to oczywiście musi lunąć. Ta sama zasada dotyczy także mycia auta.
Już nie mogłam patrzeć na te kropki prześwitujące przez rolety, gdy słońce przejdzie na zachodnią stronę. No to rankiem złapałam sprzęty i ruszyłam na okna. O dziwo, nawet mi się udało bez maziaków wyczyścić. Koty nie próbowały ucieczek - chyba je psikacz z płynem i śmajtająca szmata odstraszały od skoków na parapet.
Dwa załatwiłam na razie, od zachodu zostało mi jeszcze jedno, na potem, bo akurat Dziecko nocowało i spało jeszcze, więc mu po oknie nie latałam.
No i zaraz potem lunęło. Od zachodu zacinając oczywiście.Na szczęście tylko symbolicznie, żeby tradycji spłukiwania świeżo umytych okien stało się zadość.
Zebranie wiejskie zaliczyłam. Sprawę drogi przedstawiłam. Na co usłyszałam od wójta, ż egmina prywatnych dróg nie tyka, bo im prawo nie pozwala. Jedyna opcja - "odpisać" tę drogę na rzecz gminy. Z jednej strony proste to by było, ponieważ droga stanowi jedną działkę ewidencyjną. Z drugiej - ta działka ma 13 właścicieli i zebrać ich w kupę oraz jednomyślność uzyskać - nie proste. Niektórzy tylko do pól nią dojeżdżają i ostro im lata w jakim stanie jest na początku, bo wielkim traktorem i tak przejadą. Skończyło się na tym, że sołtys obiecał kamień na jesieni. Na razie w "wąwozy" poszła dachówka cementowa, której sąsiedzi pozbyli się z posesji jakiś miesiąc temu. Rękami głównie Waldemara &son. Nie tykałam, bo ja stara baba jestem a prac fizycznych ciężkich mi nie brakuje. Waldemar głównym zainteresowanym stanem drogi był, bo od niego dwa auta codziennie jeżdżą w te i we wte oraz rzesze klientów (nawet napomknął, że z powodu tej drogi klientów mu ubywa). Trochę Jańcia wrzuciła cichcem, bo ją ten stos dachówek pod jej płotem uwierał w psychikę. Zresztą ona też jeździ codziennie do pracy jednym autem, a jej ślubne nieszczęście - drugim. Nieszczęście chore na wszystkim, więc sama musiała.
Moje nieszczęście też zdechłe było końcem tygodnia i leżało trupem bladym, z fochem kosmicznym. Jakby jego sercowe dolegliwości to moja zasługa była.
Dobrze, że początkiem tygodnia był jeszcze zdatny do użytku i przytransportował mi lambordżinim zebrane dynie. Nawet podawał z bagażnika do okienka piwnicznego. Poukładałam na paletach - te większe pojedynczą warstwa ((prawie), mniejsze na kupkę. Zostały w polu tylko te co na kompoście wyrosły sobie same. Licho wie, co za jedne, podejrzewam bambino. Zerwałam je w sobotę i Dziecko dowiozło. Było 7 sztuk dość za dużych, jak na moje możliwości udźwigu. Jedną wcześniej kozowate zeżarły. Niestety, dynie u mnie głównie kozowatymi skonsumowane będą. Starszy "wynalazków" nie uznaje, natomiast chętnie konsumowałby różne niezdrowe i ciężkostrawne świństwa.
Próbuje te dynie po kolei, w celu eliminacji na przyszły zasiew. I już wiem, że bezłupinowa ałt. Nadaje się tylko na pestki, skórę ma grubą na pół cm, przeciąć się nie daje. Wczoraj maczetą łupałam - nie przecięłam. Potraktowana "na dwa razy" pękła z odgłosem glinianej skorupy na kilka nieregularnych kawałków, jak czerep rubaszny. Kozy dostały te kawałki do samodzielnej obróbki. Miały parę chwil zajęcia. Wyżarły ładniutko, do skórki. Nie obawiam się o zadławienie, bo skórki nie użrą, nie ma opcji. No to przynajmniej takie wsparcie dla mego lenistwa, że nie kroję, tylko łupię (chyba jednak lepiej będzie siekierą, bo obawiam się tej maczety trochę), połówki im kładę i róbta sobie co chceta.
Z czwartku na piątek Dziecko też nocowało i piątkowym ranem podrzuciło mnie do metropolii, wyruszając w trasę. Zakupów zaplanowanych oczywiście nie dokonałam. Jedynie "cygankę" Dzieckom nabyłam. Ze zdziwieniem niejakim, że jeszcze produkują i w moim ulubionym sklepie z kuchennymi przydasiami istniej w różnych rozmiarach. Dziecka maja patelni rozmaitość, a chciały do nalesników. Risercz internetowy zrobiłam w kwestii patelni naleśnikowych. Jest tych nowoczesnych cudów techniki do wyboru i do koloru. Powłoka taka, siaka i owaka. Z czego wiem na pewno, że taka (czyli ceramiczna) to ściema, bo się lepi beznadziejnie, siaka (czyli teflon) tez odpada, bo wychodzi na niej miękkie i blade cóś tam. Nie znane mi są z doświadczenia ostatnie wynalazki, czyli powłoki mineralne (marmurowe itp). Natomiast doskonale znam cygankę i uważam, że do naleśników jest jedyna. Taka trochę mało elegancka i w przechowywaniu trudna, ale nie zamienię na inną. Moja własna ma już ze 30 lat i ciągle sprawna. Innych jakiś w tym czasie przemknęło przez kuchenną szafkę dość sporo. W tej chwili właściwe też dwie się tam znajdują, które należałoby wyrzucić, bo rączki im odpadły. Najdłużej się opierał olkuski teflon - jeszcze za peerelu nabyty, ale w końcu też się starł. No, ale ile lat dawał radę! Teraz mam teflon z tefala i głowę dam, że tamtego olkuskiego nie przebije żywotnością. Co nie znaczy, że aktualne olkuskie patelnie są tak samo trwałe, jak tamte, bo być może w chaerelu są robione.
Z napomknień powyżej można się domyślić, że Dziecko jakąś latająca pracę ma. No, tak. Wyrwało się chińczykowi z magazynu (jak opisuje panujące tam porządki i sposób organizacji pracy, to aż dziw bierze, jakim cudem ta chińska potęga tak rośnie) na skraju wyczerpania psychicznego idiotyzmem i bezhołowiem. I załapało na lotnego sprzedawcę germańskich wytworów w zakresie mechanizacji rolnictwa. Na razie efekt jest taki, że straciło bezpowrotnie jedną koszulę, rozdartą psem, który skoczył mu na plecy na podwórku potencjalnego klienta.
Co prawda z piątku na sobotę nocowało, ale niewiele mi się udało skorzystać z pomocy - jedynie mulczerem wykosił kawałek sadu, pod orzechami głównie, bo już zaczynają lecieć gremialnie. Konara spadłego z jabłoni w sadzie nie zauważył. I ostatecznie do pocięcia nie doszło, bo zaczęło znowu padać. Chyba będę jednak musiała poszukać kogoś z piłą.
Przed deszczem udało mi się jeszcze sprzątnąć połowę buraczków. Od razu je posortowałam i zaworkowałam - pójdą do piwnicy sumsiada te większe, a te małe wylądują w garze i przeobraża się w ćwikłę z chrzanem. Nacinę ładnie obcinałam i układałam od razu na taczkach, z zamiarem sprawienia frajdy kozowatym. Po czym okazało się, że próżny trud, bo kozowate na nacinę buraczana się wypięły. Domniemywam, że z powodu iż, po ostatniej strasznej ulewie nieco schlastana błotem była. Nie tak bardzo, jak liście z boćwiny (których nie tknęły małpy), ale jednak. No to przynajmniej starania o porządne obcinanie buraczków mam z głowy - mogę byle jak i pod nogi.
Miałam na myśli zrobienie nieco buraczków w słodkiej zalewie, bo swego czasu powodzeniem się w rodzinie cieszyły. Niestety, ten śmiszny nożyk, do krojenia frytek w ząbki, zaginął w akcji, a nowy w ulubionym sklepie na oczy mi się się narzucił.
No, a dziś dzień wstał mgliście bardzo, ale bezeszczowo. Mgła gdzieś poszła w cholerę (Nie zauważyłam, w którą. A szkoda, bo jak do góry, to spadnie deszczem). Starszy, po wczorajszym świątecznym ożywieniu znów dogorywa. Tak, że podejrzewam ściemę niejaką z tymi dolegliwościami, bo niby czemu akurat mu tak raptem na niedziele przeszło?
Nic to, na spacerze z psami ciąg dalszy buraków napoczęłam. Ale z psami znacznie gorzej niż z dziećmi, więc doprowadziłam z powrotem i pójdę kontynuować.
Po tych deszczach pomidory w większości brzydkie się zrobiły, ale jadalne nadal. I co ciekawe -krzaki cały czas zielone. Z niepokojem patrzę, kiedy będzie adijos...
poniedziałek, 26 września 2016
poniedziałek, 19 września 2016
Jak nie pada, to nie pada.
No, a potem, jak już lunie, to katastrofa.
Lato było suche nad miarę. Uprawy wyszły takie ło, bo ileż można z tą woda latać. Najbardziej się to na dynię i paprykę przełożyło. Drugiego pokosu siana po prostu nie było, a od pewnego momentu w ogóle nie ma co ukosić kozowatym, tak że głównie na witaminach są - buraku liściowym, jarmużu i nagietkach. Oraz co tam sobie skubną na gumnie.
W sobotę zaczęło się jakoś kitrać na nieboskłonie i zanim wyciągnęłam Starszego, żeby lambordżinim pojechać po zaopatrzenie dla kóz na sobotnią i niedzielną kolację - już zaczęło kropić. Gęsto od razu. Złapałam w locie jakąś dynię, jakieś cukinie i parę buraków i na podwórze już w strugach deszczu zajechaliśmy. Ale jeszcze był to po prostu deszcz. Starszy przez chwilę myjnię lambordżiniemu urządził, po czym go, z parasolem, ewakuowałam do domu. I właściwie tyle co próg przekroczył - jak LUNĘŁO!
Ponieważ efekty świetlno-dźwiękowe temu nie towarzyszyły, więc stałam w oknie kuchennym i obserwowałam, mając przed sobą budynki gospodarcze. Wyglądało, jakby ta woda się z chmury pod ciśnieniem wylewała, bo odbijała się od dachu, nad którym powstała około pół metrowa warstwa mgiełki z odbitych od niego kropelek. Naszą stroma drogą płynęła rwąca górska rzeka, cała szerokością.
Lało tak intensywnie jakieś pół godziny, potem nieco ustało i wtedy usłyszałam sygnał. Karetki? Zatrzymało się toto wyjące gdzieś w pobliżu, więc wyjrzałam oknem na przeciwną stronę ( w stronę "gościńca", czyli drogi powiatowej biegnącej przez wieś) i zobaczyłam, że to nie karetka, a śmieszne autko miejscowej ochotniczej straży. Straż? Po co straż? Przecież w taką ulewę się palić nie może. Aha, jak się nie pali, to znaczy, że tonie. Więc ubrałam, nieprzemakalną rzekomo bundeswerę i polazłam robić tłum.
Zaraz na początku (tzn. na końcu "naszej" drogi) natknęłam się na strażaka udrażniającego spływ do kratki, który to, w największa ulewę sumsiadka Dańcia pieczołowicie zatykała. (Idea, jaka kazała jej w strugach deszczu narabiać łopatą jest dla mnie niepojęta. Pierdolce umysłowe bywają różne, ale zwykle skrajne warunki, w tym atmosferyczne, jakoś ograniczają ich przejawy. Tymczasem na Dańcię nie ma złej pogody..)
Domy położone po zachodniej stronie drogi prawie toną. Woda przelewa się przez mostki nad przydrożnym rowem. Po wschodniej stronie dwa gospodarstwa zalane: Matysiakowa ma pełne podwórze wody, która spłynęła z pól. W dodatku z kratki, która powinnna zbierać wodę z asfaltu - woda wydobywa się fontanna i dodatkowo ja zalewa. Więc kobiecina leci z workiem z piachem na te kratkę. U Toli obora i stodoła w wodzie po kolana, po drugiej stronie Dorota ma znowu pod progiem. Dokładna powtórka z rozrywki sprzed dwóch lat.
Pojawiły się ostatecznie 3 jednostki straży i wypompowywały tę wodę do rowów duuużo dalej, żeby trochę uratować Dorotę i Tolę. Pojawił się też wreszcie sołtys i zapytał "o co chodzi?", chociaż gołym okiem było widać o co. Po czym stwierdził, że "woda przyszła, woda pójdzie", czym ludzi wqrwił nieco. Był tam ponoć też ktoś od wójta, kto najwięcej wysiłku włożył w to, by zapobiec informowaniu prasy lokalnej.
Ale do akcji przystąpiła młodzież, która ma w nosie "bójta się wójta" i w niedzielę rankiem zjawiła się pani z "Gazety Jarosławskiej", której problem przedstawiono obszernie. Podkreślając przy tym fuszerki dokonane przy robieniu chodnika oraz wdupiemanie urzędasów powiatowych i gminnych.
Osobiście połopatowałam trochę śniegówką, żeby zmniejszyć ilość wody stojącej u drzwi garażu/warsztatu. Niestety, Dziecko robiąc posadzkę zlikwidowało istniejące tam odprowadzenie wody. Efekt taki, że w warsztacie było mokro tak jakoś do połowy posadzki.
Na poprawę humoru oraz dla spożytkowania kozowego twarogu, który zaczął mi się spiętrzać, zrobiłam sernik. Po czym zdziwiłam się, że jest to ciasto, które się tak błyskawicznie robi (ale to z kozowego twarogu się tak robi, bo on jest prawie jak serek homogenizowany i wystarczyło go tylko blenderem ruszyć) Po czym, w momencie wsadzania do piekarnika, zaskoczyło mi, że żadnego masła tam nie dałam. Co nie zaszkodziło sernikowi absolutnie, bo twaróg z pełnego mleka robiony. Zjadł się pilnie przez niedzielę, oczywiście wstępnie, na gorąco nawet próbowany. Sernik na ciepło - tez dobry.
Resztki (?) żurawi wypłoszyła zmiana pogody. Za to na gumnie pojawiły się sójki. Moja bundeswera okazała się jednak przemakająca i mam w tej chwili 3 kurtki mniej lub bardziej mokre. Może w końcu należy się rozejrzeć za czymś na prawdę nieprzemakającym. Domniemywam, że w związku ze zmianą pogody więcej osób wpadło na ten sam pomysł.
Lato było suche nad miarę. Uprawy wyszły takie ło, bo ileż można z tą woda latać. Najbardziej się to na dynię i paprykę przełożyło. Drugiego pokosu siana po prostu nie było, a od pewnego momentu w ogóle nie ma co ukosić kozowatym, tak że głównie na witaminach są - buraku liściowym, jarmużu i nagietkach. Oraz co tam sobie skubną na gumnie.
W sobotę zaczęło się jakoś kitrać na nieboskłonie i zanim wyciągnęłam Starszego, żeby lambordżinim pojechać po zaopatrzenie dla kóz na sobotnią i niedzielną kolację - już zaczęło kropić. Gęsto od razu. Złapałam w locie jakąś dynię, jakieś cukinie i parę buraków i na podwórze już w strugach deszczu zajechaliśmy. Ale jeszcze był to po prostu deszcz. Starszy przez chwilę myjnię lambordżiniemu urządził, po czym go, z parasolem, ewakuowałam do domu. I właściwie tyle co próg przekroczył - jak LUNĘŁO!
