Duje juz 3-ci dzień, mało łaba mnie urwie. Wczoraj pod wieczór i w nocy postraszyło deszczem. Ziąb się zrobił okrutny. Pogoda nam w tym roku daje do wiwatu. Trudno powstrzymać się od narzekania, choć inni mieli gorzej. U nas na szczęście żadnych kataklizmów nie było. Jedynie 5-cio minutowy grad załatwił mi pomidory. Ale mimo, że podziurawione jak śrutem - dojrzewają.
Cioteczka przyjechałą w sobote i zadomowiła się. Od wczoraj zbiera się do wyjazdu, ale ciężko jej idzie. Nazrywała malin, które jej spleśnieją, naznosiła wiadrami spadów, które już gniją, bo to takie jabłka, że ledwie dotknie ziemi -już zgniłe. Dzisiaj stwierdziła, że zrobi sobie jabłka do słoików. No, czego do cholery ma wszystkie przetwory zawsze robic u mnie. Ja do niej nie jeżdżę, robić przetworów. Ale to tak wygodniej - wszelaki syf ma się z głowy u siebie. No i jest jak zwykle.
Nie trawię jej pieprzenia pod tytułem mycie dupy wszystkim, który zna i nie zna. Bo, ktoś mówił. Nosz, qrwa. A potem, że plotkary, flaki płuczą itd. Mówię: nie trzeba daleko szukać.
Nie trawię. Żołądek mnie bolał wczoraj przez cały dzień.
Jeszcze tak siedzi i monologuje: A muszek coraz więcej, zimno, będą się pchać do chałupy.... A chmurka tu taka nisko idzie.... O, poszła... A chleba to ty na śniadanie nie jesz? A ja taki pyszny placek upiekłam. Może upiekę. (A, wała) No, czego wy tak długo gadacie (Kładzie się o 21-ej) i takie sranie w banie cały dzień. No, chmura najdzie od północnego zachodu, to... się..zaraz... ( Dupa, dupa)
No, dobra.
Zrobiłam wreszcie ten chutney pomidorowy. Na zasadzie swobodnej interpretacji przepisu z neta.
(Qrwa, myje po sobie naczynia po śniadaniu i cały czas coś pieprzy pod nosem. Oraz ćwierka, bo ma coś z protezą nie tak)
Próbowałam na gorąco i wydawał mi się OK, a potem na zimno wpyliłam tę resztkę, co sie do słoika nie zmieściła i miałam wrażenie, że za bardzo octowaty. Na taki wielki gar, z którego wyszło mi 6 słoiczków po 385 ml i 10 słoiczków po chrzanie polonaise, dałam pół szklanki octu i szklankę białego wina wytrawnego. Niby powinno być w porządku. Przy okazji robienia tego sosu musiał być tez i przecier robiony, bo zawartość pomidorów się wyłuskuje. Wyszło pięć takich słoików. No i wykorzystałam ciotkę! Miałam dużo drobnych cebulek, z tej rodzinnej. I posadziłam, żeby mi to obrała. Usilnie przekonywała mnie, że takie małe cebulki można z powodzeniem do obiadu wykorzystać. Ale masochistka nie jestem i nie będę iskać tego do obiadu. Wyszło pięć słoików marynowanych cebulek. Starszy będzie wciągał zimą.
Andzia ma ruję i te skurczybyki się perfumują i tłuką.
Arkadiusz wytrwale poluje na okazję czmychnięcia z domu. Wczoraj mu się udało przed wieczorem. A wieczorem wyprowadzam psy w pole, doszłam już prawie do sadu, gdy dotarło wreszcie do mnie "miauu" za plecami. Arek pędził za nami co sił w łapkach i wołał nas. Psy czym prędzej rzuciły się witać Arka, co skłoniło go do odwrotu. Na szczęście pod dom i tam go zwabiłam na plasterek szynki.
Jak by się miał włóczyć, to trzeba by go poszczepić. Nie chce kota polowo - domowego, żeby mi przyniósł jakieś świństwo do domu. Wszystko + wscieklizna - 5 dych. Ratunku, przed cudzą głupotą. Kot siedział w domu, dopóki yta nawiedzona,nie zaczęła pitoliuć, że "tam u mnie w bloku, to sobie kotka na spacerek wyprowadzają" No i braciszek posłuchał miastowej siostrzyczki i wyprowadził. No i jest teraz efekt. Czemu, qrwa, ja mam wiecznie ponosić konsekwencje czyjejś głupoty?!
++++++++++++++++++++++++++
Wzięłąm sie za prasowanie. Dzieckowych T-szertów. Oczywiście. I sweterków. Starszy zapodał, że jedzie do doktora. I cioteczka zaczęła jojczeć, żebym z nim jechała. Nie wiem po co, bo alchajmer jeszcze nie jest. Do środka z nim nie wchodzę, bo po co. Te wizyty to rutyna. Równie dobrze mógłby pójść do rodzinnego. Leki by mu wypisał tak samo, a za wizytę byłoby zero zamiast 8 dych. No, ale pan doktór jest nowoczesny i recepty są podrukowane a nie nagryzmolone. I powie pacjentowi, że będzie żył, aż do śmierci. EKG mu zrobi nowoczesne. Aceneocumarol mu zmienili na Pradaxę. Różnica w cenie drobna -150zł. miesięcznie. No, dobra. Ja wydaje na fajki. Ale dom przy tym utrzymuję, a siebie na marginesie.
Jakieś szepty na boku musiały być, bo chciał mi kwiatka kupić. Pocałuj się w kwiatka. Jak się chce kwiatka kupić to się idzie do kwiaciarni i się kupuje, a nie ciągnie się kobietę - chodź, kupię ci kwiatek. Skończyło się na tym, że zrobiliśmy (!) zakupy (za które JA oczywiście zapłaciłam) i dał mi 20 dychy na wino(!). To kupiłam malinówkę. I właśnie ją chlam. Na 25 rocznicę ślubu dostać od męża flaszkę, to jest szczyt sukcesu, szczyt szczytów i szczyt wszystkiego. To jest podsumowanie całokształtu w 2 dychach. ( jeszcze do tej flaszki dopłaciłam, bo zapodałam pani, myśląc, że kosztuje 19.90, a kosztowała 23, 60).
Kupiłam wreszcie metr owsa dla kóz. Na chwilę będzie spokój, ale zadowolona nie jestem. To jest mieszanka, ale w tej mieszance jest także pszenica. No i trochę dupa. W sumie należałoby zwałować. Muszę w końcu zadzwonić do tego młyna w Głuchowie i zapytać, czy oni także nie wałują.
W obórce wrzask jakiś. Więc pójdę, bo juz i pora nadchodzi. A że pogoda jest jak jest, to im się wydaje, że jest później, niż jest.
wtorek, 3 września 2013
niedziela, 1 września 2013
po balu
Zrobiłam torcik hiszpański! Zeżarłam 2 kawałki! Tak łaził za mną, że aż mi po piętach deptał. Był z bitą śmietaną, brzoskwiniami i malinami, Dałam tylko 2 blaty bezowe, śmietana i maliny na wierzchu i polane mleczną czekoladą tu i ówdzie. Ale i tak nie dorównywał temu od Szelców z Leska, który strzeliliśmy sobie z Braciszkiem po tym jak spędziłam noc listopadową na sanockim SOR-ze.
Ciotka Z. jednak przyjechała. I nawet była miła. Trochę pogaduszek, dla Młodego wqrwiających, bo ona ma zawsze wiadomości o wszystkich w koło. Zadziwiające, że bywa rzadko a wie więcej niż ja, która tu jestem cały czas. No cóż, po prostu trzeba chcieć wiedzieć. A, ze ja nie chcę wiedzieć, to nawet sąsiadka plotkara wie. Nigdy ze mną nie dzieli się informacjami pt. co komu zdechło, a co się komu urodziło. Ponieważ wieś zwiedzam nader rzadko, jeżeli już, to autem do sklepiku, więc jestem zupełnie do tyłu z wszelką wiedzą. Najwyżej czasem uda mi się nekrolog przeczytać lub o ślubie dowiedzieć, gdy synuś z kolegami robią "bramę".
Wczoraj zanosiło się na dwie, ale moje zakupy im plany pokrzyżowały.I jedna przeszłą przed nosem. Na drugą wyszykowali drzwi z futryną, dopiero co zdjęte przez Młodego w ramach wymiany. Zrobili im "stopy", coby stały o własnych siłach i na szybie napisali "Drzwi do szczęścia". Wystroili sie we dwóch w sztruksowe czarne marynary i okulary a'la mafioso i pocięli z tymi drzwiami na miejsce akcji. Na miejscu ustawili je na szosie. Podobno sobie stały a samochody omijały je ze zrozumieniem. Następnie wyciągnęli młodą parę z merola (słownie ich wyciągnęli, nie siłowo) i zachęcili do przejścia. Po czym padło pytanie do młodego " Czy czuje sie pan szczęśliwszy?".
Mój Dzieciak ma pomysły nie z tej ziemi. Ostatnio tych wesel było trochę i "bramy"czyli "szlabanty", które robili przechodzą do historii.

Ciotka Z. jednak przyjechała. I nawet była miła. Trochę pogaduszek, dla Młodego wqrwiających, bo ona ma zawsze wiadomości o wszystkich w koło. Zadziwiające, że bywa rzadko a wie więcej niż ja, która tu jestem cały czas. No cóż, po prostu trzeba chcieć wiedzieć. A, ze ja nie chcę wiedzieć, to nawet sąsiadka plotkara wie. Nigdy ze mną nie dzieli się informacjami pt. co komu zdechło, a co się komu urodziło. Ponieważ wieś zwiedzam nader rzadko, jeżeli już, to autem do sklepiku, więc jestem zupełnie do tyłu z wszelką wiedzą. Najwyżej czasem uda mi się nekrolog przeczytać lub o ślubie dowiedzieć, gdy synuś z kolegami robią "bramę".
