sobota, 17 sierpnia 2013

znowu ...

yAaaa, obiecanka cacanka. Obiecałam sobie, że będę częściej coś tu gryzmolić. Co z tego? Mam tyle różnych rzeczy do zrobienia, że wieczorem ostatnio padam, a i tak zaległości się piętrzą.
Grządki puszczone samopas. Prawdę mówiąc zniechęciły mnie mocno, bo mnóstwo pracy mnie kosztowały, a susza efekty tej pracy w niwecz obraca. Tylko chwast ma się dobrze. Całe szczęście, pojedynczo występuje i z powodu tej suszy zapewne usuwać daje się łatwo. Co z tego, skoro tylko z doskoku. Dziś trochę załatwiłam przy okazji zbierania pomidorów i cebuli. Ale tylko trochę. Kapusta żadna. Ta co urosła -gnije wewnątrz, pozostała nie zawiązała przyzwoitych główek. Z pierwszej zebrałam 10 kg (już po oczyszczeniu) wyszło tego niepełne wiadro - już ukiszona i zapasteryzowana w słoikach.
Zrezygnowałam z sierpniowego siania szpinaku, choć miałam wielką ochotę. Ale nie jestem w stanie nosić tam wody, a w tym popiele, jakim jest teraz gleba - nie skiełkuje nawet.
Środowa burza załatwiła za nas kwestię usunięcia jednej śliwki. Szkoda tylko, że walnęło nią w maliny i połowa malin, z tej reszty niezjedzonej przez kozy, legła nieodwracalnie. Maliny do zerwania (Pierwsze oberwałam i się nastawiła nalewka oraz "kiszony" babcinym sposobem sok, w gąsiorze, pod ścierką, na oknie) Burza otrzęsła mnóstwo jabłek, w tym antonówki. Musiałam je wyzbierać, coby się kozy nie przejadły i nie podławiły. I czekają na swoja kolej. Śliwki oberwane z tej rąbniętej zostały zdżemowane. Wyszło 13 słoiczków. I 11 słoików przecieru pomidorowego. To plon dnia dzisiejszego. Tudzież kozi twarożek, który wytrwale się odsącza na drągu w spiżarce i 5 kozich podpuszczkowych krążków.
W związku z padaką piekarnika, chleb mogę upiec tylko w maszynie. Jakoś, od momentu jak zaczęłam piec ten chleb "dla pracowitych inaczej"  sklepowy jem z niechęcią. Natomiast część męska wcina to świństwo z upodobaniem.(Dziecko przeszło ostatnio na płatki z jogurtem na śniadanie. Ono jest jakieś takie mimozowate -  bardziej skomplikowane kromki źle mu się przyjmują rano. Ostatnio spanie przy otwartym oknie w ub. niedzielę skończyło się, trwającym wciąż katarem, skutkującym obtartym nosem i setkami zużytych chusteczek)Chleb z maszyny robię w 60% z razowej mąki pszenej, ale oczywiście na suchych drożdżach, które mi właśnie wyszły. Ponieważ w dwóch sklepach nie dostałam suchych, zastanawiam się jak użyć zwykłych do tego celu. Psiakość. w domu jest piec chlebowy, a ja nie umiem go użyć! Wykorzystam go przynajmniej do wysuszenia pomidorów - może. Mam takie francuskie pomidory, małe dość, mięsiste. Zaplanowałam, że przeznaczę je do suszenia . Jednocześnie Dziecko zasugerowało: ""Mamo, a zrobiłabyś takie pomidory w oliwie". Akurat kupiłam w nowootwartym Inter Marche w najbliższej mieścinie fajną oliwę, z przeznaczeniem do "marynowania" w niej koziego sera. To jeszcze i do tych pomidorków dla Dzieciąt by starczyło (bo Dziecię Pierwsze tez zechce pewnie). No i dla całości czosnek by się tam znaleźć powinien i bazylia. Z tym czosnkiem to problem niejaki, bo Starszy zaraz pokrzywdzony będzie, ze tak specjalnie, żeby on nie jadł. Ale ogóreczki po meksykańsku, z dużą ilością czosneczku frygnął i przeżył. Intryguje mnie czosnek niedźwiedzi, jako dodatek do serków n.p.Intrygują mnie również francuskie konfitury do sera. Szukam przepisów na francuskich stronach, ale z tłumaczeniem wujka gugla idzie mi to niespecjalnie. Miałam prosić Dziecko Pierwsze, żeby mi poszukało, ale jakoś mi wyszło z harmonogramu. Zresztą Dziecko I zajęte dość. Ma cały tydzień gości i szczęśliwe takie chodzi, że nawet nie dzwoni za bardzo do matki, a już całkiem nie jojczy, Na razie mam recepture i potrzebne ingrediencje do zrobienia konfitury cebulowej. A że cebula już sprzątnięta, to trzeba ją umieścić  w grafiku. Ale najpierw pójdą antonówki w plasterkach do słoików, coby zimą na szarlotkę były.

Raciczki w dalszym ciągu nie obcięte, a miało to być już dzisiaj ostatecznie. Zamiast wypadło nieplanowane usuwanie gówienka, bo okazało się, że Wanda ma jakieś problemy trawienne i zapach był niespecjalny. Dostała Pectolit, który zresztą wylizuje do ostatniej kropelki, potem na wieczór po raz drugi. Powinno być dobrze. Natomiast z chłopakami zaczął się sajgon. Stefan tak jakoś od początku tygodnia zaczął się perfumować. Jeży grzbiet, robi lubieżne miny, prycha i buczy, ogólnie hormony mu padły na psychikę. Oraz tłuką się z Zenkiem do pierwszej krwi. Po południu wyprowadziłam dziewczyny na ogród, bo nie miałam czasu latać do sadu i bawić się we włączanie pastucha. Zresztą na ogrodzie jest trawa, a tam suche wiechcie. Patafiany zostały w obórce. Oba wystawiły łepetyny między sztachety bramki i beczały razem i na zmianę. A potem się pobiły. Jak poszłam do nich z gałązkami, to Zenek miał całą łepetynę, tudzież przenie nogi w plamach krwi Stefana. Stefan jest bojowy, ale Zenek ma te niewydarzone resztkowe różko-pryszcze i nimi rozkrwawia Stefana guzy na czole. Przecież nie będę ich wiązać! Chyba, że nie będzie innego wyjścia. I tak uwiązać musiałam, żeby przeprowadzić kozy do ich kojców. I w praniu wychodzi, że wygodniej byłoby, gdyby patafiany były na końcu obórki. Organizacyjnie. Ale wymagałoby to pewnych przeróbek, bo jakimś sposobem Zenek wyłazi tam na żłób i zasuwałby dowolnie po całości.

