piątek, 23 lutego 2018

ani widu

ani słychu. Wiosny oczywiście. Wbrew moim kozom, które kupę kłaka z siebie zrzucają, momentami w strąkach stojąc. Ale wierzę, że moim kozom się w móżdżkach nie popierniczyło i nadejdzie niebawem.
Tymczasem zima się trzyma w zasadzie ręcami i nogima - góra dba o uzupełnianie ubytków w okrywie, które powstają , gdy słonku uda się wyglądnąć. Wobec czego Księżniczka podwójnie nieszczęśliwa, bo nie dość, że to świeżo spadłe lepi się do łapek, to w dodatku pokrywa lodowe wertepy, z którymi biedne stare łapki sobie kiepsko radzą.

 Na razie jeszcze psie spacery odbywają się w takiej scenerii. No, prawie takiej, bo takie piękne słoneczko raduje nas tylko sporadycznie. Czasem widujemy sarny, gdzieś tam bliżej horyzontu, raczące się Waldkową oziminą. A czasem, nie wiadomo skąd pojawia się zając w locie. 

Przez większość tego tygodnia miałam bardzo wczesne pobudki. Na ogół budzi mnie tuptanie Księżniczki na wycieraczce u drzwi (u mnie wchodzi się do kuchni wprost z klatki schodowej, zatem oprócz trzech wycieraczek po drodze jest jeszcze czwarta w kuchni.)  Od szczenięctwa tak ma, że gdy potrzebuje wyjść - zajmuje pozycję pod drzwiami. I wszystko ok, gdy ktoś jest w kuchni, gorzej - gdy nie ma nikogo.
Jak pies tupta na wycieraczce to nie ma innej opcji, jak wstać, ubrać się błyskawicznie, potem kurtka, czapka i na końcu wskoczyć w wysokognojne, które czekają po drodze (takie wyskakiwanie na mrozik prosto z łóżka dość niebezpieczne jest, ale, jak dotąd, nie smarknęłam ani nie kichnęłam tej zimy. Co zawdzięczam wyłącznie psom, bo spacery z nimi bez względu na pogodę swoje robią. Oczywiście bywa tak, "że nawet psa by nie wygonił". I moje się wtedy wygonić nie dają: zrzucam je ze schodków, czasami dosłownie, załatwiają szybko co mają do załatwienia i natychmiast, bez proszenia, pomykają z powrotem.)
Jeżeli w pokoju panują jeszcze ciemności, to zerkam w międzyczasie za okno, żeby stwierdzić, czy palą się latarnie. Jeżeli tak, to spokojnie, jest na pewno po piątej i nie trzeba się będzie zastanawiać nad tym czy wracać "w pióra", czy nie. (Piór oczywiście żadnych nie mam w łóżku od dziecięcia, bom na pierze uczulona strasznie. Być może dlatego taką awersję czuję do drobiu)
Dziś pobudkę zarządziła Klementyna, która zgłodniała strasznie i próbowała dostać się do pudełka z chrupkami dla Areczka. Oczywiście pudełko z łoskotem wylądowało na podłodze i tym razem, o dziwo, otworzyło się. No to się biedactwo zaczęło napychać. Długo nie trwało to napychanie się zdobycznym, bo wredna baba wstała, chrupki z podłogi pozbierała i pudełko zamknęła.

 A Klemusia skorzystała z tego, że pańcię wysiudała z łóżka i sama się wtranżoliła na ciepłe jeszcze miejsce.
Psy, ujrzawszy pańcię w pionie, natychmiast zajęły pozycję wyjściową, znaczy -wycieraczka. I nie było wyjścia innego, jak wyjść.
I tym sposobem znów się dzionek rannym rankiem zaczął. Ale przyjemnie ostatecznie, bo na zewnątrz masakry nie było i w dodatku ptaszyny koncerty poranne odwalały, co zawsze napawa optymizmem.

Poza tym  nieróbstwo się uprawia ogólnie. Z tym, że oczywiście nieróbstwo nie jest rozłożone równomiernie.
Pan Starszy wypełnia patriotyczne obowiązki, tj śledzi pilnie tvp.info a w przerwach ogląda "naszych" na olimpiadzie. Oczywiście wypełnianie patriotycznych obowiązków stoi wyżej w hierarchii niż wykonywanie czynności zanikających. Zatem owe spadają automatycznie na mnie. Dziecko pracuje zawzięcie, wyjeżdża rankiem (chyba, że ma pracę biurową, to siedzi plackiem przy kompie i drukarce ), wraca nocką, późną nawet całkiem, więc brać go pod uwagę do zadań bieżących nie należy.  No to robię za tę Rózię (Rózia, wytrzyj kurze! - A gdzie ta kura proszę pani?), kurze  wycieram rzadko, za to codziennie oblatuję powierzchnie płaskie na odkurzaczu. Oprócz tego wrzucam i wynoszę. Zmywam, pomywam, ścieram, karmię, czyszczę itd, etc...
A jak mi z nudów zaczyna się coś robić z głową nie tak, to sobie zajęcie wynajduję. Zajęcia twórcze jakoś mi nie wychodzą, czynię przedbieg, plan i na tym koniec. Wygląda na to, że jestem mistrzynią zajęć zanikających. Do przyjemniejszych z nich należy pieczenie (gotowanie już nie bardzo, ze względu na fanaberie moich panów oraz konieczność dostosowania wytworów garnkowych do późnych powrotów Dziecka) Z tych nudów oraz grzebania w wirtualu, powstało coś, co otrzymało nazwę "wuzetki czarnoleskiej" Najpierw nazwa: wuzetka - wiadomo, jest to czarne ciasto biszkoptowe z bitą śmietaną. Jak się to zrobi w formie bezkantowej i dołoży wiśnie, to powstaje torcik szwarcwaldzki. Ale "szwarc" kojarzy mi się raczej negatywnie, z tym , no, obwiesiem takim , mordą wredną, co to jej lepiej w ciemnym zaułku nie spotkać. Natomiast Czarnolas już korzystniej, bo z tym starym świntuchem Janem, co mu się oprócz fraszek treny zdarzyło popełnić oraz pieśni kościelnych parę. Jednym słowem - poezja. Tam była dla ducha, tu jest dla podniebienia. W wirtualu wystąpiło coś co nazywało się "zemsta teściowej" - brzmi zniechęcająco. A ta zemsta pewnie stąd, że tam wnętrze zostało zawarte w dwóch warstwach kruchego ciasta, w dodatku jedna musiała być upieczona z pianką. Co wymaga trochę więcej ruchów podczas wykonania. No to poszłam nieco na skróty, przynajmniej w kwestii ciasta i upiekłam mój zawsze-wychodzący czarny biszkopt, który jest ciastem wielozadaniowym, bo to i tort nim można obskoczyć i wuzetkę oczywiście.

Wyszło tak. Co prawda nie do końca zgodnie z planem, bo w chwili, gdy galaretka zaczęła zbliżać się do stanu, w którym można ją wylewać - psy zajęły pozycję wyjściową. Z galaretką jak z mlekiem - wystarczy ją w pewnym momencie z oka spuścić i już problem. Więc wykończenie musiało być błyskawiczne, coby psy nie popękały: wylałam tę galaretkę na ciasto. Ale zaczęła wsiąkać, więc dałam sobie spokój doszedłszy do połowy zawartości rondelka. Następnie wyłożyłam śmietanę, a na nią resztę galaretki. Po czym przydusiłam drugą warstwą ciasta i poleciałam z psami.

Jak by ktoś odczuwał potrzebę wchłonięcia czegoś słodkiego własną ręką wykonanego to silwuple:
Wuzetka Czarnoleska
Ciasto:
4 jajka
3/4 szkl cukru
3/4 szkl mąki
kakao - dopełnić szklankę z mąką
4 łyżki wody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Do przełożenia:
1/2 litra śmietanki kremówki
2 łyżki żelatyny*
cukier w/g uznania
wiśnie (z mrożonki, kompotu, odcedzonej konfitury)
2 galaretki wiśniowe
Wykonanie:
1.Zacząć od wiśni. Rozmrozić na szybko, odsączyć , albo jedno i drugie. Zmierzyć wycieknięty płyn (syrop z konfitury nie -zostawić do herbaty) i uzupełnić wodą, tak żeby było łącznie 2,5 szklanki ( w wiśniach zawsze trochę płynu zostanie, więc nie przesadzać). W tym rozpuścić galaretki. Wrzucić  wiśnie i dostawić do wystygnięcia i częściowego stężenia
2.Blaszkę o wymiarach nie większych niż 20X30 wyłożyć papierem do pieczenia.
3.Białka ubić na sztywno, wsypać cukier, dolać wodę (można 2 łyżki wody zastąpić taką sama ilością soku cytrynowego), ubić, dodać żółtka -ubić. Na koniec wsypać przez sitko mąkę, kakao i proszek. Wymieszać ( ja mieszam mikserem na wolnych obrotach) Wylać na blachę. Wstawić do zimnego piekarnika, nastawić 150 z termoobiegiem, lub 170 góra-dół i niech się piecze. Tu nic nie trzeba patykiem dziobać. Ciasto gdy jest upieczone odstaje od brzegów blaszki, jak jest w niej papier -to z papierem. Trwa to ok 35 min. Wyjąć z blaszki z papierem, papier odkleić i zostawić do wystygnięcia.
Po czym : przekroić ciasto na dwie warstwy, wyłożyć blaszkę nowym papierem, folią spożywczą, aluminiową czy tp i włożyć jedną warstwę ciasta.
4.  Gdy galaretka zaczyna już tężeć - rozpuścić żelatynę w minimalnej ilości wody (*zawsze część tej rozpuszczonej żelatyny zostaje na garnku, więc biorę 2 łyżki, choć na tę ilość śmietany 3 łyżeczki wystarczy), lekko przestudzić, ale nie całkiem, bo stanie.**
Ubić śmietanę, posłodzić cukrem pudrem w/g uznania, na koniec wlać żelatynę, lejąc pod mieszaki. chwilę jeszcze pomiksować i dać sobie spokój.
5. Na ciasto w blaszce wyłożyć tężejącą galaretkę, na to  śmietanę i przykryć drugim plackiem, lekko docisnąć. Albo zrobić tak jak ja -połowa galaretki na spód, reszta na śmietanę.
5. Wypada coś zrobić z wierzchem. Ponieważ z tym ciastem było dość zachodu - nie chciało mi się już bawić w robienie polewy, więc posypałam cukrem pudrem wymieszanym pół na pół z kakao. Było dobrze.
** do śmietany można ostatecznie, zamiast żelatyny dać zagęstnik. Ale. Te zagęstniki to w zasadzie czysta chemia. W dodatku powodują, że ubita kremówka ma mydlany smak (sama kremówka już ma smak dziwny, więc ja często mieszam ją  ze zwykłą śmietaną, taką bez "wsadu", albo dodaję trochę soku z cytryny). Jedyny zagęstnik, który nie robi z bitej śmietany piany mydlanej to "Mix do śmietany klasyczny" z Delecty, który w dodatku zawiera tylko glukozę i skrobię ziemniaczaną.

