czwartek, 9 stycznia 2014

Se siedze,

w zlewie czubato, pranie niepowieszone, a ja se siedze. I ni mom chęci do roboty. Właściwie ani z rana ni z wieczora. Robiem bo muszem. Dziś trochę wylazłam w tzw. międzyczasie. Przyniosłam słomę do obórki, bo wzięła i wyszła. Oraz przewiesiłam Wandzi kostkę soli w inne miejsce, co wymagało wkręcenia wkręta w istniejący już w ścianie dybel. Zawiesiłam. Jak długo powisi - nie wiem, bo ona jeszcze jest bardzo ciężka, choć już drugi rok lizana i chrumana (wyjściowo ważyła 10kg), a Wandzia zaczyna oczywiście łapami na niej stawać. Z rozpędu poprawiłam umocowanie tej u Andzi, żeby i Stefan miał dostęp. Stefan zainteresowała się natychmiast sznurkiem. Stefanowa kota została wzięta na trochę do domu. Panna Kota próbowała się zaprzyjaźnić, ale Tośka nie chciała. Wbiła się pod kaloryfer, za Panny Koty posłanko i stamtąd parskała i wymachiwała łapką. Czarna suka była zainteresowana, aczkolwiek zachowała przepisową odległość. Natomiast Księżniczka miała wy...bane na to, jak zwykle.

Robiłam dziś za kanalarza. Klop się przytykał już od pewnego czasu. Parę razy przetykałam przetykaczem. W końcu wlałam pół butelki Kamixa. Na chwile pomogło. I od przedwczoraj znowu.
Aktualnie mam w domu zwiększone zużycie smarkatych chusteczek. Tak właściwie, to moi panowie używają chusteczki bieżącej, czyli taśmy. No i do muszli. I uważają, że jak się tylko kawałek papieru wrzuci, to spłukiwać nie trzeba, ewentualnie można spłukać na ćwierć gwizdka. Już ostrzegałam, ale ty se mów. Oczywiście, jak się zatka, to tylko matka klozetowa może interweniować, bo ma inne ręce. No i się zatkało dziś, już na amen.   Działałam przetykaczem, rąk mało nie odmroziwszy, bo ta woda ze świeżo napełnionego rezerwuaru zimna jak cholera. W końcu doszłam do wniosku, że koty musiały jakieś ciało stałe i nierozpuszczalne zwalić z półki i wpadło do klopa.
Nie było wyjścia -Dziecko w strój roboczy, po rękawiczki gumowe do Stefana i do piwnicy. Zdjęliśmy rurę i kolanko i jęłam dłubać w dziurze drutem. Łatwo nie było. Coś poleciało, stuknąwszy o podstawiony szaflik. Ale to był tylko fragment osadzonego kamienia. W końcu Dziecko wróciło na górę, puściło wodę i ruszyło parę razy przetykaczem.  Wraz z wodą spłynął do szaflika kłąb zbitych chusteczek i papieru. No, żeby sobie srajtaśmą klopa zakorkować na amen, to trzeba umiejętności!
