wtorek, 29 stycznia 2019

czym pachnie w kuchni niedzielnym porankiem

Wciąż wstaje o jakiejś nieprzytomnej zupełnie porze. Po pobudkach o północy czy o drugiej na ogół udaje mi się zasnąć, pod warunkiem, że zbyt szeroko nie otworze oczu. Ale o czwartej już nawet nie próbuję. Nawet nie usiłuję dolegiwać z zamkniętymi oczami, bo wtedy na poddaszu zaczyna się taka gonitwa, że jest to szkodliwe dla zdrowia. Sporadycznie udaje mi się, po porannym harmonogramie, wrócić do łóżka i jeszcze trochę kimnąć.
Na ogół rano lepiej się czuję, więc staram się podgonić codzienne obowiązki. Zwłaszcza, że mam w kuchni luzik, bo moi panowie lubią pobarłożyć długo. Dla Dziecka to wręcz obowiązek, po całym tygodniu pracy, w niedzielę powylegiwać się na luzie. A Starszy nigdy specjalnie zrywny z pościeli nie był i tak też mu zostało, szczegółnie odkąd pleban wprowadził trzecią mszę o piętnastej.
Zatem zabrałam się za garowanie. Nastawiłam rosół, który ostatnio u mnie z garnka nie wychodzi, jako, że korzystny jest bardzo dla flaków. Dyskutować by można długo i żarliwie nad zaletami i wadami, nawet na noże pójść by mogło. Bo ostatecznie istnieje domniemanie, że ten rosół jest bardziej wyciągiem sterydowo-hormonalno-antybiotykowym niż kolagenowo-mineralnym. Niestety, dostępu do kurki z podwórka w martwej postaci nie mam, więc zmuszona jestem korzystać z tych ogólnodostępnych, a te - jakie są, kużden wi. Mimo to, wąsy mi na razie nie rosną, a flaczki są wdzięczne za rosołek w kubeczku, który łagodzi ich obyczaje i przyjmuje się pięknie, nawet wtedy, gdy nic innego się nie przyjmuje.
Tak więc, po małej chwili pachniało w kuchni rosołem.
(Ten mój rosół wzbogacony przyprawowo jest trochę, w stosunku do tego co zwykle. Na mój potężny, siedmiolitrowy gar, wypełniony jakby w czterech piątych, dodaję ze 3 plasterki świeżego imbiru, łyżeczkę lubczyku, łyżeczkę oregano i pół łyżeczki kurkumy, czasem jeszcze łyżeczkę kozieradki, która podnosi smak umami rosołu. Oczywiście pieprz i sól. Ale to wszystko tak bliżej końca gotowania.)
Jak się rozpędziłam z obieraniem jarzyn, co się wiąże z odkładaniem obierek dla kozów, to stwierdziłam, że już obiorę wszystko, co trzeba, żeby się potem nie rozdrabniać. Zaplanowałam na obiad wątróbkę i surówkę z marchwy i jabłka. Wątróbka wymaga jabłuszka - takie jabłuszko, pokrojone w ósemeczki, usmażone z wątróbką, potem posypane solą i majerankiem jest lepsze niż sama nawet wątróbka (Wątróbka wyłącznie drobiowa, uprzednio namoczona w mleku, co jej szlachetności dodaje wielce). Dziecko oczywiście nie wyobraża sobie wątróbki bez cebulki. A smażenie/duszenie cebulki zawsze wiąże się z komentarzami ze strony Starszego, który na cebulę jest jakby "uczulony" (To uczulenie kończy mu się w momencie skojarzenia cebuli i śledzi - potrafi nawet kilogram cebuli do śledzi obrać, co ja skwapliwie wykorzystuję. A co, chce marynowana cebulkę w ilości kilograma, to niech przynajmniej obierze. Kroić już mu nie każę, bo przepatrzeć nie mogę, jak nad tym smarka i ślozy leje - o dziwo, ja mogę ten kilogram skroić bez usmarkania się )
No to się wzięłam za cebulkę, pokroiłam i zaczęłam dusić na masełku.
I kuchnia zaczęła pachnieć duszoną cebulką! Co mnie natychmiast przeniosło do kuchni mojego późnego dzieciństwa, gdy już mieszkaliśmy we własnym domu. Wspominałam kiedyś, że ojciec raczej garnków nie tykał. Istniały jednak trzy tematy, które były jego domeną: wspominane już kręcenie majonezu, krojenie słoninki na smalec (ręczne - najpierw cienkie paseczki, potem kosteczka, żadne broń boże mielenie maszynką!) oraz właśnie duszenie cebulki. W tygodniu, gdy do pracy pomykało się na siódmą, nie było mowy o takiej rozpuście. Więc te rozpusty podniebienne, wymagające więcej czasu i nakładu pracy były przypisane do niedzieli (np. często na niedzielny obiad były pierogi, bo nawet przy dobrej organizacji, zrobienie ich w tygodniu było raczej niemożliwe)
Tak więc w niedzielę ojciec zabierał się za cebulę. Istniała w domu olbrzymia patelnia, prawie jak koło od wozu. Nigdy się potem z patelnią o takiej średnicy nie spotkałam. Conajmniej kilogram cebuli trzeba było obrać na tę patelnię. Potem się dusiła owa cebulka pod pokrywką, a na koniec wchodził w nią słoiczek przecieru pomidorowego i rodzina konsumowała w zachwycie z przepysznym chlebusiem z piekarni na dole. Tak więc bywało, że o niedzielnym poranku kuchnia na Górce pachniała duszoną cebulką.
Drugim takim kuchennym olbrzymem był czajnik. Wielki, aluminiowy i raczej paskudny, ale ważne było, że wielki. Czajnik był prezentem od Dolka. Dolek, sąsiad zza płota, był ojca przyjacielem od najsmarkatszych lat.(Dolek miał na imię Adolf, ale - ponieważ urodził się w 1927 roku - nie dostał tego imienia na cześć innego, słynnego Adolfa, gdyż ów był jeszcze zbyt mało słynny, by ktoś chciał na jego cześć nadawać imię dziecku) Razem  wyjechali na studia do Poznania, choć na różne kierunki, bo ojciec studiował ekonomię a Dolek AWF. Razem przyjeżdżali z tego Poznania na święta i podobno potrafili we dwóch sprzątnąć indyka na jedno posiedzenie oraz wytłuc kopę jaj podczas wielkanocnej tradycyjnej rozrywki. (Oczywiście nie były to takie indyki, jakich fragmenty widujemy dziś w sklepach, no, ale...) Dolkowi zamiłowanie do konsumpcji pozostało, Awuefu nie skończył i, jak to się często zdarza unieczynnionym sportowcom, szybko stał się zażywnym panem z okrągłym brzuszkiem. Dolek często wpadał do nas na pogaduszki, połączone z konsumpcją czegoś pysznego. Pogaduszki te wymagały morza herbaty. U nas zawsze była dobra herbata, parzona w imbryczku, pięknie pachnąca. Czajnik bulgotał na węglowej kuchni. (Ta kuchnia też była małym dziełem sztuki. Mama, estetka, lubująca się w rzeczach pięknych i starannie wykonanych, wynykała gdzieś śliczne kafle - gładkie, białe, prostokątne, jak pół normalnie spotykanego kafla. Kuchnia stała dość długo, potem Brat ja rozebrał, potem przemyślał sprawę i postawił od nowa. Niestety, tamte kafle już się nie dały wykorzystać i nowa kuchnia nie jest taka ładna jak dawna). No i w obliczu tego morza herbaty, nasz domowy czajnik wydał się Dolkowi za mały. Zatem któregoś dnia wkroczył z czajniorem zdolnym pomieścić jakieś pół wiadra wody.
W tamtych czasach herbata z cytryną nie była tak codzienna, jak dziś. Cytryny istniały, zapewne częściej niż pomarańcze. ((Nikt za nimi w kolejkach nie wystawał, bo nikt nie miał na to czasu ani zacięcia - ostatecznie istniały przyjemniejsze rozrywki. Zresztą, ja z tamtego okresu  kolejek nie kojarzę, oprócz tych zwyczajnych, wynikających z faktu kupowania zza lady, za którą figurowała na ogół jedna ekspedientka. Jadało się nawet zupę cytrynową, którą Mama gotowała i później, a która niedawno sobie z Pumą z rozrzewnieniem wspominałyśmy.) Zimowa porą piło się u nas często herbatę z jabłkiem! Rosła na podwórzu  jabłoń nazywana przez Dziadka antonówką. Były to zupełnie inne jabłka niż te u mnie w sadzie - bardziej zielone niż żółte, większe, bardzo twarde i jadalne dopiero jakoś w środku zimy. Takie jabłuszko kroiło się "z ręki" w kosteczkę i tę kosteczkę wrzucało do gorącej herbaty, nakrywając spodkiem. Na codzień herbata była pita z kubeczków. Te kubeczki były oczywiście porcelanowe i koniecznie musiały mieć cienkie brzegi, o co Mama sumiennie dbała wyszukując odpowiednie w sklepach. Na potrzeby  herbaty z jabłkiem zostały zakupione większe kubeczki, takie około półitrowe. (Także na potrzeby Dolka, dla którego szklanka herbaty to były zaledwie dwa łyki) Ja pijam herbatę z kubka z arkoroku i ten kubek mnie trochę odraża, bo jest ciężki i ma dość grube brzegi. Rozpoczęłam więc poszukiwania i udało mi się nabyć sympatyczne, cienkobrzegie kubeczki Maria Paula, z przyjemnym złotym paseczkiem na górnej krawędzi. Ale w trakcie  internetowych poszukiwań trafiłam na coś, co przypominało owe kubeczki od jabłkowej herbaty.