Stefana wystawiłam na Tablicy. W środę zgłosił się chętny, miał w czwartek zadzwonić i umówić się dokładnie na przyjazd w piątek. I się nie odezwał. Potem dzwonił ktoś z zastrzeżonego i miał zadzwonić dzisiaj. Zadzwonił akurat jak wyszłam z psami. A Pan Starszy stał koło telefonu jak słup i nie odebrał. Bo po co. Jakby cymbał dzwonił z normalnego, to bym mogła oddzwonić. A Stefan musi być sprzedany jak najprędzej, bo oprócz tego sajgonu, w obórce rozsiewa zapachy. I z pasieniem go problem, bo przełazi pod drutami. Bardzo bym nie chciała, żeby okazał się męsko skuteczny w stosunku do którejś z dziewczyn, a  szczególnie Zuzi, która sprawia wrażenie, jakby miała ochotę na te rzeczy. Szybko! Wanda dostała pierwszą ruję mając pół roku, co i tak było dla mnie zaskoczeniem.

W środę u pani Mili odbywało się "strojenie" wieńca dożynkowego. Przyszły tam takie dwie ekspertki od dekoracji, z tych, że jak one się o czymś dowiedzą, to cała wieś i pół powiatu wie o tym w ciągu niecałej doby. Poleciałam więc promocje sobie zrobić z serkami i mlekiem. Ser wchrzaniały aż mlaskały. Natomiast nad mlekiem było wydziwianie: "Jak mnie Danka kozim mlekiem poczęstowała, to zaraz zwymiotowałam" Nie wiem czym owa Danka swoją kozę karmi, ale nie wydaje mi się, że można aż tak spaprać kozie mleko, żeby doprowadzało do wymiotów. W każdym razie na mleko też nabywców na razie nie ma, mimo ogłoszeń porozwieszanych tu i ówdzie. Radzą ludziska, coby na ryneczek się udać. Teraz już takich upałów nie ma, więc można by spróbować. Parę złotych bardzo by sie przydało.

W tym roku za rzepak płacili takie psie pieniądze, że uzyskana kwota już prawie została rozdysponowana: akumulatory do małego ciągnika  -500zł!+ jakieś tam części+ drobna naprawka w samochodzie+ zaległy mandat Starszego za przekroczenie prędkości (przez Młodszego)+ ropa za 700zł+jakieś duperele konieczne + kreda nawozowa na 2,5 hektara. Z rzeczy trwałych zostały zakupione drzwi do domu. I to takie z najtańszych. Nastąpi wymiana. Te co wychodzą na podest pójdą od podwórza, a nowe na ich miejsce. Wymieni dziecko. Wymiana drzwi to ok. 300zł.
Dzięki zakupowi trochę droższej kredy granulowanej można będzie rozsiać ją istniejącym rozsiewaczem lejowym do nawozów. Dziecko rozsieje i znów zaoszczędzi się po 80 zł za godzinę pracy rozsiewacza z SKR-u.Na nawozy przedsiewnie pod rzepak i pszenicę już nie starczy. Zostało jeszcze na węgiel. I na buty dla Dziecka. Takiej tragedii już dawno nie było, żeby nie miał butów. Póki ciepło było bardzo - chodził w sandałach. teraz już raczej się nie da. Chodzi więc w badurach, które już swoje lata mają. Ale co porządny but - to porządny but. A nie to chińskie gówno, za ciężkie pieniądze w postaci reeboków czy pum, które wystarcza w zasadzie na jeden sezon.

Ostatnimi dniami padałam wieczorem (późnym). Potem budziłam się w nocy dziesiątki razy i rano wstawałam zbyt późno z okropnym bólem głowy. Dziś natomiast spać mi się nie chce, mimo tego całodziennego młyna i tych 1500set problemów na głowie.
Tak bym chciała trochę spokoju. Siąść sobie dowolnie na tyłku, bez pięciuset zadań w grafiku, które muszą być koniecznie wykonane. Ale tak się pieprzy wkoło, jakby się uwzięło. Takie niby duperele, za które się trzeba wziąć koniecznie, bo np. życie utrudniają - jak kilkakrotnie w ciągu dnia zatykająca się muszla. I jakiej cholery się zatyka? Podejrzewam nieśmiało, że Córusia musiała coś tam zutylizować, bo to zatykanie się jakoś czasowo z jej pobytem związane.

Minęła 2.00. Panowie śpią. Psice chrapią, jak stare chłopy na moim łóżku (będę je musiała za chwile brutalnie przemieścić, bo coś im się wydawać zaczyna, że one maja do tego łóżka większe prawa). Kot znów wybrał wolność. Zastanawiam się  - którędy? Zmienił M.P.- spod krzaczorów w ogródku przeniósł ię do stodoły. Ciekawe czy tam na coś poluje, czy tylko zwiedza.

Sprawdzam statystyki na moim blogu i widzę, że stosunkowo dużo (jak na brak reklamy) osób czyta, co napiszę. Miło mi bardzo z tego powodu. Ciekawi mnie bardzo, kto tu zagląda. Nie wszystkich jestem w stanie "wyśledzić". Zostawcie więc, mili Czytelnicy jakiś ślad swego tu pobytu. Nie mam zamiaru bawić się w kilometrowe komentarze i komentarze do komentarzy. I jak napisałam na samym początku, nie będę akceptować wpisów wynikających czyjegoś negatywnego nastawienia do wszystkiego i wszystkich. Jeżeli komuś przyszłoby coś takiego do głowy, to szkoda zachodu. Dość problemów niesie samo życie, żeby jeszcze stwarzać następne. Być może z tego co tu piszę jakaś radość życia nie bije, ale nie bije tez nienawiść do świata i otoczenia. I niech raczej tak zostanie.
Tymczasem pozdrawiam podkarpacką krajankę z Moich Marzeń i Panie z Kresowej Zagrody, których bloga czytam z zainteresowaniem od dawna, zazdroszcząc im po cichu różnorodności  doświadczeń.