Moje Dziecko działa zawsze zgodnie z prawami Murphego. I jak coś się może zepsuć podczas jego działalności, to się na pewno zepsuje. Tym razem pękło kolanko. Dziecko stwierdziło,że i tak stare było, wzięło mą kartę i pojechało do Majstra po nowe. W ilości sztuk dwie. Plus silikon, bo spod zlewu piwnicznego lało się ciurkiem. (Tam jest taki stary, żeliwny jeszcze syfon i on ma na zgięciu korek. I właśnie wokół tego korka się lało. A że korek stał się niewyjmowalny, to należało uszczelnić póki co) Z tego zlewu w piwnicy korzystam, nabierając wodę dla zwierzaków. Czasem tam myję ich wiadra i jarzyny dla nich. No i wskazane, żeby się wszystka woda na posadzkę nie wylewała.
Dziecko, w ramach dnia dobroci dla zwierząt, oznajmiło, że założyło MI silikon do wyciskacza. Stwierdziłam, że jak już to w garści trzyma, to chyba nie ma problemu, żeby poleciał po tym korku wokół. No, sam by nie wpadł, że to może zrobić. Myślał pewnie, że moim marzeniem jest silikonowanie korka i nie może mi tej przyjemności odbierać.
Dziecko dobre jest, ale samo z siebie nie pomyśli, że mogłoby coś zrobić, co jest do zrobienia. Zresztą, jak to facet, wychodzi z założenia, że po co robić coś, co może zrobić ktoś inny. Ale poproszone zrobi bez szemrania. Tylko - ja strasznie nie lubię prosić. I czemuż, qrwa, te wiadra z popiołem mają stać, aż do momentu, jak powiem: Może byś wyniósł synek? A synek łapie i wynosi. Wczoraj nawet sam z siebie zmył garnki. Zaczęło się od pyskowania, że zmywarkę kupiłam córuni, zamiast do domu (Nie pamięta, że wtedy on z tą córunią mieszkał i od garnków zmywania była ona. A ona garnków zmywać nie cierpi i na piramidę w zlewie jest odporna. Piramida rosła do momentu, aż wszystkie talerze wyszły, a mnie za każdym razem szlag trafiał, gdy ten zlew mnie witał. Więc kupiłam.) Ciśnienie skoczyło mi nieco, więc warknęłam: "No, akurat ciebie brak zmywarki boli najbardziej, bo ty osobiście najczęściej zmywasz gary." I se siadłam w kącie. I paczę i oczom nie wierzę: Dziecko podciąga rękawy i bierze się za gary, nie odpysknąwszy nawet na moje warknięcie. I nawet o dziwo, pozmywało te gary do końca, czyli zmyte poumieszczało, gdzie należy!
Potem jeszcze, po zadaniu pytania "Co ci jeszcze pomóc?"wzięło pranie na strych wyniosło i ZAWIESIŁO! I nawet zdjęło wyschnięte spodnie i przyniosło do domu!
Dobre mam dziecko, choć zwariowane nieco. Szkoda , że ma ochotę pogadać z matką tylko wtedy  jak jest na bańce. Czasem mu się coś wtedy z wnętrza wyrwie nawet. Bo poza tym, to poglądy ujawnia skąpo nader i półgębkiem jakby lub zdaniem prostym. Wypowiedź wygłoszona zdaniem złożonym, to już jest przemówienie jakby. Zdarza się w momencie wqrwu nagłego, choć i to rzadko. Najczęściej jakąś myśl sygnalizuje tylko i weź się domyślaj - o co mu chodziło.

