czwartek, 5 kwietnia 2018

powielkanocnie

Przedwielkanocnie nie było, bo nie wyszło. Szału przedświątecznego nie było, ale mimo wszystko czwartek i piątek przeszły na wysokich obrotach.
Pozimowe ogarnianie chałupy uskuteczniałam porcjami i z doskoku. Największym wyzwaniem były okna, które MUSIAŁY zostać umyte. Nie wiem, czy znowu mi się coś-tam między uszami  ulęgło, czy faktycznie starożytni Chińczycy mają rację z tymi oknami, ale po prostu, źle mi działa na psychikę brudna szyba, przez którą bezczelnie zagląda do wnętrza ostre, marcowe słońce.  Problem z oknami polega na tym, że mam 3 okna od zachodu i jedno od południa. I one muszą być umyte przed południem, bo ściganie się ze słońcem (pt.  prędzej słońce wysuszy płyn, czy ja prędzej wytrę do błysku szybę) jest z góry skazane na porażkę. No a w marcu przedpołudnia są zimne... Ale jakoś ostatecznie wyszłam z tarczą z tej nierównej walki...
Mówiłam, że nie lubię świat? Nie lubię. Zwłaszcza, że tu świętowanie to pomieszanie formalności z hipokryzją sprowadzone do kwestii kulinarnych. Ostatecznie jestem skłonna głosować za wyższością świąt Wielkanocnych nad świętami BN, że względu, głównie,  na mniejszy wkład pracy koniecznej do przygotowania tych pierwszych. Nie znoszę tego całego ślepo-tradycyjnego gotowania, ale nie mam wyjścia, bo Starszy nie uznaje żadnego gotowego-kupnego, czym można by opędzić, choć raz w roku, to najbardziej praco-czaso-chłonne. Ale co mu tam, przecież on nic nie robi, tylko pilnuje tradycji. I jakoś nie dociera, że tradycja, to nie jest coś danego  od zarania dziejów, co nie ulega żadnej ewolucji.
 Więc, coby tradycji stało się zadość została poświęcona palma.

Palma koniecznie musi być taka j.w. Żadna inna, nabyta w sklepie, markecie itp, nie ma racji bytu. 

Powinna jeszcze być w niej kłokoczka, z której się potem robiło krzyżyki, ale kłokoczkę trudno spotkać aktualnie (u nas rosła koło domu, ale zmarniała, gdy kopali wodociągi).  Z palmą szło się w pierwszy dzień świąt w pole. Święciło się je święconą wodą, używając palmy jako kropidła i wbijając na początku pola krzyżyk z kłokoczki. Na pszeniczna oziminę rzucało się rozgniecione święcone jako, żeby rosła złocista, jak żółtko. Na ostatnim kawałku roli wbijało się palmę.
Mówię o tym wszystkim w czasie przeszłym, bo tak się robiło u nas rokrocznie. Chodziliśmy z dzieciakami, jeszcze małymi, potem już dużymi całkiem. I to był taki fajny przerywnik w świątecznym obżarstwie.  Przy czym zwykle było tak, że aura jakoś bardzo nie utrudniała. W ub. roku pojechaliśmy ze Starszym we dwójkę autkiem i uskutecznili proceder na poletku, gdzie miał zostać posiany owies. W tym roku tradycja padła, ponieważ wszystkie pola czekają dopiero na wiosenne zasiewy i jeszcze nie wiadomo, gdzie owies zostanie posiany. Poza tym w Niedzielę
pogoda była makabryczna - nie dość, że lało cięgiem, to do tego potwornie wiało. Nawet psy wychodziły niechętnie i tylko na tyle, ile niezbędne.


Święconka, jak święconka. Oczywiście nie jest to cała zawartość koszyka, ponieważ reszta poszła do konsumpcji

W czwartek się okazało,że ubiegłoroczny baranek zaginął w akcji. Był,  cukrowy taki. Już nie te czasy, żeby zjadać cukrowego baranka (jak to czyniliśmy, dzieciakami będąc), musiał zatem ulec jakiemuś tragicznemu wypadkowi. Miałam zamiar w piątek, rzutem na taśmę, nabyć takiego cukrowego w którymś markecie (mimo, że okropne były), ale uświadomiono mi, że o szybkich zakupach w piątek raczej należy zapomnieć. Wobec czego, ponieważ i tak były w planie drożdżowe wypieki, została wydobyta z czeluści spiżarnianej szafki foremka na baranka. Ta foremka była przez dziesięciolecia unikatem, pół wsi ją wypożyczało przed świętami - teraz  sklepy pełne są foremek na baranki różnych rozmiarów i kształtów.  Baran został upieczony, polukrowany i otrzymał pieprzowe oczka.  Chrzan do święconki nabyłam, bo nie odczuwałam woli bożej iścia z amerykanami w pole,żeby ukopać.  A najśmieszniejsze jest to, że owiesek też nabyłam (mając ponad tonę owsa na strychu!) Jakoś wstępnie koty się nim bardzo nie interesowały. W poniedziałek po południu przestał już pełnić swoja funkcje dekoracyjną i został zapodany kotom. Nawet się początkowo nim zajęły, na skutek czego doniczka wylądowała na środku dywanu, wytrzepawszy z siebie część podłoża. A dziś już żadnego kotowatego nie interesuje.

Mazurek popełniłam w tym roku. Dokładnie dwie sztuki, takie małe, jednakowe.

Dotąd zrobiłam mazurek może jeden raz w życiu, jeszcze smarkaczem będąc. Wtedy, pamiętam, był to mazurek kajmakowy. Teraz wykonałam na zamówienie krakowskiego Dziecka. Kajmakowy nie mógł być brany pod uwagę, bo kajmak występuje w "piszingerze", bez którego nie ma żadnych świat dla Starszego. No to była taka swobodna tfórczość artystyczna czekoladowo-pomarańczowa, z wykorzystaniem kandyzowanej pomarańczy do dekoracji. (Oj, tam znowu -kandyzowanej! Po prostu usmażonej w syropie) W sumie wyszło OK, bo bez masiastych kremów. Ogólnie fanką mazurków nie jestem, bo to "placek" żaden. No i nie wiem, skąd córusie naszło, skoro nigdy nie robiłam. Może z powodu tego trąbienia wszędy, że na Wielkanoc obowiązkowo pascha,  sernik i mazurek. Bez sensu oczywiście bo pascha to w końcu też jakby sernik...
Ogólnie wyjątkowo - dziś poniewiera się jeszcze jedna babka łaciata (bo z normalnej porcji ciasta na keksówkę babki wyszły dwie) oraz kawałek piszingera.  No i kawałek sernika na zimno, na ciasteczkowym spodzie z wierzchem z musu truskawkowego. Który to sernik będzie zalegał lodówkę dopotąd dopokąd panom moim szanownym nie pokroję i na talerzykach nie zapodam. A Starszy słodyczowo niedowartościowany, bo podczas dzisiejszej wycieczki do sklepu celem nabycia pieczywa zażądał chałwy. Która opchnął natychmiast. W końcu to łatwiej, niż z nożem i talerzykiem startować do sernika w lodówce. Oczywiście chapnął jedną sztukę i mocno się dziwił, po co biorę drugą (Przez 30 lat nie zajarzył, że chałwa to jest to, co tygrysy lubią najbardziej ze wszelkich słodkości. No, cóż, spoglądanie ustawiczne na czubek własnego nosa ogranicza pole widzenia.)
Dziecko krakowskie wyczaiło pociąg powrotny jedyny jeszcze dostępny o 16.52. Zostało odwiezione na dworzec do mieściny przez Dziecko domowe. A ono, jak to ono - w ceremonie i wersale się nie wdaje, siostrę z auta wygruziło, dało po garach i było zaraz z powrotem. I w momencie wnijścia do domu otrzymało telefon, że pociąg jest godzinę opóźniony. Zaproponowało  z powrotem, ale Kasia stwierdziła, że posiedzi. Fajna sprawa z tym pociągiem. Zważywszy, że rozpoczyna bieg w Przemyślu, skąd jedzie pewnie krócej niż godzinę, istnieje domniemanie, że o godzinie odjazdu z Przeworska nie wyjechał jeszcze z Przemyśla. Czyżby tam, bliżej Syberii, pociągi do szyn poprzymarzały?  Wiadomo, że jak pociąg raz opóźnienie złapie, większe takie, to potem się już żółwi, bo w pierwszej kolejności puszczają te, które jadą planowo. Tak, że o 20.42 stała jeszcze w Płaszowie. Pociąg uzyskał rekordowy czas przejazdu jak na IC i na obecne czasy!  Nic, tylko podróżować koleją w świąteczny czas w III (IV ??) Rz-plitej.

