piątek, 26 lipca 2013

Modernizacja obórki - start up!

Urobiłam się wczoraj jak bury osioł.
Zaczęło się od dyskusji o tym co jest do zrobienia w najbliższym czasie. Najpilniejszy okazał sie porządek na strychu zbożowym. Ale ponieważ Starszy odstawił manianę z wydziedziczaniem nas, więc olaliśmy strych i zabraliśmy się za to, co w obecnej sytuacji bezgroszowej było możliwe do wykonania, czyli za modernizacje obórki do ostatniego gwoździa i wkręta..
Najpierw trzeba było częściowo rozebrać to, co już było wcześniej bezmyślnie zrobione. I tu okazała się wyższość montażu na wkręty nad montażem na gwoździe. Ciągle przekonuję Dziecko do łączenia na wkręty - nic się nie gnie, nie trzeba młotem nap...dalać, wkrętareczka pyk-pyk-pyk i gotowe. W razie demontażu -wkrętareczka w druga stronę, pyk-pyk-pyk, i rozebrane. A tak - wal czujniczkiem, i bez strat w materiale się nie obędzie. Po doświadczeniach demontażowych, i z czujniczkiem, i z wkrętareczką, Dziecko stwierdziło : "To już teraz wiem, czemu ty tak kochasz wkręty"
 Bez czujniczka się nie obeszło. Dziecko użyło go do ustawienia słupów. (Po czym okazało się, że istniejące się poluzowały, bo po zabiciu nowych trwerza poniosła się o milimetr). Robiliśmy oczywiście na zasadzie upcyklingu, czyli nadając nowe życie starym rzeczom. (przy czym okazało się, że futryna ze starego domu jest jedynym zdrowym CAŁKOWICIE kawałkiem drewna w naszej konstrukcji). Przerobiliśmy zagrodę Andzi i Wandzi. Nie zupełnie to będą ich zagrody docelowo. Do Andzi nie zrobiliśmy już bramki, bo późno się zrobiło i trzeba było zamknąć budowę, tak by kozy sprowadzić. Wymyłam karszerem karmidłą i je na nowo zamontowałam, do łaski wróciły siatki na siano i wreszcie zastosowania doczekała się uchwyt na wiadro z wodą dla Andzi zrobiony przez Dziecko (oczywiście też na zasadzie upcyklingu). Po sprowadzeniu kóz okazało się, że maluchom nie ma gdzie dać sianka - przedtem wyjadały starym przez deski- więc przy pomocy Zuzi usiłującej trzymać gwoździe, zamontowaliśmy odzyskana drabinkę. Aha, wkrętarka oddałą ducha, trzeba nabyć nową, ale jakąś mądrzejszą taką znaczy -mocniejszą...
Dojenie było żadne, bo capy obdoiły na pastwisku. Cholera, trzeba je tam oddzielić, bo mi 2,5 litra mleka przechodzi koło nosa.
Potem nakarmiłam domowe, pozmywałam gary, wykąpałam się dla usunięcia obórkowego zapaszku i na koniec upiekłam chleb. Chleb dokonał się o 22.40. Głodna byłam jak cholera, no ale gorącego jeść się nie da. Zbudziłam się o 0.30, akurat już był wystygnięty. Zrobiłam sobie 2 kromki z kozowym serem posmarowanym dżemem (fiź totalny, bo ser jest słony). Akurat Dziecko wróciło z Wiejskiego Ośrodka Kultury i Rozrywki, czyli spod sklepiku. Zrobiłam mu parę kromek i poszłam leżeć na drugim boku, co okazało się równie niewygodne, jak na pierwszym. Rano obudziłam się z bolącą, spuchnięta i sztywną prawą dłonią. Do teraz opuchlizna zeszłą, ale boli nadal. Myślę, że od grabi, a dzisiaj muszę nimi jeszcze popracować, bo ta odrobina siana z sadu czeka na zwiezienie.

Wybrałam się wczoraj robić zdjęcia moim oświęcimiakom i okazało się że bateria jest dead. Podłączyłam ładowarkę, cały dzień kwitła w kontakcie, aż zaświeciła na zielono. Może dzisiaj się uda. Lecę z psami, bo już się pod drzwiami ustawiły.

czwartek, 25 lipca 2013

Fizycznie nie wyrabiam

Obiecywałam sobie częściej tu bywać, ale ... niestety. Dzień mi się kończy (w sensie wykonania tego, co jest do zrobienia)czasem nawet o 23-ciej. Wtedy mogę co najwyżej poczytać cudze blogi, bo na pisanie już nie mam siły. Zresztą, biorę to małe gówienko do łóżka i zasypiam z nim na kolanach. Dobrze, że jeszcze gleby nie zaliczył, bo zostałabym odcięta: Dziecko ma swojego dużego lapka, którego nie pozwala dotykać, a pecet stoi w pokoju u Pana Starszego. Nie mogę się skupić jak mam kogoś za ręką, pod ręką, za plecami (zwłaszcza)

