wtorek, 10 grudnia 2013

nic nowego...

Poza tym, że po Xsawerym przyszedł śnieg, a po nim deszcz i dzięki temu deszczu śniegu już nie ma. Na wsiowym trotuarze była rozbijdupa, tak, że psy większość spaceru przeszły "u nogi", bo obawiałam się, że wypuszczone "naprzód", pójdą swoim tempem, za którym nie nadążę i wyląduję na ryju (w lepszym przypadku. W gorszym na plecach, bo mogłabym się nie pozbierać i pojechałabym z animi po tym lodowisku) Najgorzej było tam, gdzie trotuar krzyżował się z bocznymi dróżkami - żywy lód lśnił w świetle latarni i poodował wzrost temperatury na plecach. Deszcz sprawy nie załatwił z tym lodem, pod wieczór jakby go przybyło, tylko chodnik został odśnieżony, z tym, że nie na całej długości. Bo niektórym się nie chce. Dziwne, że odśnieżają stare, samotne babki, a młode światłe - nie. Pewnie mają więcej kasy na ewentualne odszkodowania za złamane nogi, albo uważają, że procedura dochodzenia jest tak przewlekłą, że zdąży się przedawnić i ich nie dotknie.
Z powodu ciapy strasznej, Księżniczka przed spacerem ubierana jest w "pekeś". Widok Księżniczki przychodzącej na wołanie do ubrania - bezcenny. Ze śmiechu można pęc, jak idzie: łaaaapa.....za.....łaaaapą, przykulona do podłogi, z głową między nogami (o ile jeszcze się da tam głowę zmieścić, bo czołga się prawie), nie patrząc na tę wredną małpę, co znowu ją chce w jakieś portki wtłaczać. Wolę jednak portki niż wannę o każdym spacerze. No, ile razy dziennie można psa kąpać, nawet jak są to tylko łapy.

Tak wygląda Księżniczka w pekesiu. Zdjęcie z ubiegłej zimy. Szukam usilnie zdjęcia, jak wygląda, jak wyjdzie bez pekesia ale mam na innym kompie.
Dzisiaj było bez problemów. Dziewczyny wysikane rano luzem, a potem poszłam z nimi bez pekesia, bo mróz i wszystko sztywne. Księżniczka załatwiła sprawy bez kombinowania, a potem, o dziwo, pognała na przód. Żadna mokra trawa jej po podwoziu nie smyrała, więc było OK. Czarna zobaczyła kawałek reklamówki na badylku i się zjeżyła,
Stefana wypościłam na chwilę, z obawą niejaką, bo na podwórzu miejscami lód, a ten idzie cwałem bocznym -krakowiaczkiem.  Nieszczęścia chodzą nie tylko po ludziach (po mnie w tej chwili chodzi Panna Kota i coś kombinuje), po kozach też. Niedawno szlachetnie urodzona koza, przemiłej dziewczyny z forum zerwała więzadło krzyżowe. Dobrze, że ona w jakimś cywilizowanym świecie żyje i ma dostęp do mądrych wetów, bo u mnie kazaliby ubić.
Stefanisko wywlekłam gdzie lodu nie ma i pokazałam mu świerki do regulowania. A że regulował, trzęsąc się jak galareta, to poszedł do obórki na powrót. Chętnie nader. Obórkowa kota wylazła też na chwilę, ale jak zobaczyła,że Stefan wraca, to ona też. Ona jest chyba kota Stefana. I go uwielbia, chociaż bałwan ją podgryza.A podgryza ją zapewne z zazdrości, bo wtedy, gdy ja trzymam na rękach i myziam. Że nie Stefunia, tylko kotę.

Powietrze się w chacie nieco rozrzedziło. Pan Starszy bywa, że się odezwie ludzkim głosem. Częściej mu się zdarza, że w kuchni przesiaduje. Pewnie dlatego, ze komp mu padł, a ileż można słuchać najsłuszniejszego radia. Co prawda,w każdym tekście szuka drugiego dna i interpretuje sobie , w sobie tylko właściwy sposób, poprzez własne EGO. Nawet prośby o zaprzestanie pieprzenia ze względu na mój żołądek, nie docierają. No, a wczoraj dał mi do wiwatu przez pół dnia.
W kontekście powyższego, masochizmem trąci czytanie w sieci tekstów zionących hejtem i głupotą. I co ciekawe, ten hejt ma mnóstwo zwolenników, równie ziejących i hejt popierających oraz nieudacznictwo i bezmyślne borykanie się z codziennością, na własne życzenie, nazywających heroizmem.
Qrwa, jaki jest heroizm w zalewaniu stosu słoików wrzątkiem w wiadrze, coby odmokły i umyć się dały, albo w zamurowywaniu w grudniu otworów okiennych w koziarni, coby sie wilki nie dostały. 

