piątek, 8 lutego 2019

chleba naszego powszedniego

jadalnego!

Z tradycji jesteśmy chlebożercami. Tak jesteśmy przyzwyczajeni do jedzenia chleba, że konieczność przejścia na dietę, która ten chleb wyklucza, jest trudna i bolesna. Przyzwyczajenie do zjadania kanapek powoduje, że szukamy czegoś, czym by ten chleb w tych kanapkach śniadaniowych zastąpić. Bo zrobienie czegoś innego na śniadanie niż kanapka jest bardziej czaso- i praco- chłonne, a wiadomo - człek wstaje głodny i już by coś wszamał.
No, wiem, że są jakieś płatki, owsianki, kaszki itp. Tyle, że większość z nich w moim przypadku odpada, bo albo się źle przyjmuje, albo jest chemicznie wzbogacona, więc nie trącam. Kornflejksów się nie nauczyłam i nie lubię (zresztą należą do tych chemicznych), natomiast owsianka, jaglanka, kukurydzianka - nie lubią mnie. Pozostał mi więc ryżowy styropian, przeplatany placuszkami gryczano-ryżowymi i omletami. W końcu ten styropian zbrzydł mi okropnie i bywało, że łapałam się za zwykły chleb, a to się na ogół źle kończyło.
Bo chleb dostępny w sklepach jest obrzydliwy, niesmaczny, w dodatku etykietę ma tak długą, ze strach ją czytać. Nawet jeżeli ten chleb ma w podtytule napisane "na naturalnym zakwasie" to i tak jest to tylko ściema marketingowa, bo do ciasta sypnięto jedynie, oprócz 10 innych ingrediencji odrobinę suchego zakwasu. W samym P. jest piekarni conajmniej pięć, w gminie - drugie tyle, a w powiecie to już nawet nie wiem. Prawie wszystkie robią chleb byle jaki. Jedyny, stosunkowo smaczny chleb, jaki pojawia się w p-skich sklepach to chleb z Jawornika i Wylewy. W stonce też pojawia się dobry chleb,  tzw."gieesowski", czy ten na miejscu pieczony "z koszyczka", który smakuje, jak dawniej chleb smakował. Ostatnio Dziecko przytaszczyło chleb z Markowej, z piekarni Jaworzanka. Napisane było, że pieczony metoda tradycyjną. Dość sceptycznie na ten chleb popatrzyłam, bo taki tradycyjny z Rogóżna, z certyfikatami w dodatku jadła regionalnego, jest dla mnie niejadalny. Natomiast ten mnie pozytywnie zaskoczył. Owszem, był dość mocno "zbity", ale dzięki temu udawało się pokroić na cienkie kromeczki. Natomiast w smaku był niezrównany - nie za kwaśny (Nie znoszę kwaśnego chleba, w dodatku z kminkiem - tragedia. Chleb na zakwasie wcale nie musi być kwaśny, wiem to na pewno.), trochę smakował jak dobry pumpernikiel. I faktycznie - długo pozostawał jadalny. Dziecko ma już zapowiedziane, że przy następnym pobycie w Markowej ma przywieźć obowiązkowo ten chleb.
Ale wyczytałam, że chleb z mąki orkiszowej na zakwasie ma mi nie szkodzić. No to trzeba spróbować upiec.
Dawniej piekłam chleb często. Zarówno w maszynie, jak i w piekarniku. Potem zepsuł się piekarnik i grzał tylko na termoobiegu, a tak można upiec conajwyżej biszkopt. Potem zepsuła się maszyna do chleba. A potem zepsuły się moje flaki i nie bardzo nadawałam się do takich rozrywek jak zabawa w piekarza.
Co prawda, zdesperowana tym, że jestem skazana na paskudny styropian, próbowałam kilkakrotnie piec chleby tzw. bezglutenowe. Plus był taki, że zabawa w przygotowanie takiego chleba była krótka i mało absorbująca. Minus taki - że były średnio jadalne, a po jednym z nich moje flaki się wręcz zbuntowały.
Wobec czego stwierdziłam, że jak się bawić to się bawić i zamiast jakiś chlebopodobnych kucianek wyprodukować chleb prawdziwy, na prawdziwym zakwasie.


No to zrobiłam. W rzeczywistości nie jest taki szary...


Nastawiłam zakwas, czym się chwaliłam w poprzednim wpisie. Nastawiłam go początkowo na żytniej razówce, ale potem  przez cztery dni był  już dokarmiany mąką chlebowa orkiszową (każdego dnia tyle samo mąki co wody, u mnie po 5dag). Piątego dnia, rannym ranem dokarmiłam jeszcze raz (tym razem dałam po 10dag), a wieczorem zrobiłam zaczyn.


Zaczyn z 1/2 kg mąki orkiszowej, 30dag zakwasu i 1/2 l wody. Następnego dnia rano wyglądał świetnie. 

Mimo to, że harmonogram schodzenia do hadesu padł i przebudziwszy się z pierwszej drzemki około 22-giej stwierdziłam, że kaloryfery są tak ciepłe jak wczorajszy nieboszczyk a smok w hadesie wymaga reanimacji, zaczyn pracował świetnie.
Po wykonaniu porannych zadań zabrałam się za wyrabianie ciasta. Do michy z zaczynem doszło drugie pół kilo mąki, łyżka soli, łyżka miodu i pół szklanki wody. Te drugie pół kilo stanowiła mąka orkiszowa z dodatkiem białej pszennej w jakiejś 1/3. Wody okazało się, że trzeba dać odrobinę więcej niż te pół szklanki, bo pewnie moje mąki były bardziej suche. Przepis przewidywał jeszcze dodatek dowolnych ziarenek w ilości 1 szkl, ale zrezygnowałam z ziarenek, bo się nie lubimy.
Ciasto wyrabiałam w misce wielką drewnianą łychą, oburęczną, która została zakupiona sto lat temu, do takich właśnie zadań specjalnych (między innymi przefasowała wiele kilogramów masła).
Zwykłe ciasto drożdżowe wyrabiam mikserem ręcznym z hakami, ciasto na chleb jest jednak zbyt ciężkie, żeby taki mikserek dał mu radę. Jakiś kenłud czy inny taki - planetarny, o dużej mocy (min 1400 W) owszem, ale nie posiadam i na posiadanie się nie zanosi. Więc pracowałam tą łychą cierpliwie, aż ciasto zaczęło do mnie gadać - tak "pufff- pufff" oraz wyciągać się w "igiełki".


Ciasto ma już dość męczenia.

Przełożyłam w dwie blaszki keksówki, które wcześniej wyłożyłam papierem do pieczenia. Blaszki zawsze przygotowuję najpierw, żeby były już gotowe, jak skończę z ciastem. (Mam taki mały sposobik na wykładanie blaszek papierem, żeby było równo i dokładnie: odwracam blaszkę do góry dnem i zaginam na niej starannie papier. Nawet jak potem nie uda mi się go przyzwoicie zdjąć, to i tak nie ma problemu, bo kształt blaszki już ma zapamiętany. Kiedyś, na jakimś kulinarnym blogu, twórczyni podawała sposób taki: papier zamoczyć, zmiąć i wtłoczyć w blaszkę. Miałam przy tym trochę uciechy!)
Postawiłam pod ścierę i niech se rośnie, jak zechce. Zechciał. Miał rosnąć ok 5 godzin, ale uwinął się szybciej.Posmarowałam wodą i posypałam czarnuszką. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 220 stopni, po 15 minutach zmniejszyłam na 190 (mój piekarnik chyba grzeje lepiej niż powinien). Na spód piekarnika poszła miska metalowa z wodą (Ciekawa rzecz była z tą miską, bo ona się cały czas trzęsła, jak gdyby tam wibracje jakieś były). Po niecałej godzinie chlebki były gotowe. Zostawiłam jeszcze na chwile w piekarniku, posmarowawszy uprzednio wierzch zimną wodą (skórka robi się bardziej jadalna i błyszcząca).


Po wyjęciu z foremek poszedł na kratkę. Najpierw na wznak...


A potem trochę na boczku...

Sępy krążyły nad nim i musiałam stanowczo ostrzec, żeby mi żaden nie ważył się z nożem startować, bo gorącego chleba się nie kroi, ponieważ mu to szkodzi. Udało mi się sępy utrzymać na stosowną odległość, ale w końcu już tak im ozory wisiały, że uległam i ukroiłam po kromeczce. Już takiego dość mocno przestudzonego. Ale i tak obsechł na powstałym przekroju.

Tak więc moje kolejne podejście do wypieku chleba na zakwasie zostało uwieńczone sukcesem ( z poprzednimi podejściami, do chleba żytnio-pszennego było jakby pół na pół) i będę te wyczyny co jakiś czas powtarzać. Zakwas, po odważeniu ze słoika potrzebnej porcji, dokarmiłam 10 dag maki i 10 dag wody, zostawiłam tak do rana, a rano schowałam do lodówki w otwartym, koniecznie słoiczku.
(Potem Dziecko odmówiło jedzenia chleba ze sklepu i musiałam je nakarmić moim. Dziecko nalega, by upiec pszenno- żytni, zatem spróbuję, ale najpierw niech zjedzą ten ze sklepu, bo nie wszystek się dla kóz nadaje)