Żniwa rzepakowe zakończone, rzepak sprzedany (po bandyckiej cenie, która w dodatku leciała na zbity pysk z godziny na godzinę). Z przebojami niejakimi, bo Pan Starszy od ub.poniedziałku zaliczał kardiologię w miejscowym szpitalu. Ale dyrygował oczywiście. I gdyby nie jego dyrygowanie, to wykosilibyśmy ten rzepak w czwartek, sprzedali o stówę drożej i nie byłoby tej nerwówki sobotniej. Najęliśmy samochód, bo Dziecko nie ma papierów na traktor z przyczepą, zresztą byłą opcja jechać z tym do Jarosławia, a 60-tką, to jak przechodzenie przedsionka piekła. Facet od auta dał nam namiar na skup w Pełkiniach, gdzie dobra cena i bez cyrków i tam to auto pojechało, w sobotę. No, ale niestety, wszystko nie weszło, została odrobina na tej przyczepie "polowej" i trzeba było przerzucić na drugą. Dobrze, że Dziecko wpadło na pomysł zdjęcia "rurki" ze strychu, bo byśmy się łopatami trochę nawiosłowali. W sobotę już nie było opcji jechać z ta przyczepą, więc Dziecko pojechało na "ryzyk - fizyk"  (mandat 300, najęcie auta -300. Za auto trzeba zapłacić na pewno, a mandat dostać-można ewentualnie, przy pechu. Biorąc pod uwagę, że po zadupiach władza za bardzo się nie pałęta - pojechał zadupiami, nadkładając min 5km). Na miejscu się okazało, że rozładują go dopiero o 17-tej, więc pojechaliśmy ze Starszym zwinąć go - autem. W tzw. międzyczasie kontynuowaliśmy z Dzieckiem stawianie ogrodzenia dla kóz. Potem zawieźliśmy je z powrotem do traktora, na 15-tą jedna. O 16-tej był rozładowany i powrót. Ciąg dalszy ogrodzenia - skończyliśmy na słupkach i palach narożnych, których na 2 rogi nam brakło, bo nie wzięłam pod uwagę słupów bramowych. Na drugi dzień kontynuacja i po południu kozy poszły do Konzentrationslager. No, oczywiście braki wyszły natychmiast: okazało się że linki muszą być cztery, bo młódź przełazi. Po pociągnięciu tej czwartej linki zaczęły się beki i odskakiwania od sznurków. Zenek się wystraszył tego ogrodzenia do tego stopnia, że wyprowadzić go stamtąd nie mogłam za chiny. Stał na środku i darł ryj, podczas, gdy pozostałe rozłaziły mi sie po okolicy. W kocu wkurzona jak bombowiec, wzięłam durnia na ręce i wyniosłam. Wczoraj z wprowadzaniem do środka był ten sam cyrk, z wyprowadzaniem -takoż.

..................................................................................................................

No, to kontynuujmy dalej (jak mawia Pan Dyrektor)

Byłam u koziów, nakarmiłam, wydoiłam (3litry ponad, na wieczór nie będzie tyle, bo paskudne capy wydoją). Siano od Boksera się nie je, NIESTETY. O ile to z sadu znika natychmiast, to "bokserowe' stoi drugi dzien za drabinkami i lezy pod nogami (przynajmniej dościelać nie muszę) Coś mi sie tam jeszcze odrobina w sadzie suszy i kostrzewo-lucerno-porażka. Jakby dziś wytrzymało z deszczem, to po południu zbiorę.
Wyszły mi cztery serki, poszły sie moczyć w lodówce, a 2 z tych przedwczorajszych spróbuję przetrzymać. Zobaczymy co będzie.
Parzyłam rano kawę w kawiarce tureckiej, trochę mi się, jak zwykle, rozsypało na ladę. I potem, nie wiem jakim cudem, na każdym serku było po parę kropeczek kawy. No, ale sera z kawa raczej się nie robi, więc musiałam płukać.
Kawiarkę kapu-kapu trafia szlag - grzeje wodę w porywach. Inteligentnie umyłam ja pod prądem, uprzednio nalawszy wody na kawę. Oczywiście pstryknęło mi się przy tym myciu i woda poszła precz. Nie ma tego złego, przynajmniej sie przeczyściła od środka.Dzbanek zdążyłam podstawić.

Właśnie wstał Pan Starszy, to pewnie będzie koniec pisania.
Dziś Dziecko ma imieniny, a ja nie mam ani złotówki, nawet na głupią czekoladę. Masakra. Nie mogę tak sie dłużej bawić. Myślę, myślę i nic wymyślić nie mogę. Wysłałam CV. potrzebowali wykładowcy od obsługi komputera. Ale się nie odezwali.
Kasiunia dzwoniła, jak zwykle z rana, tylko trochę później. Jest na urlopie, na polowaniu. Udało jej sie kolejny raz załapać jako tłumacz do Francuzów i znowu jest pod Pińczowem. Nudzi się tam nieco, bo w przeciwieństwie do Pumy, nie chodzi z nimi na strzelanie (Krwawe jatki jej nie rajcują). tym razem polowace przyjechały na koziołki. Będzie tam do niedzieli, a potem zabierze się z nimi do Wrocławia na parę dni (bo wracają przez Wrocław)

Pan Starszy wykosił miedze i drogę. Psiury spacerują bardzo chętnie i daleko. Zadziwiają mnie. Gdy rosły po obu stronach drogi rzepaki, a środek drogi był zarośnięty, nie było opcji, żeby zaciągnąć je dalej niż do końca sadu. Lalka zapierała się wszystkimi czterema łapami i odmawiała dalszych marszów. teraz popiernicza naprzód ochoczo. Kusi mnie, żeby je puścić luzem, ale te łażące po polach koty. I zdechły chomik, którego widziałam na rzepakowym ściernisku - Leda uperfumowała by się natychmiast.

