Duje. Spałam jednak dobrze, do 5.20. W tym momencie psy się rozdarły. One tak wrzaskiem reagują na jakieś nie-zwyczajne odgłosy na zewnątrz. Za chwilę przyleciał Starszy, ze "coś się dzieje", bo "coś trzasło", komputer mu się włączył. On wszędzie widzi "siły nieczyste". (Jak Dziecku P. w KRK tynk z sufitu spadł, a potem nadstawka z szafy runęła, to z siostrzyczką uchwalili, żeby księdza wołać, coby kropił, bo duch Małgorzaty się snuje). A tu się, dzięki Xsaweremu, jakieś zwarcie zrobiło. Na tyle silne przepięcie, że listwa przepuściła i poszedł pecet. W dobrych układach zasilacz za 150 zł, w gorszych - płyta główna. Coś mu się zwidywało, że druty od przyłącza są pokrzyżowane i tłuką jeden o drugi, robiąc zwarcie. Niestety, są we właściwym położeniu, latałam sprawdzić. Tylko z okna tak to wygląda. Wczoraj teoretycznie wiało z prędkością 25km/h, a było nieprzyjemnie. Strat poza tym nie stwierdziłam. Oprócz tego, że wyszarpało plandekę, którąśmy z Dzieckiem umocowali w "otworze" garażu. I tą plandeką przewróciło mi taczki, z odrobiną gówienka od Stefana. Gnojstwo nie popłaca. Nie chciało mi się okropnie z tymi taczkami wczoraj wyjechać i, jak nigdy, zostawiłam je na później. No to dziś będę zbierać z powrotem na taczki.
Na strychu mokro nieco miejscami. I to też jest efekt gnojstwa. Pana od kominów, który bardzo się spieszył z zakończeniem roboty i dachówki ułożył źle. A u nas, niestety, nikt tego nie poprawi. Starszy się na drabinę nie uniesie, a my z Dzieckiem - fobia. Ale chyba będę musiała ją zmóc, bo nie zniosę śniegu na strychu. Cieszę się, żeśmy to okno zaszklili, bo jednak mniej po strychu lata.
Obserwuję naszą stareńką lipę. Dość mocno nią buja. A ona jest już na prawdę wątła. W dwóch miejscach ma dziury na wylot. Wiem, bo z jednej z tych dziur zdejmowałam Pana Kota, jak kiedyś wolności mu się zachciało. Obserwując ją, podziwiam każdorazowo kunszt i mądrość natury. Lipa jest wygięta w takie rozciągnięte S w kierunku południowo zachodnim. I z tej strony nie wyrasta jej żaden konar. Nowe konary wypuszcza po przeciwnej stronie pnia, jakby dla przeciwwagi.
Na dzisiaj zapowiadają wiatr o sile 54km/h.
(Właśnie Pan Starszy ma pobudkę - siostrzyczka już wyspana dzwoni na dzień dobry. Już instrukcje udzielone. Nic dziwnego, ze ten tak dziwaczy, jak ma codzienne pranie mózgu już z rana. Szlag mnie lekko trafił, bo wysłuchałam rozmowy.)
Ciekawe, czy lipa wytrzyma ten wiatr.
piątek, 6 grudnia 2013
czwartek, 5 grudnia 2013
spadaj, albo lepiej nie...
Znów noc była spana na raty i wstałam o 6.00. Jednym okiem zerknęłam za okno, a że tam jakoś nieciekawie było, a w chałupie zimno, to jeszcze zaległam. Ale już za godzinę wstałam, bo telefon mi się wydzierał, że głodny, a koty,też z wyrzutem na mnie patrzyły. Jak looknęłam za okno ponownie, to stwierdziłam, że jednak spadł. Cienki, bo cienki, ale leży i już teraz zaczyna topnieć, więc błoto będzie na gumnie. PPo ubiegłorocznej śniegowej masakrze mam dość śniegu. Zresztą ogólnie nie jestem fanem zimy. Siedziałabym w domu i nie wyłaziła aż do wiosny, ale niestety -nie chcem, ale muszem. Min 3 razy dziennie z psami, 2 razy do obórki. No i jeszcze takie tam, popiół wynieść, odpadki wyrzucić, śmiecie do kubła.
Drewna już pewnie znosić nie będę, bo załatwi kocioł dokumentnie. Już w tej chwili kopci jak stara lokomotywa, każde otwarcie drzwiczek powoduje konieczność otwarcia drzwi, bo na całej klatce schodowej jest zasłona dymna. Wyczyściłam wszystko z wyjątkiem wyjścia do komina. Jest od strony garażu zamienionego na warsztat Dziecka i Stoi tam w pozycji bocznej ustalonej stara wersalka. Nie wiem dlaczego nie dostała eksmisji, jak brali w listopadzie wielkogabarytowe. Wiem dlaczego, bo wersalka jest zastawiona zezwłokiem malczana, który leżąc na boku, czeka na rekonstrukcję.
Wczoraj dokończyliśmy z Dzieckiem boks dla Stefana. W zasadzie to nam pozostał do zrobienia przód i bramka, oraz powieszenie bramki u Andzi na zawiasach, bo do tej pory wisiała na sznurku.Sprawnie nam poszło, bo Dziecko jak zwykle się spieszyło. Ma ciekawsze zajęcia. Do tych wszystkich budowli wykorzystujemy materiały z odzysku. Nowe życie starych rzeczy. Kupuję tylko co niezbędne, tj. wkręty, zawiasy, karabinki. Pewnie, że wolałabym, żeby wszystko było zrobione z nowego materiału, wyglądałoby estetyczniej. Ale nie jest najgorzej. Dziecko się nawet poziomica posłużyło przy wieszaniu bramki. Sztachetki na bramce ucięte równo. A bramka zrobiona z ramy starego tapczanu. Poza tym do zbudowania tego boksu wykorzystaliśmy zdemontowane futryny z okien oraz sosnowe żerdzie pocięte na metr dwadzieścia i przecięte na pół, takie półwałki. Stefan nawet nie protestował przeciwko ograniczeniu mu wolności, chociaż obawiałam się, że będzie matrixsy po ściankach ćwiczył. Od zewnątrz ułożyłam kostki słomy, do wysokości przegrody. Trochę zabezpiecza przed zimnem ciągnącym od drzwi.
Kot ze zrzutów całkiem dobrze czuje się w obórce. Wyeksmitował Stefana spod żłobu. Teraz mogłam mu tam spokojnie ustawić kuwetę, żeby mi ściółki w boksach nie obsrywał. Nie wiem co będzie z nim dalej -z nią właściwie, bo to kotka. Śliczna kudłata przytulasta kiciunia ze słodką mordką. Tosia. Jak się zrobi zimniej trzeba ją będzie zabrać stamtąd. Może Córunia się zdecyduje. Nie chcę jej namawiać, bo zresztą ona warunki na zwierzaki ma średnie. Nie ma jej całymi dniami, a w soboty i niedziele ma zajęcia na uczelni.