A poza tym?
A poza tym dziwactwa ciąg dalszy... Jakąś idiotyczna wiosnę mamy początkiem lutego, która już pospiesza Dziecko by jechać z nawozami w pszenicę. Obawiam się, żeby ta lutowa wiosna nie odbiła się potem śniegiem leżącym do końca kwietnia, bo to zwykle tak jakoś bywa, że nastanie wiosny wiąże się z terminem Wielkanocy. A ten w tym roku najpóźniejszy możliwy.
Na razie mamy najpaskudniejszy moment wiosny: na gumnie massakra massakryczna powstała w wyniku wożenia się Dziecka zielonym 10-tonowym bydlatkiem po nieutwardzonym gruncie. Wobec czego tam, gdzie była trawa jest teraz lej po bombie. Drę twarz, żeby mi przynajmniej na ten fragment trawnika tuż przed domem niczym nie zajeżdżać. W dodatku krety robią swoją krecią robotę i tworzą krajobraz księżycowy. Przez lata nie miałam kretów na posesji. Po tym jak kiedyś, już dawno sprężyłam się mocno, polatałam ze świecami i je skutecznie przegoniłam. Wiosną zrobię powtórkę, bo nie zniesę tych kopców, zrytych trawników i zniszczonych roślin.
Paskudne oblicze przedwczesnej wiosny wylazło także oknami. Kuchenne okno wychodzi na wschód (skąd najczęściej wieją wiatry, od pól w dodatku) więc poranne ostre słoneczko pokazało cały powiatrowy osad na szybach. Zatem powzięłam mocne postanowienie, żeby umyć. (Z  kuchennym oknem jest problem tego typu , że można je umyć dopiero, jak słońce pójdzie za chałupę. Czyli po południu. A ja najbardziej żwawa jestem przed.) Nie lubię brudnych okien. Nie lubię mycia okien, choć od wielu lat, po wymianie, jest to o wiele prostsze niż dawniej, kiedy okna były olbrzymie i otwierały się na zewnątrz. Nie mam zacięcia do zawziętego polerowania szyb, żeby nie było maziaków. Ale nie lubię maziaków, bo mnie wqrzają jeszcze bardziej niż ogólnie brudne szyby. Dlatego nie stosuję żadnych domowych metod na mycie szyb. (Proszę państwa, myśmy już to przerabiali, ale byliśmy wtedy piękni i młodzi - dziś już tylko piękni i ze zbuntowanymi flakami. Była kreda z octem, była "prawda" w użyciu./Chociaż "prawda" nie, bo farba drukarska za bardzo smarowała/, były szampony, octy i inne cuda wianki). Chociaż, zamiast cudownych płynów, do mycia zlewu, umywalki, kafelków stosuję kwasek cytrynowy i sodę , to jednak do szyb uznaję tylko profesjonalną chemię.
Z jakiejś smarketowej wycieczki Dziecko przywlekło sobie spraj do kokpitu i piankę do szyb samochodowych.  A jego kolega Kubuś, który mu w tej wyciecze towarzyszył i wpadł jeszcze na kawkę, stwierdził mimochodem, że jego matka od dawna niczego innego do szyb nie używa. Wobec czego Dziecko natychmiast psikło na kuchenną szybę, przetarło papierowym ręcznikiem i stwierdziło "ŁAŁ!"
Tak, ta pianka to jest właśnie to, dzięki czemu leniwe tygrysy polubią mycie okien! (Uwaga! Tu będzie psełdo reklama!) Szybko-łatwo-przyjemnie-bez smug i maziajów-szyby lśnią jak kryształ. Wystarczyła mała szmatka z mikrofibry, żeby trochę przetrzeć pianę i papierowy ręcznik w niewielkiej ilości. Pianka nazywa się K2 Nuta i dla mnie jest to najlepszy środek do mycia szyb, z jakim miałam dotąd do czynienia. Kosztuje wcale nie więcej niż jakiś lepszy psikacz do szyb, a cała przyjemność po mojej stronie. Z rozpędu i wdzięczności umyłam także okno w pokoju Dziecka. Wyznam szczerze, choć ze wstydem, że stało niemyte od jesieni, więc jesienne muchy pozostawiły na nim to co zwykle muchy zostawiają, w obfitości wielkiej. I z tym  pianka poradziła sobie nadspodziewanie dobrze! Tylko jedno maźnięcie mikrofibrą (przy każdym innym płynie musiałabym pracować gąbką) i papierowy ręcznik. Potem się rozpędziłam jeszcze na lustro u mnie w pokoju i foty w ramkach, które miały jakoś dziwnie pomaziane szybki, co stwierdziłam, gdy mnie któregoś dnia naszło na wyrównywanie zwisów.
A potem wzięłam grabie i zgrabiłam resztki podrzewne popod oknem, którym to drzewo do piwnicy wrzucane było, bo mi na uczucia estetyczne mocno oddziaływały negatywnie.
Negatywnie mi też oddziałują cztery kury, nie-wiadomo-czyje, które pojawiły się przed kilkoma dniami na gumnie i zachowują się jak u siebie w domu, czyli przychodzą mi srać na schody. Gdyby z tego gówna na schodach był jeszcze pożytek w postaci jajka, to może bym nic nie rzekła, bo z chłopskimi jajkami tragedia. Rzeszowska zapragnęła jajka chłopskiego (podobno u niej w sklepie tylko klatkowe). Strasznych wywiadów wymagało i zabiegów organizacyjno-logistycznych, żeby wreszcie te 30 jajek zdobyć. Z czego rzeszowska dostała dwadzieścia. Widoków na chłopskie jajka brak, chociaż niby wiosna się zrobiła, sąsiedzkie kury łażą i robaczki sobie wybierają oraz trawkę skubią. Z czego nic nie wynika, niestety, w kwestii produkcji wiadomej.
Nie-wiadomo-czyj jest także czarno biały kociuś, którego pewnego dnia zastałam u kóz. A tu akurat proszę częściej, bo myszy sobie pozwalają w tym roku, jak nigdy. Być może to ultradźwiekowe coś, co zainstalowałam u kóz i niby miało odstraszać to je właśnie przywabia?

A poza tym? 
Starsze Dziecko wylądowało w Lądku i ogląda sobie Westminster Abbey oraz śle mi foty i filmiki mesendżerem. (W sumie miło, że się z matką dzieli wrażeniami ze zwiedzania, tyle, że ja to wszystko w wersji obrazkowej znam. Moja ciekawość świata się ostatecznie na oglądaniu obrazków skończyła.) Dziecko w Lądku było wielokrotnie, ale służbowo. I wtedy to wyglądało tak: lotnisko,hotel, sala konferencyjna, jedzenie, hotel, sala konferencyjna,lotnisko. A teraz pojechała zobaczyć coś więcej niż hotel i lotnisko, zanim się ten Lądek całkowicie zbrexituje, co może jakieś utrudnienia implikować.
A młodsze Dziecko zaczęło jeździć na "siłkę". Co mnie w zasadzie cieszy. W zasadzie, bo męska gupota jest never ending, z wiekiem nie mija, zatem za pierwszym razem dało sobie tak w palnik, że rankiem rączek rozprostować  nie mogło. Wieszczyłam złowieszczo, że po całym dniu trzymania rączek na kierownicy już mu tak zostanie i będzie chodził ze zgiętymi, jak manekin. Wczoraj zrobił powtórkę, żeby trochę przepędzić zakwasy, co zapewne niewiele dało, bo po powrocie moczył się we wrzątku, czego nigdy nie czyni, ablucje załatwiając prysznicem. Posmarował by to czymś rozgrzewającym. Ale znając jego awersję do wszelkich mazideł naskórnych, wolę nawet nie napomykać o takiej opcji. Zatem gupota trochę poboli...




niedziela, 3 lutego 2019

wariacje, nie tylko pogodowe

Żyjemy w popieprzonym kraiku, zatem i pogoda musi być popieprzona, żeby całość współgrała.W każdym razie w minionym tygodniu był cały przegląd zimowych możliwości - od śnieżycy po roztopy, od mocnego minus do przyzwoitego plus. I to nawet w ciągu jednego dnia - rano nawaliło sypkiego puchu, a do południa już nie było po nim śladu. Skutki bywały różniaste, np momentami na gumnie było lodowisko i Czarna na tym lodowisku łapała poślizgi: chodziła jak kot po gorącej blasze, z szeroko rozstawionymi łapami, a zdarzało się także, że po prostu leciała na pysk. Biedna Ledunia, ale widok, mimo wszystko wywoływał rechot obserwatorów.
No i straż pożarna miała trochę roboty, bo tylko w ubiegłym tygodniu na wiejskiej magistrali dwa wypadki się zdarzyły spowodowane szklanką bądź tym, że znienacka nawaliło. Wiejska droga jest w kolejności utrzymania niejakiej, przy "normalnych" opadach pies z kulawa nogą się nie interesuje. Jak już faktycznie mocno sypnie, to coś tam przejedzie, najczęściej ograniczając się do małego odcinka przy wyjeździe na starą Eczwórkę. A lodowisko na szosie? Wszak wieśniaki są przyzwyczajone do warunków utrudnionych. Tyle, że wieśniaki robią się ostatnimi czasy takie "nie wiejskie, nie miejskie" - już o korzeniach zapomniawszy, a nowych obyczajów nabywszy wyrywkowo i to niekoniecznie akurat "TYCH". Nie wspomnę już o tym, że w dawnych, "wieśniackich" czasach wieś była bardziej zorganizowana, w okresie zimowym były wyznaczone dyżury "do śniegu" i chłopy sumiennie rakietowały własnymi łopatami.
Tak jakoś przez póltora tygodnia czułam się jak normalny człowiek. Az zaczęłam na prawo i lewo rozpowiadać jaka to cudowna poprawa nastąpiła. Zwłaszcza do Najważniejszej się pochwaliłam, trochę z powodu iżby może dała mi spokój z sugerowaniem chorób, które ja mogę mianowicie posiadać oraz zlecaniem badan i lekarzy. No i się natychmiast skończyło. Przez dwa dni zdychałam totalnie, w sobotę ożyłam około 4tej rano i zabrałam się za kuchenne wyczyny.


O siódmej gołąbki już siedziały w piekarniku. Tradycyjne, z ryżem i mięchem, częściowo zawiniętym w liście kapusty włoskiej, a częściowo - białej, bo ta włoska jakaś mała była.


Ze względu na tę zwykłą kapustę nie podlałam ich do pieczenia pomidorami, jak zwykle (wiadomo, że pieczone w kwasie, liście białej kapusty nie zmiękłyby do końca świata), tylko bulionem ze śmietaną. Która się oczywiście brzydko ścięła, co zresztą widać na zdjęciu. Nie pomyślałam o nabyciu śmietanki pasteryzowanej - efekt wizualny byłby lepszy, gdyby jej użyć zamiast zwykłej śmietany.



 Potem przyszła kolej na szarlotkę, która łaziła już od dłuższego czasu. Planowana była w ub. tygodniu, ale musiała ustąpić drożdżówkom. Ja tej szarlotki zjem najwyżej jeden mały kawałeczek, ale panom wyraźnie posmakowała i 1/3 placka już zniknęła.

W trakcie przygotowywania ciasta do pieczenia stwierdziłam, że przyniosłam za mało jabłek (do środka wchodzą antonówki zasłoikowane w plasterkach). Ponieważ na horyzoncie pojawił się Starszy zechciałam się nim posłużyć. Trzymając w ręku słoik częściowo napełniony jabłkami powiedziałam: -Jak byś mógł, to przynieś mi jeden taki słoik ze spiżarki.
Starszy stwierdził, że może, zrobił w tył zwrot i odmaszerował, żeby po chwileczce pojawić się z analogicznym słoikiem puściutkim i czyściutkim. Szczęka mi tak haratła o podłogę, że zaniemówiłam. No, ale (pomyślałam) czego ja chcę od biednego podludzia - kazałam słoik, przyniósł słoik. Jak bym kazała jabłka, to by mu chyba dłużej zeszło, bo szukałby w spiżarce jabłek. Było kazać konkretnie - "słoik z jabłkami". Poszłam sama. Ale, że on się nie zastanowił, na co mi w tym momencie pusty słoik? Być może ja mam już takie nieprzewidywalne fanaberie, że Starszy przyzwyczajony i nie docieka?

Jak już zrobiłam dobrze reszcie rodziny, to zdecydowałam resztkę sił przeznaczyć na zrobienie czegoś dla siebie. Mówiłam wcześniej, że bezy zaczynają mi się śnić po nocach. Raz czy dwa udało mi się nabyć gotowe, z piekarni w Żurawicy, które pojawiają się czasem w Piotrusiu. Potem już nie zdarzało mi się upolować. Miła pani proponowała, że mi zamówi, ale nie chciałam się umawiać, bo nigdy nie wiadomo, czy będę się nadawała do zakupowych wyjazdów. Moja Mama zawsze mówiła, że "nie święci garnki lepią". Co oznaczało, że jak zechcesz, to wszystko możesz zrobić. Ponieważ akurat zostały mi cztery białka z jajek od szarlotki zdecydowałam wreszcie spróbować. Czasem są takie "strachy na lachy", wydaje się, że coś jest strasznie trudne i skomplikowane, a potem się okazuje, że to była bardzo gruba przesada. Kluczowym problemem był tu mój piekarnik, który mi się mocno nie podoba, piecze jakoś idiotycznie, na środkowym poziomie pali z góry, na dolnym - pali z dołu i ogólnie chyba grzeje do temperatury wyższej niż ustawiona. Poprzedni miałam oswojony - tego wciąż nie mogę wyczuć.
Ale zrobiłam, ubiłam zawzięcie. Cukier mi się nie do końca rozpuścił, bo ogólnie ten cukier jakiś taki, że nawet w herbacie trzeba mieszać długo i cierpliwie, żeby na dnie kubka nie zostawał.