No, a teraz trzeba Starszego nakarmić. Zaczął już swoje zagadkowe wywody, pt. "A co planujecie dzisiaj robić?" Ja wiem, że roboty jest od cholery, ale niech spiernicza na drzewo. Jak sam w tych robotach nie uczestniczy, to może niech nie planuje kimś.
Najpilniejszy jest strych pod pszenicę i nowe kojce u kóz.

Aha, wczoraj stwierdził, że trzeba spokładać rzepaczysko. Dziecko miało to robić, ale jak zaczął kombinować, mierzyć krokami, do rozorywania na cztery i głosić przy tym swoje teorie, to Młody pierdyknął robotą i poszedł "pakować". Spokładał kawałeczek, po czym wróciła go końcówka ropy w baku, i stwierdził, że trzeba iść do szpitala. Mądre pomysły mądrze się kończą.

sobota, 13 lipca 2013

Trochę mnie nie było

Czas pędzi jak szalony. Ciągle jest coś do zrobienia: dom, grządki, kozy, a teraz jeszcze doszły przetwory, bo pojawiło się trochę owoców. W dodatku planowana, pilna przeróbka obórki. Robię swoje, często pomagam moim panom w ich pracach. Wiele muszę zainicjować -zacząć i dokończyć, bo zrobione by nie było. Tak było z przekopaniem się przez pięćdziesięcioletnie pokłady resztek po słomie i sianie w stodole. Zaczęła i prawie dokończyłam, 2/3 usunęłam sama, bo dziecko nie bardzo się kwapiło. Było tego 2 przyczepy, ni to palić, ni co z tym zrobić. Zostało w sadzie sypnięte na kupę, pewnie się przekompostuje.
Stodoła nigdy tak wewnątrz porządnie nie wyglądała, chociaż zostało jeszcze trochę resztek do usunięcia, takich z samego spodu, w zasadzie próchnica. Została, bo planuję w dawnym silosie przed domem zrobić ogródek zielarki. ale najpierw muszę nasypać tam trochę zwykłej ziemi, zmniejszając tym samym "alpy' z podwórka. Tyle, że teraz są pilniejsze prace.
Kupiłam stemple sosnowe z myślą o wykorzystaniu do przeróbki obórki. Okorowałam 12, jeszcze mi 10 zostało. Myślałam, że dziś namówię moich panów na przecięcie wzdłuż, ale pewnie nic z tego nie będzie. Obaj są obrażeni, każdy na co innego i na kogo innego i obaj na siebie. Młody na Kasię, że pojechała na Folkowisko i go nie wzięła. Stary jak zwykle na wszystkich i na wszystko. Sąsiad za płotem ma ustawioną cyrkularkę, może pójdę do niego po prośbie, żeby przeciął.
Młody 2 dni remontował ciągniki, właściwie 3, potem jeszcze zmieniał koło w przyczepie, a dziś robił światła w obu traktorach. Zrobił sprzęgło ( w tym celu należało rozpołowić traktor), a potem przednie zawieszenie. Robił to pierwszy raz w życiu i wyszło Ok. Ale tatuś , jak zwykle tylko minusy widzi, dobrego słowa nie rzeknie. Potem okazało się, że chłodnica ma padakę, więc jeszcze wymieniał chłodnicę.
O ten wyjazd wściekł się strasznie, poszedł gdzieś wieczorem i nie ma go do tej pory. Ciężko znoszę te ich fanaberie,zwłaszcza, że tatuś obrażony zabrał dupę w troki po południu, nie bacząc nawet, że Kasia ze znajomymi przyjedzie, i wrócił dopiero ok. 20-tej. Oczywiście rozmawiał tylko z psami, mimo obrazy zeżarł połowę sera, który zrobiłam rano i ostatnią drożdżówkę, z tych rano upieczonych, która zostawiłam dla siebie.
Na okoliczność przyjazdu Kasi ze znajomymi pomalowałam drzwi wejściowe od podwórza, które już parę razy miały być wymienione, stanowią ruinę drzwiową w zasadzie, a wyglądały gorzej niż te w obórce. Do wymiany dotąd nie doszło, gdyż każde drzwi u nas w domu maja inną szerokość (ponoć otwory sa jednakowe, o czym nie do końca jestem przekonana) i w danej szerokości istniały tylko drzwi pełne, Pan Starszy natomiast uparł się na szybkę, co podraża sprawę o ok 400zł i bie ma danej szerokości.
 Rozebrałam tez na elementy proste starą wersalkę, która stałą pod ścianą - masakra. Ale coś pod tą ścianą by się przydało, żeby przycupnąć - może ta drewniana łąwa, którą z kloców zrobiliśmy z Dzieckiem. Tyle, że jest akurat w sadzie i jest okropnie ciężka.

Pan Arkadiusz zasmakował w całonocnych imprezkach. Wieje oknem, nawet z Dziecka pokoju, gdzie jest wysoko i łaskawie wraca rano.Jak go przypilnowałam, żeby nie zwiał, to postanowił zamknąć się w sobie pod wanną. W tym celu wyciągnął zaślepkę rezerwy. Jak go tam pod spodem widzę - dostaje ataku klaustrofobii, jak gdybym ja sam tam była. Zastawiłam dziurę koszykiem, który zaklinowałam jeszcze pustą butelką plastikową.

