklepu, które są z atestem, że jadalne?! I od kiedy to sklep jest na onko w Rz? Jak znam życie, to cyrk na tle tych grzybów będzie, bo Kasia-BHP ich nie tknie. I ciotka się obrazi. Sama zresztą mam mieszane uczucia. Nigdy nie kupuję grzybów na targu, zresztą smakoszem nie jestem, w zasadzie mogą dla mnie nie istnieć. Nie zbieram też, bo poza tym, że nie czuję woli bożej, to nie mam na to warunków. A jak zbierałam, to maślaki i kozaki oraz kanie, bo te znam na pewno. Bez zastanowienia mogłabym zjeść grzyby zebrane przez mojego brata (gdyby już całkiem nic innego do jedzenia nie było). No i jestem w kropce. Właściwie w dużej kropie.  Ale zdaje się, że rozwiązanie już mam na myśli.
I tak to właśnie jest z tym darowanym koniem. W zęby mu nie pozaglądam. Tylko - po co mi ten koń?

Z przysłów to jeszcze by było to "Chytry dwa razy traci": Oszczędzić chciałam nieco, bo mi moje zoo ostatnimi czasy kieszenie czyści strasznie (Księżniczka na dwóch lekach, Areczek na karmie urynryjnej, co już daje 2 stówy na miesiąc, a oprócz tego normalny wikt i czasem jeszcze jakieś cóś. Np. jedwab płynny do łapek, bo się po nim nie kołtunią tak okropnie.) No i znalazłam inną karmę na to samo, innej firmy, tańszą nieco. I peszek malutki, bo Areczek karmę zignorował  - podstawioną pod nos powącha i odchodzi. Dopóki jeszcze była resztka poprzedniej, to wymieszane zjadał, choć trochę te chrupeczki wybierał. Co ciekawe, to karmą tej samej firmy, zakupioną dla dziewczynek się chętnie częstuje. Ale ja wiedziałam. Wiedziałam,że tak będzie. Bo zawsze się na złe obraca jak się zasady czy zasadki łamie. Zasada była taka, że nie kupujemy karm smarketowych, ani koncernowych. A ta była niestety koncernowa. Czego miałam pełną świadomość. I z pełną świadomością wsparłam monsanto. A kysz...
A teraz przylajzła na mnie moja najkochańsza-najgrubsza kota i się domaga. Głasków oczywiście...


*pekeś = kombinezon
** apa-lącie = weź mnie na ręce
Ze słownika moich dzieci się wzięło, gdy malutkie były i po swojemu gaduliły. I zostało w terminologii rodzinnej, tak, że jak uszyłam Księżniczce nowe ubranko, to Synek zawołał : "O, mama uszyła piesełowi nowy pekeś"





piątek, 17 listopada 2017

sie obijam

Choć oczywiście niezupełnie i nie do końca, bo jednak to i owo ktoś musi zrobić. A ponieważ ochotników brakuje, więc tym ktosiem jestem ja. Większość zadań wynika z obsługi zwierzyńca czworo i dwunożnego. Prawdę mówiąc, wolę obsługiwać ten czworonożny, bo to jest jakieś naturalne takie, że on obsługi wymaga. Jeżeli chodzi o dwunożny, to jego połowa stwierdziła ostatnio, że "swoje już zrobiła i już nic nie musi", natomiast druga połowa jest w permanentnym niedoczasie, w ciągłym locie albo linia mu się grzeje.Do tego ma zwyczaj wędrować z telefonem przy uchu na kopiec Kościuszki, więc staram się  nie zakłócać mu odgłosami z tła dyskusji byznesowych.

Niektóre dnie są ciężkie do przeżycia  - buro, ponuro, ciemno, jak w rodzinnym grobowcu. Na nic siły i ochoty.W poniedziałek Starszy przeleżał cały dzień połciem. A ja niestety, zmuszona byłam powalczyć z gównem, bo Czarna Koza zrobiła sajgon w obórce totalny. Sytuacja była pt "nie chcem, ale muszem" i jak się już zabrałam to, oczywiście, permanentnie. I o dziwo, nigdzie mnie nie łupło. Ale potem to już nawet psom sikać się nie chciało, więc motywacji do ruchów jakichkolwiek nie było. Zatem, żeby nie sczeznąć w marazmie kompletnym zabrałam się za uszycie Dziecku torby "śniadaniowej", ponieważ poprzednia zaginęła w akcji, a pakowanie pożywienia w jednorazówki kończy się wybieraniem jabłuszek bądź kanapek spod fotela w aucie. W swoim bogatym składzie tekstyliów znalazłam dwa, odpowiednio nieduże na to, by cokolwiek innego z nich zrobić, kawałki tkaniny w chińskie znaczki. Z zasadniczej części tego materiału uszyłam była kiedyś roletę rzymską dla Córusi. Roleta była dwustronna, wykończona czarnym lnem. Nawet posiadała profesjonalny mechanizm. Uszycie jej wymagało nieco wysiłku. Po czym beztrosko zostawiłam ją na półce w pociągu jadąc do KRK, celem zawiezienia i zawieszenia. (Mam nadzieje, że znalazcy się spodobała i przydała.)


Z tych chińskich znaczków wyszła taka oto torbeczka. Ucha uszyłam z taśmy bawełnianej, złożonej na pół i przestebnowanej. Zszyta jest szwem bieliźnianym, coby się farfocle we wnętrzu nie ciągnęły i przestebnowana na brzegach, żeby nie wyglądała jak płaski wór. 

Mając przed oczami Dziecko nurkujące pod fotele za jabłuszkiem doszyłam rzepa, coby zarzepiał i jabłuszka sie nie turlały

To szycie było także dla zajęcia głowy czymś tam, ponieważ wcześniej dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojej ciotecznej siostry. Marta była tylko o rok ode mnie starsza. Od jakiegoś roku zmagała się z ludożercą, będąc pod najlepszą opieką lekarską. Ale raczej nie była dobrej myśli, bo w ostatniej rozmowie, zapytana o stan swojej mamy (a mojej ciotki, która ma 94 lata) stwierdziła, że mama na pewno ją przeżyje. W niedzielę przed wieczorem trzymałam w garści telefon z otwartym mesendżerem i zastanawiałam się, czy nie napisać. Ostatecznie nie napisałam. Zmarła w niedzielę o 21.30.