Nie powiem, sama też mam wiele grzechów niechciejstwa na sumieniu, odkładania "na jutro" (Drzwi czekają, taśma zaczęła odpadać, a wałek pewnie zasechł). Ale ja trochę wiem, gdzie raki zimują i nikt mi nie powie, że to i tamto. Jak przyszłam, panienką, na tę wieś, to najpierw miałam wynajęty pokój przy rodzinie. W pokoju nie było pieca, na zimę, po bojach usilnych i interwencjach zewnętrznych, wstawili mi kozę. Na środek pokoju, coby rury więcej było i grzała też owa rura. Wodę na herbatę, na bieżące mycie itd, grzałam na butli turystycznej. A największym szokiem i sprawa trudną do przejścia był brak w owym domu wygódki. Chodziło się do obory, która zawierała w sobie chlew. Starałam się korzystać jak najmniej. Co prawda pierwsze 14 lat swego życia przeżyłam z wygódką na zewnątrz, wychodkiem czule przez nas zwaną, na której drzwiach bujaliśmy się , ku zgrozie starszeństwa. Ale, żeby do chlewa?!
Potem zamieszkałam w starej, długo pustką stojącej chałupie. Z wygódką na polu i woda w studni. Z kuchnią kaflową w kuchni i czymś w postaci kozy, obłożonej szamotem - w pokoju. Ciepło było, jak się paliło. Z pokojem sąsiadowało nieużywane pomieszczenie, w którym belki przy podwalinie były zjedzone nieco i dodatkowo ono ziębiło. Pracowało się wtedy dłużej, czasem wyprawa do mieściny po jakieś zakupy i dwa km od stacji spaceru. Wychodziłam z zimnego, do zimnego wracałam. I jeszcze zimą, z duszą na ramieniu, czy jakiś podsklepowy pijaczek nie uwalił mi się na schodach, w tzw "rynkach". 
Mieszkałam tam 6 lat. Cały czas było na tymczasem, bo miało być co innego. Przeważnie sama, bo ślubny małżonek był najpierw w armii, a potem wolał zimą mieszkać w hotelu robotniczym, z którego miał 2 kroki do pracy.Zamiast marznąć, gnać kilometrami do stacji, zima w obie strony po nocy, świtem bladym się zrywać. I jakoś sobie nie przypominam, żeby mi cokolwiek zarosło, coby w wiaderku wrzątkiem zalewać, dla odmoknięcia. 
Potem mieszkałam 4 lata w szkole. Tu był komfort już niejaki, bo C.O. grzało. I woda w kranie była. Zimna co prawda. Ciepłą można było uzyskać paląc pod kuchnią. Co mi się szybko znudziło. Na bieżące potrzeby korzystała z tego co dał kran, a ciepłą uzyskiwałam, grzejąc w wiadrze taką olbrzymią grzałką. Z tym, że grzałam piętro wyżej i potem ten wrzątek po schodach na dół nosiłam. Raz się to skończyło poparzeniem psa, który łaził za mną krok w krok, na ogół pod nogami. Sytuacja z woda stałą się ciekawa w najgorszym momencie - gdy urodziło się me pierwsze Dziecię. Studnia istniejąca byłą już na padnięciu, więc zleciłam, w porozumieniu z władzami wykonanie głębinowej. To byłą taka rura głęboko wbita w ziemię. Fachury coś spierniczyły, bo umieszczone na początku tej rury filtry ciągle się zapychały. Az zapchały się definitywnie. I zostały wiaderka. Studnia byłą u sąsiada za płotem tuż. Ale żeby do niej dojść trzeba było tych metrów pomiędzy furtkami pokonać trochę. Na szczęście sąsiad był ludzki i sprawę załatwialiśmy tak, że on ciągnął u siebie i wiadra mi przez płot podawał. To była woda do spożycia. Natomiast na mycie i pranie załatwiało się sposobami. Np. kombinowało się wąż strażacki i pompę. I tym wężem, przez okno od łazienki zapełniało się wannę. Raz na jakiś czas, oczywiście. I oczywiście wanna, jako zbiornik wody, nie mogła służyć do celów jej przypisanych, zatem ablucje wróciły do sposobów prymitywnych. Taką jazdę miałam przez 3 miesiące. Ze świeżo nabytym niemowlakiem. i sama. Albowiem niemowlaka nabyłam będąc już panienką z odzysku. Byłam w wieku, gdzie nabycie niemowlaka było dla mnie sprawą istotniejszą niż tak zwane "dobre imię".  Zresztą w momencie nabywania, dzieciak już miał tatusia formalnie, choć jeszcze nie "przed obliczem". Zresztą to właśnie tatuś załatwiał te strażackie pompy. Tak, że warunki takie partyzanckie więcej były. Owszem, zdarzały się w tych warunkach garnki w zlewie dwudniowe, ale raczej w momentach choróbska jakiegoś, nie na co dzień.

niedziela, 8 grudnia 2013

znowu niedziela

i znowu chleb o poranku. Waga znowu zżarła baterie. Miesiąc jej wystarczył na 2 pluskwy! Zachciało się nowoczesności. I tak co chwila przepraszam się ze starą wagą, która mnie wkurza: była kiedyś spadła z wysokości i od tego momentu nie można jej starować normalnie. Taruje na 10 dekach, a dalej skala jest nieco zamazana i 35dkg jest więcej na czuja. Chyba kupię taką mechaniczną, ze wskazówką, której nie trzeba karmić po 7zł na miesiąc. Nawiasem mówiąc, chyba ona jest jakaś spsuta od zarania, bo waga łazienkowa, full czajna z biedronki, chodzi na jednej baterii duuużo dłużej.

Xsawery wreszcie zwinął ogon i dziś jest taka cisza za oknami, że aż dziwne się wydaje. Przez ostatnie dnie było wietrznie, nawet bez Xsawerego i było to dla mnie dość uciążliwe. Po Xsawerym straty niezbyt wielkie w stosunku do tego co innym narobił. Tylko ten spalony komp i daszek zdemontowany z traktora i pizgnięty u granic posesji. Grusza go chyba zatrzymała (a miała być wycięta). Lipa się ostała jeszcze tym razem. Naszarpało tylko dużo drobnych gałązek i usłało nimi teren. Niech leżą.