W sobotę leci na tygodniowa delegację do Francji. A jak wróci to za chwilę będą święta i jakoś po świętach zaraz ma mieć urlop.
Mój sklep na DaWandzie został wczoraj aktywowany i wstawiłam co uszyłam. Dzisiaj sobie poprzeglądałam inne sklepy i widzę, że nie jest najgorzej jeżeli chodzi o moje wytwory. Ludziska wystawiają nie lepsze a ceny tez mają ładne. Ale jak tak przeglądam, to widzę, że wystawiających jest mnóstwo, ale sprzedają tylko niektórzy.
Po odwiedzeniu obórki okazało się, że Stefan ma sraczkę, a Andzia chcicę. Całkiem zapomniałam, że to miało być około czwartego. One te ruje jakieś dziwne maja w tym roku. U Wandy właściwie zaobserwowałam ruje tylko raz. Ale mam w nosie,jej ruje, bo i tak kryta w tym roku nie będzie.
Stefan dostał pectolit, ale nie bardzo mu posmakował. Wanda wpiłaby ten Pectolit na deser, zawsze wypije wszystko i jeszcze pojemnik wyliże. Szkoda, że czosnek jest be, bo można by im czasem dać na zdrowie.
Podzielę się przepisem na chleb kuciany, a właściwie to on się nazywa "chleb dla pracowitych inaczej".
A ponieważ ja jestem z tych pracowitych inaczej, tzn stawiam na maksymalny efekt, przy minimalnym wkładzie pracy, to piekę go często. Ja już kiedyś pisałam o moich przebojach z pieczeniem chleba, tym ględzeniu, "że mamusia to na noc zarabiała" itd. Też zarabiam na noc, co trzeba. Ale jak można prościej, to po cholerę nadkładać drogi.
Chleb znalazłam w internecie, nie pamiętam już gdzie. Jak ktoś chce oryginał, to niech wpisze tę nazwę, co jest w cudzysłowie.
Ja go robię z połowy porcji, z całej wychodziły 2 sztuki i ten drugi się niedojadał, bo czerstwy mi nie idzie i już. No to lu:
chleb dla pracowitych inaczej
50 dag mąki pszennej białej
15 dag otrąb albo całego ziarna pszenicy bardzo miałko zmielonego
2,5 dag drożdży zwykłych
2 łyżki oleju
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru.
1/2 litra dobrze ciepłej, ale nie gorącej wody
(ewentualnie trochę ziaren słonecznika i/lub siemienia lnianego)
Wsypać do miski wszystko sypkie.Można drożdże wkruszyć dokładnie i drobno, a można rozbełtać z częścią wody. Wlać wodę i olej. Dokładnie wybełtać łyżką - ale bez jakiejś przesady - to nie ma być "wyrabianie ciasta drożdżowego łyżką", tylko wymieszanie. Ciasto ma być stosunkowo rzadkie. Ja bym porównała jego gęstość do gęstości ciasta na kluski kładzione, kto robi -ten wie. W każdym razie z miski do blaszki to ma się toto zlać takimi płatami, żadne branie w ręce nie wchodzi w grę.
Wylewam do keksówki o wymiarach 32 x 9 , wysokiej na 8cm, wyłożonej papierem do pieczenia, bo nie lubię z blaszek wydłubywać, zwłaszcza chleba. Wierzch smaruję (raczej skrapiam) wodą i posypuję makiem.
Wstawiam do zimnego piekarnika od razu i nastawiam go na jakieś 100 stopni z wiatrakiem. Tak sobie stoi i rośnie przez 20 minut. Potem podkręcam piekarnik na 200 stopni i do godziny od wsadzenia chleb jest gotowy. Wyjmuję natychmiast, zdejmuję papier i studzę na ruszcie z piekarnika (oczywiście wyjętym). I oczywiście jem jeszcze ciepły, jakoś skrętu kiszek do tej pory nie dostałam.
Wybaczcie, tak na raty tego posta piszę. A jeszcze mi sie cholerna Opera zmuliła, zbuntowała i zacięła w zaklęty kamień i nie mogłam dokończyć.
W takiej sytuacji jeszcze dopiszę co się wydarzyło właśnie przed chwila: Otóż, ponieważ Andzi się chce, więc po konsultacji telefonicznej z bardziej doświadczoną osobą, stwierdziłam, że już trza natychmiast. No i poszłam, do jednego z dwóch dostępnych kawalerów w okolicy.
Niestety, to jeszcze nie było już i powtórka jest konieczna. Ale nie wiem, czy się zbiorę w sobie, żeby tam jeszcze raz pójść. Takiego syfu i dziadostwa nie widziałam, jak żyję. Różne syfy widziałam i wąchałam po ludziach, ale, żeby taki, to aż nie. Te kozy tam stoją, sztuk 3, w tym jeden koziołek z lutego, mniejszy dużo od Stefana, którego uważam za mikrusa, a jest z połowy kwietnia. Ale tam chyba chów wsobny odchodzi, to nie dziwota. No więc te kozy tam sobie stoją, powiązane sznurkami, łańcuchami czy bele czem do gołej ściany. Ani siana, ani wody, ani korytka na karmę jakiegoś. Gnój po pachy. Ten kozioł upierniczony w gnoju cały tył ma i jakiś skaprawiały taki. W ub. roku byłam tam z Wandą i wydawał mi się bardziej zadbany. I jestem w dużej kropce, albo w czarnej doopie.
Andzia po powrocie miała kwarantannę na podwórku, z czyszczeniem i polewaniem Deltixem. Ale jak mi jakieś inne świństwo od niego złapie?
Drewna już pewnie znosić nie będę, bo załatwi kocioł dokumentnie. Już w tej chwili kopci jak stara lokomotywa, każde otwarcie drzwiczek powoduje konieczność otwarcia drzwi, bo na całej klatce schodowej jest zasłona dymna. Wyczyściłam wszystko z wyjątkiem wyjścia do komina. Jest od strony garażu zamienionego na warsztat Dziecka i Stoi tam w pozycji bocznej ustalonej stara wersalka. Nie wiem dlaczego nie dostała eksmisji, jak brali w listopadzie wielkogabarytowe. Wiem dlaczego, bo wersalka jest zastawiona zezwłokiem malczana, który leżąc na boku, czeka na rekonstrukcję.