A poza tym znowu trochę czasu zmarnowałam na latanie po przychodniach i rejestracjach. Ciota, po tym jednodniowym pobycie w szpitalu, dostała dwa skierowania do specjalistów, z wpisem na karcie wypisowej, że ma ich odwiedzić za dwa tygodnie. Jakoś wydaje mi się, że doktory są oderwane od dotyczącej ich rzeczywistości, widzą pod nosem, a cała reszta jakby ich nie dotyczyła. Po co pisać starszej kobiecie, że za dwa tygodnie, nie wystawiając skierowania na cito, skoro wiadomo powszechnie, że do niektórych specjalistów są roczne kolejki? A po drugie - po co w ogóle ganiać ją po specjalistach, skoro schorzenie jest zadawnione, z dawna rozpoznane i niewyleczalne i nie ma specjalisty cudotwórcy, który by ją teraz uzdrowił, skoro nie uczynił tego 20-30 lat temu, w poczatkach choroby.W dodatku wyszło na to, że ciota niezadowolona z mojego wyboru lekarza. Mogłam ją zarejestrowac do pierwszego lepszego chirurga (i w sumie efekt byłby ten sam), tymczasem wybrałam chirurga naczyniowego. No i wpadka, bo ciota tego doktora nie lubi: kiedys poddała się jakiejś "innowacyjnej" terapii antyżylakowej, która okazła się falstartem. Potrzebny był kolejny doktór. Trafiła na tego właśnie, a on jej powiedział, że "kto zepsuł, niech teraz naprawia", co ciotę obruszyło do żywego i na wieki jej się w mózgownicę wklinowało wykreślając tego właśnie doktora z listy lekarzy mogących dostapić zaszczytu wysłuchiwania historii jej wszelkich chorób i przebytych terapii. O czym być może słyszłam, ale zapomniałam, nie przywiązując wagi do dupereli. W każdym razie: do tego jednego zarejestrowałam ją na Mikołaja, a do drugiego na końcowkę maja.

Ruch się zaczął w kornflejksach w pobliżu mym, tym fizyczny i tym szerszym.

Horyzonty mi sie poszerzyły. Od południa i jakby od wschodu trochę. Ta piękna maszyna solidny zagon przeżuła i wypluła na przyczepy ziarko złote, a mi klaustrofobia się odrobinę zmniejszyła. Psy rozglądały się ze zdziwieniem, że tak daleko widać, po czym Czarna zaczęła grzebać w ściernisku i wygrzebała nornicę (Fuj! -usłyszała i wypuściła. Czy nornica przeżyła -nie wiem) 

Psychicznie: Dziecko od kilku dni uczestniczy w kornflejksowym surviwalu easternowym (co się wiąże dla mnie z zabezpieczaniem przed utratą energii - kanapki i hektolitry kawy w termosy).
Kolega Dziecka ma tuż pod wschodnią granicą 100 ha pola obsianego kornflejksem. Zbiór ziarna z takiego pola, oddalonego od gumna o 90 km to cała logistyka: przeturlanie kombajnów, traktorów z przyczepami ogarnięcie tematu wywiezienia urobku z pola do kupca, ewentualnego składowania do momentu wywiezienia i ewentualnego załadunku na tiry. I tu problem jest, bo firmy transportowe nie chcą się podstawiać pod kombajn w polu (zawsze jest opcja uszkodzenia auta lub utonięcia  w roli po osie z ładunkiem - taka załadowana łódka to łącznie prawie 30 ton). Nie chcą jeżdzić do firm skupowych, bo kolejki. Dziecko miliony telefonów wykonało. W końcu załatwiło jakieś podwody na przyszły tydzień (ciagle za mało), po czym załatwiło plac na tymczasowe składowanie oraz ładowarkę, po czym obdzwoniło skupy, że może ktoś choć coś prosto z pola weźmie, żeby mniej na tę kupkę sypać. Żeby  jakoś wyobrażnią ogarnąć zakres przedsięwzięcia: jeden "tir" z naczepą  typu łódka zabiera na tę naczepę ok 20ton (każdy "tir zresztą, bo nie może takie auto z ładunkiem ważyć więcej niz 26 ton bodajże. Przeładowanie, w razie natknięcia się na :krokodyli z wagą, kosztuje kierowcę straszne pieniądze.) Z tych 100 ha może być, przy dobrych wiatrach, ponad 1000 ton . Wynik dzielenia daje 50 aut. Albo np 5 aut po 10 kursów. Licząc dwa kursy dziennie wychodzi 5 dni na wywóz tego ziarna do skupu. Kombajn kosi non stop, chłopcy się zmnieniają w kabinie, żeby nie paść. Dziecko pojechało na noc we środę, ale zbędne było, więc wróciło o północy. Pojechało rano zluzować któregoś, wróciło o 23 i oznajmiło, że jakieś 25ha jeszcze zostało. Dzisiaj zerwało się świtem i o siódmej już go nie było. Poleciało bez porannej kawusi nawet, bo ja spałam jakby, po śródnocnym wyprowadzaniu psów (o 4.15) -  no cóż , na szczęście są stacje benzynowe po drodze. Ciekawa jestem jak bilans zysków i strat na tym polu wyjdzie. Bo tak jakoś wydaje mi się, że posiadanie pola w tak dużej odległości od gumna jest zyskowne tylko dla władców Bieszczad, którzy swoich włości nawet nie oglądają - zamieniwszy je w trwałe użytki zielone, zlecają tylko telefonem koszenie. Dopłaty do ptaszków i krajobrazów  pokrywają koszty koszenia z dużym naddatkiem (Hektar koszenia kosztuje ok 130 zł. Na ogół właściciela nie interesuje skoszone, więc kosiarz we włanym zakresie to suszy i balotuje, po czym sprzedaje siano gotowe. Dopłaty do ha bieszczadzkich nieużytków mogą sięgać nawet ok 2 tys. Czysty zysk, bez kiwnięcia palcem i wystawiania nosa poza warszawskie posiadłości) Rolnik -rolnik, co innego. Ale ci warszwscy -bieszczadzcy rolnicy to jest dla mnie anomalia przyrodnicza taka sama jak ten warszawski czterdziestokrotny kamienicznik.
Dyrektorowanie pod chmurką to jest wciąż pot i znój, mimo tych wspaniałych, nowoczesnych maszyn za europejska kasę. Do tego łeb na karku, kalkulator albo excel w ręce, telefon bez limitu połączeń oraz komputer. Agrotechnik, mechanik maszyn rolniczych, operator kombajnu, traktorzysta, operator ładowarki. logista, ksiegowy i pracownik fizyczny w jednym (albo jeszcze więcej)
Fajnie jest najbardziej tam, gdzie nas nie ma.







