wtorek, 17 grudnia 2013

znowu

mniw dzisiaj wyrzuciło z piór ciemną nocą, czyli przed szóstą. Właściwie nie wyrzuciło - a wyrzuciła. Czarna gdzieś tam się wylegiwała, zmarzła i przylazła do pańci pod kołderkę. A że amatorów tej kołderki już było, oprócz pańci dwoje, to zaczęła się rozpychać i wylazłam. Czyli pies wywalił mnie z łóżka. Otworzywszy oczy, skonstatowałam ze zdziwieniem, że obok mojej głowy śpi, pomrukując, Pan Kot. Pan KOt chyba zaczyna się przygotowywać do przemawiania za tydzień ludzkim głosem, bo wczoraj miał normalne, kocie odruchy. Wlazł mianowicie na kolana Dziecku, z pomrukiem właściwym, potem przylazł do mnie, jak Dziecko zdecydowało się swoją jaskinie opuścić, no i spał na podusi. Właściwie na podusi zastępczej, bo właściwą oddałam Księżniczce i przebywa u mnie "w nogach". Księżniczka bowiem uparcie wykłada się na poduszce, żadne zwalanie w grą nie wchodzi, bo obrażona odsuwa się trzy centymetry, po czym wtranżala się na powrót, zanim ja zdążę. No, to niech ma. Należy się jej, bo ona tez już emerytka.
Wczorajszy dzień nerwowy był jakiś. Zaczęło się od śledzenia odlotów z Wiednia i przylotów do KRK, bo Dziecko P. mi tam niedzielnego wieczora, z powodu mgły, utknęło. I ta mgłą była tez z rana więc odloty pod znakiem zapytania. W końcu wyleciało z półgodzinnym opóźnieniem. I wylądowało. Po czym zadzwoniło, z pytaniem, co ono ma robić, bo się nie czuje na siłach. O urlopie zwykłym nie ma mowy, lekarz dopiero dziś od 14.00, a jest jeszcze urlop na żądanie. No, to mówię, bierz. I idź zrób badania, oraz do lekarza. Stwierdziła wkurzona, że jak zwykle jej nic nie doradzę. Niech tam.

A ja byłam już ze Starszym pod Brico (Dziecko odmówiło transportu, stwierdziło, że ma ciekawsze zajęcia, a Starszy chyba ma po to auto, żeby jeździć) i mój żołądek buntował się mocno.
Ten utajony wqrw wychodzi mi żołądkiem. Niestety. No i Dziecko P. ma to po mnie ("Czemu, ja nie mogłam nic dobrego po was odziedziczyć?"). Tyle, ze w jej wieku, ja potrafiłam sobie radzić ze stresem (a było go trochę: zawalone studia, ukochany Tatuś, który poszedł w siną dal z wywłoka o nikczemnym wyglądzie i charakterze itp). Miałam swoje sposoby i dawałam radę. Te sposoby opierały się właściwie na "Ja wam pokażę". Czyli nie skupiałam się na użalaniu, tylko dążyłam do "sukcesu" I na tym się skupiałam. A sukcesy były różne, czasem takie, O! Czasem tylko w moim pojęciu. Ale dałam radę.

W dzisiejszych czasach jest popularne korzystanie ze specjalistycznej pomocy, jeżeli się samemu nie daje rady. I sugeruję, żeby zamiast na kosmetyczkę wydać na taką pomoc. Może się to okazać inwestycją....

Wqrw jet utajony. Może lepiej by było, gdybym zaczęła drzeć mordę. Ale sądzę, że wtedy domek zamienił by się całkiem w domek wariatów, a i sąsiedzi mieliby rozrywkę, której nie  mam ochoty im dostarczać.

Do Brico trafiłam z powodu iż widziałam tam kiedyś jelita. I wydawały mi się w bardziej cywilizowany sposób przygotowane i zapakowane, niż te, które ostatnio (czyt 2 lata temu) kupiłam w tzw "siódemce". Tamte były oblepione solą, tworzyły zamarzniętą kulę, splątana oczywiście, i było ich kilometr. Oblecieliśmy nimi jakieś 4 albo pięć świąt, a i tak w końcu resztkę wyrzuciłam, bo ileż można.
Ponieważ zdecydowałam robić zakupy ściśle w/g kartki, więc nabyłam poza tym tylko kij do szczotki oraz 2 ścierki spoza listy, bo akurat jestem na etapie posiadania ścier, a nie ścierek. (Kto może, wyciera ścierką co może, a proszki piorą, jak mogą, a mogłyby za te pieniądze lepiej.). Po czym Starszy stwierdził, że jak tu jesteśmy, to może wstąpmy do Inter Marche. No to wstąpmy. Jak już wstąpiliśmy, to stwierdziłam, że resztę listy załatwimy już tu, żeby nie pielgrzymować, za bardzo, bo nie znoszę latania od sklepu do sklepu.
Ze Starszym robienie zakupów w/g kartki jest jak robienie zakupów z dzieckiem nieletnim. Ale dałam radę.
Pozostał tylko żwirek u weta, bo te co mają w tych Marche, jakoś mi się nie spodobały -są mało chłonne i nie zbrylają się. No i tatuś, zamiast pod wetem, stanął pod Majstrem. Więc zwiedziliśmy. Nie lubię zwiedzać dla zwiedzania, w dodatku z kimś, co zwiedza na innych kierunkach i potem ganiam między regałami, szukając go. Ale nabyłam klej do styropianu, potrzebny Dziecku, aby sobie ociepliło skutecznie drzwi w warsztacie i wypalacz do sadzy, który tu sprzedawali na sztuki.
U weta nabyłam żwirek, leśny zresztą. Ciekawe, że tam za każdym razem maja inne ceny. W ub. miesiącu kupiłam dziesiątkę po 17, dwa tygodnie temu dwa wory po 23, a wczoraj jeden wór za 24.
W powrotnej drodze zwiedziliśmy jeszcze Pepco. Tak dla zwiedzenia li tylko. Ceny maja faktycznie niskie, ale jakość pewnie taka sama. Poza tym , szwarc, mydło i powidło. Ładnie wygląda, jak na półkach poustawiane kolorami. Pojedynczo już mniej. I jak wszędzie mnóstwo choinkowo - świątecznego badziewia. Swoją drogą - wszędzie są takie tego ilości, że zastanawiam się, co się z tym dzieje potem. W końcu chyba ludziska całego świątecznego wystroju nie kupują co roku. 3 dychy za 6 baniek choinkowych, to może nie jest tak strrasznie dużo. Ale biorąc pod uwagę, że sześcioma bańkami się choinki nie ubierze, robi się dużo.