Wczoraj dokończyliśmy z Dzieckiem boks dla Stefana. W zasadzie to nam pozostał do zrobienia przód i bramka, oraz powieszenie bramki u Andzi na zawiasach, bo do tej pory wisiała na sznurku.Sprawnie nam poszło, bo Dziecko jak zwykle się spieszyło. Ma ciekawsze zajęcia. Do tych wszystkich budowli wykorzystujemy materiały z odzysku. Nowe życie starych rzeczy. Kupuję tylko co niezbędne, tj. wkręty, zawiasy, karabinki. Pewnie, że wolałabym, żeby wszystko było zrobione z nowego materiału, wyglądałoby estetyczniej. Ale nie jest najgorzej. Dziecko się nawet poziomica posłużyło przy wieszaniu bramki. Sztachetki na bramce ucięte równo. A bramka zrobiona z ramy starego tapczanu. Poza tym do zbudowania tego boksu wykorzystaliśmy zdemontowane futryny z okien oraz sosnowe żerdzie pocięte na metr dwadzieścia i przecięte na pół, takie półwałki. Stefan nawet nie protestował przeciwko ograniczeniu mu wolności, chociaż obawiałam się, że będzie matrixsy po ściankach ćwiczył. Od zewnątrz ułożyłam kostki słomy, do wysokości przegrody. Trochę zabezpiecza przed zimnem ciągnącym od drzwi.
Kot ze zrzutów całkiem dobrze czuje się w obórce. Wyeksmitował Stefana spod żłobu. Teraz mogłam mu tam spokojnie ustawić kuwetę, żeby mi ściółki w boksach nie obsrywał. Nie wiem co będzie z nim dalej -z nią właściwie, bo to kotka. Śliczna kudłata przytulasta kiciunia ze słodką mordką. Tosia. Jak się zrobi zimniej trzeba ją będzie zabrać stamtąd. Może Córunia się zdecyduje. Nie chcę jej namawiać, bo zresztą ona warunki na zwierzaki ma średnie. Nie ma jej całymi dniami, a w soboty i niedziele ma zajęcia na uczelni.
W sobotę leci na tygodniowa delegację do Francji. A jak wróci to za chwilę będą święta i jakoś po świętach zaraz ma mieć urlop.
Mój sklep na DaWandzie został wczoraj aktywowany i wstawiłam co uszyłam. Dzisiaj sobie poprzeglądałam inne sklepy i widzę, że nie jest najgorzej jeżeli chodzi o moje wytwory. Ludziska wystawiają nie lepsze a ceny tez mają ładne. Ale jak tak przeglądam, to widzę, że wystawiających jest mnóstwo, ale sprzedają tylko niektórzy.
Po odwiedzeniu obórki okazało się, że Stefan ma sraczkę, a Andzia chcicę. Całkiem zapomniałam, że to miało być około czwartego. One te ruje jakieś dziwne maja w tym roku. U Wandy właściwie zaobserwowałam ruje tylko raz. Ale mam w nosie,jej ruje, bo i tak kryta w tym roku nie będzie.
Stefan dostał pectolit, ale nie bardzo mu posmakował. Wanda wpiłaby ten Pectolit na deser, zawsze wypije wszystko i jeszcze pojemnik wyliże. Szkoda, że czosnek jest be, bo można by im czasem dać na zdrowie.
Podzielę się przepisem na chleb kuciany, a właściwie to on się nazywa "chleb dla pracowitych inaczej".
A ponieważ ja jestem z tych pracowitych inaczej, tzn stawiam na maksymalny efekt, przy minimalnym wkładzie pracy, to piekę go często. Ja już kiedyś pisałam o moich przebojach z pieczeniem chleba, tym ględzeniu, "że mamusia to na noc zarabiała" itd. Też zarabiam na noc, co trzeba. Ale jak można prościej, to po cholerę nadkładać drogi.
Chleb znalazłam w internecie, nie pamiętam już gdzie. Jak ktoś chce oryginał, to niech wpisze tę nazwę, co jest w cudzysłowie.
Ja go robię z połowy porcji, z całej wychodziły 2 sztuki i ten drugi się niedojadał, bo czerstwy mi nie idzie i już. No to lu:
chleb dla pracowitych inaczej
50 dag mąki pszennej białej
15 dag otrąb albo całego ziarna pszenicy bardzo miałko zmielonego
2,5 dag drożdży zwykłych
2 łyżki oleju
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru.
1/2 litra dobrze ciepłej, ale nie gorącej wody
(ewentualnie trochę ziaren słonecznika i/lub siemienia lnianego)
Wsypać do miski wszystko sypkie.Można drożdże wkruszyć dokładnie i drobno, a można rozbełtać z częścią wody. Wlać wodę i olej. Dokładnie wybełtać łyżką - ale bez jakiejś przesady - to nie ma być "wyrabianie ciasta drożdżowego łyżką", tylko wymieszanie. Ciasto ma być stosunkowo rzadkie. Ja bym porównała jego gęstość do gęstości ciasta na kluski kładzione, kto robi -ten wie. W każdym razie z miski do blaszki to ma się toto zlać takimi płatami, żadne branie w ręce nie wchodzi w grę.
Wylewam do keksówki o wymiarach 32 x 9 , wysokiej na 8cm, wyłożonej papierem do pieczenia, bo nie lubię z blaszek wydłubywać, zwłaszcza chleba. Wierzch smaruję (raczej skrapiam) wodą i posypuję makiem.
Wstawiam do zimnego piekarnika od razu i nastawiam go na jakieś 100 stopni z wiatrakiem. Tak sobie stoi i rośnie przez 20 minut. Potem podkręcam piekarnik na 200 stopni i do godziny od wsadzenia chleb jest gotowy. Wyjmuję natychmiast, zdejmuję papier i studzę na ruszcie z piekarnika (oczywiście wyjętym). I oczywiście jem jeszcze ciepły, jakoś skrętu kiszek do tej pory nie dostałam.
Wybaczcie, tak na raty tego posta piszę. A jeszcze mi sie cholerna Opera zmuliła, zbuntowała i zacięła w zaklęty kamień i nie mogłam dokończyć.
W takiej sytuacji jeszcze dopiszę co się wydarzyło właśnie przed chwila: Otóż, ponieważ Andzi się chce, więc po konsultacji telefonicznej z bardziej doświadczoną osobą, stwierdziłam, że już trza natychmiast. No i poszłam, do jednego z dwóch dostępnych kawalerów w okolicy.
Niestety, to jeszcze nie było już i powtórka jest konieczna. Ale nie wiem, czy się zbiorę w sobie, żeby tam jeszcze raz pójść. Takiego syfu i dziadostwa nie widziałam, jak żyję. Różne syfy widziałam i wąchałam po ludziach, ale, żeby taki, to aż nie. Te kozy tam stoją, sztuk 3, w tym jeden koziołek z lutego, mniejszy dużo od Stefana, którego uważam za mikrusa, a jest z połowy kwietnia. Ale tam chyba chów wsobny odchodzi, to nie dziwota. No więc te kozy tam sobie stoją, powiązane sznurkami, łańcuchami czy bele czem do gołej ściany. Ani siana, ani wody, ani korytka na karmę jakiegoś. Gnój po pachy. Ten kozioł upierniczony w gnoju cały tył ma i jakiś skaprawiały taki. W ub. roku byłam tam z Wandą i wydawał mi się bardziej zadbany. I jestem w dużej kropce, albo w czarnej doopie.