I placuszek poszedł sobie do lodówki. I sobie w niej stał! Problem był wziąć i ukroić. To się wściekłam i kawał zaniosłam sąsiadce.
Po czym Starszy stwierdził, że nie ma jak to ciasto drożdżowe. No to zrobiłam ciasto drożdżowe." -A co z tego ciasta będzie?" - zapytał Starszy. "- Sie okaże "- odrzekłam, zgodnie z prawdą, bo planu nie miałam na razie . "- A bo wiesz, ty takie dobre rogaliki robiłaś."

Rogaliki, psiakrew, a bułę to nie łaska?! Ale zrobiłam mu te rogaliki. Bułę takoż, bo z tej ilości ciasta rogalików wykręcić bym nie zdołała. Buła była w charakterze sztrucli z orzechami we środku, a rogaliki dostały do tych orzechów jeszcze czekoladę.

Ale co mnie po tych cholernych rogalikach plecy rozbolały - to, gdybym przewidziała, ani bym się nie zabierała. Buła i już.

O właśnie - kaloryfery osiągnęły już odpowiednią temperaturę. Czujnik we właściwej pozycji.

A teraz na poważnie -  o zdrowotności będzie: Starszy, nie dość, że wymaga obsługi ogólnej, to jeszcze od czasu do czasu coś namodzi. Z powodu albowiem takiego, że jak go niemiec nie dogonił, to on może być trzyES. Wobec czego ostrzeżenie: jeżeli macie w domu starszych ludzi, którzy koniecznie muszą być trzyES, to przynajmniej wywalcie te cudowne patyki do uszu. Już nie jeden "czyścioch" nadmierny dzięki pomocy tych patyków sobie krzywdy narobił i ostatecznie u laryngologa wylądował. A z laryngologiem - jak z każdym specjalistą - kupa zachodu. Bo albo skierowanie od rodzinnego i wizyta za pół roku przy dobrych wiatrach. Albo prywatnie. I okazuje się, że  najlepiej nam te patyki wyczyściły kieszenie.
W prehistorycznych czasach, które jeszcze pamiętam, żadnych patyków do dłubania w mózgu przez ucho nie było i jakoś nikomu mech nie wyrastał. Na razie ćwiczymy kropelki rozpuszczające , przez trzy dni, dwa razy dziennie. Po tych trzech dniach zobaczymy....A patyki schowam głęboko. Znając lenistwo -szukał nie będzie.


sobota, 10 lutego 2018

zima w natarciu

Ubiegły tydzień stał pod znakiem białego. W piątek, późnym popołudniem, znienacka, siąpiący deszczyk zamienił się w toto białe. Niby zapowiadali magicy od satelitów, ale miałam nadzieję, że jednak im się nie sprawdzi, bo cały czas na plusie było. Niestety, toto białe nic z tego sobie nie robiło z plusowych temperatur i uparcie sypało. Aż nasypało.

Właśnie mi zasypuje ogródek. Te białe smugi, to nie roje meteorytów tylko tzw. śnieżynki w locie

No zasypało. Mokrym, ciężkim śniegiem. Nawet bezlistne gałęzie bzu gną się pod ciężarem, nie mówiąc już o krzakach iglastych, na których się więcej zatrzymuje. Moja śliczna "kulka" została mocno rozczochrana. Po pierwszym ataku śniegu, strząsnęłam z niej. Potem już nie miałam rozpędu. Ale muszę, bo ona się potem nie będzie chciała z powrotem "skulkać"


A niedzielny poranek rozbrzmiewał dźwiękami szur-szuru, szuru-szuru. To taki typowy dźwięk zimowy - gdy tylko odrobinę sypnie, kto żyw łapie za łopatę i odśnieża. Wszystko jedno, czy zmotoryzowany, czy nie - gumno musi być odśnieżone i już. Nawet, jak widać, słychać i czuć, że ten śnieg dłużej niż trzy dni nie poleży - łopaty w ruch i jazda! Sąsiadka Danusia skrzywiona już wypchnęła z obejścia tę przeistoczoną wodę i usypała górę na poboczu drogi. (Sąsiadka Danusia ma akwafobię, mieszka odrobinkę niżej, cały czas w strachu, że ją podtopi i zaleje, wszelkie z góry płynące wody skierowuje gdzie indziej - np. na środek drogi, zasypując spływ do przydrożnego rowu. Dzięki czemu rów się robi środkiem drogi, ale to akurat Danusi lotto, bo ona nie jeździ i wrogiem jej każdy, komu te luksusy w głowie i na gumnie). A ja leniem jezdem, zaczem odmiotłam tylko schody. Ścieżka do kóz wydeptała się sama, a psy i tak dowolnie po gumnie latają, więc im odśnieżać nie będę.
Latają, jak latają. A może kto lata -to lata . Czarna śniegiem się cieszy jak prehistoryczne dziecko (bo współczesnym dzieciom śnieg ogólnie lotto -do szkoły je zawożą, a do siedzenia przy komputerze -żadna różnica, co za oknem). Czarna w każdym razie cieszy się jak dzik -szaleje, tarza się w śniegu, ryje pycholem, naskakuje przednimi łapami i kopie. Natomiast Księżniczka jest cierpiąca - śnieg ją natychmiast atakuje i z każdej łapki robi osobnego bałwana wielokulistego, utrudniającego włóczenie, i tak słabiutkich już, łapecek. W dodatku ta wredna baba ma na klatce schodowej ukrytą szczotkę, nie wpuszcza biednego psa do domu, tylko torturuje go wyskrobując szczotką śnieg z łapek, a co gorsza -także z brody. No i w dodatku zero trawek, nawet jednej pojedynczej, wobec czego poszukiwania odpowiedniego miejsca na uskutecznienie większej potrzeby przedłużają się. Księżniczka lata jak przestawiona na umyśle, wącha, sznupie, kręci się w kółko a pani, zamiast czerpać przyjemność z wychodzenia z psami stara się usilnie, żeby jej nagły szlag nie trafił. No, bo czyż nie jest  różnica w spacerowaniu z psami, które tu podbiegną, tam podskoczą, tu posznupią a drepataniu w miejscu w oczekiwaniu aż pies natrafi na ten odpowiedni cm kwadratowy na który wreszcie będzie mógł strzelić klocka? W dodatku zaraz potem głuchnie absolutnie, obiera własny azymut, albo co gorsza, nie obiera żadnego azymutu, tylko staje i zaczyna przymarzać. Ubranie jej w kombinezon jest jeszcze bardziej traumatyczne -obustronnie - i dla psa i dla pańci. Pańcia mozoli sie, żeby ubrać w miarę sprawnie, co pies skutecznie utrudnia, a potem pies odmawia iścia.
Wobec czego został zastosowany ćwierćśrodek -mianowicie - skrócone mocno kłaki na łapach. Chwilę to trwało, bo pies stać nie chce a na siedząco nie bardzo się daje -zwłaszcza tylne.  W dodatku zachowuje się tak, jakby to łapy były obcinane, a nie kłaki na łapach. Ostrzyżona została też broda, bo rycie w śniegu skutkuje kołtunami w brodzie, a ich rozczesywanie grozi odgryzieniem ręki (właśnie mnie któregoś razu użarła, bez ostrzeżenia żadnego, co piszę na karb zniemczenia, bo przyzwoity pies ostrzega najpierw, a dopiero potem żre)
Czarna z zainteresowaniem obserwuje okolicę. Ona dostrzega każdy ruch, każda drobną zmianę, nawet dość daleko. Najbardziej mnie bawi jej zaskoczenie, gdy wychodzimy w pola tuz po kornflejksowych żniwach i nagle się robi tak dalekowidocznie.

I nieszczęśliwa Księżniczka w kombinezonie. Właśnie stoi i przymarza, uprzednio przyjąwszy azymut całkowicie przeciwny do ustalonego przez pańcię. Co oznacza, że reszta będzie musiała się dostosować do Księżniczki, o ile ta zdecyduje się nie przymarznąć i wreszcie ruszy w wybranym kierunku.

Zima niby trzyma, ale mówię Wam, że to są ostatnie podrygi. Co prawda Jasnowidz przepowiedział, że wiosna nadejdzie końcem marca (i mieliśmy być tym terminem zaskoczeni, jak sugerował pewien portal internetowy), ale ja wiem i bez Jasnowidza, że  idzie idzie. Bo moje kozy zaczynają wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy. Zwłaszcza Wanda. Co zresztą ma też jakiś plus: pokazuje bowiem, że nie do końca jest czarcim pomiotem. Co prawda z wierzchu czarna, ale podszerstek ma jasny, prawie biały. I, no właśnie...
Nie wierzycie, to popatrzcie:

Oto Wanda. Jest już "tej wiosny" szczotkowana po raz drug. To co widać na zdjęciu to urobek po trzech pociągnięciach szczotki od obroży do tego miejsca. I jest to tak jakby "drugi pokos", tzn, że tu już było raz czesane i zebrane. 
Jak widać Wandzi nie bardzo odpowiadają te zabiegi kosmetyczne i usiłuje popełnić samobójstwo z powodu naruszenia jej nietykalności osobistej tzn. udusić się, albo urwać sobie głowę. Albowiem została upięta, co jest niemożliwe do przyjęcia dla normalnej kozy, a zwłaszcza Wandala. No bo baba zrobiła się niemrawa taka jakaś, zaniechała fitnesów i aerobików ze szczotą po boksie i upina kozę. A koza musi uzewnętrznić swoje zdanie w temacie i daje do tyłu na całą długość linki z karabinkiem.
Mać owego diablęcia jest stateczną kozą, żadnych czarcich odchyleń nie miewa, do doja staje bez sznurka -wystarczy podejść z kubełkiem, a ona się już ustawia. Nie mniej jednak na widok grzebienia też szajby dostaje i pomyka w kółko po boksie. I czeszemy co dopadniemy. Co w jej przypadku nie ma aż tak dużego znaczenia, bo Andżelina jest bezpodszerstkowa i ku wiośnie w strąkach nie chadza - jedynie na karku, gdzie ma bezowa łatkę, coś jej się skudla. No tak, ale z tego cosia wyszła po wyczesaniu zbita kula wielkości dobrej garści.