Poza tym, menu wigilijne nadal nie ustalone. Zrobiło się pewne, że organizm Starszego grzybów nie toleruje. I znowu gimnastyka umysłowa, jak to rozwiązać, żeby był wilki syty i owca cała. I będzie jak zwykle - i wilk syty, i owca cała, tylko juhasa wioska nie widziała.
Dlaczego ja nie znoszę Świąt? I dlaczego ogłaszam wyższość Świat Wielkanocnych, nad Świętami Bożego Narodzenia? ( Z dwojga złego.I proszę mi tu nie wpadać w jakieś oburzenia itp)

niedziela, 15 grudnia 2013

nici z planowania

Na sobotę miałam plan delikatny, bez przepracowywania się. Niestety, zaplanowało się samo.
Najpierw Dziecko, wstawszy o zwykłej mu porze, ogłosiło, że sprząta w garażu/warsztacie i niezbędna mu pomoc. Dziecko tak ma, ze jak cokolwiek robi, lubi mieć kibica. Który choćby stoi i zagaduje zęby. Ma takich kolegów, którzy palcem nie tkną, żeby pomóc, ale stoją i zęby zagadują. Matka natomiast coś tam pomoże, choćby przy miotle. A w warsztacie stało truchło malczana i na sztorc postawiona stara wersalka. Która zresztą skutecznie blokowała dostęp do wyczystki w kominie od kotła C.O. Stwierdziliśmy, że jak sprzatać, to ostatecznie i tej wersalki należy się pozbyć definitywnie. Tak więc, przy pomocy bosza wierzch został odłączony od skrzyni. Skrzynia wyniesiona do stodoły, jako materiał dla mistrzów upcyklingu. Wierzch natomiast został zdegradowany.
Jak się dostęp zrobił do wyczystki, to należało z niego skorzystać. I została odkryta przyczyna ciągle zadymionej kotłowni i kiepskiej pracy pieca, mimo ciągłej pracy nad nim - odkryliśmy mianowicie dziurę, że ręka swobodnie wchodziła pomiędzy przyłączem pieca a ściana komina. Kolejny miszcz hydrauliki , podczas podłączania tego kotła, manianę odstawił cudną. Jak się poprzedni kocioł zbuntował, Starszego olśniła idea, zapodana w jedynie słusznym radyju, zamontowania kotła ekologicznego. A ten ci olbrzymi jest w sensie długości i szerokości, bo podobno kostkę słomy można mu w ryj wsadzić.( Nie próbowałam, ale nie wierzę.) Nie bardzo mieścił się na miejscu starego, więc miszcz wymyślił, żeby go ustawić na ukos. Nie wiem, czemu nie przyszła mu do głowy myśl, żeby go jednak równolegle do ściany ustawić i jakieś kolano zastosować, coby na dziurę w kominie trafić. Może dlatego, że wyjście z pieca ma przekrój kwadratowy, coby było oryginalniej i trzeba by szukać miszcza, żeby kolano sporządził, bo normalnie droga kupna takiego nie nabędzie. W każdym razie, kocioł włazi w komin ukośnie, pomiędzy kotłem a ścianami dojście prawie nie istnieje, chyba, że od góry. Oczywistą oczywistością, panowie stwierdzili, że ja tu najlepiej wykorzystam moje talenty plastyczne i w glinie porobię. Lepiłam większość od strony wyczystki, dokończyłam prace rzeźbiarskie leżąc na kotle i lepiąc z góry, metoda macajewa. Jak wyglądałam potem -szkoda gadać.
W dodatku, ledwie zdążyłam zrzucić na glebę kurtkę w sadzy, glinie i popiele, pojawił się wysłannik parafii z opłatkami i należało dać. Na ogrzewanie kościoła się daje. Mało chyba uzbierają, bo wiecznie zimno. W związku z czym zimowa pora wybieram kościół w sąsiedniej mieścinie, gdzie zawsze ciepło i nawet, jak się gapią z góry na dół, w poszukiwaniu tematów (A dlaczego pani ciągle w tej samej sukience do kościoła chodzi? - Bo mąż bardzo lubi tę sukienkę), to mi to lotto, bo mało kto mnie zna i nie musze specjalnie starac się o wystrój.
Potem sporządziłam obiad - z uczuciami mieszanymi, bo Starszy zażądał kopytek. Nawet ziemniaki ugotował w ilości jak dla plutonu strzelców, dzięki czemu kury będą miały radochę. Zresztą okazało się, że "wiedziałam, że tak będzie", bo poprzednim razem, pół roku temu, Dziecko odmówiło konsumpcji. Zrobiłam mu do tego jakiś sos mięsno-pieczarkowy, który tez okazał się niewypałem. Dziecko pogrzebało w talerzu i głodne wstało od stołu, po czym miało rozmowę z sedesem. Nie wiem co się z Dzieckiem dzieje, ale coś nie tak. Ta sytuacja, która powoduje, że głównie przed kompem siedzi, chyba negatywnie się na nim odbija.

W dodatku w trakcie przygotowywania obiadu nagle poszły korki, co poprzedzone zostało odgłosem. Po czy Dziecko wpadło blade i siadło, oznajmiając, że nie może wyjść z podziwu dla siebie. Okazało się bowiem, że, stwierdziwszy w kablu od przedłużacza otarcie izolacji, złapało nożyce do blachy i ten kabel przecięło. Nie wyłączając go uprzedni z prądu. Dobrze, że pod ręką były te nożyce z izolowanymi rączkami, a nie obcęgi, na przykład. Chyba działało pod wpływem pomroczności jasnej, bo normalnie mu się takie akcje nie zdarzają - nigdy pod prądem nic nie kombinuje, korki wykręca i jeszcze sprawdza probówką, czy skutecznie.

Potem był normalny harmonogram wieczorny. A po nim, na deser zostało dopiero sprzątanie ton błota, które nam , Dziecku głównie, z butów poodpadały, na całej klatce schodowej i w mieszkaniu tudzież, bo trudno bundeswery zdejmować, za każdym razem, wchodząc do mieszkania.
Oraz pieczarki, które należało wstępnie obrobić, pod kątem wigilijnych dań, a które już leżały czas jakiś w misce, umyte przez Starszego. (Starszy wybierał się do spowiedzi i miał dzień dobroci dla zwierząt)
Na koniec jeszcze wyniosłam tonę prania na strych i zawiesiłam, coby mi na głowie to już nie wisiało na rano. I tak mi na rano zostały wisieć rachunki do zapłacenia internetem. Zabieram się do tego, jak pies do jeża, więc zaczęłam dziś od nich , coby wreszcie mieć z głowy. Dzięki wspaniałej możliwości płatności on-line, można odchudzić radykalnie stan konta, nie ruszając się z domu.

Dziecko P. odezwało się na FB, przekazują telegraficzną relację z pobytu za granicą. Dziś już przylata. Z informacji, że ktoś tam ma je odebrać z lotniska autem, wnoszę, że będzie na miejscu dość późno. Tam miała latanie z przesiadką i przy tej przesiadce czekała prawie 2 h. Samego lotu było coś półtora godziny, ale podróż trwała ogólnie, od wyjścia z domu, godzin 7. Z powrotem pewnie też z przesiadką, a że wylata ok 17, to pewnie będzie na miejscu w środku nocy. Do tej pory Francję znała głownie od strony Paryża i okolic, oraz  okolic Metz. Teraz poznała od strony małych alpejskich miasteczek. Harmonogram służbowy miała tak napięty, że wrażenia inne odbierała głównie z okna pociągu lub samochodu. Ale jednak.

Wciąż twierdzę, że podróże kształcą, w dodatku odbywa się ta edukacja tak jakby mimochodem. Tak, jak podczas czytania książek - wśród perypetii bohaterów, zawsze jakąś nową wiedzę wyłowimy. Co stwierdzam, konstatując ze smutkiem obrzydliwie nieznacząca ilość książek przeczytanych w tym roku. A głód się chyba odzywa, bo wczoraj do poduszki wzięłam, na 4 pewnie powtórkę, "Tajemnice pocztu Matejki".

sobota, 14 grudnia 2013

siedzem

iei siedzem i nie mogem się zdecydować,  żeby pójśc i zmienić pozycje na horyzontalną. A siadłam, bo narozrabiałam: mianowicie chleba. Przypomniałam sobie, że przecież resztka wyszła rano i na śniadanie nie będę miała. Rano nie upiekę sobie na śniadanie, bo ja śniadanie muszę zjeść zaraz jak wstanę. W przypadku odroczenia mój żołądek zje sam siebie. Perspektywa spożywania chleba sklepowego była trudniejsza do przyjęcia, niż perspektywa oczekiwania na upieczenie się chleba.
A najpierw to w ogóle siadłam, żeby poczekać aż ogrzany twaróg całkiem ostygnie, żeby go odcedzić. Bo sobie za późno przypomniałam, że mam już zsiadłe mleko. A mleko zsiadłe, na następny dzień jest zazwyczaj na twaróg za kwaśne. No to ogrzałam. I czekałam.