Andzia po powrocie miała kwarantannę na podwórku, z czyszczeniem i polewaniem Deltixem. Ale jak mi jakieś inne świństwo od niego złapie?
środa, 4 grudnia 2013
poranny chlebek
Wstawszy wzięłam się w kupę i poszłam na strych po otręby, coby upiec chleb. Co ja zrobię na to, że chleb ze sklepu jem z nieprzyjemnością? I tę nieprzyjemność znosiłam od dwóch dni, albowiem nie mogłam się wytaszczyć na strych po te otręby. Niby w tzw międzyczasie na strychu byłam fafnaście razy, ale w garść nie wezmę przecież. Czasem takie niechciejstwo człeka ogarnia, które przeradza się w niemożność.
Piekłam ostatnio parę innych chlebów niż ten mój "kuciany". NP. taki biały w żaroodpornym naczyniu. Trochę bardziej zobowiązujący, bo trzeba go zarobić na noc, a piecze się dopiero rano. No i upiekłam w niedzielę rano, czwarty już chyba, z myślą, że Dziecina sobie weźmie z sobą kawałek. A ten mi psikusa zrobił i to z powodu nieznanego mi. Zostawiony w półotwartym piekarniku na chwilę wziął i padł. Zjeść się dało zaledwie parę kromek z jednego i drugiego końca. Reszta był zakalec popisowy. Poszedł do pieca, bo kurom mógłby zaszkodzić.
W chałupce wesoło. Pan Starszy przeszedł na samowyżywienie. Co prawda to "samo" sprowadza się do chleba, bułeczek i masła. Resztę obciąga z lodówki. Wczoraj ugotował "sobie" kartoflankę. Zignorował pierogi, które mu proponowałam. Niech mu. Przynajmniej nie musiałam robić dwóch różnych - dla Pana bez cebuli robi się zawsze. Na ogół się nie odzywa. A jak się odezwie, to tytułem zonka.
Zawiózł mnie łaskawie do gminy, żeby ciotce załatwić resztę papierów z zasiłkiem z GOPSu. Łaski nie zrobił, to jego siostra, nie moja. I w nie mam żadnego obowiązku, ani tytułu moralnego latać za jej sprawami. Zwłaszcza w obliczu jej zasług wobec mnie. No, ale. Miękkie serce=twarda dupa. Z tym, że wychylania się żadnego i codziennej opieki. Nie mam siły i czasu, żeby latać jej po oknach. Prać firanki, które muszą koniecznie być wykrochmalone zwykłym krochmalem, a potem uprasowane. U siebie firanki zlikwidowałam, bo szkodzą mi na kręgosłup oraz na psychikę, jak się z nich kurz unosi. Co jest nieuniknione. Częstotliwość prania reguluje tylko ilość kurzu. Nie ja dla okien, a okna dla mnie! Po to wymyślili firanki nylonowe, żeby ułatwić życie, pominąć naciąganie na ramę, prasowanie itp. Ale niektórzy muszą być męczennikami i w obliczu niemożności, cedować swoje męczennictwo na innych. Pościeli tez jej już nie piorę, bo oddawałam niekrochmaloną i nieprasowaną. A co to ja pralnia i magiel jestem? Prześcieradło po jednym się wyspaniu na nim jednakowo wygląda -prasowane, czy nie.
Faktem jest, że był okres, gdy sama krochmaliłam i prasowałam pościel. Zdarzało sie to sporadycznie, bo ogólnie oddawałam do pralni. Wtedy pranie pościeli kosztowało grosze i można sobie było pozwolić. Teraz, jak zobaczyłam w pralni cenę, to stwierdziłam, że za dwa prania mam nowy komplet. Porażka. Wczoraj była zapytać o koszt prania kołdry owczej. Jeszcze do zniesienia, bo 35zł. Ale to i tak jest więcej niż połowa ceny tej kołdry. A do pralki cholera nie wlezie.
Okna zaszklone. Głównie mną. Dziecko wczoraj miało cały dzień loty, bo kolega naprawiał samochód i musiało pomóc. Krew mnie w cichości zalewała, bo mi jeszcze parę rzeczy musi zrobić zanim mrozy nastaną. Sama bym zrobiła, ale piłą spalinową się nie umiem posługiwać. Niestety, albo na szczęście. Bo jak bym umiała, to i drewno na opał pewnie bym musiała pociąć.
Tak więc pleksę przycięłam binladenem, co zdziwienie Dziecka wywołało wielkie, bo się z boszem przymierzało. Zagwoździkowałam sama, bo gwoździkowanie takich małych gwoździków, z jeżdżeniem młotkiem po szybie, nie na Dziecka łapki i charakter. W dodatku miała jakieś idiotyczne gwoździki, bez łba prawie.
Sąsiadka wczoraj scedowała kota na mnie oficjalnie. Wyszła do mnie , jak szłam z psami i się zrzekła. Fajnie tak. Tylko co ja mam,q..wa z trzecim kotem zrobić. Ani jeden nie był planowany. Obydwa domowe są z przypadku. Sajgon robią i demolkę. Meble miękkie poniszczone totalnie. Kwiatów zero, kwietnik zdemontowany. Prawdę mówiąc, gdybym była sama, to by mi trzeci nie przeszkadzał. Ale nie jestem sama i muszę się liczyć z mamraniem innych. Ale co ja zrobie z tym kotem?! Kot jest mały. W mrozy nie będzie siedział u kóz! Zresztą, nie wiem, czy w ogóle kot powinien siedzieć u kóz. Kolejny przykład odpowiedzialności- po cholerę brała tego kota od sąsiadów?!
Wanda kaszle. Nie wiem czy na wecie się nie oprze. Kaszle jak by miała zapalenie krtani.Na razie polecę z czosnkiem i siemieniem. Tylko akurat mi wyszło i muszę Dziecko słać do najbliższego sklepu.
Piekłam ostatnio parę innych chlebów niż ten mój "kuciany". NP. taki biały w żaroodpornym naczyniu. Trochę bardziej zobowiązujący, bo trzeba go zarobić na noc, a piecze się dopiero rano. No i upiekłam w niedzielę rano, czwarty już chyba, z myślą, że Dziecina sobie weźmie z sobą kawałek. A ten mi psikusa zrobił i to z powodu nieznanego mi. Zostawiony w półotwartym piekarniku na chwilę wziął i padł. Zjeść się dało zaledwie parę kromek z jednego i drugiego końca. Reszta był zakalec popisowy. Poszedł do pieca, bo kurom mógłby zaszkodzić.