Wczoraj zanosiło się na dwie, ale moje zakupy im plany pokrzyżowały.I jedna przeszłą przed nosem. Na drugą wyszykowali drzwi z futryną, dopiero co zdjęte przez Młodego w ramach wymiany. Zrobili im "stopy", coby stały o własnych siłach i na szybie napisali "Drzwi do szczęścia". Wystroili sie we dwóch w sztruksowe czarne marynary i okulary a'la mafioso i pocięli z tymi drzwiami na miejsce akcji. Na miejscu ustawili je na szosie. Podobno sobie stały a samochody omijały je ze zrozumieniem. Następnie wyciągnęli młodą parę z merola (słownie ich wyciągnęli, nie siłowo) i zachęcili do przejścia. Po czym padło pytanie do młodego " Czy czuje sie pan szczęśliwszy?".
Mój Dzieciak ma pomysły nie z tej ziemi. Ostatnio tych wesel było trochę i "bramy"czyli "szlabanty", które robili przechodzą do historii.

Oto jedna z nich.
Zawsze to jakieś urozmaicenie w tym naszym wiejskim nicniedziejstwie. Bo stoliczki z kwiatkiem i serwetka ustawiane przez wiejskich pijaczków są nudne.
Postawiłam ścierki, coby się gotowały, bo ich szarość po normalnym praniu jest wqrzająca.
W łazience czeka na mnie pranie do wyniesienia. Wczoraj jakieś zwirze zlało mi sie na spiwór, którym sie przykrywam. To juz druga taka akcja, ze zostało mi podlane łóżko. I nie wiem, które to robi. W związku z wczorajszymi okolicznościami, zdecydowanie stawiam na kota. Robi sie coraz bardziej wqrwiający. To jego latanie po okna i zdzieranie siatek, nocne włóki, niszczenie mebli i wszystkiego co sie da zniszczyć. Popieprzony kot. Jeszcze takiej mendy nie miałam. Ale i tak wszyscy go lubią. A Dziecko, gdy zobaczyliśmy wczoraj na drodze rozpapranego kota, mocno dopytywało się, czy Kot jest w domu. Po czym okazało się, że chyba jednak nie, więc minę miało nietęgą. Ostatecznie wylazł z jego pokoju. Gdzie tam siedział - Bóg wie, bo tam był tez szukany. Może na szafie?
sobota, 31 sierpnia 2013
czasubrak
Albo ja jestem "rozprężona", albo Ziemia zapiernicza szybciej, bo brak czasu - nie ogarniam wszystkiego.
No, a trochę mam do ogarnięcia, bo moi panowie nie czuja potrzeby wewnętrznej uczestniczenia. Nawet po sobie: po posiłku gębę utrzeć, a talerze same do zlewu sie wstawia i w dodatku umyją. łazienka to masakra. Wczoraj powiesiłam kartkę. Czytali obaj po kolei i komentarz był tylko odnośnie gramatyki, że funduszy, a nie funduszów.Chyba trochę odpuszczę i panowie swoje nory będą sprzątali sami. Pozostałą pozostałość jest i tak dostatecznie wielka, jak na jedną osobę.
Przez ostatnie dni składałam się jak scyzoryk i wszystko co robiłam to na zasadzie, że musi być zrobione. Wczoraj w dodatku byliśmy w mieście, bo sprawy w Gminie i zakupy do zrobienia. Już samo parkowanie w tym grajdole to porażka. Nie dość, że permanentnie brak miejsc parkingowych, to jeszcze ludzie parkują jak idioci, nie licząc się z pozostałymi uczestnikami ruchu. Pod Gminą jakaś dzieweczka zaparkowała u samych wrót, coby sobie obcasików nie zedrzeć za bardzo. Ale tak, że zastawiła 2 samochody stojące regularnie na parkingu, a zad wystawał jej na jezdnię. Samochód osobowy przejechał, ale dostawczak miał problemy. I właśnie taki dostawczak się ślimaczył za naszym tyłkiem, jak mieliśmy odjeżdżać. Jak już się prześlimaczył i Starszy zaczął dawać do tyłu, to centralnie za plecami zatrzymał się nam kurier z GLS-u, postawił auto i poszedł w dal. Nie zdzierżyłam i otwarłam mordę w przestrzeń. Następnie, na zupełnie pustym parkingu pod sklepem z farbami (musze pomalować drzwi, te przeniesione) zaparkował nam 20cm przed maską wielki merol. Tym razem Starszy nie wytrzymał, wysiadł i schromolił chłopczyka publicznym słowem. Zobaczyłam w tej akcji Dziecko. I nasunęły mi się przemyślenia, wór cały przemyśleń na temat "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Jak znajdę czas, to napiszę, co wymyśliłam.
Zakupy wyszły nie do końca, bo zostawiłam kartę w kieszeni żakietu i oparliśmy się na skromnych zasobach Starszego. Nie lubię robić zakupów, jeżeli każda rzecz wkładana do koszyka jest szacowana pod kątem "po co to". Nosz qrde, niepotrzebnych rzeczy nie kupuję. Nie kupuję też wielu, rzekomo potrzebnych.
Nie kupuję: proszku do szorowania, płynów do łazienki, płynu do płukania tkanin, płynu do podłóg. Z całej tej kuchenno -łazienkowej chemii kupuje tylko płyn do naczyń i żel do klopa, bo nie dzierżę bajzlu, jaki w tym temacie robią chłopy. I leje im żywym chlorem. Może dotrze. Resztę załatwia kwasek cytrynowy, rozpuszczony w wodzie i zmieszany z odrobineczka płynu do naczyń. Robi robotę, jak najdroższe płyny do łazienki. Myje tym umywalkę, wannę, kafelki, kuchenkę, zlew, baterie itp. Garnkom daje radę płyn i zmywak, a jak się zdarzy jakaś katastrofa , to wraca do łask harcerska metoda - piasek lub popiół, w zależności od gara i stopnia przyfajczenia.
Wróciłam zmęczona jak po buraczanych wykopkach i duuzo zaplanwanych działań pozostało w planach nadal, tyle,że w aneksie.
Mija właśnie na dniach 25 lat istnienia naszej rodzinki. Na tę okoliczność Cioteczka (siostra starsza Starszego) spiekła tort. I podała go wczoraj "Somsiadem", z czego wnioskuję, że nie przybędzie. Podała razem worek cukierasów różniastych. Panowie wytrząchli z wora i zasiadłszy - konsumowali. Po czym wytrząchnięte zostało na stole. Ja, w oczekiwaniu na "kuriera" z tortem popełniłam pasztet drobiowy. Kości zostało co nieco, nie chciało mi się juz o nocnej porze ich utylizować, więc dałam do kubełka na śmiecie.
Rano zastałam moją Niunię leżącą w pokoju na dywanie z wielkim indyczym gnatem ze skrzydła. Już główki stawów były poobgryzane, Niuni mordka utytłana cała. Odebrałam, bo staremu (?) psu kości nie służą.
Oprócz tego, zastałam papierki (2?) z czekoladowych cukierów wymemlane, w kuchni na ławce.
Zdarza się, że pod nieobecność - nieuwagę coś zostanie wyżarte. NP. wafelki w czekoladzie znajdujące się na kuchennej ladzie w ilości pół opakowania. I dziwię się jak to się dzieje, że przy tych akcjach kradzieżowych suki się nie zagryzają. Gdyby jakieś jedzenie spadło na podłogę między nie, to kły poszłyby w ruch. A tu Niunia wypenetrowała ze śmietnika gnata i czarna zaakceptowała własność. Potem Niunia gnata opierniczała, a Czarna nawet nie zbliżała się do niej. Ciekawe. Która z nich właściwie rządzi w tym psim "stadku"?
Pierwsze Dziecko jedzie z perypetiami, będzie na południe w mieścinie i trzeba pojechać po nie, bo jedzie teelką. Inne połączenia zlazły z szyn i realizowane są autobusami. Kolej przeszłą na szosy! W NORMALNYCH krajach, gdzie ludzie od finansów potrafią liczyć, szosa schodzi na kolej. Ale przynajmniej czymś się wyróżniamy w gronie państw cywilizowanych.
No, a teraz już nadejszła pora na labora. Dobrego Dnia!
No, a trochę mam do ogarnięcia, bo moi panowie nie czuja potrzeby wewnętrznej uczestniczenia. Nawet po sobie: po posiłku gębę utrzeć, a talerze same do zlewu sie wstawia i w dodatku umyją. łazienka to masakra. Wczoraj powiesiłam kartkę. Czytali obaj po kolei i komentarz był tylko odnośnie gramatyki, że funduszy, a nie funduszów.Chyba trochę odpuszczę i panowie swoje nory będą sprzątali sami. Pozostałą pozostałość jest i tak dostatecznie wielka, jak na jedną osobę.
Przez ostatnie dni składałam się jak scyzoryk i wszystko co robiłam to na zasadzie, że musi być zrobione. Wczoraj w dodatku byliśmy w mieście, bo sprawy w Gminie i zakupy do zrobienia. Już samo parkowanie w tym grajdole to porażka. Nie dość, że permanentnie brak miejsc parkingowych, to jeszcze ludzie parkują jak idioci, nie licząc się z pozostałymi uczestnikami ruchu. Pod Gminą jakaś dzieweczka zaparkowała u samych wrót, coby sobie obcasików nie zedrzeć za bardzo. Ale tak, że zastawiła 2 samochody stojące regularnie na parkingu, a zad wystawał jej na jezdnię. Samochód osobowy przejechał, ale dostawczak miał problemy. I właśnie taki dostawczak się ślimaczył za naszym tyłkiem, jak mieliśmy odjeżdżać. Jak już się prześlimaczył i Starszy zaczął dawać do tyłu, to centralnie za plecami zatrzymał się nam kurier z GLS-u, postawił auto i poszedł w dal. Nie zdzierżyłam i otwarłam mordę w przestrzeń. Następnie, na zupełnie pustym parkingu pod sklepem z farbami (musze pomalować drzwi, te przeniesione) zaparkował nam 20cm przed maską wielki merol. Tym razem Starszy nie wytrzymał, wysiadł i schromolił chłopczyka publicznym słowem. Zobaczyłam w tej akcji Dziecko. I nasunęły mi się przemyślenia, wór cały przemyśleń na temat "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Jak znajdę czas, to napiszę, co wymyśliłam.
