poniedziałek, 13 kwietnia 2015

bo czas goni nas

do roboty!
Nie jest tak, żeby się nic nie robiło. Robi się różne rzeczy. Czasem intensywnie się robi nawet. Ale rąk mało, a ciągle się wepchnie na oczy czy na mózg, że jeszcze to należy zrobić, tu rękę przyłożyć, tamto ogarnąć.
A że ponieważ 18 lat ukończyłam kilkakrotnie więc nie poszaleję z fizycznymi dokonaniami.Oczy by chciały, ale siły nie te.
W czwartek było dużo, bo Dziecko siało owies. Mi siało. No to musiałam SOBIE siewnik przygotować, poprzekładać te narządka wysiewowe z rzepakowych na zbożowe. Owies zakupić, "przemłynkować", spod "młynka" wyzbierać do worków. Resztę zrobiło Dziecko.
W piątek naszło mnie ni stąd ni z owąd na akcję  "gówno". Już patrzeć nie mogłam, jak Stefan zbliża się do sufitu w obórce. Zimową porą był trochę po macoszemu traktowany, tzn. nie usuwałam mu niczego w międzyczasie. A dościelał sobie słomą obficie. Kobietom uprzątałam kilkakrotnie z wierzchu. Ale co z tego, jak ostatnio same sobie rozbebeszyły kostkę słomy i cała tą kostką naścieliły. No, coś tam trochę zjadły uprzednio.  Zaczęłam od Stefana i pojechałam zawzięcie, do spodu. Było tego, no, dość sporo. Stefan obniżył się o jakieś 25 cm.
Ponieważ kręgosłup i ręce nie protestowały zanadto, zabrałam się za salon Andżeliny. Tu było mniej, za to ciężej. I właściwie dałabym radę jeszcze i u Wandzi uprzątnąć, ale sama się przystopowałam, bo nikt mi nie gwarantował, że po tych wyczynach w sobotę ruszę odpowiednio rękom i nogom.   Zresztą, całego ciągu dalszego w postaci zmycia powierzchni płaskich i pionowych karszerem oraz wywapnowania powierzchni pionowych i tak bym nie zrobiła. Choćby ze względu na warunki atmosferyczne, przy których schnięcie zmytej posadzki i pomalowanych wapnem ścian trwałoby zbyt długo. Z tym ciągiem   dalszym trzeba poczekać na ciepło bardziej zdecydowane.
Po dwudniowych akcjach, w sobotę wrzuciłam na luz (tak, jak luz wyglądać może w sobotnim wydaniu housewife!, zwłaszcza, że spodziewałam się w niedzielę gości). Sobotni program obejmował więc krótki wyjazd do mieściny, zwykłe sobotnie zadania hałsłajfowe oraz asystę przy wyjmowaniu silnika z Łamagi.
I tu nastąpi seria zdjątek z nietypowego zastosowania typowych urządzeń (oczywiście przeznaczonych przez producenta do czego innego) W wersji farmer -innowejszyn-modyfikejszyn. 

Mocno przedwojenna sieczkarnia w roli rębaka do gałęzi. Napędzana była pasem poprzez specjalna przystawkę do traktora. To drugie koło -pasowe- miała dołożone już bardzo dawno, ponieważ w czasach przedelektryfikacyjnych i przedtraktorowych napędzana była kieratem. Konie, których w gospodarstwie mojego męża było kilka, cięły sobie słomę na sieczkę.

Łamga w charakterze "chrustowozu". Łamaga znalazła się w zagrodzie w charakterze opakowania silnika.
Po prostu: Dziecko zakupiło silnik Omegi, a reszta to opakowanie.

Właśnie silnik jest "wyjmowany" z opakowania. Jako "dźwig" do demontażu silnika posłużył...

pług obrotowy na podnośniku sześćdziesiątki. Co zapewniło swobodę manewru "do góry-i-w przód" bez użycia, w zasadzie, siły mięśni. Podnośnik miał problem z udźwignięciem silnika na tak długim ramieniu (w sumie było ok 3,5m) i musieliśmy je trochę skrócić  przesuwając punkt zawieszenia w stronę traktora. Na miejsce chwilowego spoczynku silnik został przeniesiony ręcznie  przy zastosowaniu dwóch chłopów mocarnych. Zbyt mało miejsca było, żeby się z tym czymś traktorem obrócić, cofnąć do garażu i tam ładunek upuścić. 

...................................................................................................................................

Zaczęłam o poranku, ale musiałam wybywać do obowiązków i innych zadań. Po czym pojechaliśmy do miasteczka się powqrwiać trochę.  Zaplanowaliśmy parę urzędów obskoczyć. Czego by nie tknąć - wqrw! Cudny jest nasz kraj i jakże obywatelom przyjazny. Nie dziwcie się, że kto może, wypiernicza stąd na cztery wiatry. Młodzi zwłaszcza, bo mniej odporni na wqrw. Starsi już w bojach zaprawieni i śmiechem albo krzykiem wezmą.
W KRUsie był jeden z tematów. Dziecko słabe jakieś, zostało w aucie. Poszłam w kolejkę. Okienek dwa -jedno od ubezpieczeń, drugie od świadczeń. Przy tym właściwym siedzi petentka i zawzięcie druki wypełnia, myląc się przy tym co i raz. Siedziała tak ponad godzinę. Z drugiej strony okienka siedziała pani w moim wieku, tuszy zasadniczej, jedną upierścieniona ręką pokazywała petentce, gdzie ma krzyżyk postawić, a drugą dłubała w nosie. Bo w KRUsie druki wszelkie są ściśle tajne i nie może se petent wziąć do domu i na spokojnie wypełnić, tylko pani z okienka musi mu usmarkanym palcem pokazać gdzie ten krzyżyk. W dodatku myli się w zeznaniach, bo za pierwszym razem informacyjnym dokumentów żądała więcej. Dobrze, że nie polecieliśmy od razu, bo taki głupi wyciąg z rejestru gruntów kosztuje od stycznia 50zł (Wcześniej - 20zł. Czyli 250% ubiegłorocznej opłaty. Cóż, państwo w potrzebie, więc opłaty za druczki-sruczki 2,5 raza w górę, mandaty 25 razy w górę. Żyć-nie-umierać, patriotom być, głosować, koniecznie, na jedynom słusznom partię, która wybawi nas od błędów poprzedników i zbawi nas we wogóle.)
Wyciągów wyszłoby ze trzy. Rachunek prosty. A tylko błąd w zeznaniach jednej dziuni. A miała druczek, na którym było wszystko wypisane. Tylko się sięgnąć po druczek usmarkaną rączunią nie chciało.
Wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że instytucje obsługujące rolników mają na rolnika wyjebane. (Sory, ale delikatniejsze określenie nie odda klimatu)
Kolejne jaja są, bo mapa synchronizacyjna potrzebna. Geodeta dostał zlecenie. Geodeta chciałby zarobić pieniądze. Ale nie zarobi, bo cała dokumentacja poszła początkiem stycznia do Przemyśla. A w Przemyślu została jebnięta na kupę i tak sobie dotąd szczęśliwie leży. Do niczego dostępu nie ma, bo niezarchiwizowane. Może lepiej byłoby spalić? Efekt byłby ten sam, a przynajmniej nikt by tego wozić stąd do tamtąd nie musiał i kupy papierów miejsca by nie zajmowały. Piękny jest mój kraj! 
Niech mnie ktoś przekona, że nie miał racji dziadzio Marks, że "Byt kształtuje świadomość"
Powszedni byt kształtuje totalny wqrw i w dupiemanie wszelkich wyborów, referendów itp.
Niech mnie ktoś przekona, że mam za miesiąc niecały iść i oddać głos na jakiegoś Kartera!