Po drodze był Tłusty Czwartek i wypadało zjeść coś niezdrowego. 

Ale, żeby to niezdrowe nie zaszkodziło na nerwy i żołądek, to wolałam sama zrobić. I odbyła się taka współpraca ponadgraniczna. Ja smażyłam tu, Puma w Ardenach. Ona była bardziej zawzięta, bo zrobiła, oprócz tych ptysiowych oponek , jeszcze cudne pączki

Pączusie kolorowe i bynajmniej nie sztucznie. Nie wiem czym ten czerwony zrobiła, ale zielony herbatą.
U mnie był tylko cukier puder bo mojemu lukrowi listonosz zaszkodził. Potem Starszy wyskrobywał z rondelka i kulki sobie robił, twierdząc, że pyszne.







niedziela, 28 stycznia 2018

wspominki takie tam i refleksje zjadacza

Pewnego razu Dziecko zadzwoniło: "Czy coś trzeba kupić do lodówki, bo w oszą jestem?" Ponieważ mnie wzięło z zaskoczenia (listy braków lodówkowych nie noszę pod berecikiem, a musiała być odpowiedź na już, bo Dziecko się spieszy ciągle), więc zapodałam, że chleb na pewno. "A coś słodkiego?" -"No to kup coś słodkiego, co uznasz za stosowne"
No i Dziecko przywiozło kilogramowa paczkę markizów potrójnych od Dr. Gerarda (które są wg mnie jednym z najgorszych wyrobów tej firmy, ale Dziecko uwielbia wszystko co chemiczne - im bardziej chemiczne tym lepiej)
Ale oprócz tego przywiozło śliwki nałęczowskie. I te śliwki właśnie mnie tak cofnęły w czasie. Bo one są od lat sześćdziesiątych ub. wieku wciąż takie same (dokładnie: prawie takie same, ale bardzo prawie). Nawet mają taki sam papierek. No, może dawniej miały pod nim jeszcze sreberko.
To teraz wspominkowo, a potem jeszcze wrócę do śliwek:
"Dawno, dawno temu, gdy obecna tu geriatria była jeszcze piękna i młoda (bo dziś już tylko piękna) w pięknym miasteczku nad Sanem (które w owym czasie było prężne, z perspektywami i dumą nas napawało) był na rogu dawnej 6 Marca i  placu Pokoju kioseczek ze słodyczami. Nie całkiem typowy kioseczek, bo nie była to lużno stojąca budka, jak ówczesne "Ruchy" albo aktualne hotdogownie np. Kioseczkiem był z tego powodu, iż się do niego nie wchodziło, a zakupów dokonywało przez okienko. W zasadzie -  okno dość duże.


Kioseczek zaznaczony strzałką. Istnieje nadal, choć już nie jest kioseczkiem, tylko regularnym sklepem, sprzedającym zdaje się buty. Zdjęcie nie moje, a pokazuje, że miasteczko zdaje się być zapomniane przez świat i ludzi, bo nawet zdjęcia ze Street View w P. sa bardziej aktualne. A to pochodzi sprzed jakiś 5 lat, gdy na placu Św. Michała odbywały się wykopki

 W oknie tym królował, w białym kitlu, jak mistrz kuchni u Wierzynka, pan Popko. Zawartość jego sklepiku zapewne tak na niego oddziaływała, że oblicze pana Popka zawsze jaśniało uśmiechem, nawet "gupie gadki" pomiędzy "starszym" panem a licealną gówniarzerią uchodziły. (Ach, dodam jeszcze, że pan Popko był szczupły, zapewne potrafił zachować właściwy dystans do otaczających go słodkości) W sklepiku pana Popka istniały wszelkie słodycze, jakie można było sobie wyobrazić (może wyobraźnia marna była?), ale począwszy od zwykłego bloku na wagę, poprzez chałwę, po rózne czekoladki i czekolady. W okresie okołoświątecznym pan Popko w prawej bocznej witrynie (sklepik miał 3 witryny, środkowa służyła za okienko sprzedażowe) ustawiał diabła. Był to diabeł, który miał wszystkie diabły pod sobą - nie jakiś straszno-śmieszny pokurcz, lecz diabeł majestatyczny, wyprostowany, dumnie dzierżący w dłoni trójzębne widły. Miał minimum pół metra wzrostu, wykonany był z czegoś czarnego (zakładam,że mogło to nawet być pomalowane drewno). Miał kozie nóżki z rapetkami, pociągłą twarz z kozią bródką i niewielkie rogi. Ubrany był w ogniście czerwoną pelerynę z materiału. I świecił czerwonymi ślepskami. Autentycznie świecił, miał tam zamontowane, za czerwoną źrenicą, jakieś żarówki.(Przekopałam zasoby sieci wszerz i wzdłuż i żadnej, podobnej choćby, figurki diabeła nie znalazłam, co dodatkowo świadczy, że był on jedyny w swoim rodzaju) Lataliśmy zaglądać (sklepik pana Popka był tylko o małą przecznicę od naszej szkoły), czy pan Popko już diabła postawił, czy jeszcze nie. Pewnego razu, z moi m wiernym kolegą Bułą wpadliśmy na pomysł kupienia diabła na deka. Na pytanie: "Ile za 10dag diabła?", pan Popko nie wyciągnął rózgi by nas pogonić, lecz odrzekł spokojnie, że diabeł będzie w sprzedaży dopiero po świętach.
W którejś klasie liceum, (najdalej w drugiej, bo potem polonista się zmienił) nasz wspaniały dyro zarządził, że w ramach pracy domowej mamy przeprowadzić wywiad z jakąś, znaną szerzej osobą. Należało się dobrać w pary, wymyślić interlokutora, następnie  zaatakować go gradem (mądrych) pytań, a potem plon przynieść do klasy. Przypadła mi do pary Eliza (nie wiem czemu nie "Zocha," z która całe liceum siedziałam w ławce) i wymyśliłyśmy, że zaatakujemy pana Popka. Umówiłyśmy się wstępnie "od okienka", a potem zostałyśmy wprowadzane na zaplecze (aż dziw, że jakieś tam zaplecze istniało, bo drzwi do tego przybytku nigdy nie były oczywiste i niektórzy zapewne przekonani byli, że pan Popko to tym okienkiem wchodzi do środka) I nagle, ach! znalazłyśmy się prawie, że w jaskini Ali Baby, pełnej słodkich skarbów. Pamiętam, że półmrok tam panował, jak w prawdziwej jaskini, na czymś tam zostałyśmy usadzone, zadałyśmy wszystkie nasze mądre pytania. A potem! Pan Popko poczęstował nas właśnie śliwka nałęczowska!  Zostawiłyśmy te śliwki oczywiście na potem, żeby nie mamlać z ustami pełnymi słodkości. Nie pamiętam, jak ten nasz wywiad został przyjęty. Nieważne. Ważne, że byłyśmy w samym "Sezamie", gdzie chyba niewielu przed nami i niewielu po nas dostąpiło wejścia.
Pan Popko ciągle czymś zaskakiwał. Później już, w studenckich czasach, gdy to i owo nie było w oczywisty sposób dostępne, natrafiłyśmy z Gochą na chałwę "ruską", albo nawet turecką, w puszkach, u pana Popki. Pan zapytał : "Zapakować" - "Nie poturlamy sobie". I turlałyśmy tę puszkę aż do Okopiska. Później musiała zostać przejęta, bo po pochyłości mogłaby wymsknąć się spod kontroli.


W tamtych czasach nie byliśmy tak wielkimi przyjaciółmi wuja Sama, albo ewentualnie wuj Sam nie był naszym. Nie mógł więc nas uszczęśliwiać tym wszystkim, czego ma w nadmiernym nadmiarze, lub  mu się poniewiera po kątach w charakterze złomu, ( Między innymi cudownym, wspaniałym syropem m@nsanto, czy zdezelowanymi myśliwcami) a co my radośnie, z otwartymi rąsiami przyjmujemy (za ciężkie, oczywiście nasze, pieniądze). Wciąż z tym samym zachłystem "zachodem", jak byśmy wciąż byli siódmym dzieckiem stróża pijaka. I nie mieli nic własnego i fajnego, z czego moglibyśmy być dumni. A mamy. No w zasadzie mieliśmy jeszcze chwilę temu. Bo w wielu branżach, w szczególności tej słodyczowej, wszystko co było fajne, zostało "przejęte". Tylko marka pozostała podstępnie zachowana, a firma produkująca zawartość wciąż takiego samego papierka jest już nie wiadomo jaka - globalna zapewne. I zapewne powiązana z gigantem m@nsanto. Papierki zostawili, bo klient, przywiązany do marki, kupi po papierku i zapewne nawet nie będzie czytał, co na tym papierku napisane. I tak jak śliwka ma wciąż ten sam papierek, tak samo papierek został np. na czekoladce " Danusia", na czekoladzie "Jedyna", na cukierkach mieszanki wedlowskiej. Danusi i Jedynej nie testowałam od dawna, ale mieszanka wedlowska, która kiedyś była słodyczą ekskluzywną, zjadaną z zachwytem, teraz jest ohydnym świństwem, którego zjedzenie wymaga wielkiej desperacji. Ze śliwką nałęczowską stało się trochę podobnie - papierek wciąż ten sam, ale w środku obowiązkowo syrop m@nsanto i to zapewne w dwóch rolach -jako składnik nadzienia i jako środek do kandyzowania śliwki. Tak więc  mamy śliwkę kukurydzianą....


Tak dla przypomnienia...