sobota, 11 listopada 2017

jesienne dumanko

Jesiennie ciągle. Dziś znowu mała rehabilitacja pogodowa: chociaż dość ponuro, ale ciepło i bezwietrznie. A ja od rana mam manewry taktyczne.
Najpierw oczywiście psy, na dzieńdobry-dzieńdobry (to tak wygląda, że wstaję, naciągam na siebie to i owo, one już tańczą wokół mnie, więc szybko kawiarka na gaz, wskakuję w wysokognojne i ałt)
Wróciwszy nakarmiłam głodomory (to tez musi być od razu po powrocie, bo Czarna już tańczy).

Usiadłam, żeby wypić własną kawę, a tu pod oknem rozdarła się sumsiadka moja ulubiona, że jabłka wożom po dwapińdziesiat. Właśnie miałam lecieć złapawszy portfel w kieszeń, ale "młody rolnik" zajechał na gumno. I namówił mnie na krzynkę szampiona (no, nie wiem, kiedyś to się czempion nazywało). Wzięłam, bo dawał próbować i smaczne były. ( Z tymi jabłkami to teraz różnie - raz, że ich nie ma, dwa, że drogie, trzy, że beznadziejne jakieś w smaku. Na koksę się narwałam kiedyś na zieleniaku, ale koksa też już zmodzona i smak nie ten.)
Potem wpadł Tatuńcio, że chleb wożą, to może polecę kupić. (Tatuś wczoraj dostał wygawor, bo był w mieście i nie kupił chleba. Oczywiście - on nie wiedział, że trzeba, bo skąd chłop może takie rzeczy wiedzieć, że, chleb się kupuje np. I że nawet można na zapas, bo się go w zamrażalnik wrzuci.) Chciał się za wczoraj zrehabilitować,tyle że moimi rencami (nogami?)
Kupowanie tego chleba wożonego połączone jest z życiem towarzyskim, bo zawsze tam się kilka bab zleci i można chwilę gupio pogadać. Rzadko kupuję, bo trzeba akurat, będąc w gotowości, usłyszeć pipka i zdążyć dolecieć. I to w ogóle jakaś ciekawa akcja jest, bo facet wozi ten chleb w bagażniku zwykłego kombiaka (ciekawe co tam wozi w międzyczasie), na chlebku jest etykietka ze wszelkimi danymi, z wyjątkiem nazwy piekarni. Na szczęście chleb jest foliowany, ale bułeczki niestety pan podaje tymi samymi rencami, którymi np. przed chwilą otwierał bagażnik. (Oj tam, oj tam - człowiek nie wie, z czego tyje)

Potem przyniosłam jeszcze buraczki dla kozów od sumsiada i darowane otręby, też dla kozów.

A potem Dziecko wziąwszy i wstawszy. I trzeba było Dziecko nakarmić, po czym Dziecko poszło węgiel do hadesu zrzucać. Jak zwykle pyskowania i mniauczenia było przy tym co niemiara, łącznie z rzucaniem opatą. ( Dziecko nerwusik taki trochę jest i na wqrwiku lubi sobie czymś piżgnąć: a to kluczem, a to majzlem, a to opatą tudzież. Ponieważ raczej przy tym kontroluje kierunki i szkód dalszych nie implikuje - to niech sobie rzuca. Państwo Kurylewiczowie, tj. Warska i Kurylewicz, w celu rozładowania napięć małżeńskich mieli specjalnie przygotowaną do piżgnięcia siatkę z pingpongami. Piżgnąć takim czymś - cudnie, no, ale pozbierać potem! Domniemywam, że zgoda małżeńska nastawała przy wspólnym wyiskiwaniu pingpongów z zakamarków) Ponieważ opatą z plandeki gruby węgiel faktycznie nabiera się nijak ("Kto to wymyślił, żeby na plandekę?! - No, ja przecież. Bo nie lubię może wybierać węgla z trawy?"), więc zaproponowałam wiadro. "A co ja będę, jak popierniczony, z wiaderkiem latał!" Ale przyniosłam wiadra dwa, ja napełniałam stacjonarnie, on śmigał i poszło gładziutko. Nawet z podsumowaniem, jak to nam sprawnie kooperacja wychodzi. Kooperacja z Dzieckiem zawsze nam sprawnie wychodzi. Czasem na wstępie jakiś taniec indiański odtańczy i czymś piżgnie ewentualnie, ale potem jest git. (Wiadomo powszechnie, że faceci nie dorastają, oni tylko do pewnego momentu rosną, potem zaczynają się starzeć, a dużo dużo później stają się upierdliwymi zgredami, bo wyłażą na wierzch wszystkie ich plusy ujemne - zwłaszcza, gdy te dodatnie były słabe i nie mają już zastosowania w praktyce. I przekonanie, posiadane przez każdego mena - "po co mam robić coś, co może kto inny zrobić za mnie" rządzi ich aktywnością, a raczej - jej brakiem) Dziecko, dzieckiem będąc, trudne w prowadzeniu było, ze stwierdzonym mocno ADHD, którego do świadomości swej nie dopuszczało i wszelka lekturę w temacie odrzucało. Ale ogarnęło się zadziwiająco ładnie, choć nadal "czas", a raczej określona jednostka czasu, to jest dla niego pojęcie mocno względne. Wygląda to np. tak, że dzwoni i mówi, że jedzie i będzie "za chwilę", po czym pojawia się po dwóch godzinach. Pomału staram się wrzucać na luz i nie dopuszczać podpowiedzi złośliwego trola pt "musiało się coś stać". Patrząc z innej perspektywy - całe życie to chwila, więc te 2 godziny to jakiś ułamek chwili ledwie.