W chałupce wesoło. Pan Starszy przeszedł na samowyżywienie. Co prawda to "samo" sprowadza się do chleba, bułeczek i masła. Resztę obciąga z lodówki. Wczoraj ugotował "sobie" kartoflankę. Zignorował pierogi, które mu proponowałam. Niech mu. Przynajmniej nie musiałam robić dwóch różnych - dla Pana bez cebuli robi się zawsze. Na ogół się nie odzywa. A jak się odezwie, to tytułem zonka.
Zawiózł mnie łaskawie do gminy, żeby ciotce załatwić resztę papierów z zasiłkiem z GOPSu. Łaski nie zrobił, to jego siostra, nie moja. I w nie mam żadnego obowiązku, ani tytułu moralnego latać za jej sprawami. Zwłaszcza w obliczu jej zasług wobec mnie. No, ale. Miękkie serce=twarda dupa. Z tym, że wychylania się żadnego i codziennej opieki. Nie mam siły i czasu, żeby latać jej po oknach. Prać firanki, które muszą koniecznie być wykrochmalone zwykłym krochmalem, a potem uprasowane. U siebie firanki zlikwidowałam, bo szkodzą mi na kręgosłup oraz na psychikę, jak się z nich kurz unosi. Co jest nieuniknione. Częstotliwość prania reguluje tylko ilość kurzu. Nie ja dla okien, a okna dla mnie! Po to wymyślili firanki nylonowe, żeby ułatwić życie, pominąć naciąganie na ramę, prasowanie itp. Ale niektórzy muszą być męczennikami i w obliczu niemożności, cedować swoje męczennictwo na innych. Pościeli tez jej już nie piorę, bo oddawałam niekrochmaloną i nieprasowaną. A co to ja pralnia i magiel jestem? Prześcieradło po jednym się wyspaniu na nim jednakowo wygląda -prasowane, czy nie.
Faktem jest, że był okres, gdy sama krochmaliłam i prasowałam pościel. Zdarzało sie to sporadycznie, bo ogólnie oddawałam do pralni. Wtedy pranie pościeli kosztowało grosze i można sobie było pozwolić. Teraz, jak zobaczyłam w pralni cenę, to stwierdziłam, że za dwa prania mam nowy komplet. Porażka. Wczoraj była zapytać o koszt prania kołdry owczej. Jeszcze do zniesienia, bo 35zł. Ale to i tak jest więcej niż połowa ceny tej kołdry. A do pralki cholera nie wlezie.
Okna zaszklone. Głównie mną. Dziecko wczoraj miało cały dzień loty, bo kolega naprawiał samochód i musiało pomóc. Krew mnie w cichości zalewała, bo mi jeszcze parę rzeczy musi zrobić zanim mrozy nastaną. Sama bym zrobiła, ale piłą spalinową się nie umiem posługiwać. Niestety, albo na szczęście. Bo jak bym umiała, to i drewno na opał pewnie bym musiała pociąć.
Tak więc pleksę przycięłam binladenem, co zdziwienie Dziecka wywołało wielkie, bo się z boszem przymierzało. Zagwoździkowałam sama, bo gwoździkowanie takich małych gwoździków, z jeżdżeniem młotkiem po szybie, nie na Dziecka łapki i charakter. W dodatku miała jakieś idiotyczne gwoździki, bez łba prawie.
Sąsiadka wczoraj scedowała kota na mnie oficjalnie. Wyszła do mnie , jak szłam z psami i się zrzekła. Fajnie tak. Tylko co ja mam,q..wa z trzecim kotem zrobić. Ani jeden nie był planowany. Obydwa domowe są z przypadku. Sajgon robią i demolkę. Meble miękkie poniszczone totalnie. Kwiatów zero, kwietnik zdemontowany. Prawdę mówiąc, gdybym była sama, to by mi trzeci nie przeszkadzał. Ale nie jestem sama i muszę się liczyć z mamraniem innych. Ale co ja zrobie z tym kotem?! Kot jest mały. W mrozy nie będzie siedział u kóz! Zresztą, nie wiem, czy w ogóle kot powinien siedzieć u kóz. Kolejny przykład odpowiedzialności- po cholerę brała tego kota od sąsiadów?!
Wanda kaszle. Nie wiem czy na wecie się nie oprze. Kaszle jak by miała zapalenie krtani.Na razie polecę z czosnkiem i siemieniem. Tylko akurat mi wyszło i muszę Dziecko słać do najbliższego sklepu.
wtorek, 3 grudnia 2013
nadal latam
i łatam. Co od dziesięcioleci łatane nie było.
Zawiozłam z Dzieckiem okienka do szklarza. Za zaszklenie 3 okienek i docięcie dwóch szyb wziął 120zł. Wyszło po 25 za szybę 65x65 cm. I tak taniej niż plexsi. Ale teraz z tymi szybami jak ze śmierdzącym jajkiem. Jedno okienko zaszkliłam osobiście, uprzednio oczyściwszy z kitu i wyjąwszy rozbitą szybę. Osadziłam na silikonie, wypychając z tuby młotkiem - żołądkiem, bo aparacik do wypychania złe przystąpiło.
Na strychu jest takie okno, w szczytowej ścianie, które zostało wstawione ot, tak. Nie uszczelnione wokół i nikt nie dbał o to, by było dobrze domknięte.No to jedno skrzydło się wypaczyło. Przy próbie dociągnięcia szyba pękła i sobie spadła. Część tej szyby. Dobrze, że nic akurat tamtędy nie lazło. No i tak stoi, przytkane styropianem i razi moje uczucia estetyczne. Kupiłam pleksi i dziś z Dzieckiem mamy to załatwić. Oraz jedno jeszcze okienko w piwnicy.
Wczoraj załatwiałam Ciotce zasiłek z GOPS. Tyle, że nie do końca, bo nie miała rachunków zgromadzonych, a ja nie miałam czasu czekać. Trzeba dziś je dowieźć. Swoją drogą wymogi mają durne i co chwilę inne. W ub. roku żądali zaświadczenia od lekarza, że wymaga opieki. W tym -oprócz decyzji z KRUSu, zaświadczenia z KRUSu o pobieranej emeryturze. Idiotyzm.Po co? Mogą sprawdzić, czy zyje wysyłając pracownika. Zeszli na oświadczenie, bo ciotka do KRUS się nie ruszy, a mnie nie wydadzą przecież.
Nabyłam tez wczoraj nową deskę klopową. Celowo szukałam takiej, żeby pokrywa była odsunięta od śrub, żeby się dała podnieść, oprzeć o rezerwuar i nie spadała. Idiota majster, który robił kupę lat temu łazienkę ustawił klopa pod kątem do ściany. Skutkuje to tym, że rura od spłuczki wchodzi z tyłu pod kątem. I niestety właśnie zaczęły się kałuże za kibelkiem w momencie używania spłuczki. Zdaje się, że pójdzie na to silikon, bo już nie mam rozpędu latać za uszczelkami i tego wymieniać.