Wczoraj znudziło mi się nieróbstwo i zdecydowałam wreszcie pomalować drzwi, które poszpachlowane już stały ponad tydzień. Dziecko zostało poproszone o oklejenie szyby u góry. Też mu się nieróbstwo znudziło i samo, z własnej i nieprzymuszonej woli te drzwi przetarło ściernym papierem. Mrucząc co dwa ruchy ręką, że spieprzyłam to szpachlowanie i szpachlować nie umiem.
Po czym dowiedziałam się, że w ogóle to chyba nic nie umiem. Odgrzana fasolka była za gorąca i stwierdził, że nie umiem odgrzewać, bo albo za gorące, albo za zimne.
Następnie Pan Starszy pooglądał szczegółowo drzwi  po pierwszym malowaniu i gadka była taka: "To tak natychmiast schnie? To niedobra farba, bo będzie pękać. " ( Malowałam Dekoralem, Akrylux, do drewna i metalu, szybkoschnąca i pachnąca, 19,90 za pół litra, niedobry?. Rozcieńczony do malowania wałeczkiem, kryje idealnie , cienko i równo). Potem: a ta rysa tu to co? (pęknięte drewno) Było zaszpachlować. A faktycznie tego pęknięcia nie widziałam, w tym miejscu szpachlowane było. Ale wiem już z doświadczenia, po malowaniu starych drzwi, że jak im coś dolega, to takie pęknięcia pojawiają się po pomalowaniu i wyschnięciu farby.
Następnie Pan Starszy udał się do kotłowni, przeczyścił dymnice, przerusztował palenisko, dołozył do pieca. Zasyfił sadza i popiołem cała kotłownię. Po czym stwierdził, że "Teraz się dopiero pali. I nic się nie dymi. I że ja nie potrafię palić".  I super. Jak się czegoś nie potrafi, to albo się uczy, albo się tego nie robi. Wybieram tę drugą opcję. Teraz on będzie miał dwie opcje do wyboru -albo będzie leżał w zimnie do południa, albo zwlecze dupę i zapali, skoro ja nie umiem.
Dziwię się, jak to wszystko do tej pory przeżyło, wyglądając jako -tako, w brudzie nie ginąc, skoro ja nic nie umiem. I jak ta chałupa wygląda, jak wygląda, dzięki temu, że prawie wszystko w niej, do stanu obecnego, zostało doprowadzone moimi ręcamy. Ostatnimi czasy z pomocą Dziecka, przy klejeniu tapet szklanych, a moją Dziecku przy układaniu paneli.
Ale skoro nic nie umiem, to należy olać wysiłki. Będzie więcej czasu na nicnierobienie.

Z rana poczytałam sobie skrótowo parę blogów (po nakarmieniu domowego zwierzyńca i nastawieniu chleba). Bardzo optymistyczny blog Kretowatej, a potem jakieś ideologiczne bzdety o teoriach spiskowych, masonach i niszczeniu Kościoła (!?) No, niestety, Kościół sam się niszczy, przez zadufanie hierarchów i ciasnotę umysłową proboszczów. Ostatnio osobiście się dowiedziałam, że propagowałam w szkole ideologię gender, a w przedszkolach szerzy się prostytucję. Będąc przypadkiem w oszą, gmerając na półce w poszukiwaniu kawiarki odpowiedniej pojemności, wysłuchałam rozmowę pań wykładających towar. Mowa była o chodzeniu do kościoła: "po co będę chodzić, żeby wysłuchiwać tych bzdur, co on tam gada?", Druga wypowiedziała się w podobnym tonie.
Nie dziwię się zatem wędrówkom po kościołach(tak krytykowanym), tych osób, które chcą uczestniczyć i szukają, gdzie to słowo do nich padnie dobre. Sama, będąc w KRK wybierałam Dominikanów, a tu na miejscu - Bernardynów. Choć ostatnimi czasy, u tych miejscowych, trafiam głównie na rozważania polityczne, lub dotyczące tych, którzy akurat do kościoła nie chodzą, a poza tym jest po trochu o wszystkim i do końca nie wiadomo, o co to chodziło. No, to się wypowiedziałam. I ja wiem, że na ten temat, jest zdań mnóstwo, więc może nie rozwijajmy raczej tematu.

(Pan Starszy wybrał jednak powstanie i rozpalenie w piecu. NO!)

Tymczasem chleb się upiekł. Przy czym stwierdziłam, że pewnie dolna grzałka znów ma padakę. No, niech to. Ale to pewnie po ostatnim rozgrzaniu dolnej blachy do czerwoności tak się nadwerężyła. W takim razie pozostaje pieczenie na wiatraku. A teraz juz mogę ruszyc cztery litery i iść do pozostałej zwierzyny. Nadal nie wiem, co zrobić z ta kicia obórkową. Ona tam nie może docelowo przebywać, bo zdziczeje i zmarznie. Coś wymyślić trzeba. Trzeci kot w domu?
Przyniosłam dziadę na chwilę. Pan Kot prychnął, parsknął warknął i poszedł  w dal. Panna Kota wzięta w drugą rękę obwąchiwała maluszka zawzięcie. Psa Czarna wykazywała zainteresowanie niejakie, ale do obwąchania nie została dopuszczona. Obawiałam się reakcji Koty Obórkowej, która wystraszona mogłaby Czarną potraktować pazurami. Po czym zasiadłam w swoim kuchennym kątku, z K.O. na podołku, mocno trzymaną ręką. K.O. parskała i prychała. Panna Kota przylazła, przycupnęła centralnie na wprost mojego podołka i paaatrzyła taaakimi wieeelkimi oczyskami. Posiedziałyśmy tak chwilę, wysłuchawszy zaleceń w stylu: "Daj ogłoszenie, że przyjmujesz bezdomne koty.... A może dotacje jakąś na to da się uzyskać... Zanieś do pani M. (od której pani D. a raczej jej synek tę kotę wysępił), pani M. sobie z panią D. załatwi."
Nie sądzę. Poza tym, nie mam zamiaru stawiać na ostrzu noża stosunków z panią D. z powodu jej podejścia do sprawy kota.I wcale nie jestem na nią wściekła (jak twierdzi Starszy w rozmowie ze swoją siostrunią). Mam tylko problem.

Tak się zastanawiam. Piszę tu o takich bzdurach różnych. Czy faktycznie moje życie się do tych bzdur nie sprowadziło? Czy rozważania egzystenjalne, dotyczące "świata", ludzi, zdarzeń omijają mnie? Częściowo tak. "Wyłączyłam" się na pewne informacje. Radia słucham lokalnego. W internecie czytam nagłówki wiadomości. Czasem wchodzę w treść i okazuje się, że bzdet znowu jakiś. Dotyczący wydarzenia w Paragwaju (przepraszam I.D)umieszczony na pierwszym miejscu w wiadomościach. A istotnych tematów, dotyczących tego co się dzieje w naszym cudownym kraju -niet. Więc lepiej mnie czytać, nie wqrwiać się cyckami, celulitami i tym czy Putin jest gejem czy nie. Mam swoich broszek dość, (np. nie zapłacili za zboże, choć było do piątku, a ja wiszę facetowi za orkę) i wcale mnie nie interesuje czy Putin jest gejem. Może sobie być nawet obojnakiem. Jego problem. Interesuje mnie natomiast, kiedy sejm wreszcie podejmie uchwałę o wypłaceniu wstrzymanych emerytur. I na ile mnie wystrugają przy tym zwrocie, bo wyczytałam, że w przypadku osób, które otrzymywały emeryturę nie mając ukończonych 60 lat, maja na nowo naliczać. Pewnie tak naliczą, że jeszcze im trzeba będzie dopłacić. Pomysł iście makiawelski, bowiem zdecydowana większość tych, którzy pobierali częściową emeryturę i pracowali, nie miała ukończonych 60lat. Podejrzewam, że tak się będą z tym sprężać, żeby na przyszły rok dopiero zacząć te wypłaty, bo w państwowym portfelu dziura.