Zakupy wyszły nie do końca, bo zostawiłam kartę w kieszeni żakietu i oparliśmy się na skromnych zasobach Starszego. Nie lubię robić zakupów, jeżeli każda rzecz wkładana do koszyka jest szacowana pod kątem "po co to". Nosz qrde, niepotrzebnych rzeczy nie kupuję. Nie kupuję też wielu, rzekomo potrzebnych.
Nie kupuję: proszku do szorowania, płynów do łazienki, płynu do płukania tkanin, płynu do podłóg. Z całej tej kuchenno -łazienkowej chemii kupuje tylko płyn do naczyń i żel do klopa, bo nie dzierżę bajzlu, jaki w tym temacie robią chłopy. I leje im żywym chlorem. Może dotrze. Resztę załatwia kwasek cytrynowy, rozpuszczony w wodzie i zmieszany z odrobineczka płynu do naczyń. Robi robotę, jak najdroższe płyny do łazienki. Myje tym umywalkę, wannę, kafelki, kuchenkę, zlew, baterie itp. Garnkom daje radę płyn i zmywak, a jak się zdarzy jakaś katastrofa , to wraca do łask harcerska metoda - piasek lub popiół, w zależności od gara i stopnia przyfajczenia.
Wróciłam zmęczona jak po buraczanych wykopkach i duuzo zaplanwanych działań pozostało w planach nadal, tyle,że w aneksie.
Mija właśnie na dniach 25 lat istnienia naszej rodzinki. Na tę okoliczność Cioteczka (siostra starsza Starszego) spiekła tort. I podała go wczoraj "Somsiadem", z czego wnioskuję, że nie przybędzie. Podała razem worek cukierasów różniastych. Panowie wytrząchli z wora i zasiadłszy - konsumowali. Po czym wytrząchnięte zostało na stole. Ja, w oczekiwaniu na "kuriera" z tortem popełniłam pasztet drobiowy. Kości zostało co nieco, nie chciało mi się juz o nocnej porze ich utylizować, więc dałam do kubełka na śmiecie.
Rano zastałam moją Niunię leżącą w pokoju na dywanie z wielkim indyczym gnatem ze skrzydła. Już główki stawów były poobgryzane, Niuni mordka utytłana cała. Odebrałam, bo staremu (?) psu kości nie służą.
Oprócz tego, zastałam papierki (2?) z czekoladowych cukierów wymemlane, w kuchni na ławce.
Zdarza się, że pod nieobecność - nieuwagę coś zostanie wyżarte. NP. wafelki w czekoladzie znajdujące się na kuchennej ladzie w ilości pół opakowania. I dziwię się jak to się dzieje, że przy tych akcjach kradzieżowych suki się nie zagryzają. Gdyby jakieś jedzenie spadło na podłogę między nie, to kły poszłyby w ruch. A tu Niunia wypenetrowała ze śmietnika gnata i czarna zaakceptowała własność. Potem Niunia gnata opierniczała, a Czarna nawet nie zbliżała się do niej. Ciekawe. Która z nich właściwie rządzi w tym psim "stadku"?
Pierwsze Dziecko jedzie z perypetiami, będzie na południe w mieścinie i trzeba pojechać po nie, bo jedzie teelką. Inne połączenia zlazły z szyn i realizowane są autobusami. Kolej przeszłą na szosy! W NORMALNYCH krajach, gdzie ludzie od finansów potrafią liczyć, szosa schodzi na kolej. Ale przynajmniej czymś się wyróżniamy w gronie państw cywilizowanych.
No, a teraz już nadejszła pora na labora. Dobrego Dnia!
wtorek, 27 sierpnia 2013
rano
Wstałam 7.20. Dobrze. Będę miała chwilę dla siebie. Lubię mieć tę chwilę dla siebie, kiedy męska część jeszcze w pozycji horyzontalnej (O, Starszy już się odezwał).
Zjadłyśmy z psiurami swoje kromeczki z kozim serkiem. Pan Kot dostał swoje świństwo z puchy. Teraz tylko kawka i papierosek.
Jeszcze nie. Psiury domagają się siku natychmiast. Czarna otworzyła nawet drzwi, żebym już nie musiała. Pan Kot to skwapliwie wykorzystał i wybrał wolność.
Psy się rozdarły, więc Starszy wstał i obchodzi okna.
Zlew powitał mnie zawartością. Szlag mnie trafia, jak na dzieńdobry mam w zlewie zawartość. Wieczorem skrupulatnie go opróżniam przed pójściem spać. Rytuał, jak mycie zębów. A to pozostałości wczorajszego przekładanego obiadu, który Dziecko zjadło ok.północy. Obiad robił sie i robił, z przerwami, bo były sprawy ważniejsze. Dziecko wymieniało drzwi wejściowe. Przy asyście starszego. Ich współpraca polega na "kruchym zawieszeniu broni". Zwykle przy wszelkich akcjach remontowych współpracuję z Dzieckiem ja, i nawet nam to wychodzi. Ale wczoraj się nie pchałam. Trochę nie miałam ochoty na szarpanie się z drzwiami. Drzwi ciężkie jak cholera i chińczyk wymyślił, że należy je montować w całości. (Potem dostrzegłam, że zawiasy są tak rozwiązane, że pół dnia zajęłoby zdejmowanie skrzydła) A drzwi w całości są podmanewrowalne. Zdjęcie starych poszło szybko. Po czym okazało się, że te nowe są jednak ciut niższe (Dziecię będzie znowu głowa rżnąć we framugę). A jak zaczynają się jakieś problemy, to najlepiej wyładować się na matce."Taaak, najlepiej to sobie w kuchni siedzieć i w garach bełtać i mieć wszystko w dupie. A ty się męcz sam. Stałam przy tych garach niejako na posterunku, bo siedzieć bezczynnie mi nie wypadało, nie potrafię zresztą niekiedy. Od niechcenia wykończyłam konfiturę z miechunki. (Co tak pachnie?) W międzyczasie przyniosłam wiadro pomidorów i posiałam rzepak.
"Słuchajcie, jak nie jestem na razie potrzebna, to może poszłabym po pomidory?"
"Jak pomidory są teraz najważniejsze, to idź"
No, to poszłam. Bo stać przy nich i słuchać jak się handryczą nie miałam ochoty.
Wiadra z pomidorami są coraz cięższe.
Po czym poszłam jednak porobić za pomocnika: młotek, podaj prądy, daj światło, mała grzechotka itp. Nalatałam się przy tym naookoło, bo część narzędzi była na "balkonie", część w środku, a drzwi zaparte.
W końcu spionowane, spoziomowane, podklinowane, tylko dziury wiercić i mocować. No to poszłam mieszać ten sos bolonez (Tylko, poczytaj dobrze, jak to się robi).
...........................................................................................................
Padam na twarz. Drugie drzwi wstawione i w miarę ogarnięte w koło.
Rano Starszy: "Tam koło studni u K. lezy nasz młotek. Idź przynieś.
No, to poszłam i przyniosłam. Właściwie powinien przynieść Młody. Nie wiem, czy to miało buyc za karę, że Dziecka nie wychowałam. A młotek dostał przyspieszenie, jak Dziecko zorientowało się, ze Tatuś zapomniał iz robił szczeliny między cegłą a pustakiem, jak chałupę budował. I wszystkie śruby poszły w te szczeliny. Coś powiedział w dodatku. Oczywiście głośno.
Więc dzisiaj Starszy oznajmił, ze on juz nie pomaga,przy drzwiach, bo było głośno. "Róbcie sobie sami> Wyście najmądrzejsze". Po czym zabrał doope w troki i oddalił się w niewidomym kierunku. Po czym nie zdzierżył i zadzwonił z sadu (bo tam polazł, okazało się), by zapytać, w którą stronę ustawiamy drzwi. (Była opcja -do środka na prawo lub na zewnątrz na lewo. Co Starszemu bardzo nie odpowiadało. )Do środka. I po brzytwie.
Przyszedł, jak już drzwi były gotowe, osadzone, zapiankowane. Przynióśł kapustę, porąbał do garnka i usiadł siedziec.
No, dobra, zrobiłam ten obiad, w międzyczasie posprzątałam na balkonie i wokół, obdarłam z folii tamte drzwi. Przyszło Dziecko, docięło płytki podkładane pod próg. Robota od nowa. Czemu nie mówiłęś, że będziesz ciął? No, jak, mówiłem przecież że idę pożyczyć bosza. Mówił, ze PRZYDAŁO BY SIĘ, a to nie koniecznie to samo, co idę. (W naszym małym akurat zepsuł się wyłącznik, a dużym się to nie dało zrobić).
Sąsiad zapodał, że wichura przewróciła mu brzozę i mogę wziąc gałęzie dla kóz. Mówię, pojedźmy autem, bo juz nie mam siły sie tam wlec. Po zdrodze nazbieraliśmy jabłek w naszym sadzie. Zrobił sok sokowirówką. Którą ja potem (i przedtem) umyłam.
Zapomniałam o chlebie. Kompletnie. Starszy obrażony. Ale, czy to tylko ja potrzebuję chleba? Nawet tego sklepowego nie jem. Piekłam w maszynie. Ale koniec, bo nie mam mąki razowej. Mogę zrobić biały, ale już nie dziś, bo trwa to 3 godziny. Zrobię rano. Albo proziaki.
Młody poleciał pod sklepik. Ale tam o tej porze juz chleba nie ma, żeby kupił przy okazji.
Wrócił szybko. "Czy jesteś w stanie, czujesz sie na siłach, zrobić mi coś jeść?" Nie czuję się, qrwa , na siłach, ale jestem w stanie. Bo, jak ci nie zrobię, to nie będziesz jadł, a narobiłeś się dziś, jak bury osioł, portki ci z dupy lecą i wyglądasz jak nieszczęście. Obiad zjadł na pół gwizdka, kapusta w zęby kuła, a mięsa było malutko, żeby się napchać. Wciąż jak dziecko.To mi się nie podoba i jadł nie będę. Ble. Zrobiłam te 4 kromki z serem żółtym upieczone w gofrownicy. Zawołałam. 2 razy. Już miałam zanieść, ale przyszedł. Dałam miseczkę malinek z cukrem, ale nie chciał. No to nie. Poszły do lodówki. A ja idę spać.