Radość moja była wielka i już-już miałam nabyć toto internetem. Jednak wcześniej natknęłam się na ten kubeczek w sklepie mojej miłej Joasi. No i rozczarowanie było równie wielkie, bo tylko kształtem i wielkością przypominał ów kubek jabłkowo-herbaciany. Natomiast brzegi miał tak grube, że z pewnością ulewałoby mi się podczas picia.

Zatem temat kubka pozostał otwarty, arkoroki mi zbrzydły, zwłaszcza, że jeden się jakoś dziwnie uszczerbił, no i rysują się podczas mycia, bynajmniej nie w zmywarce.
Tymczasem pozwoliłam sobie na małą rozpustę. Co tam! Ponieważ i tak nie wiadomo do końca, co mi może zaszkodzić, to niech mi zaszkodzi przynajmniej coś dobrego. Wczoraj aura była rozkładająca. Wszyscy chodzili podpierając się nosami, lub śpiąc żywcem na siedząco. O czym się zgadałam łotsapem z Krzysią. A Krzysia mi na to: kawa z ekspresu z miodem, bez mleka. Jak z miodem, to może i z prądem? No to może z prądem. Zaświtało mi szczęśliwie, że mam przecież drugi ekspresik (Dziecko wróciwszy z pracy zaległo i nie byłoby z kim podzielić się resztą kawy z dużej kawiarki), taki normalno-filiżankowy, nie arkorokow-kubkowy. I poleciałam nastawić. Miodu resztka jeszcze gryczannego była, mojego ulubionego, a za prąd robił słowacki napoleon w ilości 1 łyżki na filiżankę (ten napoleon solo miał jakiś ohydny, migdałowy posmak i bałam się zepsuć kawy większą ilością)


 No to sobie użyłam jak normalny biały człowiek. W dodatku w cieniutkiej porcelanie. W dodatku zjadłam tę jedną kosteczkę czekolady. I w dodatku przeżyłam, a nawet o dziwo, ta kawa mi dała lekkiego kopa, bo przestałam się nosem podpierać i nie padłam, jak zwykle, około 18tej, mimo zwykłej przedporannej pobudki.

Mam zamiar powtórzyć niebawem. Co prawda gastrolog i dietetyczka zgodnym duetem twierdzą, że kawa to ZUO. Gastrolog nie znalazł jednak skutecznego sposobu na moje dolegliwości, a dietetyczka nawymyślała taką ilość badań i supli ( w dodatku linkując je do jedynie słusznej strony amerykańskiej - zapewne linki lojalnościowe są to), że musiałabym znaleźć jakiś kiepsko zabezpieczony bank ( a po ostatnich aferach z ochroniarzami nawet banki głęboko prowincjonalne rozstaną się z kościanymi dziadkami z I grupą inwalidztwa zatrudnionymi dla bezpieczeństwa kasy i klientów), żeby te zalecenia zrealizować.
Tymczasem pozostaję przy pewnych ograniczeniach spożywczych, cierpiąc przy tym niezmiernie, gdyż moja spiżarka pełna jest różnych zakazanych pyszności.

Takie oto ślimaczki syjamskie wypiekałam w sobotę i wymyśliłam, żeby coś tam wsadzić w środek zwoju. Padło na czekodżem wiśniowy, który okazał się nieodpowiedni do tego celu, za to tak pyszny, że z trudem zakończyłam degustację na jednaj łyżeczce. Ślimaczków ostatecznie kilka zjadłam... 


Natomiast tych rożków, upieczonych dla urozmaicenia z jabłkami ze słoika, których straszne ilości też się marnują w spiżarce, nawet nie tknęłam.

No, to w sobotę o poranku pachniało ciastem drożdżowym i cynamonem w mojej kuchni.
A w piątek wieczorem -  proziakami.


Proziaki tym razem upiekłam sposobem mojej Babci, czyli w piekarniku. Na zdjęciu towarzyszy im ser zagrodowy, "Produkt z własnego gospodarstwa" Krystiana i Marty.
Ten z czerwonym to ser kwasowo-podpuszczkowy z płatkami papryki, a ten drugi to ser dojrzewający. Krystian nabył ostatnio witrynki chłodnicze i zaczął pakować te sery próżniowo, więc  bardzo niebawem będzie można nabyć je w sklepach. Jeżeli spotkacie taki ser - kupujcie w ciemno - coś pysznego i w dodatku bez przemysłowej chemii. 

Proziaki piekę/smażę dokładnie z takiego przepisu jak TU . To chyba przepis tradycyjny, tak robiła moja Babcia. W przepisie zamiast zsiadłego mleka można wykorzystać maślankę/kefir/jogurt naturalny (byle nie grecki, bo za gęsty), ale kwaśne musi być, bo soda nie ruszy. Babcine bardziej żółte w środku wychodziły. Może to kwestia jajka od kurki z podwórka, a może tych jajek było dwa. Te sklepowe są całkiem białe, więc są zupełnie bez jajka.

czwartek, 10 stycznia 2019

wilk w lesie - czyli reminiscencje

Jak kiedyś komentarz Krystynki, tak dzisiaj komentarz Evuni pod "z mchu i paproci" skłonił mnie do reminiscencji.
Bo właściwie to ja też nie rozumiem, dlaczego Evunia musiała ucierać ten mak we Wiliję, która w dodatku była dniem jej imienin.
Nasze rodzinne Wilije odbywały się zawsze u Dziadków. Dokąd mieszkaliśmy razem - przygotowywane wspólnie przez Mamę i Babcię. Ale, gdy miałam jakieś 14 lat przeprowadziliśmy się wreszcie do własnego domu, który  został wybudowany na tej samej parceli, co dom Dziadków i wtedy już święta i wigilie były przygotowywane osobno, na zasadzie Babcia to, Mama owo.
Odkąd pamiętam Mama zawsze pracowała. Pracowało się do 15 (w Wigilie do 13tej), po drodze jakieś zakupy i w domu rodzice byli zwykle około 17tej. I wtedy jedliśmy wspólnie obiad, którego przygotowanie było głównie moją działką, wszak ze szkoły wracałam wcześniej. No i wszelkie przygotowania przedświąteczne odbywały się wieczorami, po uprzednim rozplanowaniu i rozdysponowaniu. W sam dzień wigilii już wielkich akcji piekarniczych itepe nie było, chodziło o to, żeby jakoś w całości dotrwać do wieczora, a potem sobie przyjemnie i smacznie posiedzieć.
Rozdysponowanie polegało między innymi na sporządzeniu list zakupowych z odpowiednim komentarzem i instrukcjami. No, bo należało iść z "puszką" do ogrodniczej po ogórasy (chyba byliśmy strasznymi ogórkożercami, bo pamiętam te ogromne ilości weków z kiszonymi ogórami stojące w spiżarce, po których do świąt już nie było śladu), kazać sobie zważyć tych ogórów do puszki, a potem poprosić o nalanie kwasu do pełna. W tejże ogrodniczej należało zakupić fasolkę do sałatki. I miała to być koniecznie fasolka "perłówka", broń boże żadna inna. Groszek puszkowy oczywiście w owych czasach istniał, ale nikomu do głowy nie przyszło dodawać go do jakiejkolwiek sałatki, dopiero później nastało takie lenistwo (którego szczytem jest sałatka pieczarkowa, całkowicie "puszkowa", będąca zastępstwem dla jarzynowej dla leniwców). Majonez natomiast w wersji słoikowej raczej nie istniał i musiał być ukręcony w domu. Robiło się go oczywiście z oliwy i zrobienie majonezu, żeby się bydlak w trakcie nie zwarzył było wielką sztuką. W domu był do tego celu używany moździerz, taki laboratoryjny, duży, porcelanowy, z porcelanowa gałką. Ciężki był jak jasna cholera. To odpowiedzialne zadanie ukręcenia majonezu zawsze spoczywało na ojcu. Jak sobie przypomnę te sztuki wyczyniane nad tym moździerzem, to mnie zdziwienie ogarnia, ponieważ ja sama często domowy majonez popełniam i nie ma przy tym żadnej spiny. Wychodzi zawsze, nie ma prawa się zwarzyć a oleju nie leję bynamniej po kropelce. Wydaje mi się, że tajemnica sukcesu tkwi w tej łyżeczce musztardy dodanej do roztrzepanego wcześniej mikserem żółtka - po czym leję olej początkowo delikatnie, a jak już "złapie", to całkiem solidnym strumieniem. Taki domowy majonez ma zasadnicza przewagę nad kupnym, ale sens jego przyrządzania istnieje w obliczu perspektywy wykonania większej ilości sałatek lub sosów majonezochłonnych.
W tym roku poszłam na łatwiznę i wykorzystałam gotowy w... (który się spsił ostatnio) oraz k..., który jest niestety zbyt kwaśny. Jeżeli chodzi o inne gotowce to majonez stołowy r.... odpada w przedbiegach. Firma się chwali, że robi go na podstawie tradycyjnej domowej receptury, ale niech mnie gęś kopnie tylną łabą, jeżeli ktokolwiek robiąc majonez w domu dodawał do niego wodę i to w dodatku w ilości ok 30% masy tego majonezu. Wodę można zemulgować, owszem,  producenci wędlin mają to opanowane do perfekcji, ale potrzebna jest do tego jakaś chemia.