No dobrze, to teraz  o jedzonku. Od rana mnie tu taka jedna atakuje przepisami i przepisów brakiem, co mnie tak na tematy jedzeniowe zepchnęło. Chociaż temat jedzenia jest u mnie tematem trudnym bardzo, zwłaszcza ostatnio. Po pierwsze - ze względu na idiotyczny tryb pracy Dziecka powinnam gotować na obiad coś, co da się odgrzać. Jak wiadomo, nie wszystko się da (no, chyba, że w mikrofali, ale jej, podobnie jak telewizorni, nie posiadam ideologicznie) - taki np kotlet odgrzewany mocno traci, ziemniaki odsmażane tudzież. Więc kombinuję. Kombinacje kończą się tym, że Starszy nie je, bo on "przyzwyczajony do chłopskiego jedzenia".  Więc muszę kombinować co innego dla Starszego. A Starszy miewa fazy. Najpierw było "flaki, flaki", po czym kolejne przeleżały 3 miesiące w zamrażarce. "Kapustka, kapustka", po czym pyszna kapustka, nietknięta, poszła za flakami, a następnie, po rozmrożeniu zjadłam sama, zgodnie z ideą studencką jeszcze, że "lepiej zjeść i odchorować, niż się ma zmarnować". Oczywiście chętnie jadłby jadło wymagające pól dnia garowania, typu gołąbki, pierogi itp. Ale, ja masochistka garnkowa nie jestem, obiad ma byćnie tylko jadalny, ale tez szybki. Pół dnia garowania dla 10 minut jedzenia nie rajcuje mnie zupełnie. W dodatku takich gołąbków np. nie da się zrobić "troszkę" a mrożone są niesmaczne, ryż się robi jakiś taki papierowy.Wczorajszy obiad:  zupa jarzynowa z brukselką, brokułem, szparagówką. Dziecko akurat było w domu, zjadło porcję, ja swoją. Starszy - nie, "bo on dwudaniowego obiadu nie zje, chyba go chcę utuczyć" (Część dodałam psom do ich kolacji, resztę zjem dzisiaj) Ziemniaczki, sznycelek (czyli kotlecik mielony) i buraczki oprószane. Dziecko nie jadło, bo już musiało lecieć, a Starszy zażyczył sobie "chłopskie", czyli owe ziemniaczki z maślanką. Psy dostały więc trochę buraczków, trochę zjadłam, resztą się dziś podzielę z psami.
Jak widać - temat gotowania jest mocno rozwalający. Przy tym, oczywiście, żadnych wynalazków, oprócz wynalazków "już oswojonych". Wqrza mnie to tym bardziej, że ja nie jestem przyzwyczajona do takiego czegoś. U mnie w domu nie było fanaberii - co ugotowane, to miało być zjedzone. Do czystego talerza. A Starszy ma  taką manię, że choćby widelec ziemniaków, ale musi zostać. Domyślam się jakiegoś wiejskiego sawuarwiwru, że nie należy zeżreć do końca, bo by wyglądało, że był głodny taki.
Ponieważ te jabłka przybyły, co prawda takie raczej deserowe, niż kulinarne, to wymyśliłam sobie strudel. Czas garowania przy produkcji strudla jest do przeżycia. W dodatku można najbardziej nieprzyjemne zadanie, tj obieranie jabłek, zlecić Starszemu.
Ciasto na strudel jest bezkolizyjne - po prostu robię ciasto jak na pierogi, z tą różnicą, że daję jajko, którego nie ma w pierogowym.
Czyli ciasto na strudel:
1 szkl bardzo gorącej wody
1 duża szczypta soli (duża szczypta to w trzy palce)
1 jajko
4 łyżki oleju
1/2 kg mąki (około, bo to mocno zależy od tego jak bardzo jest sucha. Sklepowa zawsze suchsza niż własna)
Mąkę wysypać na stolnicę, dodać sól, zrobić dołek. W ten dołek wlewać powoli szklankę gorącej wody, zagarniając mąkę od brzegów łyżką, albo szerokim nożem.  Jak już się zrobi paćka mączna, znów wygrzebać dołek, w ten dołek wbić jajko i wlać olej, przegrzebać jeszcze nożem, by nabrało konsystencji, w którą można ręce włożyć, po czym normalnie wyrobić ciasto, raczej dłużej niż krócej, bo wyrabianie takiemu ciastu zawsze dobrze robi (jak wiadomo - nie każdemu, bo kruchego się raczej nie wyrabia, tylko zlepia do kupy i parę razy przygniata) Nadmiar mąki zawczasu odsunąć nożem na brzeg stolnicy. Potem w miarę potrzeby podsypywać tą mąką ciasto. Uważając żeby nie przesadzić, bo ciasto strudlowo-pierogowe ma być miękkie i elastyczne. Po całej tej akcji, ponieważ użyłyśmy prawie wrzącej wody, ciasto jest dość ciepłe, Zatem je na talerz i pod miskę (koniecznie pod miskę, bo inaczej obeschnie, a tak to sobie jeszcze wchłonie te parę, co z siebie odda.
I w międzyczasie możemy się zająć jabłkami, co je właśnie Starszy skończył obierać i je szatkujemy. Nie ścieramy na żadnej tarce tylko cieniutko plasterkujemy. Można z palca, a można i nawet wskazane - szatkowniczką.
Bo oprócz ciasta potrzeba
ok 1 kg jabłek (raczej więcej niż mniej)
cynamon
cukier
ok 10 dag masła.
bułka tarta
Ciasto już wystygło, zatem żegnamy się ze stolnicą i przenosimy na stół (Nawet nie na ladę kuchenną, bo ja lubię mieć do tego dostęp swobodny ze wszech stron, poza tym ciasto  może nam ze stołu na wszystkie strony zwisnąć, czego na ladzie nie potrafi) Na tym stole kładziemy jakąś serwetę (oczywiście nie koronkową, tylko taką zwykłą, bawełnianą, jakąś jadalną, czyli bez nadruków itp) Tę serwetę lekko podsypujemy mąką i na niej wałkujemy ciasto. Najcieniej jak potrafimy, ma być takie prawie przezroczyste. Zapewniam, że to się udaje - gdyby to zbyt wiele wysiłku kosztowało, to strudla by u mnie w domu nigdy nie było. W książkach kucharskich piszą, żeby rozciągać i mama Kossakowa (Wojciechowa) przez kuchnię ciągnęła (ile tego musiało być, żeby aż przez kuchnię!), ale ja nie ciągnę nigdy. (Może odrobinę na początku) Bo ciągnie się nierówno, w jednym miejscu zdarzy się dziura, w innym grubo. Wałkowanie załatwi temat. Jak się trafią jakieś zgrubiałe brzegi to obcinam je na równo nożyczkami kuchennymi. (W tym momencie możemy sobie włączyć piekarnik na 180 st).
Teraz ten okrągły (a raczej bardziej prostokątny placek) smarujemy obficie roztopionym (tylko roztopionym, ja nie rumienię!) masełkiem. Posypujemy tartą bułką sowicie (bez przesady, ma przykryć masło i tyle w temacie, nie ma być warstwy luźnej buły). Na to wykładamy w miarę równo jabłuszkowe plasterki, posypujemy wg gustu cynamonem i cukrem. I zwijamy dwie sztrucle. Ja to robię tak, że zawijam jedną od jednego brzegu, drugą od drugiego, zostawiwszy sobie wcześniej przesmyk w jabłuszkach na środku. Jak nam na końcach coś wyrczy nieestetycznie, czyli jakiś nadmiar ciasta, to go obcinamy na równo, zalepiamy końce i na blaszkę prostokątną układamy dwie obok siebie. Odstęp wskazany, ale niezbyt przesadny, bo to ciasto nie rośnie. Smarujemy po wierzchu resztą masła i wstawiamy do gorącego już piekarnika. Pieczemy na jasnozłoto, pamiętając, żeby nie przesadzić, bo zbyt spieczone jest pancerne i nawet pies sobie zęby połamie na tym.  W międzyczasie można jeszcze raz tym masłem posmarować w trakcie pieczenia, ale musu nie ma. .Po wyjęciu z piekarnika kroimy ostrym cienkim nożem na grube kawałki i na talerzyk. Widelec do tego.
Starszy ma taka fanaberię, że życzy sobie, żeby mu jeszcze te kawałki strudla podsmażyć na masełku. Proszę bardzo, można i tak. Ja wolę bez smażenia.