Właśnie przed chwilą DHL przywiózł zakupione internetem butki. I znów mi się udało (Ogólnie mam szczęście do internetowych zakupów. Często kupuję różne rzeczy w ten sposób, który uważam za bardzo-super OK w sytuacji mieszkania na wsi w sąsiedztwie małego miasteczka i ograniczonych możliwościach dokonywania oblotów po sklepach celem nabycia. W dodatku internetem są jakby lepsze warunki do kupowania, szersza informacja o produkcie, no i w ogóle - fizycznie mniej absorbujące. No i wyobraźcie sobie, że w zwykłym sklepie oglądacie na raz pięć - sześć par butów, przymierzacie, rozkminiacie - które, a pani sprzedawczyni robi się coraz bardziej purpurowa pod grubym makijażem. Jeżeli ostatecznie nie weźmiecie żadnych, to właściwie więcej się w tym sklepie nie macie po co pojawiać. Co w małej mieścinie jest dość trudne, bo sklepów niewiele. W dodatku takie sobie po prostu zwrócenie, bośmy się rozmyślili, albo się okazało, że do wystroju pasować nie będą należy sobie wybić z głowy.
 A jak jeszcze dostawa jest za friko, to już przewaga absolutna. I to, że ciężkie paki znajdują się pod drzwiami same, bez mojego fizycznego udziału /np. kocia wyżerka i wyściółka na cały miesiąc a nawet dłużej/. Szkoda, że nie bardzo jest opcja dokonywania tym sposobem miesięcznych zakupów spożywczych)
Butki są bardzo akurat i nie będzie zawracania głowy z odsyłaniem.

sobota, 24 marca 2018

rehabilitacja (o leczeniu owszem, tez)

Spróbuję się trochę zrehabilitować. Bo, mimo wszelkich utrudnień, wszystko toczy się normalnie(?!), chociaż jakby na nieco zwolnionych obrotach. Odpuszczam co mogę. Czasem nawet - co nie mogę. Do niektórych tematów zabieram się jak pies do jeża, ale czasami udaje się jeża pokonać. Często - wygrywa jeż. Choć praktycznie - kolce miał nie tak znów wielkie.
(No, enpe, nie posiałam pomidorów. Perspektywa chronienia sadzonek przed kotowatymi przerosła mnie trochę. Zatem będę zdana na to, co mi zaoferują na zieleniaku. Mam nadzieje, że coś sensownego wybiorę. Tym samym ilość ograniczy się sama przez się, tym samym mus przerobienia wszystkiego, co urosło będzie jakby mniejszy.)
Niektórych tematów nie mogę pominąć, ze względu na domowników. Zarówno tych dwu- jak i czworo-nożnych. Przy czym wydaje się, że dwunożni, choć w mniejszości w stosunku do ilości czworonogów, są bardziej absorbujący.
Dziecko się pochorowało. W zasadzie choruje już od trzech miesięcy, pilnie biorąc co miesiąc antybiotyki oraz inne specyfiki, które żadnej poprawy nie przynoszą. Pilnie przy tym pracuje, czyli lata od klienta do klienta od rana do nocy. W końcu wlazło mu w zatoki. Rozsadzanie makówy musiało się już dobrze dać we znaki, skoro dało się w końcu upchnąć do laryngologa. A tu znów nienormalka. Pan doktór ma napisane na drzwiach "prywatny gabinet" Dzwonię, żeby zarejestrować na następny dzień. Pani proponuje godzinę 9.30, co akurat by było najbardziej OK, ale pyta
"- Skierowanie jest?"
 "- Ale ja chcę prywatnie. Czy pan doktor nie przyjmuje prywatnie?"
 "- Prywatnie można, ale po dwunastej".
Ostatecznie zarejestrowała go i na tę 9.30 i na 12.00. Potem miała jakieś ale, choć wyjaśniłyśmy sobie (podobno), że ma z 9.30 przepisać na 12.00. Pomijam, że ta 12ta okazała się czysto hipotetyczna. Dziecko dostało skierowanie do rentgena oraz info, że tego dnia nie zostanie już ponownie przyjęte. A ponieważ pan doktór następnego dnia odpoczywa, zatem temat zostanie przeciągnięty. Dodam, że na wstępie pan doktór zadał błyskotliwe pytanie "Dlaczego ma pan tak powiększone migdały". Jakby pacjent wiedział, dlaczego, to by nie musiał utrzymywać doktora. Wobec czego usłyszał "Bo mi takie urosły". Dziecko wyszło zdegustowane, a doktor otrzymał epitet "chamski", oczywiście w relacji z przebiegu wizyty. No i teraz mam dylemat, czy nie należało poszukać innego doktora.
Przy okazji nasunęło mi się na myśl, jak wygląda leczenie w Chinach. Tam zadaniem lekarza jest doglądać pacjentów i działać a priori, tak, by nie dopuścić do choroby. Lekarz, który ma więcej chorych pod opieką jest złym lekarzem i pacjenci omijają go szerokim łukiem. W dodatku za opiekę nad chorymi mu nie płacą, czyli idzie z torbami.
W naszym przepięknym kraiku uświadamia się wiernych, że stosowanie homeopatii jest grzechem. (Prawie parsknęłam w głos, jak usłyszałam to na kazaniu. Ciekawe przeciwko któremu przykazaniu. I dlaczego tylko homeopatia, a bioenergoterapia czy akupunktura już nie? Albo np stosowanie antybiotyków, które jedno lecza, ale inne psują?)
 W nawiązaniu do leczenia wyszła mi sprawa z dowodem osobistym. Otóż w styczniu usiłowałam zarejestrować Starszego do lekarza internetem. W tym celu należało założyć konto, z podaniem numeru PESEL i dowodu osobistego. Następnie dane te uwiarygodnić, np. w rejestracji szpitala rejonowego. Pomyślałam, że jak zakładam Starszemu, to od razu założę sobie. No i okazało się, że mój dowód stracił ważność w lipcu. Ciekawe, jak często posługujecie się swoimi dowodami? Bo mi ostatnio zdarzyło się to w 2015 roku, gdy byłam przesłuchiwana w sądzie. A tak poza tym, bez przyczyny, tego dowodu nie oglądałam. Myślę, że większość tak ma. Jak nie wchodzi w grę jakiś nowy lekarz, pogotowie czy bank, to dowód sobie leży szczęśliwie w portfelu. Tymczasem dowód nieważny to gorzej jakby go wcale nie było. To tak, jakby nas wcale nie było. I jakby co, może być ciężki problem. Na wszelki wypadek poleciałam natychmiast "wyrobić" nowy, bo wiadomo -licho nie śpi - przez 2 lata leżał odłogiem w czeluściach portfela, a teraz nagle może okazać się potrzebny, kiedy go jakby nie ma. Oczywiście fotkę musiałam szczelić aktualną. Wyszła jak do listu gończego, mimo, że miszcz fotografii cudnie mnie sfotoszopał, usuwając wszystkie zmarszczki. Ale niech tam, w końcu ja wiem jak wyglądam, a własnych fotek nie oglądam - lustro mam od czasu do czasu. "Wyrobienie" nowego trwa standardowo jakieś 2 tygodnie, co zależy najpewniej od PWPW. W nowym dowodzie nie ma miejsca zameldowania. A potwierdzenie meldunku czasem bywa potrzebne, więc sobie należy od razu w gminie takie wybrać, za opłatą 17 zeteł.  No i ten stary dowód należy też przy sobie nosić: Pojechałam do banku wyjąć Najstarszej-ale nie-najważniejszej resztki jej kapitału z konta. Pani zażądała dowodu. Podałam aktualny. Po czym pani zażądała starego. No i masz. Gdyby nie lenistwo, to ten stary leżałby gdzieś w jakiś zakamarkach. I nic bym nie załatwiła.

Jeszcze o leczeniu i anomaliach z tym związanych:
Najważniejsza-choć -nie-najstarsza leczy się onkologicznie. Po drugiej serii cudownych kolorowych specyfików zabijających wszystko, miała mieć za parę miesięcy zrobione badania TK. Ale tych badań jej nie zrobili, bo badania krwi wykazały problem z tarczycą. Ciotka została odesłana do rodzinnego po skierowanie do endokrynologa. Znając życie, przy dobrych wiatrach, dostanie termin wizyty na styczeń przyszłego roku. Zatem ciąg dalszy leczenia onko zostanie zawieszony do momentu uzyskania diagnozy od endokrynologa. I to jest totalna parodia! Na podobnej zasadzie druga ciotka leżąc na kardiologii poskarżywszy się doktorowi, że ma spuchnięte nogi usłyszała "My się tu nogami nie zajmujemy". Ja sama, co pół roku, odwiedzam doktora w przychodni chirurgii naczyniowej. Pan doktór ogląda mój odbezpieczony granacik, mierzy ile urósł. Wszystko to odbywa się w milczeniu, a co robi - widzę kątem oka na monitorze (Kątem - bo monitor jest ustawiony za głową delikwenta, żeby ten musiał łeb wykręcać chcąc coś zobaczyć. No, bo po co ma zobaczać? Przecież się nie zna! W innej przychodni, gdzie robiłam prywatnie USG, był drugi, wielki monitor ustawiony dla pacjenta. Oraz doktór komentował, co tam widać.) Pan doktor żadnych recept nie wydaje, żadnych zaleceń oprócz "zero stresu, zero fajek". Ostatnio zapytałam, czy jakiś cholesterol kontrolować np. "A, to to tak, ale to proszę iść do rodzinnego. I proszę się zgłosić za pół roku." BUA-HA-HA! Cholernie śmieszne by to było, gdyby to jednak nie był granacik....