Koźlęta rosna, już za parę dni skończą 3 miesiące i trzeba zdecydować się na rozstanie z jednym przynajmniej koziołkiem i na wykastrowanie drugiego. Wciąż biję się z myślami, czy to dobry pomysł, zostawianie kozła, nawet wykastrowanego - więcej paszy, więcej gnoju do usunięcia, a pożytek prawie żaden. Z drugiej strony nie potrafię się z nim rozstać. Kuba tak go radośnie przywitał na świecie i nadał mu imię. A on jest trochę jak małe dziecko, a nie dorosły facet (trochę to może dobrze, ale tylko trochę)
Stefan reaguje na swoje imię i jest przymilny jak kotopies.
W dodatku trzeba zakolczykować towarzystwo, i to już, a ja wciąż nie wiem, kto w okolicy kolczykuje.
Koźlaki rozzuchwalają się coraz bardziej i wybierają na dalsze wycieczki z sadu. Wycieczki sa wtedy, jak zobaczą człeka w pobliżu ( w zasięgu wzroku), już z podwórka sąsiadów je zbierałam. Dlatego biję się znów z myślami o zakupie pastucha. I jednak chyba kupię go na raty - można tak przez Allegro. Będę spokojna., że nigdzie nie pójda, ani żadne rozwydrzone gówniarze nie będą ich ganiać.

Boli mnie prawa ręka, dłoń właściwie. No ale nie ma pracy, która nie obciążałaby prawej dłoni. Dziś miałam problem z obieraniem starych ziemniaków, najgorzej przy dojeniu. W dodatku zaczyna puchnąć i sztywnieć.

Wciąż nie wymyśliłam, za co by się wziąć, żeby dorobić parę złotych do emerytury. W ub. miesiącu sprzedałam parę rzeczy z biżuterii. Zostało mi złoto po Gosi, którego nie sprzedam, oprócz jednych kolczyków. Sprzedałam swoje kolczyki i pierścionek. "Bułeczkę" dałam Kasi, jak była w tym miesiącu, żeby mnie nie skusiło, a obiecywałam sobie, że będzie dla niej. Nie dałam jej żadnego prezentu na 25-te urodziny, więc ten pierścionek, który ja dostałam od swojej Mamy. Okazało się, że on bardzo się Kasi podobał i zawsze chciała taki mieć. No i dobrze. I tak by kiedyś to po mnie zostało i jeszcze były by problemy co - komu. A tak - ponosi sobie póki młoda.

środa, 12 czerwca 2013

bladym ranem

Zastanawiam się właśnie, co zrobię z tak pięknie rozpoczętym dzionkiem. O pół do trzeciej. Masakra. Zbudziło mnie coś. Jeszcze było ciemno. Chyba duszno w pokoju, mimo uchylonego okna i otwartych drzwi. Klaustrofobia. Nie znoszę zamkniętych pomieszczeń. Wszystkie drzwi w domu, z wyjątkiem tych na klatkę schodową, są zawsze pootwierane. Nawet do łazienki są lekko uchylone, wbrew zasadom, ale to ze względu na Arkadiusza, który ma tam kuwetę.
Psy mnie dzisiaj olały i tapczaniły się po kątach.(Chyba jednak duszno było) Lalka z Arkadiuszem na kanapie w salonie - po dwóch różnych końcach. Teraz Arkadiusz łazi i pomruki z siebie wydaje, a psy rozdarły ryje. Popatrzyłam odruchowo w okno. I.. O... q..wa, znowu kur nie zamknęłam. Są już wszystkie na podwórku, z ajencyjnym pietuchem na czele.