A na deser  dwa moje maleństwa:




środa, 7 sierpnia 2013

Stepowienie

Niestety, poprzedniego posta dokończyłam tyle co, bo zostałam jakimś pilnym zajęciem odegnana od kompa w sobotę (niedzielę) i zasiadłam dzisiejszej nocy dopiero.
Dziecko Pierwsze trochę się, przez te parę dni urlopu spędzonego w nieatrakcyjnym wiejskim otoczeniu, nieco matka znudziło i nie dzwoni o 8.14 w oczekiwaniu na autobus wiozący ja do pracy. Nie dzwoni tez zaraz po pracy i robiąc zakupy, nie opowiada matce, jak to w pracy było chujowo.Ale dobrze. Dziecko powinno się samo odciąć od cycka i nauczyć radzić ze swoimi psychologicznymi problemami, bo matka nie będzie wieczna i potem, jakby co, będzie szok niejaki.
Tymczasem upały dają do wiwatu nadal. Dla mnie stają się już nie do wytrzymania. W ciągu dnia wychodzę z domu bezwzględnie tylko wtedy kiedy koniecznie muszę. No, niestety, muszę kilkanaście razy.
Dzisiaj ograniczyła wyjścia do minimum. Ale cały dzień zajęło mi przetwarzanie. Zrobiłam trzy półlitrowe słoiki przecieru pomidorowego. Wepchnęłam ukiszone ogórki do słoików i zapasteryzowałam. Pokroiłam w kostkę pozostałe, niewymiarowe, i tez upchnęła, do słoików - będą do sałatki jak znalazł. Po czym zszatkowałam 10 kg kapusty, wykopałam resztkę marchwi z pierwszego rzutu, starłam część do tej kapusty i przy pomocy powera Dziecka ubita została w wiadrze celem zakiszenia. Pomidory mnie zawodzą - niby owoców mnóstwo, a dojrzewają tak, że ani zjeść, ani przetwory zrobić. Nigdy nie robiłam po 3 słoiki przecieru jednorazowo. Zawsze było ok 10 przynajmniej.mam dwa krzaczki jakiś francuskich - niezbyt duże owalne pomidorki. Mam nadzieję ususzyć trochę. Tylko w czym, jak piekarnik, bandyta, nie żyje? Może w piecu chlebowym napalę. Już tam kiedyś gruszki suszyłam. A propos - wawrzyńczówek w tym roku niet - zero! Mirabelki też występuja pojedynczo, antonówki pojedynczo, jakieś brzoskwinie istnieja na drzewie, zobaczymy, czy dotrwaja do dojrzałości, czy opadną z suchości.
Kozy ostatnio wyprowadzam dopiero nad wieczorem, ok 17.00. Jak dalej tak dobrze pójdzie, to będą wyprowadzane tylko żeby ruchu zażyły, bo paść się nie będą miały na czym. Trawa schnie, warzywa schną, co wiosną nie zgniło - padnie teraz. Dobrze w sumie, że nie kazałam kosić trawy na ogródku, bo jest tam nawet w miarę soczysta. Natomiast na podwórzu, gdzie została wykoszona, jest sucho i rudo. Az nieprzyjemnie się chodzi po takiej chrzęszczącej pozostałości trawnika.  Rozważam możliwość przypięcia matek na ogrodzie. dzieci niestety musiałyby zostać zamknięte, bo zrobią mi tam czarnobyl. Ale, ponieważ już słyszę te wrzaski z obórki, jeszcze się waham. Z pasieniem pod pastuchem tez sa jaja, bo czarny patafian wydaje się być prądoodporny. Parę razy zastałam go po babskiej stronie. Po czym obeszłam ogrodzenie i zastałam jeden, górny drut zaczepiony o gałązkę. Myślałam,że tędy przełazi. Poprawiłam, ale tak, że drut dotykał pnia drzewa. Po włączeniu okazało się, że strzela w drzewo. Dopóki strzelało, nie zbliżał się do ogrodzenia. Jak poprawiłam, przelazł spodem natychmiast. Zawlokłam patafiana na podwórze, bo nie dość, że wytrąbiłby wszystko mleko, to jeszcze wymęczyłby Zuzkę. Uwiązany u studni darł się jak obdzierany ze skóry działając moim menom na uszy. Dostałam zjebkę, że cap im atmosferę zakłóca i obiadu zjeść nie daje, pierdyknęłam szparagówką(która i tak łykowata była) i zawlekłam patafiana z powrotem do sadu. Gdzie został uwiązany u sliwki. Nawet szczęśliwy był z tego powodu, bo trawa tam lepsza była, jako, że cienia trochę za dnia, a i śliwek parę pod drzewem leżało, które sobie natychmiast skonsumował. Powroty odbywają się na dwie raty. Najpierw wracają dziewczyny, które ida natychmiast do swoich boksów. Potem patafiany dwa na sznurkach. I jest spokój, nie ma dupcenia po drodze, walenia z łba Zenka przez Andżelinę i Stefka przez Wandę, Zenkowego deptania mi po palcach i siódmych potów, którymi spływam, gdy całą piątkę sprowadzam na raz.
Problem jest niejaki, bo przecież nie mogę trzymać całej tej menażerii. Wystawiłam Zenka. Zadzwoniła baba, miał przyjechać obejrzeć, ale rozmyśliła się zapewne.Baba chciałaby dorosłego rozpłodnika za 50zł. Na mózg jej padło chyba. A Zenek jest fajny. W sumie ma lepszy charakter niż ten patyczak Stefan. (W dodatku ciągle nie mam kasy na pozbawienie Stefana męskości.) Starszy zaczyna dzień każdy od pytania, co ja z tymi capami będę robić i jakie to pyszne mięsko. Mięsko to on W OGÓLE powinien na obrazku oglądać tylko. Nie czuję ludzi, którzy myślą o tym,  czego by tu nie zeżreć. No, a ja Zenka nie zeżrę, nawet dla kogo innego, do garnka go nie przyrządzę.