No i ogólnie to tak: żeby się leczyć trzeba mieć siły i zdrowie....
Czego i Wam życzę. Siły i zdrowia dokładnie. Generalnie, raczej nie po to, żeby się móc leczyć...

czwartek, 22 marca 2018

wiosna , wiosna i nagle zima

i znów się bieli śnieg. A tak już fajnie było: stajało co leżało i nawet gumno zdążyło obeschnąć na tyle, żeby zacząć porządki. Skowrończęta przylecieli i dzwonienie nad polami słyszeć się dało. Nawet szpaczęta pieszkom na trawniku sie pojawiły.

Nawet szpaczęta pieszkom na trawniku sie pojawiły. A niebawem znalazłam jednego zamarzniętego pod ścianą budynku gospodarczego. Oj, niedobrze... 
Ogólnie wszystko pierzaste tę wiosnę poczuło i przekrzykiwało się pełnymi gardziołkami. Tudzież wrzaski kocie na różne nuty się rozlegały, czasem zwodząc złudnie i zmuszając do zastanowienia się, co to za odgłosy.

Na gumnie krajobraz księżycowy się pojawił.  I się niechcący rozszerzył na trawnik przed domem. Bo pan szofer był inteligentny inaczej: opał się skończył i nie chciało mi się już bawić w wydzwanianie torfu, zwłaszcza, że ten torf jakimiś dziwnymi złomami poniemieckimi przywożą, bez HDSu, więc te tonowe, lub półtonowe bagi "kiprują" po prostu z wywrotki. I jak poleci, tak poleci, a co sie wytłucze - to wytłucze. Nabyliśmy tonę węgla w gieesie. Pan dojeżdżając do domu już sobie nawet przypomniał, gdzie się to zrzucało, ale ze względu na stan podłoża postanowiliśmy tam nie zajeżdżać. Kazałam cofnąć pod drzwi do garażu i zrzucić pod nimi. Ale pan sztukę cofania opanował chyba jakoś inaczej. W każdym razie wjechał na trawnik, zobaczył, że tonie, więc zjechał na drogę, zawinął na gumnie i ponownie przejechał przez trawnik, pozostawiając cudne koleiny. Na szczęście gleba była jak ciasto i dało się to butem udeptać.

A od piątku zaczęło sypać cudnie i nie przerywało aż do wtorku. Akurat, gdy Dziecko piątkowym bladym świtem musiało jechać na targi do Kielc. Na szczęście targi nie odbywały się pod chmurką, ale co użyli po drodze to ich. Bo drogi wyglądały tak:

I to nie jest dróżka z Zadupia Górnego do Zadupia Dolnego, lecz dawna E4. W dodatku w okolicach Krasnego, czyli tuż pod metropolią. A w samej metropolii było nie lepiej - ulice -j.w., chodniki z rozbabranym śniegiem powyżej kostek, a o parkingach nawet szkoda mówić.


Wygląda na to, że skończyły się środki na "zimowe utrzymanie", choć tak po prawdzie, z wyjątkiem tego lutowego, śnieżno-mroźnego ekscesu, nie było tej zimy co utrzymywać. Gdyby tak przydarzyła się znów "zima stulecia", jak ta z 78/79 to pewnie byłby totalny paraliż wszystkiego.

Targi skończyły się w niedzielę, ale Dziecko musiało zostać do poniedziałku, by pomóc załadować kombajn na lawetę. Laweta przybyła w poniedziałek przed południem i kierowcy wyszedł tachograf. Zatem musiał 9 godzin odkibicować na parkingu i Dziecko dotarło do domu o 3 w nocy, już we wtorek. W dodatku TIR z lawetą nie miał możliwości zajechania na teren targów i kombajn trzeba było z nich wyprowadzić.


 Dobrze, że projektant tej bramy miał więcej wyobraźni, niż współcześni projektanci wiaduktów nad lokalnymi drogami i kombajn przeszedł. Na styk, bo na styk, ale bez uszczerbku tak dla maszyny, jak i dla bramy.

Wczoraj przyszła wiosna. W zasadzie - miała przyjść, ale zapewne miała nieodpowiednie obuwie, więc sobie odpuściła.

Tak Księżniczka poszukiwała wiosny. Albo może żegnała zimę -  największymi śniegowymi kulami na łapkach.

A poza tym idom-idom święta, wypadałoby ogarnąć pozimowo to i owo. Co czynię mimochodem, bo na ekstra akcje wywracania chałupy do góry nogami nie mam siły. Ochoty tudzież, co jakoś zapewne idzie w parze. Więc tak z doskoku - to lampę, to drzwi, to półeczki. Raczej chaotycznie niż systematycznie, ale pomału i do przodu. Odkryłam chwile temu, że bąblasty mop płaski świetnie się nadaje do czyszczenia drzwi szaf i nadstawek. Odpada zatem skakanie po stołach i stołkach. Nie całkiem zupełnie, bo do lamp trzeba się jakoś dostać. Niestety, przy tej ilości czterołapych kłaki są wszędzie, mimo codziennego oblotu powierzchni płaskich na odkurzaczu. Śmiech mnie ogarnia, jak sobie przypomnę, że wybierając 13 lat temu psa do domu szukałam rasy, która nie gubi kłaków. I jak to życie koryguje wybory i decyzje!
Kolejny raz miałabym ochotę wypiąć się na święta, ale się niestety nie da. W dodatku moi panowie zgodnie zagłosowali, że mięsiwo ma być domowo przygotowane. Czyli zamarynowałam. Potem jeszcze będę musiała powiązać do wędzenia ( mokry, słony szpagat pięknie tnie paluchy).  Ale robienie kiełbasy wybijam Starszemu ciężkim młotem z głowy. Bo ponieważ, iż , azaliż, on zagłosuje za, a cały ten nabój, począwszy od zaopatrzenia, poprzez mielenie, masowanie, napychanie, użeranie się o ilość czosnku - spadnie na mnie. Biorąc pod uwagę popyt na kiełbasę w mojej rodzinie, gra na prawdę nie warta świeczki. Ani nawet ogarka.

Tak mi ostatnio kiepsko idą rozmowy z Wami.  Ale ogólnie jestem jakaś ąkła, a momentami, szczególnie, niektóre moje organy mnie atakują. (Pewnego dnia Dziecko nawet zostało zawezwane z drogi i zmuszone do spakowania torby, jakby-gdyby-coby-aby. Na szczęście przeczekanie się udało, ale torba spakowana stoi.)

W zasadzie wszelkie rozmowy idą mi kiepsko. Najchętniej bym dzioba w ogóle nie otwierała. I miałabym ochotę się zakopać w zeschłe liście i przeczekać. Tylko co?

W dodatku wieści wokół jakieś mało pozytywne. A już całkowicie rozwaliła mnie wieść o tym, że B@yer przejął Mons@nto. Które i tak nas osaczało na wszelkie możliwe sposoby. Ale teraz już mamy jakby ante portas. W dodatku zapowiadają np. sprzedaż nasion w powiązaniu ze środkami ochrony roślin potrzebnymi do ich uprawy. Czyli amerykańskie praktyki pt. "kupujesz u nas nasiona kukurydzy, musisz też kupić do niej herbicydy naszej produkcji itd" zawitają do polskich rolników. Mam tylko nadzieję, że nasz narodowych charakter, który każe buntować się przed wszelkim przymusem, nie pozwoli na takie opanowanie rolnictwa przez ten koncern, jak w jueseju.
Mój osobisty bojkot (obejmujący m.in wszystko co zawiera syrop monsanto, winiary, nestle i parę innych, w tym karmy zwierzęce koncernowe, junilewery, pe-end-gie, ittepe) rozciągnie się teraz także na aspirynę (zwłaszcza, że to ona chciała mnie ostatnio zabić).
Przy okazji przedświątecznych porządków już macie możliwość ten bojkot zastosować zwracając uwagę na  nasze rodzime sidoluksy, ludwiki, cloviny, gold dropy, które są świetne i dużo tańsze od tych wszelkich cifo-syfów. (Ostatnio kupiłam np. płyn do szyb sidolux crystal z nanoczasteczkami, który okazał się najlepszym z dotąd używanych płynów do szyb!) Oczywiście kwasek cytrynowy rozpuszczony w  wodzie z dodatkiem odrobiny płynu do garów i paru kropel olejku pomarańczowego oraz sodę do innych zastosowań (kupowana na kilogramy w agneksie), mam zawsze pod ręką, ale niekiedy trzeba sięgnąć do środków profesjonalnych, mając na uwadze własne siły i zdrowie. Także to przyszłe, nadwerężane np. oparami chloru unoszącymi się w całym mieszkaniu po zastosowaniu znanych środków do klopa.

Pozdrawiam. Jednak wiosennie (bo dziś słonko od rana, mimo mroźnego poranka, więc trawa na pewno zostanie odkryta - błoto powstałe mimochodem pomińmy jakby)




piątek, 23 lutego 2018

ani widu

ani słychu. Wiosny oczywiście. Wbrew moim kozom, które kupę kłaka z siebie zrzucają, momentami w strąkach stojąc. Ale wierzę, że moim kozom się w móżdżkach nie popierniczyło i nadejdzie niebawem.
Tymczasem zima się trzyma w zasadzie ręcami i nogima - góra dba o uzupełnianie ubytków w okrywie, które powstają , gdy słonku uda się wyglądnąć. Wobec czego Księżniczka podwójnie nieszczęśliwa, bo nie dość, że to świeżo spadłe lepi się do łapek, to w dodatku pokrywa lodowe wertepy, z którymi biedne stare łapki sobie kiepsko radzą.