Ponieważ tak marudziłam przedświątecznie -wieszczo-złowieszczo, to wypada choć słówkiem się zająknąć, jak wyszło. Wyszło super. Wigilia i święta należały do jednych z najbardziej udanych w mojej karierze hałsłajfa.

 Choinka z kotem w tle. Wyszła zadowalająca, prawdopodobnie dzięki temu, że jej wystrój tylko dopracowania wymagał. Bardzo mu pomogło oświetlenie w kształcie gwiazdeczek, nabyte przez Dziecko - tu nie bardzo widoczne, bo jasno, ale wieczorem wygląda świetnie. Koty mam jakieś nienormalne, bo zainteresowania nie przejawiają żadnego.

Przygotowania kulinarne zostały szczegółowo rozpracowane na harmonogram, który mi się ostatecznie w niedzielę sypnął delikatnie, bo mnie flaki pokonały i musiałam zalegnąć ok południa, a jak już się nadawałam do działania, to pora była niesprzyjająca, zatem pierogi zostały na dzień wiliji. Ale wstawszy o 4tej, do szóstej już miałam kapuściane pierogi popełnione i zabierałam się za płuckowe (nie wigilijne oczywiście, ale obiecałam Najważniejszej, bo strasznie za nią chodziły), w perspektywie zostały jeszcze uszka z grzybami (to na konto Kasi, która nie wyobraża sobie wigilii bez barszczu z uszkami. Barszcz ów oczywiście nietknięty został, bo towarzystwo przepełnione było, za to zjadł się z przyjemnością w święta i pojechał, wraz z resztą uszek do KRK). Zrobiłam też trochę bezglutów gryczanych ze szpinakiem, ale to nie to, szału nie było.

Słodkości pt "dla każdego coś dobrego": piernik dla tradycji, Snikers - uwielbia Dziecko, "piszinger" - Dla Starszego nie ma świąt bez. Oraz bezgluty, tak żebym ja też mogła coś zjeść: migdałowe kulki Amaretti, ciasteczka z kleiku ryżowego i puszysta babka piaskowa na mące kukurydzianej,  którą wszyscy pożerali błyskawicznie, podobnie jak Amaretti.

Do ostatniej prawie chwili nie wiedziałam ile osób będzie na wieczerzy. Najważniejsza, ledwie po ostatniej chemii, czuła się fatalnie i jeszcze w niedzielę nie nadawała się do transportu. Brat się nie odzywał, pomimo monitów. Ostatecznie odezwał się w poniedziałek i został zamówiony na 17-18. Najważniejsza, też w poniedziałek została postawiona do pionu i ustawiona na odbiór o godz 15. Tak się przejęła tematem, że o 15-tej czekała na Dziecko już w płaszczu, po czym się zaparzyła i wściekła, bo Dziecko ma trochę osobiste podejście do "czasu". Brat miał do pokonania 100 km, po drogach nieuznawalnej kolejności odśnieżania i solenia a akurat w momencie, gdy wypadało odpalać rozpoczęła się straszna śnieżyca i anstapił moment niepewności -jechać, czy nie jechać. Ale on stary kierowca jest, niejedną śnieżycę, mgłę i gołoledź już zaliczył po bieszczadzkich drogach i bezdrożach, więc odczekawszy trochę - wyruszył z nóżki na nóżkę.
Kasia w międzyczasie poogarniała wszelkie powierzchnie płaskie, poziome i pionowe, ponakrywała. To i owo zostało wstawione w piekarnik, coby stać nad garami i merdać nie trzeba było, inne zafoliowane  w salaterkach dla ochrony przed kotami. Koty bowiem uwielbiają wyłożyć się na środku stołu nakrytego najbardziej odświętnym obrusem, po czym, zeskakując, ściągnąć całą zastawę na glebę - zatem Starszy dostał zadnie bojowe chronienia stołu przed inwazją kotów.
Auta zajechały na gumno prawie równocześnie - Najważniejsza nieco prędzej, tak, że miała jeszcze czas na przyczesanie peruki. Braciak przybył z Krzysią, która jest niezwykle serdeczną, empatyczna osobą. I w zasadzie to chyba jej obecność wpłynęła na taką fajną atmosferę, której nie zepsuło nawet to, że część zajęć odbywała się w podgrupach, bo towarzystwo palące co i raz przenosiło się do kuchni.
Wyszłam Braciaka i Krzysię przywitać do drzwi i zdziwiło mnie nieco, że on się pcha po tych schodach pierwszy, a Krzyśka za nim tropi. Okazało się, że to nie brak kultury mojego Brata (którego nigdy nie zauważyłam u niego, a tu naraz takie cóś) tylko Krysi przywiązanie do prawierzeń i obyczajów, które zabraniały w wiliję kobiecie przekroczyć progu cudzego domu, zanim tego nie zrobił jakiś chłop - zatem pchła go przodem. U nas się tego przestrzegało pilnie i jak zaszła konieczność podskoczenia do sąsiada czy do Dziadków, to był posyłany brat. Zresztą obyczaj istniał, że wigilijnym rankiem chodzili po domach wigilijni kolędnicy. Tu w Przeworskiem, też była taka tradycja, tych kolędników zwano szczodrakami, ponieważ zwyczajowo należało ich obdarować wiktuałami (u nas się dawało pieniądze, ot grosze jakieś). Chłopcy wizytowali domy "na szczęście", choć tu nie przywiązywano takiej wagi, do tego, żeby pierwszym gościem był mężczyzna. Raczej wróżono, z płci pierwszego gościa, który w Wigilię próg domu przekroczył, co się w oborze, czy stajni urodzi. (W tym kontekście, kobieta chyba była milej widziana, bo zawsze lepsza cieliczka niż byczek) Znalazłam coś takiego w internecie. U nas też był zwyczaj, że  w Boże narodzenie się nigdzie nie chodziło, wizyty świąteczne się przyjmowało i składało w Szczepana...
Krzysia do tego stopnia kultywuje tradycje, że świętym oburzeniem zapłonęła, gdy sąsiadka przyleciała rankiem z plackami i dostała bidna zjebkę zamiast zachwytów ("mogła do licha te placki na progu postawić, jak już musiała")
Potem goście z daleka pojechali, zaopatrzeni w wypieki (bo Krysi najlepiej wychodzą placki ziemniaczane, natomiast Brat lubi sobie poszamać słodkości jakoweś). Najstarsza poszła polegiwać, ja tudzież. Stół rozbroiły dziatki, o dziwo nie handrycząc się przy tym i nie rzucając zastawą.
W pierwsze święto poszło na luzie, trochę posiedzieliśmy delektując się jedzonkiem oraz dokańczając wigilijną grzybową, barszczyk i pierogi (Najważniejsza wreszcie dostała te swoje płuckowe) Potem Kasię i Starszego naszło na kolędowanie i tak sobie we dwójkę kolędowali sporą chwilę, ku obopólnemu zadowoleniu (bywało dawniej, że Kasia grała te kolędy na klawiszach, ale niestety instrument się spsuł nienaprawialnie)
W drugie święto ja się już słabo nadawałam do towarzyskich wyczynów, Starszy udał się na mszę na 15tą, sam bo Najważniejsza też mocno ąkła była. No i dzwoni mi tu ok 16tej, że gościa mnieć będziemy, bo Marysia pragnie odwiedzić Najważniejszą. W takiej sytuacji wyjścia nie było innego, jak zwlec się obu (przy czym Najważniejsza chyba w szlafroku pozostała). Ja przez pewien czas honory popełniałam, po czym przeprosiłam i poszłam w wyro. Marysia jeszcze trochę posiedziała, na tyle długo, żeby ciotkę skłonić do stwierdzenia, że "Marysia jest męcząca". Kasi już nie było, bo przed południem pojechała do siebie a Dziecko szczelnie ukrywało się w swoim azylu.
Wyszło przy tym, że pomysł zapraszania Mani na Wiliję był taki se, ponieważ ona, po raz pierwszy odkąd Ola jest w hospicjum, miała możliwość spędzenia tego wieczoru z córką, zaproszona przez prowadzące zakład siostry z opcją noclegu lub odwiezienia potem do domu.