środa, 8 stycznia 2014

Cuda, cuda...

Dziś, jak już było od piątku zaplanowane, był dzień "lekarski" (Nie wszystko było zaplanowane, bo smarkanie Starszego wyszło samo z siebie, ale się załapał, przy okazji).
       Szwagierka-najstarsza-ale-nie-najważniejsza została dostarczona do RTG, który ochoczo stwierdził, że płuca posiada. Co prawda, ona orzekła, że "jakieś takie dziwne te płuca wyszły", ale ona uważa za punkt honoru posiadanie największej , możliwej liczby chorób, największego możliwie zapasu leków oraz spożywania tych leków w/g własnego uznania, a także bycia uczuloną na wszystko (Podobno bazylia w sałatce chciała ja kiedyś zabić).
       Starszy zaliczył swojego doktora i podjął heroiczną decyzję odstawienia cudownego leku jakim jest P...xa, na rzecz mniej cudownego, ale tradycyjnego i sprawdzonego Ace....rolu. Po ostatnim odmładzaniu, spowodowanym interakcją P..xy z -najprawdopodobniej-sokiem z czarnego bzu, które to odmładzania były coraz częstsze i nie wiadomo było, co się z tym lekiem nie zgadza (Grzyby ukochane już zostały z menu wyrzucone, grejpfrut tudzież). W dodatku, nie wiadomo jak to to działało, bo wyniki INR nie były wiarygodne. A ostatnio Starszy miał krwotoki z nosa, które wcześniej zdarzały mu się przy za wysokim INR. No i wtedy regulował sobie biorąc np. ćwierć tabletki zamiast pół. Prawdę mówiąc, obawiam się tego odstawiania. Nie wiem co go napadło, żeby na tę P..xę przejść, gdy był to lek dopiero wdrażany. Pan doktór K. gorąco namawiał Starszego na udział w programie testowania tego leku i ja się wtedy nie zgodziłam. Pan doktór K. był nieco wqrwiony, bo koncern płaci doktórom za testowanie, a najłatwiej testować na starych ludziach. Jak strzeli w kalendarz, to mniejsza szkoda. W/g niektórych doktórów starzy ludzie powinni dziękować, że jeszcze żyją i nie zawracać doktórom dupy.
Starszy co prawda ma już arytmie ustabilizowaną i migotanie mu się w zasadzie od ładnych paru lat nie zdarza, ale nigdy nic nie wiadomo. Raz już mu się skrzepik urwał i coś tam przytkał, z czego wyszedł obronna łapą bez zmian żadnych. Tym razem zapowiedziałam, że wypasionej rośliny do dźwigania sobie nie życze i się nie zgadzam. No, ale potem trafił na oddział do pana doktóra K. i pan doktór mu przepisał. Ciekawe, gdzie koncern go wysłał na wczasy.
          Pan doktór K. oraz jego zona okulistka zaliczają się do grona tych, do których z własnej i nieprzymuszonej woli nie pójdę. No, bo chamstwa nie zniesę. W żadnym wydaniu. Do pani doktór K. poszłam była lat temu około dziesięciu, po dziesięciu latach nie bycia u okulisty przychodnianego (chodziłam prywatnie w Wiżynie w Rz.) Pasowało takiej już niezbyt młodej babie, z takimi mocnymi i dziwnymi minusami, po tylu latach niebycia, jakieś badania w tym oku podstawowe zrobić. Dno pooglądać, ciśnienie zmierzyć. A tu pani dr. zaprowadziła mnie do ciemni, rewer na nos założyła, szkła dobrała. Żeby do bliży coś sprawdzić, to po co, jak wiadomo, że krótkowidzom się z wiekiem minusy redukują (Redukują, ale do bliży i trzeba nosić dwuogniskowe, albo progresywne i takie noszę już ponad 10 lat). I szlag by mnie nie trafił tak całkiem, gdybym nie widziała co  za badania nawpisywała w karcie. No to mijam ją z daleka. Idę prywatnie, oko mi pobadają bez łaski i zachęty, nie kosztuje to znowu tak dużo, a w dodatku odbywa się raz na 2 lata mniej więcej.
         No, a dzisiaj szłam do mojej rodzinnej pani doktór z mocno bojowym nastawieniem. Tzn, z wewnętrznym wqrwem, który podpowiadał, że jak mi znowu tabletki przeciwbólowe zapisze, bez żadnego skierowania gdzieś dalej, to odwiedzę niedomytego dyrektora.  No i tak. Odsiedziałam pode drzwiami  4 osoby i dwie przerwy - po 3 dniach wolnych naród się rzucił na przychodnię, bo normalnie to pani doktór jest dostępna z marszu, a w międzyczasie wymienia się przepisami kulinarnymi z dzieweczkami z recepcji. Dziś więc była wycieńczona nawałem pacjentów. I to wycieńczenie spowodowało pewnie jakieś zaćmienie umysłu u pani dr. W każdym razie na początek powiedziałam jej co mnie boli i że nie mam zamiaru paść się lekami przeciwbólowymi, tylko chcę jakieś skierowanie. Na rehabilitację najlepiej.  No i stał się cud. O dziwo dostałam skierowanie na rehabilitację. Laser, diadynamik i magnetronik. Ucieszyłyby mnie masaże ręczne, ale druki stuningowali tak, że tylko 3 zabiegi można przepisać. W dodatku lepiej, że się nie zmieściły te masaże, bo u rehabilitantów okazało się, że na ręczny masaż zapisują dopiero na czerwiec ( śmiech na sali, puste krzesła), a tak udało mi się załapać już od 20.01. Tymczasem, może wykorzystam sponsoring, który gdzieś tam się majaczy na horyzoncie i parę tych masaży wezmę.