Wyciskałam z rękawa, przy użyciu tylki z otworem 0,8 cm. Tylka z największa dziurą, jaka udało mi się upolować za niekosmiczne pieniądze. Siedziały godzinę w 110 stopniach i wyszły jak widać - niektóre się troszkę przyrumieniły. 

Dziecko się śmiało, że włożyłam do takiego słoja do którego Starszy ręki nie włoży. Niestety -włoży, więc słój z bezikami powędrował do spiżarki, ponieważ Starszy ma ze słodkościami tak, ze sięga dotąd, dopóki mu ręka na puste dno nie trafi.

Chleb. Chleb to problem. Złożony zresztą. Nie mogę jeść chleba pszennego, a żytniego tym bardziej. Chleb ogólnie jest beznadziejny, etykietka zawiera spis wynalazków, których nikt by się w chlebie nie spodziewał.  Pieczony z najgorszej mąki, ze zbóż paszowych, zawierających mało glutenu, stąd te wynalazki w nim. Szkodzi ten chleb nawet zdrowym. Dawniej piekłam chleb często, zarówno w piekarniku, jak i w maszynie. Potem maszyna się zepsuła i jakoś mi przeszła ochota na pieczenie. Ostatnio upiekłam kilka chlebów różnych bezglutenowych - tzn z maki innej niż pszenna i żytnia. Ale żaden mi nie smakował, bardzo szybko robiły się niejadalne, mrożenie tylko sprawę pogarszało, więc zaniechałam. Ostatnio trafiłam na bloga Pana Krewetki, który wypieka chleb z maki orkiszowej i pszennej, na zakwasie. Taki chleb mogłabym jeść, bo w moim przypadku nie tyle chodzi o gluten (żyto wszak ma go niewiele), co o fruktany. W procesie tradycyjnego, min. 24-godzinnego przygotowywania ciasta na zakwasie do wypieku zachodzą procesy, które robią źle tym fruktanom. Trzymając się zasady, że "nie święci" nastawiłam zakwas na chleb. Zaczęłam  od porcji maki żytniej, odsianej z żurówki od sąsiadki, ale potem kupiłam orkiszową i już dalej dokarmiam ten zakwas ta mąką. Idąc rozpędem nastawiłam też żurek owsiany (tu jest 5 łyżek maki owsianej z Melvitu, zalane ok pół litra wody przegotowanej i kilka ząbków czosnku. Wystarczy na jakieś 6 porcji zupy). Z mąki, nie z płatków, bo potem nie wiadomo, co z tymi płatkami zrobić. Chłopy by mi takiej "owsianki" na kiełbasie nie jadły, a tak zszamały z przyjemnością, bo już raz zrobiłam.



 Jak widać zakwasy już żyją. Ten chlebowy dokarmiony jeden raz na razie, ten owsiany (z lewej) tylko mieszany.



Żurek owsiany kisi się trochę inaczej niż żytni, w którym fermentacja przechodzi tak burzliwie, że zdarza mu się uciec ze słoika. Tu mamy tylko leciutkie gazowanie, jak oranżadka. 

Gdy kisiłam pierwszy raz, myślałam, że nic z tego nie będzie, bo się nie pieni. Okazało się, że było i to nawet bardzo smacznie.

Jak kisić to kisić ( co jest nawet niegłupim pomysłem, żeby na raz to i owo, bo te bakcyle sobie fruwają i kiszenie się odbywa ogólnie łatwiej i przyjemniej. Nie wolno jednak w takim przypadku mleka na zsiadłe gdzieś obok nastawiać, bo mu zaszkodzi) Nastawiłam więc kiszonkę z czerwonej kapusty. To jest moje niedawne odkrycie. Robiłam dotąd tylko raz, ale na pewno będę powtarzać, bo jest przepyszna, a walorami zdrowotnymi bije inne kapusty kiszone. Kiszę niewielka ilość, tyle, żeby zjeść, zanim coś się z nią zacznie dziać. Teraz zakisiłam 2 kilogramy. Proporcja jest taka, że daje sie dwa kilogramy cieniutko poszatkowanej kapusty i 2 łyżki soli. I w zasadzie na tym można poprzestać. Ja nie specjalnie przepadam za kminkiem, więc nie dałam. Dołożyłam natomiast jedno duże starte jabłko, 1 dużą marchewkę i kawałek startego selera.Oraz 4 łyżki cukru. Poszłam za rada Olgi S, która tych kiszonek robi hektolitry i ma już jakieś doświadczenie.Co do cukru nie bardzo byłam przekonana, bo wyczytywałam kiedyś, że nadmiar cukru powoduje, że zachodzi fermentacja alkoholowa a nie mlekowa. Z tego tez powodu nie powinno się do białej kapusty dawać zbyt dużo marchwi - te 20 dag na 10 kg to norma, której nie powinno się przekraczać. Kapusta już żyje, dziś popatrzę co tam się z nią dzieje.

Z ciekawskich ciekawostek to jeszcze taka: 30.01 dostałam mejla wysłanego z mojej własnej skrzynki pocztowej. W którym to mejlu, jakiś dowcipniś - optymista zawiadamia mnie, że mnie MA. Bo zhakował moje konto, historię mojej przeglądarki, adresy, kontakty, numery telefonów znajomych (ciekawe skąd mu się wzięły). Stwierdził, że się dobrze bawiłam na "pewnych" stronach i teraz on te informacje porozsyła do wszystkich moich znajomych. Chyba, że zapłacę mu 550$ w bitcoinach. Po pierwsze primo, nie jestem panem posłem "od motylków" i tego typu informacje, gdyby zechciał spreparować (bo strony, które mnie najbardziej "rajcują" to blogi z przepisami, więc na podstawie historii mojej przeglądarki mógłby mi conajwyżej śledzie po cygańsku albo sernik przypiąć) zaszkodzić mi nie mogą - utrata immunitetu mi nie grozi. Po drugie primo, nawet gdybym była taka głupia i zdeterminowana w kwestii obrony własnego wizerunku, to niestety, moja emerytura wynosi mniej  niż 550$ i musiałabym zęby w ścianę wbijać przez cały miesiąc. Konto zlikwidowałam. Tak, że przy okazji informuję, jeżeli ktoś dysponował moim adresem mejlowym na serwerze o2, to ten adres nie istnieje.
Likwidacja konta mejlowego skutkowała koniecznością zmiany adresów w różnych miejscach, np na allegro, oraz wszędzie tam, gdzie mi wysyłają e-faktury. Z allegrem był problem malutki, bo osobiście mi się nie udało, ale po wysłaniu mejla obsługa zrobiła to natychmiast. Problem większy powstał z timobajlem, bo akurat mieli pożar i spłonęła im serwerownia. Ale z tego powodu i faktur na razie rozsyłać nie będą, więc poczekamy cierpliwie, aż zrobią porządki po pożarze.

A poza tymi małymi utrudnieniami, poczekam cierpliwie co dowcipniś dalej wymyśli. Okazuje się, że ludzi wierzących nie brakuje... Ten wierzy w swoją zajebistość i czyjąś głupotę...