piątek, 6 grudnia 2013

ogon Xsawerego

Duje. Spałam jednak dobrze, do 5.20. W tym momencie psy się rozdarły. One tak wrzaskiem reagują na jakieś nie-zwyczajne odgłosy na zewnątrz. Za chwilę przyleciał Starszy, ze "coś się dzieje", bo "coś trzasło", komputer mu się włączył. On wszędzie widzi "siły nieczyste". (Jak Dziecku P. w KRK tynk z sufitu spadł, a potem nadstawka z szafy runęła, to z siostrzyczką uchwalili, żeby księdza wołać, coby kropił, bo duch Małgorzaty się snuje). A tu się, dzięki Xsaweremu, jakieś zwarcie zrobiło. Na tyle silne przepięcie, że listwa przepuściła i poszedł pecet. W dobrych układach zasilacz za 150 zł, w gorszych - płyta główna. Coś mu się zwidywało, że druty od przyłącza są pokrzyżowane i tłuką jeden o drugi, robiąc zwarcie. Niestety, są we właściwym położeniu, latałam sprawdzić. Tylko z okna tak to wygląda. Wczoraj teoretycznie wiało z prędkością 25km/h, a było nieprzyjemnie. Strat poza tym nie stwierdziłam. Oprócz tego, że wyszarpało plandekę, którąśmy z Dzieckiem umocowali w "otworze" garażu. I tą plandeką przewróciło mi taczki, z odrobiną gówienka od Stefana. Gnojstwo nie popłaca. Nie chciało mi się okropnie z tymi taczkami wczoraj wyjechać i, jak nigdy, zostawiłam je na później. No to dziś będę zbierać z powrotem na taczki.
Na strychu mokro nieco miejscami. I to też jest efekt gnojstwa. Pana od kominów, który bardzo się spieszył z zakończeniem roboty i dachówki ułożył źle. A u nas, niestety, nikt tego nie poprawi. Starszy się na drabinę nie uniesie, a my z Dzieckiem - fobia. Ale chyba będę musiała ją zmóc, bo nie zniosę śniegu na strychu. Cieszę się, żeśmy to okno zaszklili, bo jednak mniej po strychu lata.
Obserwuję naszą stareńką lipę. Dość mocno nią buja. A ona jest już na prawdę wątła. W dwóch miejscach ma dziury na wylot. Wiem, bo z jednej z tych dziur zdejmowałam Pana Kota, jak kiedyś wolności mu się zachciało. Obserwując ją, podziwiam każdorazowo kunszt i mądrość natury. Lipa jest wygięta w takie rozciągnięte S w kierunku południowo zachodnim. I z tej strony nie wyrasta jej żaden konar. Nowe konary wypuszcza po przeciwnej stronie pnia, jakby dla przeciwwagi.
Na dzisiaj zapowiadają wiatr o sile 54km/h.
(Właśnie Pan Starszy ma pobudkę - siostrzyczka już wyspana dzwoni na dzień dobry. Już instrukcje udzielone. Nic dziwnego, ze ten tak dziwaczy, jak ma codzienne pranie mózgu  już z rana. Szlag mnie lekko trafił, bo wysłuchałam rozmowy.)
Ciekawe, czy lipa wytrzyma ten wiatr.

czwartek, 5 grudnia 2013

spadaj, albo lepiej nie...

Znów noc była spana na raty i wstałam o 6.00. Jednym okiem zerknęłam za okno, a że tam jakoś nieciekawie było, a w chałupie zimno, to jeszcze zaległam. Ale już za godzinę wstałam, bo telefon mi się wydzierał, że głodny, a koty,też z wyrzutem na mnie patrzyły. Jak looknęłam za okno ponownie, to stwierdziłam, że jednak spadł. Cienki, bo cienki, ale leży i już teraz zaczyna topnieć, więc błoto będzie na gumnie. PPo ubiegłorocznej śniegowej masakrze mam dość śniegu. Zresztą ogólnie nie jestem fanem zimy. Siedziałabym w domu i nie wyłaziła aż do wiosny, ale niestety -nie chcem, ale muszem. Min 3 razy dziennie z psami, 2 razy do obórki. No i jeszcze takie tam, popiół wynieść, odpadki wyrzucić, śmiecie do kubła.
Drewna już pewnie znosić nie będę, bo załatwi kocioł dokumentnie. Już w tej chwili kopci jak stara lokomotywa, każde otwarcie drzwiczek powoduje konieczność otwarcia drzwi, bo na całej klatce schodowej jest zasłona dymna. Wyczyściłam wszystko z wyjątkiem wyjścia do komina. Jest od strony garażu zamienionego na warsztat Dziecka i Stoi tam w pozycji bocznej ustalonej stara wersalka. Nie wiem dlaczego nie dostała eksmisji, jak brali w listopadzie wielkogabarytowe. Wiem dlaczego, bo wersalka jest zastawiona zezwłokiem malczana, który leżąc na boku, czeka na rekonstrukcję.