        Oczywiście, po tak szczęśliwym stwierdzeniu płuc u cioty, uzyskaniu skierowania przeze mnie i recepty na lek nieodmładzjący przez Starszego, należało wykonać dla ciotki zakupy. Oczywiście węglarka kupiona przez Dziecko okazała się za mała i musiało lecieć oddać, oczywiście kartkę miała, ale nie dała, więc nie załapała się na śledzie. I oczywiście, JA zapomniałam, że Dziecko potrzebowało obcinacza do pazurów, wobec czego, po odtransportowaniu ciotki i jej zakupów pojechaliśmy natentychmiast do miasteczka jeszcze raz. I byliśmy z powrotem o 15 z minutami (wyjechawszy o 11.00)

Dziecko dostało psy, poszło i jeszcze szybciej wróciło. Tyle co za stodołę i ponoć Księżniczka nie chciała dalej (ciekawe, kto bardziej nie chciał), no to poszliśmy razem, Księżniczka chciała-nie chciała też. Podsumowanie było, że one chyba tylko ze mną chodzą i załatwiają tematy. Fajnie tak.

Po czym miałam już kompletnie dość, ale musiałam wykonać -dla każdego coś miłego. Dla Dziecka mrożona pizza, zajęło się prawie samo, ale bez mojego udziału się n ie obeszło.  Piekarnik nastawiło na opiekacz (taaak?) i polazło do komputra a potem zdziwione było, że sie przypiekło. (Ja też, bo od razu tego opiekacza nie zauważyłam) Dla Starszego wątróbka smażona z kartoflami i pieczone (przy pizzy) jabłka. Tak mu się spieszyło do tych jabłek, że nie raczył zauważyć, że ja tez bym może coś zjadła.

O 17-tej poczułam, że muszę się położyć w trybie natychmiastowym, bo inaczej haratnę na twarz. Jak się położyłam, to zasnęłam ledwie prześcieradła dotknąwszy, nie bacząc nawet, że to już bardziej była pora na zabieranie się za przygotowanie jarzyn dla kóz niż odpoczywanie. Ale gdzieś mi się włączyło w trakcie, bo zerwałam się o pół do ósmej. Pokroiłam, zaniosłam, nakarmiłam, napoiłam, nawet Wandzi twarz posmarowałam i pogłaskałam kotę. Potem nakarmiłam domowe 4 sztuki czworonożnych, dwunożne zignorowałam. Poszłam z psami na trotuar. A wszystko na mnie czekało cierpliwie w zlewie i w pralce.
Pozmywałam, odkurzyłam. Dziecko poszło na strych i powiesiło uprane portki oraz przyniosło te, które zdjęło dla zluzowania miejsca na sznurku. I to był kolejny cud w dniu dzisiejszym.(A właściwie juz wczorajszym) A następny będzie, jak uda mi się zasnąć. Na razie nic nie wskazuje. Pan Kot przylazł, śpi na kołdrze i udaje fajnego kota. ( O tym, że mam zamiar sqrwiela zabić, bo znowu nalał do szafy - nie wspomnę)


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Koty to ZUO!

Z soboty na niedzielę moje koty były bardzo aktywne. Poprzez zajęczy sen słyszałam  co i raz spadające bomby, niektóre nawet wybuchały. Rano zastaliśmy widok taki:


Większy złoczyńca kontempluje swoje dzieło.