Dziecko Pierworodne wreszcie obleciało lekarzy. Ma skierowanie na badania. Tylko, żeby jeszcze poszła, a potem wyniki odebrała. Bo z rezonansu leżą na Prokocimiu już miesiąc. Włosy wypadają ze stresu. Wniosek -zmienić pracę, albo siąść przed lustrem i porozmawiać z sobą. Ze stresem się walczy, a nie żyje z nim.
Mówiłam to samo, ale musiała usłyszeć od lekarza. Dobrze, że trafiła na przyzwoitego. I nie odfajkował jej, tylko pogadał. Ma zlecenia na tłumaczenia. Jedno na dziś do północy. Jak się wyrobi, a wyrobi się, bo w tym względzie jest akuratna, to jutro zrobi badania.
Zjadłyśmy z psiurami swoje kromeczki z kozim serkiem. Pan Kot dostał swoje świństwo z puchy. Teraz tylko kawka i papierosek.
Jeszcze nie. Psiury domagają się siku natychmiast. Czarna otworzyła nawet drzwi, żebym już nie musiała. Pan Kot to skwapliwie wykorzystał i wybrał wolność.
Psy się rozdarły, więc Starszy wstał i obchodzi okna.
Zlew powitał mnie zawartością. Szlag mnie trafia, jak na dzieńdobry mam w zlewie zawartość. Wieczorem skrupulatnie go opróżniam przed pójściem spać. Rytuał, jak mycie zębów. A to pozostałości wczorajszego przekładanego obiadu, który Dziecko zjadło ok.północy. Obiad robił sie i robił, z przerwami, bo były sprawy ważniejsze. Dziecko wymieniało drzwi wejściowe. Przy asyście starszego. Ich współpraca polega na "kruchym zawieszeniu broni". Zwykle przy wszelkich akcjach remontowych współpracuję z Dzieckiem ja, i nawet nam to wychodzi. Ale wczoraj się nie pchałam. Trochę nie miałam ochoty na szarpanie się z drzwiami. Drzwi ciężkie jak cholera i chińczyk wymyślił, że należy je montować w całości. (Potem dostrzegłam, że zawiasy są tak rozwiązane, że pół dnia zajęłoby zdejmowanie skrzydła) A drzwi w całości są podmanewrowalne. Zdjęcie starych poszło szybko. Po czym okazało się, że te nowe są jednak ciut niższe (Dziecię będzie znowu głowa rżnąć we framugę). A jak zaczynają się jakieś problemy, to najlepiej wyładować się na matce."Taaak, najlepiej to sobie w kuchni siedzieć i w garach bełtać i mieć wszystko w dupie. A ty się męcz sam. Stałam przy tych garach niejako na posterunku, bo siedzieć bezczynnie mi nie wypadało, nie potrafię zresztą niekiedy. Od niechcenia wykończyłam konfiturę z miechunki. (Co tak pachnie?) W międzyczasie przyniosłam wiadro pomidorów i posiałam rzepak.
"Słuchajcie, jak nie jestem na razie potrzebna, to może poszłabym po pomidory?"
"Jak pomidory są teraz najważniejsze, to idź"
No, to poszłam. Bo stać przy nich i słuchać jak się handryczą nie miałam ochoty.
Wiadra z pomidorami są coraz cięższe.
Po czym poszłam jednak porobić za pomocnika: młotek, podaj prądy, daj światło, mała grzechotka itp. Nalatałam się przy tym naookoło, bo część narzędzi była na "balkonie", część w środku, a drzwi zaparte.
W końcu spionowane, spoziomowane, podklinowane, tylko dziury wiercić i mocować. No to poszłam mieszać ten sos bolonez (Tylko, poczytaj dobrze, jak to się robi).
...........................................................................................................
Padam na twarz. Drugie drzwi wstawione i w miarę ogarnięte w koło.
Rano Starszy: "Tam koło studni u K. lezy nasz młotek. Idź przynieś.
No, to poszłam i przyniosłam. Właściwie powinien przynieść Młody. Nie wiem, czy to miało buyc za karę, że Dziecka nie wychowałam. A młotek dostał przyspieszenie, jak Dziecko zorientowało się, ze Tatuś zapomniał iz robił szczeliny między cegłą a pustakiem, jak chałupę budował. I wszystkie śruby poszły w te szczeliny. Coś powiedział w dodatku. Oczywiście głośno.
Więc dzisiaj Starszy oznajmił, ze on juz nie pomaga,przy drzwiach, bo było głośno. "Róbcie sobie sami> Wyście najmądrzejsze". Po czym zabrał doope w troki i oddalił się w niewidomym kierunku. Po czym nie zdzierżył i zadzwonił z sadu (bo tam polazł, okazało się), by zapytać, w którą stronę ustawiamy drzwi. (Była opcja -do środka na prawo lub na zewnątrz na lewo. Co Starszemu bardzo nie odpowiadało. )Do środka. I po brzytwie.
Przyszedł, jak już drzwi były gotowe, osadzone, zapiankowane. Przynióśł kapustę, porąbał do garnka i usiadł siedziec.
No, dobra, zrobiłam ten obiad, w międzyczasie posprzątałam na balkonie i wokół, obdarłam z folii tamte drzwi. Przyszło Dziecko, docięło płytki podkładane pod próg. Robota od nowa. Czemu nie mówiłęś, że będziesz ciął? No, jak, mówiłem przecież że idę pożyczyć bosza. Mówił, ze PRZYDAŁO BY SIĘ, a to nie koniecznie to samo, co idę. (W naszym małym akurat zepsuł się wyłącznik, a dużym się to nie dało zrobić).
Sąsiad zapodał, że wichura przewróciła mu brzozę i mogę wziąc gałęzie dla kóz. Mówię, pojedźmy autem, bo juz nie mam siły sie tam wlec. Po zdrodze nazbieraliśmy jabłek w naszym sadzie. Zrobił sok sokowirówką. Którą ja potem (i przedtem) umyłam.
Zapomniałam o chlebie. Kompletnie. Starszy obrażony. Ale, czy to tylko ja potrzebuję chleba? Nawet tego sklepowego nie jem. Piekłam w maszynie. Ale koniec, bo nie mam mąki razowej. Mogę zrobić biały, ale już nie dziś, bo trwa to 3 godziny. Zrobię rano. Albo proziaki.
Młody poleciał pod sklepik. Ale tam o tej porze juz chleba nie ma, żeby kupił przy okazji.
Wrócił szybko. "Czy jesteś w stanie, czujesz sie na siłach, zrobić mi coś jeść?" Nie czuję się, qrwa , na siłach, ale jestem w stanie. Bo, jak ci nie zrobię, to nie będziesz jadł, a narobiłeś się dziś, jak bury osioł, portki ci z dupy lecą i wyglądasz jak nieszczęście. Obiad zjadł na pół gwizdka, kapusta w zęby kuła, a mięsa było malutko, żeby się napchać. Wciąż jak dziecko.To mi się nie podoba i jadł nie będę. Ble. Zrobiłam te 4 kromki z serem żółtym upieczone w gofrownicy. Zawołałam. 2 razy. Już miałam zanieść, ale przyszedł. Dałam miseczkę malinek z cukrem, ale nie chciał. No to nie. Poszły do lodówki. A ja idę spać.
Dziecko Pierworodne wreszcie obleciało lekarzy. Ma skierowanie na badania. Tylko, żeby jeszcze poszła, a potem wyniki odebrała. Bo z rezonansu leżą na Prokocimiu już miesiąc. Włosy wypadają ze stresu. Wniosek -zmienić pracę, albo siąść przed lustrem i porozmawiać z sobą. Ze stresem się walczy, a nie żyje z nim.
Mówiłam to samo, ale musiała usłyszeć od lekarza. Dobrze, że trafiła na przyzwoitego. I nie odfajkował jej, tylko pogadał. Ma zlecenia na tłumaczenia. Jedno na dziś do północy. Jak się wyrobi, a wyrobi się, bo w tym względzie jest akuratna, to jutro zrobi badania.
niedziela, 25 sierpnia 2013
Pospane
Po południu mnie ścięło. Kimnęłam około czwartej i obudził mnie telefon od Dziecka pierworodnego ok. 19.30. Którego nie odebrałam, ale otworzyłam oko i zerknęłam za okno. A za tym oknem było tak jakoś ciemnawo, że zerwałam się natychmiast. Nie lubię kłaść się, gdy wiem, że jeszcze coś jest koniecznego do zrobienia. Ten obowiązek siedzi mi w mózgu i nie pozwala spokojnie odpocząć. Tak było i teraz. Zaraz poszłam z psami. W międzyczasie Dziecko1 zadzwoniło jeszcze raz i część drogi z psami gadałyśmy. Trochę mnie wkurza swoją inercja. Tym razem ma problem z programem do pisania. Nie ma Worda, więc poleciłam jej Open.orga. A ona ściągnęła sobie i zainstalowała demo. A demo, jak to demo - czasem robi cuda. Tylko nie wiem po co ściągać demo całkowicie bezpłatnego programu, jak można pełna wersję. Co jej zasugerowałam i do czego nie doszło. I dalej się buja z tym demem.
No, dobra, ale teraz już spania raczej nie będzie. Zwłaszcza, że Dziecko domowe gdzieś się wywlekło.Pojechało autem, więc alkoholizować się nie będzie, ale ja i tak będę czekać aż wróci. Starszy pomamrał, że wziął auto, porozwijał spiskowe teorie i stwierdził, że to sprzeda i kupi sobie cienko, wtedy mu nie będzie zabierał. Zasugerowałam, że jeszcze lepszym rozwiązaniem byłby taki pojazd akumulatorowy dla inwalidy.