Ale. Miało być o stepowieniu. W polu jest massakra. Masakra na grządkach i masakra na roli. W poniedziałek moje kochane Duże Dziecko, któremu całe popołudnie nic-się-nie-chciało, wzięło z moja pomocą zapięło opryskiwacz. Wyciągnęłam z kanału pompę , która w środę jeszcze działała. Utopiliśmy ja w studni, po czym okazało się, że już nie działa. Nalaliśmy więc w opryskiwacz wody z sieci. Dziecko pojechało przepłukać po glifocydzie. Po czym nalało 400 litrów i pojechaliśmy deszczować grządki. Te 400l zostało wylane na powierzchni o szer 12m i długości max 10m. Po wylaniu Dziecko ruszyło glebę nóżką i okazało się, że zwilżone jest pierwsze 5 milimetrów. Dzisiaj pojechali skończyć pokładać rzepaczysko. Starszy siadł na traktor, choć miał to młody robić, no ale Starszy zrobi lepiej. Po czym zjechał po jednej rundzie, bo pług się gleby nie ima.

Dziecko wróciło przed niejaka chwilą. W międzyczasie pojawiło się z piskiem opn, po czym stwierdzone zostało, że zabrało z garażu, leżące tam, 3 stare poszwy. Okazało się, że w tych poszwach siedzieli we trzech w kukurydzy przy Krzywej Drodze, żeby nastraszyć swojego kolegę, który rowerem miał jechać tamtędy. Kolegi sie im nastraszyć nie udało, bo dostatecznie nastarszyli go opowieściami na urodzinach koleżanki i zrezygnowała z jeżdżenia wieczorem Krzywymi Ścieżkami. Co zostało potwierdzone, gdy wyjeżdżając ze stacji benzynowej zobaczyli go na E-czwórce. Powetowali sobie postraszeniem kilku motocyklistów.
Na wejście Dziecka czarna otworzyła drzwi do dużego pokoju i w trakcie naszych dyskusji kot ewakuował się oknem u Starszego. W pewnym momencie słychać było w od strony ogrodu jego miauk. Dziecko złapało telefon w charakterze latarki i poleciało, ja za nim. Po czy dostałam zjebkę za niezmknięcie tych drzwi, które równie dobrze on mógł zamknąć, ale mu się dupy ruszyć nie chciało. Albowiem Dziecko pozostaje w przeświadczeniu, że Kot został pożarty przez Imbira-kanibala - psa sąsiadów, który pożera , a raczej uśmierca, wszystko co się rusza i znajdzie się w zasięgu jego paszczy. Ja mam nadzieję, że to jednak była tylko potyczka z innym kotem. Zobaczymy.I w tym niezbyt optymistycznym nastroju na dzisiaj koniec.
Tak sobie wczoraj spała Czarna z Kotem.

Dożynki

Szczęśliwie w piątek zakończyliśmy żniwa. Słoma została sprasowana i zwieziona. Nie kazałam prasować wszystkiej, pół pasa z kombajnu zostało i kłopot teraz z tym będzie Dziecko miało podczas orki. Ale starszy, jak zwykle poszedł na "mnoho" i były dwie przyczepy kostek. Jedna regularnie czubata, z czterema warstwami i drugiej pół z tego. Układałam ja. Pierwszy raz w życiu, Starszy podjeżdżał, Dziecko wydawało. Sama się sobie nadziwić nie mogę, że przy moim lęku wysokości dałam radę. Prawdę mówiąć wszystko było dobrze do momentu, gdy trzeba było zejść. Dziecko weszło na zaczep od przyczepy i mnie bezboleśnie zdjęło. Ale trochę miałam stracha przed oddaniem się w jego ręce. Po drugą przyczepę pojechało z nami Dziecko nr. 1, które spędza w domu ostatnie dni urlopu. Miało radochę, przy ładowaniu tych wiązek. Przypomniało sobie, że mają z dzieciństwa zdjęcie ze Starszym na przyczepie pełnej bali i zażądały takiego samego. Dziecko nawet chciało do domu po aparat jechać, ale stwierdziliśmy, że zrobimy przed wjazdem do stodoły. Dzieci wracały autem, zahaczając o sklepik po coś mokrego, a my ze Starszym traktorem.
(I tu ja miałam wspomnienia z dzieciństwa, jak z Dziadziem z pola się na snopkach wracało, tyle, że wtedy konikiem. Strasznie to lubiłam. Pole było daleko, wracało się wieczorem. Droga była z górki, wybrukowana granitową kostką. Spod kopyt Gniadego leciały iskry. W drodze na pole Dziadzio zatrzymywał się przed takim małym sklepikiem i kupował nam cukierki. Raczki albo grylażowe. Dziś już nie ma takich cukierków, jak tamte. Ale dawno nie ma też Gniadego i Dziadzia).
Zanim Dziecka przyjechały, Starszy zajechał do stodoły i ja zrzuciłam pierwszą warstwę wiązek. Po czym Dziecka oprotestowały, wiązki poszły z powrotem na przyczepę, trójka tudież, a matka z gleby pstrykała zdjęcia. Były protesty, "że na tamtym było niebo za głowami, a tu drzewa" i juz chcieli przyczepę w pole ciągnąć, jak im kazałam się we łby postukać. I Dziecko stwierdziło, że matka wykadruje. No, ale kadrowac nie było co. No, może trochę...

Potem przyczepa wjechała. Dziecko Duże zrzucało z przyczepy, matka podawała dalej, a Dzieko Pierwsze układało. W pewnym momencie dostałyśmy zjebkę od Dużego Dziecka, że to jest zupełnie nie powiązane, zatem w którymś momencie jebnie. No to następne rzędy zostały powiązane, żeby jebło później. Na koniec już ostatnie bale szybowały do fotografii (A że były ostatnie i matka sobie nie umiała na włąsnym aparacie poklatkowych ustawić, to latały tam i z powrotem, przy czym kurzu i farfocli w atmosferze narobiło się co niemiara)
Leci!

Złapany!

Mistrzyni łapania

No i zostało ustalone, że wobec szczęśliwego zakończenia żniw, w sobotę robimy dożynkowego grila.
Jak przyszło co do czego, to nikomu się nie bardzo chciało, ale wreszcie, sobotnim nadwieczorem, po wykoszeniu podworca i wyplenieniu chwastowych zarośli, zasiedliśmy na schodach, u stołu z beczki. (Czy my sie wreszcie dorobimy jakiejś wypoczynkowej infrastruktury na podwórzu, czy już do zawsze będzie taka prowizorka?!) Upiekliśmy karkówkę i cycki, poprzegryzali kozim serem w oliwie i w winie, oraz parę piw wypili. ( Po czym w niedzielę okazało się, że dwa Radlersy poszły na straty. Dobrze, że lodówka przeżyła, bo włozone do zamrażalnika przez Dziecko Pierwsze i czym prędzej zapomniane - wzięły i wybuchły, zapierniczając całą szufladę zamrażalnika)
W niedzielę Dziecko Pierwsze pojechało do Wielkiego_Miasta_którego_ma _już_dość_i_marzy_o_innym_Wielkim_Mieście, zaopatrzone przez matkę czym chata bogata, czyli płodami ziemi i pracy rak matczynych. I nastał spokój, bo dziecka przestały sobie dopieprzać nawzajem, a Dziecko Pierwsze opierniczać matkę, że wszędzie robi tylko syf. Az dziwne jak jej się standardy ładu zmieniły.

piątek, 2 sierpnia 2013

Kicha tu, kicha tam...