środa, 8 kwietnia 2015

pozamiatane

po Świętach, oczywiście. Które w tym roku potraktowałam wyjątkowo minimalistycznie. A i tak sałatka grzybkowa poszła w kompost, bo jednak Starszemu zaszkodziła.Szlag mnie trafił drobny wewnętrzny, bo nie lubię wyrzucać jedzenia, albowiem wkładam w nie trochę pracy i pieniędzy. Pozatem jest to jednak jedzenie. Akurat to przeze mnie wyrzucone nikogo by nie nakarmiło, ale jednak jakoś nie uchodzi.Pozatem głosiłam wyraźnie, że w pewnym wieku należy zrezygnować z trującego jedzenia. (A nawet w ogóle należy z takowego zrezygnować i wszelkie octowe marynaty stosować jedynie jako skromny dodatek). Ale nie. I skończyło się tak, że w poniedziałek Dziecko latało do apteki po smecte i laremid.
Upiekłam tylko babkę cytrynową szt 2 oraz sernik na zimno z brzoskwiniami. I oczywiście drożdżowe buły -jedną słodką z rodzynkami, drugą zwykłą. Jedna babka i jedna słodka buła pojechały z Braciszkiem w świat. Drugą babkę zmłóciłyśmy z Córusią.
Cioteczka napiekła wyjątkowo niejadalnych placków. Na szczęście zostawiłam u nas tylko po małym kawałeczku(które odcinałam z zoładkiem w gardle na widok qrwa kokosu), reszta pojechała do Cioty. A i to co zostało u nas, leży w spiżarce i wzbogaci kompost.
Natomiast Brat wyciągnął z auta placuszek, którym na drogę obdarowała go sąsiadka z Górki - coś wspaniałego! Chociaż cała robotę robiło tam coś śliwkowego -ni to powidło, ni to dżem. No i muszę do niej zadzwonić, przepisu zażądać.
Braciszek przybył późno w sobotę, zanocował, jajkiem śmy się "zadzielili" i pojechał o pół do dziewiątej w Wielką Niedzielę, bo miał do pokonania ok.1000km. Zdążył, zachowując pewną rezerwę czasową i następnego dnia, o 10.30 był już prawie u celu podróży.Mój bieszczadzki, leśny Braciszek był zachwycony tamtejszym krajobrazem, bo pierwsze wrażenie do mnie i do Pumy było "tu jest pięknie". Dobrze by było, żeby także "bogato".
W związku ze wszystkimi powyższymi okolicznościami, Święta były jednodniowe. Starszy w drugi dzień dogorywał, a Dziecko chlało w imię boże. Albowiem pełniło funkcje nosiciela sztandaru parafialnych turków, czyli straży grobowej. Nosiło ten sztandar pierwszego dnia dwa razy, a drugiego na sumie. Po czym wróciło do domu zbulwersowane debilizmem rodziców, który pozwala by dzieciątka zabierały do kościoła sikawki w Lany Poniedziałek, a potem polewały kogo bądź, w tym paradujących turków. Zwyczaj jest bowiem taki, że po sumie turki (nie "turcy") maszerują wokół kościoła 3 razy w porządku następującym: dowódca, poczet sztandarowy, orkiestra dęta-rżnięta-i-kopana, turek czwórkami z szablą u boku. No i Dziecko zbulwersowało zlanie wodą sztandaru przez jakieś radosne dzieciątko trzymane przez radosną mamusię na rączkach.. Bo ma do sztandaru zakodowany szacunek jakiś, odwrotnie do hołoty, która niby kościółkowa bardzo, ale jakoś powierzchownie.
Tradycją jest także, że już po wszystkim, straż grobowa wyjmuje pieniążki (jajka na twardo wyrzuciwszy uprzednio do kubła), które do koszyka są im wrzucane podczas święcenia darów bożych i zamienia je na wodę ognistą. Po czym, korzystając z uprzejmości sołtysa, chla w domu ludowym, bo w sali katechetycznej (od lat pustka stojącej)  nie uchodzi.
A u mnie zostało takie maleństwo.

Maleństwo na razie ma areszt garażowo/warsztatowy, ponieważ zaraz na początek wykonało podkop i pewnie chciało wracać do swego domu. Wobec czego jest wyprowadzane w pola na sznurku. Jak na psa, który ma 8 lat i na smyczy nigdy nie był uczony, chodzenie na sznurku wychodzi mu cudnie. Tyle, że jego swobodne kroczki wymuszają u mnie szybki marsz. Nie wyprowadzam całej trójki razem, bo mój mały gebels zachowuje się jak idiotka i drze ryj na widok. Czarna natomiast chętnie by się bawiła. Ale jak jest sama, bo w parze z gebelsem też dostaje palmy.
Wczoraj poprawiliśmy z Dzieckiem ogrodzenie i Igorek trochę sobie pobył. Dopóki miał mnie w zasięgu wzroku było OK, ale jak zniknęłam zaczął się podkopywać w tym samym miejscu, co za pierwszym razem. Dzisiaj zostanie zastosowane kozie ogrodzenie, bo przecież nie będzie siedział cały czas w garażu.
Wczoraj spierniczaliśmy z pól biegiem, bowiem włóczy się tam para psów. Jeden z nich w typie ONa długowłosego i mały kundelek do towarzystwa. Za którąś próba pospacerowania, okazało się że ten nibyON jest suką w cieczce, a kundelek - zakochanym kawalerem. Sperniczałam tym szybciej, bo jak by tak Igorowi przyszła ochota na zastąpienie tego kawalera, to pewnie latałabym za nim na smyczy powietrzem.