W trakcie czekania przegotowałam wieczorowe mleko. Nie robię tego nigdy. Koziego mleka się nie gotuje ani za bardzo nie podgrzewa. Tym razem była, powiedzmy, konieczność: mleko przyniosłam i zostawiłam nieprzecedzone w wiadereczku, a sama poszłam z psami. Starszy był w kuchni, więc byłam pewna, że przed kotami je uchroni. Starszy jednak wziął i się zabrał, a jak wrócił, Pan Kot urzędował nad wiaderkiem. Podobno miał mi nie mówić, ale powiedział. No to wzięłam i przegotowałam, bo nie miałabym na rano do kawy. Zostało sobie stygnąć w garnuszku. Jak już ostygło, na wierzchu pojawił się piękny, sztywny kożuszek. (Ja wiem, że większość ludzi, na sama myśl o kożuchu na  mleku dostaje odruchów wymiotnych. Ja natomiast zawsze byłam amatorem kożuszka. Z tym, że przez baardzo wiele lat nie miałam okazji się z nim spotkać. Jak była krowa, to mleka nigdy nie przegotowywałam, najwyżej dla dzieci, gdy były całkiem maleńkie. Ale wtedy to mleko było podstawą jakiejś kaszy, a nie samo dla siebie. Potem mleko się kupowało. Nigdy nie gotuję kupowanego w sklepie mleka ; ono i tak jest tak obrobione termicznie, ze właściwie, to nawet mlekiem już nie jest. Więc po co tę biała ciecz gotować. W dzieciństwie, gdy mieszkaliśmy u Dziadków, było na ogół mleko od własnej krowy. I też dziwacznie,  najbardziej lubiłam  mleko takie tyle co wydojone, jeszcze ciepłe i z pianką. Jak krowa była "na ocieleniu, to kupowało się mleko w mleczarni. Tak, właśnie w mleczarni, Była bardzo blisko, a przy mleczarni był taki kiosk, w którym sprzedawano mleko i śmietanę z konwi. Przychodziło się z puszką -jak się u nas nazywało bańkę,  kankę, na mleko - i pani sprzedająca taką śmieszną chochlą nabierała z konwi i wlewała do puszki. Ta "chochla" miała kształt walcowatego naczynka o pojemności litra, bądź kwaterki, wyposażonego w długi uchwyt. Litrówki służyły do mleka, kwaterki do śmietany. Ja już nic nie powiem o tym mleku i tej śmietanie, jakie były wtedy - tyle tylko, że tę śmietanę, kupioną w szklanej butelce, trzeba było z tej butelki wydobywać nożem, bo sama wyjść nie chciała. W każdym razie, czasem okoliczność zaistniała, że większa ilość mleka została zagotowana i odstawiona do wystygnięcia. Zawsze czatowałam na kożuszek, taki jeszcze ciepły najlepiej. Na koloniach letnich zawsze z politowaniem patrzyłam na współtowarzyszki kolonijnej doli, które na widok kożucha w mleku wpadały w histerię, jakby co najmniej pająka w tym kubku zobaczyły.)
No to ten kożuch z mleka oczywiście zeżarłam. I to był najwspanialszy ze wszystkich kożuchów.

W międzyczasie ze swego pokoju wynurzyło się Dziecko, w pełnym rynsztunku. Na pytanie dokąd tak nocą pomyka, oświadczyło, że naszła go ochota na czipsy. I pomknęło swoją złomboliczną strzałą do Wiejskiego Centrum Kultury i Rozrywki (domniemywam). Jak Dziecko nocą gdzieś pomyka, to matka tez nieskora do kładzenia się w pióra, bo na ogół matki tak mają, gdy dzieci pod swym dachem mają (chyba) Dziecku zeszło na tyle długo, bym zdążyła pomyśleć, że pewnie tam czipsów na wynos nie dają. Po czym wróciło, stwierdziło, że już mu ochota na czipsy przeszła, ale by coś zjadło i mogą to być kromki, z białym serkiem, ale lepiej jak nie z kozim. Niech ci, dawka chemii na dobranoc.

I takim sposobem mi przeszła ochota na przyjmowanie pozycji horyzontalnej i się właściwie w sobie wziąć nie mogę, żeby się przemieścić. Oczywiście, najpierw będę musiała strącić z łóżka część zalegającego tam zwierzyńca. Dokładnie: Czarna, jak się zbliżę zlezie sama, żeby zaraz po mym zalegnięciu wpychać się pod kołdrę. Natomiast Księżniczka śpi zapewne snem kamiennym na poduszkach i trzeba będzie ją przenieść. Być może zalegają tam także koty, bo Panny Koty nie ma w jej obgryzionym pudełku pod kaloryferem. Pan Kot również opuścił swą pozycję pod drzwiami i nie słychać jego warczenia.
Naprawdę dziwny jest ten kot. Nie widziałam dotąd kota, który by warczał w momencie próby pogłaskania go, warczał w ogóle przez większość czasu i prychał na wszystkich i wszystko, warczał w momencie brania go na ręce, był cały czas spięty i najeżony. Czasem jak śpi zwinięty w kłębek, można go pogłaskać i wtedy jakby się na to głaskanie nadstawiał i pomruki z siebie wydawał. Panna Kota też zbyt głaskliwa nie jest, nie bardzo ma ochotę na przebywanie na rękach, jak nie ma ochoty. Ale często zdarza jej się właśnie ochotę mieć i wtedy włazi na kolana sama i pomruk wydaje, jeszcze zanim dostanie głaski. Jak się Panu Kotu zdarzy coś podobnego, to jest to prawie święto. Obórkowa kota też taka naręczna za bardzo nie jest, ale daje się myziać i bardzo wdzięcznie i chętnie się bawi. Ale jej się z kolei nie dziwię, bo  większość czasu spędza ze Stefanem. Z nim się też bawi, paca go łapką po nosie, a Stefan podgryza ją za ogon. Robi to jednak delikatnie, bo wrzasków brak. W ogóle jakoś ją uwzględnia, bo dotąd jej nie rozdeptał, a usadawia mu się na ściółce, ostatnio już nie pod żłobem. Dołożyłam tam trochę słomy i widocznie jej to nie odpowiada.
Tak w ogóle, to dzisiejszy harmonogram się nieco przesunął, bo cała obórkowa hałastra domagała się karesów. Ale wcale mi to nie przeszkadza. Stwierdziłam, że to kozie towarzystwo bardzo dobrze mi robi.  Wieczorny spacer z psami też był dzisiaj przyjemny, pełnia się zbliża i pogoda zrobiła się sympatyczniejsza, błoto trochę obeschło, trawa tudzież i Księżniczka mniej dziwaczyła, chociaż ostatecznie nie znalazła odpowiedniej trawki na większa potrzebę.
Tylko Dziecko P. z tej zagranicy się nie odzywa wcale, chociaż ma wielki pakiet internetowy na komórkę wykupiony, który po tygodniu i tak jej przepadnie. A martwię się o nią, bo ekscesy zdrowotne tam miała.
Ale tak to z dzieckami bywa - dopóki nie będą miały własnych dziecek - nie zrozumieją.
Niedziela tuż tuż, a w niedziele wraca.