Ponieważ efekty świetlno-dźwiękowe temu nie towarzyszyły, więc stałam w oknie kuchennym i obserwowałam, mając przed sobą budynki gospodarcze. Wyglądało, jakby ta woda się z chmury pod ciśnieniem wylewała, bo odbijała się od dachu, nad którym powstała około pół metrowa warstwa mgiełki z odbitych od niego kropelek. Naszą stroma drogą płynęła rwąca górska rzeka, cała szerokością.
Lało tak intensywnie jakieś pół godziny, potem nieco ustało i wtedy usłyszałam sygnał. Karetki? Zatrzymało się toto wyjące gdzieś w pobliżu, więc wyjrzałam oknem na przeciwną stronę ( w stronę "gościńca", czyli drogi powiatowej biegnącej przez wieś) i zobaczyłam, że to nie karetka, a śmieszne autko miejscowej ochotniczej straży. Straż? Po co straż? Przecież w taką ulewę się palić nie może. Aha, jak się nie pali, to znaczy, że tonie. Więc ubrałam, nieprzemakalną rzekomo bundeswerę i polazłam robić tłum.
Zaraz na początku (tzn. na końcu "naszej" drogi) natknęłam się na strażaka udrażniającego spływ do kratki, który to, w największa ulewę sumsiadka Dańcia pieczołowicie zatykała. (Idea, jaka kazała jej w strugach deszczu narabiać łopatą jest dla mnie niepojęta. Pierdolce umysłowe bywają różne, ale zwykle skrajne warunki, w tym atmosferyczne, jakoś ograniczają ich przejawy. Tymczasem na Dańcię nie ma złej pogody..)
Domy położone po zachodniej stronie drogi prawie toną. Woda przelewa się przez mostki nad przydrożnym rowem. Po wschodniej stronie dwa gospodarstwa zalane: Matysiakowa ma pełne podwórze wody, która spłynęła z pól. W dodatku z kratki, która powinnna zbierać wodę z asfaltu - woda wydobywa się fontanna i dodatkowo ja zalewa. Więc kobiecina leci z workiem z piachem na te kratkę. U Toli obora i stodoła w wodzie po kolana, po drugiej stronie Dorota ma znowu pod progiem. Dokładna powtórka z rozrywki sprzed dwóch lat.
Resztka wody spływająca z góry "naszą" drogą. I śmieszny wózek OSP
Szczątkowy strumyk. Płynie już tylko jedną koleiną, którą sobie cudnie wyżłobił. W trakcie ulewy to była rzeka na całą szerokość drogi.
I teraz ta koleina jest rowem głębokim miejscami na 20-30cm
U Doroty woda pod progiem.
A tu widać, jak cudny mosteczek trzyma. Z góry idzie wierzchem, za mosteczkiem metr niżej.
Woda już "tylko trochę" wylewa się z rowu na jezdnię. Trudno w dodatku powiedzieć, że jest to "woda", bo to co płynęło jedną strona naszej drogi było brązowe i cuchnące. Co zastanawiające jest, ponieważ nie ma tu nigdzie gnojników ani szamb. Czyżby kanalizację wymyło?
Pojawiły się ostatecznie 3 jednostki straży i wypompowywały tę wodę do rowów duuużo dalej, żeby trochę uratować Dorotę i Tolę. Pojawił się też wreszcie sołtys i zapytał "o co chodzi?", chociaż gołym okiem było widać o co. Po czym stwierdził, że "woda przyszła, woda pójdzie", czym ludzi wqrwił nieco. Był tam ponoć też ktoś od wójta, kto najwięcej wysiłku włożył w to, by zapobiec informowaniu prasy lokalnej.
Ale do akcji przystąpiła młodzież, która ma w nosie "bójta się wójta" i w niedzielę rankiem zjawiła się pani z "Gazety Jarosławskiej", której problem przedstawiono obszernie. Podkreślając przy tym fuszerki dokonane przy robieniu chodnika oraz wdupiemanie urzędasów powiatowych i gminnych.
Osobiście połopatowałam trochę śniegówką, żeby zmniejszyć ilość wody stojącej u drzwi garażu/warsztatu. Niestety, Dziecko robiąc posadzkę zlikwidowało istniejące tam odprowadzenie wody. Efekt taki, że w warsztacie było mokro tak jakoś do połowy posadzki.
Na poprawę humoru oraz dla spożytkowania kozowego twarogu, który zaczął mi się spiętrzać, zrobiłam sernik. Po czym zdziwiłam się, że jest to ciasto, które się tak błyskawicznie robi (ale to z kozowego twarogu się tak robi, bo on jest prawie jak serek homogenizowany i wystarczyło go tylko blenderem ruszyć) Po czym, w momencie wsadzania do piekarnika, zaskoczyło mi, że żadnego masła tam nie dałam. Co nie zaszkodziło sernikowi absolutnie, bo twaróg z pełnego mleka robiony. Zjadł się pilnie przez niedzielę, oczywiście wstępnie, na gorąco nawet próbowany. Sernik na ciepło - tez dobry.
Resztki (?) żurawi wypłoszyła zmiana pogody. Za to na gumnie pojawiły się sójki. Moja bundeswera okazała się jednak przemakająca i mam w tej chwili 3 kurtki mniej lub bardziej mokre. Może w końcu należy się rozejrzeć za czymś na prawdę nieprzemakającym. Domniemywam, że w związku ze zmianą pogody więcej osób wpadło na ten sam pomysł.
piątek, 16 września 2016
ku zimie idzie
zauważyłam dziś, popierniczając za kosiarką po trawniku. Gęsi/ Żurawie (nigdy nie wiem, które są które, wzrok mi nie sięga, a głosów nie rozpoznaję. Lornetka dałaby radę, ale jakoś zanim pobieżę chyżo po nią, to już nie ma co oglądać) ku południowi podążają.Jak wiosną hurmem w tę stronę leciały, tak teraz, klucz za kluczem prawie - zmykają. Takie trochę zaskoczenie, że to już, bo wciąż ciepło, a nawet jakby upalnie za dnia. Jaskółki wyniosły się tak jakoś niepostrzeżenie już dobrą chwilę temu. Niestety, gniazdko, które u kóz zbudowały były wiosną - pozostało puste.
Wcięło mnie znowu na dobra chwilę. Tak, że tym, którzy tu mimo wszystko zaglądają- dzięki za wytrwałość. Niestety, codzienność zaczęła mnie przytłaczać na tyle, że po wypełnieniu harmonogramu, często rozszerzonego, nie byłam w stanie zebrać myśli i uporządkować ich tak, by można się nimi z kimkolwiek podzielić.
Parę tematów mi dojrzało do radykalnego rozwiązania. Jednym z nich była kwestia zepsutego odkurzacza, który Starszy uparł się naprawiać by himself (a raczej, jak zwykle - myself) Odkurzaczowi brakło jedynie szczotek węglowych, które okazały się nie do nabycia naziemnie. Internetowe poszukiwania po numerze nie przyniosły pozytywnych rezultatów, a kupowanie "na oko" nie miało sensu, bo koszt był zbyt wysoki na to, by wyrzucić w razie gdyby "nie podeszły". No to zaczęłam szukać następcy.
Tak się złożyło, że odwiedziliśmy samochodowo Najważniejszą, przed jej udaniem się na trzecią chemię. Wobec czego zaplanowaliśmy przystanek w okolicach Leclerca. Rekonesans w EuroAgd był bezowocny, bo to co miałam na myśli wyszło, a nic innego sensownego, w określonym przedziale cenowym nie mieli. Wobec czego Dziecko zasugerowało market. Niechętnie się udałam. Odkurzacze na półkach znaleźliśmy, nawet coś by się dało zaakceptować. Ale. Okazało się, ze w samoobsługowym markecie można batonik sobie wziąć z półki do koszyka, ale odkurzacza już nie. Wygrzebana gdzieś na hali pani nie wiedziała, czy to egzemplarz jedyny, ani gdzie jest reszta od niego i kazała udać się do punktu obsługi klienta. Na co mi wezbrało wewnętrznie i zakomunikowałam rodzinie, że ja tu kilometrów po markecie nabijać nie będę, latając do POK i z powrotem do regału, a potem jeszcze do kasy. Ćniam markety, odkurzacz nabędę internetem i sam mi pod drzwi przyjdzie. Co też uczyniłam. Przyszedł, ale zdegustowana jestem mocno. I zakup internetowy nic tu do rzeczy nie ma, bo kupując żywcem i tak bym tego akurat co go boli nie odkryła. Nabyłam @elektrolux@ w promocji, z 350 na 250. Wszystko jest OK - odkurza świetnie nawet na pół gwizdka, wygląda estetycznie, jest stosunkowo lekki. Tyle, że ta renomowana firma, produkująca odkurzacze od wieków, zeszła totalnie na psy. Staranność wykonania jest taka O! Co wyraża się tym, że szczotka wchodzi na rurę zbyt łatwo i oczywiście łatwo też z niej schodzi, pozostając na dywanie. Kilkakrotna gimnastyka w trakcie odkurzania dywanu polegająca na wykonywaniu skłonów w celu podjęcia z gleby i założenia na powrót szczotki, wcale mnie nie bawi. Raczej wręcz przeciwnie - wyzwala rzucanie słowem obelżywym. Coś wymyślę, ale muszę mieć chwile luzu.
Na razie go nie mam, bo (jak to mówią) jak nie urok - to sraczka. Ciągle coś się dzieje, albo jest do zrobienia na już.
Oczywiście głównym obiektem zainteresowania jest Najważniejsza, która radośnie po trzeciej chemii wróciła sobie do siebie, zapomniawszy w ciągu trzech tygodni, w jakiej formie była po poprzedniej dawce trucizny. Skończyło się na tym że 2 dni z rzędu jeździłam do niej, a kolejnego dnia włączałam telefonicznie do akcji sąsiadkę. Starszy, o dziwo, próbuje ją trochę regulować telefonicznie, co w zasadzie przynosi jedynie taki skutek, że nie odbiera od niego kolejnych telefonów. Po czym Starszy się niepokoi, że coś nie tak i nalega, żebym ja dzwoniła ze swojego. I tak się bujamy kilka razy dziennie.
Kolejny pilny temat został rozwiązany we wtorek. Niestety, los nierasowych kozłów jest określony już w momencie narodzin, otwarta jest tylko kwestia czasu. Zwykle czas ten nastaje, gdy kozły zaczynają czuć "wolę bożą". U mnie były wypuszczane na osobny wybieg już od dawna , bo zaczynały "skakać" po kozach, którym to jakby trochę przeszkadzało i robiła się granda. Ostatnio pobiły się tak, że porozkrwawiały sobie łby, co wcale nie zniechęciło ich do kontynuowania walki. Zostały więc rozdzielone. Jeden trafił do wolnego boksu obok Wandy. Tak jej się to nie spodobało, że pierwszej nocy powybijała wszystkie deski w przegrodzie (na gwoździach mocowane były). Umocowałam na wkręty. Zawiesiłam opony od jej strony, żeby przeszkodzić nieco w waleniu łbem w przegrodę. Przeszkodziło nie bardzo. W końcu miała ten łeb tak rozwalony, że zdarła sobie skórę grubym płatem. Trzeba było psiknąć na zielono.Wobec czego obiekty zadrażnień wylądowały w słoikach i zamrażalniku. Kolejne wykoty nieprędko - Starszy jest regulowany ostro w temacie popychania mnie do organizowania krycia kóz. Może w końcu tupnę nogą, że ja robię, to ja rządzę.
Poza tym wciąż mamy bogactwo dobra wszelakiego - owocowego i warzywnego, które trzeba zagspodarować, bo nie wypada żeby się dary boże marnowały. Pomidory wciąż dają radę, mimo kilkudniowych deszczów, po których wszystko zostało zaatakowane mączniakiem - nawet chwasty na trawniku. Krzaki pomidorów wciąż zielone i myślę, że jest to zasługa tych paru oprysków drożdżami. W spiżarce czeka kilka wiader na przerobienie, a my dla odmiany jakiejś złapaliśmy się za antonówki. Takim rzutem na taśmę, bo antonówka zaczyna być goła. A jest to tak wspaniałe jabłko, że szkoda by było nie zachować na potem. Trochę strzęsłam, a trochę samo spadło. Te ostatnie świetne, dojrzałe i bez robali, bo robaczywe opadły wcześniej. Dojrzałe antonówki - kruche, ale soczyste, z cieniutką skórką i wspaniałym aromatem - mało jest tak pięknie pachnących jabłek. Wspaniałe na szarlotkę i do wszelkich innych zastosowań, bo maja wyrazisty smak i szybko się rozsmażają.
Jabłuszka w plasterkach poszły do dużych słojów z przeznaczeniem na szarlotkę, we wiórkach -do półlitrowych, na naleśniki. Część została wrzucona do gara i rozpaćkana, Starszy nocą z łyżką wystartował do tego gara i stwierdził, że "miodzio", więc pewnie w mniejsze słoiki to pójdzie do nocnego wyżerania. Przy rozdrabnianiu jabłek wykorzystałam lidlowe wieloczynnościowe ustrojstwo w charakterze szatkowniczki. A wobec padaki maszynki elektrycznej została wyciągnięta z zakamarów taka tarka na korbkę, która nadal świetnie sobie radzi. Aktualne pomocniki prądem napędzane są bardzo krótkoterminowe (podkaszarka padła po wykoszeniu rowu, swądu nieco z siebie wydając, użyta chyba czwarty raz od zakupu. Rów miał około 20m i jakąś bujną roślinnością porośnięty nie był - susza przeca.)
Wypada myśleć już o zbiorach. Ale odwlekam je do później, póki jeszcze chomiki nie rzucają się masowo na moje dynie, ze względu na przechowanie zimowe.W zasadzie na przechowanie będą głównie buraczki i dynie. Marchewki tylko odrobina - jeden rządek został, ale marchew jest wielka, to się trochę uzbiera.
Dynia na kompoście jeszcze dwa owoce wydała, które już nie zdążą dojrzeć. Zimne noce szkodzą dyniowatym - cukinie jeszcze wiążą owoce ale te już nie rosną, tylko starzeją się takie karzełki. Pomidory na nasienie zostały wyselekcjonowane i czekają. Nigdy dotąd nie pozyskiwałam własnych nasion, nie wiem więc jaki będzie efekt. Zobaczymy.
A poza tym : córusia się właśnie urlopuje, ale jakoś nie umieściła w grafiku zwizytowania starszych. W ogóle zapomniała zdaje się, że ją o to prosiłam, bo chciałam na jeden dzień wyjechać o spokojnej głowie. No, cóż...
Dziecko natomiast zmienia właśnie pracę. I jak to Dziecko pechunio i przygody.Łamadze zdechło sprzęgło. Wziął się za naprawę i udało mu się ostatnią śrubkę urwać przy dokręcaniu. Śrubki oczywiście specjalne, gdziekolwiek nie kupi. No i wykręcenie urwanej śruby to fajna zabawa, do której przynajmniej wiertarka potrzebna, a najlepiej jeszcze spawarka.Ożywił więc chwilowo poldolota i wybrał się nim wczoraj do Rz. W połowie drogi zabytek peerelu powiedział, że dalej nie jedzie. Został zepchnięty do pobliskiego sadu i poczeka na powrót Dziecka ze szkolenia w Poznaniu. No, a potem chyba przyjedzie na sznurku. Może Dziecku miną sentymenty i się go pozbędzie. Z peerelowskich zabytków motoryzacji jedynie pierwsze warszawy i skarpety sprawdzają się w tej zabytkowej roli oldmobila. Karoserie miały z czołgowej stali i, nawet wyciągnięte z pokrzyw, nie przejawiały objawów korozji.