Pogoda jest w dalszym ciągu do dupy. Wczoraj było jako tako, pomijając wiatr, więc mogłam pojechać wieśbusem do miasteczka i załatwić parę spraw. Starszy był zbulwersowany, że pojechałam wieśbusem i w ogóle miał coś naprzeciwko moim samotnym wyjazdom do miasta. Oczywiście były gebelsowskie teorie z podtekstem spisku i tajemnicy. A ja stwierdziłam, że muszę częściej, bo zaczynam się zachowywać w miejscach publicznych jak zagubiona sirota z zapadłej prowincji i przerażenie mnie ogarnia np. przed wejściem do banku (a co to będzie, jak mnie zamknie w tej " śluzie")

Pomidory w końcu powschodziły. Nie wszystkie i jakieś takie cienkie piórka sterczą. Mimo, że na oknie, to wyciąga je w jedną stronę. Obracam kuwetę systematycznie i nabieram przekonania, że jest to zabawa nie dla mnie. Kotom wstęp wzbroniony, bo bardzo chętnie by sobie w glebie pogrzebały.
Na allegro nabyłam jakieś śmieszne dynie i 18-dniowa rzodkiewkę. Dyń gigantów w tym roku nie będzie, bo nie ma mocy przerobowych do uprzątania z pola oraz są niepraktyczne w zastosowaniu. Gigantomania precz. Będą małe i poręczne, takie na jeden raz dla kozów. Pogoda mogłaby się wreszcie zrobić wiosenna i pozwolić coś posiać. Chociaż, nauczona ubiegłorocznym doświadczeniem nie śpieszę się znów tak bardzo. Posiane wcześnie nie wschodziło, siedziało w ziemi do usranej śmierci, zostało posiane powtórnie, a potem zeszło wszystko na raz i z pierwszego siewu i z drugiego. I był gąszcz.

Lektury mi się pokończyły. Wyczytałam wszystkie posiadane Marininy i Camilieri. Zaczęłam Stout Rexa, ale mnie wqrza. Z zadufanych w sobie, ekscentrycznych geniuszy znacznie sympatyczniejszy jest Poirot. Przynajmniej odżywia się normalnie i nie żłopie piwa kwartami.

Lecę z psami

Miłego i pogodnego!



czwartek, 2 kwietnia 2015

Primus Aprilis

Duje-wiej-leje-mży-pada. Śnieg z deszczem. Deszcz ze śniegiem. Tylko deszcz. Tylko śnieg.
Pierwszą wiosenna burzę, taką z prawdziwego zdarzenia już zaliczyliśmy. W poniedziałek wieczorem. Grzmiało, błyskało i rzucało z góry gradem, po oknach. No i po mojej sałacie, która posadziłam w ogródku ziołowym, żeby sobie, póki co tam rosła, zanim ziółka jednoroczne zajmą swe miejsca. Na oko wydaje się, że przeżyła tę gradowe okłady i ma się nieźle.
I jak w poniedziałek po południu duć zaczęło, tak duje nadal. Raz mocniej, raz słabiej, ale ogólnie - gorzej niż w kieleckim na moście. Dzisiaj też ma takie primaaprilisowe napady -raz świeci słońce, raz wali poziomo zmrożonym deszczem. W dodatku urwało kawałek dachu na stodole. Wziął sobie spadł, prosto na stojącą tam rotacyjną. Dziecko uważało, że należy przestawić siewnik, żeby reszta na ten siewnik nie poleciała, ale zasmarkanie przeważyło nad chęcią do działania.
Wczoraj, do wczesnego popołudnia było nawet znośnie i wiosennie.
Przyjechał Brat i wybraliśmy się do miasta ciasteczek na spotkanie poplenerowe z panem mecenasem Na wyjazd ubrałam pulowerek i zamszowa marynarkę. I po wyjściu z mecenasowego gabinetu natychmiast tego pożałowałam, bo wiosna znalazła się w odwrocie. Natomiast zostaliśmy owionięci cudownym cukiernianym zapachem i zrobiła nam się ochota na ciacho.
Ostatnimi czasy rzadko bywam w tym mieście i nie wiem, gdzie tam jest jakaś cukiernia, zapytaliśmy więc przekupek handlujących koszykami i krzesełkami. I od nich dowiedzieliśmy się, że te cudowne zapachy to z fabryki ciasteczkowej. Nawet nam pani wyjaśniła, jak dojść oraz, że tam ciasteczek nie sprzedają. Żadna strata, bo akurat nie o takie ciasteczka nam chodziło. W końcu znaleźliśmy w pasażu jakąś piekarnio -ciastkarnię i , nie mając innego wyjścia, kupili krajankę czekoladową z marmoladą i w polewie, która nas pozytywnie zaskoczyła.
Święta za pasem, a ja mam wyjątkowo wy..bane. W zasadzie przedświąteczne/wiosenne porządki w domu zrobiłam tak jakoś z marszu. Może można by bardziej zaszaleć, ale po co. Pająki pogonione, okna umyte, tudzież wszelkie szyby i lustra. Od wielkiego sprzątania odstręcza mnie gnojstwo i bałaganiarstwo moich panów: żaden nie zrobi porządku po sobie i "gdzie stoi, tam się zesra" Młody naznosi ciągle do kuchni różnych szpejów -śrubki, nakrętki, zielone dętki, wkrętarka, wąż do kompresora, zestaw końcówek. To wszystko leży albo na parapecie, albo na ławce, a drobiazgi i papiery utyka "za szybką" w szafce. Potem niczego nie może znaleźć i jest granda. Toteż nie ruszam, zresztą nie chce mi się z tym latać do warsztatu na dół. Pogonię go, żeby sam powynosił, bo potem będą pretensje, że mu utkałam i nie może znaleźć.
Siedzę sobie i czytam. I czytam. Aż się pan w końcu wziął i zrobił sobie sam cebulę do śledzi. No, żebym palcem nie tknęła, to się nie obeszło, ale głównie zrobił sam. W końcu, ja tego nie jem, ani nikt poza nim. Jak chce - niech sobie tę cebulę kroi. No i jakoś może, wysypki nie dostał, jak na wzmiankę o cebuli w innych potrawach.
Potem wyrobił mięso na kiełbasę. Mój udział był logistyczny bardziej: poważyłam, dosypałam przyprawy, posiekałam czosnek, postawiłam nawet kubek z wodą. I poszłam z psami. Co jest zadaniem trudnym aktualnie, ze względu na ten cholerny wiatr.
Dziecko się usmarkało i dogorywa w swoim pokoju. Ale w końcu będzie musiało wyleźć i udać się do sadu po drzewo do wędzenia.

W tę cholernie paskudna pogodę byłam zmuszona obskoczyć zakupy dla cioty. Dzwoniła poprzedniego dnia, że potrzebuje. Sama sobie winnam, bo nie chciało mi się wstępować do niej, gdy wybieraliśmy się na własne zakupy. Kazałam litanię przygotować na piśmie. A potem i tak zadzwoniłam, żeby mi z tej kartki przedyktowała, bo nie bardzo mam ochotę życie towarzyskie rozwijać. W sobotę otworzyli u nas kolejny duży sklep. Jest blisko dość, a że to pierwszy tydzień ich działalności, to ceny mają konkurencyjne. Poszło gładko i w jednym miejscu wszystko załatwiłam. Tyle, że jak z tymi ciężkimi torbiszczami wychodziłam ze sklepu, to znowu był nawrót zimy.