 Tegoroczne święta przebiegły w takiej fajnej atmosferze także i dlatego, że została ona w odpowiednim momencie "oczyszczona": Starszy od wigilijnego ranka zawsze chodzi jakiś spięty i sfochany. Być może wiek na to wpływa, fakt, że każdego roku coraz nas mniej przy tym stole, wspominki z dawnych lat - w każdym razie na zewnątrz to fochem tchnie i jest denerwujące dla otoczenia, skutkiem czego musi w końcu gdzieś jakoś zaiskrzyć. Tym razem zaiskrzyło w odpowiednim momencie, bo jeszcze przed południem. Byliśmy we trójkę, bo Dziecko jeszcze jakieś tematy miało do załatwienia w terenie. Starszy coś zaczął marudzić, na co ja nie strzymałam, zwrzasłam głosem wielkim oraz piżgnęłam pokrywką (co mi się raczej nie zdarzało, bo szanuję akcesoria kuchenne, ale teraz, gdy mi flaki na mózg padają, to w końcu mi wolno, a bo co?) I to, jak kużden grom z jasnego nieba cudnie atmosferę oczyściło. Kasia skomentowała: "No wiecie, wy to jacyś nienormalni jesteście. Najpierw się na siebie wydzieracie, a potem siu-siu-siu" Ale Kasia krótko żyje jeszcze i nie wie, że to właśnie o to chodzi.

Tak,że tak: Po raz kolejny wyszło na to, że nie warto się spinać przedwstępnie "oj, co to będzie, jak to będzie", że właściwe planowanie to podstawa, a zaplanować trzeba odpowiednio wcześniej,  w bardzo wolnej chwili, następnie przełożyć te plany na listy zakupowe rozłożone w czasie i miejscu zakupów oraz harmonogram działań. Wypada, żeby to było na papierze albo przynajmniej w komputerze (mój harmonogram był w excelu - bo łatwiej, nie trzeba rysować tabelek, a część list zakupowych miała formę smsów). Dzięki temu udało mi się przeżyć Wigilię i święta oraz dopiąć menu  zadowalająco dla wytwórcy i konsumentów.

PS. usunęłam nazwy majonezów ponieważ zostało to przyjęte jako kryptoreklama i kryptoantyreklama. Co prawda musiałbym być straszną megalomanką, by sądzić, że moje opinie na cokolwiek się przekładają. A idąc powyższym tropem, można by zamieszczane linki także traktować jako reklamę, którą w żadnym wypadku nie są... Po prostu lenistwo i szacunek dla czyjejś pracy - zamiast kopiować cudzy przepis wklejam do niego link. Fakt, że ta praktyka podnosi tzw "popularność" strony, ale odwiedzane przeze mnie strony są tak popularne, że moje linkowanie niewiele zmienia....
Pozwalam TU sobie wyrażać SWOJE zdanie w różnych tematach, piszę co lubię, a czego nie lubię, staram się krytykować zjawisko a nie człowieka.
Dodam ponadto, że każdy ma prawo do własnych wyborów : jeden je golonkę z kapustą a kartofelki krasi skwarkami, inny tylko raw foods i to nie podlega ocenie tak samo jak fakt, że ktoś uwielbia np różowe bluzeczki a inny wyłącznie czarne. Każdy z nas jest inny i o to własnie chodzi.
Oraz każdy ma jakiegoś chyzia i dopóki ten chyź nie szkodzi nikomu, pozostaje własnym osobistym chyziem, niepodlegającym ocenie tak jak własny osobisty kolor oczu....

Pozdrawiam serdecznie


















sobota, 5 stycznia 2019

na barani skok

już przybyło. Na razie był to skok jakiegoś starego, spasionego i leniwego barana, ale jednak. Co prawda, jak czytamy, że wschód słońca nastąpi o 7.28 a zachód o 15.43, to jest to bardzo deprymujące, ale jak polukamy do przodu, to widać, że jednak tu się o minutkę podkasuje, a od spodu o 2 minutki wydłuża i tak co dwa dni te 5 minut przybywa i to napawa optymizmem.

Bo poza tym jakoś optymizmu brak - ostatnio moje flaki tak mi dają do wiwatu, że żyć mi się odechciewa. Co prawda na ogół na własne życzenie - zawsze wtedy jak się dorwę czegoś, czego jeść nie powinnam. Na ogół bywa to chleb, który jest tak paskudny, że zdrowemu szkodzi, ale w tej mojej diecie właśnie chleba brakuje mi najbardziej. Na ryżowe wafle już patrzeć nie mogę...Ostatnio chciała mnie zabić domowa bułeczka drożdżowa, sucha już prawie całkiem, ale pochłonięta z dżemikiem z całkowicie niedozwolonych owoców - jabłek, gruszek i śliwek.Uratowała mnie ostatecznie ukraińska woda, przywieziona przez Braciszka - Polana Kwasowa, która jest rewelacyjna. Niestety u nas prawie niedostępna, a jak już to za cenę kilkakrotnie wyższą. Brak optymizmu też i dlatego, że żadnych pozytywnych reakcji na zażywane specyfiki nie widzę. Braciszek przywlókł mi od przyjaciół ze wschodu probiotyk (u nas niedostępny, widywany na alle, z kosmiczną przebitką - na U. za 5 opakowań zapłaciłam 144 zet, na A. za jedno opakowanie ktoś wołał 68!). Łykam trzecie opakowanie - efektów zero. W dodatku znowu schudłam 2 kilo w ciągu 1,5 miesiąca, mimo, że jem więcej i częściej niż kiedykolwiek. I to wskazuje, że będę musiała przeprosić się z preparatami białkowymi, które na razie zalegają w szafce, odstręczając swoim fatalnym smakiem. Dietę mam bardzo monotematyczną, więc ciągle łazi za mną ochota na coś "dobrego". Ostatnio tak się ślinię na myśl o koziej roladce. Wczoraj byliśmy w miasteczku, bo byłam zapisana do mojej doktórki. Czasu było mało, bo Kuba z Kubusiem cięli drzewo w sadzie i wypadało ich nakarmić, więc zakupy musiałam zrobić przed doktórka. Zatem tylko jeden sklep spożywczy. A tam z koziego był tylko turek do smarowania. Kupiłam bez czytania, bo Starszy nie ruszył zwłok z auta, a to mnie zawsze pogania. No i to był błąd, bo z czytaniem bym nie kupiła. W składzie twaróg kozi oraz guma guar, ksantanowa i chleb świętojański. Niby nie trucizny, ale akurat nie miałam ochoty na chleb świętojański raczej. Poszłam po sklepie błyskawicą (ze względu na "Starszy marznie w aucie"), mimo to zakonotowałam, ze większość kupowanych zwykle produktów była uprzejma podrożeć (na ten "barani skok). Cukier niby TYLKO 50 gr, ale to jest AŻ 25%, ćwiartki na promo były po 3,70, podczas gdy zwykle na promo kosztowały 2,90. Reszty nie przeżywałam, bo nie było czasu.
Dodam tylko, że z wizyty u lekarza nic nie wyszło. Na wejściu niby byłam czwarta, potem okazało się, że jest jeszcze przede mną jakaś "starsza pani", która się innej pani wepchnęła w kolejkę. A ostatecznie okazało się, że także mąż tej pani, który wcześniej milczkiem siedział. Negatywne uczucia wyzwalają we mnie takie "starsze panie" (w domyśle - stare baby), które niby schorowane bardzo, o lasce chodzące, a mające siłę na rozpychanie się łokciami, wtranżalanie w kolejkę, awanturowanie w tej kolejce i pewnie jakby co, użycie tej palicy, jako środka przymusu bezpośredniego (vide mochery protestujące w Wawce parę lat temu i napierniczające dziennikarzy krzyżykami). Ponieważ pod drzwiami gabinetu zaczęło się robić nerwowo, bo kolejka się wcale nie posuwała, osoba znajdująca się akurat w gabinecie co i raz wychodziła i pomykała do recepcji, bo "system się wieszał", więc ewakuowałam się czym prędzej, zapisawszy się na wtorek, na nieco wcześniejszą godzinę. I kolejny raz stwierdziłam, że "trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć". W tym kontekście bardzo zadziwia mnie decyzja mojej primo voto bratowej o desancie "na emeryturę" do S. zza kałuży. Co prawda, nie znam z pierwszej ręki realiów opieki medycznej za kałużą, ale wydaje mi się, że jej poziom jest znacznie wyższy niż u nas. Co prawda twierdzą, że ta opieka jest u nich najdroższa, ale też i stawka godzinowa dla zwykłego robotnika należy do tych najwyższych. Być może na emeryturze wypłacanej w $ będzie łatwiej, np korzystając z gabinetów prywatnych. Tylko, że w prywatnych gabinetach też wcale nie jest łatwiej, bo u nas doktor nie szanuje pacjenta, który płaci mu żywą gotówkę, nigdzie nie zarejestrowaną zresztą i nieopodatkowaną. Nie ma numerków do kolejki, nie ma zapisów na godziny, wchodzi się jak "się siądzie", w związku z czym czasem trzeba ponad dwie godziny odkwitnąć pod gabinetem. W dodatku lekarz często się spóźnia do prywatnego gabinetu, pomykając wprost z dyżuru wielogodzinnego w szpitalu ( a potem żywcem przysypia robiąc USG)

A poza tym, wizytę duszpasterską mamy już za sobą (UFF!). Pleban pomykał jak "Strzała Południa", tym razem zawitał tuż po 11-tej. W momencie modlitewnym zachciało mi się śmiechem parsknąć, bo sytuacja zrobiła się komiczna: stół u mnie jest przystawiony wąskim bokiem do ściany, na ścianie wisi lustro. Wyszło na to, że pleban modlił się do lustra, czekałam, że sobie zacznie "pożyczkę" poprawiać, bo okiem w nie zerkał. W dodatku nad tym lustrem wisiały na kwietniku żałosne resztki zielistki (wszystkie kfiatki mi wyzdychały z nagła)

Poza tym zimę nam zrobiło, z czego cieszy się chyba tylko pies Czarny i to nie do końca - co prawda na wstępie zawsze się wyturla w śniegu, ale zaraz potem załatwia wszystko co musi (niestety zaraz na gumnie) i błyskawicznie pomyka z powrotem. Dzięki temu rannym ranem, około godziny 4-tej mogę ją wypuścić, zostawić otwarte drzwi i iść w międzyczasie do Hadesu - zanim skończę z piecem, ona już czeka grzecznie na schodach, wtykając nos w drzwi do pozostałej części klatki schodowej. Już się nauczyła, że tam stoi garnek z żarełkiem - na klatce schodowej jest zimniej niż w lodówce i zapas żarełka ląduje na schodach, przed podaniem trzeba trochę podgrzać.