Wczoraj dokończyliśmy z Dzieckiem boks dla Stefana. W zasadzie to nam pozostał do zrobienia przód i bramka, oraz powieszenie bramki u Andzi na zawiasach, bo do tej pory wisiała na sznurku.Sprawnie nam poszło, bo Dziecko jak zwykle się spieszyło. Ma ciekawsze zajęcia. Do tych wszystkich budowli wykorzystujemy materiały z odzysku. Nowe życie starych rzeczy. Kupuję tylko co niezbędne, tj. wkręty, zawiasy, karabinki. Pewnie, że wolałabym, żeby wszystko było zrobione z nowego materiału, wyglądałoby estetyczniej. Ale nie jest najgorzej. Dziecko się nawet poziomica posłużyło przy wieszaniu bramki. Sztachetki na bramce ucięte równo. A bramka zrobiona z ramy starego tapczanu. Poza tym do zbudowania tego boksu wykorzystaliśmy zdemontowane futryny z okien oraz sosnowe żerdzie pocięte na metr dwadzieścia i przecięte na pół, takie półwałki. Stefan nawet nie protestował przeciwko ograniczeniu mu wolności, chociaż obawiałam się, że będzie matrixsy po ściankach ćwiczył. Od zewnątrz ułożyłam kostki słomy, do wysokości przegrody. Trochę zabezpiecza przed zimnem ciągnącym od drzwi.

Kot ze zrzutów całkiem dobrze czuje się w obórce. Wyeksmitował Stefana spod żłobu. Teraz mogłam mu tam spokojnie ustawić kuwetę, żeby mi ściółki w boksach nie obsrywał. Nie wiem co będzie z nim dalej -z nią właściwie, bo to kotka. Śliczna kudłata przytulasta kiciunia ze słodką mordką. Tosia. Jak się zrobi zimniej trzeba ją będzie zabrać stamtąd. Może Córunia się zdecyduje. Nie chcę jej namawiać, bo zresztą ona warunki na zwierzaki ma średnie. Nie ma jej całymi dniami, a w soboty i niedziele ma zajęcia na uczelni.
W sobotę leci na tygodniowa delegację do Francji. A jak wróci to za chwilę będą święta i jakoś po świętach zaraz ma mieć urlop.

Mój sklep na DaWandzie został wczoraj aktywowany i wstawiłam co uszyłam. Dzisiaj sobie poprzeglądałam inne sklepy i widzę, że nie jest najgorzej jeżeli chodzi o moje wytwory. Ludziska wystawiają nie lepsze a ceny tez mają ładne. Ale jak tak przeglądam, to widzę, że wystawiających jest mnóstwo, ale sprzedają tylko niektórzy.

Po odwiedzeniu obórki okazało się, że Stefan ma sraczkę, a Andzia chcicę. Całkiem zapomniałam, że to miało być około czwartego. One te ruje jakieś dziwne maja w tym roku. U Wandy właściwie zaobserwowałam ruje tylko raz. Ale mam w nosie,jej ruje, bo i tak kryta w tym roku nie będzie.
Stefan dostał pectolit, ale nie bardzo mu posmakował. Wanda wpiłaby ten Pectolit na deser, zawsze wypije wszystko i jeszcze pojemnik wyliże. Szkoda, że czosnek jest be, bo można by im czasem dać na zdrowie.

Podzielę się przepisem na chleb kuciany, a właściwie to on się nazywa "chleb dla pracowitych inaczej".
A ponieważ ja jestem z tych pracowitych inaczej, tzn stawiam na maksymalny efekt, przy minimalnym wkładzie pracy, to piekę go często. Ja już kiedyś pisałam o moich przebojach z pieczeniem chleba, tym ględzeniu, "że mamusia to na noc zarabiała" itd. Też zarabiam na noc, co trzeba. Ale jak można prościej, to po cholerę nadkładać drogi.
Chleb znalazłam w internecie, nie pamiętam już gdzie. Jak ktoś chce oryginał, to niech wpisze tę nazwę, co jest w cudzysłowie.
Ja go robię z połowy porcji, z całej wychodziły 2 sztuki i ten drugi się niedojadał, bo czerstwy mi nie idzie i już. No to lu:

chleb dla pracowitych inaczej
50 dag mąki pszennej białej
15 dag otrąb albo całego ziarna pszenicy bardzo miałko zmielonego

2,5 dag drożdży zwykłych
2 łyżki oleju
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru.
1/2 litra dobrze ciepłej, ale nie gorącej wody
(ewentualnie trochę ziaren słonecznika i/lub siemienia lnianego)

Wsypać do miski wszystko sypkie.Można drożdże wkruszyć dokładnie i drobno, a można rozbełtać z częścią wody. Wlać wodę i olej. Dokładnie wybełtać łyżką - ale bez jakiejś przesady - to nie ma być "wyrabianie ciasta drożdżowego łyżką", tylko wymieszanie. Ciasto ma być stosunkowo rzadkie. Ja bym porównała jego gęstość do gęstości ciasta na kluski kładzione, kto robi -ten wie. W każdym razie z miski do blaszki to ma się toto zlać takimi płatami, żadne branie w ręce nie wchodzi w grę.
Wylewam do keksówki o wymiarach 32 x 9 , wysokiej na 8cm, wyłożonej papierem do pieczenia, bo nie lubię z blaszek wydłubywać, zwłaszcza chleba. Wierzch smaruję (raczej skrapiam) wodą i posypuję makiem.
Wstawiam do zimnego piekarnika od razu i nastawiam go na jakieś 100 stopni z wiatrakiem. Tak sobie stoi i rośnie przez 20 minut. Potem podkręcam piekarnik na 200 stopni i do godziny od wsadzenia chleb jest gotowy. Wyjmuję natychmiast, zdejmuję papier i studzę na ruszcie z piekarnika (oczywiście wyjętym). I oczywiście jem jeszcze ciepły, jakoś skrętu kiszek do tej pory nie dostałam.

Wybaczcie, tak na raty tego posta piszę. A jeszcze mi sie cholerna Opera zmuliła, zbuntowała i zacięła w zaklęty kamień i nie mogłam dokończyć.