 Na razie jeszcze psie spacery odbywają się w takiej scenerii. No, prawie takiej, bo takie piękne słoneczko raduje nas tylko sporadycznie. Czasem widujemy sarny, gdzieś tam bliżej horyzontu, raczące się Waldkową oziminą. A czasem, nie wiadomo skąd pojawia się zając w locie. 

Przez większość tego tygodnia miałam bardzo wczesne pobudki. Na ogół budzi mnie tuptanie Księżniczki na wycieraczce u drzwi (u mnie wchodzi się do kuchni wprost z klatki schodowej, zatem oprócz trzech wycieraczek po drodze jest jeszcze czwarta w kuchni.)  Od szczenięctwa tak ma, że gdy potrzebuje wyjść - zajmuje pozycję pod drzwiami. I wszystko ok, gdy ktoś jest w kuchni, gorzej - gdy nie ma nikogo.
Jak pies tupta na wycieraczce to nie ma innej opcji, jak wstać, ubrać się błyskawicznie, potem kurtka, czapka i na końcu wskoczyć w wysokognojne, które czekają po drodze (takie wyskakiwanie na mrozik prosto z łóżka dość niebezpieczne jest, ale, jak dotąd, nie smarknęłam ani nie kichnęłam tej zimy. Co zawdzięczam wyłącznie psom, bo spacery z nimi bez względu na pogodę swoje robią. Oczywiście bywa tak, "że nawet psa by nie wygonił". I moje się wtedy wygonić nie dają: zrzucam je ze schodków, czasami dosłownie, załatwiają szybko co mają do załatwienia i natychmiast, bez proszenia, pomykają z powrotem.)
Jeżeli w pokoju panują jeszcze ciemności, to zerkam w międzyczasie za okno, żeby stwierdzić, czy palą się latarnie. Jeżeli tak, to spokojnie, jest na pewno po piątej i nie trzeba się będzie zastanawiać nad tym czy wracać "w pióra", czy nie. (Piór oczywiście żadnych nie mam w łóżku od dziecięcia, bom na pierze uczulona strasznie. Być może dlatego taką awersję czuję do drobiu)
Dziś pobudkę zarządziła Klementyna, która zgłodniała strasznie i próbowała dostać się do pudełka z chrupkami dla Areczka. Oczywiście pudełko z łoskotem wylądowało na podłodze i tym razem, o dziwo, otworzyło się. No to się biedactwo zaczęło napychać. Długo nie trwało to napychanie się zdobycznym, bo wredna baba wstała, chrupki z podłogi pozbierała i pudełko zamknęła.

 A Klemusia skorzystała z tego, że pańcię wysiudała z łóżka i sama się wtranżoliła na ciepłe jeszcze miejsce.
Psy, ujrzawszy pańcię w pionie, natychmiast zajęły pozycję wyjściową, znaczy -wycieraczka. I nie było wyjścia innego, jak wyjść.
I tym sposobem znów się dzionek rannym rankiem zaczął. Ale przyjemnie ostatecznie, bo na zewnątrz masakry nie było i w dodatku ptaszyny koncerty poranne odwalały, co zawsze napawa optymizmem.

Poza tym  nieróbstwo się uprawia ogólnie. Z tym, że oczywiście nieróbstwo nie jest rozłożone równomiernie.
Pan Starszy wypełnia patriotyczne obowiązki, tj śledzi pilnie tvp.info a w przerwach ogląda "naszych" na olimpiadzie. Oczywiście wypełnianie patriotycznych obowiązków stoi wyżej w hierarchii niż wykonywanie czynności zanikających. Zatem owe spadają automatycznie na mnie. Dziecko pracuje zawzięcie, wyjeżdża rankiem (chyba, że ma pracę biurową, to siedzi plackiem przy kompie i drukarce ), wraca nocką, późną nawet całkiem, więc brać go pod uwagę do zadań bieżących nie należy.  No to robię za tę Rózię (Rózia, wytrzyj kurze! - A gdzie ta kura proszę pani?), kurze  wycieram rzadko, za to codziennie oblatuję powierzchnie płaskie na odkurzaczu. Oprócz tego wrzucam i wynoszę. Zmywam, pomywam, ścieram, karmię, czyszczę itd, etc...
A jak mi z nudów zaczyna się coś robić z głową nie tak, to sobie zajęcie wynajduję. Zajęcia twórcze jakoś mi nie wychodzą, czynię przedbieg, plan i na tym koniec. Wygląda na to, że jestem mistrzynią zajęć zanikających. Do przyjemniejszych z nich należy pieczenie (gotowanie już nie bardzo, ze względu na fanaberie moich panów oraz konieczność dostosowania wytworów garnkowych do późnych powrotów Dziecka) Z tych nudów oraz grzebania w wirtualu, powstało coś, co otrzymało nazwę "wuzetki czarnoleskiej" Najpierw nazwa: wuzetka - wiadomo, jest to czarne ciasto biszkoptowe z bitą śmietaną. Jak się to zrobi w formie bezkantowej i dołoży wiśnie, to powstaje torcik szwarcwaldzki. Ale "szwarc" kojarzy mi się raczej negatywnie, z tym , no, obwiesiem takim , mordą wredną, co to jej lepiej w ciemnym zaułku nie spotkać. Natomiast Czarnolas już korzystniej, bo z tym starym świntuchem Janem, co mu się oprócz fraszek treny zdarzyło popełnić oraz pieśni kościelnych parę. Jednym słowem - poezja. Tam była dla ducha, tu jest dla podniebienia. W wirtualu wystąpiło coś co nazywało się "zemsta teściowej" - brzmi zniechęcająco. A ta zemsta pewnie stąd, że tam wnętrze zostało zawarte w dwóch warstwach kruchego ciasta, w dodatku jedna musiała być upieczona z pianką. Co wymaga trochę więcej ruchów podczas wykonania. No to poszłam nieco na skróty, przynajmniej w kwestii ciasta i upiekłam mój zawsze-wychodzący czarny biszkopt, który jest ciastem wielozadaniowym, bo to i tort nim można obskoczyć i wuzetkę oczywiście.

Wyszło tak. Co prawda nie do końca zgodnie z planem, bo w chwili, gdy galaretka zaczęła zbliżać się do stanu, w którym można ją wylewać - psy zajęły pozycję wyjściową. Z galaretką jak z mlekiem - wystarczy ją w pewnym momencie z oka spuścić i już problem. Więc wykończenie musiało być błyskawiczne, coby psy nie popękały: wylałam tę galaretkę na ciasto. Ale zaczęła wsiąkać, więc dałam sobie spokój doszedłszy do połowy zawartości rondelka. Następnie wyłożyłam śmietanę, a na nią resztę galaretki. Po czym przydusiłam drugą warstwą ciasta i poleciałam z psami.

Jak by ktoś odczuwał potrzebę wchłonięcia czegoś słodkiego własną ręką wykonanego to silwuple:
Wuzetka Czarnoleska
Ciasto:
4 jajka
3/4 szkl cukru
3/4 szkl mąki
kakao - dopełnić szklankę z mąką
4 łyżki wody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Do przełożenia:
1/2 litra śmietanki kremówki
2 łyżki żelatyny*
cukier w/g uznania
wiśnie (z mrożonki, kompotu, odcedzonej konfitury)
2 galaretki wiśniowe
Wykonanie:
1.Zacząć od wiśni. Rozmrozić na szybko, odsączyć , albo jedno i drugie. Zmierzyć wycieknięty płyn (syrop z konfitury nie -zostawić do herbaty) i uzupełnić wodą, tak żeby było łącznie 2,5 szklanki ( w wiśniach zawsze trochę płynu zostanie, więc nie przesadzać). W tym rozpuścić galaretki. Wrzucić  wiśnie i dostawić do wystygnięcia i częściowego stężenia
2.Blaszkę o wymiarach nie większych niż 20X30 wyłożyć papierem do pieczenia.
3.Białka ubić na sztywno, wsypać cukier, dolać wodę (można 2 łyżki wody zastąpić taką sama ilością soku cytrynowego), ubić, dodać żółtka -ubić. Na koniec wsypać przez sitko mąkę, kakao i proszek. Wymieszać ( ja mieszam mikserem na wolnych obrotach) Wylać na blachę. Wstawić do zimnego piekarnika, nastawić 150 z termoobiegiem, lub 170 góra-dół i niech się piecze. Tu nic nie trzeba patykiem dziobać. Ciasto gdy jest upieczone odstaje od brzegów blaszki, jak jest w niej papier -to z papierem. Trwa to ok 35 min. Wyjąć z blaszki z papierem, papier odkleić i zostawić do wystygnięcia.
Po czym : przekroić ciasto na dwie warstwy, wyłożyć blaszkę nowym papierem, folią spożywczą, aluminiową czy tp i włożyć jedną warstwę ciasta.
4.  Gdy galaretka zaczyna już tężeć - rozpuścić żelatynę w minimalnej ilości wody (*zawsze część tej rozpuszczonej żelatyny zostaje na garnku, więc biorę 2 łyżki, choć na tę ilość śmietany 3 łyżeczki wystarczy), lekko przestudzić, ale nie całkiem, bo stanie.**
Ubić śmietanę, posłodzić cukrem pudrem w/g uznania, na koniec wlać żelatynę, lejąc pod mieszaki. chwilę jeszcze pomiksować i dać sobie spokój.
5. Na ciasto w blaszce wyłożyć tężejącą galaretkę, na to  śmietanę i przykryć drugim plackiem, lekko docisnąć. Albo zrobić tak jak ja -połowa galaretki na spód, reszta na śmietanę.
5. Wypada coś zrobić z wierzchem. Ponieważ z tym ciastem było dość zachodu - nie chciało mi się już bawić w robienie polewy, więc posypałam cukrem pudrem wymieszanym pół na pół z kakao. Było dobrze.
** do śmietany można ostatecznie, zamiast żelatyny dać zagęstnik. Ale. Te zagęstniki to w zasadzie czysta chemia. W dodatku powodują, że ubita kremówka ma mydlany smak (sama kremówka już ma smak dziwny, więc ja często mieszam ją  ze zwykłą śmietaną, taką bez "wsadu", albo dodaję trochę soku z cytryny). Jedyny zagęstnik, który nie robi z bitej śmietany piany mydlanej to "Mix do śmietany klasyczny" z Delecty, który w dodatku zawiera tylko glukozę i skrobię ziemniaczaną.