Po wsadzeniu tego strudla w piekarnik wzięłam psy i poszłam z nimi precz. Idę, paczę a tu - tu się snuje, tam się snuje. Dym oczywiście. Bo wiosnę na wsi ropoznajemy po tym, że są dziury w asfalcie, a jesień po tym, że cała wieś spowita jest w dymach. Bo ludziskom z tych nudów (wszystko polikwidowane, żywiny żadnej, cza coś ze sobą zrobić) palma odpiernicza i kużden spadły liść musi być zgrabiony, a następnie spalony, jako ta czarownica na stosie. I nie ważne czy wyschły czy zaraz po deszczu - no cóż trochę więcej dymu. A koło przyrody kręci się tak, że najpierw nie ma liścia, potem są jakieś pączki, potem jest bujna zieleń, która następnie zamienia się w żółć, czerwień, brąz. Potem ten brąz zwiędły spada. I jak spadł, niechaj leży. Wszystko ma swój sens i cel. Jeszcze rozumiem - w obejściu. Ale w odległym sadzie?! W parku?! (Jakże miło wspominam włóczenie się po parku w S. jesienią i szeleputanie liśćmi pod nogami. Teraz to nieosiągalne!) W miastach odpowiednie służby też natychmiast podniosą każdy spadły liść. Również w parku. Kuzynka Starszego ma dom z ogrodem w miasteczku. Z dala od centrum miasta. Dostała poważne pismo z poważnego U.M., że ma wygrabić liście na swojej posesji. Nosz do licha! Co komu do domu, jak dom nie jego?! Co za zagrożenie dla ładu i porządku przedstawiają liście leżące na czyjejś ogrodzonej posesji?! Ja już pominę co wnoszą do świeżego powietrza te dymy (karalne to powinno być!) oraz gdzie sobie przezimuje u mojego sąsiada, pana Ć. taki np JEŻ? Bo pan Ć. sad wygrabił, pani Ola zleciła pozbieranie kosiarko-traktorkiem. Danka w tym roku nie tknęła grabiami sadu, bo pracuje etatowo i ma dość. No, a u mnie, jak wiadomo - gnojstwo, pod hasłem ten co liście z drzew strząsnął, wiedział po co to robi i się nimi odpowiednio zajmie.

PS. W kwestii informacyjnej zapodaję, że gdyby ktoś miał taki wewnętrzny przymus i koniecznie zapragnął znaleźć na tym blogu jakiś przepis, to tam na lewo jest takie miejsce podpisane "etykiety". I jak się kliknie w któreś słowo z tej chmurki, to pokazują się wszystkie moje posty opatrzone tą etykietą. Przyznam bez bicia, że nie etykietowałam postów od zarania, bo nie odczuwałam takiej potrzeby oraz nie sądziłam, że ktoś może być żądny zamieszczanych tu przepisów, czy wskazówek.Ogólnie rzecz biorąc, ja nie potrafię podać szczegółowych przepisów na to, co wyczyniam, ponieważ w kuchni działam na zasadzie swobodnej tfurczości. Nawet większość wykorzystywanych przeze mnie przepisów jest raczej traktowana jako podstawa improwizacji "na temat", No, oczywiście bez przesady, z czasem wiadomo, gdzie można improwizować, a gdzie musi być ściśle. Poza tym, jakoś mi się coś czasem wciśnie w dumania, ale ogólnie od przepisów to są specjaliści (tki), którzy(re) z tego żyją, że piszą blogi kulinarne.

PS.PS.  Się rehabilituję i wstawiam:

Oto właśnie sztuki dwie, tyle co wyjęte z piekarnika. Za długie wyszły nieco, więc skosem na blaszce leżeć musiały. Wizualnie to żadne mecyje, zwykła sztrucla lepiej się prezentuje.