Widać, że dotarły na sam szczyt, bo gwiazda jakaś taka nieco zmęczona. Potem okazało się, że jeden kabelek od światełek wyrwany także..
Bombki walały się wszędzie, w tym parę rozbitych. (Ja przewidywałam, że tegoroczna choinka tak skończy, dlatego optowałam za stroikiem. Ale Starszy się uparł - bez choinki to nie święta!)
Zdecydowaliśmy z Dzieckiem skrócić jej męczarnie i to na ten tychmiast. Poszło nam sprawnie. Po czym odbyło się przeglądanie popod i za w poszukiwaniu bombek. Parę wydobyliśmy spod i zza kanapy. Ale jak już wszystko zostało wyniesione, to jeszcze znalazła się jedna pod kaloryferem w korytarzu i druga w łazience. W międzyczasie Panna Kota zajmowała różne punkty obserwacyjne, żeby lepiej widzieć, co czynimy:

Na półce z książkami i rodzinnymi zdjęciami....

okazało się pewnie niezbyt wygodnie, więc poszła dalej....



Z kominka widać lepiej...



o, i jeszcze coś ciekawego na samym okapie się znalazło...



A Pan Kot obserwuje z parteru....

pilnowany przez Czarną.


Zmęczona całonocnymi harcami i obserwacjami zasnęła wreszcie, na skołtunionej narzucie. Narzuta na płask leżeć nie może dłużej niż 5 minut. Burzy to poczucie estetyki i wygody każdego zwierzaka. 
Koty dotąd buszują nad i pod, aż skołtunią. Jak nie zrobią tego koty, to Księżniczka ściąga, potem krąży i udeptuje, robiąc sobie wygodne posłanie. Zwykle nakrywam tę wersalkę płachtą płótna żaglowego, bo łatwo to prać co chwilę. Tu się jeszcze dyżurna narzuta została, zarzucona na okoliczność wizyty duszpasterza

I kto by pomyślał, że to słodkie kociunio to chodzące ZUO, miszcz destrukcji i bałaganu, głodomór wieczny opróżniający miskę własna i Pana Kota, oraz bezczelnie wpychający się miedzy psy z dziobem. A przy tym przymilasta panieneczka, wiecznie skradająca się na swoich krzywych, krótkich łapkach, wskakująca na kolana z pomrukiem i udeptywaniem.

Ta słodka panieneczka na koniec dnia dała numer popisowy. Mianowicie: weszłam do Starszego zapytać, czy nie chciałby herbaty. Koty natychmiast skorzystały z otwartych na sekundę drzwi. Normalnie wstęp do komnaty cysorza zabroniony, po tym jak Panna Kota zlała się na łóżko, a Pan Kot w szafie. Została założona gałka zamiast klamki, co skutecznie uniemożliwia otwieranie drzwi przez Czarną. Tym razem Pan Kot zaczął krążyć i zwiedzać, a Panna Kota czym prędzej wskoczyła na łóżko Starszego, natychmiast kucnęła i się zlała. I tego to ja całkiem nie rozumiem. Nie leje nigdzie indziej poza kuwetą. Moje łóżko dostępne na okrągło, bo drzwi do mnie stoją otworem i zwierz wszelki kołtuni się na nim. Na podłodze leżą szmaciane dywaniki, które też nie stwarzają pokusy do uczynienia ich toaletą tymczasową, choć rzadko leża na płask i nie dłużej niż 5 minut. W dużym pokoju dywan i wersalka z narzutą  - też nie. Tylko łóżko Starszego.
Kołdrę zerwałam natychmiast, zanim zdążyło przemoknąć dalej i poszłam na strych po świeżą poszwę. Dobrze, że Dziecko, jakoś tak samo z siebie, stwierdziło, że jestem za krótka do przebierania kołdry i zrobiło to za mnie, bo mój kręgosłup głośno wrzeszczał NIE!
Mam nadzieję, że TA kołdra wlezie mi do pralki, bo jedna już czeka na strychu na zawiezienie do pralni. Aktualnie Starszy dostał ostatnią, służącą Dziecku P., gdy odwiedza rodzinę.
Czy ktoś mi może wytłumaczyć? Kuweta czysta, a drzwi do łazienki stale uchylone (niestety, ale wycięcie dziury dołem w istniejących drzwiach nie wchodzi w grę - mogłyby nie przeżyć tej operacji)