I placuszek poszedł sobie do lodówki. I sobie w niej stał! Problem był wziąć i ukroić. To się wściekłam i kawał zaniosłam sąsiadce.
Po czym Starszy stwierdził, że nie ma jak to ciasto drożdżowe. No to zrobiłam ciasto drożdżowe." -A co z tego ciasta będzie?" - zapytał Starszy. "- Sie okaże "- odrzekłam, zgodnie z prawdą, bo planu nie miałam na razie . "- A bo wiesz, ty takie dobre rogaliki robiłaś."

Rogaliki, psiakrew, a bułę to nie łaska?! Ale zrobiłam mu te rogaliki. Bułę takoż, bo z tej ilości ciasta rogalików wykręcić bym nie zdołała. Buła była w charakterze sztrucli z orzechami we środku, a rogaliki dostały do tych orzechów jeszcze czekoladę.

Ale co mnie po tych cholernych rogalikach plecy rozbolały - to, gdybym przewidziała, ani bym się nie zabierała. Buła i już.

O właśnie - kaloryfery osiągnęły już odpowiednią temperaturę. Czujnik we właściwej pozycji.

A teraz na poważnie -  o zdrowotności będzie: Starszy, nie dość, że wymaga obsługi ogólnej, to jeszcze od czasu do czasu coś namodzi. Z powodu albowiem takiego, że jak go niemiec nie dogonił, to on może być trzyES. Wobec czego ostrzeżenie: jeżeli macie w domu starszych ludzi, którzy koniecznie muszą być trzyES, to przynajmniej wywalcie te cudowne patyki do uszu. Już nie jeden "czyścioch" nadmierny dzięki pomocy tych patyków sobie krzywdy narobił i ostatecznie u laryngologa wylądował. A z laryngologiem - jak z każdym specjalistą - kupa zachodu. Bo albo skierowanie od rodzinnego i wizyta za pół roku przy dobrych wiatrach. Albo prywatnie. I okazuje się, że  najlepiej nam te patyki wyczyściły kieszenie.
W prehistorycznych czasach, które jeszcze pamiętam, żadnych patyków do dłubania w mózgu przez ucho nie było i jakoś nikomu mech nie wyrastał. Na razie ćwiczymy kropelki rozpuszczające , przez trzy dni, dwa razy dziennie. Po tych trzech dniach zobaczymy....A patyki schowam głęboko. Znając lenistwo -szukał nie będzie.


sobota, 10 lutego 2018

zima w natarciu

Ubiegły tydzień stał pod znakiem białego. W piątek, późnym popołudniem, znienacka, siąpiący deszczyk zamienił się w toto białe. Niby zapowiadali magicy od satelitów, ale miałam nadzieję, że jednak im się nie sprawdzi, bo cały czas na plusie było. Niestety, toto białe nic z tego sobie nie robiło z plusowych temperatur i uparcie sypało. Aż nasypało.

Właśnie mi zasypuje ogródek. Te białe smugi, to nie roje meteorytów tylko tzw. śnieżynki w locie

No zasypało. Mokrym, ciężkim śniegiem. Nawet bezlistne gałęzie bzu gną się pod ciężarem, nie mówiąc już o krzakach iglastych, na których się więcej zatrzymuje. Moja śliczna "kulka" została mocno rozczochrana. Po pierwszym ataku śniegu, strząsnęłam z niej. Potem już nie miałam rozpędu. Ale muszę, bo ona się potem nie będzie chciała z powrotem "skulkać"


A niedzielny poranek rozbrzmiewał dźwiękami szur-szuru, szuru-szuru. To taki typowy dźwięk zimowy - gdy tylko odrobinę sypnie, kto żyw łapie za łopatę i odśnieża. Wszystko jedno, czy zmotoryzowany, czy nie - gumno musi być odśnieżone i już. Nawet, jak widać, słychać i czuć, że ten śnieg dłużej niż trzy dni nie poleży - łopaty w ruch i jazda! Sąsiadka Danusia skrzywiona już wypchnęła z obejścia tę przeistoczoną wodę i usypała górę na poboczu drogi. (Sąsiadka Danusia ma akwafobię, mieszka odrobinkę niżej, cały czas w strachu, że ją podtopi i zaleje, wszelkie z góry płynące wody skierowuje gdzie indziej - np. na środek drogi, zasypując spływ do przydrożnego rowu. Dzięki czemu rów się robi środkiem drogi, ale to akurat Danusi lotto, bo ona nie jeździ i wrogiem jej każdy, komu te luksusy w głowie i na gumnie). A ja leniem jezdem, zaczem odmiotłam tylko schody. Ścieżka do kóz wydeptała się sama, a psy i tak dowolnie po gumnie latają, więc im odśnieżać nie będę.
Latają, jak latają. A może kto lata -to lata . Czarna śniegiem się cieszy jak prehistoryczne dziecko (bo współczesnym dzieciom śnieg ogólnie lotto -do szkoły je zawożą, a do siedzenia przy komputerze -żadna różnica, co za oknem). Czarna w każdym razie cieszy się jak dzik -szaleje, tarza się w śniegu, ryje pycholem, naskakuje przednimi łapami i kopie. Natomiast Księżniczka jest cierpiąca - śnieg ją natychmiast atakuje i z każdej łapki robi osobnego bałwana wielokulistego, utrudniającego włóczenie, i tak słabiutkich już, łapecek. W dodatku ta wredna baba ma na klatce schodowej ukrytą szczotkę, nie wpuszcza biednego psa do domu, tylko torturuje go wyskrobując szczotką śnieg z łapek, a co gorsza -także z brody. No i w dodatku zero trawek, nawet jednej pojedynczej, wobec czego poszukiwania odpowiedniego miejsca na uskutecznienie większej potrzeby przedłużają się. Księżniczka lata jak przestawiona na umyśle, wącha, sznupie, kręci się w kółko a pani, zamiast czerpać przyjemność z wychodzenia z psami stara się usilnie, żeby jej nagły szlag nie trafił. No, bo czyż nie jest  różnica w spacerowaniu z psami, które tu podbiegną, tam podskoczą, tu posznupią a drepataniu w miejscu w oczekiwaniu aż pies natrafi na ten odpowiedni cm kwadratowy na który wreszcie będzie mógł strzelić klocka? W dodatku zaraz potem głuchnie absolutnie, obiera własny azymut, albo co gorsza, nie obiera żadnego azymutu, tylko staje i zaczyna przymarzać. Ubranie jej w kombinezon jest jeszcze bardziej traumatyczne -obustronnie - i dla psa i dla pańci. Pańcia mozoli sie, żeby ubrać w miarę sprawnie, co pies skutecznie utrudnia, a potem pies odmawia iścia.
Wobec czego został zastosowany ćwierćśrodek -mianowicie - skrócone mocno kłaki na łapach. Chwilę to trwało, bo pies stać nie chce a na siedząco nie bardzo się daje -zwłaszcza tylne.  W dodatku zachowuje się tak, jakby to łapy były obcinane, a nie kłaki na łapach. Ostrzyżona została też broda, bo rycie w śniegu skutkuje kołtunami w brodzie, a ich rozczesywanie grozi odgryzieniem ręki (właśnie mnie któregoś razu użarła, bez ostrzeżenia żadnego, co piszę na karb zniemczenia, bo przyzwoity pies ostrzega najpierw, a dopiero potem żre)
Czarna z zainteresowaniem obserwuje okolicę. Ona dostrzega każdy ruch, każda drobną zmianę, nawet dość daleko. Najbardziej mnie bawi jej zaskoczenie, gdy wychodzimy w pola tuz po kornflejksowych żniwach i nagle się robi tak dalekowidocznie.

I nieszczęśliwa Księżniczka w kombinezonie. Właśnie stoi i przymarza, uprzednio przyjąwszy azymut całkowicie przeciwny do ustalonego przez pańcię. Co oznacza, że reszta będzie musiała się dostosować do Księżniczki, o ile ta zdecyduje się nie przymarznąć i wreszcie ruszy w wybranym kierunku.