Wczoraj zaliczyłam Agencję w celu zalegalizowania drugiej kozy. Poszło gładko. Wystroiłam się , jak stróż na wesele. Łańcuch mafioza na szyję, dla dopełnienia. Chyba było OK, bo Dziecko spojrzało i nic nie rzekło, a jak coś nie tak, to zaraz krytykuje. Słucham go raczej. Ma wyczucie smaku, choć niby harpagon taki. W Agencji jest taki dziadek (pewnie w moim wieku, ale faceci jakoś szybciej dziadkowieją) i z nim się dobrze "współpracuje". A zawsze w takich razach lepiej dobrze wyglądać. No to teraz czekam na kolczyki i duplikaty. I już będzie wszystko OK.
Wczorajsza wyprawa była spowodowana koniecznością zakupu nowych pasków klinowych do rotacyjnej, w liczbie sztuk cztery, po 30 PLN sztuka (q..wa) i lancy do rozbryzgiwacza pt kwazar za 28zł sztuka (q..wa)
Wzięliśmy się niebawem, po przepięciu kóz, które się lekko podsmażyły na słońcu oraz zjedzeniu obiadu, za wymianę tych pasków. Po czym okazało się, że baran, nowy sprzedawca w starym sklepie, dał jeden pasek inny. Skończyło się prześciganiem samochodu w celu wymiany. Z uprzednim poszukiwaniem paragonu, który wcześniej został mi wręczony przez Pana Starszego po wyjściu ze sklepu. A który to paragon, zignorowałam i poskładałam w kosteczkę. Dobrze, że nie przeżułam, tylko zostawiłam na tylnym siedzeniu samochodu, bo by się nie tylko paliwo poszło j...ać ale i te 3 dychy za pasek.
Jak już złożyli (śmy) tę kosiarkę, ponalewali ropy i olejów, to zaczęło padać. Najpierw nieśmiało, robiąc nadzieję, że może jednak się rozmyśli. A potem lunęło z gruchaniem tak, że dawno już takiej ulewy nie było (może z miesiąc?)
Ponieważ kozy trzeba było sprzątnąć natychmiast zdecydowałam, że zrobię im manicure, bo i tak są na sznurkach, to będzie dobry punkt wyjścia. No, niestety, musiałam się spod okapu ewakuować do środka. Przypięłam Andżelinę na stanowisku do dojenia i nawet sprawnie mi poszło. Ale ona nie była systematycznie obcinana (zanim zjawiła się u mnie) i ma już jakieś zwyrodnienia w tych pazurkach. Wanda natomiast jest cięta systematycznie, ostatnio jakoś na miesiąc przed wykotem, a pazurki już miała dłuższe niż Andzia. Jednak z cięciem dwa razy do roku to legenda. Chyba, że po skałach chodzą.
Muszę jak najszybciej przerobić obórkę. Tylko nie wiem jeszcze skąd wziąć kasę. Sprzedałam Gosi pióro, ale wsiąkło natychmiast w dziurę budżetową wielkości kratera wulkanu.
Mam niewykorzystane moce przerobowe. Coś by można z tym zrobić. Szycie najlepiej, bo mam dużo różnych substratów. Co, jak poszewki, moim zdaniem ładne się nie sprzedały. No, ale muszę coś wymyślić, bo trzeba będzie ogłosić upadłość.
No, właśnie. Przydałyby się przyzwoite siatki do okien, bo Arkadiusz upodobał sobie wyłażenie na zewnętrzny parapet (o ile tylko okno jest otwarte) i niszczy te, klejone na rzepy. Właśnie menda u mnie , nie dość, że odkleił róg, to jeszcze zrobił dziurę. Witajcie krwiopijce!
Maka wzięła i wyszła. Trzeba przemłynkować ziarno i pojechać do młyna. Uprzednio woziliśmy jak leci, ale ub. roczne ziarno było bardzo nierówne i po wstępnym przewianiu w młynie połowę prawie przywoziliśmy z powrotem. Szkoda tak wozić w te i we wte. W dodatku wypada zrobić zapas w razie W, bo przy takim przekropnym roku, jak się zapowiada, nie wiadomo, jakie ziarno zbierze się w lecie, czy będzie się nadawało na mąkę. Na razie, chlebku - do widzenia, bo w tym tygodniu nie pojedziemy raczej na pewno. Dziś panowie jadą do Rzeszowa, bo Pan Starszy ma wezwanie do złożenia wyjaśnień, w związku z portretem jaki sobie sprawił za pomocą fotoradaru. Mandat wyniesie min 200zł + paliwo do Rzeszowa i z powrotem. A wymiana tego pieprzonego wskaźnika kosztowałaby 100. Przysłowia są mądrością narodu ( z wiekiem  się coraz bardziej o tym przekonuję) Chytry dwa razy traci. Nie daj Boże, żeby okazało się, że radar sfotografował jednak Dziecko i z tego powodu wzywają, bo im wygląd do daty urodzenia nie pasuje. Wtedy mandat może być wyższy i korowody za fałszywe zeznania oraz punkty dla Dziecka, a to by było niewskazane, bo Dziecko już coś zarobiło za piracka jazdę.
Jutro, jeżeli da sobie spokój z moczenie, trzeba będzie te łąkę w końcu wykosić, w piątek może raz przerzucić i tyle, bo Dziecku się semestr kończy, więc pouczyć się będzie trochę musiało.

Wczoraj po deszczu poszłam popatrzeć na moje roślinki. No... Przyklepało równo, tak, że z mojego motyczkowania śladu nie zostało. Błoto takie, że można utonąć, a miejscami bajoro. W dodatku, spod porzeczek wypełzło czerwone świństwo i szykuje się do wpierdzielania moich dyni. Jeszcze mam odrobinę sanacolu, to zrobię im niespodziankę.

A teraz lać zaczęło znowu.

Ruch się zaczął na mojej podokiennej autostradzie, a i Pan Starszy się wydziera, więc na razie na tyle.

PS. Nie wiem czemu ustawia mi tu strefę czasową na Południowy Pacyfik i w zw. z tym godzina/ data publikacji są fałszywe.


poniedziałek, 27 maja 2013

Senny dzionek

Niedzielę przespałam prawie. Wstałam na drugi budzik, choć Dziecko miało dziś zajęcia. W sumie bez sensu ten pierwszy, na 6.00 ustawiony, bo on i tak po siódmej wstaje. Jak wstanę o siódmej, to śniadanie zdążę mu zrobić. Dziecko pojechało, a ja poszłam z psami, nazbierała kwiatków i potem do kózek.
Andzia czuje się pokrzywdzona, że ja te kwiatki Wandzie pod nos podtykam. A podtykam, wiadomo, po to, żeby Zuzia mogła sobie zjeść śniadanko. Zastanawiam się czemu ten dzikus jej nie dopuszcza do cycka. Zenka dopuszcza, choć tez nie na każde zawołanie. Stefan natomiast ma dostęp do baru na okrągło. Stefcio robi się upierdliwy i podczas porannego dojenia dostaje eksmisje do boksu Wandy. łazi mi pod rękami, wskakuje na plecy, ""buca" w rękę z wiaderkiem. Jak go odganiam, to bodzie skubaniec.
Już bym chciała, jak najprędzej przerobić tę obórkę. Zastanawiam się, jak ja to urządziłam tak bez przemyślenia żadnego. Przecież to bez sensu było, żeby przechodzić z jednego boksu do drugiego. A teraz, jak są maluchy, jest to wręcz uciążliwe. Zastanawiam się, czy pomysł z wykorzystaniem żerdzi, to dobry pomysł. Muszę się doradzić. Może na forum.