W takiej sytuacji jeszcze dopiszę co się wydarzyło właśnie przed chwila: Otóż, ponieważ Andzi się chce, więc po konsultacji telefonicznej z bardziej doświadczoną osobą, stwierdziłam, że już trza natychmiast. No i poszłam, do jednego z dwóch dostępnych kawalerów w okolicy.
Niestety, to jeszcze nie było już i powtórka jest konieczna. Ale nie wiem, czy się zbiorę w sobie, żeby tam jeszcze raz pójść. Takiego syfu i dziadostwa nie widziałam, jak żyję. Różne syfy widziałam i wąchałam po ludziach, ale, żeby taki, to aż nie. Te kozy tam stoją, sztuk 3, w tym jeden koziołek z lutego, mniejszy dużo od Stefana, którego uważam za mikrusa, a jest z połowy kwietnia. Ale tam chyba chów wsobny odchodzi, to nie dziwota. No więc te kozy tam sobie stoją, powiązane sznurkami, łańcuchami czy bele czem do gołej ściany. Ani siana, ani wody, ani korytka na karmę jakiegoś. Gnój po pachy. Ten kozioł upierniczony w gnoju cały tył ma i jakiś skaprawiały taki. W ub. roku byłam tam z Wandą i wydawał mi się bardziej zadbany. I jestem w dużej kropce, albo w czarnej doopie.
Andzia po powrocie miała kwarantannę na podwórku, z czyszczeniem i polewaniem Deltixem. Ale jak mi jakieś inne świństwo od niego złapie?





środa, 4 grudnia 2013

poranny chlebek

Wstawszy wzięłam się w kupę i poszłam na strych po otręby, coby upiec chleb. Co ja zrobię na to, że chleb ze sklepu jem z nieprzyjemnością? I tę nieprzyjemność znosiłam od dwóch dni, albowiem nie mogłam się wytaszczyć na strych po te otręby. Niby w tzw międzyczasie na strychu byłam fafnaście razy, ale w garść nie wezmę przecież. Czasem takie niechciejstwo człeka ogarnia, które przeradza się w niemożność.
Piekłam ostatnio parę innych chlebów niż ten mój "kuciany". NP. taki biały w żaroodpornym naczyniu. Trochę bardziej zobowiązujący, bo trzeba go zarobić na noc, a piecze się dopiero rano. No i upiekłam w niedzielę rano, czwarty już chyba, z myślą, że Dziecina sobie weźmie z sobą kawałek. A ten mi psikusa zrobił i to z powodu nieznanego mi. Zostawiony w półotwartym piekarniku na chwilę wziął i padł. Zjeść się dało zaledwie parę kromek z jednego i drugiego końca. Reszta był zakalec popisowy. Poszedł do pieca, bo kurom mógłby zaszkodzić.

W chałupce wesoło. Pan Starszy przeszedł na samowyżywienie.  Co prawda to "samo" sprowadza się do chleba, bułeczek i masła. Resztę obciąga z lodówki. Wczoraj ugotował "sobie" kartoflankę. Zignorował pierogi, które mu proponowałam. Niech mu. Przynajmniej nie musiałam robić dwóch różnych - dla Pana bez cebuli robi się zawsze. Na ogół się nie odzywa. A jak się odezwie, to tytułem zonka.

Zawiózł mnie łaskawie do gminy, żeby ciotce załatwić resztę papierów z zasiłkiem z GOPSu. Łaski nie zrobił, to jego siostra, nie moja. I w nie mam żadnego obowiązku, ani tytułu moralnego latać za jej sprawami. Zwłaszcza w obliczu jej zasług wobec mnie. No, ale. Miękkie serce=twarda dupa. Z tym, że wychylania się żadnego i codziennej opieki. Nie mam siły i czasu, żeby latać jej po oknach. Prać firanki, które muszą koniecznie być wykrochmalone zwykłym krochmalem, a potem uprasowane. U siebie firanki zlikwidowałam, bo szkodzą mi na kręgosłup oraz na psychikę, jak się z nich kurz unosi. Co jest nieuniknione. Częstotliwość prania reguluje tylko ilość kurzu. Nie ja dla okien, a okna dla mnie! Po to wymyślili firanki nylonowe, żeby ułatwić życie, pominąć naciąganie na ramę, prasowanie itp. Ale niektórzy muszą być męczennikami i w obliczu niemożności, cedować swoje męczennictwo na innych. Pościeli tez jej już nie piorę, bo oddawałam niekrochmaloną i nieprasowaną. A co to ja pralnia i magiel jestem? Prześcieradło po jednym się wyspaniu na nim jednakowo wygląda -prasowane, czy nie.

Faktem jest, że był okres, gdy sama krochmaliłam i prasowałam pościel. Zdarzało sie to sporadycznie, bo ogólnie oddawałam do pralni. Wtedy pranie pościeli kosztowało grosze i można sobie było pozwolić. Teraz, jak zobaczyłam w pralni cenę, to stwierdziłam, że za dwa prania mam nowy komplet. Porażka. Wczoraj była zapytać o koszt prania kołdry owczej. Jeszcze do zniesienia, bo 35zł. Ale to i tak jest więcej niż połowa ceny tej kołdry. A do pralki cholera nie wlezie.
Okna zaszklone. Głównie mną. Dziecko wczoraj miało cały dzień loty, bo kolega naprawiał samochód i musiało pomóc. Krew mnie w cichości zalewała, bo mi jeszcze parę rzeczy musi zrobić zanim mrozy nastaną. Sama bym zrobiła, ale piłą spalinową się nie umiem posługiwać. Niestety, albo na szczęście. Bo jak bym umiała, to i drewno na opał pewnie bym musiała pociąć.
Tak więc pleksę przycięłam binladenem, co zdziwienie Dziecka wywołało wielkie, bo się z boszem przymierzało. Zagwoździkowałam sama, bo gwoździkowanie takich małych gwoździków, z jeżdżeniem młotkiem po szybie, nie na Dziecka łapki i charakter. W dodatku miała jakieś idiotyczne gwoździki, bez łba prawie.

Sąsiadka wczoraj scedowała kota na mnie oficjalnie. Wyszła do mnie , jak szłam z psami i się zrzekła. Fajnie tak. Tylko co ja mam,q..wa z trzecim kotem zrobić. Ani jeden nie był planowany. Obydwa domowe są z przypadku. Sajgon robią i demolkę. Meble miękkie poniszczone totalnie. Kwiatów zero, kwietnik zdemontowany. Prawdę mówiąc, gdybym była sama, to by mi trzeci nie przeszkadzał. Ale nie jestem sama i muszę się liczyć z mamraniem innych. Ale co ja zrobie z tym kotem?! Kot jest mały. W mrozy nie będzie siedział u kóz! Zresztą, nie wiem, czy w ogóle kot powinien siedzieć u kóz. Kolejny przykład odpowiedzialności- po cholerę brała tego kota od sąsiadów?!