Zima niby trzyma, ale mówię Wam, że to są ostatnie podrygi. Co prawda Jasnowidz przepowiedział, że wiosna nadejdzie końcem marca (i mieliśmy być tym terminem zaskoczeni, jak sugerował pewien portal internetowy), ale ja wiem i bez Jasnowidza, że  idzie idzie. Bo moje kozy zaczynają wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy. Zwłaszcza Wanda. Co zresztą ma też jakiś plus: pokazuje bowiem, że nie do końca jest czarcim pomiotem. Co prawda z wierzchu czarna, ale podszerstek ma jasny, prawie biały. I, no właśnie...
Nie wierzycie, to popatrzcie:

Oto Wanda. Jest już "tej wiosny" szczotkowana po raz drug. To co widać na zdjęciu to urobek po trzech pociągnięciach szczotki od obroży do tego miejsca. I jest to tak jakby "drugi pokos", tzn, że tu już było raz czesane i zebrane. 
Jak widać Wandzi nie bardzo odpowiadają te zabiegi kosmetyczne i usiłuje popełnić samobójstwo z powodu naruszenia jej nietykalności osobistej tzn. udusić się, albo urwać sobie głowę. Albowiem została upięta, co jest niemożliwe do przyjęcia dla normalnej kozy, a zwłaszcza Wandala. No bo baba zrobiła się niemrawa taka jakaś, zaniechała fitnesów i aerobików ze szczotą po boksie i upina kozę. A koza musi uzewnętrznić swoje zdanie w temacie i daje do tyłu na całą długość linki z karabinkiem.
Mać owego diablęcia jest stateczną kozą, żadnych czarcich odchyleń nie miewa, do doja staje bez sznurka -wystarczy podejść z kubełkiem, a ona się już ustawia. Nie mniej jednak na widok grzebienia też szajby dostaje i pomyka w kółko po boksie. I czeszemy co dopadniemy. Co w jej przypadku nie ma aż tak dużego znaczenia, bo Andżelina jest bezpodszerstkowa i ku wiośnie w strąkach nie chadza - jedynie na karku, gdzie ma bezowa łatkę, coś jej się skudla. No tak, ale z tego cosia wyszła po wyczesaniu zbita kula wielkości dobrej garści.

Po drodze był Tłusty Czwartek i wypadało zjeść coś niezdrowego. 

Ale, żeby to niezdrowe nie zaszkodziło na nerwy i żołądek, to wolałam sama zrobić. I odbyła się taka współpraca ponadgraniczna. Ja smażyłam tu, Puma w Ardenach. Ona była bardziej zawzięta, bo zrobiła, oprócz tych ptysiowych oponek , jeszcze cudne pączki

Pączusie kolorowe i bynajmniej nie sztucznie. Nie wiem czym ten czerwony zrobiła, ale zielony herbatą.
U mnie był tylko cukier puder bo mojemu lukrowi listonosz zaszkodził. Potem Starszy wyskrobywał z rondelka i kulki sobie robił, twierdząc, że pyszne.







niedziela, 28 stycznia 2018

wspominki takie tam i refleksje zjadacza

Pewnego razu Dziecko zadzwoniło: "Czy coś trzeba kupić do lodówki, bo w oszą jestem?" Ponieważ mnie wzięło z zaskoczenia (listy braków lodówkowych nie noszę pod berecikiem, a musiała być odpowiedź na już, bo Dziecko się spieszy ciągle), więc zapodałam, że chleb na pewno. "A coś słodkiego?" -"No to kup coś słodkiego, co uznasz za stosowne"
No i Dziecko przywiozło kilogramowa paczkę markizów potrójnych od Dr. Gerarda (które są wg mnie jednym z najgorszych wyrobów tej firmy, ale Dziecko uwielbia wszystko co chemiczne - im bardziej chemiczne tym lepiej)
Ale oprócz tego przywiozło śliwki nałęczowskie. I te śliwki właśnie mnie tak cofnęły w czasie. Bo one są od lat sześćdziesiątych ub. wieku wciąż takie same (dokładnie: prawie takie same, ale bardzo prawie). Nawet mają taki sam papierek. No, może dawniej miały pod nim jeszcze sreberko.
To teraz wspominkowo, a potem jeszcze wrócę do śliwek:
"Dawno, dawno temu, gdy obecna tu geriatria była jeszcze piękna i młoda (bo dziś już tylko piękna) w pięknym miasteczku nad Sanem (które w owym czasie było prężne, z perspektywami i dumą nas napawało) był na rogu dawnej 6 Marca i  placu Pokoju kioseczek ze słodyczami. Nie całkiem typowy kioseczek, bo nie była to lużno stojąca budka, jak ówczesne "Ruchy" albo aktualne hotdogownie np. Kioseczkiem był z tego powodu, iż się do niego nie wchodziło, a zakupów dokonywało przez okienko. W zasadzie -  okno dość duże.


Kioseczek zaznaczony strzałką. Istnieje nadal, choć już nie jest kioseczkiem, tylko regularnym sklepem, sprzedającym zdaje się buty. Zdjęcie nie moje, a pokazuje, że miasteczko zdaje się być zapomniane przez świat i ludzi, bo nawet zdjęcia ze Street View w P. sa bardziej aktualne. A to pochodzi sprzed jakiś 5 lat, gdy na placu Św. Michała odbywały się wykopki

 W oknie tym królował, w białym kitlu, jak mistrz kuchni u Wierzynka, pan Popko. Zawartość jego sklepiku zapewne tak na niego oddziaływała, że oblicze pana Popka zawsze jaśniało uśmiechem, nawet "gupie gadki" pomiędzy "starszym" panem a licealną gówniarzerią uchodziły. (Ach, dodam jeszcze, że pan Popko był szczupły, zapewne potrafił zachować właściwy dystans do otaczających go słodkości) W sklepiku pana Popka istniały wszelkie słodycze, jakie można było sobie wyobrazić (może wyobraźnia marna była?), ale począwszy od zwykłego bloku na wagę, poprzez chałwę, po rózne czekoladki i czekolady. W okresie okołoświątecznym pan Popko w prawej bocznej witrynie (sklepik miał 3 witryny, środkowa służyła za okienko sprzedażowe) ustawiał diabła. Był to diabeł, który miał wszystkie diabły pod sobą - nie jakiś straszno-śmieszny pokurcz, lecz diabeł majestatyczny, wyprostowany, dumnie dzierżący w dłoni trójzębne widły. Miał minimum pół metra wzrostu, wykonany był z czegoś czarnego (zakładam,że mogło to nawet być pomalowane drewno). Miał kozie nóżki z rapetkami, pociągłą twarz z kozią bródką i niewielkie rogi. Ubrany był w ogniście czerwoną pelerynę z materiału. I świecił czerwonymi ślepskami. Autentycznie świecił, miał tam zamontowane, za czerwoną źrenicą, jakieś żarówki.(Przekopałam zasoby sieci wszerz i wzdłuż i żadnej, podobnej choćby, figurki diabeła nie znalazłam, co dodatkowo świadczy, że był on jedyny w swoim rodzaju) Lataliśmy zaglądać (sklepik pana Popka był tylko o małą przecznicę od naszej szkoły), czy pan Popko już diabła postawił, czy jeszcze nie. Pewnego razu, z moi m wiernym kolegą Bułą wpadliśmy na pomysł kupienia diabła na deka. Na pytanie: "Ile za 10dag diabła?", pan Popko nie wyciągnął rózgi by nas pogonić, lecz odrzekł spokojnie, że diabeł będzie w sprzedaży dopiero po świętach.
W którejś klasie liceum, (najdalej w drugiej, bo potem polonista się zmienił) nasz wspaniały dyro zarządził, że w ramach pracy domowej mamy przeprowadzić wywiad z jakąś, znaną szerzej osobą. Należało się dobrać w pary, wymyślić interlokutora, następnie  zaatakować go gradem (mądrych) pytań, a potem plon przynieść do klasy. Przypadła mi do pary Eliza (nie wiem czemu nie "Zocha," z która całe liceum siedziałam w ławce) i wymyśliłyśmy, że zaatakujemy pana Popka. Umówiłyśmy się wstępnie "od okienka", a potem zostałyśmy wprowadzane na zaplecze (aż dziw, że jakieś tam zaplecze istniało, bo drzwi do tego przybytku nigdy nie były oczywiste i niektórzy zapewne przekonani byli, że pan Popko to tym okienkiem wchodzi do środka) I nagle, ach! znalazłyśmy się prawie, że w jaskini Ali Baby, pełnej słodkich skarbów. Pamiętam, że półmrok tam panował, jak w prawdziwej jaskini, na czymś tam zostałyśmy usadzone, zadałyśmy wszystkie nasze mądre pytania. A potem! Pan Popko poczęstował nas właśnie śliwka nałęczowska!  Zostawiłyśmy te śliwki oczywiście na potem, żeby nie mamlać z ustami pełnymi słodkości. Nie pamiętam, jak ten nasz wywiad został przyjęty. Nieważne. Ważne, że byłyśmy w samym "Sezamie", gdzie chyba niewielu przed nami i niewielu po nas dostąpiło wejścia.
Pan Popko ciągle czymś zaskakiwał. Później już, w studenckich czasach, gdy to i owo nie było w oczywisty sposób dostępne, natrafiłyśmy z Gochą na chałwę "ruską", albo nawet turecką, w puszkach, u pana Popki. Pan zapytał : "Zapakować" - "Nie poturlamy sobie". I turlałyśmy tę puszkę aż do Okopiska. Później musiała zostać przejęta, bo po pochyłości mogłaby wymsknąć się spod kontroli.