Dziecko wróciło dość wcześnie, obiad zjadło u ciotki ("Zrobiłem ci prezent na Dzień Matki, żebyś nie musiała gotować), potem gdzieś pojechało, a ja się położyłam, bo strasznie senna się czułam. Wcześniej zadzwoniła Córunia, która właśnie wracała z wyjazdu integracyjnego w Ustroniu. I jak zwykle, podczas jazdy autobusem i robienia zakupów, musiała pogadać i zdać relację z imprezy. Jak zwykle, moja Córunia - malkontentka, zadowolona średnio.
Zbudziłam się prawie dokładnie o 19.00. I to była najwyższa pora, bo psy juz były na pęknięciu. No i kozy, do których idę o 20.00.
Pogoda dziś była idiotyczna, najpierw padało, potem świeciło słońce. Przez cały dzień był ziąb taki, ze w końcu rozpaliłam w centralnym. Trochę się dom ogrzał, ale znów jest zimno, tak, że w końcu ubrałam drugie skarpetki, bo marznę w nogi strasznie.

Wczoraj, pod nieobecność Dziecka, wzięłam kozy do sadu. One się pasły, a ja zabrałam się za oczyszczenie maliniaka. Narosło tam chwastów, przez tę spóźnioną wiosnę i spiętrzenie innych prac, tyle, że malin widać nie było. Zasuwałam więc na czworakach, z nożem w ręku i wycinałam cholerstwo. Jakiś tam się zagościł jeden rodzaj roślinki, która muszę dopiero rozpoznać, bo nie wiem co to jest. No, pokrzywy, jak zwykle i tzw. tatarczuch, czyli koński szczaw. Ten ostatni przetrzebiłam trochę, ale nie do końca, bo zależy mi na zebraniu nasion, które są dobrym środkiem przeciwbiegunkowym dla ludzi i zwierząt. Koźlęta miały radochę, bo wspinały sie po kopkach siana. Ja trochę mniejszą, bo rozpirzyły to siano dokładnie i musiałam składać ponownie.
W piątek Dziecko pojechało na rozmowę kwalifikacyjna w sprawie pracy. Oferta wydawała się dość atrakcyjna, możliwość dość dużego zarobku w czasie wakacji i liczyłam, że się na to załapie. Zastanawiało mnie, że ta oferta się systematycznie powtarza, ale myślałam,że maja takie duże wymagania w stosunku do kandydatów. Okazało się co innego: ponieważ oni juz od paru lat zatrudniają ludzi do tej pracy, to wieść sie rozeszła i nie ma chętnych. Praca polega na fotografowaniu i obmierzaniu pól. Ponieważ jest akordowa, to 12h latania po polach, a w nocy wypełnianie dokumentacji. Syn sąsiadów w ub. roku wykonywał tę pracę. Zarobił 5 tys, ale wypłacili mu dopiero w kwietniu tego roku, potrącając 1 tys, tytułem jakiejś kary. Kapitalizm mamy, qrwa, kolesiowski. Krewni i znajomi króliczka uwłaszczają się na państwowym. W innych województwach tę prace wykonuje ARiMR, który sam zatrudnia pracowników na umowę o dzieło. Tylko tutaj, PSL się tak rozpasał, że wszystko jest możliwe. I Agencja zleca zadanie firmie któregoś z krewnych i znajomych. A ta z kolei rzeźbi pracowników, jak może.
W sobotę Dziecko uzyskało jeszcze wykład polityczny od Pana Starszego, który zawzięcie wypoczywa u siostrzyczki, wróciło do domu przemięte dokładnie i oświadczyło, że rzuca wszystko i jedzie za granicę.
Bardzo bym chciała, żeby te studia skończył wreszcie. Jak wyjedzie, to diabli wezmą studiowanie. Ale zrobi jak zechce.
Nie widzę żadnych możliwości zarobkowych dla niego w obecnej sytuacji. A nie może tak egzystowac, jak do tej pory, bo to jest wegetacja a nie życie.

środa, 22 maja 2013

.....