Tak ogólnie to czuję zniesmaczenie niejakie tym zalewem chłamu w masie olbrzymiej, zwłaszcza wobec ostatniego zakupu - takie gie w sreberku.
Ale, nowy dzień się zaczął (wczoraj nie udało mi się dokończyć tego wpisu) i trzeba zbierać gnaty i ruszać do nowych zadań. Starszy jęczy właśnie, że tylko 5 szarlotek w tych słoikach mamy.
A mnie jakoś naszło na proziaki, więc pewnie na śniadanie zrobię (niestety, sklepowy chleb jest mało jadalny i z wielką nieprzyjemnością myślę o zrobieniu z niego śniadaniowej kanapki)
No, to do boju! Dobrego dnia...
PS. WŁALA:
Szklanka kwaśnego mleka, duża szczypta soli, łyżka sody i mąki ile zabierze, żeby miało konsystencje mniej więcej pierogową. Wyszło 10 szt wielkości dużej dłoni. "Usmażone" na suchej patelni teflonowej i ceramicznej (nie wykorzystuję tłuszczu po wczorajszym smażeniu ryby, a fuj!) Najlepsze cieplutkie z masełem. Ale można ze wszystkim. Polecam. Błyskawica i smaczna alternatywa dla sklepowego chlebka.
Dodam jeszcze, że w międzyczasie poczytałam sobie na różnych blogach parę przepisów i się z tego prostego czegoś robi jakieś salonowe aj-waj. A proziaki z założenia mają być potrawą błyskawiczną, więc odpada jakieś wałkowanie, szklanką wycinanie (szklanką? - ile by tego trzeba było na głowę przygotować, no co ze ścinkami spod szklanki). Robimy na stolnicy metodą ciasta pierogowego, tyle, że zimne kwaśne mleko (może być: jogurt, maślanka, kefir) zamiast gorącej wody. Potem z tego wał gruby, tniemy na plasterki , plasterki lekko tuningujemy szerokim nożem, albo nawet ręką na grubość max 1cm. I prosto na lekko ogrzana patelnię. Ja smażę na najmniejszym płomieniu. Urosną na patelni wzwyż na jakieś 1,5cm. W poprzek nie rosną, więc można kłaść gęsto.
Wcięło mnie znowu na dobra chwilę. Tak, że tym, którzy tu mimo wszystko zaglądają- dzięki za wytrwałość. Niestety, codzienność zaczęła mnie przytłaczać na tyle, że po wypełnieniu harmonogramu, często rozszerzonego, nie byłam w stanie zebrać myśli i uporządkować ich tak, by można się nimi z kimkolwiek podzielić.
Parę tematów mi dojrzało do radykalnego rozwiązania. Jednym z nich była kwestia zepsutego odkurzacza, który Starszy uparł się naprawiać by himself (a raczej, jak zwykle - myself) Odkurzaczowi brakło jedynie szczotek węglowych, które okazały się nie do nabycia naziemnie. Internetowe poszukiwania po numerze nie przyniosły pozytywnych rezultatów, a kupowanie "na oko" nie miało sensu, bo koszt był zbyt wysoki na to, by wyrzucić w razie gdyby "nie podeszły". No to zaczęłam szukać następcy.
Tak się złożyło, że odwiedziliśmy samochodowo Najważniejszą, przed jej udaniem się na trzecią chemię. Wobec czego zaplanowaliśmy przystanek w okolicach Leclerca. Rekonesans w EuroAgd był bezowocny, bo to co miałam na myśli wyszło, a nic innego sensownego, w określonym przedziale cenowym nie mieli. Wobec czego Dziecko zasugerowało market. Niechętnie się udałam. Odkurzacze na półkach znaleźliśmy, nawet coś by się dało zaakceptować. Ale. Okazało się, ze w samoobsługowym markecie można batonik sobie wziąć z półki do koszyka, ale odkurzacza już nie. Wygrzebana gdzieś na hali pani nie wiedziała, czy to egzemplarz jedyny, ani gdzie jest reszta od niego i kazała udać się do punktu obsługi klienta. Na co mi wezbrało wewnętrznie i zakomunikowałam rodzinie, że ja tu kilometrów po markecie nabijać nie będę, latając do POK i z powrotem do regału, a potem jeszcze do kasy. Ćniam markety, odkurzacz nabędę internetem i sam mi pod drzwi przyjdzie. Co też uczyniłam. Przyszedł, ale zdegustowana jestem mocno. I zakup internetowy nic tu do rzeczy nie ma, bo kupując żywcem i tak bym tego akurat co go boli nie odkryła. Nabyłam @elektrolux@ w promocji, z 350 na 250. Wszystko jest OK - odkurza świetnie nawet na pół gwizdka, wygląda estetycznie, jest stosunkowo lekki. Tyle, że ta renomowana firma, produkująca odkurzacze od wieków, zeszła totalnie na psy. Staranność wykonania jest taka O! Co wyraża się tym, że szczotka wchodzi na rurę zbyt łatwo i oczywiście łatwo też z niej schodzi, pozostając na dywanie. Kilkakrotna gimnastyka w trakcie odkurzania dywanu polegająca na wykonywaniu skłonów w celu podjęcia z gleby i założenia na powrót szczotki, wcale mnie nie bawi. Raczej wręcz przeciwnie - wyzwala rzucanie słowem obelżywym. Coś wymyślę, ale muszę mieć chwile luzu.
Na razie go nie mam, bo (jak to mówią) jak nie urok - to sraczka. Ciągle coś się dzieje, albo jest do zrobienia na już.
Oczywiście głównym obiektem zainteresowania jest Najważniejsza, która radośnie po trzeciej chemii wróciła sobie do siebie, zapomniawszy w ciągu trzech tygodni, w jakiej formie była po poprzedniej dawce trucizny. Skończyło się na tym że 2 dni z rzędu jeździłam do niej, a kolejnego dnia włączałam telefonicznie do akcji sąsiadkę. Starszy, o dziwo, próbuje ją trochę regulować telefonicznie, co w zasadzie przynosi jedynie taki skutek, że nie odbiera od niego kolejnych telefonów. Po czym Starszy się niepokoi, że coś nie tak i nalega, żebym ja dzwoniła ze swojego. I tak się bujamy kilka razy dziennie.
Kolejny pilny temat został rozwiązany we wtorek. Niestety, los nierasowych kozłów jest określony już w momencie narodzin, otwarta jest tylko kwestia czasu. Zwykle czas ten nastaje, gdy kozły zaczynają czuć "wolę bożą". U mnie były wypuszczane na osobny wybieg już od dawna , bo zaczynały "skakać" po kozach, którym to jakby trochę przeszkadzało i robiła się granda. Ostatnio pobiły się tak, że porozkrwawiały sobie łby, co wcale nie zniechęciło ich do kontynuowania walki. Zostały więc rozdzielone. Jeden trafił do wolnego boksu obok Wandy. Tak jej się to nie spodobało, że pierwszej nocy powybijała wszystkie deski w przegrodzie (na gwoździach mocowane były). Umocowałam na wkręty. Zawiesiłam opony od jej strony, żeby przeszkodzić nieco w waleniu łbem w przegrodę. Przeszkodziło nie bardzo. W końcu miała ten łeb tak rozwalony, że zdarła sobie skórę grubym płatem. Trzeba było psiknąć na zielono.Wobec czego obiekty zadrażnień wylądowały w słoikach i zamrażalniku. Kolejne wykoty nieprędko - Starszy jest regulowany ostro w temacie popychania mnie do organizowania krycia kóz. Może w końcu tupnę nogą, że ja robię, to ja rządzę.
Poza tym wciąż mamy bogactwo dobra wszelakiego - owocowego i warzywnego, które trzeba zagspodarować, bo nie wypada żeby się dary boże marnowały. Pomidory wciąż dają radę, mimo kilkudniowych deszczów, po których wszystko zostało zaatakowane mączniakiem - nawet chwasty na trawniku. Krzaki pomidorów wciąż zielone i myślę, że jest to zasługa tych paru oprysków drożdżami. W spiżarce czeka kilka wiader na przerobienie, a my dla odmiany jakiejś złapaliśmy się za antonówki. Takim rzutem na taśmę, bo antonówka zaczyna być goła. A jest to tak wspaniałe jabłko, że szkoda by było nie zachować na potem. Trochę strzęsłam, a trochę samo spadło. Te ostatnie świetne, dojrzałe i bez robali, bo robaczywe opadły wcześniej. Dojrzałe antonówki - kruche, ale soczyste, z cieniutką skórką i wspaniałym aromatem - mało jest tak pięknie pachnących jabłek. Wspaniałe na szarlotkę i do wszelkich innych zastosowań, bo maja wyrazisty smak i szybko się rozsmażają.
Jabłuszka w plasterkach poszły do dużych słojów z przeznaczeniem na szarlotkę, we wiórkach -do półlitrowych, na naleśniki. Część została wrzucona do gara i rozpaćkana, Starszy nocą z łyżką wystartował do tego gara i stwierdził, że "miodzio", więc pewnie w mniejsze słoiki to pójdzie do nocnego wyżerania. Przy rozdrabnianiu jabłek wykorzystałam lidlowe wieloczynnościowe ustrojstwo w charakterze szatkowniczki. A wobec padaki maszynki elektrycznej została wyciągnięta z zakamarów taka tarka na korbkę, która nadal świetnie sobie radzi. Aktualne pomocniki prądem napędzane są bardzo krótkoterminowe (podkaszarka padła po wykoszeniu rowu, swądu nieco z siebie wydając, użyta chyba czwarty raz od zakupu. Rów miał około 20m i jakąś bujną roślinnością porośnięty nie był - susza przeca.)
Wypada myśleć już o zbiorach. Ale odwlekam je do później, póki jeszcze chomiki nie rzucają się masowo na moje dynie, ze względu na przechowanie zimowe.W zasadzie na przechowanie będą głównie buraczki i dynie. Marchewki tylko odrobina - jeden rządek został, ale marchew jest wielka, to się trochę uzbiera.
Dynia na kompoście jeszcze dwa owoce wydała, które już nie zdążą dojrzeć. Zimne noce szkodzą dyniowatym - cukinie jeszcze wiążą owoce ale te już nie rosną, tylko starzeją się takie karzełki. Pomidory na nasienie zostały wyselekcjonowane i czekają. Nigdy dotąd nie pozyskiwałam własnych nasion, nie wiem więc jaki będzie efekt. Zobaczymy.
A poza tym : córusia się właśnie urlopuje, ale jakoś nie umieściła w grafiku zwizytowania starszych. W ogóle zapomniała zdaje się, że ją o to prosiłam, bo chciałam na jeden dzień wyjechać o spokojnej głowie. No, cóż...
Dziecko natomiast zmienia właśnie pracę. I jak to Dziecko pechunio i przygody.Łamadze zdechło sprzęgło. Wziął się za naprawę i udało mu się ostatnią śrubkę urwać przy dokręcaniu. Śrubki oczywiście specjalne, gdziekolwiek nie kupi. No i wykręcenie urwanej śruby to fajna zabawa, do której przynajmniej wiertarka potrzebna, a najlepiej jeszcze spawarka.Ożywił więc chwilowo poldolota i wybrał się nim wczoraj do Rz. W połowie drogi zabytek peerelu powiedział, że dalej nie jedzie. Został zepchnięty do pobliskiego sadu i poczeka na powrót Dziecka ze szkolenia w Poznaniu. No, a potem chyba przyjedzie na sznurku. Może Dziecku miną sentymenty i się go pozbędzie. Z peerelowskich zabytków motoryzacji jedynie pierwsze warszawy i skarpety sprawdzają się w tej zabytkowej roli oldmobila. Karoserie miały z czołgowej stali i, nawet wyciągnięte z pokrzyw, nie przejawiały objawów korozji.
Tak ogólnie to czuję zniesmaczenie niejakie tym zalewem chłamu w masie olbrzymiej, zwłaszcza wobec ostatniego zakupu - takie gie w sreberku.
Ale, nowy dzień się zaczął (wczoraj nie udało mi się dokończyć tego wpisu) i trzeba zbierać gnaty i ruszać do nowych zadań. Starszy jęczy właśnie, że tylko 5 szarlotek w tych słoikach mamy.
A mnie jakoś naszło na proziaki, więc pewnie na śniadanie zrobię (niestety, sklepowy chleb jest mało jadalny i z wielką nieprzyjemnością myślę o zrobieniu z niego śniadaniowej kanapki)
No, to do boju! Dobrego dnia...
PS. WŁALA:
Szklanka kwaśnego mleka, duża szczypta soli, łyżka sody i mąki ile zabierze, żeby miało konsystencje mniej więcej pierogową. Wyszło 10 szt wielkości dużej dłoni. "Usmażone" na suchej patelni teflonowej i ceramicznej (nie wykorzystuję tłuszczu po wczorajszym smażeniu ryby, a fuj!) Najlepsze cieplutkie z masełem. Ale można ze wszystkim. Polecam. Błyskawica i smaczna alternatywa dla sklepowego chlebka.
Dodam jeszcze, że w międzyczasie poczytałam sobie na różnych blogach parę przepisów i się z tego prostego czegoś robi jakieś salonowe aj-waj. A proziaki z założenia mają być potrawą błyskawiczną, więc odpada jakieś wałkowanie, szklanką wycinanie (szklanką? - ile by tego trzeba było na głowę przygotować, no co ze ścinkami spod szklanki). Robimy na stolnicy metodą ciasta pierogowego, tyle, że zimne kwaśne mleko (może być: jogurt, maślanka, kefir) zamiast gorącej wody. Potem z tego wał gruby, tniemy na plasterki , plasterki lekko tuningujemy szerokim nożem, albo nawet ręką na grubość max 1cm. I prosto na lekko ogrzana patelnię. Ja smażę na najmniejszym płomieniu. Urosną na patelni wzwyż na jakieś 1,5cm. W poprzek nie rosną, więc można kłaść gęsto.
czwartek, 25 sierpnia 2016
Relacja z plantacji
dzisiaj będzie.
Jak napisałam w komentarzu - jestem przybita gwoździem do gumna. Ostatnio ten gwóźdź jakby większy się zrobił, bo lambordżini doszło swych dni i służyć może w zasadzie wyłącznie jako ciężarówka/terenówka do wożenia tobołów z trawą oraz plonów z plantacji. Jeszcze po zakupy do miejscowego marketu można się nim wybrać, bacząc pilnie, czy na parkingu nie stoi autko z niebieskim paskiem. Kierowca lambordżini też coraz mniej sprawny, tak że w ostatnim czasie wyprawy do miasteczka to był lekki hardkor. Wobec czego sąsiednie metropolie powiatowe i wojewódzkie odwiedzam, korzystając z komunikacji masowej w postaci wieśbusa i pociągu. Są to wyjazdy krótkie i celowe: dojechać, załatwić i wrócić najbliższym połączeniem. Żadne snucie się po metropoliach bez celu, bo jakoś dreptanie wokół gumna mniej dokuczliwe jest niż przemierzanie trotuarów.
Więc dla urozmaicenia mam plantacje.
Pytają niektórzy: po co ci to, na co ci to? Te całe kozy, te plantacje? Mogłabyś leżeć pod gruszą, na dowolnie wybranym boku, albo oddawać się rękoczynom.