A poza tym mój kolega Janek (ten bloger modowy) robi takie cudne i dopracowane karmniki dla ptaszków, że aż mu zaczynam zazdrościć.(Do podglądnięcia TU ) Ale naśladować nie będę, bo ani siły na prace ręczne nie mam, ani takiej precyzji wykonania nie osiągnę. Mimo wszystko, czas pomyśleć o sikorkach, jak już wzięło i przysypało. W ubiegłym roku świetnie sprawdzały się takie jednorazowe foremki na muffinki wypełnione smalcem z ziarenkami.

 A na koniec - wielka radość w domu Gucia:


Taki pakuneczek się tuż przed świętami pojawił. Brat został "byłym mężem babci" a ja babciotką.

Radość sprawiła najstarsza córka brata, ta zza kałuży. Dziewczynka dostała imiona Matylda Grace i udało jej się jeszcze, rzutem na taśmę, załapać na Strzelca. No to jest nas trzy z łukiem....

wtorek, 18 grudnia 2018

opowiastki z mchu i paproci

Do tych nocno-nadrannych dumań skłoniła mnie swoim komentarzem Krystynka. Że "ma być ciepła, rodzinna atmosfera, a więc tylko ci, wybrani z serca i duszy".
I przylazły mi do głowy wigilie w mojej rodzinie. Moja rodzina była "wąska": Dziadek Janek miał tylko siostrę, która była za oceanem. Babcia Kasia miała co prawda liczne siostry i brata, ale byli oni porozsiewani po całej północnej i zachodniej Polsce na falach akcji "Wisła". Ojciec był jedynakiem, mama miała tylko jedną siostrę, która mieszkała dość daleko, na ówczesne realia komunikacyjne. Tak, że ona i ich matka bardzo sporadycznie bywały u nas w święta, częściej latem przyjeżdżały na "letnisko", traktując to jako wyjazd "na wieś".
Wobec czego wigilie odbywały się w ścisłym gronie naszej siódemki (dziadkowie, rodzice i nasza trójka). Zawsze u dziadków, w ich maleńkim domku (także wtedy, gdy już mieszkaliśmy u siebie), w którym, nie wiem jakim cudem mieściliśmy się w siedmioro i to w dodatku z osobnym spaniem dla każdego z dzieci.
Potrawy wigilijne przygotowywała babcia z mamą, potem ja byłam do pomocy. Pamiętam, że zawsze były śledzie, babcinym sposobem marynowane "mleczaki" (które jeszcze długo budziły ślinotok u moich kolegów, gdy mi je podsyłała do akademika) podane na dwa sposoby: w śmietanie i w oleju.(Niestety, sekretu tych śledzi nie posiadłam. W czasach, kiedy można było jeszcze kupić śledzie solone z beczki zdarzyło mi się coś podobnego popełnić. Ale popełniane było pod bacznym okiem Starszego, który musi mieć śledzie octowe bardzo octowe i to już nie było to) Był ten cholerny karp, który jednego razu usiłował zabić mnie ością (od tamtego czasu znienawidziłam karpia). Były pierogi z kapuchą i ruskie. (Te z kapuchą zawsze słodką, tylko raz , na okoliczność obecności drugiej babci - z kiszoną. Odmówiłam wtedy jedzenia i ta wigilia rzuciła się na mój stosunek do drugiej babci, która zaczęła stosować swoje metody wychowawcze. A że nie było u nas w zwyczaju komentowania tych metod przy dzieciach oraz odwoływania przez jedno z dorosłych poleceń innego, więc siedziałam już po wieczerzy na stołeczku w kuchni i łzy mi kapały do rondelka z pierogami, które kazano mi zjeść.) Był oczywiście barszcz z uszkami. Była też kapusta. Do tej kapusty babcia zawsze gotowała groch pure, tylko jakoś ten groch nigdy nie ukazywał się na stole, na następny dzień odkrywało się go w "bradrurze" i skarmiany był kurami. Wszystko zagryzane było przepyszna babciną słodką bułka drożdżową. Babcia robiła tyle tego ciasta drożdżowego, że nie mieściło jej się potem w keksówkach i upychane było w rondle a nawet garnki. I potem wychodziły takie walcowate wysokie buły. No i ciasta na deser: zawsze strucla makowa w babcinym wykonaniu, dojrzewający piernik Mamy, "piszinger". I obowiązkowo jakoś, nie wiem czemu, bo nikt tego nie jadł, takie ciasto zwane "robak". Zrobione z kruchego niby ciasta, pół na pół białego i kakaowego. To ciasto wykręcane było warstwami na blachę przez maszynkę do mięsa. Na spód białe, na to jakaś marmolada, a na wierzch kakaowe. Ciasto było dziwnie pancerne i zjadane było częściowo mocno po świętach, jak już się wszystko inne skończyło, a częściowo skarmiane kurami. Był oczywiście babci popisowy cwibak i biszkopt, które ucierane były w makutrze siłami fizycznymi Braciszka mego, pod nadzorem babci (tylko kręć w jedną stronę! I nie oblizuj!) Nie było jakoś tradycji ciast przekładanych masami. Z wyjątkiem tortu "bułczanego" (bułka tarta zamiast mąki i orzechy mielone), który pojawiał się na nowy rok.
Oprócz tego wystroju stołu Mama bardzo pilnowała naszego wystroju zewnętrznego. Należało się ubrać, jak na "wielkie wyjście", z dbałością o każdy szczegół - fryzura, buty, paznokcie itp.
No i ta atmosfera przy wigilijnym stole, bez jakiś zbędnych szopek i przedstawień. A był u nas taki zwyczaj, że Dziadzio brał opłatek i podchodził do każdego z życzeniami (jakoś nie pamiętam tego łamania się "każdy z każdym"). I kolędy intonowane przez Dziadka, który wcale muzykalny nie był, ale odważny i radość tym kolędowaniem wyrażał. I ta "zawołał na Maćka i na Kaźmirza", której słowa znał tylko on, nie było jej w żadnych kantyczkach i nigdzie indziej nie słyszałam.
No i dodam jeszcze, że nie było u nas zwyczaju "prezentów pod choinkę". Prezenty były na Mikołaja i na tym finito - święta i tak zawsze były i są dość kosztowne i wymagają dużego zaangażowania w przygotowanie (dlatego przedkładam wyższość Wielkiej Nocy nad świętami BN, bo jest mniej pracochłonna dla hałsłajfów)
Oczywiście choinka - była zawsze żywa jodła, wycięta na "asygnatę" we własnym lesie. Oczywiście choinkę oprawiali panowie - ojciec albo dziadek i wnosili ją, taką pachnącą lasem i zimą do domu, gdzie zajmowaliśmy się jej ubraniem pod nadzorem Mamy. Oczywiście na choince były świeczki w lichtarzykach i zimne ognie i "anielskie włosy", ale jakoś nigdy nie zapłonęła.
W przygotowaniach świątecznych uczestniczyli wszyscy. każdy miał jakąś swoją działkę. Dziadek robił wędliny, potem ojciec robił wędlinowo - mięsne zaopatrzenie. Ojciec zawsze kręcił majonez, co było wówczas jakąś sztuką straszną. Babcia z Mamą piekły i gotowały posługując się nami. A największe zagęszczenie w kuchni, wtedy kiedy te bułki porozkładane były wszędzie. rozładowywał ojciec usadzając nas w pokoju wokół stołu, z naciętymi precyzyjnie paseczkami kolorowego papieru, z których kleiliśmy łańcuch na choinkę. W ogóle panowała taka zasada - jak pracujemy, to wszyscy, a jak leżymy - też wszyscy.
Ze świętami z dzieciństwa kojarzą mi się także nierozłącznie zagraniczne przesyłki. Dziadka amerykańska siostra przysyłała co roku kartkę świąteczną. Kartka była składana, zawsze ślicznie pachnąca, a wewnątrz, w takiej cienkiej, jasnozielonej bibułce z naklejonymi drobinkami staniolu, znajdował się banknot. I dopisek na dole kartki z życzeniami "Janku, ja tobie posyłam 1$ (5$), kup sobie za to wino i pomarańcze" z czego zawsze serdecznie rechotaliśmy z Dziadkiem. (Ta ciotka,o 4 lata starsza od Dziadka, wyjechała do USA mając 14 lat w poszukiwaniu ojca, który pojechał był i się stracił. Był to jakiś 1910/11 rok, na karcie okrętowej figurowała jako obywatelka austriacka, pojęcia nie miała o realiach panujących tu, najwyżej jakieś mętne ze strony dalszych pociotków, którzy usiłowali uzyskać zaproszenie od niej, zatem musieli użyć barw najczarniejszych do opisu rzeczywistości)
Bardziej konkretny był Mamy stryj, zwany Wujaszkiem Stachem, który mieszkał w GB. Przed świętami przysyłał zawsze "kolonialną paczkę", w której były bakalie i czekolady (Catbury's - jeszcze wtedy pyszne) a której zawartość Mama skrzętnie chomikowała w czeluściach szafy, co wcale nie przeszkadzało w tym, żebyśmy się nie dokopali i nie podkradli co nieco.