Wanda kaszle. Nie wiem czy na wecie się nie oprze. Kaszle jak by miała zapalenie krtani.Na razie polecę z czosnkiem i siemieniem. Tylko akurat mi wyszło i muszę Dziecko słać do najbliższego sklepu.



wtorek, 3 grudnia 2013

nadal latam

i łatam. Co od dziesięcioleci łatane nie było.
Zawiozłam z Dzieckiem okienka do szklarza. Za zaszklenie 3 okienek i docięcie dwóch szyb wziął 120zł. Wyszło po 25 za szybę 65x65 cm. I tak taniej niż plexsi. Ale teraz z tymi szybami jak ze śmierdzącym jajkiem. Jedno okienko zaszkliłam osobiście, uprzednio oczyściwszy z kitu i wyjąwszy rozbitą szybę. Osadziłam na silikonie, wypychając z tuby młotkiem - żołądkiem, bo aparacik do wypychania złe przystąpiło.
Na strychu jest takie okno, w szczytowej ścianie, które zostało wstawione ot, tak. Nie uszczelnione wokół i nikt nie dbał o to, by było dobrze domknięte.No to jedno skrzydło się wypaczyło. Przy próbie dociągnięcia szyba pękła i sobie spadła. Część tej szyby. Dobrze, że nic akurat tamtędy nie lazło. No i tak stoi, przytkane styropianem i razi moje uczucia estetyczne. Kupiłam pleksi i dziś z Dzieckiem mamy to załatwić. Oraz jedno jeszcze okienko w piwnicy.
Wczoraj załatwiałam Ciotce zasiłek z GOPS. Tyle, że nie do końca, bo nie miała rachunków zgromadzonych, a ja nie miałam czasu czekać. Trzeba dziś je dowieźć. Swoją drogą wymogi mają durne i co chwilę inne. W ub. roku żądali zaświadczenia od lekarza, że wymaga opieki. W tym -oprócz decyzji z KRUSu, zaświadczenia z KRUSu o pobieranej emeryturze. Idiotyzm.Po co? Mogą sprawdzić, czy zyje wysyłając pracownika. Zeszli na oświadczenie, bo ciotka do KRUS się nie ruszy, a mnie nie wydadzą przecież.

Nabyłam tez wczoraj nową deskę klopową. Celowo szukałam takiej, żeby pokrywa była odsunięta od śrub, żeby się dała podnieść, oprzeć o rezerwuar i nie spadała. Idiota majster, który robił kupę lat temu łazienkę ustawił klopa pod kątem do ściany. Skutkuje to tym, że rura od spłuczki wchodzi z tyłu pod kątem. I niestety właśnie zaczęły się kałuże za kibelkiem w momencie używania spłuczki. Zdaje się, że pójdzie na to silikon, bo już nie mam rozpędu latać za uszczelkami i tego wymieniać.
Deskę zamontowałam i oznajmiłam panom, każdemu z osobna, że już nie ma wytłumaczenia na osikaną deskę. Się podnosi i stoi wytrwale.

Kot sąsiadki został rano odniesiony i natychmiast przez nią wypuszczony na glebę. Stary, który najpierw namawiał do odniesienia, potem mnie wyśmiał, że dała mi do zrozumienia, gdzie jest miejsce kota. Dzisiejszą noc znów spędził u Stefana. Dostał na dobranoc słodkiej śmietanki. Śliczna jest ta kicia i szkoda, żeby marzła na dworze. Dziś był mróz w nocy. U kóz nie ma madagaskaru, ale i tak lepiej niz w stodole np.
Sąsiadka stawia kotu jedzenie na zewnątrz. To takie głupie zgłuszenie sumienia, bo wiadomo, że chętnych do spożycia jest mnóstwo i z faktu, że jedzenie zniknęło, nie wynika wprost, że jej kot jest syty. Powiedziałam, że szkoda pieniędzy na jedzenie wystawiane na zewnątrz. (Bo głównie o pieniądze tu pewnie chodzi. Chociaż źle im się nie powodzi. Pan pracuje w firmie i jeszcze popołudniami i sobotami uzdatnia auta, na czarno oczywiście, których na podwórzu stoi czasem po 5)

Wreszcie się zebrałam w kupę, obfotografowałam moje uszytkii wystawiłam na DaWandzie. Tyle, że oni najpierw muszą butik aktywować, a na razie cichosza z tym. Zastanawiam się czy nie pchnąć tego na allegro, póki co. Uszyłam parę poszewek, tak próbnie po jednej. Jedną taką z aksamitu, obszytą z wierzchu bawełniana koronką w kwadrat. Pomysł przeklęłam, bo samo upinanie tej koronki zajęło mi godzinę, a duch Mamy krążył nade mną. Następnie wszycie zamka. W jednej poszło ok, w drugiej spierniczyłam sprawę, no nie zarygowałam w poprzek od razu i potem musiałam się bujać na gotowej, zszytej poszewce, co było niejaką sztuką, żeby duch Mamy się nie wqrzył. Aksamit piękny, miodowy. Zobaczymy, jak to pójdzie. Nadal szukam papieru do transefrów i chyba wreszcie nabędę przez internet. Uniknięcie patrzenia na mnie, jak na głupa, który nie wie czego chce, jest więcej warte niż koszty przesyłki. A jeszcze miotanie się po mieścinie od sklepiku do sklepiku, w których stoją po dwa komputery, 3 myszy i 2 klawiatury.

Słonce sobie wstało i świeci płasko na tę oszronioną glebę. Niebo jest czyściusieńkie, bez jednej chmurki, jasnobłękitne. I właśnie przecina je w tej chwili smuga za samolotem. Termometr mi jeszcze pokazuje -2, choć słońce już zaczyna na niego lookać.