Pogoda robi sobie ze mnie jaja. Rano pięknie, potem sie zachmurzyło. Onet przepowiadał deszcz od 11.00. No, to dooopa. Moje siano zaczyna się iść je.... W poniedziałek było zwieźć, ale świnto było i nie lzia. Popracowałam trochę na grządkach, wyiskałam jarzynki co poschodziły, obrobiłam międzyrzędzia, motyczkom, niestety, bo na planetkę za wąsko. Poschodziło to to tak sobie, o. Szlag mnie drobny trafia. Trafia mnie, że nie poschodziło jak trzeba, że w lucernie łobody od ..uja, skosić można jak nieco podrośnie. Tak sąsiad radzi. Ale kto skosi. Pan Starszy znów się rozchoruje i będzie się do szpitala wybierał, jak po składaniu siana. Młody nie potrafi, ja tez nie. Trawy dla kóz mogę ukosić, bo tu się liczy efekt na taczkach, nie na glebie. Może pójdę do Ryśka, albo Andrzeja. Tyle, że Andrzej załapał się na budowę marketa w sąsiedniej mieścinie (marketów nam trzeba, jak chleba, w grajdole, gdzie prawie nic się nie produkuje). Pracuje po 10 godzin dziennie i władca raczył 17-tego dać po 200zł z wypłaty, która powinna byc na 10-tego. To jest qrwa wyzysk, to są qrwa jaja takie, że się we łbie moim komunistycznym nie mieści. Chyba nawet w dzikiej Afryce, gdzie za równie nędzne grosze (porównywalnie) pracują, te swoje nędzne grosze o czasie dostają. Czy tę miskę ryżu w Chinach.
Dziecko dwa dni robiło na truskawkach u malinowego byznesmena. Dwa dni po kawałku, bo deszcz przeszkodził. Wysłał CV z ogłoszenia na latanie po polach w wakacje i ma mieć rozmowę kwalifikacyjną w piątek. Cholera wie, co z tego wyjdzie. Płaca atrakcyjna, choć zapieprz na okrągły kalendarz, ale wymagania pewnie mają licho wie jakie, bo aplikowało mnóstwo osób już a ogłoszenie powtarza się regularnie. Zatrudnia znów jakiś byznesmen, który pizzerię ma w Rzeszówku i rozmowa w tej pizzerii się ma odbywać. Niechby się załapał, choć wtedy w żniwa ozapieprzam się znów jak dzik. No, ale i tak, ostatnio wielokrotnie tak było, że w żniwa go nie było. Jak by miał zarobić, to opłaca się nająć traktorzystę, po 6 zł za godzinę, jak malinowy byznesmen płaci.
Upiekłam chleb właśnie, bo chmielnicki się był skończył, sczerstwiawszy uprzednio od poniedziałku. Domniemywam, że on jest jednak odgrzewany, bo świeżo upieczony w poniedziałek z rana, do środy by wytrzymał w stanie jadalnym bez przymusu. A był jadalny tylko dlatego, że innego nie było.
Kozowy serek robię na podpuszczce co 3 dni. Akurat mam wtedy ok 4 l mleka i tak tego serka zrobionego na 3 dni nam z Dzieckiem starcza. Robię coś takiego a la bundz. Smakuje nam.
Dziecko zaczęło znowu wybebeszać auto. Podrwiłam z niego lekko, że to auto więcej stoi niż jeździ, a on tak z niego wyjmuje i wkłada, wkłada i wyjmuje. Ciągle coś tuninguje, nie mając widoków na środki, żeby tuningi zrealizować. Bo takie środki, jak od malinowego bambra, to o doopę rozbić. Dostanie 30-50 zł, to akurat na papierosy i piwo wystarczy. A ja robię bokami.

Wanda zmarniała strasznie po urodzeniu bliźniaków. Do tego linieje na potęgę i pojawiło sie coś w rodzaju łupieżu, na nogach i grzbiecie. Pisałam na obu forach, ale cisza. Na weta nie mam niestety. Do końca miesiąca jeszcze w cholerę czasu, a nie wiadomo, co się z tego rozwinie. Lalki oko podleczone trochę rumiankiem co parę godzin i resztkami Dikortinefu. Skończył się niestety, został tylko rumianek. Kot głodzi się nadal. Coś tam wygmerałam i jak Dziecko pojedzie do sklepiku, dam mu żeby kupił kotu puszkę.