Się zesrało na paru frontach.
Dziecko duże wróciło z wywczasów wczoraj około 19tej. Żniwa je ominęły, Starszy sam pojechał pod kombajn w poniedziałek. Niestety, ziarko sie na dwie przyczepy nie zmieściło, więc we wtorek był ciąg dalszy. Z opóźnieniem niejakim w stosunku do godziny przyrzeczonej, bo kombajn utonął na łące zamienionej w rolę. Owies tam kosił (młócił?) i efekt taki, że Dziecko stwierdziło dzisiaj, że pojedzie i mu to na podwórze pod próg wysypie. Bo po jaka cholerę ziarno wymieniać na kwalifikat, odchwaszczac itd, jak potem dostaje się z kombajnu z owsem zmieszane.
No nic, wspólnie z Dzieckiem zrzuciliśmy to przy pomocy rurki w jeden kąt strychu nad obórką, coby sie z reszta czystego nie wymieszało. Owies odbierze z pszenicy tylko tzw. "tryjer" za który trzeba płacic 5zł od metra.
Przyczepa została opróżniona i przygotowana do zwożenia słomy, która sobie od poniedziałku lezy na polu. We wtorek została troche pomoczona, ale juz obeschła sama z siebie i na dzisiejsze popołudnie była obiecana prasa.Tymczasem zamiast telefonu, "wyjeżdżać z przyczepą, bo jedziemy", był telefon: "Nic z tego nie będzie, bo sie iglica urwała" I to by była kicha namber łan.
Kicha namber tu: czarny cap przeszedł ogrodzenie elektryczne. Popił sobie mleczka do woli i po..., tez do woli, zanim , z psami poszedłszy, zobaczyłam co jest grane. Psy wręczyłam Dziecku numer Jeden, które w środę zjechało nocą późną, a sama wzięłam capa na smycz (psią) i zawlekłam do obórki. Stał tam i wrzaski urządzał do schrypnięcia.

Ponieważ odpadło zwożenie słomy, musiałam sobie zajęcie wymyślić. Po wydojeniu kóz, uprzednio sprowadzonych z wypasu, postanowiłam upiec chleb i drożdżówki. Chleb był gotowy do wstawienia o 20tej. Przez godzine jego pieczenia rozczyniłam ciasto drożdżowe, nastepnie je wyrobiłam i po wrośnięciu zrobiłam drożdżówki. W trakcie pieczenia drugiej blaszki ciastków doszłoby do spalenia chałupy, który to pożar rozpocząłby sie od mebli zapalonych od rozgrzanego do czerwoności piekarnika. Otóż, gdy w trakcie odkurzania chciałam skontrolować stan wypieków skonstatowałam jakąś czerwoność bijąca spod blaszki z ciastkami. Po otwarciu piekarnika żar buchnął straszny i okazało się, że ta czerwoność to spód piekarnika. Natychmiast go wyłączyłam, przy czym jednocześnie poszły korki. Dziecko wezwane na ratunek przypędziło z telefonem w charakterze latarki, wymieniło bezpiecznik i staszczyło ze strychu blaszany piekarnik, w którym to ciastka sie dopiekły. Bułeczka, która czekała na swoja kolej w keksówce musiała zostać brutalnym sposobem przełozona do płaskiej blachy, bo keksówka tam sie nie zmieści. No, w sumie to zmieściłaby sie, tyle, że bułka przykleiłaby si,e do spirali. Tym sposobem pieczenie chleba zostało zawieszone na czas nieokreślony. Ciekawe co ja będę jadła w tym czasie, bo sklepowy mi nie wchodzi. Mam niby maszyne do chleba, ale ten chleb z maszyny mnie nie zadowala. Jednak w ostateczności, lepszy już maszynowy, niż sklepowy. To była właśnie następna kicha. Dziecko stwierdziło, że pozostał mi jeszcze piec chlebowy. Ale tajemnic auzycia owego nie został mi udostępniona. Jest to bowiem tajemnica przekazywana z pokolenia na pokolenie i w dodatku w odniesieniu do jednego konkretnego pieca. Wszakże posiadając te wiedze tahemną -inne piece można łatwiej rozpracować. Ja natomiast wiem tylko, do czego ten piec słuzy i znam teoretycznie, zasadę jego obsługi. Co prawda, wiele osób byłoby szczęśliwych posiadając w domu coś takiego jak piec chlebowy. Ale ja na razie mam dość zajęć różnych, by dokładać do tego jeszcze rozpracowywanie tajemnicy chlebowego pieca.
Kolejna kicha przejawiła się w postaci ucieczki Arkadiusza, który na moje kicianie pojawił sie na horyzoncie. Po czym wariata sobie ze mnie robił , latając z alpy usadowionej na północno wschodnim rogu domu, na róg południowo wschodni. Wreszcie został capnięty i zaniesiony do domu, gdzie po skonsumowaniu kolacji zaczął czynic wrzaski mające spowodować udostępnienie mu wyjścia.

Mleka zrobiła sie ilość poważna, tak że ser robie co drugi dzień. Parę tych serków mi sie zawiesiło. Zaten 3 sztuki zostały namoczone w winie czerwonym typu porto, zaś 4 kolejne po pokrojeniu na cząstki zalane oliwą, w towarzystwie suszonych pomidorów i bazylii. Granatu odbezpieczonego na wierzchu nie połozyłam, ale zakazałam tykać, aż mocy urzędowej nie nabierze. Ponieważ jutro będę robić następne, więc z wczorajszych dwóch jeszcze cos do tej oliwy dołożę.
Jestem chwilowo bez myszy, a taczpadem posługuję się średnio. Starszemu padła mysz przy pececie i musiałam mu swoja udostępnić.