Zaczęły mi się jakieś przemyślenia na temat nuworyszy (nie tylko nowobogackich, ale wszystkich tych, którzy zmienili swój status społeczny w jakiś sposób, między innymi zmieniając miejsce zamieszkania). W nawiązaniu do tego powiedzenie "Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa-nigdy". I tu chodzi nie tyle o wieś, co o wieśniactwo. A to nie jest to samo. Tak jak "być prostym człowiekiem" to nie to samo, co być prostakiem. Mój Dziadek Janek był prostym człowiekiem, ale tyle wrodzonej kultury i taktu co on miał, trudno spotkać. I nie odziedziczył tego po nim jedyny syn, czyli mój Ojciec.
Te przemyślenia zaprowadziły mnie oczywiście na Górkę, gdzie upłynęło moje dzieciństwo i "pierwsza" młodość. W czasach mojego dzieciństwa, Górka była taka trochę wiejska. Zaraz za naszym płotem była droga, a za nią już pola. Dziadek miał taka piętrową stodołę, z jednej strony odkrytą, która nazywaliśmy brogiem. Większość mieszkańców coś hodowała: króliki, kury, świnki, a nawet krowy. Ale od tej wiejskości było 5 do 15 minut marszu do pełnej cywilizacji kina, szkoły, sztucznego lodowiska, domu kultury, gdzie ciągle były to koncert, to przedstawienia teatralne, to spektakle operowe. Jako maluchy byliśmy tam prowadzani przez Mamę. Niedzielny poranek w kinie był cotygodniowym rytuałem, Tak samo każdy przyjazd jakiegoś teatru. Jako całkiem mały szkrab byłam na przedstawieniu wystawianym przez rodziców. Ojciec grał tam "Leśnego Luda" i był tak fajnie ucharakteryzowany, że go nie poznałam.
No, dobra, ale teraz już spania raczej nie będzie. Zwłaszcza, że Dziecko domowe gdzieś się wywlekło.Pojechało autem, więc alkoholizować się nie będzie, ale ja i tak będę czekać aż wróci. Starszy pomamrał, że wziął auto, porozwijał spiskowe teorie i stwierdził, że to sprzeda i kupi sobie cienko, wtedy mu nie będzie zabierał. Zasugerowałam, że jeszcze lepszym rozwiązaniem byłby taki pojazd akumulatorowy dla inwalidy.
Zaczęły mi się jakieś przemyślenia na temat nuworyszy (nie tylko nowobogackich, ale wszystkich tych, którzy zmienili swój status społeczny w jakiś sposób, między innymi zmieniając miejsce zamieszkania). W nawiązaniu do tego powiedzenie "Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa-nigdy". I tu chodzi nie tyle o wieś, co o wieśniactwo. A to nie jest to samo. Tak jak "być prostym człowiekiem" to nie to samo, co być prostakiem. Mój Dziadek Janek był prostym człowiekiem, ale tyle wrodzonej kultury i taktu co on miał, trudno spotkać. I nie odziedziczył tego po nim jedyny syn, czyli mój Ojciec.
Te przemyślenia zaprowadziły mnie oczywiście na Górkę, gdzie upłynęło moje dzieciństwo i "pierwsza" młodość. W czasach mojego dzieciństwa, Górka była taka trochę wiejska. Zaraz za naszym płotem była droga, a za nią już pola. Dziadek miał taka piętrową stodołę, z jednej strony odkrytą, która nazywaliśmy brogiem. Większość mieszkańców coś hodowała: króliki, kury, świnki, a nawet krowy. Ale od tej wiejskości było 5 do 15 minut marszu do pełnej cywilizacji kina, szkoły, sztucznego lodowiska, domu kultury, gdzie ciągle były to koncert, to przedstawienia teatralne, to spektakle operowe. Jako maluchy byliśmy tam prowadzani przez Mamę. Niedzielny poranek w kinie był cotygodniowym rytuałem, Tak samo każdy przyjazd jakiegoś teatru. Jako całkiem mały szkrab byłam na przedstawieniu wystawianym przez rodziców. Ojciec grał tam "Leśnego Luda" i był tak fajnie ucharakteryzowany, że go nie poznałam.
Zuzia ma nowy dom
Od wczoraj. Po wielokrotnych próbach znalezienia nabywców na mleko, ewentualnie ser, stwierdziłam, że nie ma sensu trzymanie trzeciej kozy. Wystawiłam całą trójkę na tablicy i w anonsach, koziołki po raz kolejny.
W anonsach elektronicznych wyszło w piątek, w papierowych wyjdzie we wtorek. Ale już w sobotę telefon. Dzwoni starsza kobieta:
-Pani, ja w sprawie tej kozy, co pani sprzedaje. Jest jeszcze?
Ano, jest
-A pani mówiła, że za owies pani by wymieniała? To ile to tego owsa?
Nie wiem, po ile sprzedaje się tutaj owies, a tam u was nikt owsa nie sprzedaje, żeby się dowiedzieć?
Okazało się, że nie i się nie dowie.
Tylko wie pani, ta mała ma rogi.
-A to nie przeszkadza, u mnie kozy są wiązane, to nie ma kłopotu.
No, ale ona nigdy wiązana nie była.
-To się szybko przyzwyczai.
Stanęło na tym, ze wieczorem ma zadzwonić, żeby się dowiedzieć ile owsa.
A mnie walnęła na mózg moja głupota: Wała!, Zuzka nie będzie uwiązana stać w jakimś syfie.
Przypomniało mi się zaraz, że brat Świętego Franciszka, pytał kiedyś, czy Zuzka do sprzedania, bo Franek szuka kozy. Wtedy nie była, ale teraz... Pogoniłam do Władka, Władek zadzwonił do Franka i za pół godziny Franek przyszedł pooglądać Zuzkę. A za następne pół godziny Zuzka pojechała do Franka. Przynajmniej wiem, w jakich warunkach będzie, bo u Św. Franciszka kiedyś byłam i widziałam. Co prawda, Św. Franciszek ma trochę wiejsko- tradycyjne poglądy na chów zwierząt, ale przynajmniej w syfie u niego nie stoją i ogonów sobie nie obgryzają.
Starszy zaczął mi natychmiast dziurę w brzuchu wiercić, że " taka fajna Zuzka była, a ta sprzedała. A te śmierdziele trzyma". I tak mi do tej pory Zuzka w głowie siedzi. A śmierdzieli chętnie bym się pozbyła, gdyby ktoś chciał kupić.
Starszy ma w ogóle opatentowane podnoszenie mi ciśnienia.
Dziś rano wystąpił z przedmową: Wiesz co, powiedziałbym ci coś, ale chyba ci nie powiem. (Oho, myślę, ciekawie się zapowiada).
Nooo, wal!
Wiesz co, ale ty masz okropne pięty!
No, bo ja qrwa,nie wiem. Może nie widzę, ale czuję. Codziennie wieczorem muszę, po chodzeniu w tych kretyńskich kroksach, doczyścić pumeksem. No i pękają mi. A że mi nigdy wcześniej pięty nie pękały, to nawet nie wiem, co z tym robić.Zresztą nie mam czym nawet. Chyba.
Zrobiłam sobie przerwę - poszłam z psami. Już na podwórku zadziwiła mnie ABSOLUTNA cisza. Dawno takiej ciszy nie słyszałam. Słychać było tylko cykanie świerszcza. Ale potem odezwał się pies sąsiadów, zwęszywszy moje, a potem następny odpowiedział. No to zwiałam w głąb pół chcąc jeszcze posłuchać przez chwilę tej ciszy. I była. Nawet aut z szosy nie było słychać. Senność kompletna. Równoległą drogą szedł sobie na popołudniowy spacer pan Władek (Potem okazało się, że bardziej na kukurydzę, niż na spacer), a na sąsiednim polu żerowały bociany, więc zamysł spuszczenia psów, "żeby były szczęśliwe" padł. Bo czarna, która kocha wszystkich ludzi i nienawidzi bocianów zaraz by tam poleciała, a pan Władek padłby na zawał. Doszłyśmy do końca naszego pola, a tym samym do ściany kukurydzy i wróciły, znajdując po drodze ślady ucztowania Rudego.
Dziś, w ramach świątecznego odpoczynku: starłam maszynką marchew i seler do sosu pomidorowego, co się robi do słoików, podsmażyłam lekko i wrzuciłam, coby się razem trochę pogotowało. Nastawiłam konfiturę z miechunki - teraz jest na etapie zagęszczania syropu. Owocki czekają, wyciągnięte, w misce. I muszę je schować, bo wyparują.
Z kiedysiejszego owocowego urobku zostały mi jeszcze niezagospodarowane śliwki. Ilość była taka, że nie wiadomo co zrobić. Uświadomiłam sobie , że przecież jest już (prawie) jesień, są śliwki, to musi być drożdżowe ze śliwkami i kruszonką. No i jest. Są też bułeczki. Dziecko zawiedzione: "Dlaczego puste?". Bo zawsze możesz złapać jakiś słoik i dowolnym dżemem posmarować.
(Za oknem powstał jakiś straszny kurzy wrzask. Może Rudy zgłodniał?)
Jeszcze jedno pranie czeka na wyniesienie na strych, gdzie znowu nazbierało się prasowania.
I pełen zlew garów, a ja mam skłonności do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Chyba jednak jakiś niż lezie i spadło ciśnienie. Momentami wieje mocno. I pewnie z powodu tej niskociśnieniowej senności taka cisza panowała, kurzym wrzaskiem przerwana.
Przyjęłam jednak pozycję horyzontalną, przy okazji znalazłam kota - po nocnym łajdaczeniu się (co on się tam może nałajdaczyć?!) zaginął, okazało się, że tym razem pod moja kołdrą. I śpi nadal, nie przeszkadza mu, że się obok pojawiły moje nogi.