W związku z Kasi problemami zdrowotnymi, chciałam sie skonsultować z rodzinnom doktorkom. I nie zobaczyła w telefonie, że mam do niej numer, tylko zadzwoniłam do pani Z. No, dała mi ten numer, ale zaczęło się dochodzenie, naco i poco. I natychmiast pewnie do niej dzwoniła z instrukcjami, a potem do mnie, czy dzwoniłam, i naco i poco. No, to jednak dzwonić nie będę, spróbuję jakoś inaczej się rozeznać.
A teraz idę do kóz, bo mi Zuzka z głodu padnie.
....................................................................
No i poszłam. Już z pewnej odległości usłyszałam Zenka.Normalnie nie wydziera się. Po wejściu myślałam, że padnę: cała piątka była w boksie Andzi i odbywały sie tam walki. Andzia waliła Wandę, Stefan przezornie wciął się w norkę pod żłobem, a bliźniaki przerażone biegały z wrzaskiem. No, tak. Rano nie zamknęłam bramki do Andzi, albo na skutek skoków Stefana po tej bramce zasuwka wyskoczyła i wszystko wlazło do Andzi. Potem kotłowanina spowodowała, że bramka się zamknęła, a ponieważ w drugą stronę otworzyć jej nie można, towarzystwo zostało uwięzione. W boksie Andzi panował niewyobrażalny sajgon 'ściana skopytkowana na wysokość mego wzrostu prawie, ściółka przerobiona dokładnie. Nie pozostawało nic innego, jak wywalić gnoja. Nigdy tego nie robiłam w obecności zwierzaków, bo mniejsze sztuki potrafią drzwiczkami gnojowymi wypierniczyć na zewnątrz. Wywaliłam więc Wandę i drobnicę na druga stronę - Wanda zaczęła młócić Stefana. No to Wandę przypięłam na miejscu do dojenia - Zuzka rzuciła się do cycka. Trzeba było Wandę przytrzymać, a potem odpiąć, bo Zuzka miała ochotę jeszcze powisieć, na co Wanda wyraźnie ochoty nie miała. Wzięłam więc Stefana do Wandy boksu i poleciałam z gównem. Najpierw wszystko wyrzuciłam od Andzi, potem, dopiero otworzyłam drzwiczki. Stefan oczywiście znalazł sie w nich natychmiast. No, ale dałam radę. W tym czasie Wanda swobodnie opierniczała wszystko co jej w pysk wpadło -owies z pojemnika, trawę z taczek. W związku z powyższym owsa i trawy już nie dostała. Wyjęłam siano z siatki i założyłam jej za drabinki - zawsze to jakaś nowość.
Po czym należało się wykąpać, bo smród teraz jest nieciekawy (chyba przez te sikające dwa chłopaki, bo jak były same dziewczyny, to tak nie śmierdziało, w dodatku chłopaki więcej leją). No to się wykąpałam. Wyciągnąwszy korek z wanny skonstatowałam, że kałuża na podłodze koło niej się powiększa. Zatkałam czym prędzej i przystąpiłam do mopowania. I tak już było za klopem. Kretyn majster, który 25 lat temu kładł płytki w łazience nie był uprzejmy zrobić skosu posadzki w kierunku kratki ściekowej, tylko w stronę drzwi. Debilizm to straszna choroba.
I to już chyba tyle nieszczęść na dzisiaj - jak wiadomo stadami chodzą. (A zaczęło się chyba od przetykania umywalki, która synuś raczył zapchać swoim mchem wygolonym z głowy i brody)
Jest jeden sukces: udało mi się przywieźć taczki z trawą z sadu prowadząc jednocześnie psy. Leda szła przy nodze poskramiając swoją palmę, która zwykle każe jej latać jak szalona wokół taczek, obszczekując je i plącząc sznurek w kółko. No, to będziemy to ćwiczyć częściej, odpadnie mi jeden kurs w tamtą stronę. Będę mogła pójść ze wszystkim do sadu, zostawić taczki, pomaszerować z psami dalej, po czym , uwiązawszy je u krza, ukosić trawy i ze wszystkim wrócić. Nadmienię jeszcze, że szlachetnie urodzona Baronessa nie znalazła dziś odpowiednich warunków do uskutecznienia wszystkich potrzeb fizjologicznych. Dla niej albo trawka jest za mała, albo za mokra, albo za wysoka, albo jest za gorąco, albo za zimno. W sumie to rzadko kiedy sa warunki odpowiednie, żeby mogła się skutecznie przespacerować. Teraz jest problem, bo trawa jest za wysoka, a dziś w dodatku była mokra, a wieczorem jeszcze deszcz padał. Więc wypierniczała do domu, tylko dym. Rano poleci za to szybko, jeżeli do rana nie pęknie.
Kot przerwał głodówkę, bo Dziecko nabyło w sklepiku Kitkata. Swoją drogą - co za syf dodają do tego łyskasa, że on tak uzależnia koty od tej tylko strawy?

wtorek, 21 maja 2013

leniuchowanie...

Obudziłam się dziś tuż przed budzikiem, bardziej zmęczona niż wieczorem, chociaż noc przespałam jakby jednym cięgiem (wstając tylko raz ok trzeciej, na wpół przytomna, położyłam się zaraz i zasnęłam)
Młody szedł na ósma do roboty, więc cały porządek normalny szlag trafił. Ale właściwie nie z jego powodu, tylko dlatego, że mi się poprzestawiało.
Normalnie to wygląda tak: pobudka o siódmej,nastawić kawiarkę, psy na sikanie pojedynczo, śniadanie z psami (jeść kotu) i kompem, o ósmej spacer z psami, potem to i owo i o dziewiątej do kóz.
A dzisiaj było tak: wstałam o siódmej, przyniosłam kompa do kuchni, zapaliłam, wysikałam psy, zajrzałam do młodego, czy wstaje, zrobiłam mu śniadanie, co trochę trwało, bo okupował łazienkę, a jajecznicy nie można zrobić na potem, i kromki do pracy -  zjadł i sobie poszedł. Ja tez zjadłam (z psami) siedząc przy kompie i mnie wcięło, tak że zrobiła się dziewiąta. Nazbierałam pod płotem chwastów dla Wandy i poszłam do obórki. Dopiero po powrocie poszłam z psami. Planując po drodze, że wezmę kozy do sadu i podziałam na grządkach oraz przy sianie. W międzyczasie postanowiłam zrobić kompot z tego rabarbaru, co był na placek (bo placki są od ciotki). No i na czas gotowania się kompotu znów siadłam do kompa i mnie wcięło, po raz kolejny. Po czym pociemniało i zaczęło huczeć - poleciałam nakryć kopkę folią, która wiatr był ściągnął i wróciłam do kompa. I siedzę nadal: siano szlag trafił, prace polowe też szlag trafił, burza sie skończyła, ale pada dalej. W międzyczasie zadzwonił Pan Starszy i zaczął pierniczyć, że młody poszedł do roboty, zarobi 20zł, a ja sobie najmę do siana. Pierdyknęłam słuchawką. To jest dobre w jego wyjeździe, że nie muszę słuchać jego zrzędzenia - mogę pierdyknąć słuchawką.
Kot postanowił umrzeć śmiercią głodową: wczoraj skończył się łyskas, na kolacje dostał trochę wątróbki, odjętej psom od pyska i pół puszki rybki. Wczoraj zjadł, choć mu chwile zeszło, dzisiaj nie tknął. Śpi chyba w wersalce, bo go nie ma na horyzoncie.