Deskę zamontowałam i oznajmiłam panom, każdemu z osobna, że już nie ma wytłumaczenia na osikaną deskę. Się podnosi i stoi wytrwale.
Kot sąsiadki został rano odniesiony i natychmiast przez nią wypuszczony na glebę. Stary, który najpierw namawiał do odniesienia, potem mnie wyśmiał, że dała mi do zrozumienia, gdzie jest miejsce kota. Dzisiejszą noc znów spędził u Stefana. Dostał na dobranoc słodkiej śmietanki. Śliczna jest ta kicia i szkoda, żeby marzła na dworze. Dziś był mróz w nocy. U kóz nie ma madagaskaru, ale i tak lepiej niz w stodole np.
Sąsiadka stawia kotu jedzenie na zewnątrz. To takie głupie zgłuszenie sumienia, bo wiadomo, że chętnych do spożycia jest mnóstwo i z faktu, że jedzenie zniknęło, nie wynika wprost, że jej kot jest syty. Powiedziałam, że szkoda pieniędzy na jedzenie wystawiane na zewnątrz. (Bo głównie o pieniądze tu pewnie chodzi. Chociaż źle im się nie powodzi. Pan pracuje w firmie i jeszcze popołudniami i sobotami uzdatnia auta, na czarno oczywiście, których na podwórzu stoi czasem po 5)
Wreszcie się zebrałam w kupę, obfotografowałam moje uszytkii wystawiłam na DaWandzie. Tyle, że oni najpierw muszą butik aktywować, a na razie cichosza z tym. Zastanawiam się czy nie pchnąć tego na allegro, póki co. Uszyłam parę poszewek, tak próbnie po jednej. Jedną taką z aksamitu, obszytą z wierzchu bawełniana koronką w kwadrat. Pomysł przeklęłam, bo samo upinanie tej koronki zajęło mi godzinę, a duch Mamy krążył nade mną. Następnie wszycie zamka. W jednej poszło ok, w drugiej spierniczyłam sprawę, no nie zarygowałam w poprzek od razu i potem musiałam się bujać na gotowej, zszytej poszewce, co było niejaką sztuką, żeby duch Mamy się nie wqrzył. Aksamit piękny, miodowy. Zobaczymy, jak to pójdzie. Nadal szukam papieru do transefrów i chyba wreszcie nabędę przez internet. Uniknięcie patrzenia na mnie, jak na głupa, który nie wie czego chce, jest więcej warte niż koszty przesyłki. A jeszcze miotanie się po mieścinie od sklepiku do sklepiku, w których stoją po dwa komputery, 3 myszy i 2 klawiatury.
Słonce sobie wstało i świeci płasko na tę oszronioną glebę. Niebo jest czyściusieńkie, bez jednej chmurki, jasnobłękitne. I właśnie przecina je w tej chwili smuga za samolotem. Termometr mi jeszcze pokazuje -2, choć słońce już zaczyna na niego lookać.
Na odwiedzanym przeze mnie forum pojawił się jakiś nowy nadwrażliwy. Pieni się i ciska zarzuty. Niby wie wszystko, bo 8 lat obserwuje kozy w Hiszpanii. Ja też obserwowałam wielokrotnie, jak lekarz zakładał szwy mojemu synowi na jego, częste w dzieciństwie, rany cięte. Nie wynika z tego, ze sama potrafię to zrobić i jestem w stanie się podjąć. Wqrwia mnie zadufanie i przekonanie o wszechwiedzy oraz "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie", przy czym wszelka wypowiedź jest odbierana jak atak na osobę. Mam to zresztą w domu, w postaci Starszego. Typowy okaz - jestem pępkiem świata, nikt i nic poza mną się nie liczy.
Amen, bo zwierzeta głód poczuły a pańcia stuka bezczelnie i nie interesuje się.
Zawiozłam z Dzieckiem okienka do szklarza. Za zaszklenie 3 okienek i docięcie dwóch szyb wziął 120zł. Wyszło po 25 za szybę 65x65 cm. I tak taniej niż plexsi. Ale teraz z tymi szybami jak ze śmierdzącym jajkiem. Jedno okienko zaszkliłam osobiście, uprzednio oczyściwszy z kitu i wyjąwszy rozbitą szybę. Osadziłam na silikonie, wypychając z tuby młotkiem - żołądkiem, bo aparacik do wypychania złe przystąpiło.
Na strychu jest takie okno, w szczytowej ścianie, które zostało wstawione ot, tak. Nie uszczelnione wokół i nikt nie dbał o to, by było dobrze domknięte.No to jedno skrzydło się wypaczyło. Przy próbie dociągnięcia szyba pękła i sobie spadła. Część tej szyby. Dobrze, że nic akurat tamtędy nie lazło. No i tak stoi, przytkane styropianem i razi moje uczucia estetyczne. Kupiłam pleksi i dziś z Dzieckiem mamy to załatwić. Oraz jedno jeszcze okienko w piwnicy.
Wczoraj załatwiałam Ciotce zasiłek z GOPS. Tyle, że nie do końca, bo nie miała rachunków zgromadzonych, a ja nie miałam czasu czekać. Trzeba dziś je dowieźć. Swoją drogą wymogi mają durne i co chwilę inne. W ub. roku żądali zaświadczenia od lekarza, że wymaga opieki. W tym -oprócz decyzji z KRUSu, zaświadczenia z KRUSu o pobieranej emeryturze. Idiotyzm.Po co? Mogą sprawdzić, czy zyje wysyłając pracownika. Zeszli na oświadczenie, bo ciotka do KRUS się nie ruszy, a mnie nie wydadzą przecież.
Nabyłam tez wczoraj nową deskę klopową. Celowo szukałam takiej, żeby pokrywa była odsunięta od śrub, żeby się dała podnieść, oprzeć o rezerwuar i nie spadała. Idiota majster, który robił kupę lat temu łazienkę ustawił klopa pod kątem do ściany. Skutkuje to tym, że rura od spłuczki wchodzi z tyłu pod kątem. I niestety właśnie zaczęły się kałuże za kibelkiem w momencie używania spłuczki. Zdaje się, że pójdzie na to silikon, bo już nie mam rozpędu latać za uszczelkami i tego wymieniać.
Deskę zamontowałam i oznajmiłam panom, każdemu z osobna, że już nie ma wytłumaczenia na osikaną deskę. Się podnosi i stoi wytrwale.
Kot sąsiadki został rano odniesiony i natychmiast przez nią wypuszczony na glebę. Stary, który najpierw namawiał do odniesienia, potem mnie wyśmiał, że dała mi do zrozumienia, gdzie jest miejsce kota. Dzisiejszą noc znów spędził u Stefana. Dostał na dobranoc słodkiej śmietanki. Śliczna jest ta kicia i szkoda, żeby marzła na dworze. Dziś był mróz w nocy. U kóz nie ma madagaskaru, ale i tak lepiej niz w stodole np.