Parę dni temu koleżanka moja, Ewa -pisarka, która na stare lata postanowiła zrealizować marzenia i pieprznęła Krakowem, by zamieszkać na Helu, zamieściła na FB z dedykacją dla mnie, hodowczyni kóz i komputerów, takie oto zdjęcie:

(zdjęcie uzytkownika Ziwaja Ziemla z FB), na co moje dictum było takie:

I , w związku ztym, że internet ( a raczej pieprzona Opera) mi się tnie, a godzina jest juz taka, że zaraz znowu ptaszęce koncerty będą się słyszeć i byk na byku mi wychodzi, a poprawianie z braku myszy jest uciążliwe na tym na dzisiaj zakończę.

piątek, 26 lipca 2013

Modernizacja obórki - start up!

Urobiłam się wczoraj jak bury osioł.
Zaczęło się od dyskusji o tym co jest do zrobienia w najbliższym czasie. Najpilniejszy okazał sie porządek na strychu zbożowym. Ale ponieważ Starszy odstawił manianę z wydziedziczaniem nas, więc olaliśmy strych i zabraliśmy się za to, co w obecnej sytuacji bezgroszowej było możliwe do wykonania, czyli za modernizacje obórki do ostatniego gwoździa i wkręta..
Najpierw trzeba było częściowo rozebrać to, co już było wcześniej bezmyślnie zrobione. I tu okazała się wyższość montażu na wkręty nad montażem na gwoździe. Ciągle przekonuję Dziecko do łączenia na wkręty - nic się nie gnie, nie trzeba młotem nap...dalać, wkrętareczka pyk-pyk-pyk i gotowe. W razie demontażu -wkrętareczka w druga stronę, pyk-pyk-pyk, i rozebrane. A tak - wal czujniczkiem, i bez strat w materiale się nie obędzie. Po doświadczeniach demontażowych, i z czujniczkiem, i z wkrętareczką, Dziecko stwierdziło : "To już teraz wiem, czemu ty tak kochasz wkręty"
 Bez czujniczka się nie obeszło. Dziecko użyło go do ustawienia słupów. (Po czym okazało się, że istniejące się poluzowały, bo po zabiciu nowych trwerza poniosła się o milimetr). Robiliśmy oczywiście na zasadzie upcyklingu, czyli nadając nowe życie starym rzeczom. (przy czym okazało się, że futryna ze starego domu jest jedynym zdrowym CAŁKOWICIE kawałkiem drewna w naszej konstrukcji). Przerobiliśmy zagrodę Andzi i Wandzi. Nie zupełnie to będą ich zagrody docelowo. Do Andzi nie zrobiliśmy już bramki, bo późno się zrobiło i trzeba było zamknąć budowę, tak by kozy sprowadzić. Wymyłam karszerem karmidłą i je na nowo zamontowałam, do łaski wróciły siatki na siano i wreszcie zastosowania doczekała się uchwyt na wiadro z wodą dla Andzi zrobiony przez Dziecko (oczywiście też na zasadzie upcyklingu). Po sprowadzeniu kóz okazało się, że maluchom nie ma gdzie dać sianka - przedtem wyjadały starym przez deski- więc przy pomocy Zuzi usiłującej trzymać gwoździe, zamontowaliśmy odzyskana drabinkę. Aha, wkrętarka oddałą ducha, trzeba nabyć nową, ale jakąś mądrzejszą taką znaczy -mocniejszą...
Dojenie było żadne, bo capy obdoiły na pastwisku. Cholera, trzeba je tam oddzielić, bo mi 2,5 litra mleka przechodzi koło nosa.
Potem nakarmiłam domowe, pozmywałam gary, wykąpałam się dla usunięcia obórkowego zapaszku i na koniec upiekłam chleb. Chleb dokonał się o 22.40. Głodna byłam jak cholera, no ale gorącego jeść się nie da. Zbudziłam się o 0.30, akurat już był wystygnięty. Zrobiłam sobie 2 kromki z kozowym serem posmarowanym dżemem (fiź totalny, bo ser jest słony). Akurat Dziecko wróciło z Wiejskiego Ośrodka Kultury i Rozrywki, czyli spod sklepiku. Zrobiłam mu parę kromek i poszłam leżeć na drugim boku, co okazało się równie niewygodne, jak na pierwszym. Rano obudziłam się z bolącą, spuchnięta i sztywną prawą dłonią. Do teraz opuchlizna zeszłą, ale boli nadal. Myślę, że od grabi, a dzisiaj muszę nimi jeszcze popracować, bo ta odrobina siana z sadu czeka na zwiezienie.

Wybrałam się wczoraj robić zdjęcia moim oświęcimiakom i okazało się że bateria jest dead. Podłączyłam ładowarkę, cały dzień kwitła w kontakcie, aż zaświeciła na zielono. Może dzisiaj się uda. Lecę z psami, bo już się pod drzwiami ustawiły.

czwartek, 25 lipca 2013

Fizycznie nie wyrabiam

Obiecywałam sobie częściej tu bywać, ale ... niestety. Dzień mi się kończy (w sensie wykonania tego, co jest do zrobienia)czasem nawet o 23-ciej. Wtedy mogę co najwyżej poczytać cudze blogi, bo na pisanie już nie mam siły. Zresztą, biorę to małe gówienko do łóżka i zasypiam z nim na kolanach. Dobrze, że jeszcze gleby nie zaliczył, bo zostałabym odcięta: Dziecko ma swojego dużego lapka, którego nie pozwala dotykać, a pecet stoi w pokoju u Pana Starszego. Nie mogę się skupić jak mam kogoś za ręką, pod ręką, za plecami (zwłaszcza)