PS. Tak, jak myślałam: na poduszkach leżała Księżniczka, do niej przytulony, w kłębek zwinięty Pan Kot. A Czarna wyciągnięta po długości, nogami do nich. Na delikatne klepnięcie zareagowała przewróceniem się na grzbiet i przyjęciem pozycji "ręce do góry". Pana Kota delikatnie przeniosłam w nogi - na szczęście nie do końca się zbudził i nie spierniczył, mała polazła sama, a Czarna zlazła i wlazła pod kołdrę zaraz.
Nie muszę chyba dodawać, że przy tak licznym i intensywnym użytkowaniu mojego łóżka cotygodniowa wymiana pościeli to mus. Zastanawiam się czy Czarnej nie zimno na zimowym spacerze, skoro, jak żadne inne domowe zwierzę, noce spędza pod kołdra. A teraz Panna Kota wydaje pomiauk jakiś i pewnie tu zaraz przylezie udeptywać mi klatę i klawiaturę.

czwartek, 12 grudnia 2013

ciemno, czarno....

Znów mnie wymiotło z łóżka ciemna nocą. Koty poczuły pismo nosem i natychmiast zaczęły się dopraszać. Koty są wiecznie głodne. (te domowe, bo kicia Stefana je strasznie mało). W dodatku Panna Kota jest bezczelna, wyżera połowę swojej miseczki, następnie zabiera się za miskę Pana Kota włażąc mu pod nos. Pan Kot dżentelmeńsko jej ustępuje. Już dziwaczę z tymi miseczkami. Panu Kotu wstawiam na lodówkę, ale ta małpa, jak zobaczy, że on na tej lodówce coś szamie, to swoje zostawia i czym prędzej leci. Przed chwilą przylazła na kolana podziękować za śniadanko. Śmieszy mnie, jak włazi, obwąchuje mi usta i podgryza w brodę. A potem udeptuje mi podołek z pomrukiem. Ponieważ miała drugie podejście- opędzlowała własną miskę do dna i pół Kotowej, więc zamknęłam małpę w łazience, żeby i Kot mógł coś zjeść. Wczoraj zakupiłam łyskasa w granulkach. Rzuciły się oba, jakby 3 dni nie jadły. Niestety łyskas to jest jedyne koto-jadło, które wchodzi Panu Kotu.
Wczoraj u pana doktóra nasiedziałam się jak głupia, bo poślizg miał okrutny. Pan doktór piękny i młody, niewiele starszy od mojego Dziecka i zamotany, jak lato z radiem. Jak wyceniłam w aptece te recepty, których nie musiałam realizować natychmiast, to stwierdziłam do Dziecka, że się już i ze mnie skarbonka zaczyna robić. ( Skarbonka, to do tej pory był samochód dojrzały, wymagający czułej opieki, z gmyraniem we wnętrznościach i wymienianiem elementów na nowsze. Na szczęście gmyranie uskutecznia moje mądre Dziecko samo, ale elementy trzeba nabyć drogą kupna.)
O, psa czarna wstała i pakuje się na parapet opędzlować miskę Kota. Ona też wiecznie głodna, a jak zobaczy jakieś jadło to ma taki wyraz oczu, jakby jadła nie widziała od dawna. Zastanawia mnie ciągle, jak to jest: robię kromki -nie ma ich, choć jadło pachnie. Ale niech tylko kawałek ugryzę -już są obie. Przecież aż tak nie ciamkam i szczęką nie trzaskam.

Podobno Święta coraz bliżej. A ja na razie w czarnej de. Wypadałoby się brać pomału, bo potem na zakrętach nie wyrobię. A motywacja wewnętrzna mi coraz bardziej spada. Nie widzę sensu wykonywania tych wszystkich trujących potraw, tylko dlatego, że tak każe TRADYCJA. Tradycja jest to, niestety, dla mnie najbardziej bezsensowne uzasadnienie. Ja wiem, że tradycje budują historie pokoleń, wizerunek narodu i takie tam historyczne ideologiczne tralala. Ale niektóre rzeczy wyglądały inaczej 100 lat temu, a inaczej dzisiaj. Jeszcze u mojego Starszego był zwyczaj przynoszenia snopa na wigilię do izby. Potem się dzieciska w tym tłumiły, a na koniec spały na tej rozwalonej słomie. A jak nastały parkiety, dywany i prasy do słomy, to snopa w izbie zaniechano. Tudzież rzucania kutią do powały. Jak się w drewnianej chałupie bieliło wapnem i prośnianym pędzlem dwa razy do roku, to niechby tam rzucali. A teraz malowanie odbywa się raz na parę lat, to co, wdrapywać się i tę kutię z sufitu zmywać? Więc nikt nie rzuca już od dawna.
Podobnież żołądkowe wrzody i inne takie dawniej nie występowały. Dziadek w leciech opierniczał kapuchę dzień w dzień i miał się dobrze. (Jeszcze nawet mój teść, dziewięćdziesięcioletni, któremu tej kapuchy skąpiłam ze względu na wiek i zdrowie, potrafił nocą wstawać, kapuchę grzać, o mało chałupy nie spaliwszy i wcinać)A teraz? Starszemu pękł wrzód akurat tuż przed ubiegłorocznymi Świętami. Ja ciężkostrawnych potraw nie jem. Ciotki obie letnie i też gastrycznie nie pierwszej możliwości. I gotuj tu kapuchy, kapuśniane pierogasy, grzybowe uszka itp. Po co, na co i dlaczego? Miałam Siostrę, w ostatnie jej w życiu święta u siebie. Z woreczkiem, jak się wtedy wydawało. Mogła skosztować tylko ryby w galarecie. Tak, że wybaczcie, ale ta tradycja mnie wqrza i tyle. Sensu nie widzę katować się zdrowotnie, bo dziadowie i pradziadowi itd... Niestety będę musiała te wszystkie "pyszności" przygotować. I w dodatku sama.

I kto tu mówi o wolności. Wolnym można być jedynie na bezludnej wyspie. I to nie do końca, bo też jest się tam niewolnikiem ograniczeń. Gogol (pewnie) rzekł, ze "Wolnym może być tylko idiota", Czasem zazdroszczę idiotom.
Tak, że jak słyszę słowo "wolność" (dotyczące oczywiście czasów obecnych, nie jakieś tam historyczne historie), to zastanawiam się czy delikwent do końca wie o czym mówi. Najśmieszniejsze wydaje mi się odwoływanie ciągłe do Hameryki, jaką to tam mają wolność. A jaka to wolność, jak np. w reprezentacyjnej dzielnicy nie wolno ci trzymać pikapa na podjeździe, only lemuzynę wolno. U nas też jakieś pierdoły takie się pojawiają. Koleżanka osiadła, po poszukiwaniach w nadmorskim miasteczku, w mieszkanku w zabudowie szeregowej. Przed każdym mieszkankiem parterowym przedogródek z paroma płytami chodnikowymi i odrobiną trawki. Ale mieszkańcom nie wolno tego przedogródka po swojemu zagospodarować, bo rada wspólnoty mieszkaniowej stwierdziła, że ma być jednakowo. Toż już w Chinach nawet od jednakowości odeszli! A że koleżanka artystka i pisarka, tym większy bunt wewnętrzny w niej narasta i eksplodować może.
Jasno się robić zaczyna i ta jasność ukazała potwornie upaćkany parapet. Czemu koty jedzą jak świnie, jadło z miski muszą wyciągać. Ta mała wariatka czasem nawet łapą sobie pomaga, a ja to potem muszę sprzątać, co by mi się Starszy nie przylepił, jak nad kaloryferem zawiśnie.