Od leżenia pod gruszą zapewne natychmiast bolały by mnie boki, niezależnie od wyboru. W dodatku komary by sobie na mnie używały.
Rękoczyny drobne wykonuję niejako mimochodem, jak mnie napadnie na rękoczyn.
Kozy dają mnóstwo radochy. Już samo przebywanie z nimi jest lekiem na wiele zła. A mleczko i serki to taki miły dodatek. Pozwalający uniezależnić się od sklepowego twarogu, na którym napisane, że tylko mleko i kultury, ale mającym miesięczny termin przydatności. Oraz mleka uchatego, które może w tekturze przetrwać lata. Ale z mlekiem ma tylko wspólną barwę, bo ani smaku, ani zapachu, ani wartości...
Podobną niezależność dają plantacje: od papierowego smaku, wszechobecnej chemii i wszechobecnego monsanto. Także przetwory wykonane z plonów plantacji. Gupi dżem ze sklepu składa się ostatnio głównie z wody i syropu monsanto. Owoce zajmują trzecie, czwarte miejsce na etykiecie.
No to ja sobie uprawiam moje plantacje, wbrew jakby rozpowszechniającemu się (co najdziwniejsze - zwłaszcza wśród młodych ludzi) nastawieniu, że po co? Po co siać marchewkę, plewić, przerywać, skoro w biedronce jest po parę groszy. Po co kupować rozsadę kapusty po 30gr i się z nią certolić, jak potem wielką główkę można nabyć za 80 gr.
Ci młodzi ludzie, na wsi mieszkający, żyją chyba w szklanej rzeczywistości, w pole nie chadzają i pojęcia nie mają. Bo nadal, niestety, w polu bywa kapusta "do jedzenia" i kapusta "na sprzedaj". Nawet rabarbar u sąsiada dzieli się na ten "do jedzenia" i "na sprzedaj".
Ponieważ jestem zabetonowanym starym próchnem, odpornym i opornym na nowe, prowadzę swoje plantacje w sposób tradycyjny: Na jesieni wywożę kozie gówienko, ładnie przekompostowane na kupce ( o co dbam przez cały sezon - tak, gówno też wymaga zachodu), potem zostaje to przyorane, na wiosnę przejechane agregatem i do boju. Chwasty usuwam zawzięcie, nie zważając na opinie, że jak to, co to -przecież każdy chwast to ziele jakieś. Owszem, owszem, ziele, jak najbardziej, ale ziół nie uprawiam (z wyjątkiem osobnego ogródka ziołowego, gdzie również tępię, czego nie posadziłam własną ręką)
Chemię stosuję w bardzo ograniczonym zakresie. Niestety, próba ekologicznego wyproszenia mszyc z bobu skończyła się tym, że część kwiatów zniszczyły, zanim (po dwukrotnym zastosowaniu, polecanych jako skuteczne i sprawdzone, naturalnych środków) potraktowałam je chemią. Dwukrotnie też chemią potraktowane były ogórki na kanciastą plamistość . Poza tym pryskam drożdżami i pokrzywą, co daje dobre efekty, zwłaszcza pomidorom służy (Jak widać - tylko dwa opryski, a pomidory w zasadzie pięknie zielone. U sąsiadki już jesienne liście mają i zaczynają usuwać krzaki).
Tak w ogóle, ta cała zabawa w plantacje odbywa się ze względu na pomidory. Dodatkowo - ogórki, które uwielbia Starszy i dynie - głównie dla kóz (do marca mniej więcej mają przysmaki dyniowate).
Całą reszta jakby przy okazji.
Oprócz tego jest jeszcze miranda, amazonka, ambar oraz hokkaido, która w tym roku spisuje się średnio, z powodu suszy zapewne - owoce są małe, mają cienko miąższu i twardą skórkę.
Jak napisałam w komentarzu - jestem przybita gwoździem do gumna. Ostatnio ten gwóźdź jakby większy się zrobił, bo lambordżini doszło swych dni i służyć może w zasadzie wyłącznie jako ciężarówka/terenówka do wożenia tobołów z trawą oraz plonów z plantacji. Jeszcze po zakupy do miejscowego marketu można się nim wybrać, bacząc pilnie, czy na parkingu nie stoi autko z niebieskim paskiem. Kierowca lambordżini też coraz mniej sprawny, tak że w ostatnim czasie wyprawy do miasteczka to był lekki hardkor. Wobec czego sąsiednie metropolie powiatowe i wojewódzkie odwiedzam, korzystając z komunikacji masowej w postaci wieśbusa i pociągu. Są to wyjazdy krótkie i celowe: dojechać, załatwić i wrócić najbliższym połączeniem. Żadne snucie się po metropoliach bez celu, bo jakoś dreptanie wokół gumna mniej dokuczliwe jest niż przemierzanie trotuarów.
Więc dla urozmaicenia mam plantacje.
Pytają niektórzy: po co ci to, na co ci to? Te całe kozy, te plantacje? Mogłabyś leżeć pod gruszą, na dowolnie wybranym boku, albo oddawać się rękoczynom.
Od leżenia pod gruszą zapewne natychmiast bolały by mnie boki, niezależnie od wyboru. W dodatku komary by sobie na mnie używały.
Rękoczyny drobne wykonuję niejako mimochodem, jak mnie napadnie na rękoczyn.
Kozy dają mnóstwo radochy. Już samo przebywanie z nimi jest lekiem na wiele zła. A mleczko i serki to taki miły dodatek. Pozwalający uniezależnić się od sklepowego twarogu, na którym napisane, że tylko mleko i kultury, ale mającym miesięczny termin przydatności. Oraz mleka uchatego, które może w tekturze przetrwać lata. Ale z mlekiem ma tylko wspólną barwę, bo ani smaku, ani zapachu, ani wartości...
Podobną niezależność dają plantacje: od papierowego smaku, wszechobecnej chemii i wszechobecnego monsanto. Także przetwory wykonane z plonów plantacji. Gupi dżem ze sklepu składa się ostatnio głównie z wody i syropu monsanto. Owoce zajmują trzecie, czwarte miejsce na etykiecie.
No to ja sobie uprawiam moje plantacje, wbrew jakby rozpowszechniającemu się (co najdziwniejsze - zwłaszcza wśród młodych ludzi) nastawieniu, że po co? Po co siać marchewkę, plewić, przerywać, skoro w biedronce jest po parę groszy. Po co kupować rozsadę kapusty po 30gr i się z nią certolić, jak potem wielką główkę można nabyć za 80 gr.
Ci młodzi ludzie, na wsi mieszkający, żyją chyba w szklanej rzeczywistości, w pole nie chadzają i pojęcia nie mają. Bo nadal, niestety, w polu bywa kapusta "do jedzenia" i kapusta "na sprzedaj". Nawet rabarbar u sąsiada dzieli się na ten "do jedzenia" i "na sprzedaj".
Ponieważ jestem zabetonowanym starym próchnem, odpornym i opornym na nowe, prowadzę swoje plantacje w sposób tradycyjny: Na jesieni wywożę kozie gówienko, ładnie przekompostowane na kupce ( o co dbam przez cały sezon - tak, gówno też wymaga zachodu), potem zostaje to przyorane, na wiosnę przejechane agregatem i do boju. Chwasty usuwam zawzięcie, nie zważając na opinie, że jak to, co to -przecież każdy chwast to ziele jakieś. Owszem, owszem, ziele, jak najbardziej, ale ziół nie uprawiam (z wyjątkiem osobnego ogródka ziołowego, gdzie również tępię, czego nie posadziłam własną ręką)
Chemię stosuję w bardzo ograniczonym zakresie. Niestety, próba ekologicznego wyproszenia mszyc z bobu skończyła się tym, że część kwiatów zniszczyły, zanim (po dwukrotnym zastosowaniu, polecanych jako skuteczne i sprawdzone, naturalnych środków) potraktowałam je chemią. Dwukrotnie też chemią potraktowane były ogórki na kanciastą plamistość . Poza tym pryskam drożdżami i pokrzywą, co daje dobre efekty, zwłaszcza pomidorom służy (Jak widać - tylko dwa opryski, a pomidory w zasadzie pięknie zielone. U sąsiadki już jesienne liście mają i zaczynają usuwać krzaki).
Tak w ogóle, ta cała zabawa w plantacje odbywa się ze względu na pomidory. Dodatkowo - ogórki, które uwielbia Starszy i dynie - głównie dla kóz (do marca mniej więcej mają przysmaki dyniowate).
Całą reszta jakby przy okazji.
Plantacja dyniowa. Ile tam jest odmian? Właściwie nie wiem. Osiem?
Sadzone były w rozstawie metr na metr. Zagęściło się tak, że trudno stanąć, zeby czegoś nie nadepnąć. Chodzę pomiędzy tymi dyniami, jak bocian.
A ta wyrosła poza plantacją - obok pryzmy kompostowej, gdzie trafiła zawartość doniczki z nieskiełkowanymi nasionkami. Zakryła całą pryzmę. No i na zdrowie. Dyni i pryzmie. Nie znam jej. To nie jest na pewno MUSCAT DE PROVENCE
Bo muskat to jest to! Wyrosła aż jedna roślina z całej torebki nasion. I ma 3 owoce.
A to jest baby blue. Jedno jedyne nasionko zostało mi z ubiegłego roku. Wetknęłam w ziemię.No i w obliczu tego, że inne, po kilka nasion pchane w dołek nie były uprzejme, to miło ze strony tego nasionka..
A to? Czyżby Flat White? Ale skąd mi się wzięło, to nie wiem. Żadnych białych nie kupowałam. W ub. roku dostałam jakieś nasionka, po parę, od Lhuny, więc może z tych. Podobno wewnątrz jest ciemno pomarańczowa. Okaże się.
No butternut. Której też wysiałam całe opakowanie. Po czym nie wzeszło ani jedno nasionko. Po czym się namyśliły, dość długo to trwało i wylazły całym stadem. Tnę pędy, a te nachalnie włażą w paprykę, w pomidory. Bezeceństwo!
Oprócz tego jest jeszcze miranda, amazonka, ambar oraz hokkaido, która w tym roku spisuje się średnio, z powodu suszy zapewne - owoce są małe, mają cienko miąższu i twardą skórkę.
Na plantacje pomidorów widok ogólny.
Jak już pisałam - pomidorowe krzaczki tnę bezlitośnie i ogałacam z liści, wysłuchując jęków Starszego, który sobie na stołeczku siedzi, obserwuje i przeżywa.
Żółte kameleony. Nie wiem jak się nazywają, ale są olbrzymie i przepyszne.Oraz pięknie wyglądają splasterkowane.
Też żółte. Polska odmiana - Jantar. Bardzo smaczne - słodko-kwaskowate, jak pomidorom wypada. Dopiero zaczynają dojrzewać, bo posadzone były z mikroskopijnych sadzonek. Dobrze. Będą dłużej...
Obowiązkowo Lima. Na przetwory jedyna. W tym roku plonuje obficie, mimo, że podlewania zaprzestałam już dawno dość. Mam 8 krzaczków tej limy i nie wiem, czy dam im radę. Wczoraj sąsiadka dostała wiadro owoców. Niby czemu tylko ja mam stać przy przecierach pomidorowych?
Nagietki. Mają podwójne zadanie: rosną nieopodal pomidorów dla ich zdrowotności, a kwiatki zostaną przerobione na maść i na susz, który potem do herbatki. Niestety, tak już teraz nie wyglądają. Właściwie zupełnie nie wyglądają, bo większość zjadły kozy, a to co zostało, to masakra jakaś. Dla kóz nie wyrywałam, tylko wyłamałam. Korzenie pozostały w ziemi i , mam nadzieję, że odbiją nowymi roślinkami, podobnie jak w ub. roku.
Botwina, czyli burak liściowy. Sieję w zasadzie dlatego, że pięknie wygląda. Niby można ogonki przyrządzać jak szparagi, ale chyba nie w tych suchych latach, bo bardzo szybko stają się włókniste. Za to ratują kozy, w okresie gdy nie ma co ukosić. Liście systematycznie obrywam, nowe wyrastają, jakby poza tym ich ta susza nie dotyczyła. Cebuli już nie ma na plantacjach. Zaschłą sobie przyzwoicie i została zebrana.
Nigdy nie sadzę cebuli zagonkami. Cebula ma nie tylko urosnąć, ale w międzyczasie chronić inne rośliny przed chorobami.Więc jest przeplatanka: rządek cebuli/rządek marchewki/rządek cebuli/rządek marchewki/rządek cebuli/2 rządki buraków (bo buraków też się nie sadzi zagonami, a najwyżej 2 rządki koło siebie)
Cukinie. Mam te żółte i ciemnozielone. Plonują obficie i skrycie - mimo codziennego przeglądu plantacji zawsze gdzieś pod liśćmi znajdzie się jakiegoś mamuta. Kozy zadowolone. Ja też właściwie, bo na razie udało mi się mamuty wykrywać w fazie zdatnej do krojenia bez odcisków. No i placuszki z cukinii mają wzięcie, odkąd Starszy w pewnym radyju usłyszał przepis (wcześniej nawet nie spojrzał w ich stronę). Na placuszki najlepsze te żółte, mają cieniutka skórkę i można razem z nią zetrzeć.
No i plon niesiemy, plon.. Przegląd pomidorków. Daleko nie wszystkich, bo naliczyłam na plantacji 13 odmian. Z tyłu, centralnie na środku, jest ten żółty kameleon. Obok niego - to nie jest bawole serce, bo nie lubię, więc nie sadzę. Te o kształcie sklepowego pomidora to marmande, jakieś takie sakiewki od sąsiadki, tygrysie "paprykowe" - smaczne, mięsiste i plenne, długi z dzióbkiem - san marzano, obok niego -lima. A te z lewej, żółty i czerwony, to takie "koraliki" giganty - rosną w gronach, te czerwone są najpierw bardzo ciemno zielone, potem żółkną, a potem czerwienieją, jak żadne inne. Wyglądają na krzaku pięknie, ale więcej ich nie będzie - są tak kwaśne, że powinny się wstydzić. Przyznam się, że wyrzuciłam większość, nawet nie dodawałam do tej całej masy na przecier, bo obawiałam się, że go nadmiernie zakwaszą.
Marmande są pyszne - odpowiednio słodkie na to, by spacerując z psami, skubnąć sobie taki z krzaka, wytrzeć w portki i zjeść po drodze, ociapując się sokiem jak dzidzio (albo dziadzio, jak kto woli). Te sakiewki -takie se, duże, mięsiste, dobre na kromkę i na sałatkę, ale szału nie ma Ciekawa jestem jeszcze Moskvicza. Też z maciupeńkich sadzonek posadzone - dopiero zaczynają dojrzewać.
Żeby końcem września (lub w październiku - jeżeli przymrozków nie będzie) nie śpiewać ze łzami "adijos pomidory, adijos ulubione, słoneczka zachodzące za mój zimowy stół" - puszkujemy. W dużych słoikach przecier, który później wykorzystuje się na zupkę, sos do makaronu lub po prostu wypija ze słoika.
W malutkich - pasta pomidorowo-bazyliowo-czosnkowa do chlebka (część bez czosnku, żeby Starszy też miał frajdę zimą) Z tą pastą jest zabawy mnóstwo, takiej dla Kopciuszka. No i z pełnego wiadra pomidorów wyszło tyle co widać.Keczupu się robić nie będzie, bo ubiegłoroczny kiepsko schodził. Ale może jeszcze jakiś czatnej, oprócz ciągu dalszego prostego przecieru.