Żniwa rzepakowe zakończone, rzepak sprzedany (po bandyckiej cenie, która w dodatku leciała na zbity pysk z godziny na godzinę). Z przebojami niejakimi, bo Pan Starszy od ub.poniedziałku zaliczał kardiologię w miejscowym szpitalu. Ale dyrygował oczywiście. I gdyby nie jego dyrygowanie, to wykosilibyśmy ten rzepak w czwartek, sprzedali o stówę drożej i nie byłoby tej nerwówki sobotniej. Najęliśmy samochód, bo Dziecko nie ma papierów na traktor z przyczepą, zresztą byłą opcja jechać z tym do Jarosławia, a 60-tką, to jak przechodzenie przedsionka piekła. Facet od auta dał nam namiar na skup w Pełkiniach, gdzie dobra cena i bez cyrków i tam to auto pojechało, w sobotę. No, ale niestety, wszystko nie weszło, została odrobina na tej przyczepie "polowej" i trzeba było przerzucić na drugą. Dobrze, że Dziecko wpadło na pomysł zdjęcia "rurki" ze strychu, bo byśmy się łopatami trochę nawiosłowali. W sobotę już nie było opcji jechać z ta przyczepą, więc Dziecko pojechało na "ryzyk - fizyk"  (mandat 300, najęcie auta -300. Za auto trzeba zapłacić na pewno, a mandat dostać-można ewentualnie, przy pechu. Biorąc pod uwagę, że po zadupiach władza za bardzo się nie pałęta - pojechał zadupiami, nadkładając min 5km). Na miejscu się okazało, że rozładują go dopiero o 17-tej, więc pojechaliśmy ze Starszym zwinąć go - autem. W tzw. międzyczasie kontynuowaliśmy z Dzieckiem stawianie ogrodzenia dla kóz. Potem zawieźliśmy je z powrotem do traktora, na 15-tą jedna. O 16-tej był rozładowany i powrót. Ciąg dalszy ogrodzenia - skończyliśmy na słupkach i palach narożnych, których na 2 rogi nam brakło, bo nie wzięłam pod uwagę słupów bramowych. Na drugi dzień kontynuacja i po południu kozy poszły do Konzentrationslager. No, oczywiście braki wyszły natychmiast: okazało się że linki muszą być cztery, bo młódź przełazi. Po pociągnięciu tej czwartej linki zaczęły się beki i odskakiwania od sznurków. Zenek się wystraszył tego ogrodzenia do tego stopnia, że wyprowadzić go stamtąd nie mogłam za chiny. Stał na środku i darł ryj, podczas, gdy pozostałe rozłaziły mi sie po okolicy. W kocu wkurzona jak bombowiec, wzięłam durnia na ręce i wyniosłam. Wczoraj z wprowadzaniem do środka był ten sam cyrk, z wyprowadzaniem -takoż.

..................................................................................................................

No, to kontynuujmy dalej (jak mawia Pan Dyrektor)

Byłam u koziów, nakarmiłam, wydoiłam (3litry ponad, na wieczór nie będzie tyle, bo paskudne capy wydoją). Siano od Boksera się nie je, NIESTETY. O ile to z sadu znika natychmiast, to "bokserowe' stoi drugi dzien za drabinkami i lezy pod nogami (przynajmniej dościelać nie muszę) Coś mi sie tam jeszcze odrobina w sadzie suszy i kostrzewo-lucerno-porażka. Jakby dziś wytrzymało z deszczem, to po południu zbiorę.
Wyszły mi cztery serki, poszły sie moczyć w lodówce, a 2 z tych przedwczorajszych spróbuję przetrzymać. Zobaczymy co będzie.
Parzyłam rano kawę w kawiarce tureckiej, trochę mi się, jak zwykle, rozsypało na ladę. I potem, nie wiem jakim cudem, na każdym serku było po parę kropeczek kawy. No, ale sera z kawa raczej się nie robi, więc musiałam płukać.
Kawiarkę kapu-kapu trafia szlag - grzeje wodę w porywach. Inteligentnie umyłam ja pod prądem, uprzednio nalawszy wody na kawę. Oczywiście pstryknęło mi się przy tym myciu i woda poszła precz. Nie ma tego złego, przynajmniej sie przeczyściła od środka.Dzbanek zdążyłam podstawić.

Właśnie wstał Pan Starszy, to pewnie będzie koniec pisania.
Dziś Dziecko ma imieniny, a ja nie mam ani złotówki, nawet na głupią czekoladę. Masakra. Nie mogę tak sie dłużej bawić. Myślę, myślę i nic wymyślić nie mogę. Wysłałam CV. potrzebowali wykładowcy od obsługi komputera. Ale się nie odezwali.
Kasiunia dzwoniła, jak zwykle z rana, tylko trochę później. Jest na urlopie, na polowaniu. Udało jej sie kolejny raz załapać jako tłumacz do Francuzów i znowu jest pod Pińczowem. Nudzi się tam nieco, bo w przeciwieństwie do Pumy, nie chodzi z nimi na strzelanie (Krwawe jatki jej nie rajcują). tym razem polowace przyjechały na koziołki. Będzie tam do niedzieli, a potem zabierze się z nimi do Wrocławia na parę dni (bo wracają przez Wrocław)

Pan Starszy wykosił miedze i drogę. Psiury spacerują bardzo chętnie i daleko. Zadziwiają mnie. Gdy rosły po obu stronach drogi rzepaki, a środek drogi był zarośnięty, nie było opcji, żeby zaciągnąć je dalej niż do końca sadu. Lalka zapierała się wszystkimi czterema łapami i odmawiała dalszych marszów. teraz popiernicza naprzód ochoczo. Kusi mnie, żeby je puścić luzem, ale te łażące po polach koty. I zdechły chomik, którego widziałam na rzepakowym ściernisku - Leda uperfumowała by się natychmiast.

No, a teraz trzeba Starszego nakarmić. Zaczął już swoje zagadkowe wywody, pt. "A co planujecie dzisiaj robić?" Ja wiem, że roboty jest od cholery, ale niech spiernicza na drzewo. Jak sam w tych robotach nie uczestniczy, to może niech nie planuje kimś.
Najpilniejszy jest strych pod pszenicę i nowe kojce u kóz.