Ja się już  nacięłam na przywiązaniu do marki i teraz czytam za każdym razem, kupując nawet ten sam, od dawna znany produkt. (Taki gupi chrzan np. Ostatecznie mogłabym ukopać i zemleć. Ale jakoś masochizm mi się aż do tego stopnia nie rozwinął, więc kupuję gotowy. Nauczyłam się, że polonez jest najbardziej OK, bo  ma największą zawartość chrzanu w chrzanie i brak wynalazków, w postaci np. gumy jakiejśtam, która ponoć szkodliwa nie jest, ale ja chcę chrzan, po co mi guma! No i się zdziwiłam, gdy przypadkiem przeczytałam etykietę kolejnego zakupionego słoika. I rozpoczęłam poszukiwania od nowa. Wszystko wskazuje na to, że jednak będę kopać. Podobno zamrożony miele się bezboleśnie)

Młódź się podśmiechuje z geriatrii, że ta jojczy, bo "dawniej to wszystko było lepsze". I  geriatrii się tak tylko wydaje: wszystko co z dzieciństwem, młodością związane, wydaje się lepsze, bo sama ta młodość była lepsza niż geriatria.A guzik prawda, moi młodzi. W tamtych czasach, czasach młodości geriatrii, kiełbasa była wyłącznie z mięsa, różnej jakości, ale wciąż z mięsa. Parówki były fuj, bo podobno wymiona do nich wkręcali, ale wymię to wciąż jeszcze krowa, a nie hydrolizat białka i kolagen (z paznokci?) Dżem miał na etykietce na pierwszym miejscu owoce, a woda w składzie nie występowała wcale, zresztą etykieta była krótka -owoce, cukier. Nawet taka marmolada buraczana ("Tylko nie kupuj mi marmolady buraczanej", mówiła Mama wysyłając mnie po zakupy, gdy już wszystkie gary domowych marmolad zostały opróżnione.) składała się jedynie z naturalnych produktów, a jej jedynym felerem było to, że oprócz owoców zawierała też buraki, które nadawały jej pięknego koloru. Teraz wszystkie słodycze, nawet już niektóre czekolady, o ciasteczkach nie mówiąc, zawierają syrop m@nsanto. Także wszystkie napoje, których etykieta nie zawiera słowa "sok"oraz większość dżemów, a także innych przetworów, po których byśmy się tego nie spodziewali. Poza tym są mało jadalne: dostałam od Córusi pudełko ciasteczek na Święta. Kupione raczej, jak sama powiedziała, dla pudełka niż dla zawartości. I ono sobie stoi to pudełko, zawartości niewiele ubyło. Któregoś wieczora napadła na mnie potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego. Ponieważ istniały tylko te Dzieckowe markizy, których nie tknęłabym nawet gdyby mi spadek poziomu cukru groził śpiączką, sięgnęłam po ciasteczko z owego pudełka. I natychmiast tego pożałowałam. Tak więc ciasteczka służą do zaspokajania psiego sępactwa, gdy jem coś, czym się podzielić z nimi nie sposób - i to jednorazowo jedno ciasteczko tylko, żeby psom nie zaszkodziło.
Wobec powyższego idę upiec jakieś ciasto, zanim zacznę przeszukiwać zakamarki za bardziej jadalną słodkością.

Na blogu pani Coca Cola ElDżej wyczytałam, że należy wystrzegać się oleju rzepakowego, bo zawiera ślady m@nsanto i w to w dwóch postaciach - jako GMO i jako glifosat. I tu byłabym skłonna się z nią częściowo zgodzić, o tyle, że rzepak pochodzący z rodzimych upraw nie może być GMO (Natomiast ten zakupiony od wuja Sama owszem i wyłącznie.), ale coraz częściej jest desykowany przed zbiorem. Nie zgodzę się natomiast, co do tego, że należy zastępować go oliwą, ponieważ handel oliwą jest ostatnimi czasy źródłem potężnych i bezpieczniejszych niż narkotyki dochodów mafii. No, chyba, że mamy dostęp do oliwy prosto z Prowansji np. Zachwalany mocno na wszystko olej kokosowy tak się ostatnimi czasy rozpanoszył na półkach sklepowych, że to się podejrzane wydaje - taki olbrzymi wzrost uprawy palmy kokosowej?
No to chyba najbezpieczniej jednak smalczyk (choć też nie do końca, ale zawsze)

wtorek, 23 stycznia 2018

jestem-jestem

Wybaczcie, ale tak jakoś się w sobie zebrać nie mogę, żeby coś tu naskrobać. Lenistwo umysłowe, niechciejstwo, syndrom "czystych okien w akademiku", albo coś tam jeszcze.
Ogólnie - czarna dziura. Która mnie wessała ostatnio jakby głębiej, gdy się okazało, że mój wewnętrzny granacik jest troszkę bardziej odbezpieczony. W związku z czym może zrobić bum w każdej chwili i będzie pozamiatane. No, nic. Na razie, dzięki temu, że ostatnią maupą nie byłam i nie za bardzo się nad dziećmi znęcałam, udało mi się zapisać do doktorów już na luty br, a nie za rok. Co jest optymistyczne. A ciąg dalszy wyjdzie w praniu. Przy czym nie bardzo liczę na jakiś sensowny bieg przy udziale nfz, więc pewnie będę musiała poszukać innej ścieżki.

A skoro nie piszę, to coś innego zapewne robię z czasem. No, robię. Ponieważ żadna twórczość mnie nie napada, więc czytam, co mogę, a czasem oglądam, co mogę. Z tego czytania różności wynikają ponieważ ludziska, nawet w wydawanych pięknie dziełach, bzdury wypisują -  czasem się robi takie super "WOW" z czegoś, co dla mnie jest zwykłe i oczywiste. Ostatnio takie "ciekawostki historyczne" poczytywałam, z czego wyszły ciekawostki praktyczne. Mianowicie przypomniał mi się "plastik", którego dawno nie robiłam, bo moje podroby jakoś się buntowały na takie jadło. Ale wczoraj zaczęłam się ślinić, na samo wspomnienie, więc kazałam Starszemu zaprzęgać i odwiedziliśmy miejscowy smarket, między innymi celem nabycia "mięsa ze słonia" (z konia jest konina, z wołu - wołowina, to znaczy, że słonina jest ze słonia). Część została przeznaczona dla sikorek, a reszta poszła w gar na smalczyk. (Topiąc słoninę na smalczyk należy koniecznie dać najpierw na spód garnka odrobinę wody. W przeciwnym wypadku cały czas się lepi do dna i trzeba uważać, żeby się nie przysmażyło za mocno. Nawet na najmniejszym ogniu niestety tak ma.) Potem do tego smalczyku wrzącego wrzucamy pokrojoną cebulkę, jak się zeszkli dorzucamy starte jabłko, a na koniec sól, pieprz i sporo majeranku, który naszym podrobom pomoże przetrwać  ekscesy kulinarne.
Następnie napadł na mnie  chleb ziemniaczany. Ponieważ prosty jakiś był bardzo, a mi się poniewierało dość dużo ziemniaków, pozostałych z obiadu, więc postanowiłam zrobić. (A co tam, ziemniaki i tak by trzeba wyrzucić, choć ostatecznie kozy by je zjadły). No to zrobiłam:

"Swojskie jadło" się zrobiło, bo i smalczyk self made i kozowy twarożek

Już nawet spróbowałam. Upiekł się dobrze, choć obawy miałam w stronę zakalca, ponieważ dałam więcej wody do ciasta, niż przewidywał przepis. I jest bardziej jadalny, niż to co w moim smarkecie oferują. Jakby ktoś chciał spróbować, to  przepis wzięłam  STĄD
Ogólnie rzecz biorąc, mimo piekarni w każdej dziurze większej i mniejszej, chleb to jest w tej chwili porażka. Nawet nie wiem, czy ludzie, którzy go pieką są faktycznie piekarzami, czy to ludzie z łapanki, którzy żadną pracą się nie hańbią, o żadnej nie maja bladego pojęcia i każdą potrafią tak samo spieprzyć. Ostatnio, po takim jednym, z piekarni dość zaufanej, rozbolał mnie żołądek.  Zatem w trosce o własne podroby muszę przestać się lenić i powrócić do pieczenia chleba. Zwłaszcza, że warunki powróciły.
Tymczasem, w trosce o te podroby zrobiłam kimczi. Zabierałam się do niego, jak pies do jeża, bo nigdy wcześniej nie próbowałam i "a nuż to będzie świństwo i szkoda roboty". Tymczasem kozy kończyły zjadać pekińską kapustę, którą Dziecko mi przywiozło kiedyś w hurtowych ilościach od kolegi i wypadało się wreszcie zdecydować. Zatem odjęłam im od pysków ostatnią główkę i zrobiłam. Dlaczego akurat kimczi, skoro kiszona narodowa kapusta jest powszechnie dostępna, a nawet w spiżarce się znajduje?
Po pierwsze ta ze sklepu nie wiadomo, czy kiszona, czy kwaszona, a to robi ogromna różnicę. A moja własna jest pyszna oczywiście, ale niestety - tylko pyszna. Albowiem jest w tych słoikach pasteryzowana, więc większość jej walorów zdrowotnych uleciała wraz z temperaturą. Natomiast kimczi robione na bieżąco zawiera witaminy i bakterie kwasu mlekowego, które nie tylko podnoszą odporność, ale bardzo służą naszym podrobom. Postawione w ciepłym miejscu kiśnie błyskawicznie i już po dwóch dniach jest jadalne. Po czym trzeba je przełożyć do zamykanego słoja i wstawić do lodówki. Dlaczego do zamykanego? Z powodu iż zapach kiszonki opanowałby całą zawartość lodówki. Osobiście mogę zjeść twaróg w towarzystwie kimczi, ale sam twaróg o zapachu kimczi chyba by mi  nie odpowiadał. Mąkę ryżową, która jest potrzebna do jego wykonania można dostać nawet w moim wiejskim smarkecie, więc ną problem. Nie gustuję w  tłuczonych żarówkach i kruszonych żyletkach, zatem z podanej w przepisie ostrej papryki rezygnuję a czili dodaję tylko odrobinę, ze względu na zdrowotne walory.
Wykonałam tak jak TU. Pierwszy raz dokładnie prawie (ograniczając ostrość). Po czym się okazało, że kapusta pekińska pokrojona w podłużne słupki robi się łykowata (na co już się raz nadziałam, robiąc z niej gołąbki), natomiast marchewka pokrojona ręcznie w julienne, po ukiszeniu jest jak bambus. Zatem drugim razem kapustę pokroiłam normalnie, jak kapustę, a marchew starłam na tarce o dużych oczkach. Było dużo lepiej.  Właśnie przed chwilą wyjadłam widelcem ze słoika resztkę, wobec czego jutro nabędę kolejną kapuchę i nastawię.
Z kulinarnych ekscesów zaistniało jeszcze ciasto drożdżowe z orzechami. Motywacja była wieloraka, zdrowotna również: a) takim ciastem można zastąpić niejadalny chleb śniadaniowy, b) geriatria powinna spożywać orzechy, które niestety w stanie naturalnym są ciężko jadalne c) można przy okazji opędzić zapotrzebowanie na odrobinę szkodliwych kalorii (bynajmniej nie pustych) Poza tym mnie to ciasto drożdżowe zaabsorbowało, bo robi się je trochę inaczej, niż zwykle. Znalazłam je na blogu niebonatalerzu i zrobiłam. Zniknęło błyskawicznie, wobec czego w poniedziałek była powtórka. Wyszło jeszcze lepsze. Tym razem podzieliłam na dwie mniejsze keksówki. No i nie robiłam kruszonki, bo ostatnio wychodziła mi jakaś pancerna.