Na marginesie sprzedawania kóz: Po wstawieniu Zuzki na tablicę dostałam takiego oto posta:
"wluczka02
siema jwona
masz kurwa ładna koza chce ja zamienić na moja obny tylko dobrze ruchała bo moja jest mistrzem testował ją mój byk :>
odezwij sie cielaczku xd mam czołg ♥"
Powiem tak: ludzie ciągle mnie zadziwiają. Ile wysiłku są w stanie włożyć w to, by komuś dokuczyć, dopiec, idiotyczny, złośliwy kawał zrobić. Często planem całym ich działania poprzedzone. (Znalazłam bloga,założonego przez dwie panie, w celu wyżycia się na innej, przez którą rzekomo zostały "oszukane i wykorzystane". Oraz profil na FB, służący temu samemu celowi. Pełne wyzwisk, obelg i hejtu. Ile czasu właściciel tego profilu poświęca, skoro śledzi go na bieżąco i na każdy komentarz jest natychmiast odpowiedź. Nie szkoda życia?) Jak pięknie wyglądałby świat, gdyby ten wysiłek w przeciwną stronę skierować.
Osoba była podpisana imieniem Iza. Ale nie sądzę, żeby jakakolwiek Iza mogła taki tekst wyprodukować. Baby klną, opowiadają sprośne kawały (w babskim gronie), ale ich mózgi nie są obciążone taka tematyką, w taki sposób uzewnętrznioną. Zgłosiłam do moderatora. Konto już nie istnieje. Musi sobie biedaczysko znaleźć inną formę rozrywki niż pisanie bzdetnych postów, czy oddawanie czołgu za darmo.
W anonsach elektronicznych wyszło w piątek, w papierowych wyjdzie we wtorek. Ale już w sobotę telefon. Dzwoni starsza kobieta:
-Pani, ja w sprawie tej kozy, co pani sprzedaje. Jest jeszcze?
Ano, jest
-A pani mówiła, że za owies pani by wymieniała? To ile to tego owsa?
Nie wiem, po ile sprzedaje się tutaj owies, a tam u was nikt owsa nie sprzedaje, żeby się dowiedzieć?
Okazało się, że nie i się nie dowie.
Tylko wie pani, ta mała ma rogi.
-A to nie przeszkadza, u mnie kozy są wiązane, to nie ma kłopotu.
No, ale ona nigdy wiązana nie była.
-To się szybko przyzwyczai.
Stanęło na tym, ze wieczorem ma zadzwonić, żeby się dowiedzieć ile owsa.
A mnie walnęła na mózg moja głupota: Wała!, Zuzka nie będzie uwiązana stać w jakimś syfie.
Przypomniało mi się zaraz, że brat Świętego Franciszka, pytał kiedyś, czy Zuzka do sprzedania, bo Franek szuka kozy. Wtedy nie była, ale teraz... Pogoniłam do Władka, Władek zadzwonił do Franka i za pół godziny Franek przyszedł pooglądać Zuzkę. A za następne pół godziny Zuzka pojechała do Franka. Przynajmniej wiem, w jakich warunkach będzie, bo u Św. Franciszka kiedyś byłam i widziałam. Co prawda, Św. Franciszek ma trochę wiejsko- tradycyjne poglądy na chów zwierząt, ale przynajmniej w syfie u niego nie stoją i ogonów sobie nie obgryzają.
Starszy zaczął mi natychmiast dziurę w brzuchu wiercić, że " taka fajna Zuzka była, a ta sprzedała. A te śmierdziele trzyma". I tak mi do tej pory Zuzka w głowie siedzi. A śmierdzieli chętnie bym się pozbyła, gdyby ktoś chciał kupić.
Starszy ma w ogóle opatentowane podnoszenie mi ciśnienia.
Dziś rano wystąpił z przedmową: Wiesz co, powiedziałbym ci coś, ale chyba ci nie powiem. (Oho, myślę, ciekawie się zapowiada).
Nooo, wal!
Wiesz co, ale ty masz okropne pięty!
No, bo ja qrwa,nie wiem. Może nie widzę, ale czuję. Codziennie wieczorem muszę, po chodzeniu w tych kretyńskich kroksach, doczyścić pumeksem. No i pękają mi. A że mi nigdy wcześniej pięty nie pękały, to nawet nie wiem, co z tym robić.Zresztą nie mam czym nawet. Chyba.
Zrobiłam sobie przerwę - poszłam z psami. Już na podwórku zadziwiła mnie ABSOLUTNA cisza. Dawno takiej ciszy nie słyszałam. Słychać było tylko cykanie świerszcza. Ale potem odezwał się pies sąsiadów, zwęszywszy moje, a potem następny odpowiedział. No to zwiałam w głąb pół chcąc jeszcze posłuchać przez chwilę tej ciszy. I była. Nawet aut z szosy nie było słychać. Senność kompletna. Równoległą drogą szedł sobie na popołudniowy spacer pan Władek (Potem okazało się, że bardziej na kukurydzę, niż na spacer), a na sąsiednim polu żerowały bociany, więc zamysł spuszczenia psów, "żeby były szczęśliwe" padł. Bo czarna, która kocha wszystkich ludzi i nienawidzi bocianów zaraz by tam poleciała, a pan Władek padłby na zawał. Doszłyśmy do końca naszego pola, a tym samym do ściany kukurydzy i wróciły, znajdując po drodze ślady ucztowania Rudego.
Dziś, w ramach świątecznego odpoczynku: starłam maszynką marchew i seler do sosu pomidorowego, co się robi do słoików, podsmażyłam lekko i wrzuciłam, coby się razem trochę pogotowało. Nastawiłam konfiturę z miechunki - teraz jest na etapie zagęszczania syropu. Owocki czekają, wyciągnięte, w misce. I muszę je schować, bo wyparują.
Z kiedysiejszego owocowego urobku zostały mi jeszcze niezagospodarowane śliwki. Ilość była taka, że nie wiadomo co zrobić. Uświadomiłam sobie , że przecież jest już (prawie) jesień, są śliwki, to musi być drożdżowe ze śliwkami i kruszonką. No i jest. Są też bułeczki. Dziecko zawiedzione: "Dlaczego puste?". Bo zawsze możesz złapać jakiś słoik i dowolnym dżemem posmarować.
(Za oknem powstał jakiś straszny kurzy wrzask. Może Rudy zgłodniał?)
Jeszcze jedno pranie czeka na wyniesienie na strych, gdzie znowu nazbierało się prasowania.
I pełen zlew garów, a ja mam skłonności do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Chyba jednak jakiś niż lezie i spadło ciśnienie. Momentami wieje mocno. I pewnie z powodu tej niskociśnieniowej senności taka cisza panowała, kurzym wrzaskiem przerwana.
Przyjęłam jednak pozycję horyzontalną, przy okazji znalazłam kota - po nocnym łajdaczeniu się (co on się tam może nałajdaczyć?!) zaginął, okazało się, że tym razem pod moja kołdrą. I śpi nadal, nie przeszkadza mu, że się obok pojawiły moje nogi.
Na marginesie sprzedawania kóz: Po wstawieniu Zuzki na tablicę dostałam takiego oto posta:
"wluczka02
siema jwona
masz kurwa ładna koza chce ja zamienić na moja obny tylko dobrze ruchała bo moja jest mistrzem testował ją mój byk :>
odezwij sie cielaczku xd mam czołg ♥"
Powiem tak: ludzie ciągle mnie zadziwiają. Ile wysiłku są w stanie włożyć w to, by komuś dokuczyć, dopiec, idiotyczny, złośliwy kawał zrobić. Często planem całym ich działania poprzedzone. (Znalazłam bloga,założonego przez dwie panie, w celu wyżycia się na innej, przez którą rzekomo zostały "oszukane i wykorzystane". Oraz profil na FB, służący temu samemu celowi. Pełne wyzwisk, obelg i hejtu. Ile czasu właściciel tego profilu poświęca, skoro śledzi go na bieżąco i na każdy komentarz jest natychmiast odpowiedź. Nie szkoda życia?) Jak pięknie wyglądałby świat, gdyby ten wysiłek w przeciwną stronę skierować.
Osoba była podpisana imieniem Iza. Ale nie sądzę, żeby jakakolwiek Iza mogła taki tekst wyprodukować. Baby klną, opowiadają sprośne kawały (w babskim gronie), ale ich mózgi nie są obciążone taka tematyką, w taki sposób uzewnętrznioną. Zgłosiłam do moderatora. Konto już nie istnieje. Musi sobie biedaczysko znaleźć inną formę rozrywki niż pisanie bzdetnych postów, czy oddawanie czołgu za darmo.
sobota, 24 sierpnia 2013
dumanie o frykasach
Tak mnie dzisiaj naszło na wyprodukowanie w słoiki czegoś oryginalnego, oczywiście z tego co mam na grządkach i w sadzie. A mam: resztkę śliwek stanlejek, nadmiar jabłek, nadmiar pomidorów, dynie piękne i smaczne, cudnie pomarańczowe oraz mam mieć za jakiś czas brzoskwinie. Mam tez odrobinę miechunki pomidorowej, bo z wysianych nasionek wyrosły aż 3 roślinki, z czego jedna zdechła.
Odnośnie pomidorów plany mam następujące: jeszcze trochę ususzyć, zrobić sos do spagetti w słoiki oraz chutnej. Prawdopodobnie także z zielonych pomidorów. Okazało się bowiem, że 10-minutowy grad sprzed dwóch tygodni załatwił pomidory prawie definitywnie i raczej już nie dojrzeją, tylko będą gnić - prawie wszystkie owoce wyglądają, jakby ktoś strzelał do nich śrutem. Niby zielone pomidory zawierają solaninę, ale konfitura jest mniam. Więc ten chutnej tez taki może być. Raz próbowałam "smażone zielone pomidory" w/g przepisu z mojej ukochanej (jednej z kilku, do których mogę wracać po 50 razy) książki pod takim tytułem. (Jest tez film, kto nie oglądał -istnieje na zalukaj.tv - polecam. Uwielbiam klimat tego filmu, choć wolę książkę. Swoją drogą - ciekawe, że większość filmów z jedzeniem w tytule, tle, ma swoisty klimat, powodujący, że chce się do nich wracać. Np. Czekolada, Julia and Julie czy Dobry Rok - cudowne zdjęcia, zwłaszcza to z trasu. Aha, i tu polecam bloga From movie ti the kitchen - jedzonko z filmów)
Z dyni będzie dżem dyniowo - pomarańczowy. Dawnymi czasy zdarzyło mi się robić, potem jakoś dynie się nie trafiały. Sama nie sadziłam nigdy, w tym roku po raz pierwszy, ze względu na kozy.