Na  odwiedzanym przeze mnie forum pojawił się jakiś nowy nadwrażliwy. Pieni się i ciska zarzuty. Niby wie wszystko, bo 8 lat obserwuje kozy w Hiszpanii. Ja też obserwowałam wielokrotnie, jak lekarz zakładał szwy mojemu synowi na jego, częste w dzieciństwie, rany cięte. Nie wynika z tego, ze sama potrafię to zrobić i jestem w stanie się podjąć. Wqrwia mnie zadufanie i przekonanie o wszechwiedzy oraz "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie", przy czym wszelka wypowiedź jest odbierana jak atak na osobę. Mam to zresztą w domu, w postaci Starszego. Typowy okaz - jestem pępkiem świata, nikt i nic poza mną się nie liczy.

Amen, bo zwierzeta głód poczuły a pańcia stuka bezczelnie i nie interesuje się.

niedziela, 1 grudnia 2013

wycieczka

była wczoraj. Pan Starszy, w rozmowie z Dzieckiem P. zapodał, że się wróci na rodziny łono, jak ja z Dzieckiem P. po niego przyjadę. Co było robić. Znowu dla tzw świętego spokoju (czyjego?) wzięłam i pojechałam. Ziąb był okrutny wczoraj, takie wredne wiatrzysko. Wydmuchało nas na przystanku, gdy czekałyśmy na busa (na szczęście był autobus, bo w busie klaustrofobia mnie je). Zgodnie z zarządzeniem Dziecka, miał być gotowy. A że Dziecko P. zadzwoniło do ciotuni 2 przystanki wcześniej, to gotowa była tez herbata. Moja -z rosołem. Wypiłam z obrzydzeniem, zebraliśmy manatki i do autka. Dziecko rzekło na odchodne: "Tylko ciotka, tak bardzo nie podskakuj z radości, bo jeszcze sobie coś zrobisz". Ciotka była szara, bura i wymięta. Znać,że to ograniczenie półmiesięczne jej przestrzeni życiowej dało jej się we znaki.
Po drodze wstąpiliśmy do oszą, ale zakupy były żadne, bo szedł pomału na wózku i mi ciągle ginął. Tyle, że czapkę nabyłam za 19zł polskich. Już się zabierałam za robienie nowej, ale jakoś problem był ze startem. (Aktualną pożarł kot. On to robi tak, że przydeptuje łapami, chwyta zębami, co wystaje i szarpie. Najczęściej załatwia w ten sposób wszelki papier dostępny, czasem reklamówkę. No i do mojej czapki miał juz dwa podejścia. No, było nie zostawiać na wierzchu.)
Nabyłam też nową kawiarkę, stalową niby. Ale coś mi się zdaje, że we wnętrzu jednak jest aluminium. Czyli mój alzhajmer nadal będzie się dożywiał.
Nie znoszę zakupów w takich molochach : 50m do mięsa , 50m do ryb, znowu 50 do jogurtów. A ceny wcale nie powalające. Wolę już moją biedronkę i centrum. Nie nabiję tyle kilometrów z wózkiem, kupię to samo (i tak kupuję ciągle to samo, fanaberii żywieniowych brak, bo kasy brak. Były np kozie jogurty. Nawet nie popatrzyłam kto robi, bo kubeczek taki malutki, góra 150ml, kosztował prawie 3zł. Jak bardzo zechcę, to mogę zrobić sama. Tyle, że ostanie mleko, postawione na kwaśne zachowało się bardzo brzydko - zjełczał w nim tłuszcz i twaróg wyszedł śmierdzący fatalnie. Zjedzą psy. Smakuje im nawet. Poprzednie wyszło super, bo dałam na zaczynek szklankę serwatki kwasowej. Teraz nie miałam. A serwatka podpuszczkowa chyba tej roboty nie zrobi.)
Przyjechaliśmy do domu już prawie po ciemku, więc złapałam psy i poszłam wyprowadzić. Obskakały pana jeszcze na podwórku i poleciały. Po czym Księżniczka po paru krokach się rozmyśliła i chciała wracać, co jej wyperswadowałam.
Dziś dzionek zaczęłam o 6.00. Miałam zaczyniony chleb na rano i chyba świadomość tego chleba ciemnym rankiem mnie z łóżka wypędziła. Oczywiście czereda całą łaziła za mną krok w krok, bo głód wielki panował. Nakarmione zostało wszystko, chleb właśnie się upiekł.
A w międzyczasie odbyła się akcja napychania kotów tabletkami na robale. Mimo opanowanych już metod postępowania z kotowatymi jest to zawsze hardcore. Mała poszła do nogawki od "pekesia" Księżniczki. A i tak dała radę przerysować mi, niby obciętymi pazurami dwa palce w poprzek. Pan Kot protestował juz przy wsadzaniu w rękaw flanelowej koszuli. Warczał jak pies. Ale dziwnym sposobem, udało mu się tę tabletkę wetknąć bezpowrotnie. Nie ma to jednak jak psy. Tu karmienie wszelkimi pigułami odbywa się ekspresowo i bez strat własnych.
No, a wieczorem jeszcze była jazda. Dziecko okupowała łazienkę na tyle długo, że mała pinda wzięła i zlała się Starszemu na łóżko. Musiałam wymieniać całą pościel, łącznie z kołdrą. A ta olana jest owcza, do pralki mi nie wlezie, chyba muszę do pralni. Zastanawiam się tylko, czy pranie nie kosztuje tyle co nowa.
Wniosek: w drzwiach od łazienki trzeba zrobić okienko z klapą, żeby, w razie okupacji, kotowate miały dostęp i nie obsikiwały chałupy.
Płyta plexsi metr na półtora kosztuje ponad 60zł! Wytnę z tego najwyżej 2 szyby. To co zostanie nada się pewnie do żółtego worka. Musze w poniedziałek sprawdzić, czy w najbliższej mieścinie jeszcze działa szklarz. Nie ma to jak niestandardowe rozmiary otworów okiennych! I rzemiosło artystyczne ciesielsko -stolarskie, dzięki któremu skrzydło okienne pasuje tylko do jednego okna, bo w drugim zawiasy sa zakute już inaczej.