wtorek, 29 stycznia 2019

czym pachnie w kuchni niedzielnym porankiem

Wciąż wstaje o jakiejś nieprzytomnej zupełnie porze. Po pobudkach o północy czy o drugiej na ogół udaje mi się zasnąć, pod warunkiem, że zbyt szeroko nie otworze oczu. Ale o czwartej już nawet nie próbuję. Nawet nie usiłuję dolegiwać z zamkniętymi oczami, bo wtedy na poddaszu zaczyna się taka gonitwa, że jest to szkodliwe dla zdrowia. Sporadycznie udaje mi się, po porannym harmonogramie, wrócić do łóżka i jeszcze trochę kimnąć.
Na ogół rano lepiej się czuję, więc staram się podgonić codzienne obowiązki. Zwłaszcza, że mam w kuchni luzik, bo moi panowie lubią pobarłożyć długo. Dla Dziecka to wręcz obowiązek, po całym tygodniu pracy, w niedzielę powylegiwać się na luzie. A Starszy nigdy specjalnie zrywny z pościeli nie był i tak też mu zostało, szczegółnie odkąd pleban wprowadził trzecią mszę o piętnastej.
Zatem zabrałam się za garowanie. Nastawiłam rosół, który ostatnio u mnie z garnka nie wychodzi, jako, że korzystny jest bardzo dla flaków. Dyskutować by można długo i żarliwie nad zaletami i wadami, nawet na noże pójść by mogło. Bo ostatecznie istnieje domniemanie, że ten rosół jest bardziej wyciągiem sterydowo-hormonalno-antybiotykowym niż kolagenowo-mineralnym. Niestety, dostępu do kurki z podwórka w martwej postaci nie mam, więc zmuszona jestem korzystać z tych ogólnodostępnych, a te - jakie są, kużden wi. Mimo to, wąsy mi na razie nie rosną, a flaczki są wdzięczne za rosołek w kubeczku, który łagodzi ich obyczaje i przyjmuje się pięknie, nawet wtedy, gdy nic innego się nie przyjmuje.
Tak więc, po małej chwili pachniało w kuchni rosołem.
(Ten mój rosół wzbogacony przyprawowo jest trochę, w stosunku do tego co zwykle. Na mój potężny, siedmiolitrowy gar, wypełniony jakby w czterech piątych, dodaję ze 3 plasterki świeżego imbiru, łyżeczkę lubczyku, łyżeczkę oregano i pół łyżeczki kurkumy, czasem jeszcze łyżeczkę kozieradki, która podnosi smak umami rosołu. Oczywiście pieprz i sól. Ale to wszystko tak bliżej końca gotowania.)
Jak się rozpędziłam z obieraniem jarzyn, co się wiąże z odkładaniem obierek dla kozów, to stwierdziłam, że już obiorę wszystko, co trzeba, żeby się potem nie rozdrabniać. Zaplanowałam na obiad wątróbkę i surówkę z marchwy i jabłka. Wątróbka wymaga jabłuszka - takie jabłuszko, pokrojone w ósemeczki, usmażone z wątróbką, potem posypane solą i majerankiem jest lepsze niż sama nawet wątróbka (Wątróbka wyłącznie drobiowa, uprzednio namoczona w mleku, co jej szlachetności dodaje wielce). Dziecko oczywiście nie wyobraża sobie wątróbki bez cebulki. A smażenie/duszenie cebulki zawsze wiąże się z komentarzami ze strony Starszego, który na cebulę jest jakby "uczulony" (To uczulenie kończy mu się w momencie skojarzenia cebuli i śledzi - potrafi nawet kilogram cebuli do śledzi obrać, co ja skwapliwie wykorzystuję. A co, chce marynowana cebulkę w ilości kilograma, to niech przynajmniej obierze. Kroić już mu nie każę, bo przepatrzeć nie mogę, jak nad tym smarka i ślozy leje - o dziwo, ja mogę ten kilogram skroić bez usmarkania się )
No to się wzięłam za cebulkę, pokroiłam i zaczęłam dusić na masełku.
I kuchnia zaczęła pachnieć duszoną cebulką! Co mnie natychmiast przeniosło do kuchni mojego późnego dzieciństwa, gdy już mieszkaliśmy we własnym domu. Wspominałam kiedyś, że ojciec raczej garnków nie tykał. Istniały jednak trzy tematy, które były jego domeną: wspominane już kręcenie majonezu, krojenie słoninki na smalec (ręczne - najpierw cienkie paseczki, potem kosteczka, żadne broń boże mielenie maszynką!) oraz właśnie duszenie cebulki. W tygodniu, gdy do pracy pomykało się na siódmą, nie było mowy o takiej rozpuście. Więc te rozpusty podniebienne, wymagające więcej czasu i nakładu pracy były przypisane do niedzieli (np. często na niedzielny obiad były pierogi, bo nawet przy dobrej organizacji, zrobienie ich w tygodniu było raczej niemożliwe)
Tak więc w niedzielę ojciec zabierał się za cebulę. Istniała w domu olbrzymia patelnia, prawie jak koło od wozu. Nigdy się potem z patelnią o takiej średnicy nie spotkałam. Conajmniej kilogram cebuli trzeba było obrać na tę patelnię. Potem się dusiła owa cebulka pod pokrywką, a na koniec wchodził w nią słoiczek przecieru pomidorowego i rodzina konsumowała w zachwycie z przepysznym chlebusiem z piekarni na dole. Tak więc bywało, że o niedzielnym poranku kuchnia na Górce pachniała duszoną cebulką.
Drugim takim kuchennym olbrzymem był czajnik. Wielki, aluminiowy i raczej paskudny, ale ważne było, że wielki. Czajnik był prezentem od Dolka. Dolek, sąsiad zza płota, był ojca przyjacielem od najsmarkatszych lat.(Dolek miał na imię Adolf, ale - ponieważ urodził się w 1927 roku - nie dostał tego imienia na cześć innego, słynnego Adolfa, gdyż ów był jeszcze zbyt mało słynny, by ktoś chciał na jego cześć nadawać imię dziecku) Razem  wyjechali na studia do Poznania, choć na różne kierunki, bo ojciec studiował ekonomię a Dolek AWF. Razem przyjeżdżali z tego Poznania na święta i podobno potrafili we dwóch sprzątnąć indyka na jedno posiedzenie oraz wytłuc kopę jaj podczas wielkanocnej tradycyjnej rozrywki. (Oczywiście nie były to takie indyki, jakich fragmenty widujemy dziś w sklepach, no, ale...) Dolkowi zamiłowanie do konsumpcji pozostało, Awuefu nie skończył i, jak to się często zdarza unieczynnionym sportowcom, szybko stał się zażywnym panem z okrągłym brzuszkiem. Dolek często wpadał do nas na pogaduszki, połączone z konsumpcją czegoś pysznego. Pogaduszki te wymagały morza herbaty. U nas zawsze była dobra herbata, parzona w imbryczku, pięknie pachnąca. Czajnik bulgotał na węglowej kuchni. (Ta kuchnia też była małym dziełem sztuki. Mama, estetka, lubująca się w rzeczach pięknych i starannie wykonanych, wynykała gdzieś śliczne kafle - gładkie, białe, prostokątne, jak pół normalnie spotykanego kafla. Kuchnia stała dość długo, potem Brat ja rozebrał, potem przemyślał sprawę i postawił od nowa. Niestety, tamte kafle już się nie dały wykorzystać i nowa kuchnia nie jest taka ładna jak dawna). No i w obliczu tego morza herbaty, nasz domowy czajnik wydał się Dolkowi za mały. Zatem któregoś dnia wkroczył z czajniorem zdolnym pomieścić jakieś pół wiadra wody.
W tamtych czasach herbata z cytryną nie była tak codzienna, jak dziś. Cytryny istniały, zapewne częściej niż pomarańcze. ((Nikt za nimi w kolejkach nie wystawał, bo nikt nie miał na to czasu ani zacięcia - ostatecznie istniały przyjemniejsze rozrywki. Zresztą, ja z tamtego okresu  kolejek nie kojarzę, oprócz tych zwyczajnych, wynikających z faktu kupowania zza lady, za którą figurowała na ogół jedna ekspedientka. Jadało się nawet zupę cytrynową, którą Mama gotowała i później, a która niedawno sobie z Pumą z rozrzewnieniem wspominałyśmy.) Zimowa porą piło się u nas często herbatę z jabłkiem! Rosła na podwórzu  jabłoń nazywana przez Dziadka antonówką. Były to zupełnie inne jabłka niż te u mnie w sadzie - bardziej zielone niż żółte, większe, bardzo twarde i jadalne dopiero jakoś w środku zimy. Takie jabłuszko kroiło się "z ręki" w kosteczkę i tę kosteczkę wrzucało do gorącej herbaty, nakrywając spodkiem. Na codzień herbata była pita z kubeczków. Te kubeczki były oczywiście porcelanowe i koniecznie musiały mieć cienkie brzegi, o co Mama sumiennie dbała wyszukując odpowiednie w sklepach. Na potrzeby  herbaty z jabłkiem zostały zakupione większe kubeczki, takie około półitrowe. (Także na potrzeby Dolka, dla którego szklanka herbaty to były zaledwie dwa łyki) Ja pijam herbatę z kubka z arkoroku i ten kubek mnie trochę odraża, bo jest ciężki i ma dość grube brzegi. Rozpoczęłam więc poszukiwania i udało mi się nabyć sympatyczne, cienkobrzegie kubeczki Maria Paula, z przyjemnym złotym paseczkiem na górnej krawędzi. Ale w trakcie  internetowych poszukiwań trafiłam na coś, co przypominało owe kubeczki od jabłkowej herbaty.

Radość moja była wielka i już-już miałam nabyć toto internetem. Jednak wcześniej natknęłam się na ten kubeczek w sklepie mojej miłej Joasi. No i rozczarowanie było równie wielkie, bo tylko kształtem i wielkością przypominał ów kubek jabłkowo-herbaciany. Natomiast brzegi miał tak grube, że z pewnością ulewałoby mi się podczas picia.

Zatem temat kubka pozostał otwarty, arkoroki mi zbrzydły, zwłaszcza, że jeden się jakoś dziwnie uszczerbił, no i rysują się podczas mycia, bynajmniej nie w zmywarce.
Tymczasem pozwoliłam sobie na małą rozpustę. Co tam! Ponieważ i tak nie wiadomo do końca, co mi może zaszkodzić, to niech mi zaszkodzi przynajmniej coś dobrego. Wczoraj aura była rozkładająca. Wszyscy chodzili podpierając się nosami, lub śpiąc żywcem na siedząco. O czym się zgadałam łotsapem z Krzysią. A Krzysia mi na to: kawa z ekspresu z miodem, bez mleka. Jak z miodem, to może i z prądem? No to może z prądem. Zaświtało mi szczęśliwie, że mam przecież drugi ekspresik (Dziecko wróciwszy z pracy zaległo i nie byłoby z kim podzielić się resztą kawy z dużej kawiarki), taki normalno-filiżankowy, nie arkorokow-kubkowy. I poleciałam nastawić. Miodu resztka jeszcze gryczannego była, mojego ulubionego, a za prąd robił słowacki napoleon w ilości 1 łyżki na filiżankę (ten napoleon solo miał jakiś ohydny, migdałowy posmak i bałam się zepsuć kawy większą ilością)


 No to sobie użyłam jak normalny biały człowiek. W dodatku w cieniutkiej porcelanie. W dodatku zjadłam tę jedną kosteczkę czekolady. I w dodatku przeżyłam, a nawet o dziwo, ta kawa mi dała lekkiego kopa, bo przestałam się nosem podpierać i nie padłam, jak zwykle, około 18tej, mimo zwykłej przedporannej pobudki.

Mam zamiar powtórzyć niebawem. Co prawda gastrolog i dietetyczka zgodnym duetem twierdzą, że kawa to ZUO. Gastrolog nie znalazł jednak skutecznego sposobu na moje dolegliwości, a dietetyczka nawymyślała taką ilość badań i supli ( w dodatku linkując je do jedynie słusznej strony amerykańskiej - zapewne linki lojalnościowe są to), że musiałabym znaleźć jakiś kiepsko zabezpieczony bank ( a po ostatnich aferach z ochroniarzami nawet banki głęboko prowincjonalne rozstaną się z kościanymi dziadkami z I grupą inwalidztwa zatrudnionymi dla bezpieczeństwa kasy i klientów), żeby te zalecenia zrealizować.
Tymczasem pozostaję przy pewnych ograniczeniach spożywczych, cierpiąc przy tym niezmiernie, gdyż moja spiżarka pełna jest różnych zakazanych pyszności.

Takie oto ślimaczki syjamskie wypiekałam w sobotę i wymyśliłam, żeby coś tam wsadzić w środek zwoju. Padło na czekodżem wiśniowy, który okazał się nieodpowiedni do tego celu, za to tak pyszny, że z trudem zakończyłam degustację na jednaj łyżeczce. Ślimaczków ostatecznie kilka zjadłam... 


Natomiast tych rożków, upieczonych dla urozmaicenia z jabłkami ze słoika, których straszne ilości też się marnują w spiżarce, nawet nie tknęłam.

No, to w sobotę o poranku pachniało ciastem drożdżowym i cynamonem w mojej kuchni.
A w piątek wieczorem -  proziakami.


Proziaki tym razem upiekłam sposobem mojej Babci, czyli w piekarniku. Na zdjęciu towarzyszy im ser zagrodowy, "Produkt z własnego gospodarstwa" Krystiana i Marty.
Ten z czerwonym to ser kwasowo-podpuszczkowy z płatkami papryki, a ten drugi to ser dojrzewający. Krystian nabył ostatnio witrynki chłodnicze i zaczął pakować te sery próżniowo, więc  bardzo niebawem będzie można nabyć je w sklepach. Jeżeli spotkacie taki ser - kupujcie w ciemno - coś pysznego i w dodatku bez przemysłowej chemii. 