Aha, wczoraj stwierdził, że trzeba spokładać rzepaczysko. Dziecko miało to robić, ale jak zaczął kombinować, mierzyć krokami, do rozorywania na cztery i głosić przy tym swoje teorie, to Młody pierdyknął robotą i poszedł "pakować". Spokładał kawałeczek, po czym wróciła go końcówka ropy w baku, i stwierdził, że trzeba iść do szpitala. Mądre pomysły mądrze się kończą.

sobota, 13 lipca 2013

Trochę mnie nie było

Czas pędzi jak szalony. Ciągle jest coś do zrobienia: dom, grządki, kozy, a teraz jeszcze doszły przetwory, bo pojawiło się trochę owoców. W dodatku planowana, pilna przeróbka obórki. Robię swoje, często pomagam moim panom w ich pracach. Wiele muszę zainicjować -zacząć i dokończyć, bo zrobione by nie było. Tak było z przekopaniem się przez pięćdziesięcioletnie pokłady resztek po słomie i sianie w stodole. Zaczęła i prawie dokończyłam, 2/3 usunęłam sama, bo dziecko nie bardzo się kwapiło. Było tego 2 przyczepy, ni to palić, ni co z tym zrobić. Zostało w sadzie sypnięte na kupę, pewnie się przekompostuje.
Stodoła nigdy tak wewnątrz porządnie nie wyglądała, chociaż zostało jeszcze trochę resztek do usunięcia, takich z samego spodu, w zasadzie próchnica. Została, bo planuję w dawnym silosie przed domem zrobić ogródek zielarki. ale najpierw muszę nasypać tam trochę zwykłej ziemi, zmniejszając tym samym "alpy' z podwórka. Tyle, że teraz są pilniejsze prace.
Kupiłam stemple sosnowe z myślą o wykorzystaniu do przeróbki obórki. Okorowałam 12, jeszcze mi 10 zostało. Myślałam, że dziś namówię moich panów na przecięcie wzdłuż, ale pewnie nic z tego nie będzie. Obaj są obrażeni, każdy na co innego i na kogo innego i obaj na siebie. Młody na Kasię, że pojechała na Folkowisko i go nie wzięła. Stary jak zwykle na wszystkich i na wszystko. Sąsiad za płotem ma ustawioną cyrkularkę, może pójdę do niego po prośbie, żeby przeciął.
Młody 2 dni remontował ciągniki, właściwie 3, potem jeszcze zmieniał koło w przyczepie, a dziś robił światła w obu traktorach. Zrobił sprzęgło ( w tym celu należało rozpołowić traktor), a potem przednie zawieszenie. Robił to pierwszy raz w życiu i wyszło Ok. Ale tatuś , jak zwykle tylko minusy widzi, dobrego słowa nie rzeknie. Potem okazało się, że chłodnica ma padakę, więc jeszcze wymieniał chłodnicę.
O ten wyjazd wściekł się strasznie, poszedł gdzieś wieczorem i nie ma go do tej pory. Ciężko znoszę te ich fanaberie,zwłaszcza, że tatuś obrażony zabrał dupę w troki po południu, nie bacząc nawet, że Kasia ze znajomymi przyjedzie, i wrócił dopiero ok. 20-tej. Oczywiście rozmawiał tylko z psami, mimo obrazy zeżarł połowę sera, który zrobiłam rano i ostatnią drożdżówkę, z tych rano upieczonych, która zostawiłam dla siebie.
Na okoliczność przyjazdu Kasi ze znajomymi pomalowałam drzwi wejściowe od podwórza, które już parę razy miały być wymienione, stanowią ruinę drzwiową w zasadzie, a wyglądały gorzej niż te w obórce. Do wymiany dotąd nie doszło, gdyż każde drzwi u nas w domu maja inną szerokość (ponoć otwory sa jednakowe, o czym nie do końca jestem przekonana) i w danej szerokości istniały tylko drzwi pełne, Pan Starszy natomiast uparł się na szybkę, co podraża sprawę o ok 400zł i bie ma danej szerokości.
 Rozebrałam tez na elementy proste starą wersalkę, która stałą pod ścianą - masakra. Ale coś pod tą ścianą by się przydało, żeby przycupnąć - może ta drewniana łąwa, którą z kloców zrobiliśmy z Dzieckiem. Tyle, że jest akurat w sadzie i jest okropnie ciężka.

Pan Arkadiusz zasmakował w całonocnych imprezkach. Wieje oknem, nawet z Dziecka pokoju, gdzie jest wysoko i łaskawie wraca rano.Jak go przypilnowałam, żeby nie zwiał, to postanowił zamknąć się w sobie pod wanną. W tym celu wyciągnął zaślepkę rezerwy. Jak go tam pod spodem widzę - dostaje ataku klaustrofobii, jak gdybym ja sam tam była. Zastawiłam dziurę koszykiem, który zaklinowałam jeszcze pustą butelką plastikową.

Koźlęta rosna, już za parę dni skończą 3 miesiące i trzeba zdecydować się na rozstanie z jednym przynajmniej koziołkiem i na wykastrowanie drugiego. Wciąż biję się z myślami, czy to dobry pomysł, zostawianie kozła, nawet wykastrowanego - więcej paszy, więcej gnoju do usunięcia, a pożytek prawie żaden. Z drugiej strony nie potrafię się z nim rozstać. Kuba tak go radośnie przywitał na świecie i nadał mu imię. A on jest trochę jak małe dziecko, a nie dorosły facet (trochę to może dobrze, ale tylko trochę)
Stefan reaguje na swoje imię i jest przymilny jak kotopies.
W dodatku trzeba zakolczykować towarzystwo, i to już, a ja wciąż nie wiem, kto w okolicy kolczykuje.
Koźlaki rozzuchwalają się coraz bardziej i wybierają na dalsze wycieczki z sadu. Wycieczki sa wtedy, jak zobaczą człeka w pobliżu ( w zasięgu wzroku), już z podwórka sąsiadów je zbierałam. Dlatego biję się znów z myślami o zakupie pastucha. I jednak chyba kupię go na raty - można tak przez Allegro. Będę spokojna., że nigdzie nie pójda, ani żadne rozwydrzone gówniarze nie będą ich ganiać.

Boli mnie prawa ręka, dłoń właściwie. No ale nie ma pracy, która nie obciążałaby prawej dłoni. Dziś miałam problem z obieraniem starych ziemniaków, najgorzej przy dojeniu. W dodatku zaczyna puchnąć i sztywnieć.

Wciąż nie wymyśliłam, za co by się wziąć, żeby dorobić parę złotych do emerytury. W ub. miesiącu sprzedałam parę rzeczy z biżuterii. Zostało mi złoto po Gosi, którego nie sprzedam, oprócz jednych kolczyków. Sprzedałam swoje kolczyki i pierścionek. "Bułeczkę" dałam Kasi, jak była w tym miesiącu, żeby mnie nie skusiło, a obiecywałam sobie, że będzie dla niej. Nie dałam jej żadnego prezentu na 25-te urodziny, więc ten pierścionek, który ja dostałam od swojej Mamy. Okazało się, że on bardzo się Kasi podobał i zawsze chciała taki mieć. No i dobrze. I tak by kiedyś to po mnie zostało i jeszcze były by problemy co - komu. A tak - ponosi sobie póki młoda.