Zdarzało się, że ta nasza, dość liczna jak na warunki lokalowe, grupa była zasilana kimś z zewnątrz. Raz był to Władek K., ojca przyjaciel szkolny, smutny garbusek, potem dodatkowo nieszczęśliwy, bo rozsypała mu się rodzina. Bywał pewien Bogdan K. który wziął się nie wiadomo skąd i zamieszkał u dziadków, w dziwnie wyludnionej po naszej wyprowadzce, chałupce. Aż w końcu przygruchał sobie sąsiadkę wdowę i się do niej przeniósł, z dziadkami nadal utrzymując przyjazne kontakty. Innymi razy Balbina z Tadziem, która pyrą była na wygnaniu, nie mieli w S. żadnej rodziny, a pracowała z Mamą. Potem przeniosła się do Rz., ale bywanie u nas na wigilii pozostało stałym obyczajem i corocznie, już po rozstaniu się z Tadziem, wigilie, święta, czasem Sylwestry i Wielkanoce spędzała u nas. Balbina była tak ciekawą, pozytywną osobowością i tak zrosła się z naszą rodziną (nie tylko mamą, ale także mną  i Siostrą, gdy już byłyśmy dorosłe, że zasługuje na jakiś osobny wpis).

Nie było u nas zwyczaju prezentów "pod choinkę", prezenty przynosił św. Mikołaj osobiście wieczorem lub nocą zostawiał w okolicach łóżka (po jakimś czasie jakimś dziwnym przypadkiem natrafiłam w jakimś zakamarku na mikołajową szubę i biskupią czapę z groszkowanego kartonu w kolorze fioletowym. Ta "szuba" to było "wielbłądzie"sztuczne futro przysłane przez amerykańską babciotkę, nie wiadomo dla kogo, bo za Mikołaja latał w nim ojciec i mu do kostek prawie sięgało) Nie było w owym czasie w zakładach pracy moich rodziców zwyczaju "paczek świątecznych" dla dzieci. Były za to, organizowane przez ojca zakład pracy "zabawy choinkowe", na których bywaliśmy cała trójką. Z tych zabaw tez żadnych paczek świątecznych nie pamiętam, ale być może były one całkiem nieistotne. Nie o prezenty wszak w tym wszystkim chodziło!

Przestałam bywać na rodzinnych wigiliach gdy osiedliłam się na tej "mojej" wsi.
Potem nastały Wigilie, w których ja byłam "gospodynią". I tu nigdy nie udało się odtworzyć tej wspaniałej atmosfery z mojego domu rodzinnego.
A może kużden ma takie wilije, na jakie zasługuje... No, nie, to byłaby straszna przewrotność losu!
Ale czyż do licha nie jest...




niedziela, 16 grudnia 2018

wilka z lasu

nie wywołuj.

Jak czegoś bardzo nie chcesz, to o tym nie myśl, bo się wydarzy. Jak czegoś bardzo chcesz, to też o tym nie myśl, bo się nie wydarzy. Taka wredna przewrotność losu. Nie wiem, czy tak jest w ogólności, czy tylko ja mam tak przesrane. W każdym razie wielokrotnie mi tak w życiu wychodziło. Podobnie z dzieleniem się radosnymi wiadomościami. Jak mi się tylko wypsnęło, w szczególności do jednej osoby, to się zaraz zesrało.
Tą osobą jest oczywiście Najważniejsza. Od lat tak wisi nade mną. Niby jest taka serdeczna, troskliwa, chce być pomocna itd. A w rzeczywistości wysyła mi całe mnóstwo złej energii. Ostatnimi czasy udało mi się trochę od niej wyzwolić. Myślę, że energetycznie też. Prawdopodobnie dlatego, że zmieniłam swoje nastawienie. Być może też dlatego, że Najważniejsza poważnie choruje i ma słabszą aurę. Myślcie tam sobie, co chcecie: nie jestem wyznawcą żadnych filozofii Wschodu, niewolnikiem jakiś guru, ale jestem przekonana, że energia krąży pomiędzy nami.  Że dobre myśli mogą komuś pomóc, a złe - zaszkodzić.
Przez dziesiątki lat takim wampirem energetycznym była dla mnie Lusi P. czyli tzw. Pelagia. Wisiała nade mną jak sęp jakiś, wyłaziła mi z każdego kąta. Szkodziła mi do tego stopnia, że po jednym z takich spotkań, nie dojechałam do domu - Brat zgarnął mnie z pierwszego po drodze przystanku PKS i w eskorcie policji (przekraczał prędkość dozwoloną) odwiózł na pogotowie, gdzie spędziłam noc na SORze pod kroplówką. W końcu Lusi zmarła, ale jej duch wisi nadal nad nami zza grobu. Już bez tej złej energii, ale w postaci zaszłości, do jakich doprowadziła.
Mnóstwo różnych ludzi spotkałam w życiu. Ale jakoś tak mi się udawało przechodzić z nimi lub obok nich bez stwierdzenia, że tego nie lubię, czy innego nienawidzę. Szkoda mi było zaangażowania w takie negatywne relacje. Oczywiste, że spotykamy ludzi, których poglądy, postępowanie, zachowanie nam nie odpowiadają. Starałam się w takich razach minimalizować kontakty.
Mam taką jedną w tzw. rodzinie. W zasadzie jestem dla niej ciotką, czego ona zdawała się przez lata nie zauważać. (Zresztą, mój ślub z jej wujkiem, wraz ze swoim bratem zbojkotowali.) Przez wiele lat pracowałyśmy razem. Uczyła moje dzieci i Młodemu dawała ostro popalić. Wymagała, żeby mówiły do niej "pani", co się utrwaliło do tego stopnia, że Młody nadal mówi do niej "pani". Zawsze była mocno roszczeniowo nastawiona. Uważała, że jej się "należy", bo ma szczególną sytuację: najpierw ze względu na psychicznie chorą matkę, potem z powodu bycia samotną matką z chora matką, potem z powodu bycia samotną matką nieuleczalnie chorego dziecka  z chorą matką itd. Przez lata starałam się jej pomagać, jak mogłam. Jako jej zwierzchnik, starałam się iść na rękę, choć po krótkim czasie okazywało się, że i tak jej nie jest na rękę i miała pretensje z wrzaskami. ( NP. w czasach odręcznego wypisywania świadectw napisałam za nią 35 sztuk, u niej w domu, jednym cięgiem, bo ją "bolał kręgosłup" i zapytała czy bym... No to "bym". Kto nie robił takich rzeczy, nie wie, jak to jest obciążające dla ręki, wzroku i umysłu. /Dlatego starałam się wszelkimi siłami wdrożyć pisanie świadectw na komputerze, najpierw w Wordzie, a potem skłoniłam dyrektora do nabycia programu/). W międzyczasie dopraszała się różnych innych posług, w tym np. transportowych w wykonaniu Młodego, przy czym nigdy nie zwróciła się bezpośrednio do mnie, czy do niego, ale zawsze odbywało się to via Najważniejsza, co wyzwalało w Młodym użycie szkaradnych wyrazów. (W końcu jechał, oczywiście). Dodam, że nigdy w życiu nie wydarzył się żaden rewanż z jej strony. Nie myślę tu, rzecz jasna o jakiś rewanżach materialnych, ale o gestach, jakiś serdecznych zachowaniach.
 Mieszka w bliskim sąsiedztwie jednej ze swoich bratanic, ale kontakty są takie se, bo wiecznie jest w stosunku do ich w pretensjach. Z własnym bratem też ma stosunki takie se. Latem zmarła jej matka, od paru lat leżąca. I Mania została sama z terminalnie chorą córką w hospicjum.
Po śmierci matki zaczęła jakoś częściej dzwonić do mnie. Oczywiście nie w celach utrzymywania życia towarzyskiego, tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje (ostatnio dzwoni co niedziela, żeby się ze Starszym zabrać do kościoła).
Jakoś tak tydzień temu sobie pomyślałam - ciekawe kiedy ktoś wystąpi z genialną myślą, żeby Manię zaprosić na Wigilię. No i wymyśliłam. Starszy wrócił był w piątek z wywczasów u Najważniejszej (Najważniejsza ma poniedziałek ostatnią chemię). I nie wiem, czy to wynik ich ówczesnej wymiany poglądów, czy którejś z nieustających konferencji telefonicznych, odbywanych przez Starszego za zamkniętymi drzwiami, w każdym razie wczoraj wieczorem (już się położyłam, bo dałam sobie trochę do wiwatu przekopując się przez pokój Dziecka i, po pobudce o 3 rano,  byłam lekką dentką) zniósł to jajko. No i tak, nie ukrywam, krew nagła mnie zalała. I powiedziałam, że nie. Na co Starszy zaczął rozwijać swoje gebelsowskie teorie, że "talerz dla przydrożnego wędrowca" (który się realnie nigdy jakoś nie napatoczył), że on odda swoją porcję (no, tak, bidusia z nędzusią, jedzenie racjonowane i nigdy nic po wiliji, nie zostaje i niczego się psami nie skarmia), że ona samotna taka (no, może  samotna jest w rzeczywistości, ale ma bliską rodzinę w postaci brata i jego dzieci), a bo brat daleko (jakie daleko? w sąsiedniej wsi, córka co po sąsiedzku na pewno będzie do rodziców jechała). Dalej nic nie docierało do zakutej pały, więc powiedziałam wprost, że może raczył by wziąć  pod uwagę, że ja jednak jestem chora. I mimo to będę musiała ten cały kram ogarnąć i tę "okazję'" jakoś przetrwać( a jak znam życie, będzie to na pewno surviwal). A zawsze inaczej to wychodzi w gronie najbliższych, a inaczej, gdy jest w domu, było nie było, obca osoba. (No bo dotąd w zasadzie na żadnych rodzinnych uroczystościach u nas nie bywała) W dodatku taka dość absorbująca w obejściu - Mówi bardzo głośno, mówi ciągle, mówi wyłącznie o sobie i swoich dolegliwościach. Nie, no nie mam ochoty w tym momencie być miłosiernym samarytaninem.
Ciekawe jaki będzie ciąg dalszy, bo domyślam się, że Starszy sam tego nie wymyślił, przebieg naszej rozmowy został streszczony oraz dzisiaj spodziewam się telefonu "z góry".
No, dobrze, może jestem wredną suką. Ale może właśnie nadszedł ten ostatni moment, żeby zacząć nią być. Pomyśleć trochę o sobie, a nie wszystkich wokół, zwłaszcza tych wszystkich, którym latam w tempie oberka wokół odwrotnej strony medalu...