Brat wyjeżdża ostatecznie w Wielką Niedzielę. Przedtem przywiezie Igora. Myślałam, że już we wtorek to nastąpi, ale on krępuje się, że narobi nam kramu, bo moje wariatki będą siedzieć w oknie i ryj drzeć z powodu psa na podwórzu.Myślę, że może się uda uniknąć tego darcia pyska, jeżeli ich wcześniej zapoznamy ze sobą. Najbardziej oporna jest Księżniczka. Właściwie mnie wqrza, bo mogłaby się wreszcie nauczyć, że jak konkretna osoba wchodzi do tego domu dwudziesty raz, to znaczy, że swoja i spokój ma być. Ale ona ma własne poglądy. Jak przyjechał w sobotę Jakub, to żadne prośby ani groźby nie pomagały. W końcu wysłałam ją do pokoju pana i się zamknęła.Natomiast przy ostatniej wizycie Brata znów usiłowała koncertować. Okazuje się, że magiczne słowo "qrrwa" załatwia sprawę wszelkiego psiego nieposłuszeństwa. Mogę dziesięć razy wołać "chodź tu" bez reakcji żadnej, ale jak wrzasnę "qrwa, idziesz" to przybiega natychmiast. Tym razem magiczne słowo połączone ze słowem "cisza" też zadziałało i o dziwo - nie jazgotała. Trudno, spierniczyłam sprawę w jakimś minionym momencie, żeby nauczyć psy, że jak pani kogoś do domu wprowadza, to znaczy, że swój i morda w kubeł. Czarna ma inny chamski zwyczaj. Mianowicie - ona kocha wszystkich ludzi i najchętniej by oblizywała gdzie się da i nie da. W dodatku ma zimny i mokry nos, z którym zetknięcie jest dla wielu osób nieprzyjemne. Zresztą, nawet wielu psiarzy nie lubi być oblizywanych przez psy. Mnie, o dziwo, nie liże, w przeciwieństwie do Księżniczki, która - głaskana- rewanżuje się natychmiast zawzięcie liżąc rękę. Księżniczka doskonale rozumie, co się do niej mówi, ale jest bardzo asertywna i wykona, albo nie. Najczęściej nie.

Puma pojechała z powrotem w te swoje Ardeny we wtorek. Przyjedzie w maju na polowania dwukrotnie, raz na Pomorze, a raz w Bieszczady. Może zahaczą o nas z Pierem, bo będą autem. Zresztą jest plan, na wypadek, gdyby się Bratu udało i spodobało w tej nowej pracy, że zabierze Igora do siebie. Ale, jak by się przyzwyczaił u mnie, to niechby już był. To już niemłody pies, trudno mu się przyzwyczajać coraz to do nowego miejsca. Zaakceptował mnie już dawno i widzę, że posłuszny jest. Jak zabroniłam interesować się kotem, to został, co z moją Księżniczką by nie przeszło absolutnie. Na widok kota głuchnie zupełnie.

Ponieważ już się zdążył zrobić czwartek, po kolejnej nocy przespanej mniej więcej, wypada podjąć jakieś działania twórcze. Na które nie mam weny i nie mam siły. Wciąż jeszcze wyłazi nerwówka z ub. tygodnia, która jakoś tak, niewprost mnie prześladowała. Do tego gruboskórność mojego miejskiego dziecięcia i mężusia, którzy się przed faktem i po fakcie po wielokroć wypytywali o szczegóły. Do starego debila nie trafiało nawet, że nie mam ochoty na ten temat rozmawiać. Natychmiast rozwija swoje gebelsowskie teorie, że wszystko przed nim ukrywam. Oczywiście, że ukrywam częściowo, bo on każdą uzyskaną informację przekazuje natychmiast ukochanej siostrzyczce, a nie wiem, co ona z tym robi dalej. Więc im mniej wie, tym lepiej, bo było, że ładnie namieszała, wpierniczając się gdzie nie trzeba. Tak, że odmiękam dopiero od wtorku, ale to odmiękanie wychodzi permanentnym bólem żołądka i bezsennością.

W końcu nie wiadomo, czy ta najważniejsza osoba w rodzinie przybędzie na święta, czy nie, bo plącze się w zeznaniach. Raz opowiada, że upiekła 4(!) kilo pasztetu i przyjedzie z nim w czwartek, potem,że nie przyjedzie wcale. Wieczne kombinejszyn i hrabiowskie fiubździu. I jak tu lubić święta?!
Miałabym ochotę na dżin z tonikiem, ale sama chlać nie będę - Dziecko dżinu nie uwielbia, a drugie Dziecko  stało się abstynentem ze względu na  nieprzewidywalne reakcje jej organizmu. I tak latam za głównego alkoholika w rodzinie...

poniedziałek, 23 marca 2015

Zaniedbanie

straszne powstało, wobec moich Czytelników. To jest gnojstwa umysłowego ciąg dalszy. I w ciągu dalszym, gnojstwo to jest usprawiedliwiane czytactwem , permanentnym prawie i monotematycznym tj. Marinina na zmianę z Daszkową. Pozyskałam również następne pozycje z Brunettim oraz Hagena oraz Chmielewskiej coś (o dziwo!) nieznanego dotąd.
Natomiast, w związku z panoszeniem się dziwnym wiosny, czytactwo będzie musiało pewnie pójśc całkiem precz.
Do tej pory obraniało się trochę - było kontynuowane w ramach odpoczynku po pracy fizycznej.
No, bo jednak trochę tej pracy trzeba było wokoło wykonać. Po zimowym wycinaniu grusz zostało mnóstwo gałęzi, w dodatku leżących w miejscu nader nieodpowiednim, bo blokujących dostęp do maszyn rolniczych, które niebawem będą przypinane.
Duży traktor został częściowo przez Dziecko rozebrany, z moja pomocą, jako instrumentariuszki -  podawałam Dziecku leżącemu pod maszyną narzędzia oraz obcierałam olej chlastający po oczach. Potem ciągnęłam tłoki, zbierając zjebkę, że źle i nie tak, i że to moja wina, że nie chce wychodzić oraz moja wina, że wpadł w cholerę. Potem było trochę przerwy przed składaniem traktora z powrotem. Przy okazji wjeżdżania ze spuszczonym powietrzem do garażu, bo inaczej by czołem zawadził o nadproże, szlag trafił dętkę w dużym kole. Widmo zdejmowania koła wisiało nad Dzieckiem i potęgowało wqrw u niego. Toteż dla relaksu psychicznego wyciągnęło mały traktor, założyło mu taka specjalna przystawkę i podłączyło do tego traktora starą, przedwojenną jeszcze sieczkarnię. Która to sieczkarnia świetnie się spisała w roli rębaka. Wycięliśmy migiem wielką stertę gałęzi, potem zwieźli jeszcze z ogrodu gałęzie z drugiej gruszy. No i w końcu trafiła kosa na kamień - któraś gałązka okazała się za stara albo za gruba i tym sposobem sieczkarnia zakończyła żywot. A dla mnie została wielka sterta gruszkowych gałęzi do ciupania. Uporałam się z nią w dwa dni, budząc podziw nad tempem u Dziecka, które zajmowało się inteligentniejszymi czynnościami, przerastającymi moje możliwości.