Sąsiadka stawia kotu jedzenie na zewnątrz. To takie głupie zgłuszenie sumienia, bo wiadomo, że chętnych do spożycia jest mnóstwo i z faktu, że jedzenie zniknęło, nie wynika wprost, że jej kot jest syty. Powiedziałam, że szkoda pieniędzy na jedzenie wystawiane na zewnątrz. (Bo głównie o pieniądze tu pewnie chodzi. Chociaż źle im się nie powodzi. Pan pracuje w firmie i jeszcze popołudniami i sobotami uzdatnia auta, na czarno oczywiście, których na podwórzu stoi czasem po 5)
Wreszcie się zebrałam w kupę, obfotografowałam moje uszytkii wystawiłam na DaWandzie. Tyle, że oni najpierw muszą butik aktywować, a na razie cichosza z tym. Zastanawiam się czy nie pchnąć tego na allegro, póki co. Uszyłam parę poszewek, tak próbnie po jednej. Jedną taką z aksamitu, obszytą z wierzchu bawełniana koronką w kwadrat. Pomysł przeklęłam, bo samo upinanie tej koronki zajęło mi godzinę, a duch Mamy krążył nade mną. Następnie wszycie zamka. W jednej poszło ok, w drugiej spierniczyłam sprawę, no nie zarygowałam w poprzek od razu i potem musiałam się bujać na gotowej, zszytej poszewce, co było niejaką sztuką, żeby duch Mamy się nie wqrzył. Aksamit piękny, miodowy. Zobaczymy, jak to pójdzie. Nadal szukam papieru do transefrów i chyba wreszcie nabędę przez internet. Uniknięcie patrzenia na mnie, jak na głupa, który nie wie czego chce, jest więcej warte niż koszty przesyłki. A jeszcze miotanie się po mieścinie od sklepiku do sklepiku, w których stoją po dwa komputery, 3 myszy i 2 klawiatury.
Słonce sobie wstało i świeci płasko na tę oszronioną glebę. Niebo jest czyściusieńkie, bez jednej chmurki, jasnobłękitne. I właśnie przecina je w tej chwili smuga za samolotem. Termometr mi jeszcze pokazuje -2, choć słońce już zaczyna na niego lookać.
Na odwiedzanym przeze mnie forum pojawił się jakiś nowy nadwrażliwy. Pieni się i ciska zarzuty. Niby wie wszystko, bo 8 lat obserwuje kozy w Hiszpanii. Ja też obserwowałam wielokrotnie, jak lekarz zakładał szwy mojemu synowi na jego, częste w dzieciństwie, rany cięte. Nie wynika z tego, ze sama potrafię to zrobić i jestem w stanie się podjąć. Wqrwia mnie zadufanie i przekonanie o wszechwiedzy oraz "nie rusz mnie, nie dotykaj mnie", przy czym wszelka wypowiedź jest odbierana jak atak na osobę. Mam to zresztą w domu, w postaci Starszego. Typowy okaz - jestem pępkiem świata, nikt i nic poza mną się nie liczy.
Amen, bo zwierzeta głód poczuły a pańcia stuka bezczelnie i nie interesuje się.
niedziela, 1 grudnia 2013
wycieczka
była wczoraj. Pan Starszy, w rozmowie z Dzieckiem P. zapodał, że się wróci na rodziny łono, jak ja z Dzieckiem P. po niego przyjadę. Co było robić. Znowu dla tzw świętego spokoju (czyjego?) wzięłam i pojechałam. Ziąb był okrutny wczoraj, takie wredne wiatrzysko. Wydmuchało nas na przystanku, gdy czekałyśmy na busa (na szczęście był autobus, bo w busie klaustrofobia mnie je). Zgodnie z zarządzeniem Dziecka, miał być gotowy. A że Dziecko P. zadzwoniło do ciotuni 2 przystanki wcześniej, to gotowa była tez herbata. Moja -z rosołem. Wypiłam z obrzydzeniem, zebraliśmy manatki i do autka. Dziecko rzekło na odchodne: "Tylko ciotka, tak bardzo nie podskakuj z radości, bo jeszcze sobie coś zrobisz". Ciotka była szara, bura i wymięta. Znać,że to ograniczenie półmiesięczne jej przestrzeni życiowej dało jej się we znaki.
Po drodze wstąpiliśmy do oszą, ale zakupy były żadne, bo szedł pomału na wózku i mi ciągle ginął. Tyle, że czapkę nabyłam za 19zł polskich. Już się zabierałam za robienie nowej, ale jakoś problem był ze startem. (Aktualną pożarł kot. On to robi tak, że przydeptuje łapami, chwyta zębami, co wystaje i szarpie. Najczęściej załatwia w ten sposób wszelki papier dostępny, czasem reklamówkę. No i do mojej czapki miał juz dwa podejścia. No, było nie zostawiać na wierzchu.)
Nabyłam też nową kawiarkę, stalową niby. Ale coś mi się zdaje, że we wnętrzu jednak jest aluminium. Czyli mój alzhajmer nadal będzie się dożywiał.
Nie znoszę zakupów w takich molochach : 50m do mięsa , 50m do ryb, znowu 50 do jogurtów. A ceny wcale nie powalające. Wolę już moją biedronkę i centrum. Nie nabiję tyle kilometrów z wózkiem, kupię to samo (i tak kupuję ciągle to samo, fanaberii żywieniowych brak, bo kasy brak. Były np kozie jogurty. Nawet nie popatrzyłam kto robi, bo kubeczek taki malutki, góra 150ml, kosztował prawie 3zł. Jak bardzo zechcę, to mogę zrobić sama. Tyle, że ostanie mleko, postawione na kwaśne zachowało się bardzo brzydko - zjełczał w nim tłuszcz i twaróg wyszedł śmierdzący fatalnie. Zjedzą psy. Smakuje im nawet. Poprzednie wyszło super, bo dałam na zaczynek szklankę serwatki kwasowej. Teraz nie miałam. A serwatka podpuszczkowa chyba tej roboty nie zrobi.)
Przyjechaliśmy do domu już prawie po ciemku, więc złapałam psy i poszłam wyprowadzić. Obskakały pana jeszcze na podwórku i poleciały. Po czym Księżniczka po paru krokach się rozmyśliła i chciała wracać, co jej wyperswadowałam.
Dziś dzionek zaczęłam o 6.00. Miałam zaczyniony chleb na rano i chyba świadomość tego chleba ciemnym rankiem mnie z łóżka wypędziła. Oczywiście czereda całą łaziła za mną krok w krok, bo głód wielki panował. Nakarmione zostało wszystko, chleb właśnie się upiekł.