Drzwi mi się malują ospale, bo krytyki Starszego motywację mi zmniejszyły do zera. No, ale skoro oblepione i farba przygotowana to należy skończyć. Bez przekonania. Wczoraj zaczął coś marudzić o szpachlowaniu drzwi od łazienki. Kazałam samemu, jak pragnie reanimować trupa. Drzwi od łazienki bowiem dziwnie ząb czasu użarł - z wierzchu jeszcze ewentualnie ujdą, ale wewnątrz próchno. Jedynie wymiana na nowszy model w grę wchodzi. Tyle, że one też są hand -made, czyli swobodna tfórczość artystyczna domorosłego stolarza i w istniejącej futrynie żadnego gotowego skrzydła nie zawiesi. Trzeba z futryną zdemolować. Jesteśmy z Dzieckiem niejako na świeżo, po podobnej demolce dwojga drzwi zewnętrznych oraz osadzaniu na nowo. Zbyt absorbujące, by mogło stać się zajęciem ulubionym i zachęcać do częstszych powtórek.

Okienko drugie do kóz przysposobiłam. Może dziś wreszcie Dziecko weźmie się w sobie i pomoże zawiesić. Chyba, że pojedzie ze Starszym opony w jego lemuzynie wymieniać. Ale to się po południu dopiero szykuje, jak kuryjer nowe przywiezie, bo Dziecko internetem zakupiło z darmowa dostawą.

Ja też muszę internet przegrzebać, bo Dziecko pożąda spodnie bojówki. Takowych na niego nie szyją. Dżinsy jeszcze po znajomości można nabyć, bo gość zamówi odpowiednia długość. Natomiast bojówki kończą się na długości 34. Dziecku akurat po kostki. Dziecko jest wierzące. W możliwości matki. I domaga się uszycia. Szyłam była już spodnie jemu, bo na każdym etapie był problem ten sam. Tylko materiału odpowiedniego w mojej mieścinie nie nabędę. Opory mam niejakie przed nabywaniem w sieci, bo materię pomacać lubię. Ale czasem się trafi, jak ślepy kurze ziarko, jak ten sztruks, co mu na marynarkę za 9zł nabyłam i jeszcze na drugą zostało. I tym sposobem marynarka kosztowała 4,50 + krawiec 250 (HA! HA!)
No, ale to są uroki bycia ponadwymiarowym. Kołdra na zamówienie, łóżko na zamówienie, biurko tyż.
Dobrze, że stopy ma przy tym nie jak złodziej podolski i buty można mniej więcej normalnie nabyć.

środa, 11 grudnia 2013

switem bladym, bladym ranem

wstałam. O 6, nawet 00. Nie wiem czemu i po co. Wczoraj chleba mi się juz nie chciało piec, więc teraz nastawiłam. Mój żołądek sklepowego nie przyjmuje, a ostatnio buntuje się w ogóle.
Obiad panom zrobiłam wczoraj z poświęceniem, bo sam zapach jedzenia podnosił mi zawartość.
Już myślałam, że moje sensacje żołądkowe, po ustaniu kontaktów z najukochańsza małżonką mojego Ojca mam z głowy. Okazuje się jednak, że nie. Stresy go jedzą, a tych mi ciągle Pan Starszy najczęściej dostarcza.
Wczoraj zaliczyliśmy sąsiednią metropolię, bo przylazły pieniądze za zboże i trzeba było wybrać, żeby zapłacić za orkę tego ugoru, który postanowiliśmy reanimować. Dziecko wespół ze Starszym stwierdziło, że nasz muzealny sprzęt temu nie da rady i najęliśmy gościa z nowocześniejszym. Byliśmy też pooglądać efekty pracy tego sprzętu. Stwierdziliśmy, że to już był ostatni moment na reanimację, bo za chwilę trzeba by sądy uruchamiać, żeby swojego dojść. Z lewej strony jest droga i sąsiad zza tej drogi zaczął ją sobie pomału przyorywać, tak, że droga siłą rzeczy musiałaby się przesunąć wgłąb naszej działki. Na końcu tez zaczęło się podskubywanie. Dziwię się ludziom -jakby ich ten metr mógł zbawić i do bogactwa doprowadzić. Ten co sobie przyorał drogę zyskał około 1 ara, natomiast ten drugi, ledwie kilkanaście metrów kwadratowych.
Jeżeliby tam siał rzepak i miał plon np 4 tony z hektara, to z tego przyoranego zyskałby około 50zł. No ale to jest już chleb na miesiąc dla dwóch osób, albo ruskie fajki na tydzień dla jednej.
Dziecko P., za ostania swoją bytnością przywiozło matce odrobinę luksusu, w postaci musującej kuli kąpielowej. Nie preferuję moczenia się w wannie we własnym sosie, zwykle korzystam z końcówki prysznicowej, ale wczoraj stwierdziłam, że się jednak pomoczę, bo temperatura w łazience jest zimą zawsze za niska, jak na moje standardy. Woda z ciepłego kranu lała się w takim tempie, że zanim się nalała, to zdążyła wystygnąć. (Coś jest nie tak w którymś miejscu, może rurka od bojlera za cienka. Przydałby się jakiś mądry hydraulik, ale pewnie jednak nie zimą, bo jak zaleje piwnicę przy tych robotach, to do wiosny nie wyschnie.) No i postanowiłam, że jak już się mam moczyć, to sobie tę kulę wpuszczę. Okazało się,  że super sprawa. Po raz pierwszy wyszłam z wanny nie szeleszcząc. Nie wiem co ona była za jedna, bo nalepki żadnej nie miała, ale podejrzewam, że skoro pozostałe dary (żel do kąpieli, którego i tak nie używam, fafkulec i krem do kończyn chwytnych)) były z Rochera, to owa kula tudzież. Mam jeszcze mydło lawendowe, pachnące przecudnie, także od Córuni, z jakiegoś takiego sklepu, w którym bardzo drogie rzeczy można kupić za rozsądne pieniądze (np skórzany portfel za 400zł po 100).
Uwielbiam zapach lawendy. Lawenduję co mogę, Miałam kiedyś w polu parę krzaczków, ale mi chłopy przyorały. Przed domem posadziłam wzdłuż ścieżki od schodów, ale miejsce jej nie odpowiadało. Trzeba się było do tego bardziej przyłożyć, wykopać rowek po długości i wypełnić ziemią odkwaszoną i zmieszaną z piaskiem.No, a najpierw doczytać, jakie warunki glebowe lawenda lubi, ze nie będzie rosła gdzie bądź, jak trawa. I pewnie wiosna tak zrobię. Poza tym muszę w polu znaleźć jakieś miejsce na lawendę. Takie, żeby nie trzeba było z pługiem slalomem jeździć, bo mi chłopy odmówią. I tak zaoranie grządek to jest niezła przygoda, ale to ze względu na mądre pomysły szanownej szwagierki, która wzdłuż grządek bzów nasadziła, a na końcu porzeczki. Nie można więc ani wszerz ani wzdłuż, co skiba odłożona, to cofnąć trzeba. Takim sposobem to jest bardziej zmordowane niż zaorane. Jak mi potem Dziecko agregatuje na wiosnę, to tym samym trybem to idzie.
Święta idą! Za oknem mam właśnie świniobicie u sąsiada. Na szczęście tę świnie słychać było tylko przy zdejmowaniu z dwukółki. Teraz słychać  rzeźnika, jak gębę drze - traktor jest cały czas na chodzie, więc musi go przekrzyczeć.
W obliczu ostatnich schabowych, które były niejadalne, rozważałam opcję wstawienia jakiegoś ryja do chlewika. Dziecko jest mięsożerne, ale wybredne. Może to nie jest najwłaściwsze określenie: ma odruch wymiotny jak go coś zbrzydzi. A zbrzydza się łatwo. Ostatnio opierniczyło mnie przy obiedzie, że na jego oczach robię paciankę. A pacianka polegała na tym, że na porcyjkę ziemniaków gotowa do dzioba położyłam warstwę surówki z marchewki. A te kotlety, kupione po 20zł za kg, tłukło osobiście i pod tłuczkiem się rozłaziły. Nie dziwię się, że już nie miało na nie ochoty. Mnie się zrobiło to samo, po tłuczeniu którychśtam kotletów. I nie jem mięsa po prostu. Ale Dziecko jest mięsożerne i bez mięsa się nie obejdzie. Po obiedzie z naleśników, racuchów, czy innych takich woła kromki prawie natychmiast. Ryż z jabłkami, czy owocami, to na deser może być, nie na obiad. Więc chyba jedyne wyjście wstawić ryj do chlewika. I kupić wiosną brojlery lub indyki. Wiąże się to jednak z koniecznością zakupu zamrażarki, lub reanimacja istniejącej, czego nie popieram. Jest ogromna, kupowaliśmy ją do sklepu, więc taka była jak najbardziej. W momencie zakupu była nowoczesna, ale to było 20 lat temu. Ale nie ma się co martwić na zapas. Nawet gdyby, to i tak dopiero na najbliższą jesień.