W tamtych czasach nie byliśmy tak wielkimi przyjaciółmi wuja Sama, albo ewentualnie wuj Sam nie był naszym. Nie mógł więc nas uszczęśliwiać tym wszystkim, czego ma w nadmiernym nadmiarze, lub  mu się poniewiera po kątach w charakterze złomu, ( Między innymi cudownym, wspaniałym syropem m@nsanto, czy zdezelowanymi myśliwcami) a co my radośnie, z otwartymi rąsiami przyjmujemy (za ciężkie, oczywiście nasze, pieniądze). Wciąż z tym samym zachłystem "zachodem", jak byśmy wciąż byli siódmym dzieckiem stróża pijaka. I nie mieli nic własnego i fajnego, z czego moglibyśmy być dumni. A mamy. No w zasadzie mieliśmy jeszcze chwilę temu. Bo w wielu branżach, w szczególności tej słodyczowej, wszystko co było fajne, zostało "przejęte". Tylko marka pozostała podstępnie zachowana, a firma produkująca zawartość wciąż takiego samego papierka jest już nie wiadomo jaka - globalna zapewne. I zapewne powiązana z gigantem m@nsanto. Papierki zostawili, bo klient, przywiązany do marki, kupi po papierku i zapewne nawet nie będzie czytał, co na tym papierku napisane. I tak jak śliwka ma wciąż ten sam papierek, tak samo papierek został np. na czekoladce " Danusia", na czekoladzie "Jedyna", na cukierkach mieszanki wedlowskiej. Danusi i Jedynej nie testowałam od dawna, ale mieszanka wedlowska, która kiedyś była słodyczą ekskluzywną, zjadaną z zachwytem, teraz jest ohydnym świństwem, którego zjedzenie wymaga wielkiej desperacji. Ze śliwką nałęczowską stało się trochę podobnie - papierek wciąż ten sam, ale w środku obowiązkowo syrop m@nsanto i to zapewne w dwóch rolach -jako składnik nadzienia i jako środek do kandyzowania śliwki. Tak więc  mamy śliwkę kukurydzianą....


Tak dla przypomnienia...

Ja się już  nacięłam na przywiązaniu do marki i teraz czytam za każdym razem, kupując nawet ten sam, od dawna znany produkt. (Taki gupi chrzan np. Ostatecznie mogłabym ukopać i zemleć. Ale jakoś masochizm mi się aż do tego stopnia nie rozwinął, więc kupuję gotowy. Nauczyłam się, że polonez jest najbardziej OK, bo  ma największą zawartość chrzanu w chrzanie i brak wynalazków, w postaci np. gumy jakiejśtam, która ponoć szkodliwa nie jest, ale ja chcę chrzan, po co mi guma! No i się zdziwiłam, gdy przypadkiem przeczytałam etykietę kolejnego zakupionego słoika. I rozpoczęłam poszukiwania od nowa. Wszystko wskazuje na to, że jednak będę kopać. Podobno zamrożony miele się bezboleśnie)

Młódź się podśmiechuje z geriatrii, że ta jojczy, bo "dawniej to wszystko było lepsze". I  geriatrii się tak tylko wydaje: wszystko co z dzieciństwem, młodością związane, wydaje się lepsze, bo sama ta młodość była lepsza niż geriatria.A guzik prawda, moi młodzi. W tamtych czasach, czasach młodości geriatrii, kiełbasa była wyłącznie z mięsa, różnej jakości, ale wciąż z mięsa. Parówki były fuj, bo podobno wymiona do nich wkręcali, ale wymię to wciąż jeszcze krowa, a nie hydrolizat białka i kolagen (z paznokci?) Dżem miał na etykietce na pierwszym miejscu owoce, a woda w składzie nie występowała wcale, zresztą etykieta była krótka -owoce, cukier. Nawet taka marmolada buraczana ("Tylko nie kupuj mi marmolady buraczanej", mówiła Mama wysyłając mnie po zakupy, gdy już wszystkie gary domowych marmolad zostały opróżnione.) składała się jedynie z naturalnych produktów, a jej jedynym felerem było to, że oprócz owoców zawierała też buraki, które nadawały jej pięknego koloru. Teraz wszystkie słodycze, nawet już niektóre czekolady, o ciasteczkach nie mówiąc, zawierają syrop m@nsanto. Także wszystkie napoje, których etykieta nie zawiera słowa "sok"oraz większość dżemów, a także innych przetworów, po których byśmy się tego nie spodziewali. Poza tym są mało jadalne: dostałam od Córusi pudełko ciasteczek na Święta. Kupione raczej, jak sama powiedziała, dla pudełka niż dla zawartości. I ono sobie stoi to pudełko, zawartości niewiele ubyło. Któregoś wieczora napadła na mnie potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego. Ponieważ istniały tylko te Dzieckowe markizy, których nie tknęłabym nawet gdyby mi spadek poziomu cukru groził śpiączką, sięgnęłam po ciasteczko z owego pudełka. I natychmiast tego pożałowałam. Tak więc ciasteczka służą do zaspokajania psiego sępactwa, gdy jem coś, czym się podzielić z nimi nie sposób - i to jednorazowo jedno ciasteczko tylko, żeby psom nie zaszkodziło.
Wobec powyższego idę upiec jakieś ciasto, zanim zacznę przeszukiwać zakamarki za bardziej jadalną słodkością.

Na blogu pani Coca Cola ElDżej wyczytałam, że należy wystrzegać się oleju rzepakowego, bo zawiera ślady m@nsanto i w to w dwóch postaciach - jako GMO i jako glifosat. I tu byłabym skłonna się z nią częściowo zgodzić, o tyle, że rzepak pochodzący z rodzimych upraw nie może być GMO (Natomiast ten zakupiony od wuja Sama owszem i wyłącznie.), ale coraz częściej jest desykowany przed zbiorem. Nie zgodzę się natomiast, co do tego, że należy zastępować go oliwą, ponieważ handel oliwą jest ostatnimi czasy źródłem potężnych i bezpieczniejszych niż narkotyki dochodów mafii. No, chyba, że mamy dostęp do oliwy prosto z Prowansji np. Zachwalany mocno na wszystko olej kokosowy tak się ostatnimi czasy rozpanoszył na półkach sklepowych, że to się podejrzane wydaje - taki olbrzymi wzrost uprawy palmy kokosowej?
No to chyba najbezpieczniej jednak smalczyk (choć też nie do końca, ale zawsze)

wtorek, 23 stycznia 2018

jestem-jestem

Wybaczcie, ale tak jakoś się w sobie zebrać nie mogę, żeby coś tu naskrobać. Lenistwo umysłowe, niechciejstwo, syndrom "czystych okien w akademiku", albo coś tam jeszcze.
Ogólnie - czarna dziura. Która mnie wessała ostatnio jakby głębiej, gdy się okazało, że mój wewnętrzny granacik jest troszkę bardziej odbezpieczony. W związku z czym może zrobić bum w każdej chwili i będzie pozamiatane. No, nic. Na razie, dzięki temu, że ostatnią maupą nie byłam i nie za bardzo się nad dziećmi znęcałam, udało mi się zapisać do doktorów już na luty br, a nie za rok. Co jest optymistyczne. A ciąg dalszy wyjdzie w praniu. Przy czym nie bardzo liczę na jakiś sensowny bieg przy udziale nfz, więc pewnie będę musiała poszukać innej ścieżki.

A skoro nie piszę, to coś innego zapewne robię z czasem. No, robię. Ponieważ żadna twórczość mnie nie napada, więc czytam, co mogę, a czasem oglądam, co mogę. Z tego czytania różności wynikają ponieważ ludziska, nawet w wydawanych pięknie dziełach, bzdury wypisują -  czasem się robi takie super "WOW" z czegoś, co dla mnie jest zwykłe i oczywiste. Ostatnio takie "ciekawostki historyczne" poczytywałam, z czego wyszły ciekawostki praktyczne. Mianowicie przypomniał mi się "plastik", którego dawno nie robiłam, bo moje podroby jakoś się buntowały na takie jadło. Ale wczoraj zaczęłam się ślinić, na samo wspomnienie, więc kazałam Starszemu zaprzęgać i odwiedziliśmy miejscowy smarket, między innymi celem nabycia "mięsa ze słonia" (z konia jest konina, z wołu - wołowina, to znaczy, że słonina jest ze słonia). Część została przeznaczona dla sikorek, a reszta poszła w gar na smalczyk. (Topiąc słoninę na smalczyk należy koniecznie dać najpierw na spód garnka odrobinę wody. W przeciwnym wypadku cały czas się lepi do dna i trzeba uważać, żeby się nie przysmażyło za mocno. Nawet na najmniejszym ogniu niestety tak ma.) Potem do tego smalczyku wrzącego wrzucamy pokrojoną cebulkę, jak się zeszkli dorzucamy starte jabłko, a na koniec sól, pieprz i sporo majeranku, który naszym podrobom pomoże przetrwać  ekscesy kulinarne.
Następnie napadł na mnie  chleb ziemniaczany. Ponieważ prosty jakiś był bardzo, a mi się poniewierało dość dużo ziemniaków, pozostałych z obiadu, więc postanowiłam zrobić. (A co tam, ziemniaki i tak by trzeba wyrzucić, choć ostatecznie kozy by je zjadły). No to zrobiłam:

"Swojskie jadło" się zrobiło, bo i smalczyk self made i kozowy twarożek

Już nawet spróbowałam. Upiekł się dobrze, choć obawy miałam w stronę zakalca, ponieważ dałam więcej wody do ciasta, niż przewidywał przepis. I jest bardziej jadalny, niż to co w moim smarkecie oferują. Jakby ktoś chciał spróbować, to  przepis wzięłam  STĄD
Ogólnie rzecz biorąc, mimo piekarni w każdej dziurze większej i mniejszej, chleb to jest w tej chwili porażka. Nawet nie wiem, czy ludzie, którzy go pieką są faktycznie piekarzami, czy to ludzie z łapanki, którzy żadną pracą się nie hańbią, o żadnej nie maja bladego pojęcia i każdą potrafią tak samo spieprzyć. Ostatnio, po takim jednym, z piekarni dość zaufanej, rozbolał mnie żołądek.  Zatem w trosce o własne podroby muszę przestać się lenić i powrócić do pieczenia chleba. Zwłaszcza, że warunki powróciły.
Tymczasem, w trosce o te podroby zrobiłam kimczi. Zabierałam się do niego, jak pies do jeża, bo nigdy wcześniej nie próbowałam i "a nuż to będzie świństwo i szkoda roboty". Tymczasem kozy kończyły zjadać pekińską kapustę, którą Dziecko mi przywiozło kiedyś w hurtowych ilościach od kolegi i wypadało się wreszcie zdecydować. Zatem odjęłam im od pysków ostatnią główkę i zrobiłam. Dlaczego akurat kimczi, skoro kiszona narodowa kapusta jest powszechnie dostępna, a nawet w spiżarce się znajduje?
Po pierwsze ta ze sklepu nie wiadomo, czy kiszona, czy kwaszona, a to robi ogromna różnicę. A moja własna jest pyszna oczywiście, ale niestety - tylko pyszna. Albowiem jest w tych słoikach pasteryzowana, więc większość jej walorów zdrowotnych uleciała wraz z temperaturą. Natomiast kimczi robione na bieżąco zawiera witaminy i bakterie kwasu mlekowego, które nie tylko podnoszą odporność, ale bardzo służą naszym podrobom. Postawione w ciepłym miejscu kiśnie błyskawicznie i już po dwóch dniach jest jadalne. Po czym trzeba je przełożyć do zamykanego słoja i wstawić do lodówki. Dlaczego do zamykanego? Z powodu iż zapach kiszonki opanowałby całą zawartość lodówki. Osobiście mogę zjeść twaróg w towarzystwie kimczi, ale sam twaróg o zapachu kimczi chyba by mi  nie odpowiadał. Mąkę ryżową, która jest potrzebna do jego wykonania można dostać nawet w moim wiejskim smarkecie, więc ną problem. Nie gustuję w  tłuczonych żarówkach i kruszonych żyletkach, zatem z podanej w przepisie ostrej papryki rezygnuję a czili dodaję tylko odrobinę, ze względu na zdrowotne walory.
Wykonałam tak jak TU. Pierwszy raz dokładnie prawie (ograniczając ostrość). Po czym się okazało, że kapusta pekińska pokrojona w podłużne słupki robi się łykowata (na co już się raz nadziałam, robiąc z niej gołąbki), natomiast marchewka pokrojona ręcznie w julienne, po ukiszeniu jest jak bambus. Zatem drugim razem kapustę pokroiłam normalnie, jak kapustę, a marchew starłam na tarce o dużych oczkach. Było dużo lepiej.  Właśnie przed chwilą wyjadłam widelcem ze słoika resztkę, wobec czego jutro nabędę kolejną kapuchę i nastawię.
Z kulinarnych ekscesów zaistniało jeszcze ciasto drożdżowe z orzechami. Motywacja była wieloraka, zdrowotna również: a) takim ciastem można zastąpić niejadalny chleb śniadaniowy, b) geriatria powinna spożywać orzechy, które niestety w stanie naturalnym są ciężko jadalne c) można przy okazji opędzić zapotrzebowanie na odrobinę szkodliwych kalorii (bynajmniej nie pustych) Poza tym mnie to ciasto drożdżowe zaabsorbowało, bo robi się je trochę inaczej, niż zwykle. Znalazłam je na blogu niebonatalerzu i zrobiłam. Zniknęło błyskawicznie, wobec czego w poniedziałek była powtórka. Wyszło jeszcze lepsze. Tym razem podzieliłam na dwie mniejsze keksówki. No i nie robiłam kruszonki, bo ostatnio wychodziła mi jakaś pancerna.

Tym razem wygląda bardziej sztruclowato. Poprzednia była raczej jak "łaciata babka"

Jedną drożdżówkę  zjedliśmy błyskawicznie, jeszcze lekko ciepłą (niestety, tego ciasta nie wolno kroić na gorąco - pozostaje stać nad nim z wywieszonym ozorem i czekać aż trochę przestygnie). Druga, ledwie napoczęta leżała sobie w szafce obok chlebka. Nosz, żebym ją chociaż była ściereczką zawinęła! Bo z nagła Starszego naszło pilnie na wyjazd do miasteczka. No i jak to z nim zawsze bywa -  oznajmuje mi, że jedziemy, będąc już gotowym do drogi. Po czym stoi z ręką na klamce, a ja się w pośpiechu ubieram, zbieram torby zakupowe, telefony, karty, zapalniczki etc. W międzyczasie on już wychodzi i odpala, bo  się robi pośpiech jak do pożaru. Trudno w tych warunkach pamiętać o wszystkich beneluxsach, np o tym, że bułka w szafce,a sępy tylko czyhają. No i pojechaliśmy żwawo, załatwili, co było do załatwienia i dość szybko wrócili. Psy nas w drzwiach przywitały, po czym oddaliły się natychmiast, a mnie rzuciła się w oczy otwarta szafka, a w niej na półce jakoś pustawo. Czarna wyczuła temat natychmiast, zanim zdążyłam się cokolwiek odezwać i profilaktycznie wbiła się pod stół. Natomiast główna winowajczyni, Księżniczka,  spierniczyła do pokoju, na swoje posłanie i zajęła pozycję z głową wbitą w kąt "nie ma mnie, nie ma, ja nic nie zrobiłam". A na dywanie, w stałym jej punkcie obserwacyjnym, poniewierały się smętne resztki sztrucli w morzu okruchów. Krew mnie zalała nagła. Nie tyle z powodu żalu po ciasteczku, ale raczej z powodu "Oj, co teraz będzie". Księżniczka, ze swoją powiększoną wątrobą i tak chodzi, jak  jednostronnie wybrzuszona piłka. Po spożyciu tego ciasta jej się wyrównało - wyglądała jakby tę piłkę połknęła i miała zaraz pęknąć. A ja robiłam szybki przegląd: do której weterynarz i co to ja tu mam pod ręką w razie "W". Oczywiście nie miałam nic, oprócz nospy, bo suplementy wątrobowe wyszły Zadysponowałam dietę ścisłą do rana, z wyjątkiem odrobiny, o objętości łyżeczki może, dla połknięcia wieczornej tabletki. Która to tabletka została wbita w jeden kawałeczek mięsa. Po chwili mięsko znikło a tabletka leżała sobie samotnie w pustej misce. No i musiałam wepchnąć w gardziołko.
Niech nikt sobie nie myśli, że pies przejedzony do wypęku miał jadłowstręt! Może jakiś inny pies by miał, ale nie Księżniczka. Najpierw stała nad tą pustą miską z wielkim poczuciem krzywdy, że Czarna dostała, a ona nie. A potem przytuptała ochoczo, gdy ja zasiadłam w swoim fotelu z wieczorną przegryzką i sępiła, tuptając z łapki na łapkę. Normalne stworzenia mają jakieś receptory wypełnienia żołądka, ten natomiast stwór monachijski chyba felerny jest w tym względzie. Myślałam sobie kiedyś: gdyby ją tak zostawić sam na sam z garnkiem zawierającym trzydniowe jedzenie dla obydwóch - jak długo by jadła i ile by zjadła. Ponieważ istnieje domniemanie, że wszystko - wolałam nie eksperymentować.
A najlepsze w tym wszystkim było zachowanie Czarnej - jej poczucie winy (choć ona zapewne tego ciasta nie tknęła nawet, bo nie wyobrażam sobie wspólnego obżerania jednego kawałka, w sytuacji, gdy potrafią się pożreć do krwi na okoliczność  marnego okrucha, który nie zdecydował się, pod czyim pyskiem ma wylądować).  Z trudem  udało mi się ją przekonać, żeby "posprzątała" z dywanu pozostawione tam okruchy   (a jest w tym dobra - wszelkie okruszki z podłogi pozbiera do ostatniego). Zaprowadziłam na miejsce, powiedziałam "Posprzataj", a ona  stała nad nimi chwilę i zastanawiała się, czy faktycznie ma to zrobić.

PS:
Dziękuję Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, mimo, że ja sama rzadko zaglądam.Dzięki także za mejle na PW na które niekulturalnie nie odpowiedziałam. Podtrzymujecie bardzo mojego ąkłego ducha! Dzięki Wam za to.