Proziaki piekę/smażę dokładnie z takiego przepisu jak TU . To chyba przepis tradycyjny, tak robiła moja Babcia. W przepisie zamiast zsiadłego mleka można wykorzystać maślankę/kefir/jogurt naturalny (byle nie grecki, bo za gęsty), ale kwaśne musi być, bo soda nie ruszy. Babcine bardziej żółte w środku wychodziły. Może to kwestia jajka od kurki z podwórka, a może tych jajek było dwa. Te sklepowe są całkiem białe, więc są zupełnie bez jajka.

czwartek, 10 stycznia 2019

wilk w lesie - czyli reminiscencje

Jak kiedyś komentarz Krystynki, tak dzisiaj komentarz Evuni pod "z mchu i paproci" skłonił mnie do reminiscencji.
Bo właściwie to ja też nie rozumiem, dlaczego Evunia musiała ucierać ten mak we Wiliję, która w dodatku była dniem jej imienin.
Nasze rodzinne Wilije odbywały się zawsze u Dziadków. Dokąd mieszkaliśmy razem - przygotowywane wspólnie przez Mamę i Babcię. Ale, gdy miałam jakieś 14 lat przeprowadziliśmy się wreszcie do własnego domu, który  został wybudowany na tej samej parceli, co dom Dziadków i wtedy już święta i wigilie były przygotowywane osobno, na zasadzie Babcia to, Mama owo.
Odkąd pamiętam Mama zawsze pracowała. Pracowało się do 15 (w Wigilie do 13tej), po drodze jakieś zakupy i w domu rodzice byli zwykle około 17tej. I wtedy jedliśmy wspólnie obiad, którego przygotowanie było głównie moją działką, wszak ze szkoły wracałam wcześniej. No i wszelkie przygotowania przedświąteczne odbywały się wieczorami, po uprzednim rozplanowaniu i rozdysponowaniu. W sam dzień wigilii już wielkich akcji piekarniczych itepe nie było, chodziło o to, żeby jakoś w całości dotrwać do wieczora, a potem sobie przyjemnie i smacznie posiedzieć.
Rozdysponowanie polegało między innymi na sporządzeniu list zakupowych z odpowiednim komentarzem i instrukcjami. No, bo należało iść z "puszką" do ogrodniczej po ogórasy (chyba byliśmy strasznymi ogórkożercami, bo pamiętam te ogromne ilości weków z kiszonymi ogórami stojące w spiżarce, po których do świąt już nie było śladu), kazać sobie zważyć tych ogórów do puszki, a potem poprosić o nalanie kwasu do pełna. W tejże ogrodniczej należało zakupić fasolkę do sałatki. I miała to być koniecznie fasolka "perłówka", broń boże żadna inna. Groszek puszkowy oczywiście w owych czasach istniał, ale nikomu do głowy nie przyszło dodawać go do jakiejkolwiek sałatki, dopiero później nastało takie lenistwo (którego szczytem jest sałatka pieczarkowa, całkowicie "puszkowa", będąca zastępstwem dla jarzynowej dla leniwców). Majonez natomiast w wersji słoikowej raczej nie istniał i musiał być ukręcony w domu. Robiło się go oczywiście z oliwy i zrobienie majonezu, żeby się bydlak w trakcie nie zwarzył było wielką sztuką. W domu był do tego celu używany moździerz, taki laboratoryjny, duży, porcelanowy, z porcelanowa gałką. Ciężki był jak jasna cholera. To odpowiedzialne zadanie ukręcenia majonezu zawsze spoczywało na ojcu. Jak sobie przypomnę te sztuki wyczyniane nad tym moździerzem, to mnie zdziwienie ogarnia, ponieważ ja sama często domowy majonez popełniam i nie ma przy tym żadnej spiny. Wychodzi zawsze, nie ma prawa się zwarzyć a oleju nie leję bynamniej po kropelce. Wydaje mi się, że tajemnica sukcesu tkwi w tej łyżeczce musztardy dodanej do roztrzepanego wcześniej mikserem żółtka - po czym leję olej początkowo delikatnie, a jak już "złapie", to całkiem solidnym strumieniem. Taki domowy majonez ma zasadnicza przewagę nad kupnym, ale sens jego przyrządzania istnieje w obliczu perspektywy wykonania większej ilości sałatek lub sosów majonezochłonnych.
W tym roku poszłam na łatwiznę i wykorzystałam gotowy w... (który się spsił ostatnio) oraz k..., który jest niestety zbyt kwaśny. Jeżeli chodzi o inne gotowce to majonez stołowy r.... odpada w przedbiegach. Firma się chwali, że robi go na podstawie tradycyjnej domowej receptury, ale niech mnie gęś kopnie tylną łabą, jeżeli ktokolwiek robiąc majonez w domu dodawał do niego wodę i to w dodatku w ilości ok 30% masy tego majonezu. Wodę można zemulgować, owszem,  producenci wędlin mają to opanowane do perfekcji, ale potrzebna jest do tego jakaś chemia.

Ponieważ tak marudziłam przedświątecznie -wieszczo-złowieszczo, to wypada choć słówkiem się zająknąć, jak wyszło. Wyszło super. Wigilia i święta należały do jednych z najbardziej udanych w mojej karierze hałsłajfa.

 Choinka z kotem w tle. Wyszła zadowalająca, prawdopodobnie dzięki temu, że jej wystrój tylko dopracowania wymagał. Bardzo mu pomogło oświetlenie w kształcie gwiazdeczek, nabyte przez Dziecko - tu nie bardzo widoczne, bo jasno, ale wieczorem wygląda świetnie. Koty mam jakieś nienormalne, bo zainteresowania nie przejawiają żadnego.

Przygotowania kulinarne zostały szczegółowo rozpracowane na harmonogram, który mi się ostatecznie w niedzielę sypnął delikatnie, bo mnie flaki pokonały i musiałam zalegnąć ok południa, a jak już się nadawałam do działania, to pora była niesprzyjająca, zatem pierogi zostały na dzień wiliji. Ale wstawszy o 4tej, do szóstej już miałam kapuściane pierogi popełnione i zabierałam się za płuckowe (nie wigilijne oczywiście, ale obiecałam Najważniejszej, bo strasznie za nią chodziły), w perspektywie zostały jeszcze uszka z grzybami (to na konto Kasi, która nie wyobraża sobie wigilii bez barszczu z uszkami. Barszcz ów oczywiście nietknięty został, bo towarzystwo przepełnione było, za to zjadł się z przyjemnością w święta i pojechał, wraz z resztą uszek do KRK). Zrobiłam też trochę bezglutów gryczanych ze szpinakiem, ale to nie to, szału nie było.

Słodkości pt "dla każdego coś dobrego": piernik dla tradycji, Snikers - uwielbia Dziecko, "piszinger" - Dla Starszego nie ma świąt bez. Oraz bezgluty, tak żebym ja też mogła coś zjeść: migdałowe kulki Amaretti, ciasteczka z kleiku ryżowego i puszysta babka piaskowa na mące kukurydzianej,  którą wszyscy pożerali błyskawicznie, podobnie jak Amaretti.

Do ostatniej prawie chwili nie wiedziałam ile osób będzie na wieczerzy. Najważniejsza, ledwie po ostatniej chemii, czuła się fatalnie i jeszcze w niedzielę nie nadawała się do transportu. Brat się nie odzywał, pomimo monitów. Ostatecznie odezwał się w poniedziałek i został zamówiony na 17-18. Najważniejsza, też w poniedziałek została postawiona do pionu i ustawiona na odbiór o godz 15. Tak się przejęła tematem, że o 15-tej czekała na Dziecko już w płaszczu, po czym się zaparzyła i wściekła, bo Dziecko ma trochę osobiste podejście do "czasu". Brat miał do pokonania 100 km, po drogach nieuznawalnej kolejności odśnieżania i solenia a akurat w momencie, gdy wypadało odpalać rozpoczęła się straszna śnieżyca i anstapił moment niepewności -jechać, czy nie jechać. Ale on stary kierowca jest, niejedną śnieżycę, mgłę i gołoledź już zaliczył po bieszczadzkich drogach i bezdrożach, więc odczekawszy trochę - wyruszył z nóżki na nóżkę.
Kasia w międzyczasie poogarniała wszelkie powierzchnie płaskie, poziome i pionowe, ponakrywała. To i owo zostało wstawione w piekarnik, coby stać nad garami i merdać nie trzeba było, inne zafoliowane  w salaterkach dla ochrony przed kotami. Koty bowiem uwielbiają wyłożyć się na środku stołu nakrytego najbardziej odświętnym obrusem, po czym, zeskakując, ściągnąć całą zastawę na glebę - zatem Starszy dostał zadnie bojowe chronienia stołu przed inwazją kotów.
Auta zajechały na gumno prawie równocześnie - Najważniejsza nieco prędzej, tak, że miała jeszcze czas na przyczesanie peruki. Braciak przybył z Krzysią, która jest niezwykle serdeczną, empatyczna osobą. I w zasadzie to chyba jej obecność wpłynęła na taką fajną atmosferę, której nie zepsuło nawet to, że część zajęć odbywała się w podgrupach, bo towarzystwo palące co i raz przenosiło się do kuchni.
Wyszłam Braciaka i Krzysię przywitać do drzwi i zdziwiło mnie nieco, że on się pcha po tych schodach pierwszy, a Krzyśka za nim tropi. Okazało się, że to nie brak kultury mojego Brata (którego nigdy nie zauważyłam u niego, a tu naraz takie cóś) tylko Krysi przywiązanie do prawierzeń i obyczajów, które zabraniały w wiliję kobiecie przekroczyć progu cudzego domu, zanim tego nie zrobił jakiś chłop - zatem pchła go przodem. U nas się tego przestrzegało pilnie i jak zaszła konieczność podskoczenia do sąsiada czy do Dziadków, to był posyłany brat. Zresztą obyczaj istniał, że wigilijnym rankiem chodzili po domach wigilijni kolędnicy. Tu w Przeworskiem, też była taka tradycja, tych kolędników zwano szczodrakami, ponieważ zwyczajowo należało ich obdarować wiktuałami (u nas się dawało pieniądze, ot grosze jakieś). Chłopcy wizytowali domy "na szczęście", choć tu nie przywiązywano takiej wagi, do tego, żeby pierwszym gościem był mężczyzna. Raczej wróżono, z płci pierwszego gościa, który w Wigilię próg domu przekroczył, co się w oborze, czy stajni urodzi. (W tym kontekście, kobieta chyba była milej widziana, bo zawsze lepsza cieliczka niż byczek) Znalazłam coś takiego w internecie. U nas też był zwyczaj, że  w Boże narodzenie się nigdzie nie chodziło, wizyty świąteczne się przyjmowało i składało w Szczepana...
Krzysia do tego stopnia kultywuje tradycje, że świętym oburzeniem zapłonęła, gdy sąsiadka przyleciała rankiem z plackami i dostała bidna zjebkę zamiast zachwytów ("mogła do licha te placki na progu postawić, jak już musiała")
Potem goście z daleka pojechali, zaopatrzeni w wypieki (bo Krysi najlepiej wychodzą placki ziemniaczane, natomiast Brat lubi sobie poszamać słodkości jakoweś). Najstarsza poszła polegiwać, ja tudzież. Stół rozbroiły dziatki, o dziwo nie handrycząc się przy tym i nie rzucając zastawą.
W pierwsze święto poszło na luzie, trochę posiedzieliśmy delektując się jedzonkiem oraz dokańczając wigilijną grzybową, barszczyk i pierogi (Najważniejsza wreszcie dostała te swoje płuckowe) Potem Kasię i Starszego naszło na kolędowanie i tak sobie we dwójkę kolędowali sporą chwilę, ku obopólnemu zadowoleniu (bywało dawniej, że Kasia grała te kolędy na klawiszach, ale niestety instrument się spsuł nienaprawialnie)
W drugie święto ja się już słabo nadawałam do towarzyskich wyczynów, Starszy udał się na mszę na 15tą, sam bo Najważniejsza też mocno ąkła była. No i dzwoni mi tu ok 16tej, że gościa mnieć będziemy, bo Marysia pragnie odwiedzić Najważniejszą. W takiej sytuacji wyjścia nie było innego, jak zwlec się obu (przy czym Najważniejsza chyba w szlafroku pozostała). Ja przez pewien czas honory popełniałam, po czym przeprosiłam i poszłam w wyro. Marysia jeszcze trochę posiedziała, na tyle długo, żeby ciotkę skłonić do stwierdzenia, że "Marysia jest męcząca". Kasi już nie było, bo przed południem pojechała do siebie a Dziecko szczelnie ukrywało się w swoim azylu.
Wyszło przy tym, że pomysł zapraszania Mani na Wiliję był taki se, ponieważ ona, po raz pierwszy odkąd Ola jest w hospicjum, miała możliwość spędzenia tego wieczoru z córką, zaproszona przez prowadzące zakład siostry z opcją noclegu lub odwiezienia potem do domu.