Niestety, do składania traktora zostałam ponownie zaangażowana. I pech chciał, ż eten oporny tłok, który przedtem nie chciał wyleźć - teraz nie chciał wleźć. I zestresowane tym Dziecko zakręciło odwrotnie stopkę na korbowód. Potem długo nie mogło się uporać z odkręceniem, ponieważ zakręciło jak należy, używając strasznej siły przy zastosowaniu, wreszcie, klucza dynamometrycznego (który zakupiło w końcu, nauczone doświadczeniem, że nigdy nie wiadomo, jak straszna ma być siła użyta do zakręcania śrub. I że często ta siłą była zbyt straszna, co skutkowało urwaniem śruby lub zerwaniem gwintu. A potem wykręcenie takiej urwanej śruby jest tak czaso- i nerwo- chłonne, że należy się bronić przed tym ręcami i nogami a najlepiej kluczem dynamometrycznym właśnie. W końcu po to je wymyślili i nawet piszą jaki moment ma być zastosowany do których śrub)
W końcu Dziecko tę stopkę odkręciło (czego się przy tym sąsiedzi nasłuchali, to ich), ale zniechęciło się na teraz, co bardzo mi było na rękę, bo zimno się robić zaczynało i w dodatku, tak sprawna nie jestem, jakby moje Dziecko po mnie oczekiwało. Na szczęście znalazł się kolega, który nie miał nic lepszego do roboty, mechanicznie ogarnięty i zwabiony perspektywa browarka po.
A ja mogłam spokojnie zająć się narzędziem prostym jak siekiera. Potem grabiłam na tempo patyczane resztki z trawy na ogródku, żeby być szybsza niż trawa, która już miała ochotę rosnąć. Potem te patyczki pizgałyby mi po oczach spod kosiarki. Kosiarkę też uruchomiłam w końcu, nie bez sprzeciwu z jej strony. Dziecko musiało interweniować i wymienić świecę, bo się małpa zalewała, a iskry nie dawała. No i wykosiłam ślady jesiennego lenistwa na ogrodzie. Ślicznie jest teraz i nowa trawka może sobie już rosnąc bez przeszkód. Patyczki nawet bardzo nie latały, czyli wygrabiłam skutecznie.

W sobotę posiałam pomidory, bo pisali, że czas siewu owocowych roślin akurat w sobotę. Po dokonaniu zakupów z tym wysiewem związanych zastanowiłam się po raz kolejny, czy jest sens. Bo za te pieniądze miałabym gotowa rozsadę, bez żadnych z mojej strony ceregieli. Z tym, że pewnie kupiłabym to, co byłoby dostępne bardziej niż to, co pożądane. No i stoją dwie kuwety u mnie na oknie, kotom wstęp wzbroniony. Na razie udaje się upilnować, ale nie wiem, czy na zawsze, bo bywa, że Czarna sobie wymyśli spanie na moim łóżku i sama drzwi otworzy. Zamknąć za sobą się nie nauczyła, więc kocia banda wykorzystuje natychmiast okazję do penetrowania jeszcze jednego pomieszczenia.
Z pomidorami byłą znów afera, nazwijmy to "rodzinna" (nazwijmy, bo jest powiedzonko "koza nie bydlę, szwagier nie rodzina", no to szwagierka chyba też) Tatuś radośnie wparował do kuchni i oznajmił, że "ciocia Zosia posiała ci pomidory". Na co we mnie natychmiast szlag trafił, bo jej ubiegłoroczne wysiewy do qrwicy mnie doprowadziły, też nieproszone, a wysadzić musiałam, żeby afery z obrazą majestatu nie było, dwóch majestatów nawet zresztą. I bujałam się potem z gównem, z którego pożytku nie było wiele, bo późne, mało plenne, nieodporne i niesmaczne. A tu masz -wysiała MI. Nie przewidująco, a machinalne jakby, zapytałam "Po co? Prosił ją kto?". No i się zrobiła afera. Tzn. Tatuś idiota zrobił oczywiście, bo on mieszać uwielbia, a cioteczka jest w ogóle jego gwiazdą na niebie, przewodnią zresztą. Ja wiem, jędza ze mnie jakaś się tu objawia, ale nie mam zamiaru opisywać całokształtu działań cioteczki, które by oddawały kontekst objawiania się jędzą wredna z mojej strony. Nie byłoby to zbyt ciekawe i budujące dla czytających. W każdym razie nadziałała się krecio w przeszłości i zresztą jej pozostało na starość. Te krecie działania przyniosły efekty trwałe i negatywne. I pozostańmy na tym w tej kwestii. W tej chwili starcze przypadłości uniemożliwiają jej ciągłe i niezapowiedziane wizyty, natomiast linia do Tatusia jest gorąca od samego rana i każde wydarzenie domowe jest natychmiast szeroko omawiane, z przyjęciem wytycznych do dalszego działania i zajęciem stanowiska.

A ja już pewnie zaczynam świra gonić przed piątkiem. W piątek kolejne spotkanie z piękną Lucy w sądzie. W dodatku będę musiała sama stawić czoła, bo brat załapał się do pracy za kółkiem w obcym porcie i nie ma opcji, żeby mógł wyjechać później. W dodatku ma mi odstawić w czwartek psa na przechowanie i muszę odgrodzić dla tego psa część podwórza. W związku z czym ma przyjść dzisiaj Jacuś Szelma, coby pomóc to ogrodzeni stawiać. Potrzebne prepitety zakupiłam wcześniej, bo miało to być robione na inny termin, na szczęście nieaktualny, bo lało wtedy równo przez 3 dni.
W dodatku moje dziecko Miastowe jest jakoś nadmiernie zainteresowane sprawą, choć jakby nie do końca, bo od trzech tygodni dopytuje systematycznie "gdzie, jak i kiedy", po czym znów wraca do tematu i mylą jej się miejsca i terminy. Czym mnie oczywiście doprowadza do wqrwu nagłego. Nie wiem, czy moje dzieci maja taki wrodzony lub nabyty brak taktu oraz przekonanie, że matka jest skała psychiczna i fizyczna. I można na nią wszelkie smuty wylewać oraz do wszelkiej pomocy fizycznej ją wzywać a ona ani drgnie we wnętrzu i  zewnętrzu. Poza wszystkim zainteresowanie tematem sądowym ze strony młodzieży uważam za przesadzone, bo bez względu na tok sprawy, jej się nic nie zmienia na razie i potem też jeszcze chwilę. A dotychczasowy przebieg sugeruje, że  trochę czasu i pieniędzy upłynie do zakończenia.