Tym razem wygląda bardziej sztruclowato. Poprzednia była raczej jak "łaciata babka"

Jedną drożdżówkę  zjedliśmy błyskawicznie, jeszcze lekko ciepłą (niestety, tego ciasta nie wolno kroić na gorąco - pozostaje stać nad nim z wywieszonym ozorem i czekać aż trochę przestygnie). Druga, ledwie napoczęta leżała sobie w szafce obok chlebka. Nosz, żebym ją chociaż była ściereczką zawinęła! Bo z nagła Starszego naszło pilnie na wyjazd do miasteczka. No i jak to z nim zawsze bywa -  oznajmuje mi, że jedziemy, będąc już gotowym do drogi. Po czym stoi z ręką na klamce, a ja się w pośpiechu ubieram, zbieram torby zakupowe, telefony, karty, zapalniczki etc. W międzyczasie on już wychodzi i odpala, bo  się robi pośpiech jak do pożaru. Trudno w tych warunkach pamiętać o wszystkich beneluxsach, np o tym, że bułka w szafce,a sępy tylko czyhają. No i pojechaliśmy żwawo, załatwili, co było do załatwienia i dość szybko wrócili. Psy nas w drzwiach przywitały, po czym oddaliły się natychmiast, a mnie rzuciła się w oczy otwarta szafka, a w niej na półce jakoś pustawo. Czarna wyczuła temat natychmiast, zanim zdążyłam się cokolwiek odezwać i profilaktycznie wbiła się pod stół. Natomiast główna winowajczyni, Księżniczka,  spierniczyła do pokoju, na swoje posłanie i zajęła pozycję z głową wbitą w kąt "nie ma mnie, nie ma, ja nic nie zrobiłam". A na dywanie, w stałym jej punkcie obserwacyjnym, poniewierały się smętne resztki sztrucli w morzu okruchów. Krew mnie zalała nagła. Nie tyle z powodu żalu po ciasteczku, ale raczej z powodu "Oj, co teraz będzie". Księżniczka, ze swoją powiększoną wątrobą i tak chodzi, jak  jednostronnie wybrzuszona piłka. Po spożyciu tego ciasta jej się wyrównało - wyglądała jakby tę piłkę połknęła i miała zaraz pęknąć. A ja robiłam szybki przegląd: do której weterynarz i co to ja tu mam pod ręką w razie "W". Oczywiście nie miałam nic, oprócz nospy, bo suplementy wątrobowe wyszły Zadysponowałam dietę ścisłą do rana, z wyjątkiem odrobiny, o objętości łyżeczki może, dla połknięcia wieczornej tabletki. Która to tabletka została wbita w jeden kawałeczek mięsa. Po chwili mięsko znikło a tabletka leżała sobie samotnie w pustej misce. No i musiałam wepchnąć w gardziołko.
Niech nikt sobie nie myśli, że pies przejedzony do wypęku miał jadłowstręt! Może jakiś inny pies by miał, ale nie Księżniczka. Najpierw stała nad tą pustą miską z wielkim poczuciem krzywdy, że Czarna dostała, a ona nie. A potem przytuptała ochoczo, gdy ja zasiadłam w swoim fotelu z wieczorną przegryzką i sępiła, tuptając z łapki na łapkę. Normalne stworzenia mają jakieś receptory wypełnienia żołądka, ten natomiast stwór monachijski chyba felerny jest w tym względzie. Myślałam sobie kiedyś: gdyby ją tak zostawić sam na sam z garnkiem zawierającym trzydniowe jedzenie dla obydwóch - jak długo by jadła i ile by zjadła. Ponieważ istnieje domniemanie, że wszystko - wolałam nie eksperymentować.
A najlepsze w tym wszystkim było zachowanie Czarnej - jej poczucie winy (choć ona zapewne tego ciasta nie tknęła nawet, bo nie wyobrażam sobie wspólnego obżerania jednego kawałka, w sytuacji, gdy potrafią się pożreć do krwi na okoliczność  marnego okrucha, który nie zdecydował się, pod czyim pyskiem ma wylądować).  Z trudem  udało mi się ją przekonać, żeby "posprzątała" z dywanu pozostawione tam okruchy   (a jest w tym dobra - wszelkie okruszki z podłogi pozbiera do ostatniego). Zaprowadziłam na miejsce, powiedziałam "Posprzataj", a ona  stała nad nimi chwilę i zastanawiała się, czy faktycznie ma to zrobić.

PS:
Dziękuję Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, mimo, że ja sama rzadko zaglądam.Dzięki także za mejle na PW na które niekulturalnie nie odpowiedziałam. Podtrzymujecie bardzo mojego ąkłego ducha! Dzięki Wam za to.




niedziela, 3 grudnia 2017

Rusz sie Zenek

śnieg na dworze.


Sprzęt dla Zenka gotowy. Ale Zenek pewnie chory, albo śpi więc musiałam sama. Bo tak, spadł drań popołudniem i cicho legł. 

Wizualnie to jest frajda. Ale reszta - jak widać. Mam nadzieje tylko, że szkód żadnych nie będzie, bo mokre toto i oblepiło wszystko.

Oczywiście, oblepiło również Księżniczkę, na samo dzieńdobry na śniegu. Dziś było kompanko i strzyżonko. Łap nie strzygłam, bo na raz tak dużej krzywdy psu robić nie można. (I tak były dwie krzywdy na raz, a może więcej, bo jeszcze czyszczenie uszu i wycinanie strąków z brody) łapy posmarowałam płynnym jedwabiem i miałam gupią nadzieję, że się nie przylepi jednak. Ale się przylepiło - już po paru krokach Księżniczka wlokła za sobą łapki oblepione wielkimi kulami. Po powrocie została zahaltowana u drzwi i odbyło się wyczesywanie śniegu z łap. Efekt - spory kawał podłogi umoczony. I postanowienie, że nie ma to-tamto - pekeś* będzie ubierany i cześć pieśni.

Po tych wszystkich ciężkich przeżyciach przydreptała, przekrzywiła łepek, podniosła przednią łapkę, co oznacza -apa lącie**, a w tym przypadku - włóż pańcia pieseła na łóżko. Skołtuniła kocyk, zwinęła się w kłębek i posapuje.

I mamy pierwszego bałwana tej zimy. Właściwie jest to, jak widać bałwana, w dodatku taka baba - corn. Ta baba-corn nie jest ze śniegu, tylko z szadzi ulepiona, która to szadź osiadła na kornflejksach znajdujących się na przyczepie. I, żeby nie było, baba siedzi sobie na hedarze Jasia Dira, który te kornflejksy z łanu przetransferował na przyczepy.

Bowiem Dziecko wreszcie wymłóciło kornflejksy. W zasadzie wymłóciło zdalnie, bowiem samo znajdowało się w tym czasie na targach rolniczych w Nadarzynie oraz w drodze z owych. Jak przybyło, to już było prawie po zawodach - wykoszone i zwiezione pod suszarnię. Jedna przyczepa tylko, przypięta do naszego zabytku rolniczego została na gumnie. W sobotę pojechało doglądnąć, jak się suszy i wtedy pozdejmowali tę szadź i ulepili babę-corn. (Mówiłam chyba, że faceci zostają chłopczykami na zawsze. Niestety, tylko w pewnym zakresie.)
I to był ostatni dzwonek  na te kornflejksy i ostatni moment, bo dłużej już bym mamrolenia Starszego nie zdzierżyła. Oraz tych wszystkich rolniczych wykładów. A dziś tak chodzi od okna do okna, paczy na ten śnieg i wzdycha, że jak to dobrze, że wykoszone, bo  śnieg by zniszczył.

A poza tym, niestety, idom święta. I tatuś już dostaje powoli maupiego rozumu. Bronię się rencami i nogami, bo już od dawna-dawna sensu nie widzę w przygotowywaniu tych gór żarcia (czyż do licha sens świąt na żarciu polega?!), a im później  w czasie - tym bardziej nie widzę. Ale jak zwykle polegnę, może nawet podwójnie polegnę. Zapowiedziałam, że żadnej domowej masarni nie będzie w tym roku. A tu masz - Starszy wybrawszy się do laboratorium, zaliczył w drodze powrotnej "Piotrusia" i przytaszczył świński połeć. Połeć zafoliowany próżniowo był, więc dałam mu chwilę spokój, ale dziś trzeba było pociąć i wsadzić w marynatę. Przygotowałam front robót, naostrzyłam noże, mając nadzieję, że przynajmniej to porcjowanie Starszy załatwi, bo ja już marynatę zagotowałam, naczynie do marynowania uszykowałam. No i usłyszałam - "Wiesz, tobie to tak sprytnie idzie..." No, aha, czyli wiadomo. Jak zwykle. Jedni są od wymyślania, drudzy od roboty.
No i Rzeszowska mi, świątecznie jakby, ciśnienie podniosła już chwilę temu. Zadzwoniła i:
-Wiesz, kupiłam ci pół kilo (!) suszonych prawdziwków..
-Ale, w sklepie?
-No, tak. Bo wiesz, tu taka pani ze mną leżała i mówiła, że ma bardzo dużo prawdziwków nasuszonych. No to mi sprzedała.
No to ja się pytam, po jaki ten, no, potrzebne mi pół kilo prawdziwków suszonych, skoro my grzybów prawie nie jadamy. Dlaczego do cholery od baby, pierwszy raz na oczy widzianej, a nie ze sklepu, które są z atestem, że jadalne?! I od kiedy to sklep jest na onko w Rz? Jak znam życie, to cyrk na tle tych grzybów będzie, bo Kasia-BHP ich nie tknie. I ciotka się obrazi. Sama zresztą mam mieszane uczucia. Nigdy nie kupuję grzybów na targu, zresztą smakoszem nie jestem, w zasadzie mogą dla mnie nie istnieć. Nie zbieram też, bo poza tym, że nie czuję woli bożej, to nie mam na to warunków. A jak zbierałam, to maślaki i kozaki oraz kanie, bo te znam na pewno. Bez zastanowienia mogłabym zjeść grzyby zebrane przez mojego brata (gdyby już całkiem nic innego do jedzenia nie było). No i jestem w kropce. Właściwie w dużej kropie.  Ale zdaje się, że rozwiązanie już mam na myśli.
I tak to właśnie jest z tym darowanym koniem. W zęby mu nie pozaglądam. Tylko - po co mi ten koń?