W kwestii puszkowania: zostały mi jeszcze pomidory na teraz i jabłka. Antonówki lecą na pysk. W tym roku jest ich mnóstwo (w ubiegłym nie było wcale) Ale jak się nie sprężę, to znów szarlotka zimowa zostanie we wspomnieniach. Zastanawiam się, jak ugryzę temat plasterkowania tych jabłek. Wcześniej robiła to przystawka do zelmerowskiej maszynki. Jeszcze wcześniej - szatkowniczka podręczna kuchenna. Niestety, maszynka wzięła i padła. Czyli powrót do szatkownicy.
Na potem - buraczki w postaci ćwikły z chrzanem. Buraczki, dwa razy siane, wzięły się w qpe i rosną ładnie. Niektóre osiągneły już rozmiary buraków pastewnych (sieję opolskie, bom leniwa, a opolskim, brak przerywki zbytnio nie przeszkadza osiągać rozmiarów) W ogóle, w tym roku korzeniowe wyrosły mi niespodziewanie cudnie.
Pustawo się na plantacjach robi tu i ówdzie. Wobec czego wczoraj posiałam rzodkiewkę, rzodkiew i rzepę. Oraz koper. Wiosną wystąpił zaledwie - może teraz nadrobi..
PS. Ten wpis przygotowywałam jakiś miesiąc temu. W międzyczasie nastały manewry personalno -ludożercze i inne takie, więc sobie leżał. Potem nastąpiły inne wpisy i niektórzy mogą dojść do wniosku, że zaczyna mnie niemiec gonić, bo się powtarzam. Część zdjęć też się przeterminowała - były robione prawie miesiąc temu. A wczoraj wpadły mi w obiektyw dyńki i wyciągnęłam ten wpis z "szuflady".
Pozdrawiam
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Na miotle latam czasem
Po domu głównie na miotle i to regularnie, od czasu, jak odkurzacz padł i nie powstał.Ale czasem latam na miotle wirtualnie, kiedy stosuje szamańskie metody (rodem z ciemnogrodu) - leczenia moich zwierząt. Oczywiście, nie jestem na tyle dufna we własną wiedzę, żeby brać odpowiedzialność za wszelkie przypadki. Weterynarze od "Huberta" sporo na mnie zarabiają.
Niestety, bywa, że są to pieniądze wyrzucone w błoto (patrz: Stefan).
Ostatnio też wyrzuciłam kilkadziesiąt złotych na leki dla Księżniczki. Których w końcu nie zaaplikowałam, bo Księżniczka wymiotowała antybiotykiem.
Księżniczka jest już w latach. W dodatku udało nam się ją nieco przypakować. W dodatku Księżniczka, po pewnym wypadku, w wyniku którego zerwała pazur u tylnej, łapy nie daje sobie obciąć pazurów.
W dodatku Księżniczka ma fanaberie, jak to z księżniczkami bywa.
Zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Księżniczka namiętnie lizała lewą łapkę w okolicy pazurków. Udało mi się pooglądać - wyglądało na ropień przy paznokciu. Nabrany, ale nie mający ochoty pęknąć.
Bez auta jesteśmy od jakiegoś czasu, więc dostarczenie Księżniczki celem oglądnięcia okiem fachowym nie wchodziło w grę. Zadzwoniłam. Miła pani poinstruowała mnie: moczyć w rywanolu, okład z rywanolu, nic na ropień, jak tylko rywanol. Oprócz tego dać antybiotyk dogębnie.
Pani zafascynowanie rywanolem stało w głębokiej sprzeczności z moim do niego stosunkiem popartym negatywnymi doświadczeniami. Po prostu uważam, ze rywanol to jest świństwo, które tylko tym się wyróżnia (podobnie jak gencjana , z którą też mam złe wspomnienia), że cudownie i nieodwracalnie paprze wszystko na żółto.
No, ale pani doktor wie, że działa. To posłuchałam pani doktor. Nie całkiem do końca, bo obczytawszy internet stosowałam ten rywanol na zmianę z roztworem sody. Oraz, również zachwalanym antybiotykiem dowymiennym. Jakoś pomogło. Co? - Nie wiadomo.
Za parę dni Księżniczka nie chodzi w ogóle. Nawet na trzech łapach nie próbuje. Pooglądałam. Tym razem łapka prawa. Wyglądało na to, że jakaś opuchlizna na poduszce. Jak opuchlizna, to przyłożyłam altacet w żelu. Rano rozwinęłam - niby lepiej, wygląda jednak, jakby się coś wysączyło. Wobec tego znów rywanol. I pyralgina przeciwbólowo. Pies nie chodzi w ogóle. Nie je, nie pije, nie wydala. Postawiony na trawniku - kładzie się i liże bandaż. Oglądam wczoraj łapę kolejny raz - okazuje się zgrubienie przy pazurze, takie jak w lewej tydzień temu. Doktórka kazała przekłuć, ale wtedy się nie zebrałam w sobie na kłucie psa. Teraz jednak albo rybka, albo pipka, bo pies cierpi za bardzo, wygląda jakby miał temperaturę, tabletkę zwymiotował. Wysępiwszy od Elki igłę jednorazową, spsikawszy łapę octeniseptem, kujęłam. I nic! Przy podobnej akcji w gabinecie siknęło jak z fontanny i potem ciekło nadal. A tu tylko trochę krwi - ki czort? Więc pierniczymy rywanole! Idę do łazienki, gdzie rośnie jedyny w moim domu (dzięki kotom!) "kwiatek" - bujnie rozrośnięty aloes, który dziwnie wytrzymuje moja sklerozę i przetrwał już niejedną ciężka suszę. Obrywam dwa listki, myję, obcinam kolce i przekrawam "na grubość". Rozkładam na gaziku miazgą do góry, wyciskam dodatkowo "żel" z drugiego listka i na łapę. To tak około dwudziestej.
Globusa mam okropnego. O położeniu się do łóżka nie mam mowy, więc siedzę i "łowię karpia w internecie". Około północy zaczyna mi tupać na poddaszu, że może już ten okład za długo. Robię następny identyczny i zmieniam opatrunek na łapce. W końcu się kładę, bo ile można. Dziś rano pies przybiega! na czterech! łapach. Wynoszę ją na trawkę, bo licho wie, może to chwilowe takie. Na wszelki wypadek biorę "chustę", żeby przynieść, jakby co. Pies pomyka (bez smyczy i obroży) w takim tempie, że łapię zadyszkę pomykając za nią.Pomknęła na taką odległość, jaka w ciągu ostatnich tygodni była w ogóle nieosiągalna. Po drodze zgubiła opatrunek z łapki, więc sobie trochę polizała.Po powrocie łapka została zdezynfekowana i nowy okład z aloesu.
A ja się pukam w łeb, że taka stara i taka durna. Dziecku kładłam aloes na żywą ranę - trzy palce przerżnięte nożem podczas akcji unieszkodliwiania idioty, których się doktórowi z pogotowia nie chciało zszywać. Paluchy pogoiły się błyskawicznie i bezśladowo. Podobnie, jak kolano otarte przy ślizgu bocznym na deerce. I podobnie, jak wiele innych razy. Czemu się wahałam z tym psem i poparłam pani wet uwielbienie dla rywanolu (wbrew własnym do niego uczuciom)? Bo tam rana, a tu ropień? W każdym razie - definitywnie precz z rywanolem. Szamańskie metody górą.
(Dziecko mnie zapytało -co to są szamańskie metody? Są to metody, których żaden lekarz by nie zlecił a przemysł farmaceutyczny by na nich nie zarobił, a skuteczne są bardziej niż inne.)
Z szamańskich środków stosuję z powodzeniem (i jakby ktoś spróbować chciał, to nie odradzam):
-jaskółcze ziele (napar) na skórne problemy kozie
-nagietek w postaci maści selfmade na rany otarcia itepe
-napar z nagietka do przemywania oczu (lub z herbaty najczęściej -czarnej, bez papierka)
-maść arnikową na stłuczenia , siniaki, krwiaki po wenflonach i innych takich (a na stłuczenia u małych dzieci stosowałam mydło - takiego świeżo nabitego guza należy grubo zamydlić - guz znika błyskawicznie i bez śladu - żaden siniak po nim nie zostaje)
-"tatarczuch" czyli nasiona kobylaka, czyli szczawiu końskiego na biegunki u ludzi i zwierząt (dawałam nawet moim dzieciom, gdy były małe) - dla mnie rewelacja, żaden medykament tak nie działa
-rumianek jedynie w postaci kupnego azulanu. Żadne napary do mnie nie przemawiają, chyba, że do płukania włosów dla naturalnych blondynek - ładny odcień daje, farbowane moż eniech lepiej nie próbują)
- olejek z drzewa herbacianego na skórne problemy, uciachanie komarem itepe, z opryszczką włącznie, co wypróbowałam wielokrotnie, bo niestety wirus mnie ma i się uaktywnia, jak jestem kiepściejsza lub w większym stresie. Żadne cebule, miody ani maści tego nie robią. Po maść trzeba do apteki, a ten olejek mam zawsze w domu.
Aha! I mój Brat przy swoich astmatycznych dolegliwościach stosuje napar z czarnuszki - po prostu te chlebkowe czarne ziarenka zalewa wrzątkiem, chwilę trzyma pod spodeczkiem, a potem wypija razem z nasionkami. Wyjątkowo piszę o czymś, czego nie wypraktykowałam, bo sama nie lubię doniesień i rad typu JPDP(PwM). Ale skoro mój Brat astmatyk w ubiegłoroczne upały wielokrotnie był zmuszony wzywać pogotowie, by mu pomogli odnaleźć oddech, a tegoroczne upały (odkąd łyka te nasionka) mu nie szkodzą, to znaczy, że coś w tej czarnuszce jest. Chyba nie bez powodu nazywana jest "złotem faraonów".
No to taki bukiecik zaniosłam dzisiaj Zielnej Pani (trafiając mimochodem na pogrzeb)
Przedwieczorem pieseły zapragnęły wyprowadzić panią ( choć pani miała w zamiarze pójść nakarmić przeżuwacze). Pieseły zostały wrzucone "za płotek", ale na nic się to nie zdało - i tak trzeba było pójść po sznurek i pomaszerować z piesełami w pola.Na okoliczność niedyspozycji Księżniczka została wyjęta z obroży. Która to obroża dziwnie zaginęła w akcji. Księżniczce wigor wrócił, więc musi być ograniczana, ponieważ asertwność jej rośnie proporcjonalnie do wieku i np. polecenie "wróć" jest wykonywane w trybie: "wrócę, jak uznam za stosowne".
Niestety, bywa, że są to pieniądze wyrzucone w błoto (patrz: Stefan).
Ostatnio też wyrzuciłam kilkadziesiąt złotych na leki dla Księżniczki. Których w końcu nie zaaplikowałam, bo Księżniczka wymiotowała antybiotykiem.
Księżniczka jest już w latach. W dodatku udało nam się ją nieco przypakować. W dodatku Księżniczka, po pewnym wypadku, w wyniku którego zerwała pazur u tylnej, łapy nie daje sobie obciąć pazurów.
W dodatku Księżniczka ma fanaberie, jak to z księżniczkami bywa.
Zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Księżniczka namiętnie lizała lewą łapkę w okolicy pazurków. Udało mi się pooglądać - wyglądało na ropień przy paznokciu. Nabrany, ale nie mający ochoty pęknąć.
Bez auta jesteśmy od jakiegoś czasu, więc dostarczenie Księżniczki celem oglądnięcia okiem fachowym nie wchodziło w grę. Zadzwoniłam. Miła pani poinstruowała mnie: moczyć w rywanolu, okład z rywanolu, nic na ropień, jak tylko rywanol. Oprócz tego dać antybiotyk dogębnie.
Pani zafascynowanie rywanolem stało w głębokiej sprzeczności z moim do niego stosunkiem popartym negatywnymi doświadczeniami. Po prostu uważam, ze rywanol to jest świństwo, które tylko tym się wyróżnia (podobnie jak gencjana , z którą też mam złe wspomnienia), że cudownie i nieodwracalnie paprze wszystko na żółto.
No, ale pani doktor wie, że działa. To posłuchałam pani doktor. Nie całkiem do końca, bo obczytawszy internet stosowałam ten rywanol na zmianę z roztworem sody. Oraz, również zachwalanym antybiotykiem dowymiennym. Jakoś pomogło. Co? - Nie wiadomo.
Za parę dni Księżniczka nie chodzi w ogóle. Nawet na trzech łapach nie próbuje. Pooglądałam. Tym razem łapka prawa. Wyglądało na to, że jakaś opuchlizna na poduszce. Jak opuchlizna, to przyłożyłam altacet w żelu. Rano rozwinęłam - niby lepiej, wygląda jednak, jakby się coś wysączyło. Wobec tego znów rywanol. I pyralgina przeciwbólowo. Pies nie chodzi w ogóle. Nie je, nie pije, nie wydala. Postawiony na trawniku - kładzie się i liże bandaż. Oglądam wczoraj łapę kolejny raz - okazuje się zgrubienie przy pazurze, takie jak w lewej tydzień temu. Doktórka kazała przekłuć, ale wtedy się nie zebrałam w sobie na kłucie psa. Teraz jednak albo rybka, albo pipka, bo pies cierpi za bardzo, wygląda jakby miał temperaturę, tabletkę zwymiotował. Wysępiwszy od Elki igłę jednorazową, spsikawszy łapę octeniseptem, kujęłam. I nic! Przy podobnej akcji w gabinecie siknęło jak z fontanny i potem ciekło nadal. A tu tylko trochę krwi - ki czort? Więc pierniczymy rywanole! Idę do łazienki, gdzie rośnie jedyny w moim domu (dzięki kotom!) "kwiatek" - bujnie rozrośnięty aloes, który dziwnie wytrzymuje moja sklerozę i przetrwał już niejedną ciężka suszę. Obrywam dwa listki, myję, obcinam kolce i przekrawam "na grubość". Rozkładam na gaziku miazgą do góry, wyciskam dodatkowo "żel" z drugiego listka i na łapę. To tak około dwudziestej.
Globusa mam okropnego. O położeniu się do łóżka nie mam mowy, więc siedzę i "łowię karpia w internecie". Około północy zaczyna mi tupać na poddaszu, że może już ten okład za długo. Robię następny identyczny i zmieniam opatrunek na łapce. W końcu się kładę, bo ile można. Dziś rano pies przybiega! na czterech! łapach. Wynoszę ją na trawkę, bo licho wie, może to chwilowe takie. Na wszelki wypadek biorę "chustę", żeby przynieść, jakby co. Pies pomyka (bez smyczy i obroży) w takim tempie, że łapię zadyszkę pomykając za nią.Pomknęła na taką odległość, jaka w ciągu ostatnich tygodni była w ogóle nieosiągalna. Po drodze zgubiła opatrunek z łapki, więc sobie trochę polizała.Po powrocie łapka została zdezynfekowana i nowy okład z aloesu.
A ja się pukam w łeb, że taka stara i taka durna. Dziecku kładłam aloes na żywą ranę - trzy palce przerżnięte nożem podczas akcji unieszkodliwiania idioty, których się doktórowi z pogotowia nie chciało zszywać. Paluchy pogoiły się błyskawicznie i bezśladowo. Podobnie, jak kolano otarte przy ślizgu bocznym na deerce. I podobnie, jak wiele innych razy. Czemu się wahałam z tym psem i poparłam pani wet uwielbienie dla rywanolu (wbrew własnym do niego uczuciom)? Bo tam rana, a tu ropień? W każdym razie - definitywnie precz z rywanolem. Szamańskie metody górą.