Uczyniwszy co uczyniła, zajęła wreszcie właściwe miejsce i zabrała się za nabieranie sił przed kolejnymi nocnymi harcami.
Plastykowa miska, której dno pękło i nie może już trzymać wody okazała się być najwłaściwszym posłaniem dla Panny Koty. Jej brzegi nie dają się bowiem wziąć w zęby, żeby je dostosowywać do własnego widzimisię.

.............................................................................................

Jutro mamy zawieźć szwagierkę najstarszą-ale-nie-najważniejszą na prześwietlenie płuc. Będzie się prześwietlać w przychodni, gdzie ja mam swoją rodzinną panią doktór od tabletek przeciwbólowych. Spróbuję przy okazji ją zgwałcić i uzyskać jakieś skierowanie gdzieś. Może przynajmniej ten kręgosłup prześwietlić na początek, żeby do neurologa prywatnego już z czymś pójść. Tyle, że guzik mi z prywatnego neurologa, bo skierowania na rehabilitację mi z prywatnego gabinetu nie da.

........................................................................

Dziecko P., dzięki pomocy koleżanki - pisarki, odbyło wizytę u pani doktor. Dostało piguły. Ale widzę, że sama wizyta ją uzdrowiła, bo do wczoraj piguł nie wykupiła jeszcze. No to będę znowu musiała ja "dołować" przypominaniem, że ma natychmiast kupić i BRAĆ, do cholery!

Poczytałam wczoraj parę blogów, które lubię podczytywać. W tym ten jeden, który czytam, nie wiem czemu. Masochistka jezdem, czy co?Może wreszcie przestanę, bo brednie, które ta osoba wypisuje są tak kosmiczne, że się nie daje, a komentarze puszcza tylko te co ją wychwalają za utopijne pomysły.
Ostatnio zachęca do uprawiania gleby na własne potrzeby warzywne, poprzedzonego tej gleby zakupem kolektywnym. Podczas gdy sama, mając kilkadziesiąt hektarów uprawia jarzyny w doniczkach, głównie zimą. No, to tyle w tym temacie.

U nas zimowa wiosna (dzisiaj ranek powitał deszczem i trawa jakaś zieleńsza się zrobiła), a bratowe dziecko zasypuje śniegiem i zamraża w New Jersey. Popierdzielone to jakieś wszystko.










niedziela, 5 stycznia 2014

Cysorz chory

Dzień już całkiem całkiem, a ja dopiero zjadłam śniadanie z moimi psami i kotami. Dopiero, chociaż wstałam o pół do siódmej, bo nikt wczoraj nie miał ochoty ruszyć tyłka po chleb. Wobec tego, pierwszą czynnością po wstaniu było, jak zwykle, nastawienie kawiarki, a drugą nastawienie mojego "kucianego" chleba. Tym razem zrobiłam bez otrąb, więc wyszedł całkiem biały, jak bułka. Psy czekały ze mną na śniadanie, więc koty też. Bo potem pchają się między psice i któraś mogłaby nie zdzierżyć.