Z przysłów to jeszcze by było to "Chytry dwa razy traci": Oszczędzić chciałam nieco, bo mi moje zoo ostatnimi czasy kieszenie czyści strasznie (Księżniczka na dwóch lekach, Areczek na karmie urynryjnej, co już daje 2 stówy na miesiąc, a oprócz tego normalny wikt i czasem jeszcze jakieś cóś. Np. jedwab płynny do łapek, bo się po nim nie kołtunią tak okropnie.) No i znalazłam inną karmę na to samo, innej firmy, tańszą nieco. I peszek malutki, bo Areczek karmę zignorował  - podstawioną pod nos powącha i odchodzi. Dopóki jeszcze była resztka poprzedniej, to wymieszane zjadał, choć trochę te chrupeczki wybierał. Co ciekawe, to karmą tej samej firmy, zakupioną dla dziewczynek się chętnie częstuje. Ale ja wiedziałam. Wiedziałam,że tak będzie. Bo zawsze się na złe obraca jak się zasady czy zasadki łamie. Zasada była taka, że nie kupujemy karm smarketowych, ani koncernowych. A ta była niestety koncernowa. Czego miałam pełną świadomość. I z pełną świadomością wsparłam monsanto. A kysz...
A teraz przylajzła na mnie moja najkochańsza-najgrubsza kota i się domaga. Głasków oczywiście...


*pekeś = kombinezon
** apa-lącie = weź mnie na ręce
Ze słownika moich dzieci się wzięło, gdy malutkie były i po swojemu gaduliły. I zostało w terminologii rodzinnej, tak, że jak uszyłam Księżniczce nowe ubranko, to Synek zawołał : "O, mama uszyła piesełowi nowy pekeś"





piątek, 17 listopada 2017

sie obijam

Choć oczywiście niezupełnie i nie do końca, bo jednak to i owo ktoś musi zrobić. A ponieważ ochotników brakuje, więc tym ktosiem jestem ja. Większość zadań wynika z obsługi zwierzyńca czworo i dwunożnego. Prawdę mówiąc, wolę obsługiwać ten czworonożny, bo to jest jakieś naturalne takie, że on obsługi wymaga. Jeżeli chodzi o dwunożny, to jego połowa stwierdziła ostatnio, że "swoje już zrobiła i już nic nie musi", natomiast druga połowa jest w permanentnym niedoczasie, w ciągłym locie albo linia mu się grzeje.Do tego ma zwyczaj wędrować z telefonem przy uchu na kopiec Kościuszki, więc staram się  nie zakłócać mu odgłosami z tła dyskusji byznesowych.

Niektóre dnie są ciężkie do przeżycia  - buro, ponuro, ciemno, jak w rodzinnym grobowcu. Na nic siły i ochoty.W poniedziałek Starszy przeleżał cały dzień połciem. A ja niestety, zmuszona byłam powalczyć z gównem, bo Czarna Koza zrobiła sajgon w obórce totalny. Sytuacja była pt "nie chcem, ale muszem" i jak się już zabrałam to, oczywiście, permanentnie. I o dziwo, nigdzie mnie nie łupło. Ale potem to już nawet psom sikać się nie chciało, więc motywacji do ruchów jakichkolwiek nie było. Zatem, żeby nie sczeznąć w marazmie kompletnym zabrałam się za uszycie Dziecku torby "śniadaniowej", ponieważ poprzednia zaginęła w akcji, a pakowanie pożywienia w jednorazówki kończy się wybieraniem jabłuszek bądź kanapek spod fotela w aucie. W swoim bogatym składzie tekstyliów znalazłam dwa, odpowiednio nieduże na to, by cokolwiek innego z nich zrobić, kawałki tkaniny w chińskie znaczki. Z zasadniczej części tego materiału uszyłam była kiedyś roletę rzymską dla Córusi. Roleta była dwustronna, wykończona czarnym lnem. Nawet posiadała profesjonalny mechanizm. Uszycie jej wymagało nieco wysiłku. Po czym beztrosko zostawiłam ją na półce w pociągu jadąc do KRK, celem zawiezienia i zawieszenia. (Mam nadzieje, że znalazcy się spodobała i przydała.)


Z tych chińskich znaczków wyszła taka oto torbeczka. Ucha uszyłam z taśmy bawełnianej, złożonej na pół i przestebnowanej. Zszyta jest szwem bieliźnianym, coby się farfocle we wnętrzu nie ciągnęły i przestebnowana na brzegach, żeby nie wyglądała jak płaski wór. 

Mając przed oczami Dziecko nurkujące pod fotele za jabłuszkiem doszyłam rzepa, coby zarzepiał i jabłuszka sie nie turlały

To szycie było także dla zajęcia głowy czymś tam, ponieważ wcześniej dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojej ciotecznej siostry. Marta była tylko o rok ode mnie starsza. Od jakiegoś roku zmagała się z ludożercą, będąc pod najlepszą opieką lekarską. Ale raczej nie była dobrej myśli, bo w ostatniej rozmowie, zapytana o stan swojej mamy (a mojej ciotki, która ma 94 lata) stwierdziła, że mama na pewno ją przeżyje. W niedzielę przed wieczorem trzymałam w garści telefon z otwartym mesendżerem i zastanawiałam się, czy nie napisać. Ostatecznie nie napisałam. Zmarła w niedzielę o 21.30.

A poza tym znowu trochę czasu zmarnowałam na latanie po przychodniach i rejestracjach. Ciota, po tym jednodniowym pobycie w szpitalu, dostała dwa skierowania do specjalistów, z wpisem na karcie wypisowej, że ma ich odwiedzić za dwa tygodnie. Jakoś wydaje mi się, że doktory są oderwane od dotyczącej ich rzeczywistości, widzą pod nosem, a cała reszta jakby ich nie dotyczyła. Po co pisać starszej kobiecie, że za dwa tygodnie, nie wystawiając skierowania na cito, skoro wiadomo powszechnie, że do niektórych specjalistów są roczne kolejki? A po drugie - po co w ogóle ganiać ją po specjalistach, skoro schorzenie jest zadawnione, z dawna rozpoznane i niewyleczalne i nie ma specjalisty cudotwórcy, który by ją teraz uzdrowił, skoro nie uczynił tego 20-30 lat temu, w poczatkach choroby.W dodatku wyszło na to, że ciota niezadowolona z mojego wyboru lekarza. Mogłam ją zarejestrowac do pierwszego lepszego chirurga (i w sumie efekt byłby ten sam), tymczasem wybrałam chirurga naczyniowego. No i wpadka, bo ciota tego doktora nie lubi: kiedys poddała się jakiejś "innowacyjnej" terapii antyżylakowej, która okazła się falstartem. Potrzebny był kolejny doktór. Trafiła na tego właśnie, a on jej powiedział, że "kto zepsuł, niech teraz naprawia", co ciotę obruszyło do żywego i na wieki jej się w mózgownicę wklinowało wykreślając tego właśnie doktora z listy lekarzy mogących dostapić zaszczytu wysłuchiwania historii jej wszelkich chorób i przebytych terapii. O czym być może słyszłam, ale zapomniałam, nie przywiązując wagi do dupereli. W każdym razie: do tego jednego zarejestrowałam ją na Mikołaja, a do drugiego na końcowkę maja.

Ruch się zaczął w kornflejksach w pobliżu mym, tym fizyczny i tym szerszym.

Horyzonty mi sie poszerzyły. Od południa i jakby od wschodu trochę. Ta piękna maszyna solidny zagon przeżuła i wypluła na przyczepy ziarko złote, a mi klaustrofobia się odrobinę zmniejszyła. Psy rozglądały się ze zdziwieniem, że tak daleko widać, po czym Czarna zaczęła grzebać w ściernisku i wygrzebała nornicę (Fuj! -usłyszała i wypuściła. Czy nornica przeżyła -nie wiem) 