PS.PS.PS.  rehabilitacja namber tu Ponieważ  Evunia mnie molestuje więc zamieszczam tego strudla urżnietego.
Jak mówiłam, szału optycznego nie ma.Ciasto jest cieniutkie i wiotkie, pod nożem się spłaszcza. Nigdy nie będzie wyglądać jak makowiec czy tp. Sztruclowatość jego zanika w trakcie pieczenia i to ciasto zawinięte sztruclowato jest niewidoczne okiem aparatu (gołym okiem również nie bardzo). Jabłka się ładnie rozpiekły, choć nie renety to były. Odrażająco nie wygląda, a najważniejszy jest smak.



poniedziałek, 6 listopada 2017

listopadowo - nielistopadowo

Po tych mrokach, szarugach i dujawicach już trzeci dzień pięknie słonecznej pogody.
Wczoraj co prawda gawrony po najcieńszych czubeczkach drzew siadały, ale najwyraźniej coś im się popitoliło, albo plany aura zmieniła w ostatniej chwili, bo dziś od rana w końcu nie wieje. Wreszcie można z przyjemnością powlec się z psami w pole, choć ta przyjemność niepełna taka jakby. No, bo oglądanie od pół roku tego samego krajobrazu, w którym zmienia się tylko kolor, nudnawe jest. Poza tym horyzonty mam nadal mocno ograniczone. I to wszechstronnie. Od wszelkich wschodów, południa i północy ogranicza je ququ, od zachodu - zabudowania. Czasem trafia się urozmaicenie jakieś, gdy z tych łanów przyszłych kornflejksów coś się wyłoni. Kornflejksy żyją własnym życiem, bujnym nawet i niczym niezakłóconym, bo komu przyjdzie do głowy pchać się w łan - miewa  ze 3,5 m wysokości. Jak wleziesz - nawet  nie bardzo widzisz niebo, jeszcze by zabłądzić można.

 I właśnie tym razem ujawnił się  taki fragment życia wewnętrznego kornflejksów. Wylazło toto, niespodziewanie dla samego siebie i się zdziwiło. Zatem stanęło i przez chwilę nie wiedziało, co dalej. Niestety, zanim aparat mi się uruchomił, Czarna zwęszyła temat i zaczęła drzeć ryj. Księżniczka, jak widać ma  gdzieś - idzie sobie sznupiąc własnym systemem. Jak się temu płowemu efekty dźwiękowe dołączyły do wizualnych  - zarządziło odwrót. Zapewne znajdowało się na wysuniętym posterunku obserwacyjnym, bo w łanie po lewej dały się zauważyć gęściejsze oznaki odwrotu.

Horyzont od PN. Tu jakby szerzej nieco - teren troszkę opada i ququ mniej ogranicza widoczność. Nawet dziś wstęgę autostrady dało się zauważyć. A to już coś!
Tak we wogóle, to przyznam się cichcem, że ja się tej kukurydzy boję i gdyby nie to, że z psami łażę, to by mnie na tej drodze, tam w głębi, nigdy nie było. Z psami bezpieczniej jakoś. Nie żeby obronne były, raczej ich bronić trzeba w razie Wu. Ale towarzystwo jakieś ukryte wyczują i zasygnalizują, najpierw uszami, postawą, zanim jeszcze zaczną drzeć paszcze. Kukurydza tak szeleści dziwnie, jakby ktoś wśród niej łaził. Często, bywając na grządkach sama, z nagła szelestem tknięta, głowę znad jarzywek podnosiłam i wypatrywałam. Bo nigdy do końca nie wiadomo, czy to tylko wiatr, czy faktycznie łazi. Przypadki były, że sobie ludkowie żądni doznań zakazanych, inne uprawy tajnie wśród kukurydzy zakładali. A w naszej pobliskiej metropolii jest ich sporo. 

Szary pies w szarej trawie, czyli Księżniczka jesienią. Od ostatniego, bestialskiego strzyżenia już trochę obrosła. Zdjęcie ewenement - coś ją musiało zainteresować mocno, że tak stoi i daje się fotografować, a nie pokazała mi dziurki pod ogonem. Zwykle bowiem, gdy tylko zauważy, że robię zdjęcia, natychmiast wykonuje w tył zwrot i pomyka naprzód.


I Czarny pies. Niestety, w cieniu mym. Czarny pies musi być na sznurku, bo ma durne pomysły. Za tym płowym by pognała na przepadło i szukaj wiatru, nie wiadomo w którym, polu. W dodatku uwielbia wszelkie gówniane smrody. Tylko dzięki sznurkowi udało mi się zapobiec wytarzaniu się na tych właśnie tutaj sąsiadowych grządkach, gdzie rozłożył kurzeniec, jakiś tydzień temu. W sumie nie wiem, na co, bo pożytku z niego, jako nawozu,  wielkiego miał nie będzie - obornik powinien być jak najszybciej przyorany. (Praktyka i zdrowy rozsądek tak nakazuje, nie tylko unijne przepisy dotyczące uwalniania azotu do atmosfery)

A nagietki sobie kwitną. Nawet ich ci kornflejksowi lokatorzy nie obżerają, obżarłszy wszystko to, co celowo im na grządkach do obżerania zostawiłam.