Ostatecznie nie wiem, jaki będzie finał. Zupełnie możliwe, że wygra Geriatria, bo ten miłosierny samarytanin we mnie jakiś mocny jest...

A poza tym na działkach:
Starszy cały tydzień wczasował u Najważniejszej. A Dziecko cały tydzień orało. Najpierw u "kooperanta" swoim sprzętem, a potem "swoje" 50 ha sprzętem "kooperanta" i własnym. Wyszła im trzydniówka ( z dowożeniem autem ludzi i paliwa), przy czym ostatnie 10 ha odbyło się jakby rzutem na taśmę, bo wczoraj od rana zaczęło mrozić (i zapowiada się tak na cały następny tydzień) a mniej więcej w momencie położenia ostatniej skiby zaczęło sypać białym puchem i sypie nadal. W tzw. międzyczasie, któregoś wieczora, z misją ratunkowa dla moich kóz wpadł Braciszek. Przywlókł koniowzem 2 baloty cudnego, pachnącego Bieszczadami siana ( gdy wchodzę do obórki nie czuję żadnego innego zapachu, tylko to siano, którego w końcu jest tam jedynie odrobina w siatkach). Przyleciał oczywiście z Krysią, bo oni nierozłączni jacyś. I tak, z gadki-szmatki wyszło, że byli dopiero co, na Ukrainie. Więc mi się wymsknęło, że szkoda, żeśmy się nie zgadali, bo jest pewien środek medyczny, który pomaga w moich przypadłościach, a można go tam jedynie dostać. Efekt był taki, że Braciszek następnego dnia, zostawiwszy, świeżo nabyty w miejsce strzelonego, kocioł CO, poleciał popołudniem za te granicę i lek nabył. Teraz jeszcze muszę go umówić z Dziecięciem mym na odebranie i wyrównanie. Wczoraj Dziecię wróciło w stanie niekomunikatywnym. Odzywało się warkiem. Ja rozumiem, że zmęczone, niejedzone, w przemoczonych butach i upyćkanej towotem kurtce, ale ten wark mi się nie należał. Sam sobie wymyślił taką rozrywkę (mocno wbrew temu, czego ja dla niego oczekiwałam) więc powinien być hepi, że robi to co chce, fajnym traktorkiem, z fajnym pługiem (za niesamowicie fajne pieniądze). I w dodatku udało mu się zdążyć przed aurą. Myślę, że jak się wyśpi to mu się światopogląd  zmieni i podejmiemy rzeczowe negocjacje....

wtorek, 11 grudnia 2018

nocne markowanie

Dziś znów pobudkę miałam o nieprzytomnej jakiejś godzinie - przed czwartą. Ni to kłaść się z powrotem, ni to wstawać i działać. Odczekałam do latarni, wyprowadziłam psę, odwiedziłam hades i zaczęłam "szukać karpia na ukaefie", co się aktualnie zamieniło na grzebanie w sieci (inter sieci, oczywiście). Siedzę tak sobie przy blaciku, za oknem ciemno straszliwie, ptaszyna jakaś popiskuje zawzięcie. Pies rozwalił się na moim łóżku, jak u siebie i chrapie z głową przytuloną do dupska Areczka, który się tam w kłębek zwinął. Reszta kotów, już nażarta po kokardki, pokitrała się po kątach. No tak, pobudka kotami przecież - głodna wiecznie Klementyna, której krótkie łapki niebawem nie uniosą jej sadła, znów zrzuciła z parapetu pojemnik z karmą! Ponieważ ostatnio zakupiona stała karma jakoś nie bardzo wchodziła, tym razem zakupiłam Joserę w dwóch wersjach. Albo ta Josera jest taka pyszna, albo taka "głodna", w każdym razie dosypuję do misek co i raz i ciągle są opróżnione do czysta. Nawet Areczek się częstuje i o dziwo nie zwraca. Tylko, jak tak dalej pójdzie, to zwykła ilość mi na miesiąc nie wystarczy, zwłaszcza przy tym zrzucaniu pojemnika, gdzie zawsze się trochę rozsypie po kątach, a trochę zostanie psem zjedzone, jeżeli natychmiast nie pobiegnę na ratunek. Musze kupić inny pojemnik, który by się w taki oczywisty sposób nie otwierał, bo żarłoczna maupa nauczyła się podnosić pokrywkę i wie, że jak się pokrywka podnieść nie da (gdy pojemnik jest odwrócony tak, że trzeba by było do tej pokrywki zabierać się od strony ściany, co jest niewykonalne) to należy go zrzucić.

Starszy został wczoraj wywieziony na wywczasy do Rzeszowskiej. Dziecko działa na dwa fronty i w pracy i w robocie. Jeszcze mnóstwo ha zostało do zaorania, więc sie umówiło na kooperację z K. od krowiej fermy, że od poniedziałku do środy swoim sprzętem pomoże mu orać na miejscu, a potem będzie na odwyrtkę. Tymczasem się trochę narobiło: rannym ranem Dziecko przywiozło kolegę Kubusia, coby te pługi poprowadził, a samo poleciało do firmy. Obiad dla robotników rolnych naszykowawszy, czekałam na ich powrót. Tymczasem gdzieś tak pomiędzy 16 a 17 zaczęło wyć na asfalcie - raz a zaraz potem dwa. Pomyślałam, że wypadek. Ale nie, bo wyłoby zaraz odwrotnie. Tymczasem za chwilę znów wyło w tym samym kierunku. Oczywiście, jak to nadopiekuńczej matce zaraz mi dziecko do głowy wlazło, co sobie wybić próbowałam - "dlaczego niby w tamtym kierunku, skoro Dziecko pojechało "na firmę". Za chwilę okazało się, że blisko byłam. Dziecko wpadło do domu, oczywiście z "tamtego" kierunku, bo przecież w "tamtym"kierunku jego traktor orał i prosto z pracy poleciało sprawdzić postępy. No i wyszło na to, że te wszystkie wyjce to była straż pożarna, która jechała do farmera K. gasić pożar w jego suszarni. Na szczęście K. wraz z Kubusiem-kolegą zjechali już byli z pola i poszli sprawdzić, co w tej suszarni się dzieje. Pożar wybuchł tam w zasadzie na ich oczach i sami, przy pomocy węży i maszyny rolniczej  wstępnie go ugasili. Co i tak niewiele dało, bo suszarnia - nowiutka i jeszcze niespłacona do kasacji, a 15 ton soji - do utylizacji. (Niewiele, jak niewiele, ale przynajmniej pożar nie rozprzestrzenił się na inne zabudowania, w tym obory z bydlątkami) Przyczyną pożaru był defekt podajnika, który nie przesuwał wysuszonego ziarna, gorąco cały czas dmuchało w te same ziarka, aż doprowadziło do ich zapalenia. I brak wyobraźni konstruktorów, którzy czujniki zainstalowali w nieodpowiednim miejscu.
Dziecko przebrało się blyskawicznie i poleciało ku pomocy. Dziś K. będzie usuwał szkody popożarowe, więc orki nie będzie.
A teraz wisienka! Przebojem chwili okazało się wystąpienie tatusia farmera K., który w pierwszej kolejności zainteresował się tym, czy strażacy i ratownicy nie zniszczyli jego łopat, w kolejnej kolejności wyraził niezadowolenie z powodu iż wozy strażackie jechały do akcji "jego" drogą", a następnie wygłosił homilię o treści: "ten pożar to kara boska za to, że 8.12, w święto, orałeś". Po pierwsze - nie ma to jak wsparcie ojca. Niestety, własne me doświadczenie życiowe pokazuje, że dla większości mężczyzn ich własne ego jest tak wielkie, że na bycie ojcem z prawdziwego zdarzenia nie mają szans. (I niestety, śmiem twierdzić, że ci tatusiowie, którzy wielkie akcje medialne podejmują z powodu ograniczenia im dostępu do progenitury, czynią to głównie stymulowani własnym, zranionym ego, rzadko dobrem ich pociech.)
A po drugie, chyba wypadałoby do porannej modlitwy dołączyć wezwanie: "Panie, chroń mnie od tzw. Wyznawców". Tych wyznawców, co to są zawsze bez zmazy wszelakiej, zawsze poprawni, co to wszyscy inni grzeszni, tylko oni nie.Tych, którzy są bardziej papiescy niż sam papież. Dla których 10-cioro przykazań kończy się na drugim, a w najlepszym wypadku na trzecim, zwłaszcza wtedy, gdy ojciec i matka dawno w grobie. (Bo zanim się tam znaleźli, to różnie bywało...)
Którzy w piątek nie tkną kapusty ugotowanej z mięsem ( nalegając na ugotowanie im czegoś innego, bez poszanowania dla "darów bożych" i czyjejś pracy), nawet jak to mięso powybierane, natomiast ochoczo wpierniczają ulubione śledziki, nie pojmując jakby zupełnie idei postu. Którzy świętują jak ortodoksi, nie ruszając palcem wokół siebie, a nie pomni tego, że są tzw. musy, które spadają zatem na innych. Którzy nie raczą dostrzegać jakby, że ich postawa zraża najbliższe otoczenie do identyfikowania się z tą społecznością i do praktyk, z których wszak nic nie wynika.
"Panie Boże, widzisz, a nie grzmisz?!" - mawiała w takich razach moja Mama.