Psychicznie: Dziecko od kilku dni uczestniczy w kornflejksowym surviwalu easternowym (co się wiąże dla mnie z zabezpieczaniem przed utratą energii - kanapki i hektolitry kawy w termosy).
Kolega Dziecka ma tuż pod wschodnią granicą 100 ha pola obsianego kornflejksem. Zbiór ziarna z takiego pola, oddalonego od gumna o 90 km to cała logistyka: przeturlanie kombajnów, traktorów z przyczepami ogarnięcie tematu wywiezienia urobku z pola do kupca, ewentualnego składowania do momentu wywiezienia i ewentualnego załadunku na tiry. I tu problem jest, bo firmy transportowe nie chcą się podstawiać pod kombajn w polu (zawsze jest opcja uszkodzenia auta lub utonięcia  w roli po osie z ładunkiem - taka załadowana łódka to łącznie prawie 30 ton). Nie chcą jeżdzić do firm skupowych, bo kolejki. Dziecko miliony telefonów wykonało. W końcu załatwiło jakieś podwody na przyszły tydzień (ciagle za mało), po czym załatwiło plac na tymczasowe składowanie oraz ładowarkę, po czym obdzwoniło skupy, że może ktoś choć coś prosto z pola weźmie, żeby mniej na tę kupkę sypać. Żeby  jakoś wyobrażnią ogarnąć zakres przedsięwzięcia: jeden "tir" z naczepą  typu łódka zabiera na tę naczepę ok 20ton (każdy "tir zresztą, bo nie może takie auto z ładunkiem ważyć więcej niz 26 ton bodajże. Przeładowanie, w razie natknięcia się na :krokodyli z wagą, kosztuje kierowcę straszne pieniądze.) Z tych 100 ha może być, przy dobrych wiatrach, ponad 1000 ton . Wynik dzielenia daje 50 aut. Albo np 5 aut po 10 kursów. Licząc dwa kursy dziennie wychodzi 5 dni na wywóz tego ziarna do skupu. Kombajn kosi non stop, chłopcy się zmnieniają w kabinie, żeby nie paść. Dziecko pojechało na noc we środę, ale zbędne było, więc wróciło o północy. Pojechało rano zluzować któregoś, wróciło o 23 i oznajmiło, że jakieś 25ha jeszcze zostało. Dzisiaj zerwało się świtem i o siódmej już go nie było. Poleciało bez porannej kawusi nawet, bo ja spałam jakby, po śródnocnym wyprowadzaniu psów (o 4.15) -  no cóż , na szczęście są stacje benzynowe po drodze. Ciekawa jestem jak bilans zysków i strat na tym polu wyjdzie. Bo tak jakoś wydaje mi się, że posiadanie pola w tak dużej odległości od gumna jest zyskowne tylko dla władców Bieszczad, którzy swoich włości nawet nie oglądają - zamieniwszy je w trwałe użytki zielone, zlecają tylko telefonem koszenie. Dopłaty do ptaszków i krajobrazów  pokrywają koszty koszenia z dużym naddatkiem (Hektar koszenia kosztuje ok 130 zł. Na ogół właściciela nie interesuje skoszone, więc kosiarz we włanym zakresie to suszy i balotuje, po czym sprzedaje siano gotowe. Dopłaty do ha bieszczadzkich nieużytków mogą sięgać nawet ok 2 tys. Czysty zysk, bez kiwnięcia palcem i wystawiania nosa poza warszawskie posiadłości) Rolnik -rolnik, co innego. Ale ci warszwscy -bieszczadzcy rolnicy to jest dla mnie anomalia przyrodnicza taka sama jak ten warszawski czterdziestokrotny kamienicznik.
Dyrektorowanie pod chmurką to jest wciąż pot i znój, mimo tych wspaniałych, nowoczesnych maszyn za europejska kasę. Do tego łeb na karku, kalkulator albo excel w ręce, telefon bez limitu połączeń oraz komputer. Agrotechnik, mechanik maszyn rolniczych, operator kombajnu, traktorzysta, operator ładowarki. logista, ksiegowy i pracownik fizyczny w jednym (albo jeszcze więcej)
Fajnie jest najbardziej tam, gdzie nas nie ma.







sobota, 11 listopada 2017

jesienne dumanko

Jesiennie ciągle. Dziś znowu mała rehabilitacja pogodowa: chociaż dość ponuro, ale ciepło i bezwietrznie. A ja od rana mam manewry taktyczne.
Najpierw oczywiście psy, na dzieńdobry-dzieńdobry (to tak wygląda, że wstaję, naciągam na siebie to i owo, one już tańczą wokół mnie, więc szybko kawiarka na gaz, wskakuję w wysokognojne i ałt)
Wróciwszy nakarmiłam głodomory (to tez musi być od razu po powrocie, bo Czarna już tańczy).

Usiadłam, żeby wypić własną kawę, a tu pod oknem rozdarła się sumsiadka moja ulubiona, że jabłka wożom po dwapińdziesiat. Właśnie miałam lecieć złapawszy portfel w kieszeń, ale "młody rolnik" zajechał na gumno. I namówił mnie na krzynkę szampiona (no, nie wiem, kiedyś to się czempion nazywało). Wzięłam, bo dawał próbować i smaczne były. ( Z tymi jabłkami to teraz różnie - raz, że ich nie ma, dwa, że drogie, trzy, że beznadziejne jakieś w smaku. Na koksę się narwałam kiedyś na zieleniaku, ale koksa też już zmodzona i smak nie ten.)
Potem wpadł Tatuńcio, że chleb wożą, to może polecę kupić. (Tatuś wczoraj dostał wygawor, bo był w mieście i nie kupił chleba. Oczywiście - on nie wiedział, że trzeba, bo skąd chłop może takie rzeczy wiedzieć, że, chleb się kupuje np. I że nawet można na zapas, bo się go w zamrażalnik wrzuci.) Chciał się za wczoraj zrehabilitować,tyle że moimi rencami (nogami?)
Kupowanie tego chleba wożonego połączone jest z życiem towarzyskim, bo zawsze tam się kilka bab zleci i można chwilę gupio pogadać. Rzadko kupuję, bo trzeba akurat, będąc w gotowości, usłyszeć pipka i zdążyć dolecieć. I to w ogóle jakaś ciekawa akcja jest, bo facet wozi ten chleb w bagażniku zwykłego kombiaka (ciekawe co tam wozi w międzyczasie), na chlebku jest etykietka ze wszelkimi danymi, z wyjątkiem nazwy piekarni. Na szczęście chleb jest foliowany, ale bułeczki niestety pan podaje tymi samymi rencami, którymi np. przed chwilą otwierał bagażnik. (Oj tam, oj tam - człowiek nie wie, z czego tyje)

Potem przyniosłam jeszcze buraczki dla kozów od sumsiada i darowane otręby, też dla kozów.

A potem Dziecko wziąwszy i wstawszy. I trzeba było Dziecko nakarmić, po czym Dziecko poszło węgiel do hadesu zrzucać. Jak zwykle pyskowania i mniauczenia było przy tym co niemiara, łącznie z rzucaniem opatą. ( Dziecko nerwusik taki trochę jest i na wqrwiku lubi sobie czymś piżgnąć: a to kluczem, a to majzlem, a to opatą tudzież. Ponieważ raczej przy tym kontroluje kierunki i szkód dalszych nie implikuje - to niech sobie rzuca. Państwo Kurylewiczowie, tj. Warska i Kurylewicz, w celu rozładowania napięć małżeńskich mieli specjalnie przygotowaną do piżgnięcia siatkę z pingpongami. Piżgnąć takim czymś - cudnie, no, ale pozbierać potem! Domniemywam, że zgoda małżeńska nastawała przy wspólnym wyiskiwaniu pingpongów z zakamarków) Ponieważ opatą z plandeki gruby węgiel faktycznie nabiera się nijak ("Kto to wymyślił, żeby na plandekę?! - No, ja przecież. Bo nie lubię może wybierać węgla z trawy?"), więc zaproponowałam wiadro. "A co ja będę, jak popierniczony, z wiaderkiem latał!" Ale przyniosłam wiadra dwa, ja napełniałam stacjonarnie, on śmigał i poszło gładziutko. Nawet z podsumowaniem, jak to nam sprawnie kooperacja wychodzi. Kooperacja z Dzieckiem zawsze nam sprawnie wychodzi. Czasem na wstępie jakiś taniec indiański odtańczy i czymś piżgnie ewentualnie, ale potem jest git. (Wiadomo powszechnie, że faceci nie dorastają, oni tylko do pewnego momentu rosną, potem zaczynają się starzeć, a dużo dużo później stają się upierdliwymi zgredami, bo wyłażą na wierzch wszystkie ich plusy ujemne - zwłaszcza, gdy te dodatnie były słabe i nie mają już zastosowania w praktyce. I przekonanie, posiadane przez każdego mena - "po co mam robić coś, co może kto inny zrobić za mnie" rządzi ich aktywnością, a raczej - jej brakiem) Dziecko, dzieckiem będąc, trudne w prowadzeniu było, ze stwierdzonym mocno ADHD, którego do świadomości swej nie dopuszczało i wszelka lekturę w temacie odrzucało. Ale ogarnęło się zadziwiająco ładnie, choć nadal "czas", a raczej określona jednostka czasu, to jest dla niego pojęcie mocno względne. Wygląda to np. tak, że dzwoni i mówi, że jedzie i będzie "za chwilę", po czym pojawia się po dwóch godzinach. Pomału staram się wrzucać na luz i nie dopuszczać podpowiedzi złośliwego trola pt "musiało się coś stać". Patrząc z innej perspektywy - całe życie to chwila, więc te 2 godziny to jakiś ułamek chwili ledwie.