A poza tym - nic szczególnego na działkach się nie dzieje. Zapowiada się ten tydzień z jakby mniejszym  musem. Choć nigdy z góry nie wiadomo, co znowu w praniu wyjdzie.
A wychodzić lubi różnie, niestety:
- W piątek, zgodnie z ustaleniami, przywieźli kuchenkę. Z montażem zakupiona, więc pan się zabrał. Krótkie starcie być powinno: podwinąć, zakręcić, odkręcić, podwinąć, przykręcić, sprawdzić czujnikiem i dziękuję, do widzenia. Tymczasem uciekało. Więc odkręcić, ściągnąć podwinięcie. Zakręcić. Uciekało. Da capo. Uciekało. I da capo, ze zmianą teflonu na pakuły, co zajęło nieco czasu na wysmykiwanie pakuł z kłąba skołtunionego. Uciekało. Oprócz tego, co pan zakręcił, był tam jeszcze nypel i kolanko. Przyszło panu do głowy, że nie ucieka na tym , co on zakręcił, tylko na nyplu, któren się obruszył w czasie jego manewrowania kluczem. Więc - da capo rozszerzone o wykręcenie nypla. W końcu - sukces. Nie uciekało. Pan się tak ucieszył, że z wrażenia zapomniał klucza na zlewie i musiałam biegać. A poza tym, wypadało wynagrodzić zaangażowanie, bo sumienny był i się zmagał. W końcu mógł był to uciekające zostawić (ja mu w miernik nie zaglądałam), wyszło by na jaw nieco później. Ostatecznie w formie wielkiego bum.
Teraz ja się zmagam z kuchenką i piekarnikiem, któren przez pół soboty odsmradzałam przy akompaniamencie marudzenia panów obu własnych. W niedziele upiekłam kapuśniaki i cynamonowe ślimaczki, przy czym wyszło, że pieczenie na dwóch piętrach na raz, to tylko w targowym piekarniku się udaje. Ogólnie - szału nie było. Ale, podstawa dobrego wypieku to mąka i piekarnik. Jak mąka jest do kitu, to nic nie pomoże. Piekarnik ćwiczymy nadal.
- W sobotę wieczorem Dziecko pojechało potowarzyszyć koledze, który kosił kornflejksy. Wróciło o czwartej nad ranem w niedzielę, ponieważ okazało się w trakcie, że zaginęła kobieta i wszystkie oczy na pokład.  Łazili po nocy, przeczesując chaszcze nad Sanem. Parędziesiąt kilometrów od miejsca jej zamieszkania. Auto z dokumentami i kluczykami znaleziono w pobliżu, pies tropiący prowadził do rzeki, ale jest jeszcze ta "matka głupich", która kazała szukać wszędzie. W niedzielę poszukiwania wznowiono od rana, bez rezultatu. Resztę pozostawiono nurkom i chytrym urządzeniom. Dziecko wróciło uświnione przed wieczorem. Kobieta miała 35 lat i dwoje małych dzieci. Bez względu na wszystko - nie robi się takich rzeczy dzieciom.