Poranna rozmowa z Dzieckiem M. podążającym poniedziałkowo do "ukochanej" korpo odbyta, śniadanko zjedzone, kawunia wypita, koty nakarmione. Pozostaje psy budzić, bo coś im się popieprzyło i śpią jak zabite. W sumie dobrze, bo mogłam śniadanie zjeść bez żebrzących sępów, ale co za dużo, to niezdrowo. Pobudka!
Miłego, wiosennego i nie dajcie się zwariować. Zdążymy ze wszystkim ....Spoko...


poniedziałek, 9 marca 2015

Wiosna - akcja II

Po paru dniach namyśliła się i wróciła. Staram się ją na razie ignorować, chociaż popędziła mnie do nabycia nasion pomidorów. I teraz myślę intensywnie, jakim cudem zrobić z tego rozsadę. W mieszkaniu, w którym 3 koty chodzą wierzchem! (o, właśnie jedna drze się na drzwiach wejściowych do pokoju, następnie drzwi trzasną o szafę i Panna Kotta spadnie z takim hukiem, jakby była workiem cementu).
Zanim miałam koty -miałam piękne zielistki.(Niestety, nic więcej nie chciało u mnie rosnąć -tylko zielistki i filodendrony różne) Stały sobie na kwietniku od podłogi do sufitu. A potem koty zaczęły się plażować w doniczkach. Zielistki diabli wzięli, a kwietnik zdemontowałam. Błąd, bo miałyby po czym łazić i nie tłukły by się drzwiami oraz nie wyrzucały mi ubrań z nadstawek (włazi taka łajza na szafę, otwiera z góry drzwiczki od nadstawki i się tam pakuje. Jak potem zeskakuje na glebę, to zawsze coś za sobą wyciągnie).
Czekając w budynku publicznym na Dziecko załatwiające sprawy ukradłam kilka naszczepek zielistek. Że może jednak uda mi się mieć znowu. W końcu u mnie w pokoju stoi beniaminek na kluseczkach i aloes na zdrowie i dają radę. Z fikusa początkowo wygrzebywały ziemię, ale owiązałam doniczkę resztką siatki na komary i spokój. Raz tylko zrzucił z parapetu. Skończyło się pękniętą doniczką, ale fikusik przeżył. Aloesu nie ruszają, może kłujący albo co.
Przyniesione naszczepki wsadziłam chwilowo do szklanki z wodą i postawiłam w kuchni na ladzie. Jakoś mi się tak rzuciło w pewnym momencie na oczy, że dziwnie równe są u góry te listki, ale myślałam, że to skutek niedowidztwa. Później się okazało, że jednak aż tak źle z moim wzrokiem nie jest: przydybałam Łaciatkę jak sobie obżerała zielone wystające ponad szklankę. I miałaś babo kwiatek! Pewnie trzeba się zdecydować - albo koty, albo kwiatki. Zwłaszcza, że koty lubią żreć zielone, a duża część domowego zielonego jest dla kotów trująca.
W ub. roku usiłowałam w pokoju wyhodować jakąś rozsadę. Natychmiast koty zaczęły penetrować ustawione kuwety. Ale teraz mam chytry plan, tylko muszę namówić Dziecko, żeby pomogło.
Dziecko też czuje wiosnę i zabrało się za remont konia pociągowego. Ucieszone, bo zakupione opakowanie silnika Vectry Omegi ma dość miejsca na zapakowanie koła do wulkanizacji. No i tym opakowaniem wybrało się w sobotę na przegląd zasiewów. Nadmierne zaufanie do wiosny poczuło i usiłowało zawrócić na fragmencie pola, gdzie rzepak został do cna wyżarty. No i te półtora tony opakowania, wraz z silnikiem i całą resztą siadło w glebie po osie. Odebrałam telefon: "Matka, a ty byś dała radę wyjechać 30-tką ze stodoły?" No, to już wiedziałam, że gdzieś "siedzi", tylko jak daleko? Niestety, nie dałabym rady, bo po pierwsze-zdążyłam zapomnieć, niestety, jak odpala się trzydziestkę. A po drugie, nawet, gdybym odpaliła, to potrafię jechać tylko do przodu, skręcać mogę, dokładnie nawet, ale wstecznego nie wrzucałam w życiu i mogłoby się skończyć tym, że po odpaleniu wylądowałabym na przyczepie, która sobie stoi w stodole.
Dziecko zmuszone zostało do użycia nóg, pojechałam z nim, zostałam posadzona w opakowaniu i miałam za zadanie kręcić kierownicą odpowiednio. Nawet mi się udało tak pokręcić, że opakowanie, ciągnięte na linie za trzydziestką, ładnie wylądowało równo na drodze. Po czym zamieniliśmy się kierownicami i ja pojechałam do domu traktorkiem, a Dziecko opakowaniem. Ledwie zajechałam do stodoły - Dziecko już tam było, sprawdzając, czy jednak nie zatrzymałam się na tej przyczepie. I tu zaskoczyłam samą siebie, bo udało mi się zgasić traktor w zaplanowanym miejscu! Jeżeli opanuję jeszcze operowanie wstecznym to nie będę musiała się prosić o wywiezienie czegoś w pole, co przekracza moje moce pociągowe przy taczkach....

Dziś może nie będę tak do końca ignorować wiosny i pójdę popracować nad stosem gałęzi w ogródku, który działa mi na uczucia estetyczne. Siekierę Dziecko naostrzyło.Muszę się za to zabrać, zanim trawa zacznie rosnąć. Potem się tych okruchów nie da wydobyć i będą mi skakać po oczach podczas koszenia trawnika. Trawnik bowiem koszę jak kamikadze, bez kosza. Wtedy działa wyrzut boczny i do tyłu tez otwieram, bo boczny nie daje rady. W związku z czym ubieram siatkę od kosy. Twarz mam w całości, ale reszta narażona jest na zmięta trawę i wszystko co pod nóż kosiarki, razem z trawą, wpadło. Więc im mniej w trawie, tym mniej bęcków podczas koszenia.

Aha, no i w ogóle coś ta wiosna przedwczesna wali ludziom na mózgi. W sobotę usłyszałam petardy. Oczywiście psy latały z wrzaskiem po ścianach. Usiłowałam przeczekać w spokojności, ale po czwartym wybuchu ubrałam wysokognojne i udałam się w kierunku, czyli sąsiada z malowaną kostką i największymi we wsi łabądkami. I grzecznie zapytałam, czy mi się coś nie pomyliło, czy może rezurekcję mamy (o szesnastej, ale niech tam). "Wróble straszę". No tak, przecież wróbel żaden nie może srać po malowanej ręcznie kostce brukowej. Wypadało zaproponować rozciągnięcie siatki nad posesją. Ale, może przez siatkę też by srały w locie?

Pan Starszy umiera na nogę. Ma nawrót tego umierania. Jojczy, kwęczy, budzi mnie po nocy i każe się ratować. Afery robi ze straszeniem, że do domu starców pójdzie, bo tam będzie miał dopiero opiekę cudowną. Jak jest z opieką w domu starców, to ja wiem, a on nie wie, niestety. A poza tym nie stać go na dom starców, więc musi ten domowy brak opieki znosić. Pan jest tak zapatrzony i zasłuchany we własne bóle i choroby (całe życie zresztą prawie), że nikt nigdy nie jest bardziej chory od niego i nikomu się, nigdy żadna uwaga z jego strony nie należała. A ponieważ ja czuję się "świetnie", czyli -chodzę siłą woli, więc nie mam zamiaru latać jak zajączek. A on, jakby tak zechciał pomyśleć nieco, to zamiast mnie przywoływać po imieniu, w celu poinformowania na miejscu, że chce herbaty. mógłby tą herbatą wrzasnąć od razu. Miałabym jedna trasę mniej. Ale myślenie pewnie tez boli, przynajmniej w pewnym kierunku...