No dobrze, to teraz  o jedzonku. Od rana mnie tu taka jedna atakuje przepisami i przepisów brakiem, co mnie tak na tematy jedzeniowe zepchnęło. Chociaż temat jedzenia jest u mnie tematem trudnym bardzo, zwłaszcza ostatnio. Po pierwsze - ze względu na idiotyczny tryb pracy Dziecka powinnam gotować na obiad coś, co da się odgrzać. Jak wiadomo, nie wszystko się da (no, chyba, że w mikrofali, ale jej, podobnie jak telewizorni, nie posiadam ideologicznie) - taki np kotlet odgrzewany mocno traci, ziemniaki odsmażane tudzież. Więc kombinuję. Kombinacje kończą się tym, że Starszy nie je, bo on "przyzwyczajony do chłopskiego jedzenia".  Więc muszę kombinować co innego dla Starszego. A Starszy miewa fazy. Najpierw było "flaki, flaki", po czym kolejne przeleżały 3 miesiące w zamrażarce. "Kapustka, kapustka", po czym pyszna kapustka, nietknięta, poszła za flakami, a następnie, po rozmrożeniu zjadłam sama, zgodnie z ideą studencką jeszcze, że "lepiej zjeść i odchorować, niż się ma zmarnować". Oczywiście chętnie jadłby jadło wymagające pól dnia garowania, typu gołąbki, pierogi itp. Ale, ja masochistka garnkowa nie jestem, obiad ma byćnie tylko jadalny, ale tez szybki. Pół dnia garowania dla 10 minut jedzenia nie rajcuje mnie zupełnie. W dodatku takich gołąbków np. nie da się zrobić "troszkę" a mrożone są niesmaczne, ryż się robi jakiś taki papierowy.Wczorajszy obiad:  zupa jarzynowa z brukselką, brokułem, szparagówką. Dziecko akurat było w domu, zjadło porcję, ja swoją. Starszy - nie, "bo on dwudaniowego obiadu nie zje, chyba go chcę utuczyć" (Część dodałam psom do ich kolacji, resztę zjem dzisiaj) Ziemniaczki, sznycelek (czyli kotlecik mielony) i buraczki oprószane. Dziecko nie jadło, bo już musiało lecieć, a Starszy zażyczył sobie "chłopskie", czyli owe ziemniaczki z maślanką. Psy dostały więc trochę buraczków, trochę zjadłam, resztą się dziś podzielę z psami.
Jak widać - temat gotowania jest mocno rozwalający. Przy tym, oczywiście, żadnych wynalazków, oprócz wynalazków "już oswojonych". Wqrza mnie to tym bardziej, że ja nie jestem przyzwyczajona do takiego czegoś. U mnie w domu nie było fanaberii - co ugotowane, to miało być zjedzone. Do czystego talerza. A Starszy ma  taką manię, że choćby widelec ziemniaków, ale musi zostać. Domyślam się jakiegoś wiejskiego sawuarwiwru, że nie należy zeżreć do końca, bo by wyglądało, że był głodny taki.
Ponieważ te jabłka przybyły, co prawda takie raczej deserowe, niż kulinarne, to wymyśliłam sobie strudel. Czas garowania przy produkcji strudla jest do przeżycia. W dodatku można najbardziej nieprzyjemne zadanie, tj obieranie jabłek, zlecić Starszemu.
Ciasto na strudel jest bezkolizyjne - po prostu robię ciasto jak na pierogi, z tą różnicą, że daję jajko, którego nie ma w pierogowym.
Czyli ciasto na strudel:
1 szkl bardzo gorącej wody
1 duża szczypta soli (duża szczypta to w trzy palce)
1 jajko
4 łyżki oleju
1/2 kg mąki (około, bo to mocno zależy od tego jak bardzo jest sucha. Sklepowa zawsze suchsza niż własna)
Mąkę wysypać na stolnicę, dodać sól, zrobić dołek. W ten dołek wlewać powoli szklankę gorącej wody, zagarniając mąkę od brzegów łyżką, albo szerokim nożem.  Jak już się zrobi paćka mączna, znów wygrzebać dołek, w ten dołek wbić jajko i wlać olej, przegrzebać jeszcze nożem, by nabrało konsystencji, w którą można ręce włożyć, po czym normalnie wyrobić ciasto, raczej dłużej niż krócej, bo wyrabianie takiemu ciastu zawsze dobrze robi (jak wiadomo - nie każdemu, bo kruchego się raczej nie wyrabia, tylko zlepia do kupy i parę razy przygniata) Nadmiar mąki zawczasu odsunąć nożem na brzeg stolnicy. Potem w miarę potrzeby podsypywać tą mąką ciasto. Uważając żeby nie przesadzić, bo ciasto strudlowo-pierogowe ma być miękkie i elastyczne. Po całej tej akcji, ponieważ użyłyśmy prawie wrzącej wody, ciasto jest dość ciepłe, Zatem je na talerz i pod miskę (koniecznie pod miskę, bo inaczej obeschnie, a tak to sobie jeszcze wchłonie te parę, co z siebie odda.
I w międzyczasie możemy się zająć jabłkami, co je właśnie Starszy skończył obierać i je szatkujemy. Nie ścieramy na żadnej tarce tylko cieniutko plasterkujemy. Można z palca, a można i nawet wskazane - szatkowniczką.
Bo oprócz ciasta potrzeba
ok 1 kg jabłek (raczej więcej niż mniej)
cynamon
cukier
ok 10 dag masła.
bułka tarta
Ciasto już wystygło, zatem żegnamy się ze stolnicą i przenosimy na stół (Nawet nie na ladę kuchenną, bo ja lubię mieć do tego dostęp swobodny ze wszech stron, poza tym ciasto  może nam ze stołu na wszystkie strony zwisnąć, czego na ladzie nie potrafi) Na tym stole kładziemy jakąś serwetę (oczywiście nie koronkową, tylko taką zwykłą, bawełnianą, jakąś jadalną, czyli bez nadruków itp) Tę serwetę lekko podsypujemy mąką i na niej wałkujemy ciasto. Najcieniej jak potrafimy, ma być takie prawie przezroczyste. Zapewniam, że to się udaje - gdyby to zbyt wiele wysiłku kosztowało, to strudla by u mnie w domu nigdy nie było. W książkach kucharskich piszą, żeby rozciągać i mama Kossakowa (Wojciechowa) przez kuchnię ciągnęła (ile tego musiało być, żeby aż przez kuchnię!), ale ja nie ciągnę nigdy. (Może odrobinę na początku) Bo ciągnie się nierówno, w jednym miejscu zdarzy się dziura, w innym grubo. Wałkowanie załatwi temat. Jak się trafią jakieś zgrubiałe brzegi to obcinam je na równo nożyczkami kuchennymi. (W tym momencie możemy sobie włączyć piekarnik na 180 st).
Teraz ten okrągły (a raczej bardziej prostokątny placek) smarujemy obficie roztopionym (tylko roztopionym, ja nie rumienię!) masełkiem. Posypujemy tartą bułką sowicie (bez przesady, ma przykryć masło i tyle w temacie, nie ma być warstwy luźnej buły). Na to wykładamy w miarę równo jabłuszkowe plasterki, posypujemy wg gustu cynamonem i cukrem. I zwijamy dwie sztrucle. Ja to robię tak, że zawijam jedną od jednego brzegu, drugą od drugiego, zostawiwszy sobie wcześniej przesmyk w jabłuszkach na środku. Jak nam na końcach coś wyrczy nieestetycznie, czyli jakiś nadmiar ciasta, to go obcinamy na równo, zalepiamy końce i na blaszkę prostokątną układamy dwie obok siebie. Odstęp wskazany, ale niezbyt przesadny, bo to ciasto nie rośnie. Smarujemy po wierzchu resztą masła i wstawiamy do gorącego już piekarnika. Pieczemy na jasnozłoto, pamiętając, żeby nie przesadzić, bo zbyt spieczone jest pancerne i nawet pies sobie zęby połamie na tym.  W międzyczasie można jeszcze raz tym masłem posmarować w trakcie pieczenia, ale musu nie ma. .Po wyjęciu z piekarnika kroimy ostrym cienkim nożem na grube kawałki i na talerzyk. Widelec do tego.
Starszy ma taka fanaberię, że życzy sobie, żeby mu jeszcze te kawałki strudla podsmażyć na masełku. Proszę bardzo, można i tak. Ja wolę bez smażenia.

Po wsadzeniu tego strudla w piekarnik wzięłam psy i poszłam z nimi precz. Idę, paczę a tu - tu się snuje, tam się snuje. Dym oczywiście. Bo wiosnę na wsi ropoznajemy po tym, że są dziury w asfalcie, a jesień po tym, że cała wieś spowita jest w dymach. Bo ludziskom z tych nudów (wszystko polikwidowane, żywiny żadnej, cza coś ze sobą zrobić) palma odpiernicza i kużden spadły liść musi być zgrabiony, a następnie spalony, jako ta czarownica na stosie. I nie ważne czy wyschły czy zaraz po deszczu - no cóż trochę więcej dymu. A koło przyrody kręci się tak, że najpierw nie ma liścia, potem są jakieś pączki, potem jest bujna zieleń, która następnie zamienia się w żółć, czerwień, brąz. Potem ten brąz zwiędły spada. I jak spadł, niechaj leży. Wszystko ma swój sens i cel. Jeszcze rozumiem - w obejściu. Ale w odległym sadzie?! W parku?! (Jakże miło wspominam włóczenie się po parku w S. jesienią i szeleputanie liśćmi pod nogami. Teraz to nieosiągalne!) W miastach odpowiednie służby też natychmiast podniosą każdy spadły liść. Również w parku. Kuzynka Starszego ma dom z ogrodem w miasteczku. Z dala od centrum miasta. Dostała poważne pismo z poważnego U.M., że ma wygrabić liście na swojej posesji. Nosz do licha! Co komu do domu, jak dom nie jego?! Co za zagrożenie dla ładu i porządku przedstawiają liście leżące na czyjejś ogrodzonej posesji?! Ja już pominę co wnoszą do świeżego powietrza te dymy (karalne to powinno być!) oraz gdzie sobie przezimuje u mojego sąsiada, pana Ć. taki np JEŻ? Bo pan Ć. sad wygrabił, pani Ola zleciła pozbieranie kosiarko-traktorkiem. Danka w tym roku nie tknęła grabiami sadu, bo pracuje etatowo i ma dość. No, a u mnie, jak wiadomo - gnojstwo, pod hasłem ten co liście z drzew strząsnął, wiedział po co to robi i się nimi odpowiednio zajmie.

PS. W kwestii informacyjnej zapodaję, że gdyby ktoś miał taki wewnętrzny przymus i koniecznie zapragnął znaleźć na tym blogu jakiś przepis, to tam na lewo jest takie miejsce podpisane "etykiety". I jak się kliknie w któreś słowo z tej chmurki, to pokazują się wszystkie moje posty opatrzone tą etykietą. Przyznam bez bicia, że nie etykietowałam postów od zarania, bo nie odczuwałam takiej potrzeby oraz nie sądziłam, że ktoś może być żądny zamieszczanych tu przepisów, czy wskazówek.Ogólnie rzecz biorąc, ja nie potrafię podać szczegółowych przepisów na to, co wyczyniam, ponieważ w kuchni działam na zasadzie swobodnej tfurczości. Nawet większość wykorzystywanych przeze mnie przepisów jest raczej traktowana jako podstawa improwizacji "na temat", No, oczywiście bez przesady, z czasem wiadomo, gdzie można improwizować, a gdzie musi być ściśle. Poza tym, jakoś mi się coś czasem wciśnie w dumania, ale ogólnie od przepisów to są specjaliści (tki), którzy(re) z tego żyją, że piszą blogi kulinarne.

PS.PS.  Się rehabilituję i wstawiam:

Oto właśnie sztuki dwie, tyle co wyjęte z piekarnika. Za długie wyszły nieco, więc skosem na blaszce leżeć musiały. Wizualnie to żadne mecyje, zwykła sztrucla lepiej się prezentuje.

PS.PS.PS.  rehabilitacja namber tu Ponieważ  Evunia mnie molestuje więc zamieszczam tego strudla urżnietego.
Jak mówiłam, szału optycznego nie ma.Ciasto jest cieniutkie i wiotkie, pod nożem się spłaszcza. Nigdy nie będzie wyglądać jak makowiec czy tp. Sztruclowatość jego zanika w trakcie pieczenia i to ciasto zawinięte sztruclowato jest niewidoczne okiem aparatu (gołym okiem również nie bardzo). Jabłka się ładnie rozpiekły, choć nie renety to były. Odrażająco nie wygląda, a najważniejszy jest smak.