środa, 1 listopada 2017

no to mamy

- kolejną zmianę. Tym razem czasu. Która oczywiście jest wqrzająca - burzy mi cały harmonogram, bo psy się na zegarku nie znają i jak o piątej zaczynają mi tańczyć po kuchni i się naprzykrzać, to się oczywiście, w pierwszej chwili wściekam, że biedne, głodne, niedojedzone itepe. Potem dopiero zatrybiam, że piąta to szósta była dopiero co. Zatem do kóz idę o szóstej (bo to już siódma przecież) i tym sposobem wieczór mi się wydłuża. A że w ciemnościach nie potrafię myśleć i działać twórczo, więc kręcę się jeszcze trochę wykonując czynności prozaiczne (w stylu - latanie na odkurzaczu, czyszczenie kuwet - no, z tych czynności zanikających) Po czym robię sobie kolację i zasiadam do głupot codziennych-cowieczornych. Psy oczywiście znowu zdążyły zgłodnieć, więc mi pilnie asystują. Sępienie mają we krwi i nie ma na t sposobu. Czarna sępi kulturalnie  - siedzi i czeka, ostatecznie, jak długo nic nie dają, to leży. Natomiast Księżniczka siedzi i przebiera łapkami. Stuka przy tym pazurkami w podłogę, co na mnie źle działa. Czasem poszturchuje, samolubnie konsumującego delikwenta, łapką. Ostatnio przeszła samą siebie, bo wspięła się dwiema łapkami na kolana Starszego. Ale, inteligentne są, bo na hasło "nie sępić" oddalają się nieco  na, z góry upatrzone, pozycje.
- ogon Grzegorza, którym nas zawinął i jakoś na dłużej się tu zatrzymał. Pewnie mu dobrze... Niby miało przestać duć do wieczora w poniedziałek, ale jakoś duje nadal, choć dzisiaj już jakby słabiej. Szkód niestety/na szczęście nie odnotowano. Mieliśmy z Dzieckiem cichą nadzieję, że może wreszcie zdmuchnie jakiś kawałek dachu stodoły i w końcu będzie pretekst do rozbiórki (Starszy wciąż w nierealnym świecie żyje i snuje plany remontu, nie biorąc pod uwagę źródeł finansowania. Oraz faktu, że stodoła nie pełni już żadnych funkcji, którym kiedyś służyła, a nowe nie zostały jej przypisane) Ale tak to już chyba jest, że najtrwalsze są ruiny i prowizorki. Wobec czego czekamy teraz na opady śniegu.
- ciągły nadmiar rozrywek. Ciota miała na poniedziałek zaplanowane USG, a potem ponowną wizytę u ortopedy. Zaplanowane miała pomiędzy 7 a 8 rano. Oczywiście już pięć po dzwoniła, czy jedziemy, bo ona od szóstej gotowa, ale przetrzymałam ją jeszcze pół godziny. W przychodni trzeba było ponownie zajrzeć do okienka, gdzie kłębił się tłum bezrobotnych pracowników. Ale na pytanie, gdzie jest pracownia usłyszałam tylko warknięcie, sugerujące, że jestem ślepą krową. W sumie trudno mi się rozglądać i czytać napisy na drzwiach pchając na wózku osobę o posturze zwiędniętego hipopotama, ale owarknięta  poniosłam głowę i właściwe drzwi znalazłam.  Oczywiście lekarz miał przyjmować od 8, ale 15 po 9 jeszcze go nie było. (Też pomysł, żeby doktory miały przybywać do przychodni w poniedziałek na taką nieludzką godzinę, jak niewolnicy jacyś.) W końcu przybył, nogę cioty pooglądał i kazał fotkę pstryknąć. No to wróciłyśmy, skąd przed chwilą niejaką się przyturlałyśmy. Tam znowu odczekałyśmy swoje, fota została pstryknięta.Tym razem już nie czekałam, aż doktór zawoła, tylko wtoczyłam ciotę do gabinetu. Doktór pooglądał ciotę, fotę, USG, telefon wykonał i skierował ciotę na chirurgię do szpitala. No to poturlałam ją na izbę. Stosunkowo szybko nam tam poszło (biorąc pod uwagę, że i dniówkę roboczą można spędzić, zanim na oddział wywiozą) i ciota została poturlana na oddział, a my polecieliśmy po stroje odpowiednie i pozostałe prepitety potrzebne, wysłuchawszy uprzednio 10 razy co i gdzie się to znajduje (choć ciotę pakowałam już do szpitala kilkakrotnie i doskonale wiem gdzie i co, ale nie daj boże, żebym wzięła majtki w kropki zamiast majtek gładkich) Potem znowu szpital, potem jeszcze zakupy, bo jak już jesteśmy, a we wtorek będzie sajgon. Potem jeszcze lokalny market budowlany, bop rzeszowska jakieś cementy do obciążania stroików zarządziła i w końcu do domu. I UFF - to na jutro tylko rzeszowska i cmentarz. A tu: surprajz! We wtorek tel o 8.30: "-Iwona, to ty?, -No, ja. - Bo mnie dzisiaj wypisują. To przyjedziecie?" No, a mamy inne wyjście? Ponieważ ciota wcięła się w harmonogram, więc Starszy wymyślił, że olać wypis, jedziemy po ciotę już. No i pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że jakieś recepty mają być, więc poleciałam, gdzie trzeba. Usłyszałam, że wypis będzie za 10 min i pani przyniesie. I faktycznie za 10 min przyniosła. Po drodze jeszcze apteka, gdzie ciota zostawiła kolejne już w tym miesiącu prawie 200zł. Potem jeszcze wybrałam jej popiół spod kuchni i przyniosłam drewno na rozpałkę. I polecieliśmy do domu, bo rzeszowska.
A rzeszowska, Dzieckiem zgarnięta spod busa już latała z elementami do stroików. Wcięłam jej się w akcję, bo ona by się z tym ciaćkała do zmroku. Ułożone, zagipsowane, miliony zniczy spakowane do turlanej torby i sru pod cmentarz. Pod cmentarzem oczywiście sajgon, ale tym sajgonem zarządzają umundurowani uczniowie z pobliskiej szkoły, więc poszło gładko z parkowaniem. No a potem niestety musiałam przeciskać się z turlaną torbą pomiędzy grobowcami -turlać się jej za nic nie dało, a do noszenia ona nieporęczna bardzo. Przy czym stwierdziłam, że rzeszowska, z ludożercą, po czwartej bodajże chemii z drugiej serii, z hemoglobiną na poziomie 8% i prawie 20 lat starsza, jest w formie niewiele gorszej ode mnie. W każdym razie załatwiła jeszcze jeden grobowiec dość daleko, a po wszystkim jeszcze zakupiła chryzantemę żywą i ją doniosła. Starszy odpadł w przedbiegach i grzał się w aucie. Po powrocie nastawiłam szybko ryż na pomidorówkę i poszłam z psami, wdzięczna bardzo, że nie zastałam klocka na dywanie. A potem wzięłam się za porządki po córciowych porządkach sobotnio-niedzielnych.
- bo tak, córcia wpadła w sobotę po 15tej. Oczywiście wzięła się za jakieś porządki, a ja postanowiłam się nie wcinać, żeby nie zaburzać atmosfery - potem poprzekładam najwyżej. Pojechała w niedzielę po 15tej, a ja się wzięłam jeszcze za pieczenie tortu dla Dziecka do pracy.( Bo wizyta córuni była spowodowana imieninami Starszego oraz urodzinami Dziecka.)  Córcia zanabyła internetem nową kuchenkę. "Dla mamuni" (Tia, bo kuchenka jest potrzebna tylko i wyłącznie mamuni!) Która będzie dostarczona w piątek.
-no to mam jeszcze parę trudnych zadań do wykonania.
Tort był czekoladowy z wkładką orzechową i mocno czekoladowym kremem .
Z podanego przepisu zrobiłam tylko wkładkę, idealnie taką jak robiła rzeszowska. Zwiększyłam tylko liczbę białek (oczywiście zachowując proporcje), bo ja mam dużą tortownicę i byłoby za cienko. Polewę zrobiłam z mlecznej czekolady, bo tę z gorzkiej Dziecko zdejmuje z ciasta (choć moim zdaniem - jest bardziej czekoladowa). Kremu wyszło mi potrójnie w stosunku do przepisu, niekoniecznie z zachowaniem proporcji kremówki do czekolady.  Dekorację -z białych bezików i kilku ażurowych listków czekoladowych. Zdechł mi worek cukierniczy, a nowego nie zdążyłam nabyć, więc nie mogłam udekorować tortu kremem. Wyszedł elegancko, mniej więcej jak na zdjęciach z linkowanym przepisie. Nawet warstwy udały mi się idealnie równe (Dziecko relacjonowało, że konsumentki się zastanawiały, jak to robione, że tak idealnie wyszło. No, jak? Starannie po prostu.) Już się zwierzałam, że nie lubię piec tortów, bo to jest zawsze "ciasto -niespodzianka" - nawet gdy wiadomo, jak się udało ciasto, to i tak nigdy nie wiadomo przed podaniem - jak wyszło w końcu. Bo niestety, tort prezentowany jest na ogół w całości, a potem rozkrawany. Nie lubię tortów eklektycznych, w które jest nadźgane wsioho dobroho po niemnożkie : a to owoce, a to galaretki - pobełtanie smaków i kolorów. Czekolada komponuje mi się z orzechami albo wiśniami (przypomnę informacyjnie, że "albo" to jest alternatywa wykluczająca tzn -jak jedno, to nie drugie, podczas gdy "lub" może być jedno, drugie, albo oba razem)

I to tak jakby było na tyle. Te różności się dziejące jakoś źle na mnie działają. Niestety, wymagają zbyt wiele wysiłku fizycznego oraz psychicznego. Zatem jestem totalnie do du... i w ogóle, poza tym nie mam ochoty na nic. A najlepiej, jakby mi wszyscy, choć na chwilę, zeszli z oczu. Łącznie z psami, które tez mają jakieś fanaberie.
A może tylko ta zmiana czasu tak źle działa?