(Dziecko mnie zapytało -co to są szamańskie metody? Są to metody, których żaden lekarz by nie zlecił a przemysł farmaceutyczny by na nich nie zarobił, a skuteczne są bardziej niż inne.)
Z szamańskich środków stosuję z powodzeniem (i jakby ktoś spróbować chciał, to nie odradzam):
-jaskółcze ziele (napar) na skórne problemy kozie
-nagietek w postaci maści selfmade na rany otarcia itepe
-napar z nagietka do przemywania oczu (lub z herbaty najczęściej -czarnej, bez papierka)
-maść arnikową na stłuczenia , siniaki, krwiaki po wenflonach i innych takich (a na stłuczenia u małych dzieci stosowałam mydło - takiego świeżo nabitego guza należy grubo zamydlić - guz znika błyskawicznie i bez śladu - żaden siniak po nim nie zostaje)
-"tatarczuch" czyli nasiona kobylaka, czyli szczawiu końskiego na biegunki u ludzi i zwierząt (dawałam nawet moim dzieciom, gdy były małe) - dla mnie rewelacja, żaden medykament tak nie działa
-rumianek jedynie w postaci kupnego azulanu. Żadne napary do mnie nie przemawiają, chyba, że do płukania włosów dla naturalnych blondynek - ładny odcień daje, farbowane moż eniech lepiej nie próbują)
- olejek z drzewa herbacianego na skórne problemy, uciachanie komarem itepe, z opryszczką włącznie, co wypróbowałam wielokrotnie, bo niestety wirus mnie ma i się uaktywnia, jak jestem kiepściejsza lub w większym stresie. Żadne cebule, miody ani maści tego nie robią. Po maść trzeba do apteki, a ten olejek mam zawsze w domu.
Aha! I mój Brat przy swoich astmatycznych dolegliwościach stosuje napar z czarnuszki - po prostu te chlebkowe czarne ziarenka zalewa wrzątkiem, chwilę trzyma pod spodeczkiem, a potem wypija razem z nasionkami. Wyjątkowo piszę o czymś, czego nie wypraktykowałam, bo sama nie lubię doniesień i rad typu JPDP(PwM). Ale skoro mój Brat astmatyk w ubiegłoroczne upały wielokrotnie był zmuszony wzywać pogotowie, by mu pomogli odnaleźć oddech, a tegoroczne upały (odkąd łyka te nasionka) mu nie szkodzą, to znaczy, że coś w tej czarnuszce jest. Chyba nie bez powodu nazywana jest "złotem faraonów".
No to taki bukiecik zaniosłam dzisiaj Zielnej Pani (trafiając mimochodem na pogrzeb)
Spróbuję wymienić skład: krwawnik, maruna, komosa, rdest, mięta, melisa, tymianek, oregano, koniczyna różowa, dziurawiec, ogórecznik, nagietek, koper, czosnek niedźwiedzi, "boże drzewko", jarzębina, pszenica, żyto, jakaś trawka z ładnymi nasionami ( zdaje się,że nazywa się "drżączka") i coś, co ma taki purpurowy długaśny kwiatostan i jest tu nazywane "proso". Dziurawiec, boże drzewko i marunę podrzuciła sumsiadka, reszta własna. Brakło jabłuszka i makówki....
Przedwieczorem pieseły zapragnęły wyprowadzić panią ( choć pani miała w zamiarze pójść nakarmić przeżuwacze). Pieseły zostały wrzucone "za płotek", ale na nic się to nie zdało - i tak trzeba było pójść po sznurek i pomaszerować z piesełami w pola.Na okoliczność niedyspozycji Księżniczka została wyjęta z obroży. Która to obroża dziwnie zaginęła w akcji. Księżniczce wigor wrócił, więc musi być ograniczana, ponieważ asertwność jej rośnie proporcjonalnie do wieku i np. polecenie "wróć" jest wykonywane w trybie: "wrócę, jak uznam za stosowne".
Księżniczka "za płotkiem" węszy "górnym wiatrem", co u niej do rzadkości należy. Zwykle sznupie. Na okoliczność niedyspozycji została także ostrzyżona. Wyglądała jak 77 nieszczęść: stary, chory i zaniedbany, opuszczony pies. Strzyżenie odbyło się komfortowo - klientka leżała na boczku na grubej warstwie kocyków. Kłaczaste kłaki, z którymi
zawsze jest problem,
nie były ruszane, żeby zbytnio nie męczyć zwierza. Jak wydobrzeje całkiem, okaże się, że na łapach kołtun na kołtunie.
I portrecik.
Grzywka nie była ruszana, broda tudzież. I jak zwykle Księżniczka złapała w brodę jakąś suchą trawkę.
Na froncie walki z ciotczynym ludożercą chwilowo spokój.W czwartek o świtaniu Ciotka ewakuowała się do Rz. Żeby "trochę pomieszkać u siebie". Miała zamiar załatwić perukę, ale ten zamiar chyba nie był na siły liczony. W naszym ukochanym, umiłowanym kraju nic nie może być dla obywatela łatwe i proste. Zlecenie na perukę trzeba najpierw "podbić" w NFZ. Nie wiem, po jaką cholerę: jeżeli takie zlecenie jest wystawiane tzn. pacjent jest klientem NFZu. Czy nie wystarczyłoby udać się z tym zleceniem do sprzedawcy, a ten wysłałby faksem kopię do NFZ, żeby sobie odnotowali wydanie? Albo informacja inną drogą, w końcu jakiś eWUŚ funkcjonuje, internety są wszędzie... Zdaje się, że nasz system opieki zdrowotnej na niemieckim był wzorowany. No to niechby sobie popatrzyli, jak za Odrą załatwia się zaopatrzenie w niezbędne środki. Filozofia żadna, a jakie uproszczenie życia.
Ciotka podobno miała zapodać, że po drugiej chemii wraca do siebie i tam zostaje. No i wynajmie sobie kogoś do opieki. Ciekawe na jakich zasadach i za ile? (Jeżeli ktoś miał do czynienia z osobą poddawaną tej terapii, to zdaje sobie sprawę, jakie sensacje się potem odbywają.) No ale Ciotka jest 3S, a nawet cztery, bo jeszcze Samostanowiąca. Przewiduję, że będzie powtórka z rozrywki...
Ciotka idzie do szpitala
jutro. Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo może się zdarzyć, że znowu będzie miała wyniki kiepskie i nic z tego (Ciotka sama decyduje, które z przepisanych leków zażywa, a które nie. Tym razem wypadł z listy jakiś steryd i środek zawierający żelazo.)
PS. W związku z zawieruchą w komentarzach, włączyłam ich moderację. Za utrudnienia przepraszam.
niedziela, 14 sierpnia 2016
Po co mi te kozy
Pyta sąsiad Bujalski, niewierzący.Bo to tyle "zachamętu", mówi, jak widzi mnie latającą z taczkami po zielonkę do sadu. Dziwi się, jak słyszy, że cukinie zjadają kozy, że dynie zjedzą kozy, że te piękne (w/g mnie) liściowe buraki - zjedzą kozy. No i jeszcze wydoić,uprzątnąć, posłać, napoić, siano skosić i zebrać i zwieźć, słomę zabezpieczyć i owiesek. Po co? Przecież można mleko w biedrze kupić, tanie nawet jest.
No, można - mówię - ale ta biała ciecz, z mlekiem ma wspólny tylko kolor i nazwę.
A ja mam pyszne, zdrowe, prawdziwe mleczko.
A ja mam piękne, zdrowe, "prawie bio", jarzyny...
Ale czy to przed wszystkim uchroni? - mówi pan Bujalski - przecież tego świństwa wszędzie wokół tyle jest. Ono w tych naszych warzywach też jest.
Ano, jest. Ale na pewno w mniejszym stopniu niż w tych, które jeszcze dodatkowo chemiczne papu i chemiczną ochronę dostają.
........
Z zasady nie kupuję ogórków, nie kupuje kapusty i kalafiorów, chociaż lubię te ostatnie. Mieszkam na wsi, więc widzę jak wyglądają uprawy "na sprzedaj". Swego czasu pani Zosia miała nieopodal naszych ha kapustę - biało było pod główkami cały czas. Z drugiej strony Walduś ma rabarbar. Najpierw na wiosnę poszła tam woda gnojowa spod świnek. Potem chodził i sypał czymś z wiaderka. Potem był jakiś oprysk. Po pierwszym zbiorze znów latał z wiaderkiem. Łodygi miał grube prawie jak moja ręka w nadgarstku. A te moje, z sadzonek, co od niego dostałam - zaledwie nieco grubsze od palca.
Malinowy Król ma maliny eko. Bierze ciężkie dopłaty do ekologii. Ale malin nikt ze wsi u niego nie kupuje na przetwory, bo "wiedzą sąsiedzi...". Musiał biedak wszystkie w skupie sprzedać.
Ostatnio dałam się Starszemu namówić na kupienie mąki od "swojego" - ma piekarnię, ma młyn, ziarko chłopskie, nie "obszarnicze". Ale guzik prawda. Mąkę trzeba kupować od dużego producenta mąki. Duże zbożowe zakłady przetwórcze badają ziarno nie tylko na zawartość białka, glutenu, wyrównanie, opadanie (cokolwiek to znaczy), ale najistotniejsze - porażenie grzybem. Co ma wielkie znaczenie, ze względu na silnie rakotwórcze działanie mykotoksyn, będących niejako produktami "przemiany materii" grzybów.
Tak, że tak - chlebek już a priori w większości jest cacy. Nawet gdyby nie zawierał dodatkowo tego wszystkiego świństwa, które w niego pchają. Bo do zrobienia chleba powinny wystarczyć tylko mąka, woda, sól, drożdże/zakwas.
Dziwi mnie i wqrza jak producenci cudownie psują swoje produkty. I zastanawia - po co?
Po co mleko w proszku i guma guar w chrzanie? Czy one są tańsze niż sam chrzan? Kupowałam chrzan do buraczków do słoika. Niestety, poloneza czas zakończyć - ma za długą listę wynalazków. (Najkrótszą miał chrzan z @Krakusa@, chociaż ilość chrzanu w chrzanie o 2% mniejszą.) Do następnych buraczków w słoiki chyba pójdę se ukopać. Sąsiadka opowiada, że zamrożony się trze bardzo łatwo i nie zabija trącego.
Po co syrop @monsanto@ w koncentracie buraczkowym? Do niedawna go nie było i koncentrat istniał i się sprzedawał. Ostatnio jedynie koncentrat z @Rolnika@ jest bez @monsanto@.
Syrop @monsanto@ jest w tej chwili we wszystkich prawie sokach w kartonach (sporadycznie kupuję), we wszystkich prawie dżemach. (Ciekawa sprawa z dżemami, bo są zrobione głównie z wody. Jeżeli na etykiecie woda jest wymieniana na pierwszym miejscu, tzn,że jest jej w dżemie najwięcej ze wszystkich składników.Owoce występują jakoś na trzecim miejscu, potem już tylko pektyna, ew. jeszcze guma guar.) Trafienie dżemu który ma na etykiecie tylko owoce, cukier i pektynę oraz tych owoców jest ponad 100 gram na 100 gram dżemu, graniczy z cudem. No i cena jest taka, że ten dżem jako delikates biega.
Ogólnie dżemów nie kupuję, bo produkuję osobiście. Ale tak mi wyszło, że nic z czarnej porzeczki nie miałam, a potrzebowałam do kumberlanda. No to się oczytałam etykietek!
W tym roku zrobiłam truskawkowy, wiśniowy, z czarnej porzeczki i śliwkowy oraz malinowy przecierek. Truskawki w większości własne, część kupiłam, na szczęście mniejszą, bo te "kupne" wyglądały przepięknie, ale ani smaku ani zapachu nie miały - takie "papierowe"truskawki. Czarną porzeczkę kupiłam na targu w Jarosławiu, a maliny u Maciusia (który złotem nie brzęczy, więc nawozów pod maliny nie sypie).
No to tak, że tak...
Na podsumowanie takie cuś:
Zrobiłam Starszemu gołąbki. Starszy uwielbia, jak gołąbki pływają w sosie pomidorowym. Sos pomidorowy zrobiłam dodając do "wypiekania" gołąbków przetarte pomidory i śmietanę. Ale Starszy stwierdził, że sosu mało. Więc dorobiłam dodając śmietany i pomidory z puszki, bo nie miałam koncentratu. Dziś po kościółku Starszy wstąpił do wieśmarkietu i nabył koncentrat i "śmietanę". (Lodówka zawierała w sobie 3 nienaruszone małe pojemniczki ze śmietaną z @Trzebowniska@, jeden duży naruszony i jeden, zabrany z ciotki lodówki, który jeszcze nie eksplodował, choć skończył mu się tydzień temu dwumiesięczny okres przydatności /@piątnica@ podaje datę produkcji/ ). Koncentrat był w porządku. Ale ta śmietana!
No i na wieczku dumne logo z napisem "Tradycja z Warlubia".( Co daje przyczynek do zastanowienia się nad znaczeniem pojęcia "tradycja" ). Ciekawe, jak stara jest w Warlubiu tradycja tworzenia syfów spożywczych?
Zrobienie zakupów spożywczych zajmuje mi coraz więcej czasu. Po przygodzie z polonezem, czytam etykiety także tych znanych i często kupowanych produktów. Ponieważ producenci wciąż udoskonalają swoje wyroby.
Fanatyczkom zdrowego odżywiania nie jestem (bo każdy! fanatyzm to ZUO! - jakieś klapki na oczy zakłada i budzi agresję w fanatyku oraz przeciw fanatykowi)
Kużden ma swojom osobistom szajbę. Może nawet więcej niż jednom.
Jedna z moich polega na tym, że sobie po cichutku protestuję przeciwko @monsanto@ nie kupując niczego co ma z nim coś wspólnego. Więc wykluczone wszystko z cudownym syropkiem, czekolada @Nestle@, wszytko z @Winiar@, odkąd zmieniły właściciela, wspaniała karma dla zwierząt Royal i marketowe odpowiedniki psie i kocie i tepe. No i te wszystkie wynalazkowe produkty - bo nie lubię, jak mnie ktoś robi w bambuko, za moje własne pieniądze.
Czego i Wam życzę (tzn: nie dać się robić w bambuko)
PS. A po co mi te kozy? No, bo to tak fajnie posłuchać, jak im się da jeść: jest ciiiisza, w której słychać tylko chrumkanie jarzynek, albo szamszam szamanie owieska. No i fajnie popatrzeć, jak szajbnięta Wandzia robi fikołki i zwroty w locie.
Dodam, że sąsiad Bujalski nie rozumie także, co to znaczy, że "jak się wzięło zwierzę, to ma się wobec niego obowiązek". No bo, jaki obowiązek można mieć wobec psa? To tak, w kontekście tego, że ostatnimi dniami Księżniczkę trzeba było przynosić ze spaceru. I Bujalski stwierdził "co za poświęcenie", na co usłyszał - "to nie poświęcenie, to obowiązek."
No, można - mówię - ale ta biała ciecz, z mlekiem ma wspólny tylko kolor i nazwę.
A ja mam pyszne, zdrowe, prawdziwe mleczko.
A ja mam piękne, zdrowe, "prawie bio", jarzyny...
Ale czy to przed wszystkim uchroni? - mówi pan Bujalski - przecież tego świństwa wszędzie wokół tyle jest. Ono w tych naszych warzywach też jest.