No i w ogóle myślałam jakiś chutney zrobić. Dawniej robiłam i dobre były. I cebulek drobnych mam do licha, bo cholery przez tę susze nie urosły, szczypior zasechł i zebrać trzeba było. To może by zamarynować. Cebula marynowana, to jedyna postać cebuli, jadalna dla Starszego. (Zwłaszcza w śledziach, tam może być 2 kg cebuli na pół kilo śledzi, a i tak wtrząchnie i na dwie godziny przed Wigilią trzeba marynować cebulę do śledzi).
Zaczęłam grzebać po zasobach, przy pomocy wujka gugla i trafiłam na bloga "Kasia gotuje". Pięknie zrobiona strona, strasznie mi się grafika podobała. Ciekawe przepisy , a do nich piękne zdjęcia. W sam raz tyle co trzeba. Bo na jakimś innym blogu wpadł mi w oko przepis (?!) na borówki zasypywane cukrem. Zamykane były w słoiki Wecka. I było tam kilka (naście) zdjęć tych słoików z borówkami i cukrem, które niczym się nie różniły. Jakość przeszła w ilość. Chyba, że Weck, w zamian za przekazane darmowo słoiki życzył sobie określoną ilość zdjęć z nimi, a pomysła brakło. Jak znalazłam tę Kasię, co gotuje, to myślałam, że jest to ogólnie znana Kasia T., bo ona oprócz zajmowania się modą, zajmuje się też kuchnią. Tyle, że ta moda jest dla wybranych jedynie (bo kogo stać na kieckę z River Island czy Asos) takoż pewnie i jedzenie. Ale zaglądnęłam i nie żałuję, bo przeżycia estetyczne były wspaniałe. Fajny dziewczyna znalazła sposób na siebie, bo stronę ma świetną, też i na FB, gotuje na antenie jakiegoś radyja oraz sponsorują ją sponsorzy, typu np. Weck, dzięki czemu przetwory ma w prześlicznych słoiczkach.
Tak mi jakoś na jedzenie zeszło dzisiaj, że o jedzeniu będzie nadal. Obiad był wykonany dziś w tempie sprinterskim, bo od telefonu "Gotuj obiad" do podania go na stół minęło 35 minut, z czego 10 zajęło strząsanie i zbieranie resztki stanlejek. Na ogół mi obiady tak jakoś zajmują, no, chyba, że to strudel czy pierogi. Pampuchy tez maja dłuższy cykl produkcyjny. A normalnie przygotowanie obiadu trwa tyle ile obranie i ugotowanie ziemniaków, czyli około pół godziny. Jak to jest ryż, czy kładzione kluski, to też jakoś podobnie. Resztę robię jak się one gotują. Do wkurwu ciężkiego doprowadzała mnie cioteczka, jak się wpierniczyła w paradę i w porywie zapału do pomocy, wpadała np. na grządki i oznajmiała "Nastawiłam ziemniaki". No, dobra, ziemniaki, a dalej qrwa co? Ziemniaki już w połowie gotowania, zanim coś do nich zdążę wymyślić to będą zimne. Chyba, że maślankę, a wtedy chłopy mnie zlinczują. Dziś zrobiłam wątróbkę, bo oprócz niej miałam jeszcze sztywne mielone i sztywny kilogram łopatki. Nie wiem na cholerę ta łopatka, bo dla mnie jest surowcem na mielone lub na kiełbasę. Jakby bardzo żylasta nie była, to ostatecznie gulasz.
Z wątróbką, to jest taka bajka, że do usmażenia jej na obiad potrzebuje dwie patelnię. Osobno dla Dziecka, osobno dla Starszego. I oczywiście 2 łopatki do przewracania. Bo Dziecko ma mieć z cebulą, a Starszy nie może mieć nawet zapachu cebuli. No i oczywiście każdy kawałeczek dokładnie z żyłek obrany. I usmażona na śmierć. Wątróbki nie jadam (w ogóle mięsa nie jadam), ale dawniej, zanim mi Dziecko Pierwsze sugestywnie obrzydziło (a jej Pani_od_biologii, opowiadając jak to wątroba filtruje wszystkie świństwa i częściowo je magazynuje) lubiłam, taką lekko podsmażoną, w obecności jabłuszka pokrojonego na ósemeczki i cebulki. W mojej rodzinnej chałupce się tak robiło, a ja, gdy byłam 3S (Samodzielna, Samorządna i Samotna). W mojej rodzinnej chałupce, która była bardzo fajna chałupką, do czasu bryknięcia Tatusia, robiło się różne fajne rzeczy. Nawet Tatuś czasem coś pichcił. A to coś to była olbrzymia patelnia smażono-duszonej cebuli z pomidorami lub koncentratem pomidorowym. Pyszota! No, nie, Tatuś udzielał się jednak kulinarnie częściej. NP. jego wyłącznie działką było krojenie, koniecznie krojenie- nie mielenie, słoniny na smalec. I tylko on ucierał na święta i inne okazje majonez. Sztuka wtedy była wielka utrzeć majonez, tak by się mnie zwarzył. Dziś lecę mikserem, lejąc olej (w domu robiło się z oliwy) dowolnie, bo ktoś odkrył, że jak się na początku ukręci żółtko z łyżeczką musztardy, to nie ma opcji, żeby się nie udał. Tatuś też był zaopatrzycielem rodziny w mięso, miód w wielkiej bańce, grzyby, ryby złowione przez przyjaciół. A jak wracał z delegacji, to zawsze przywoził jakieś frykasy, typu kabanosy, serki "imperial" (to był przepyszny poprzednik dzisiejszego bielucha, o konsystencji pozwalającej na sprzedawanie go w papierku), pomarańcze itp. Poza tym Tatuś, i tylko on, szył pościel. Mama szyła różne wymyślności, podusie z falbaninami, kiecki dziewczynkom, komunijne nawet, spodenki synkowi. A Tatuś poszwy. Tatuś też zabezpieczał kobietom swobodę działania przed świętami, usuwając dzieciaki spod nóg. Sadzał nas mianowicie w pokoju przy stole. Swoim tajemniczym, niedostępnym, cudownym scyzorykiem z Gerlacha ciął na paski kolorowy papier, z którego lepiliśmy łańcuch na choinkę. Każdy swój kawałek, oczywiście, kto najdłuższy, a potem te trzy kawałki łączyło się w całość. Tak w ogóle był bardzo fajnym Tatusiem, pomijając fakt, że potrafił nam solidne lanie spuścić. Dopóki nie bryknął. Niestety. Dzieckiem był wtedy jeszcze brat tylko i to już takim, co wino marki wino próbowało. Ale wszystko natychmiast szlag trafił. I pod tym szlagiem leży to wszystko do dzisiaj.
A SERNIK WIEDEŃSKI BABCI KASI robi się tak
0,5kg twarogu
4 jajka
6 łyżek masła
1szkl cukru
1 czubata łyżka mąki kartoflanej
1 łyżka soku z cytryny
rodzynki, skórka pomarańczowa
Masło ucierać z cukrem, dodając po jednym żółtku i po trochu zmielonego twarogu. Jak juz osiągnie odpowiednią konsystencję, to dodać sok z cytryny i jeszcze utrzeć. Po czym dać sztywno ubitą pianę z białek, na to posypać mąkę i umączone bakalie i delikatnie wymieszać.
Wylać do blaszki i piec wytrwale. Upieczonego sernika nigdy nie wyciągamy na chama z piekarnika, bo następne ciasto czeka w kolejce. Ma on powoli stygnąc w piekarniku lekko uchylonym.
Moje modyfikacje:
Zamiast mąki ziemniaczanej daję budyń smietankowy z Delecty,
nie daję rodzynek, bo Dziecię nie lubi w serniku
daję zapach pomarańczowy, niech ręka boska broni dawac skórke cytrynową, bo sernik zszarzeje i ogólnie szlag go trafi
część rzeczonego cukru (zwykłego, nie pudru) daje do piany dla usztywnienia, można tez ten sok cytrynowy dać do niej
No i oczywiście nikt nie piecze sernika z pół kilograma sera. Tę proporcje sie dowolnie powiela, w zależności od wielkości największej blaszki (U mnie max 2 kg, najczęściej 1,5).
Nadmienię na koniec, że sernik taki piekę najwyżej raz w roku, na Wielkanoc, która jest świętem sernikowym i sernik musi być obowiązkowo, tak jak piernik i makowiec na Boże Narodzenie.
Jak o serniku mowa, którego podstawą ser jest przecież: Zaczęłam robić kozie twarożki. Odcedzają się one problematycznie, bo tylko przez płótno. Przez każde inne cóś większość skrzepu pójdzie w zlew. No i potem odcisnąć, też się samoistnie nie odciśnie. Wyciągnęłam więc ze spiżarnianych czeluści takie cóś:
owoce miechunki pomidorowej
Odnośnie pomidorów plany mam następujące: jeszcze trochę ususzyć, zrobić sos do spagetti w słoiki oraz chutnej. Prawdopodobnie także z zielonych pomidorów. Okazało się bowiem, że 10-minutowy grad sprzed dwóch tygodni załatwił pomidory prawie definitywnie i raczej już nie dojrzeją, tylko będą gnić - prawie wszystkie owoce wyglądają, jakby ktoś strzelał do nich śrutem. Niby zielone pomidory zawierają solaninę, ale konfitura jest mniam. Więc ten chutnej tez taki może być. Raz próbowałam "smażone zielone pomidory" w/g przepisu z mojej ukochanej (jednej z kilku, do których mogę wracać po 50 razy) książki pod takim tytułem. (Jest tez film, kto nie oglądał -istnieje na zalukaj.tv - polecam. Uwielbiam klimat tego filmu, choć wolę książkę. Swoją drogą - ciekawe, że większość filmów z jedzeniem w tytule, tle, ma swoisty klimat, powodujący, że chce się do nich wracać. Np. Czekolada, Julia and Julie czy Dobry Rok - cudowne zdjęcia, zwłaszcza to z trasu. Aha, i tu polecam bloga From movie ti the kitchen - jedzonko z filmów)
Z dyni będzie dżem dyniowo - pomarańczowy. Dawnymi czasy zdarzyło mi się robić, potem jakoś dynie się nie trafiały. Sama nie sadziłam nigdy, w tym roku po raz pierwszy, ze względu na kozy.