Mam na dzisiaj zapisaną wizytę u najbardziej lubianego przez kobiety wracza. Już przeżywam na różne sposoby. Ze stówką będę musiała się rozstać, a nie wiadomo, czy będzie ona w najwłaściwszym miejscu wydana, ponieważ o owym doktorze nie mam żadnych danych, oprócz nazwiska. Ale w sąsiedniej mieścinie ci lekarze są tylko kiepscy albo jeszcze gorsi, a pielgrzymek uskutecznić nie będę. Chyba, żeby była konieczność.

Mam zamiar uczynić piernik oczekujący. Może już zaraz się wezmę, bo to ostatni dzwonek na taki piernik. Prawdę mówiąc, nie robiłam go nigdy. Natomiast moja Mama zawsze taki piekła. Do dziś pamiętam, jak jednego razu, u Dziadków jeszcze, miód z cukrem się na kuchni topił, a my przysmażaliśmy sobie na patelni boczek. A patelnia stał tek, że sięgało się do niej przez ten garnek. Z widelcem oczywiście. No i taki jeden plasterek w tym miodzie wylądował. Panika nastąpiła, ale plasterek został natychmiast wyłowiony, piernik wędzonką nie przeszedł. Ciasto dojrzewało w garnku na szafie, a my takie surowe ciasto podskubywaliśmy cichcem i namiętnie, zbierając opeery od Mamy, jak przyuważyła. Tradycyjnie był u nas tez na święta pieczony, u Dziadków jeszcze, bo potem już nie, taki placek, który nazywał się "robak". To były dwa kruche ciasta -czarne i białe. Przez maszynkę do mięsa wypuszczone jedno na blaszkę, posmarowane marmoladą a na to drugie. Placek był twardy jak stopięćdziesiąt i prawie nikt go nie jadł -kury pewnie zjadały po świętach. I dziwię się czemu był ciągle pieczony wobec tego. W ogóle to jakieś takie niewymyślne ciasta były pieczone - biszkopt z foremki keksowej, cwibak, makowiec zawijany, sernik -cudo babcinej produkcji. I pischinger, do którego gotowało się kajmak. A zwieńczeniem wypieków były babcine bułki. Pamiętam, że było ich tyle, że już pieczone były w bele czem, np w czerwonym garnku z jednym uchem, w chlebowym piecu. Z tej garnkowej były ciekawe kromki. Bułki były słodkawe, ale to wcale nie przeszkadzało w konsumowaniu ich z wędliną. Zresztą bywało, że Braciszek zagryzał szynkę makowcem i tez było dobrze. A na Nowy Rok był pieczony tort "bułkowy" zamiast mąki dawało się tarta bułkę. Ten tort zresztą obskakiwał u nas wszelkie tortowe okazje. I był całkiem jadalny.

wtorek, 10 grudnia 2013

nic nowego...

Poza tym, że po Xsawerym przyszedł śnieg, a po nim deszcz i dzięki temu deszczu śniegu już nie ma. Na wsiowym trotuarze była rozbijdupa, tak, że psy większość spaceru przeszły "u nogi", bo obawiałam się, że wypuszczone "naprzód", pójdą swoim tempem, za którym nie nadążę i wyląduję na ryju (w lepszym przypadku. W gorszym na plecach, bo mogłabym się nie pozbierać i pojechałabym z animi po tym lodowisku) Najgorzej było tam, gdzie trotuar krzyżował się z bocznymi dróżkami - żywy lód lśnił w świetle latarni i poodował wzrost temperatury na plecach. Deszcz sprawy nie załatwił z tym lodem, pod wieczór jakby go przybyło, tylko chodnik został odśnieżony, z tym, że nie na całej długości. Bo niektórym się nie chce. Dziwne, że odśnieżają stare, samotne babki, a młode światłe - nie. Pewnie mają więcej kasy na ewentualne odszkodowania za złamane nogi, albo uważają, że procedura dochodzenia jest tak przewlekłą, że zdąży się przedawnić i ich nie dotknie.
Z powodu ciapy strasznej, Księżniczka przed spacerem ubierana jest w "pekeś". Widok Księżniczki przychodzącej na wołanie do ubrania - bezcenny. Ze śmiechu można pęc, jak idzie: łaaaapa.....za.....łaaaapą, przykulona do podłogi, z głową między nogami (o ile jeszcze się da tam głowę zmieścić, bo czołga się prawie), nie patrząc na tę wredną małpę, co znowu ją chce w jakieś portki wtłaczać. Wolę jednak portki niż wannę o każdym spacerze. No, ile razy dziennie można psa kąpać, nawet jak są to tylko łapy.

Tak wygląda Księżniczka w pekesiu. Zdjęcie z ubiegłej zimy. Szukam usilnie zdjęcia, jak wygląda, jak wyjdzie bez pekesia ale mam na innym kompie.
Dzisiaj było bez problemów. Dziewczyny wysikane rano luzem, a potem poszłam z nimi bez pekesia, bo mróz i wszystko sztywne. Księżniczka załatwiła sprawy bez kombinowania, a potem, o dziwo, pognała na przód. Żadna mokra trawa jej po podwoziu nie smyrała, więc było OK. Czarna zobaczyła kawałek reklamówki na badylku i się zjeżyła,
Stefana wypościłam na chwilę, z obawą niejaką, bo na podwórzu miejscami lód, a ten idzie cwałem bocznym -krakowiaczkiem.  Nieszczęścia chodzą nie tylko po ludziach (po mnie w tej chwili chodzi Panna Kota i coś kombinuje), po kozach też. Niedawno szlachetnie urodzona koza, przemiłej dziewczyny z forum zerwała więzadło krzyżowe. Dobrze, że ona w jakimś cywilizowanym świecie żyje i ma dostęp do mądrych wetów, bo u mnie kazaliby ubić.
Stefanisko wywlekłam gdzie lodu nie ma i pokazałam mu świerki do regulowania. A że regulował, trzęsąc się jak galareta, to poszedł do obórki na powrót. Chętnie nader. Obórkowa kota wylazła też na chwilę, ale jak zobaczyła,że Stefan wraca, to ona też. Ona jest chyba kota Stefana. I go uwielbia, chociaż bałwan ją podgryza.A podgryza ją zapewne z zazdrości, bo wtedy, gdy ja trzymam na rękach i myziam. Że nie Stefunia, tylko kotę.