Ano, jest. Ale na pewno w mniejszym stopniu niż w tych, które jeszcze dodatkowo chemiczne papu i chemiczną ochronę dostają.
........
Z zasady nie kupuję ogórków, nie kupuje kapusty i kalafiorów, chociaż lubię te ostatnie. Mieszkam na wsi, więc widzę jak wyglądają uprawy "na sprzedaj". Swego czasu pani Zosia miała nieopodal naszych ha kapustę - biało było pod główkami cały czas. Z drugiej strony Walduś ma rabarbar. Najpierw na wiosnę poszła tam woda gnojowa spod świnek. Potem chodził i sypał czymś z wiaderka. Potem był jakiś oprysk. Po pierwszym zbiorze znów latał z wiaderkiem. Łodygi miał grube prawie jak moja ręka w nadgarstku. A te moje, z sadzonek, co od niego dostałam - zaledwie nieco grubsze od palca.
Malinowy Król ma maliny eko. Bierze ciężkie dopłaty do ekologii. Ale malin nikt ze wsi u niego nie kupuje na przetwory, bo "wiedzą sąsiedzi...". Musiał biedak wszystkie w skupie sprzedać.
Ostatnio dałam się Starszemu namówić na kupienie mąki od "swojego" - ma piekarnię, ma młyn, ziarko chłopskie, nie "obszarnicze". Ale guzik prawda. Mąkę trzeba kupować od dużego producenta mąki. Duże zbożowe zakłady przetwórcze badają ziarno nie tylko na zawartość białka, glutenu, wyrównanie, opadanie (cokolwiek to znaczy), ale najistotniejsze - porażenie grzybem. Co ma wielkie znaczenie, ze względu na silnie rakotwórcze działanie mykotoksyn, będących niejako produktami "przemiany materii" grzybów.
Tak, że tak - chlebek już a priori w większości jest cacy. Nawet gdyby nie zawierał dodatkowo tego wszystkiego świństwa, które w niego pchają. Bo do zrobienia chleba powinny wystarczyć tylko mąka, woda, sól, drożdże/zakwas.
Dziwi mnie i wqrza jak producenci cudownie psują swoje produkty. I zastanawia - po co?
Po co mleko w proszku i guma guar w chrzanie? Czy one są tańsze niż sam chrzan? Kupowałam chrzan do buraczków do słoika. Niestety, poloneza czas zakończyć - ma za długą listę wynalazków. (Najkrótszą miał chrzan z @Krakusa@, chociaż ilość chrzanu w chrzanie o 2% mniejszą.) Do następnych buraczków w słoiki chyba pójdę se ukopać. Sąsiadka opowiada, że zamrożony się trze bardzo łatwo i nie zabija trącego.
Po co syrop @monsanto@ w koncentracie buraczkowym? Do niedawna go nie było i koncentrat istniał i się sprzedawał. Ostatnio jedynie koncentrat z @Rolnika@ jest bez @monsanto@.
Syrop @monsanto@ jest w tej chwili we wszystkich prawie sokach w kartonach (sporadycznie kupuję), we wszystkich prawie dżemach. (Ciekawa sprawa z dżemami, bo są zrobione głównie z wody. Jeżeli na etykiecie woda jest wymieniana na pierwszym miejscu, tzn,że jest jej w dżemie najwięcej ze wszystkich składników.Owoce występują jakoś na trzecim miejscu, potem już tylko pektyna, ew. jeszcze guma guar.) Trafienie dżemu który ma na etykiecie tylko owoce, cukier i pektynę oraz tych owoców jest ponad 100 gram na 100 gram dżemu, graniczy z cudem. No i cena jest taka, że ten dżem jako delikates biega.
Ogólnie dżemów nie kupuję, bo produkuję osobiście. Ale tak mi wyszło, że nic z czarnej porzeczki nie miałam, a potrzebowałam do kumberlanda. No to się oczytałam etykietek!
W tym roku zrobiłam truskawkowy, wiśniowy, z czarnej porzeczki i śliwkowy oraz malinowy przecierek. Truskawki w większości własne, część kupiłam, na szczęście mniejszą, bo te "kupne" wyglądały przepięknie, ale ani smaku ani zapachu nie miały - takie "papierowe"truskawki. Czarną porzeczkę kupiłam na targu w Jarosławiu, a maliny u Maciusia (który złotem nie brzęczy, więc nawozów pod maliny nie sypie).
No to tak, że tak...
Na podsumowanie takie cuś:
Zrobiłam Starszemu gołąbki. Starszy uwielbia, jak gołąbki pływają w sosie pomidorowym. Sos pomidorowy zrobiłam dodając do "wypiekania" gołąbków przetarte pomidory i śmietanę. Ale Starszy stwierdził, że sosu mało. Więc dorobiłam dodając śmietany i pomidory z puszki, bo nie miałam koncentratu. Dziś po kościółku Starszy wstąpił do wieśmarkietu i nabył koncentrat i "śmietanę". (Lodówka zawierała w sobie 3 nienaruszone małe pojemniczki ze śmietaną z @Trzebowniska@, jeden duży naruszony i jeden, zabrany z ciotki lodówki, który jeszcze nie eksplodował, choć skończył mu się tydzień temu dwumiesięczny okres przydatności /@piątnica@ podaje datę produkcji/ ). Koncentrat był w porządku. Ale ta śmietana!
Stoi to w śmietanach. Przyznam, że sama, dopiero po drugim przyjrzeniu się wieczku załapałam, że to nie jest "śmietana gospodyni".
Skład jest świetny. Nawet barwnik jakiś tam się znalazł. Właściwie pretensji zero, bo napisali, że MIX to jest. Ale po co się trudzić w stworzeniu takiego miksa. Czy w Warlubiu brakuje mleka (bo ogólnie, to nadprodukcja chyba jest).? Czy łatwiej wyprodukować taki syfek niż zwykłą śmietanę?
Zrobienie zakupów spożywczych zajmuje mi coraz więcej czasu. Po przygodzie z polonezem, czytam etykiety także tych znanych i często kupowanych produktów. Ponieważ producenci wciąż udoskonalają swoje wyroby.
Fanatyczkom zdrowego odżywiania nie jestem (bo każdy! fanatyzm to ZUO! - jakieś klapki na oczy zakłada i budzi agresję w fanatyku oraz przeciw fanatykowi)
Kużden ma swojom osobistom szajbę. Może nawet więcej niż jednom.
Jedna z moich polega na tym, że sobie po cichutku protestuję przeciwko @monsanto@ nie kupując niczego co ma z nim coś wspólnego. Więc wykluczone wszystko z cudownym syropkiem, czekolada @Nestle@, wszytko z @Winiar@, odkąd zmieniły właściciela, wspaniała karma dla zwierząt Royal i marketowe odpowiedniki psie i kocie i tepe. No i te wszystkie wynalazkowe produkty - bo nie lubię, jak mnie ktoś robi w bambuko, za moje własne pieniądze.
Czego i Wam życzę (tzn: nie dać się robić w bambuko)
PS. A po co mi te kozy? No, bo to tak fajnie posłuchać, jak im się da jeść: jest ciiiisza, w której słychać tylko chrumkanie jarzynek, albo szamszam szamanie owieska. No i fajnie popatrzeć, jak szajbnięta Wandzia robi fikołki i zwroty w locie.
Dodam, że sąsiad Bujalski nie rozumie także, co to znaczy, że "jak się wzięło zwierzę, to ma się wobec niego obowiązek". No bo, jaki obowiązek można mieć wobec psa? To tak, w kontekście tego, że ostatnimi dniami Księżniczkę trzeba było przynosić ze spaceru. I Bujalski stwierdził "co za poświęcenie", na co usłyszał - "to nie poświęcenie, to obowiązek."
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Mus czy przymus
Krystyna -Pellegrina skłoniła mnie swoim komentarzem do zastanowienia się nad możliwością zastąpienia słowa "muszę" słowem -"mogę".
Mogę dopuszcza alternatywę -zrobię-nie zrobię. "Mogę" zakłada istnienie okoliczności, warunków zezwalających na ewentualne wykonanie czegoś.
"Muszę" już takiej alternatywy nie dopuszcza. Mus to mus - zrobione być powinno, czasem nawet stając na rzęsach, niestety.
Często "mogę" generuje następne "muszę".
Mogłam zostawić w domu kota, który przytuptał za Dzieckiem. Mogłam też zrobić "oto, oto i wyrzucić kota w błoto" (w przenośni oczywiście, bo błota wtedy nie było. Ale wypuścić kota w ciemną noc na ulicę, a potem znaleźć płaskiego na asfalcie). Mogłam zostawić pierwszego kota Dziecięciu - niech kombinuje, jeżeli nie myślała. (Ale umęczył by się głównie kot, bo na opiekę nad kotaem ze złamaną łapą zwolnienia nie dają) Mogłam zostawić kolejnego kota między stodołą a obórką i patrzeć, jak chodzi głodny i zimny. Mogłam. Ale wszystkie te koty znalazły się u mnie w mieszkaniu. A to wygenerowało pewne "muszę".
"Muszę", czyli mam obowiązek. Zapewnić im jedzonko, czystą kuwetę, opiekę weterynarza, gdy zachodzi potrzeba.
Podobnie muszę zadbać o moje pozostałe zwierzęta zapewniając im dobrostan na miarę moich, przeze mnie ustalonych standardów. A to generuje kolejne muszę. Muszę zgromadzić siano na zimę. Muszę ukosić codziennie trawy. Bo nie mogę ich codziennie wyprowadzać na wypas do sadu. Przeprowadzanie kóz przez te 200m przechodzi moje możliwości fizyczne i psychiczne. (Po drodze jet obejście sąsiada-nieogrodzone, a tam mnóstwo przepięknych krzaczków, kwiatków w doniczkach, wino posadzone u słupa, które nijak nie chce rosnąć, zagonek truskawek wielkości chusteczki do nosa i drzewa owocowe, pod którymi zawsze coś leży). Wydawałoby się, że koza nie krowa, ale jednak krowę łatwiej byłoby przez te 200m przeprowadzić. Poza tym zostawić ich tam bez dozoru nie mogę, ponieważ życie pokazało, że pastuch elektryczny zabezpiecza jedynie przed dowolnym przemieszczaniem się osobników, które znajdują się wewnątrz ogrodzenia. Natomiast nie zabezpiecza tych osobników przed "atakiem" z zewnątrz.
Kozy dają mleko. Więc muszę je wydoić. (No, mogłabym zasuszyć, ale wtedy jaki sens miałyby te wszystkie pozostałe "muszę"?) A jak jest mleko, to muszę je zagospodarować. Mogłabym je ewentualnie sprzedać i wtedy mniej bym musiała. Ale jaki jest sens pozbywać się dobrego, zdrowego jedzonka, tylko ze względu na ograniczenie ilości "muszę" i kupować chemiczne sklepowe świństwo? Tak więc, co drugi dzień robię 3-4 serki podpuszczkowe. Czasem rozdaję, tym, którzy są w stanie docenić, co jedzą. Większość zjadamy sami. Ciotce bardzo smakuje ten podpuszczkowy niesolony, więc zawsze o jeden krążek mniej wkładam do solanki. Od czasu do czasu robię twarożek, który ma wszystkie twarożki pod sobą.
Założyłam "plantacje". Bo mogłam i chciałam. Ale jak już założyłam, to teraz są następne muszę. Muszę odchwaszczać, muszę nawadniać, muszę zbierać, co urosło.A jak zbiorę, to muszę zagospodarować. Czyli, nadmiar przetworzyć. Ponieważ zamrażarka od jakiegoś czasu pełni funkcję skrzyni na owies, więc muszę zamknąć w słoiki. (Zresztą - nie wszystko nadaje się do mrożenia. Oraz mrożonki nie zaspokajają wszystkich potrzeb, w zakresie wykorzystania owoców i warzyw. Pewnie, że pomidorówkę można by z powodzeniem zrobić z mrożonych pomidorów, zamiast z przecieru. Ale zamrożone truskawki nie zastąpią dżemianki, zamrożone wiśnie -konfitury, a zamrożone maliny - soku.)
Mogłam od poniedziałku, codziennie, nie jeździć do Rzeszowa. Bo Najważniejsza się uparła, że po chemii wróci ze szpitala do siebie. Mogłam mieć gdzieś, przyjmując założenie, że każdy osobiście ponosi konsekwencje własnych decyzji.Mogłam powiedzieć Starszemu, że moje ręce i nogi oraz kręgosłup i nieodporność na upały ważniejsze dla mnie niż Ciotka ze swoim ludożercą. I powiedzieć mu - niech sobie sam się tym zajmie. Ponieważ jednak Starszy mógł w tej sprawie zrobić tyle, żeby podwieźć mnie do stacji i ze stacji odebrać, więc musiałam do tego Rz. latać codziennie, aż udało mi się ciotkę przekonać (w czym pomogły mi okoliczności zdrowotne Ciotki), żeby jednak przeniosła się do nas. Musiałam, bo taki był mus zewnętrzny i wewnętrzny. No i mogłam, bo mi te ręce i nogi oraz kręgosłup jeszcze pozwalały na podróże i wszystkie pozostałe czynności, jakie wykonywałam na miejscu.
W czwartek zostało wezwane Dziecko i Ciotka zdesantowana do nas.W samą porę, bo nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby została u siebie. W każdym razie okoliczności zdrowotne, które pojawiły się już następnego dnia wymagały obecności drugiej osoby i sporego nakładu pracy z jej strony.
Ciekawostka - sąsiadka, z którą Ciotka od lat była w bardzo dobrych stosunkach nawet nie zaglądnęła, by zapytać o samopoczucie.
Musów i przymusów zewnętrznych i wewnętrznych jest mnóstwo. Niektóre można by było scedować na kogoś innego, ale nie bardzo się to udaje.
Jeden mus udało mi się, za brzęczącą i szeleszcząca monetę scedować na Wiesława. Który, o dziwo, dotrzymał słowa i we wtorek przyszedł. Mus był wybielić obórkę. I Wiesław to zrobił. Porządnie bardzo i starannie, uprzątnąwszy najpierw, co należało uprzątnąć. Tyle, że zajęło mu to czas od 9-tej do 19-tej.
Przy robocie wypił 4 litry piwa. Odszedł o własnych siłach, umywszy przedtem narzędzia i nieco siebie.Pozostawiając mnie w szoku niejakim, bo ja po półlitrze piwa już bym się do roboty nie bardzo nadawała. No i ta zupa chmielowa, to był Wiesia jedyny posiłek za cały długi dzionek pracy. Następnego dnia Wiesio chodził zabalsamowany na sztywno. Kolejnego dnia przyszedł po piątkę, którą ma odrobić i 2 fajki. Został umówiony na poniedziałek, bo w sadzie leży konar, który wichura urwała z jabłoni i należałoby z nim zrobić porządek. Ciekawe tylko, czy będzie w stanie takim, że będzie można mu dać piłę do rąk. Lub choćby siekierę.
Oprócz tych musów i przymusów, które trzymają nas w swych szponach, wynikających z sytuacji życiowej, przyjętych zobowiązań itepe, są takie, które zapewnia nam własny, osobiście wyhodowany, świr.