No i w ogóle myślałam jakiś chutney zrobić. Dawniej robiłam i dobre były. I cebulek drobnych mam do licha, bo cholery przez tę susze nie urosły, szczypior zasechł i zebrać trzeba było. To może by zamarynować. Cebula marynowana, to jedyna postać cebuli, jadalna dla Starszego. (Zwłaszcza w śledziach, tam może być 2 kg cebuli na pół kilo śledzi, a i tak wtrząchnie i na dwie godziny przed Wigilią trzeba marynować cebulę do śledzi).
Zaczęłam grzebać po zasobach, przy pomocy wujka gugla i trafiłam na bloga "Kasia gotuje". Pięknie zrobiona strona, strasznie mi się grafika podobała. Ciekawe przepisy , a do nich piękne zdjęcia. W sam raz tyle co trzeba. Bo na jakimś innym blogu wpadł mi w oko przepis (?!) na borówki zasypywane cukrem. Zamykane były w słoiki Wecka. I było tam kilka (naście) zdjęć tych słoików z borówkami i cukrem, które niczym się nie różniły. Jakość przeszła w ilość. Chyba, że Weck, w zamian za przekazane darmowo słoiki życzył sobie określoną ilość zdjęć z nimi, a pomysła brakło. Jak znalazłam tę Kasię, co gotuje, to myślałam, że jest to ogólnie znana Kasia T., bo ona oprócz zajmowania się modą, zajmuje się też kuchnią. Tyle, że ta moda jest dla wybranych jedynie (bo kogo stać na kieckę z River Island czy Asos) takoż pewnie i jedzenie. Ale zaglądnęłam i nie żałuję, bo przeżycia estetyczne były wspaniałe. Fajny dziewczyna znalazła sposób na siebie, bo stronę ma świetną, też i na FB, gotuje na antenie jakiegoś radyja oraz sponsorują ją sponsorzy, typu np. Weck, dzięki czemu przetwory ma w prześlicznych słoiczkach.
Tak mi jakoś na jedzenie zeszło dzisiaj, że o jedzeniu będzie nadal. Obiad był wykonany dziś w tempie sprinterskim, bo od telefonu "Gotuj obiad" do podania go na stół minęło 35 minut, z czego 10 zajęło strząsanie i zbieranie resztki stanlejek. Na ogół mi obiady tak jakoś zajmują, no, chyba, że to strudel czy pierogi. Pampuchy tez maja dłuższy cykl produkcyjny. A normalnie przygotowanie obiadu trwa tyle ile obranie i ugotowanie ziemniaków, czyli około pół godziny. Jak to jest ryż, czy kładzione kluski, to też jakoś podobnie. Resztę robię jak się one gotują. Do wkurwu ciężkiego doprowadzała mnie cioteczka, jak się wpierniczyła w paradę i w porywie zapału do pomocy, wpadała np. na grządki i oznajmiała "Nastawiłam ziemniaki". No, dobra, ziemniaki, a dalej qrwa co? Ziemniaki już w połowie gotowania, zanim coś do nich zdążę wymyślić to będą zimne. Chyba, że maślankę, a wtedy chłopy mnie zlinczują. Dziś zrobiłam wątróbkę, bo oprócz niej miałam jeszcze sztywne mielone i sztywny kilogram łopatki. Nie wiem na cholerę ta łopatka, bo dla mnie jest surowcem na mielone lub na kiełbasę. Jakby bardzo żylasta nie była, to ostatecznie gulasz.
Z wątróbką, to jest taka bajka, że do usmażenia jej na obiad potrzebuje dwie patelnię. Osobno dla Dziecka, osobno dla Starszego. I oczywiście 2 łopatki do przewracania. Bo Dziecko ma mieć z cebulą, a Starszy nie może mieć nawet zapachu cebuli. No i oczywiście każdy kawałeczek dokładnie z żyłek obrany. I usmażona na śmierć. Wątróbki nie jadam (w ogóle mięsa nie jadam), ale dawniej, zanim mi Dziecko Pierwsze sugestywnie obrzydziło (a jej Pani_od_biologii, opowiadając jak to wątroba filtruje wszystkie świństwa i częściowo je magazynuje) lubiłam, taką lekko podsmażoną, w obecności jabłuszka pokrojonego na ósemeczki i cebulki. W mojej rodzinnej chałupce się tak robiło, a ja, gdy byłam 3S (Samodzielna, Samorządna i Samotna). W mojej rodzinnej chałupce, która była bardzo fajna chałupką, do czasu bryknięcia Tatusia, robiło się różne fajne rzeczy. Nawet Tatuś czasem coś pichcił. A to coś to była olbrzymia patelnia smażono-duszonej cebuli z pomidorami lub koncentratem pomidorowym. Pyszota! No, nie, Tatuś udzielał się jednak kulinarnie częściej. NP. jego wyłącznie działką było krojenie, koniecznie krojenie- nie mielenie, słoniny na smalec. I tylko on ucierał na święta i inne okazje majonez. Sztuka wtedy była wielka utrzeć majonez, tak by się mnie zwarzył. Dziś lecę mikserem, lejąc olej (w domu robiło się z oliwy) dowolnie, bo ktoś odkrył, że jak się na początku ukręci żółtko z łyżeczką musztardy, to nie ma opcji, żeby się nie udał. Tatuś też był zaopatrzycielem rodziny w mięso, miód w wielkiej bańce, grzyby, ryby złowione przez przyjaciół. A jak wracał z delegacji, to zawsze przywoził jakieś frykasy, typu kabanosy, serki "imperial" (to był przepyszny poprzednik dzisiejszego bielucha, o konsystencji pozwalającej na sprzedawanie go w papierku), pomarańcze itp. Poza tym Tatuś, i tylko on, szył pościel. Mama szyła różne wymyślności, podusie z falbaninami, kiecki dziewczynkom, komunijne nawet, spodenki synkowi. A Tatuś poszwy. Tatuś też zabezpieczał kobietom swobodę działania przed świętami, usuwając dzieciaki spod nóg. Sadzał nas mianowicie w pokoju przy stole. Swoim tajemniczym, niedostępnym, cudownym scyzorykiem z Gerlacha ciął na paski kolorowy papier, z którego lepiliśmy łańcuch na choinkę. Każdy swój kawałek, oczywiście, kto najdłuższy, a potem te trzy kawałki łączyło się w całość. Tak w ogóle był bardzo fajnym Tatusiem, pomijając fakt, że potrafił nam solidne lanie spuścić. Dopóki nie bryknął. Niestety. Dzieckiem był wtedy jeszcze brat tylko i to już takim, co wino marki wino próbowało. Ale wszystko natychmiast szlag trafił. I pod tym szlagiem leży to wszystko do dzisiaj.
A SERNIK WIEDEŃSKI BABCI KASI robi się tak
0,5kg twarogu
4 jajka
6 łyżek masła
1szkl cukru
1 czubata łyżka mąki kartoflanej
1 łyżka soku z cytryny
rodzynki, skórka pomarańczowa
Masło ucierać z cukrem, dodając po jednym żółtku i po trochu zmielonego twarogu. Jak juz osiągnie odpowiednią konsystencję, to dodać sok z cytryny i jeszcze utrzeć. Po czym dać sztywno ubitą pianę z białek, na to posypać mąkę i umączone bakalie i delikatnie wymieszać.
Wylać do blaszki i piec wytrwale. Upieczonego sernika nigdy nie wyciągamy na chama z piekarnika, bo następne ciasto czeka w kolejce. Ma on powoli stygnąc w piekarniku lekko uchylonym.
Moje modyfikacje:
Zamiast mąki ziemniaczanej daję budyń smietankowy z Delecty,
nie daję rodzynek, bo Dziecię nie lubi w serniku
daję zapach pomarańczowy, niech ręka boska broni dawac skórke cytrynową, bo sernik zszarzeje i ogólnie szlag go trafi
część rzeczonego cukru (zwykłego, nie pudru) daje do piany dla usztywnienia, można tez ten sok cytrynowy dać do niej
No i oczywiście nikt nie piecze sernika z pół kilograma sera. Tę proporcje sie dowolnie powiela, w zależności od wielkości największej blaszki (U mnie max 2 kg, najczęściej 1,5).
Nadmienię na koniec, że sernik taki piekę najwyżej raz w roku, na Wielkanoc, która jest świętem sernikowym i sernik musi być obowiązkowo, tak jak piernik i makowiec na Boże Narodzenie.
Jak o serniku mowa, którego podstawą ser jest przecież: Zaczęłam robić kozie twarożki. Odcedzają się one problematycznie, bo tylko przez płótno. Przez każde inne cóś większość skrzepu pójdzie w zlew. No i potem odcisnąć, też się samoistnie nie odciśnie. Wyciągnęłam więc ze spiżarnianych czeluści takie cóś:
praskę do sera, kupioną w sanockiej cepelii min 20 lat temu. Krowich twarożków się naodciskała i spoczywała w pokoju, w najmniej dostępnym miejscu spiżarki. I jest, jak znalazł.
Jak nie piszę, to nie piszę. a jak zacznę, to epopeja od razu. Coś mi się wydaje, że brak kontaktów międzyludzkich na codzień powoduje moje niewygadanie. Coraz częściej łapię się na tym, że jestem przykrym partnerem w rozmowie, bo wchodzę rozmówcy w słowo, co zawsze uważałam za szczyt chamstwa. I za dużo mówię. No, cóż, z kozami jednak nie pogada.
Dobranoc, albo, jak kto woli - do widzenia
Subskrybuj:
Posty (Atom)