Nastawiłam buraczki, bo gotowania długiego wymagają, a Pan sobie zażyczył na obiad.
Dzisiaj Marinina poleży. Faktyczniej mniej cudów niż u Doncowej. Z tym, że ta druga bardziej humorystyczna taka. Ale momentami śmieszna za śmiesznie. Nie ma jak Chmielewska w tej dziedzinie...

Na razie lecę szukać wiosny z psami. Rabarbar u sąsiada już wyłazi, podlany w piątek świńskim sikiem, w związku z czym musiałam piesy trzymać krótko, bo miły nosu smrodek nadmiernie je wabił i istniała możliwość, że Czarna by się z przyjemnością wytarzała.

środa, 4 marca 2015

co blogger

złączył, tego użytkownik nie rozłączy! Mam na liście czytelniczej kilka blogów, do których nie zaglądam od dawna: dodało mi się ot-tak, albo mi z parady wyszło. Chciałam usunąć, bo po co mi tam mają wisieć. Ale, sorry, nic z tego. Blogger łączy na wieki wieków amen. W dodatku przy każdym wejściu pojawia się kod błędu. Może przeglądarkę mam rachityczną, ale jestem do niej przywiązana uczuciowo, bo pozwala mi jednocześnie obsługiwać pocztę, bez każdorazowego logowania się na skrzynkę. Poza tym powinno toto działać pod wszelkimi przeglądarkami, nie pod jedynie słusznym chromem, który zresztą gówniany jest.

Wiosnę lutową szlag trafił, co było do przewidzenia. Lepiej wcześniej niż później, zanim przyroda zdążyła na dobre ożyć. I tak już ożyła conieco.U Koleżanki Pisarki Nadmorskiej przebiśniegi przebiły się przez piach w połowie lutego, u mnie później nieco i nie musiały się przebijać. Pigwowiec był uprzejmy wydać pączki kwiatowe, forsycja podąża za nim. Sąsiadka posiała rzodkiewkę. Kozy zrzucają podszerstek na gwałt. Trawa się zieleni idiotycznie. A wieczorem był mrozik lekki i szelepała pod butami wysokognojnymi z pianki EVA.

Dziecko się wzięło za remont 60-tki. Wymyśliło, że wjedzie do garażu, bo akurat z góry leciała woda w postaci wielorakiej. Ale żeby traktor się zmieścił w dziurze wjazdowej musiało sztuk dokonać kilku. Podkop w grę nie wchodził bo beton, a młota pneumatycznego pod ręka nie było. Więc spuścił powietrze w dużych kołach i zdjął dach. I tu się objawiło chamstwo przedmiotów martwych oraz pech mojego Dziecięcia, albowiem koło po wykonaniu 1,5 obrotu bez powietrza było uprzejme stracić wentyl w dętce. Po zajechaniu do garażu koła zostały napompowane z powrotem, silnik częściowo zdemontowany i głowica zawieziona do planowania. A na następny dzień z rana okazało się, że traktor stoi na podwójnym flaku z lewej strony. Flak w przednim kole był wiadomy, stało na windzie. Natomiast tył sobie siadł ładnie i dokładnie. Została wyjęta 30-tka, pozakładane jakieś tam paski klinowe do sprężarki, które normalnie nie istnieją, bo 30-tka się zwykle kół żadnych nie pompuje. I odbyła się próba pompowania, która nie przyniosła zamierzonego efektu. Po oględzinach okazało się, że wyrwało wentyl. Dziecko było tak wściekłe, że jak weszło do domu, to psy pochowały się po kątach od razu. Nie chciało ani jeść, ani pić, a ja wolałam się nie naprzykrzać, choć obiad stał na stole i lodowaciał.  Zresztą jedzenie w stanie wqrwu prowadzi do wrzodów żołądka, więc lepiej żeby odtajał najpierw, a ja najwyżej podgrzeję potem.

Przed wieczorem trafiła mi się fucha korepetytora matematycznego. Przy czym stwierdziłam, że to wszystko na psy schodzi - to nie matematyka, tylko rachunki. Jakieś dziwne sposoby zapisu obliczeń, nowomodne symbole. A w dodatku wszystko wokół sprawdzianu się odbywa i on jest celem głównym. Mieli już dwa próbne oficjalne a na lekcjach jeszcze pani robi co chwila. A klasówka jest testem na prawda/fałsz. Wystarczy mieć szczęście. W sumie, dobrze, że już w tym nie uczestniczę...

Właśnie się rozległo brrr-bul-bul-pszszsz-psz-pszsz-prych i kawiarka była uprzejma spluć pół kuchenki. Uwielbiam kawę z kawiarki, ale dlaczego kuchenka musi być wiecznie spluta? Dziecko jęło mnie krytykować, że za dużo wody leję. No to dzisiaj nalałam dużo mniej. Kuchenka spluta tak samo, jak zwykle. Czy istnieją nieplujące kawiarki?

Jutro Dziecko stanie się posiadaczem ziemskim, albowiem ma nabyć 0,3ha gruntu na własność. Zapewne będę zmuszona udać się wraz z nim do rejenta, po czym odwiedzę gminę i zrobię grandę w sprawie przepisania podatku na niego, jako na dzierżawcę. W mieście ten podatek przepisali automatycznie jakby, natomiast gmina twierdzi, że tylko w sytuacji, gdy właściciel poszedł na emeryturę KRUSowską. Właściciel jest już w takim wieku, że nawet dodatek opiekuńczy do emerytury pobiera od paru lat, a gmina jakby przepisy osobne miała. Niekompetencja urzędników nie znikła ze zmianą wójta, niestety. Jedynie oszczędności nastały, które rozpoczęły się od likwidacji etatów konserwatora w szkołach. Znowu będzie dyrektor ze śrubokrętem latał, jak to ja robiłam, gdy klamka odpadnie oraz biegał do kotła C.O. i włączał oświetlenie wieczorem. Dobrze, że ten miejscowy akurat mieszka 2 kroki od szkoły. Gorzej z takimi, co kilkanaście kilometrów mają.

Dobrze jest, okazuje się, czasem dupę z domu ruszyć i udać się do ludzi bywałych tu i ówdzie. Czasem się nabędzie przydatną wiedzę. Tym razem dowiedziałam się od Elusi, która jest ciotką korepetytowanego dzieciątka, oprócz tego położną w wojewódzkim szpitalu i chrzestną matką mojej Córuni, że można uzyskać dofinansowanie z NFZ do okularów w wysokości 70% kosztów. Trzeba jakiś papier wziąć od okulisty, a potem złożyć go w NFZ. Co zamierzam uczynić, bo moje okulary są stanowczo za drogie, jak na moje możliwości, a kretem chodzić nie będę. Zresztą, w końcu to są moje pieniądze. Z mojej osobistej emerytury ściągnięte. I latami nie wykorzystywane, bo u doktórki byłam ostatnio w lutym po skierowanie do okulisty, a wcześniej - przed dwoma laty.