sobota, 8 grudnia 2018

tupu-tupu

tu-tup-tup. Tak już od początku miesiąca tuptają nam te święta za plecami, Mikołajki jakoweś, Gwiazdki, ryby, grzyby, bakalie itp. I prawdę mówiąc prowadzi to do tego, że człek tymi świętami od początku miesiąca wymęczony: czując cały czas ich presję na garbie, ma ich już szczerze dość.
A w dodatku, jak sobie pomyśli, że wypadłoby chałupę ogarnąć, to już tak abstrahując od świąt - parę razy w roku trzeba się dogłębnie zagłębić. (Być może są porządne hałsłajfy, które ogarniają ciemne zakamary na bieżąco, w/g jakiś rozpisek, że tu i tu robimy co tyle i tyle, a tam i tam znowuż inaczej, ale u mnie aktualnie żadne harmonogramy nie działają, bo rządzą moje flaki. Zresztą nigdy nie byłam niewolnikiem harmonogramów, jak widzę pajęczynę, to biorę miotłę i ją ściągam. A ostatnio zdarza mi się skonstatować -"pająk też boskie stworzenie".)
Znalezienie na wsi "kobiety" do ogarnięcia domowych porządków graniczy z cudem. Nawet jak odsiadują sobie odciski na tyłku, zastanawiając się w międzyczasie co włożyć do gara, to sprzątanie w cudzej chałupie jest zajęciem zbyt uwłaczającym. No chyba, żeby się pojechało do dalszego miasta i tam świadczyło usługi, to co innego. Dziecko korporacyjne miało pomysła, żeby zaangażować swoją szkolną koleżankę, która jest bezrobotna i cienko przędzie na zagranicznej wypłacie ślubnego małżonka. Co jej wybiłam natychmiast z głowy, bo mogłoby się skończyć utratą koleżanki.
Zresztą, chyba najpierw trzeba by się samemu przestawić na jakieś inne tory, żeby skorzystać z usług osoby sprzątającej swoim systemem twoje własne śmiecie. I tak naprawdę, to chyba jednak nie mam ochoty na wyznaczanie zakresu prac, doglądanie wykonania i ewentualne wqrzanie się niedoróbkami.
Trochę inaczej jest w stosunku do "śmieci" zewnętrznych.Tyle, że te zewnętrzne ogarnia Wiesław, a z Wiesławem jest taka bajka, że ja go już znam. I wiem, że głupio, bo głupio, ale każda robotę ogarnie porządnie bardzo. Czasem nawet porządniej, niż by się to zrobiło samemu. Przedwczoraj, z własnej inicjatywy, zagrabił i wywiózł słomę, która się rozprószyła podczas zrzucania kostek, a której ja bym nie tknęła. Tak, że jak dostał zakres prac do wykonania, to nawet nie chodziłam odebrać. Zapłaciłam, pochwaliłam, żeby się poczuł doceniony (trzeźwy był, o dziwo, więc pewnie dotarły te pochwały), stwierdził, ze za dużo, no i dobrze. A ja poszłam leżeć, bo w związku ze zlikwidowaniem "zapłotka" nie było gdzie wydalić kóz na czas sprzątania i musiałam kibicować, ponieważ Wiesio ma do zwierząt podejście prymitywne i mógłby zrobić krzywdę.

Na razie snuję się po chałupie i tak szturcham to tu, to tam. Nic wielkiego i nic systematycznego. Jakieś zdechłe kwiatki, jakieś rzeczy, co zgubiły drogę na własne miejsce, jakiś bałagan na półkach. Żadnej grubszej gimnastyki, bo nie ma możliwości.
Najgorsze, że przy tej mojej domowej skamielinie kopalnej nie ma opcji przebicia się z czymkolwiek innym niż "mamusia robiła". I ciągle coś wymyśla, z czego wynika robota dla mnie. Ostatnio nabył matjasy. Chociaż ustalaliśmy, że żadnych śledzi się domowo robić nie będzie. Ale co tam, tanie były, to nabył (oraz "mamusia robiła". Pominąwszy fakt, że od 30 lat, robię JA). Tylko, że ja teraz muszę się z nimi pobawić. I dodatkowo diabli mnie biorą, bo na przyrządzanie śledzi jest jakby deko za wcześnie.Trochę mnie dziwi jego podejście do tematów garowych, bo przez kilkanaście lat (od śmierci matki), był mężczyzną niezależnym, czyli - oprócz wszelkich prac, jakie musiał wykonać w związku z prowadzeniem gospodarstwa, zmuszony był także do garowania. Pojęcie o gotowaniu ma, (nawet zasmażka jemu lepiej wychodzi niż mnie, ale to chyba kwestia praktyki, bo u mnie w kuchni  rzadko się stosowało zasmażkę) szkoda tylko, że ciągle mu się wydaje, że są to prace lekkie łatwe i przyjemne. No, może ma wciąż zakodowane w świadomości odniesienie do innych prac, które musiał wykonywać. A ja ogólnie nie znoszę wielogodzinnego stania przy garach dla 10 minut przyjemności jedzenia potem tego wystanego. (Gotowanie to jedna z prac zanikających, dodatkowo generująca wykonywanie innych prac zanikających w postaci zmywania garów w trakcie i po konsumpcji, sprzątanie tego co się niechcący nabrudziło itp)  Co innego, jak się tam samo warzy i tylko od czasu do czasu się bełtnie i sprawdzi stan. A co innego, jak trzeba aktywnie uczestniczyć przy takich np pierogach, czy gołąbkach. Tak, że na hasło "pieroga bym zjadł", jest odzew "jak se kupisz". (No, ale w poniedziałek jedzie do rzeszowskiej  a ta, kiepska bardzo po ostatniej chemii, padając na ryj, ulepi pierożki ukochanemu bratu, a on nawet nie będzie protestował.)
O, boczek surowy go w sklepie zaatakował. No to nabył. Z trudem wybiłam ze łba wędzenie, ale upiec i tak trzeba. Boczek jest cienki jakiś. No to wymyślił, że mięso SIĘ kupi, SIĘ zmiele i SIĘ nafaszeruje. Znowu tak samo SIĘ.... Ciekawe, co jeszcze wymyśli? Już lepiej, żeby nie, bo w końcu nie zdierżę i wrzasnę. Na razie mówię, ale jakoś kiepsko dociera.

Czasem się wyzłośliwia i mówi: "tobie byłoby najlepiej, jak byś była sama". I to jest w zasadzie świnta racja. Tyle, że nie do zrealizowania. Bo zmiana miejsca postoju i najbliższego otoczenia nie odcina od wszystkiego...

No, ale nic. Tupu -tupu - idom świenta. I tę oczywistą oczywistość trzeba znowu wziąć na klatę i starać się zmierzyć siły na zamiary, a zamiar podług siły...
(A podobno niewolnictwo zostało zniesione.)