Powietrze się w chacie nieco rozrzedziło. Pan Starszy bywa, że się odezwie ludzkim głosem. Częściej mu się zdarza, że w kuchni przesiaduje. Pewnie dlatego, ze komp mu padł, a ileż można słuchać najsłuszniejszego radia. Co prawda,w każdym tekście szuka drugiego dna i interpretuje sobie , w sobie tylko właściwy sposób, poprzez własne EGO. Nawet prośby o zaprzestanie pieprzenia ze względu na mój żołądek, nie docierają. No, a wczoraj dał mi do wiwatu przez pół dnia.
W kontekście powyższego, masochizmem trąci czytanie w sieci tekstów zionących hejtem i głupotą. I co ciekawe, ten hejt ma mnóstwo zwolenników, równie ziejących i hejt popierających oraz nieudacznictwo i bezmyślne borykanie się z codziennością, na własne życzenie, nazywających heroizmem.
Qrwa, jaki jest heroizm w zalewaniu stosu słoików wrzątkiem w wiadrze, coby odmokły i umyć się dały, albo w zamurowywaniu w grudniu otworów okiennych w koziarni, coby sie wilki nie dostały. 

Nie powiem, sama też mam wiele grzechów niechciejstwa na sumieniu, odkładania "na jutro" (Drzwi czekają, taśma zaczęła odpadać, a wałek pewnie zasechł). Ale ja trochę wiem, gdzie raki zimują i nikt mi nie powie, że to i tamto. Jak przyszłam, panienką, na tę wieś, to najpierw miałam wynajęty pokój przy rodzinie. W pokoju nie było pieca, na zimę, po bojach usilnych i interwencjach zewnętrznych, wstawili mi kozę. Na środek pokoju, coby rury więcej było i grzała też owa rura. Wodę na herbatę, na bieżące mycie itd, grzałam na butli turystycznej. A największym szokiem i sprawa trudną do przejścia był brak w owym domu wygódki. Chodziło się do obory, która zawierała w sobie chlew. Starałam się korzystać jak najmniej. Co prawda pierwsze 14 lat swego życia przeżyłam z wygódką na zewnątrz, wychodkiem czule przez nas zwaną, na której drzwiach bujaliśmy się , ku zgrozie starszeństwa. Ale, żeby do chlewa?!
Potem zamieszkałam w starej, długo pustką stojącej chałupie. Z wygódką na polu i woda w studni. Z kuchnią kaflową w kuchni i czymś w postaci kozy, obłożonej szamotem - w pokoju. Ciepło było, jak się paliło. Z pokojem sąsiadowało nieużywane pomieszczenie, w którym belki przy podwalinie były zjedzone nieco i dodatkowo ono ziębiło. Pracowało się wtedy dłużej, czasem wyprawa do mieściny po jakieś zakupy i dwa km od stacji spaceru. Wychodziłam z zimnego, do zimnego wracałam. I jeszcze zimą, z duszą na ramieniu, czy jakiś podsklepowy pijaczek nie uwalił mi się na schodach, w tzw "rynkach". 
Mieszkałam tam 6 lat. Cały czas było na tymczasem, bo miało być co innego. Przeważnie sama, bo ślubny małżonek był najpierw w armii, a potem wolał zimą mieszkać w hotelu robotniczym, z którego miał 2 kroki do pracy.Zamiast marznąć, gnać kilometrami do stacji, zima w obie strony po nocy, świtem bladym się zrywać. I jakoś sobie nie przypominam, żeby mi cokolwiek zarosło, coby w wiaderku wrzątkiem zalewać, dla odmoknięcia. 
Potem mieszkałam 4 lata w szkole. Tu był komfort już niejaki, bo C.O. grzało. I woda w kranie była. Zimna co prawda. Ciepłą można było uzyskać paląc pod kuchnią. Co mi się szybko znudziło. Na bieżące potrzeby korzystała z tego co dał kran, a ciepłą uzyskiwałam, grzejąc w wiadrze taką olbrzymią grzałką. Z tym, że grzałam piętro wyżej i potem ten wrzątek po schodach na dół nosiłam. Raz się to skończyło poparzeniem psa, który łaził za mną krok w krok, na ogół pod nogami. Sytuacja z woda stałą się ciekawa w najgorszym momencie - gdy urodziło się me pierwsze Dziecię. Studnia istniejąca byłą już na padnięciu, więc zleciłam, w porozumieniu z władzami wykonanie głębinowej. To byłą taka rura głęboko wbita w ziemię. Fachury coś spierniczyły, bo umieszczone na początku tej rury filtry ciągle się zapychały. Az zapchały się definitywnie. I zostały wiaderka. Studnia byłą u sąsiada za płotem tuż. Ale żeby do niej dojść trzeba było tych metrów pomiędzy furtkami pokonać trochę. Na szczęście sąsiad był ludzki i sprawę załatwialiśmy tak, że on ciągnął u siebie i wiadra mi przez płot podawał. To była woda do spożycia. Natomiast na mycie i pranie załatwiało się sposobami. Np. kombinowało się wąż strażacki i pompę. I tym wężem, przez okno od łazienki zapełniało się wannę. Raz na jakiś czas, oczywiście. I oczywiście wanna, jako zbiornik wody, nie mogła służyć do celów jej przypisanych, zatem ablucje wróciły do sposobów prymitywnych. Taką jazdę miałam przez 3 miesiące. Ze świeżo nabytym niemowlakiem. i sama. Albowiem niemowlaka nabyłam będąc już panienką z odzysku. Byłam w wieku, gdzie nabycie niemowlaka było dla mnie sprawą istotniejszą niż tak zwane "dobre imię".  Zresztą w momencie nabywania, dzieciak już miał tatusia formalnie, choć jeszcze nie "przed obliczem". Zresztą to właśnie tatuś załatwiał te strażackie pompy. Tak, że warunki takie partyzanckie więcej były. Owszem, zdarzały się w tych warunkach garnki w zlewie dwudniowe, ale raczej w momentach choróbska jakiegoś, nie na co dzień.

niedziela, 8 grudnia 2013

znowu niedziela

i znowu chleb o poranku. Waga znowu zżarła baterie. Miesiąc jej wystarczył na 2 pluskwy! Zachciało się nowoczesności. I tak co chwila przepraszam się ze starą wagą, która mnie wkurza: była kiedyś spadła z wysokości i od tego momentu nie można jej starować normalnie. Taruje na 10 dekach, a dalej skala jest nieco zamazana i 35dkg jest więcej na czuja. Chyba kupię taką mechaniczną, ze wskazówką, której nie trzeba karmić po 7zł na miesiąc. Nawiasem mówiąc, chyba ona jest jakaś spsuta od zarania, bo waga łazienkowa, full czajna z biedronki, chodzi na jednej baterii duuużo dłużej.

Xsawery wreszcie zwinął ogon i dziś jest taka cisza za oknami, że aż dziwne się wydaje. Przez ostatnie dnie było wietrznie, nawet bez Xsawerego i było to dla mnie dość uciążliwe. Po Xsawerym straty niezbyt wielkie w stosunku do tego co innym narobił. Tylko ten spalony komp i daszek zdemontowany z traktora i pizgnięty u granic posesji. Grusza go chyba zatrzymała (a miała być wycięta). Lipa się ostała jeszcze tym razem. Naszarpało tylko dużo drobnych gałązek i usłało nimi teren. Niech leżą.