Panowie pojechali do miasta, odwiedzić bank a ja mam tym sposobem chwilę luzu. Myślę nad obiadem, a w międzyczasie poczytam trochę tę ruską Chmielewską. Choć, prawdę mówiąc, zaczyna mnie wqrzać nieco nadmierną obfitością "cudów", które trafiają się jej bohaterom. Chmielewska była jednak bardziej powściągliwa...

poniedziałek, 2 marca 2015

nie piszem, bo czytam

W ten oto sposób gnojstwo fizyczno umysłowe zostało, dla własnego usprawiedliwienia, zastąpione jakąś aktywnością. O ile oczywiście siedzenie na dupie i przesuwanie strony rolką można nazwać aktywnością.
Czytam oczywiście literaturę lekką, łatwą i przyjemną, wielką prozę z filozoficznymi problemami egzystencjalnymi, pisaną przez autorów, którzy sami takie problemy posiadają w nadmiarze, zostawiając na lepsze czasy. Które, jak sądzę, nieprędko nastąpią, bo tyle różności się dzieje wokół, że szukanie ich dodatkowo w literaturze byłoby niejakim masochizmem.
Przeczytałam wszystko, co miałam z komisarzem Brunettim, potem z rodzimym Nemhauserem, a teraz mam na tapecie Chmielewską z Moskwy. Poza wszystkim, czyli fabułą, interesujący opis dnia codziennego po przemianach. Zresztą nie tylko tam. Czasem, czytając, odnosi się wrażenie niejakie, że rodzime "kukułcze gniazdo" jest nieco normalniejsze...

Wiosna nas zaatakowała dziwnie i niektórzy dali się ponieść. Jeszcze rozumiem, że podwórkowe porządki, sprzątanie późnojesiennych pozostałości i tego, co dziwna zima przywlekła. Ale grządki, to jednak lekka przesada.Tak trochę to wiosenne szaleństwo wymuszają na nieodpornych też markety. Byłam ostatnio za potrzebą dwukrotnie w Brico - tam wiosna i Wielkanoc pełną gębą -stosy ziemi w workach, doniczki, nasiona, kwiatki itp, pomieszane z  jajami, zającami i barwnikami do jaj.
A zagoniła mnie do Brico szczota ulicznica dla Andzi. Albowiem aktualna została wyjedzona do kilku kłaczków zaledwie. Natychmiast po zakupie zamontowałam i natychmiast została zaatakowana przez Andzię. Tak, że aż cała ścianka pomiędzy nią a Stefanem zaczęła się ruszać. Nie pomyślałam, że po zdjęciu tych dziesięciu ton ziarka ze stropu był on uprzejmy się rozprostować i nie leży już całym sobą na słupach. Zatem słupy należy podklinować, coby ścianka nie straciła pionu przy intensywnym atakownaiu szczoty przez Andzię.
Z tą wiosną jest coś na rzeczy, bowiem kozy zaczynają wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy. Zwłaszcza czarne, które mają podszerstek szary. I ten szary podszerstek zaczyna im w strąkach zwisać tu i ówdzie. Szczota ulicznica nie da rady wszędzie, trzeba będzie ingerować ręcznie.
Żeby nie było całkiem cacy, w piątek koteczek Areczek siknął krwią dwa razy w dziwnych miejscach. Natychmiast został zapakowany w kontenerek i zawieziony do kociego wracza. I tu jestem rozczarowana nieco. Pan wracz ograniczył się, w ramach rozpoznania, do zmierzenia temperatury, co dało mu podstawy do wyeliminowania jednego otworu, z którego mogłaby być krew.Areczek dostał 2 zastrzyki, które zniósł z dziwna obojętnością - nie drgnął nawet, a ja się obawiałam, że  będzie usiłował wydrapać komuś oczy. Oprócz tego dostaliśmy piguły i saszetki na 5 dni. Od soboty zaczęłam opracowywać sposoby zaaplikowania zawartości saszetek, klnąc w głos idiotyzm producenta. Ogólniej zresztą: jakiej cholery specyfiki dla zwierząt maja idiotyczne, bez sensu i pomyślunku żadnego wybrane, zapachy. Jakiej nagłej cholery witaminy dla kóz pachną wanilią lub karmelem. Czy normalna zwykła koza pasie się na waniliowych polach?! Czy nie mogłoby to pachnieć np. jabłkiem?! A lekarstwo dla kota, zamiast zapachu żurawiny, nie mogło by mieć zapachu wątróbki np? I tak te cholerne zapachy są sztuczne, więc czemu nie moga być adekwatne do zwierza? W dodatku saszetka zawiera 30gram proszku, czyli 3 dag. Jak taka ilość przemycić jednorazowo w karmie? Wiadomo, że tam oprócz zasadniczego leku jest wypełniacz. Więc po jaką jasna cholerę tyle tego wypełniacza? Albo tabletka dla kota wielkości 50groszówki. Chyba dla lwa...
No, w każdym razie prawą rękę mam podziobana wielokrotnie pazurami Areczka, któremu za każdym razem udało się przynajmniej jeden w moją rękę wbić. I tak dobrze, że nie pociągnął tą łapą, bo miałabym ręce pięknie porysowane. W końcu zrezygnowałam z dostarczania leku bezpośrednio, bo cała ręka mi na razie się przydaje do różnych czynności, zwłaszcza prawa. Spróbowałam z szyneczką, a potem z inna puszeczką niż zwykle. No i jednak się udało. Co nie zmienia mojego poglądu na kretynizm producentów leków i suplementów dla zwierząt (olbrzymie piguły z dolfosu, zakupione dla staruszki sznaucerki się właśnie przeterminowują, z powodu trudności z podawaniem) Dodatkowo utwierdzam się w swojej opinii na temat osobników płci męskiej, gatunek obojętny - zawsze z nimi problemy.
Takiego jednego, umierającego na nogę, w gatunku homo sapiens, mam też. Od tygodnia umiera. Dzięki czemu nic nie może i nic nie musi. Leży i jęczy, bo chodzić nie może. Ale w niedzielę siadł za kierownicą i pojechał do kościółka. Więc jednak może, zwłaszcza, że do prowadzenia samochodu nogi jakoś bardziej sprawne potrzebne. W każdym razie, nie czuję się zobligowana do latania wokół, co ze zgorszeniem odbiera ukochana siostrunia ("Wysmarowałaś go? -A co, sam nie może?"), albowiem sama łażę z trudnością niejaką. Tyle, że nie leżę i nie jęczę zatruwając wszystko wokół. Czyli, że nic mi nie jest. Jak zwykle zresztą.

A poza tym nic na działkach się nie dzieje. Istotnego bardzo. Oprócz paru numerów z głupotą urzędników itd, którą muszę osobiście zaatakować. Dziecko próbuje przebijać się przez mury urzędnicze...