No tak, zaczęłam pisać w sobotę rankiem, ale musiałam przerwać, bo Księżniczka u drzwi, sygnalizowała, że koniecznie, juz musi. Należało uszanować potrzebę starszej damy. A potem już poszło - druga dama, potem kozy, potem pojechaliśmy do miasteczka, odebrać zamówiony żwirek i kupic to i owo. A potem zabraliśmy się za dokończenie tego, czego od razu nie zrobiliśmy, mianowicie porządnych zamknięć do boksów Andzi i Stefana. Efekt zaniedbania był taki, że Andzia, jakimś cudem prześliznęła się pod łańcuchem i otworzyła Stefana "do środka", wyginając przy tym zawiasy.
Zajęci byliśmy tak jakoś do 15.00, po czym stwierdziłam, że Starszego nie ma na horyzoncie. Starszy na ogół wstaje ok. południa i często przesiaduje w swojej komnacie słuchając jedynie-słusznego-radyja, tak, że nic mi się na oczy nie rzuciło. Ale jak w końcu wlazłam, to zastałam Starszego obrażonego mocno, obłożonego usmarkanymi chusteczkami. Starszy niestety tak ma, że każdej jego dolegliwości towarzyszy kosmiczny foch. Dziecko, które ma tych fochów też dość, stwierdziło, że chyba obrażony jest o to, że to on chory, a nie my. Nawiasem mówiąc, mój kręgosłup kategorycznie zaczyna odmawiać współpracy, ale dla Starszego, to nie choroba. Raz, że jej nie widać, w dodatku czyjaś.
Tym razem focha olałam, zostawiłam go samemu sobie, bo katar to nie choroba. Od kilkudziesięciu lat żaden katar, a nawet temperatura, nie były zdolne położyć mnie do łóżka, bo nie było okoliczności zezwalających.
Nastawiłam jedynie kurski rosół, bo podobno na przeziębienia dobry.
A cysorz nawet słuch odzyskał, bo z tej obrazy nie chciał, bym mu zmierzyła temperaturę. Termometr piszczy bardzo cichutko i on zwykle tego piszczenia nie słyszy. Tym razem miał słyszeć. No i dobrze.

piątek, 3 stycznia 2014

lecim...


z Nowym. Życzenia były, choć nie wszystkie. Miałam zadzwonić do mojej jedynej siostry ciotecznej i mi nie wyszło. Ale ona tez nie zadzwoniła. Zadzwonił natomiast żona najmłodszego kuzyna mojej Mamy, ze strony Dziadka Jakuba. W życiu nie widziałyśmy się na oczy. Miałyśmy się spotkać w mieście szkła i ciasteczek, podczas ostatniego Festiwalu Zespołów Polonijnych. Przyjechała z drugiego końca Polski, bo występowała jej amerykańska wnuczka. A mnie się popierniczyły daty z dniami tygodnia. No i jedyną szansę spotkania diabli wzięli, bo nie ma opcji, żebym na ten drugi koniec Polski się kiedykolwiek wybrała. Tym bardziej byłam przemile zaskoczona pamięcią. W rezultacie to ja do niej oddzwaniałam, bo akurat duszpasterz był ante portas. Jak zwykle zdawkowo się odbyło, zapalił papieroska na deser i pognał dalej.
No i wymieniam mejle z moją przyjaciółką, pisarką wędrowną, która osiadła w nadmorskim miasteczku, gdzie ma wszystko, co jej potrzeba, włącznie z trawniczkiem dla psów i barem mlecznym. Ma tam jeszcze parę istotniejszych elementów, których nie miała w poprzedniej nadmorskiej wsi. I paru nie ma - np. dzików ryjących i srających pod balkonem. Wciąż jestem pełna podziwu dla niej. Jak sobie radzi z życiem, chorobą swoją, opieką nad niepełnosprawnym bratem. I jaką prezentuje, mimo wszystko pogodę ducha. I w dodatku napisała dwie książki, z czego jedna, niestety wciąż jest w szufladzie, bo nie może znaleźć wydawcy.
(Tutaj będzie mała reklama: Ta wydana książka nosi tytuł "Blondie$". Jak byście gdzieś się natknęły, to poczytajcie, czyta się na prawdę świetnie: trochę realiów z czasów peerelowskich, z życia artystów śpiewających, do kotleta i nie tylko, europejskie i egzotyczne podróże w poszukiwaniu $, z tego śpiewania właśnie. I co z tych podróży wynikło. A wynikło niespodziewane i ciekawe. Zachęcam. Druga część jest równie ciekawa, już we współczesnych realiach osadzona, głównie w kraju czekolady, czyli Belgii. Ale niestety, na razie nie do poczytania. Żałujcie póki co, ja już to czytałam. A reszta - dopiero jak się ktoś odważy wydać. Niestety - komercja. Trzeba być znanym i czytanym, albo mieć ciotkę za diabłem. Gratuluję w tym miejscu Agacie wydania nowego tomiku)
A ja tu sobie siedzę jak kura na grzędzie i ciągle dumam, za co by się tu... I sam asobie podcinam skrzydła, bo jakoś nie mogę. Z drugiej strony - wiadomo, że z gówna bicza nie ukręcisz, A portfel cieniuteńki.
Na razie zadziałaliśmy z Dzieckiem twórczo i w Sylwestra opierniczyliśmy, przy pomocy wałka, jego srebrną strzałę na pojazd ufoludków, czyli w ukochanym Dziecka kolorze - zielonym. Nasze działania wywołały takie zainteresowanie, że sąsiad od domowej naprawy aut zwolnił aż, wracając z pracy, by się lepiej przyjrzeć. Może zaproponujemy mu współpracę...
A strzała wygląda teraz tak:

Tu ma jeszcze niezdjęte taśmy, na elementach, które miały zostać niezamalowane. Po ich zdjęciu, było o wiele lepiej. Na razie jeszcze schnie, bo jednak temperatura nieco za niska na malowanie. Po czasie Dziecko stwierdziło, że powinno było nabyć wojskowe nitro. Ale i tak nie jest źle.

Dodam, dla zaskoczonych naszą beztroską twórczością, że pojazd ten Dziecko nabyło po cenie szrotowej. Czyli z założenia jest złomem, tyle, że jeżdżącym, póki co. I z założenia ma wyglądać jak złom. Pewnie na przekór tym wszystkim, którzy dążą do tego, żeby auto WYGLĄDAŁO dużo lepiej niż funkcjonowało. Co powoduje, że szpachluje się rdzę i lakieruje za ciężkie złotówki, byle tylko wyglądało. A wyglądać to ma dziewczyna, jak idzie na pierwszą randkę. Auto ma jeździć.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to co się dzieje z moim Dzieckiem P. Z tego powodu, jestem w kropce tak wielkiej, jak Słońce w teleskopie Hubbla. I nie wiem co mam czynić. Nie wiem i sama muszę wymyślić. Wiem tylko, że niestety nie mam na kogo liczyć. Z wyjątkiem wsparcia duchowego i rozsądnych podpowiedzi, które akurat mam(Pisarko, dzięki!). Ale nie dotyczą one wszystkich szczegółów mojego ustawienia się do rzeczywistości.



środa, 1 stycznia 2014

Jaki pierwszy

dzień, taki cały rok. Podobno. No, to ładnie! Bo ja dzisiaj gnojczę się totalnie. Zrobiłam tylko to co niezbędny mus. Nawet kozy na kolacje nie dostały sałatki, tylko owies z otrębami zmieszany i witaminami. Zdziwienie było straszne, ale zjadły do spodu. O dziwo! (Właśnie mi panna Kotta stanęła na dilicie i skasowała całe dwa zdania tekstu A teraz mi udeptuje brzuch z pomrukiem i pcha mordkę do mojej brody. Mówię - co dziewczynka, to dziewczynka!)

I z tego gnojczenia wyszło tak, że nawet tego posta nie dokończyłam. OJOJOJ! Co to będzie, jeżeli - faktycznie.

Najlepsze Życzenia na Nowy Rok!
Niech będzie lepszy od poprzedniego!
Niech się spełniają marzenia, niech otaczają Was mądrzy, serdeczni i życzliwi ludzie.
Niech Was nie opuszcza dobry nastrój, szczęście i zdrowie.
Niech sukces wieńczy wszystkie Wasze dzieła.
Niech się darzy!

Grafika pochodzi ze strony : http://www.tapetus.pl.( Nie znalazłam, jakie tam są zasady wykorzystywania udostępnianej grafiki)