Wczoraj znudziło mi się nieróbstwo i zdecydowałam wreszcie pomalować drzwi, które poszpachlowane już stały ponad tydzień. Dziecko zostało poproszone o oklejenie szyby u góry. Też mu się nieróbstwo znudziło i samo, z własnej i nieprzymuszonej woli te drzwi przetarło ściernym papierem. Mrucząc co dwa ruchy ręką, że spieprzyłam to szpachlowanie i szpachlować nie umiem.
Po czym dowiedziałam się, że w ogóle to chyba nic nie umiem. Odgrzana fasolka była za gorąca i stwierdził, że nie umiem odgrzewać, bo albo za gorące, albo za zimne.
Następnie Pan Starszy pooglądał szczegółowo drzwi  po pierwszym malowaniu i gadka była taka: "To tak natychmiast schnie? To niedobra farba, bo będzie pękać. " ( Malowałam Dekoralem, Akrylux, do drewna i metalu, szybkoschnąca i pachnąca, 19,90 za pół litra, niedobry?. Rozcieńczony do malowania wałeczkiem, kryje idealnie , cienko i równo). Potem: a ta rysa tu to co? (pęknięte drewno) Było zaszpachlować. A faktycznie tego pęknięcia nie widziałam, w tym miejscu szpachlowane było. Ale wiem już z doświadczenia, po malowaniu starych drzwi, że jak im coś dolega, to takie pęknięcia pojawiają się po pomalowaniu i wyschnięciu farby.
Następnie Pan Starszy udał się do kotłowni, przeczyścił dymnice, przerusztował palenisko, dołozył do pieca. Zasyfił sadza i popiołem cała kotłownię. Po czym stwierdził, że "Teraz się dopiero pali. I nic się nie dymi. I że ja nie potrafię palić".  I super. Jak się czegoś nie potrafi, to albo się uczy, albo się tego nie robi. Wybieram tę drugą opcję. Teraz on będzie miał dwie opcje do wyboru -albo będzie leżał w zimnie do południa, albo zwlecze dupę i zapali, skoro ja nie umiem.
Dziwię się, jak to wszystko do tej pory przeżyło, wyglądając jako -tako, w brudzie nie ginąc, skoro ja nic nie umiem. I jak ta chałupa wygląda, jak wygląda, dzięki temu, że prawie wszystko w niej, do stanu obecnego, zostało doprowadzone moimi ręcamy. Ostatnimi czasy z pomocą Dziecka, przy klejeniu tapet szklanych, a moją Dziecku przy układaniu paneli.
Ale skoro nic nie umiem, to należy olać wysiłki. Będzie więcej czasu na nicnierobienie.

Z rana poczytałam sobie skrótowo parę blogów (po nakarmieniu domowego zwierzyńca i nastawieniu chleba). Bardzo optymistyczny blog Kretowatej, a potem jakieś ideologiczne bzdety o teoriach spiskowych, masonach i niszczeniu Kościoła (!?) No, niestety, Kościół sam się niszczy, przez zadufanie hierarchów i ciasnotę umysłową proboszczów. Ostatnio osobiście się dowiedziałam, że propagowałam w szkole ideologię gender, a w przedszkolach szerzy się prostytucję. Będąc przypadkiem w oszą, gmerając na półce w poszukiwaniu kawiarki odpowiedniej pojemności, wysłuchałam rozmowę pań wykładających towar. Mowa była o chodzeniu do kościoła: "po co będę chodzić, żeby wysłuchiwać tych bzdur, co on tam gada?", Druga wypowiedziała się w podobnym tonie.
Nie dziwię się zatem wędrówkom po kościołach(tak krytykowanym), tych osób, które chcą uczestniczyć i szukają, gdzie to słowo do nich padnie dobre. Sama, będąc w KRK wybierałam Dominikanów, a tu na miejscu - Bernardynów. Choć ostatnimi czasy, u tych miejscowych, trafiam głównie na rozważania polityczne, lub dotyczące tych, którzy akurat do kościoła nie chodzą, a poza tym jest po trochu o wszystkim i do końca nie wiadomo, o co to chodziło. No, to się wypowiedziałam. I ja wiem, że na ten temat, jest zdań mnóstwo, więc może nie rozwijajmy raczej tematu.

(Pan Starszy wybrał jednak powstanie i rozpalenie w piecu. NO!)

Tymczasem chleb się upiekł. Przy czym stwierdziłam, że pewnie dolna grzałka znów ma padakę. No, niech to. Ale to pewnie po ostatnim rozgrzaniu dolnej blachy do czerwoności tak się nadwerężyła. W takim razie pozostaje pieczenie na wiatraku. A teraz juz mogę ruszyc cztery litery i iść do pozostałej zwierzyny. Nadal nie wiem, co zrobić z ta kicia obórkową. Ona tam nie może docelowo przebywać, bo zdziczeje i zmarznie. Coś wymyślić trzeba. Trzeci kot w domu?
Przyniosłam dziadę na chwilę. Pan Kot prychnął, parsknął warknął i poszedł  w dal. Panna Kota wzięta w drugą rękę obwąchiwała maluszka zawzięcie. Psa Czarna wykazywała zainteresowanie niejakie, ale do obwąchania nie została dopuszczona. Obawiałam się reakcji Koty Obórkowej, która wystraszona mogłaby Czarną potraktować pazurami. Po czym zasiadłam w swoim kuchennym kątku, z K.O. na podołku, mocno trzymaną ręką. K.O. parskała i prychała. Panna Kota przylazła, przycupnęła centralnie na wprost mojego podołka i paaatrzyła taaakimi wieeelkimi oczyskami. Posiedziałyśmy tak chwilę, wysłuchawszy zaleceń w stylu: "Daj ogłoszenie, że przyjmujesz bezdomne koty.... A może dotacje jakąś na to da się uzyskać... Zanieś do pani M. (od której pani D. a raczej jej synek tę kotę wysępił), pani M. sobie z panią D. załatwi."
Nie sądzę. Poza tym, nie mam zamiaru stawiać na ostrzu noża stosunków z panią D. z powodu jej podejścia do sprawy kota.I wcale nie jestem na nią wściekła (jak twierdzi Starszy w rozmowie ze swoją siostrunią). Mam tylko problem.

Tak się zastanawiam. Piszę tu o takich bzdurach różnych. Czy faktycznie moje życie się do tych bzdur nie sprowadziło? Czy rozważania egzystenjalne, dotyczące "świata", ludzi, zdarzeń omijają mnie? Częściowo tak. "Wyłączyłam" się na pewne informacje. Radia słucham lokalnego. W internecie czytam nagłówki wiadomości. Czasem wchodzę w treść i okazuje się, że bzdet znowu jakiś. Dotyczący wydarzenia w Paragwaju (przepraszam I.D)umieszczony na pierwszym miejscu w wiadomościach. A istotnych tematów, dotyczących tego co się dzieje w naszym cudownym kraju -niet. Więc lepiej mnie czytać, nie wqrwiać się cyckami, celulitami i tym czy Putin jest gejem czy nie. Mam swoich broszek dość, (np. nie zapłacili za zboże, choć było do piątku, a ja wiszę facetowi za orkę) i wcale mnie nie interesuje czy Putin jest gejem. Może sobie być nawet obojnakiem. Jego problem. Interesuje mnie natomiast, kiedy sejm wreszcie podejmie uchwałę o wypłaceniu wstrzymanych emerytur. I na ile mnie wystrugają przy tym zwrocie, bo wyczytałam, że w przypadku osób, które otrzymywały emeryturę nie mając ukończonych 60 lat, maja na nowo naliczać. Pewnie tak naliczą, że jeszcze im trzeba będzie dopłacić. Pomysł iście makiawelski, bowiem zdecydowana większość tych, którzy pobierali częściową emeryturę i pracowali, nie miała ukończonych 60lat. Podejrzewam, że tak się będą z tym sprężać, żeby na przyszły rok dopiero zacząć te wypłaty, bo w państwowym portfelu dziura.