 Tegoroczne święta przebiegły w takiej fajnej atmosferze także i dlatego, że została ona w odpowiednim momencie "oczyszczona": Starszy od wigilijnego ranka zawsze chodzi jakiś spięty i sfochany. Być może wiek na to wpływa, fakt, że każdego roku coraz nas mniej przy tym stole, wspominki z dawnych lat - w każdym razie na zewnątrz to fochem tchnie i jest denerwujące dla otoczenia, skutkiem czego musi w końcu gdzieś jakoś zaiskrzyć. Tym razem zaiskrzyło w odpowiednim momencie, bo jeszcze przed południem. Byliśmy we trójkę, bo Dziecko jeszcze jakieś tematy miało do załatwienia w terenie. Starszy coś zaczął marudzić, na co ja nie strzymałam, zwrzasłam głosem wielkim oraz piżgnęłam pokrywką (co mi się raczej nie zdarzało, bo szanuję akcesoria kuchenne, ale teraz, gdy mi flaki na mózg padają, to w końcu mi wolno, a bo co?) I to, jak kużden grom z jasnego nieba cudnie atmosferę oczyściło. Kasia skomentowała: "No wiecie, wy to jacyś nienormalni jesteście. Najpierw się na siebie wydzieracie, a potem siu-siu-siu" Ale Kasia krótko żyje jeszcze i nie wie, że to właśnie o to chodzi.

Tak,że tak: Po raz kolejny wyszło na to, że nie warto się spinać przedwstępnie "oj, co to będzie, jak to będzie", że właściwe planowanie to podstawa, a zaplanować trzeba odpowiednio wcześniej,  w bardzo wolnej chwili, następnie przełożyć te plany na listy zakupowe rozłożone w czasie i miejscu zakupów oraz harmonogram działań. Wypada, żeby to było na papierze albo przynajmniej w komputerze (mój harmonogram był w excelu - bo łatwiej, nie trzeba rysować tabelek, a część list zakupowych miała formę smsów). Dzięki temu udało mi się przeżyć Wigilię i święta oraz dopiąć menu  zadowalająco dla wytwórcy i konsumentów.

PS. usunęłam nazwy majonezów ponieważ zostało to przyjęte jako kryptoreklama i kryptoantyreklama. Co prawda musiałbym być straszną megalomanką, by sądzić, że moje opinie na cokolwiek się przekładają. A idąc powyższym tropem, można by zamieszczane linki także traktować jako reklamę, którą w żadnym wypadku nie są... Po prostu lenistwo i szacunek dla czyjejś pracy - zamiast kopiować cudzy przepis wklejam do niego link. Fakt, że ta praktyka podnosi tzw "popularność" strony, ale odwiedzane przeze mnie strony są tak popularne, że moje linkowanie niewiele zmienia....
Pozwalam TU sobie wyrażać SWOJE zdanie w różnych tematach, piszę co lubię, a czego nie lubię, staram się krytykować zjawisko a nie człowieka.
Dodam ponadto, że każdy ma prawo do własnych wyborów : jeden je golonkę z kapustą a kartofelki krasi skwarkami, inny tylko raw foods i to nie podlega ocenie tak samo jak fakt, że ktoś uwielbia np różowe bluzeczki a inny wyłącznie czarne. Każdy z nas jest inny i o to własnie chodzi.
Oraz każdy ma jakiegoś chyzia i dopóki ten chyź nie szkodzi nikomu, pozostaje własnym osobistym chyziem, niepodlegającym ocenie tak jak własny osobisty kolor oczu....

Pozdrawiam serdecznie


















sobota, 5 stycznia 2019

na barani skok

już przybyło. Na razie był to skok jakiegoś starego, spasionego i leniwego barana, ale jednak. Co prawda, jak czytamy, że wschód słońca nastąpi o 7.28 a zachód o 15.43, to jest to bardzo deprymujące, ale jak polukamy do przodu, to widać, że jednak tu się o minutkę podkasuje, a od spodu o 2 minutki wydłuża i tak co dwa dni te 5 minut przybywa i to napawa optymizmem.

Bo poza tym jakoś optymizmu brak - ostatnio moje flaki tak mi dają do wiwatu, że żyć mi się odechciewa. Co prawda na ogół na własne życzenie - zawsze wtedy jak się dorwę czegoś, czego jeść nie powinnam. Na ogół bywa to chleb, który jest tak paskudny, że zdrowemu szkodzi, ale w tej mojej diecie właśnie chleba brakuje mi najbardziej. Na ryżowe wafle już patrzeć nie mogę...Ostatnio chciała mnie zabić domowa bułeczka drożdżowa, sucha już prawie całkiem, ale pochłonięta z dżemikiem z całkowicie niedozwolonych owoców - jabłek, gruszek i śliwek.Uratowała mnie ostatecznie ukraińska woda, przywieziona przez Braciszka - Polana Kwasowa, która jest rewelacyjna. Niestety u nas prawie niedostępna, a jak już to za cenę kilkakrotnie wyższą. Brak optymizmu też i dlatego, że żadnych pozytywnych reakcji na zażywane specyfiki nie widzę. Braciszek przywlókł mi od przyjaciół ze wschodu probiotyk (u nas niedostępny, widywany na alle, z kosmiczną przebitką - na U. za 5 opakowań zapłaciłam 144 zet, na A. za jedno opakowanie ktoś wołał 68!). Łykam trzecie opakowanie - efektów zero. W dodatku znowu schudłam 2 kilo w ciągu 1,5 miesiąca, mimo, że jem więcej i częściej niż kiedykolwiek. I to wskazuje, że będę musiała przeprosić się z preparatami białkowymi, które na razie zalegają w szafce, odstręczając swoim fatalnym smakiem. Dietę mam bardzo monotematyczną, więc ciągle łazi za mną ochota na coś "dobrego". Ostatnio tak się ślinię na myśl o koziej roladce. Wczoraj byliśmy w miasteczku, bo byłam zapisana do mojej doktórki. Czasu było mało, bo Kuba z Kubusiem cięli drzewo w sadzie i wypadało ich nakarmić, więc zakupy musiałam zrobić przed doktórka. Zatem tylko jeden sklep spożywczy. A tam z koziego był tylko turek do smarowania. Kupiłam bez czytania, bo Starszy nie ruszył zwłok z auta, a to mnie zawsze pogania. No i to był błąd, bo z czytaniem bym nie kupiła. W składzie twaróg kozi oraz guma guar, ksantanowa i chleb świętojański. Niby nie trucizny, ale akurat nie miałam ochoty na chleb świętojański raczej. Poszłam po sklepie błyskawicą (ze względu na "Starszy marznie w aucie"), mimo to zakonotowałam, ze większość kupowanych zwykle produktów była uprzejma podrożeć (na ten "barani skok). Cukier niby TYLKO 50 gr, ale to jest AŻ 25%, ćwiartki na promo były po 3,70, podczas gdy zwykle na promo kosztowały 2,90. Reszty nie przeżywałam, bo nie było czasu.
Dodam tylko, że z wizyty u lekarza nic nie wyszło. Na wejściu niby byłam czwarta, potem okazało się, że jest jeszcze przede mną jakaś "starsza pani", która się innej pani wepchnęła w kolejkę. A ostatecznie okazało się, że także mąż tej pani, który wcześniej milczkiem siedział. Negatywne uczucia wyzwalają we mnie takie "starsze panie" (w domyśle - stare baby), które niby schorowane bardzo, o lasce chodzące, a mające siłę na rozpychanie się łokciami, wtranżalanie w kolejkę, awanturowanie w tej kolejce i pewnie jakby co, użycie tej palicy, jako środka przymusu bezpośredniego (vide mochery protestujące w Wawce parę lat temu i napierniczające dziennikarzy krzyżykami). Ponieważ pod drzwiami gabinetu zaczęło się robić nerwowo, bo kolejka się wcale nie posuwała, osoba znajdująca się akurat w gabinecie co i raz wychodziła i pomykała do recepcji, bo "system się wieszał", więc ewakuowałam się czym prędzej, zapisawszy się na wtorek, na nieco wcześniejszą godzinę. I kolejny raz stwierdziłam, że "trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć". W tym kontekście bardzo zadziwia mnie decyzja mojej primo voto bratowej o desancie "na emeryturę" do S. zza kałuży. Co prawda, nie znam z pierwszej ręki realiów opieki medycznej za kałużą, ale wydaje mi się, że jej poziom jest znacznie wyższy niż u nas. Co prawda twierdzą, że ta opieka jest u nich najdroższa, ale też i stawka godzinowa dla zwykłego robotnika należy do tych najwyższych. Być może na emeryturze wypłacanej w $ będzie łatwiej, np korzystając z gabinetów prywatnych. Tylko, że w prywatnych gabinetach też wcale nie jest łatwiej, bo u nas doktor nie szanuje pacjenta, który płaci mu żywą gotówkę, nigdzie nie zarejestrowaną zresztą i nieopodatkowaną. Nie ma numerków do kolejki, nie ma zapisów na godziny, wchodzi się jak "się siądzie", w związku z czym czasem trzeba ponad dwie godziny odkwitnąć pod gabinetem. W dodatku lekarz często się spóźnia do prywatnego gabinetu, pomykając wprost z dyżuru wielogodzinnego w szpitalu ( a potem żywcem przysypia robiąc USG)

A poza tym, wizytę duszpasterską mamy już za sobą (UFF!). Pleban pomykał jak "Strzała Południa", tym razem zawitał tuż po 11-tej. W momencie modlitewnym zachciało mi się śmiechem parsknąć, bo sytuacja zrobiła się komiczna: stół u mnie jest przystawiony wąskim bokiem do ściany, na ścianie wisi lustro. Wyszło na to, że pleban modlił się do lustra, czekałam, że sobie zacznie "pożyczkę" poprawiać, bo okiem w nie zerkał. W dodatku nad tym lustrem wisiały na kwietniku żałosne resztki zielistki (wszystkie kfiatki mi wyzdychały z nagła)

Poza tym zimę nam zrobiło, z czego cieszy się chyba tylko pies Czarny i to nie do końca - co prawda na wstępie zawsze się wyturla w śniegu, ale zaraz potem załatwia wszystko co musi (niestety zaraz na gumnie) i błyskawicznie pomyka z powrotem. Dzięki temu rannym ranem, około godziny 4-tej mogę ją wypuścić, zostawić otwarte drzwi i iść w międzyczasie do Hadesu - zanim skończę z piecem, ona już czeka grzecznie na schodach, wtykając nos w drzwi do pozostałej części klatki schodowej. Już się nauczyła, że tam stoi garnek z żarełkiem - na klatce schodowej jest zimniej niż w lodówce i zapas żarełka ląduje na schodach, przed podaniem trzeba trochę podgrzać.