Ja np. "muszę" wieczorem umyć wszystkie naczynia, jakie zostały po kolacji. Pełny zlew na "dzień dobry" psuje mi humor na cały dzień. Muszę też pozamiatać/poodkurzać wieczorem podłogę. Przynajmniej w kuchni, łazience i małym przedpokoiku. W te upały najczęściej chodzę po mieszkaniu boso, a przy piątce czterołapych współlokatorów zawsze znajdzie się coś na podłodze, w co można wdepnąć lub szkodliwie-nadepnąć. Nie mówiąc o kupie kłaków, które z siebie, w ciągu dnia, otrzepały.No i nie lubię zostawiać wczorajszych brudów na następny dzień.
Jeżeli jest się samemu sobie "sterem, żeglarzem i okrętem" to tych musów i przymusów jest znacznie mniej. Zdecydowanie więcej jest "mogę", a nawet "mogłabym": mogłabym ugotować zupę, ale nie muszę, najwyżej zjem kromkę. Nawet w piecu rozpalać niekoniecznie muszę, najwyżej wyciągnę drugą kołdrę (co osobiście przerabiałam, mieszkając parę lat sama w starej chałupie)
Jestem zwolennikiem pewnego uporządkowania w życiu codziennym.Jeżeli coś ma być zrobione, to najlepiej "zaraz teraz", a nie "zaraz potem" Zostawianie na "zaraz potem" zawsze się jakoś zemści, a czasem nawet bywa zgubne. Głupi papierek, niewyrzucony do kosza natychmiast przeradza się za moment w "kupę" papierków i bałagan, z którym już trzeba coś zrobić. (Co nie oznacza, że jak mam zrobić coś poważniejszego, to włącza mi się cholerna prokrastrynacja i zostawiam na ostatnią chwilę. Choć wiem, że się zemści. Jak ostatnio się zemścił Dziecka wniosek do agencji - było tylko wypełnić tabelki. Bajka i teoretycznie 6 sekund. Praktycznie, okazało się, że wstępnie agencja wypełniła źle. Trzeba było wypełniać z systemu i drukować. Zeszło do 4 nad ranem.)
Nigdy jednak nie planuję i do białego wqrwu doprowadza mnie Starszego pytanie na "dzień dobry": "Co dziś planujesz robić?" - "Planuję poleżeć do góry brzuchem, ale chyba nic z tego, jak zwykle"
Nigdy też nie przygotowałam obiadu "na jutro". Dziś jest dziś i ma swoją ścieżkę, a jutro będzie jutro i potoczy się własnym trybem. Życie tak szybko zapiernicza naprzód, że nie ma co przyspieszać jutra. Zresztą, jutro zawsze jest niepewne, bo różne niespodzianki czekają na nas za każdym rogiem. (Ostatni tydzień tego dowodzi, bo pobudek o szóstej, wykonywania harmonogramu w biegu i jazdy do Rz. nie planowałam, bynajmniej.)
Mus wewnętrzny jest prostszy do strawienia. Mój wybór, moje konsekwencje tego wyboru. Gorzej z musem zewnętrznym. Miałam szczęście, że w całym moim życiu zawodowym durnych musów zewnętrznych prawie nie miałam.
A teraz jest ich bardzo niewiele. Ostatnio było to durne koło od traktora: Starszy się uparł, żeby już zakładać. A wiadomo było, że to ja będę zakładać tę cholerną dętkę, celować wentylkiem w dziurkę, zakładać oponę, windować traktor, zakładać koło celując dziurkami na śruby, a potem przykręcać 6 cholernych nakrętek. No, ale tak się nastawił, odął w końcu jak dzidzio, że dla świętego spokoju -musiałam.(W trakcie czego Tatuś przycisnął mi dłoń oponę do felgi oraz wyskoczyła mi łyżka, dzięki czemu mam piękny siniak nad kolanem) No i poza tym para poszła w gwizdek, bo z sadu wróciliśmy na flaku. Ki pieron, jak dętka była wodnie sprawdzana i nigdzie nie bulgotało?
Poza tym, właśnie w tej chwili przydałaby mi się może setka (choć z rana to raczej nie uchodzi): koza mi łysieje na grzbiecie, pies ma ropień na łapie, Ciotka ma ludożercę, a Starzy właśnie przyszedł, z info, że boli go serce.
Mogę dopuszcza alternatywę -zrobię-nie zrobię. "Mogę" zakłada istnienie okoliczności, warunków zezwalających na ewentualne wykonanie czegoś.
"Muszę" już takiej alternatywy nie dopuszcza. Mus to mus - zrobione być powinno, czasem nawet stając na rzęsach, niestety.
Często "mogę" generuje następne "muszę".
Mogłam zostawić w domu kota, który przytuptał za Dzieckiem. Mogłam też zrobić "oto, oto i wyrzucić kota w błoto" (w przenośni oczywiście, bo błota wtedy nie było. Ale wypuścić kota w ciemną noc na ulicę, a potem znaleźć płaskiego na asfalcie). Mogłam zostawić pierwszego kota Dziecięciu - niech kombinuje, jeżeli nie myślała. (Ale umęczył by się głównie kot, bo na opiekę nad kotaem ze złamaną łapą zwolnienia nie dają) Mogłam zostawić kolejnego kota między stodołą a obórką i patrzeć, jak chodzi głodny i zimny. Mogłam. Ale wszystkie te koty znalazły się u mnie w mieszkaniu. A to wygenerowało pewne "muszę".
"Muszę", czyli mam obowiązek. Zapewnić im jedzonko, czystą kuwetę, opiekę weterynarza, gdy zachodzi potrzeba.
Podobnie muszę zadbać o moje pozostałe zwierzęta zapewniając im dobrostan na miarę moich, przeze mnie ustalonych standardów. A to generuje kolejne muszę. Muszę zgromadzić siano na zimę. Muszę ukosić codziennie trawy. Bo nie mogę ich codziennie wyprowadzać na wypas do sadu. Przeprowadzanie kóz przez te 200m przechodzi moje możliwości fizyczne i psychiczne. (Po drodze jet obejście sąsiada-nieogrodzone, a tam mnóstwo przepięknych krzaczków, kwiatków w doniczkach, wino posadzone u słupa, które nijak nie chce rosnąć, zagonek truskawek wielkości chusteczki do nosa i drzewa owocowe, pod którymi zawsze coś leży). Wydawałoby się, że koza nie krowa, ale jednak krowę łatwiej byłoby przez te 200m przeprowadzić. Poza tym zostawić ich tam bez dozoru nie mogę, ponieważ życie pokazało, że pastuch elektryczny zabezpiecza jedynie przed dowolnym przemieszczaniem się osobników, które znajdują się wewnątrz ogrodzenia. Natomiast nie zabezpiecza tych osobników przed "atakiem" z zewnątrz.
Kozy dają mleko. Więc muszę je wydoić. (No, mogłabym zasuszyć, ale wtedy jaki sens miałyby te wszystkie pozostałe "muszę"?) A jak jest mleko, to muszę je zagospodarować. Mogłabym je ewentualnie sprzedać i wtedy mniej bym musiała. Ale jaki jest sens pozbywać się dobrego, zdrowego jedzonka, tylko ze względu na ograniczenie ilości "muszę" i kupować chemiczne sklepowe świństwo? Tak więc, co drugi dzień robię 3-4 serki podpuszczkowe. Czasem rozdaję, tym, którzy są w stanie docenić, co jedzą. Większość zjadamy sami. Ciotce bardzo smakuje ten podpuszczkowy niesolony, więc zawsze o jeden krążek mniej wkładam do solanki. Od czasu do czasu robię twarożek, który ma wszystkie twarożki pod sobą.
Założyłam "plantacje". Bo mogłam i chciałam. Ale jak już założyłam, to teraz są następne muszę. Muszę odchwaszczać, muszę nawadniać, muszę zbierać, co urosło.A jak zbiorę, to muszę zagospodarować. Czyli, nadmiar przetworzyć. Ponieważ zamrażarka od jakiegoś czasu pełni funkcję skrzyni na owies, więc muszę zamknąć w słoiki. (Zresztą - nie wszystko nadaje się do mrożenia. Oraz mrożonki nie zaspokajają wszystkich potrzeb, w zakresie wykorzystania owoców i warzyw. Pewnie, że pomidorówkę można by z powodzeniem zrobić z mrożonych pomidorów, zamiast z przecieru. Ale zamrożone truskawki nie zastąpią dżemianki, zamrożone wiśnie -konfitury, a zamrożone maliny - soku.)
Mogłam od poniedziałku, codziennie, nie jeździć do Rzeszowa. Bo Najważniejsza się uparła, że po chemii wróci ze szpitala do siebie. Mogłam mieć gdzieś, przyjmując założenie, że każdy osobiście ponosi konsekwencje własnych decyzji.Mogłam powiedzieć Starszemu, że moje ręce i nogi oraz kręgosłup i nieodporność na upały ważniejsze dla mnie niż Ciotka ze swoim ludożercą. I powiedzieć mu - niech sobie sam się tym zajmie. Ponieważ jednak Starszy mógł w tej sprawie zrobić tyle, żeby podwieźć mnie do stacji i ze stacji odebrać, więc musiałam do tego Rz. latać codziennie, aż udało mi się ciotkę przekonać (w czym pomogły mi okoliczności zdrowotne Ciotki), żeby jednak przeniosła się do nas. Musiałam, bo taki był mus zewnętrzny i wewnętrzny. No i mogłam, bo mi te ręce i nogi oraz kręgosłup jeszcze pozwalały na podróże i wszystkie pozostałe czynności, jakie wykonywałam na miejscu.
W czwartek zostało wezwane Dziecko i Ciotka zdesantowana do nas.W samą porę, bo nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby została u siebie. W każdym razie okoliczności zdrowotne, które pojawiły się już następnego dnia wymagały obecności drugiej osoby i sporego nakładu pracy z jej strony.
Ciekawostka - sąsiadka, z którą Ciotka od lat była w bardzo dobrych stosunkach nawet nie zaglądnęła, by zapytać o samopoczucie.
Musów i przymusów zewnętrznych i wewnętrznych jest mnóstwo. Niektóre można by było scedować na kogoś innego, ale nie bardzo się to udaje.
Jeden mus udało mi się, za brzęczącą i szeleszcząca monetę scedować na Wiesława. Który, o dziwo, dotrzymał słowa i we wtorek przyszedł. Mus był wybielić obórkę. I Wiesław to zrobił. Porządnie bardzo i starannie, uprzątnąwszy najpierw, co należało uprzątnąć. Tyle, że zajęło mu to czas od 9-tej do 19-tej.
Przy robocie wypił 4 litry piwa. Odszedł o własnych siłach, umywszy przedtem narzędzia i nieco siebie.Pozostawiając mnie w szoku niejakim, bo ja po półlitrze piwa już bym się do roboty nie bardzo nadawała. No i ta zupa chmielowa, to był Wiesia jedyny posiłek za cały długi dzionek pracy. Następnego dnia Wiesio chodził zabalsamowany na sztywno. Kolejnego dnia przyszedł po piątkę, którą ma odrobić i 2 fajki. Został umówiony na poniedziałek, bo w sadzie leży konar, który wichura urwała z jabłoni i należałoby z nim zrobić porządek. Ciekawe tylko, czy będzie w stanie takim, że będzie można mu dać piłę do rąk. Lub choćby siekierę.
Oprócz tych musów i przymusów, które trzymają nas w swych szponach, wynikających z sytuacji życiowej, przyjętych zobowiązań itepe, są takie, które zapewnia nam własny, osobiście wyhodowany, świr.
Ja np. "muszę" wieczorem umyć wszystkie naczynia, jakie zostały po kolacji. Pełny zlew na "dzień dobry" psuje mi humor na cały dzień. Muszę też pozamiatać/poodkurzać wieczorem podłogę. Przynajmniej w kuchni, łazience i małym przedpokoiku. W te upały najczęściej chodzę po mieszkaniu boso, a przy piątce czterołapych współlokatorów zawsze znajdzie się coś na podłodze, w co można wdepnąć lub szkodliwie-nadepnąć. Nie mówiąc o kupie kłaków, które z siebie, w ciągu dnia, otrzepały.No i nie lubię zostawiać wczorajszych brudów na następny dzień.
Jeżeli jest się samemu sobie "sterem, żeglarzem i okrętem" to tych musów i przymusów jest znacznie mniej. Zdecydowanie więcej jest "mogę", a nawet "mogłabym": mogłabym ugotować zupę, ale nie muszę, najwyżej zjem kromkę. Nawet w piecu rozpalać niekoniecznie muszę, najwyżej wyciągnę drugą kołdrę (co osobiście przerabiałam, mieszkając parę lat sama w starej chałupie)
Jestem zwolennikiem pewnego uporządkowania w życiu codziennym.Jeżeli coś ma być zrobione, to najlepiej "zaraz teraz", a nie "zaraz potem" Zostawianie na "zaraz potem" zawsze się jakoś zemści, a czasem nawet bywa zgubne. Głupi papierek, niewyrzucony do kosza natychmiast przeradza się za moment w "kupę" papierków i bałagan, z którym już trzeba coś zrobić. (Co nie oznacza, że jak mam zrobić coś poważniejszego, to włącza mi się cholerna prokrastrynacja i zostawiam na ostatnią chwilę. Choć wiem, że się zemści. Jak ostatnio się zemścił Dziecka wniosek do agencji - było tylko wypełnić tabelki. Bajka i teoretycznie 6 sekund. Praktycznie, okazało się, że wstępnie agencja wypełniła źle. Trzeba było wypełniać z systemu i drukować. Zeszło do 4 nad ranem.)
Nigdy jednak nie planuję i do białego wqrwu doprowadza mnie Starszego pytanie na "dzień dobry": "Co dziś planujesz robić?" - "Planuję poleżeć do góry brzuchem, ale chyba nic z tego, jak zwykle"
Nigdy też nie przygotowałam obiadu "na jutro". Dziś jest dziś i ma swoją ścieżkę, a jutro będzie jutro i potoczy się własnym trybem. Życie tak szybko zapiernicza naprzód, że nie ma co przyspieszać jutra. Zresztą, jutro zawsze jest niepewne, bo różne niespodzianki czekają na nas za każdym rogiem. (Ostatni tydzień tego dowodzi, bo pobudek o szóstej, wykonywania harmonogramu w biegu i jazdy do Rz. nie planowałam, bynajmniej.)
Mus wewnętrzny jest prostszy do strawienia. Mój wybór, moje konsekwencje tego wyboru. Gorzej z musem zewnętrznym. Miałam szczęście, że w całym moim życiu zawodowym durnych musów zewnętrznych prawie nie miałam.
A teraz jest ich bardzo niewiele. Ostatnio było to durne koło od traktora: Starszy się uparł, żeby już zakładać. A wiadomo było, że to ja będę zakładać tę cholerną dętkę, celować wentylkiem w dziurkę, zakładać oponę, windować traktor, zakładać koło celując dziurkami na śruby, a potem przykręcać 6 cholernych nakrętek. No, ale tak się nastawił, odął w końcu jak dzidzio, że dla świętego spokoju -musiałam.(W trakcie czego Tatuś przycisnął mi dłoń oponę do felgi oraz wyskoczyła mi łyżka, dzięki czemu mam piękny siniak nad kolanem) No i poza tym para poszła w gwizdek, bo z sadu wróciliśmy na flaku. Ki pieron, jak dętka była wodnie sprawdzana i nigdzie nie bulgotało?
Poza tym, właśnie w tej chwili przydałaby mi się może setka (choć z rana to raczej nie uchodzi): koza mi łysieje na grzbiecie, pies ma ropień na łapie, Ciotka ma ludożercę, a Starzy właśnie przyszedł, z info, że boli go serce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