A poza tym mój kolega Janek (ten bloger modowy) robi takie cudne i dopracowane karmniki dla ptaszków, że aż mu zaczynam zazdrościć.(Do podglądnięcia TU ) Ale naśladować nie będę, bo ani siły na prace ręczne nie mam, ani takiej precyzji wykonania nie osiągnę. Mimo wszystko, czas pomyśleć o sikorkach, jak już wzięło i przysypało. W ubiegłym roku świetnie sprawdzały się takie jednorazowe foremki na muffinki wypełnione smalcem z ziarenkami.

 A na koniec - wielka radość w domu Gucia:


Taki pakuneczek się tuż przed świętami pojawił. Brat został "byłym mężem babci" a ja babciotką.

Radość sprawiła najstarsza córka brata, ta zza kałuży. Dziewczynka dostała imiona Matylda Grace i udało jej się jeszcze, rzutem na taśmę, załapać na Strzelca. No to jest nas trzy z łukiem....

wtorek, 18 grudnia 2018

opowiastki z mchu i paproci

Do tych nocno-nadrannych dumań skłoniła mnie swoim komentarzem Krystynka. Że "ma być ciepła, rodzinna atmosfera, a więc tylko ci, wybrani z serca i duszy".
I przylazły mi do głowy wigilie w mojej rodzinie. Moja rodzina była "wąska": Dziadek Janek miał tylko siostrę, która była za oceanem. Babcia Kasia miała co prawda liczne siostry i brata, ale byli oni porozsiewani po całej północnej i zachodniej Polsce na falach akcji "Wisła". Ojciec był jedynakiem, mama miała tylko jedną siostrę, która mieszkała dość daleko, na ówczesne realia komunikacyjne. Tak, że ona i ich matka bardzo sporadycznie bywały u nas w święta, częściej latem przyjeżdżały na "letnisko", traktując to jako wyjazd "na wieś".
Wobec czego wigilie odbywały się w ścisłym gronie naszej siódemki (dziadkowie, rodzice i nasza trójka). Zawsze u dziadków, w ich maleńkim domku (także wtedy, gdy już mieszkaliśmy u siebie), w którym, nie wiem jakim cudem mieściliśmy się w siedmioro i to w dodatku z osobnym spaniem dla każdego z dzieci.
Potrawy wigilijne przygotowywała babcia z mamą, potem ja byłam do pomocy. Pamiętam, że zawsze były śledzie, babcinym sposobem marynowane "mleczaki" (które jeszcze długo budziły ślinotok u moich kolegów, gdy mi je podsyłała do akademika) podane na dwa sposoby: w śmietanie i w oleju.(Niestety, sekretu tych śledzi nie posiadłam. W czasach, kiedy można było jeszcze kupić śledzie solone z beczki zdarzyło mi się coś podobnego popełnić. Ale popełniane było pod bacznym okiem Starszego, który musi mieć śledzie octowe bardzo octowe i to już nie było to) Był ten cholerny karp, który jednego razu usiłował zabić mnie ością (od tamtego czasu znienawidziłam karpia). Były pierogi z kapuchą i ruskie. (Te z kapuchą zawsze słodką, tylko raz , na okoliczność obecności drugiej babci - z kiszoną. Odmówiłam wtedy jedzenia i ta wigilia rzuciła się na mój stosunek do drugiej babci, która zaczęła stosować swoje metody wychowawcze. A że nie było u nas w zwyczaju komentowania tych metod przy dzieciach oraz odwoływania przez jedno z dorosłych poleceń innego, więc siedziałam już po wieczerzy na stołeczku w kuchni i łzy mi kapały do rondelka z pierogami, które kazano mi zjeść.) Był oczywiście barszcz z uszkami. Była też kapusta. Do tej kapusty babcia zawsze gotowała groch pure, tylko jakoś ten groch nigdy nie ukazywał się na stole, na następny dzień odkrywało się go w "bradrurze" i skarmiany był kurami. Wszystko zagryzane było przepyszna babciną słodką bułka drożdżową. Babcia robiła tyle tego ciasta drożdżowego, że nie mieściło jej się potem w keksówkach i upychane było w rondle a nawet garnki. I potem wychodziły takie walcowate wysokie buły. No i ciasta na deser: zawsze strucla makowa w babcinym wykonaniu, dojrzewający piernik Mamy, "piszinger". I obowiązkowo jakoś, nie wiem czemu, bo nikt tego nie jadł, takie ciasto zwane "robak". Zrobione z kruchego niby ciasta, pół na pół białego i kakaowego. To ciasto wykręcane było warstwami na blachę przez maszynkę do mięsa. Na spód białe, na to jakaś marmolada, a na wierzch kakaowe. Ciasto było dziwnie pancerne i zjadane było częściowo mocno po świętach, jak już się wszystko inne skończyło, a częściowo skarmiane kurami. Był oczywiście babci popisowy cwibak i biszkopt, które ucierane były w makutrze siłami fizycznymi Braciszka mego, pod nadzorem babci (tylko kręć w jedną stronę! I nie oblizuj!) Nie było jakoś tradycji ciast przekładanych masami. Z wyjątkiem tortu "bułczanego" (bułka tarta zamiast mąki i orzechy mielone), który pojawiał się na nowy rok.
Oprócz tego wystroju stołu Mama bardzo pilnowała naszego wystroju zewnętrznego. Należało się ubrać, jak na "wielkie wyjście", z dbałością o każdy szczegół - fryzura, buty, paznokcie itp.
No i ta atmosfera przy wigilijnym stole, bez jakiś zbędnych szopek i przedstawień. A był u nas taki zwyczaj, że Dziadzio brał opłatek i podchodził do każdego z życzeniami (jakoś nie pamiętam tego łamania się "każdy z każdym"). I kolędy intonowane przez Dziadka, który wcale muzykalny nie był, ale odważny i radość tym kolędowaniem wyrażał. I ta "zawołał na Maćka i na Kaźmirza", której słowa znał tylko on, nie było jej w żadnych kantyczkach i nigdzie indziej nie słyszałam.
No i dodam jeszcze, że nie było u nas zwyczaju "prezentów pod choinkę". Prezenty były na Mikołaja i na tym finito - święta i tak zawsze były i są dość kosztowne i wymagają dużego zaangażowania w przygotowanie (dlatego przedkładam wyższość Wielkiej Nocy nad świętami BN, bo jest mniej pracochłonna dla hałsłajfów)
Oczywiście choinka - była zawsze żywa jodła, wycięta na "asygnatę" we własnym lesie. Oczywiście choinkę oprawiali panowie - ojciec albo dziadek i wnosili ją, taką pachnącą lasem i zimą do domu, gdzie zajmowaliśmy się jej ubraniem pod nadzorem Mamy. Oczywiście na choince były świeczki w lichtarzykach i zimne ognie i "anielskie włosy", ale jakoś nigdy nie zapłonęła.
W przygotowaniach świątecznych uczestniczyli wszyscy. każdy miał jakąś swoją działkę. Dziadek robił wędliny, potem ojciec robił wędlinowo - mięsne zaopatrzenie. Ojciec zawsze kręcił majonez, co było wówczas jakąś sztuką straszną. Babcia z Mamą piekły i gotowały posługując się nami. A największe zagęszczenie w kuchni, wtedy kiedy te bułki porozkładane były wszędzie. rozładowywał ojciec usadzając nas w pokoju wokół stołu, z naciętymi precyzyjnie paseczkami kolorowego papieru, z których kleiliśmy łańcuch na choinkę. W ogóle panowała taka zasada - jak pracujemy, to wszyscy, a jak leżymy - też wszyscy.
Ze świętami z dzieciństwa kojarzą mi się także nierozłącznie zagraniczne przesyłki. Dziadka amerykańska siostra przysyłała co roku kartkę świąteczną. Kartka była składana, zawsze ślicznie pachnąca, a wewnątrz, w takiej cienkiej, jasnozielonej bibułce z naklejonymi drobinkami staniolu, znajdował się banknot. I dopisek na dole kartki z życzeniami "Janku, ja tobie posyłam 1$ (5$), kup sobie za to wino i pomarańcze" z czego zawsze serdecznie rechotaliśmy z Dziadkiem. (Ta ciotka,o 4 lata starsza od Dziadka, wyjechała do USA mając 14 lat w poszukiwaniu ojca, który pojechał był i się stracił. Był to jakiś 1910/11 rok, na karcie okrętowej figurowała jako obywatelka austriacka, pojęcia nie miała o realiach panujących tu, najwyżej jakieś mętne ze strony dalszych pociotków, którzy usiłowali uzyskać zaproszenie od niej, zatem musieli użyć barw najczarniejszych do opisu rzeczywistości)
Bardziej konkretny był Mamy stryj, zwany Wujaszkiem Stachem, który mieszkał w GB. Przed świętami przysyłał zawsze "kolonialną paczkę", w której były bakalie i czekolady (Catbury's - jeszcze wtedy pyszne) a której zawartość Mama skrzętnie chomikowała w czeluściach szafy, co wcale nie przeszkadzało w tym, żebyśmy się nie dokopali i nie podkradli co nieco.

Zdarzało się, że ta nasza, dość liczna jak na warunki lokalowe, grupa była zasilana kimś z zewnątrz. Raz był to Władek K., ojca przyjaciel szkolny, smutny garbusek, potem dodatkowo nieszczęśliwy, bo rozsypała mu się rodzina. Bywał pewien Bogdan K. który wziął się nie wiadomo skąd i zamieszkał u dziadków, w dziwnie wyludnionej po naszej wyprowadzce, chałupce. Aż w końcu przygruchał sobie sąsiadkę wdowę i się do niej przeniósł, z dziadkami nadal utrzymując przyjazne kontakty. Innymi razy Balbina z Tadziem, która pyrą była na wygnaniu, nie mieli w S. żadnej rodziny, a pracowała z Mamą. Potem przeniosła się do Rz., ale bywanie u nas na wigilii pozostało stałym obyczajem i corocznie, już po rozstaniu się z Tadziem, wigilie, święta, czasem Sylwestry i Wielkanoce spędzała u nas. Balbina była tak ciekawą, pozytywną osobowością i tak zrosła się z naszą rodziną (nie tylko mamą, ale także mną  i Siostrą, gdy już byłyśmy dorosłe, że zasługuje na jakiś osobny wpis).

Nie było u nas zwyczaju prezentów "pod choinkę", prezenty przynosił św. Mikołaj osobiście wieczorem lub nocą zostawiał w okolicach łóżka (po jakimś czasie jakimś dziwnym przypadkiem natrafiłam w jakimś zakamarku na mikołajową szubę i biskupią czapę z groszkowanego kartonu w kolorze fioletowym. Ta "szuba" to było "wielbłądzie"sztuczne futro przysłane przez amerykańską babciotkę, nie wiadomo dla kogo, bo za Mikołaja latał w nim ojciec i mu do kostek prawie sięgało) Nie było w owym czasie w zakładach pracy moich rodziców zwyczaju "paczek świątecznych" dla dzieci. Były za to, organizowane przez ojca zakład pracy "zabawy choinkowe", na których bywaliśmy cała trójką. Z tych zabaw tez żadnych paczek świątecznych nie pamiętam, ale być może były one całkiem nieistotne. Nie o prezenty wszak w tym wszystkim chodziło!

Przestałam bywać na rodzinnych wigiliach gdy osiedliłam się na tej "mojej" wsi.
Potem nastały Wigilie, w których ja byłam "gospodynią". I tu nigdy nie udało się odtworzyć tej wspaniałej atmosfery z mojego domu rodzinnego.
A może kużden ma takie wilije, na jakie zasługuje... No, nie, to byłaby straszna przewrotność losu!
Ale czyż do licha nie jest...




niedziela, 16 grudnia 2018

wilka z lasu

nie wywołuj.

Jak czegoś bardzo nie chcesz, to o tym nie myśl, bo się wydarzy. Jak czegoś bardzo chcesz, to też o tym nie myśl, bo się nie wydarzy. Taka wredna przewrotność losu. Nie wiem, czy tak jest w ogólności, czy tylko ja mam tak przesrane. W każdym razie wielokrotnie mi tak w życiu wychodziło. Podobnie z dzieleniem się radosnymi wiadomościami. Jak mi się tylko wypsnęło, w szczególności do jednej osoby, to się zaraz zesrało.
Tą osobą jest oczywiście Najważniejsza. Od lat tak wisi nade mną. Niby jest taka serdeczna, troskliwa, chce być pomocna itd. A w rzeczywistości wysyła mi całe mnóstwo złej energii. Ostatnimi czasy udało mi się trochę od niej wyzwolić. Myślę, że energetycznie też. Prawdopodobnie dlatego, że zmieniłam swoje nastawienie. Być może też dlatego, że Najważniejsza poważnie choruje i ma słabszą aurę. Myślcie tam sobie, co chcecie: nie jestem wyznawcą żadnych filozofii Wschodu, niewolnikiem jakiś guru, ale jestem przekonana, że energia krąży pomiędzy nami.  Że dobre myśli mogą komuś pomóc, a złe - zaszkodzić.
Przez dziesiątki lat takim wampirem energetycznym była dla mnie Lusi P. czyli tzw. Pelagia. Wisiała nade mną jak sęp jakiś, wyłaziła mi z każdego kąta. Szkodziła mi do tego stopnia, że po jednym z takich spotkań, nie dojechałam do domu - Brat zgarnął mnie z pierwszego po drodze przystanku PKS i w eskorcie policji (przekraczał prędkość dozwoloną) odwiózł na pogotowie, gdzie spędziłam noc na SORze pod kroplówką. W końcu Lusi zmarła, ale jej duch wisi nadal nad nami zza grobu. Już bez tej złej energii, ale w postaci zaszłości, do jakich doprowadziła.
Mnóstwo różnych ludzi spotkałam w życiu. Ale jakoś tak mi się udawało przechodzić z nimi lub obok nich bez stwierdzenia, że tego nie lubię, czy innego nienawidzę. Szkoda mi było zaangażowania w takie negatywne relacje. Oczywiste, że spotykamy ludzi, których poglądy, postępowanie, zachowanie nam nie odpowiadają. Starałam się w takich razach minimalizować kontakty.
Mam taką jedną w tzw. rodzinie. W zasadzie jestem dla niej ciotką, czego ona zdawała się przez lata nie zauważać. (Zresztą, mój ślub z jej wujkiem, wraz ze swoim bratem zbojkotowali.) Przez wiele lat pracowałyśmy razem. Uczyła moje dzieci i Młodemu dawała ostro popalić. Wymagała, żeby mówiły do niej "pani", co się utrwaliło do tego stopnia, że Młody nadal mówi do niej "pani". Zawsze była mocno roszczeniowo nastawiona. Uważała, że jej się "należy", bo ma szczególną sytuację: najpierw ze względu na psychicznie chorą matkę, potem z powodu bycia samotną matką z chora matką, potem z powodu bycia samotną matką nieuleczalnie chorego dziecka  z chorą matką itd. Przez lata starałam się jej pomagać, jak mogłam. Jako jej zwierzchnik, starałam się iść na rękę, choć po krótkim czasie okazywało się, że i tak jej nie jest na rękę i miała pretensje z wrzaskami. ( NP. w czasach odręcznego wypisywania świadectw napisałam za nią 35 sztuk, u niej w domu, jednym cięgiem, bo ją "bolał kręgosłup" i zapytała czy bym... No to "bym". Kto nie robił takich rzeczy, nie wie, jak to jest obciążające dla ręki, wzroku i umysłu. /Dlatego starałam się wszelkimi siłami wdrożyć pisanie świadectw na komputerze, najpierw w Wordzie, a potem skłoniłam dyrektora do nabycia programu/). W międzyczasie dopraszała się różnych innych posług, w tym np. transportowych w wykonaniu Młodego, przy czym nigdy nie zwróciła się bezpośrednio do mnie, czy do niego, ale zawsze odbywało się to via Najważniejsza, co wyzwalało w Młodym użycie szkaradnych wyrazów. (W końcu jechał, oczywiście). Dodam, że nigdy w życiu nie wydarzył się żaden rewanż z jej strony. Nie myślę tu, rzecz jasna o jakiś rewanżach materialnych, ale o gestach, jakiś serdecznych zachowaniach.
 Mieszka w bliskim sąsiedztwie jednej ze swoich bratanic, ale kontakty są takie se, bo wiecznie jest w stosunku do ich w pretensjach. Z własnym bratem też ma stosunki takie se. Latem zmarła jej matka, od paru lat leżąca. I Mania została sama z terminalnie chorą córką w hospicjum.
Po śmierci matki zaczęła jakoś częściej dzwonić do mnie. Oczywiście nie w celach utrzymywania życia towarzyskiego, tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje (ostatnio dzwoni co niedziela, żeby się ze Starszym zabrać do kościoła).
Jakoś tak tydzień temu sobie pomyślałam - ciekawe kiedy ktoś wystąpi z genialną myślą, żeby Manię zaprosić na Wigilię. No i wymyśliłam. Starszy wrócił był w piątek z wywczasów u Najważniejszej (Najważniejsza ma poniedziałek ostatnią chemię). I nie wiem, czy to wynik ich ówczesnej wymiany poglądów, czy którejś z nieustających konferencji telefonicznych, odbywanych przez Starszego za zamkniętymi drzwiami, w każdym razie wczoraj wieczorem (już się położyłam, bo dałam sobie trochę do wiwatu przekopując się przez pokój Dziecka i, po pobudce o 3 rano,  byłam lekką dentką) zniósł to jajko. No i tak, nie ukrywam, krew nagła mnie zalała. I powiedziałam, że nie. Na co Starszy zaczął rozwijać swoje gebelsowskie teorie, że "talerz dla przydrożnego wędrowca" (który się realnie nigdy jakoś nie napatoczył), że on odda swoją porcję (no, tak, bidusia z nędzusią, jedzenie racjonowane i nigdy nic po wiliji, nie zostaje i niczego się psami nie skarmia), że ona samotna taka (no, może  samotna jest w rzeczywistości, ale ma bliską rodzinę w postaci brata i jego dzieci), a bo brat daleko (jakie daleko? w sąsiedniej wsi, córka co po sąsiedzku na pewno będzie do rodziców jechała). Dalej nic nie docierało do zakutej pały, więc powiedziałam wprost, że może raczył by wziąć  pod uwagę, że ja jednak jestem chora. I mimo to będę musiała ten cały kram ogarnąć i tę "okazję'" jakoś przetrwać( a jak znam życie, będzie to na pewno surviwal). A zawsze inaczej to wychodzi w gronie najbliższych, a inaczej, gdy jest w domu, było nie było, obca osoba. (No bo dotąd w zasadzie na żadnych rodzinnych uroczystościach u nas nie bywała) W dodatku taka dość absorbująca w obejściu - Mówi bardzo głośno, mówi ciągle, mówi wyłącznie o sobie i swoich dolegliwościach. Nie, no nie mam ochoty w tym momencie być miłosiernym samarytaninem.
Ciekawe jaki będzie ciąg dalszy, bo domyślam się, że Starszy sam tego nie wymyślił, przebieg naszej rozmowy został streszczony oraz dzisiaj spodziewam się telefonu "z góry".
No, dobrze, może jestem wredną suką. Ale może właśnie nadszedł ten ostatni moment, żeby zacząć nią być. Pomyśleć trochę o sobie, a nie wszystkich wokół, zwłaszcza tych wszystkich, którym latam w tempie oberka wokół odwrotnej strony medalu...

Ostatecznie nie wiem, jaki będzie finał. Zupełnie możliwe, że wygra Geriatria, bo ten miłosierny samarytanin we mnie jakiś mocny jest...

A poza tym na działkach:
Starszy cały tydzień wczasował u Najważniejszej. A Dziecko cały tydzień orało. Najpierw u "kooperanta" swoim sprzętem, a potem "swoje" 50 ha sprzętem "kooperanta" i własnym. Wyszła im trzydniówka ( z dowożeniem autem ludzi i paliwa), przy czym ostatnie 10 ha odbyło się jakby rzutem na taśmę, bo wczoraj od rana zaczęło mrozić (i zapowiada się tak na cały następny tydzień) a mniej więcej w momencie położenia ostatniej skiby zaczęło sypać białym puchem i sypie nadal. W tzw. międzyczasie, któregoś wieczora, z misją ratunkowa dla moich kóz wpadł Braciszek. Przywlókł koniowzem 2 baloty cudnego, pachnącego Bieszczadami siana ( gdy wchodzę do obórki nie czuję żadnego innego zapachu, tylko to siano, którego w końcu jest tam jedynie odrobina w siatkach). Przyleciał oczywiście z Krysią, bo oni nierozłączni jacyś. I tak, z gadki-szmatki wyszło, że byli dopiero co, na Ukrainie. Więc mi się wymsknęło, że szkoda, żeśmy się nie zgadali, bo jest pewien środek medyczny, który pomaga w moich przypadłościach, a można go tam jedynie dostać. Efekt był taki, że Braciszek następnego dnia, zostawiwszy, świeżo nabyty w miejsce strzelonego, kocioł CO, poleciał popołudniem za te granicę i lek nabył. Teraz jeszcze muszę go umówić z Dziecięciem mym na odebranie i wyrównanie. Wczoraj Dziecię wróciło w stanie niekomunikatywnym. Odzywało się warkiem. Ja rozumiem, że zmęczone, niejedzone, w przemoczonych butach i upyćkanej towotem kurtce, ale ten wark mi się nie należał. Sam sobie wymyślił taką rozrywkę (mocno wbrew temu, czego ja dla niego oczekiwałam) więc powinien być hepi, że robi to co chce, fajnym traktorkiem, z fajnym pługiem (za niesamowicie fajne pieniądze). I w dodatku udało mu się zdążyć przed aurą. Myślę, że jak się wyśpi to mu się światopogląd  zmieni i podejmiemy rzeczowe negocjacje....