A w międzyczasie odbyła się akcja napychania kotów tabletkami na robale. Mimo opanowanych już metod postępowania z kotowatymi jest to zawsze hardcore. Mała poszła do nogawki od "pekesia" Księżniczki. A i tak dała radę przerysować mi, niby obciętymi pazurami dwa palce w poprzek. Pan Kot protestował juz przy wsadzaniu w rękaw flanelowej koszuli. Warczał jak pies. Ale dziwnym sposobem, udało mu się tę tabletkę wetknąć bezpowrotnie. Nie ma to jednak jak psy. Tu karmienie wszelkimi pigułami odbywa się ekspresowo i bez strat własnych.
No, a wieczorem jeszcze była jazda. Dziecko okupowała łazienkę na tyle długo, że mała pinda wzięła i zlała się Starszemu na łóżko. Musiałam wymieniać całą pościel, łącznie z kołdrą. A ta olana jest owcza, do pralki mi nie wlezie, chyba muszę do pralni. Zastanawiam się tylko, czy pranie nie kosztuje tyle co nowa.
Wniosek: w drzwiach od łazienki trzeba zrobić okienko z klapą, żeby, w razie okupacji, kotowate miały dostęp i nie obsikiwały chałupy.
Płyta plexsi metr na półtora kosztuje ponad 60zł! Wytnę z tego najwyżej 2 szyby. To co zostanie nada się pewnie do żółtego worka. Musze w poniedziałek sprawdzić, czy w najbliższej mieścinie jeszcze działa szklarz. Nie ma to jak niestandardowe rozmiary otworów okiennych! I rzemiosło artystyczne ciesielsko -stolarskie, dzięki któremu skrzydło okienne pasuje tylko do jednego okna, bo w drugim zawiasy sa zakute już inaczej.
Po drodze wstąpiliśmy do oszą, ale zakupy były żadne, bo szedł pomału na wózku i mi ciągle ginął. Tyle, że czapkę nabyłam za 19zł polskich. Już się zabierałam za robienie nowej, ale jakoś problem był ze startem. (Aktualną pożarł kot. On to robi tak, że przydeptuje łapami, chwyta zębami, co wystaje i szarpie. Najczęściej załatwia w ten sposób wszelki papier dostępny, czasem reklamówkę. No i do mojej czapki miał juz dwa podejścia. No, było nie zostawiać na wierzchu.)
Nabyłam też nową kawiarkę, stalową niby. Ale coś mi się zdaje, że we wnętrzu jednak jest aluminium. Czyli mój alzhajmer nadal będzie się dożywiał.
Nie znoszę zakupów w takich molochach : 50m do mięsa , 50m do ryb, znowu 50 do jogurtów. A ceny wcale nie powalające. Wolę już moją biedronkę i centrum. Nie nabiję tyle kilometrów z wózkiem, kupię to samo (i tak kupuję ciągle to samo, fanaberii żywieniowych brak, bo kasy brak. Były np kozie jogurty. Nawet nie popatrzyłam kto robi, bo kubeczek taki malutki, góra 150ml, kosztował prawie 3zł. Jak bardzo zechcę, to mogę zrobić sama. Tyle, że ostanie mleko, postawione na kwaśne zachowało się bardzo brzydko - zjełczał w nim tłuszcz i twaróg wyszedł śmierdzący fatalnie. Zjedzą psy. Smakuje im nawet. Poprzednie wyszło super, bo dałam na zaczynek szklankę serwatki kwasowej. Teraz nie miałam. A serwatka podpuszczkowa chyba tej roboty nie zrobi.)
Przyjechaliśmy do domu już prawie po ciemku, więc złapałam psy i poszłam wyprowadzić. Obskakały pana jeszcze na podwórku i poleciały. Po czym Księżniczka po paru krokach się rozmyśliła i chciała wracać, co jej wyperswadowałam.
Dziś dzionek zaczęłam o 6.00. Miałam zaczyniony chleb na rano i chyba świadomość tego chleba ciemnym rankiem mnie z łóżka wypędziła. Oczywiście czereda całą łaziła za mną krok w krok, bo głód wielki panował. Nakarmione zostało wszystko, chleb właśnie się upiekł.
A w międzyczasie odbyła się akcja napychania kotów tabletkami na robale. Mimo opanowanych już metod postępowania z kotowatymi jest to zawsze hardcore. Mała poszła do nogawki od "pekesia" Księżniczki. A i tak dała radę przerysować mi, niby obciętymi pazurami dwa palce w poprzek. Pan Kot protestował juz przy wsadzaniu w rękaw flanelowej koszuli. Warczał jak pies. Ale dziwnym sposobem, udało mu się tę tabletkę wetknąć bezpowrotnie. Nie ma to jednak jak psy. Tu karmienie wszelkimi pigułami odbywa się ekspresowo i bez strat własnych.
No, a wieczorem jeszcze była jazda. Dziecko okupowała łazienkę na tyle długo, że mała pinda wzięła i zlała się Starszemu na łóżko. Musiałam wymieniać całą pościel, łącznie z kołdrą. A ta olana jest owcza, do pralki mi nie wlezie, chyba muszę do pralni. Zastanawiam się tylko, czy pranie nie kosztuje tyle co nowa.
Wniosek: w drzwiach od łazienki trzeba zrobić okienko z klapą, żeby, w razie okupacji, kotowate miały dostęp i nie obsikiwały chałupy.
Płyta plexsi metr na półtora kosztuje ponad 60zł! Wytnę z tego najwyżej 2 szyby. To co zostanie nada się pewnie do żółtego worka. Musze w poniedziałek sprawdzić, czy w najbliższej mieścinie jeszcze działa szklarz. Nie ma to jak niestandardowe rozmiary otworów okiennych! I rzemiosło artystyczne ciesielsko -stolarskie, dzięki któremu skrzydło okienne pasuje tylko do jednego okna, bo w drugim zawiasy sa zakute już inaczej.
sobota, 30 listopada 2013
kto sieje wiatr...
Porobiło się nieciekawie. Pan Starszy już 2 i pół tygodnia okupuje siostrzyczkę.
Dziecko Pierwsze przyjechało, nakazał się u ciotuni odwiedzić i szantaż uskutecznił, że jak zostanie na noc, to z nią do domu wróci. A jak nie zostanie, to niech jutro nie przyjeżdża, bo on i tak nie pojedzie. Nie brał przy tym pod uwagę, w swojej wielkiej ojcowskiej miłości, że Dziecko jest w stanie pogotowia albo ostrego dyżuru. Wzięła sobie urlop z powodu dolegliwości żołądkowych. I jak zaczęli pierdoły polityczno ideologiczne rozwijać, to te dolegliwości się nasiliły, do tego stopnia,że jeszcze temperatury i dreszczy dostała oraz mdłości. Podejrzewam, że Dziecko P. ma po prostu nerwicę. Niestety, tak się to potrafi objawiać. Ja po pewnej wizycie u Ojca i pani Pe wylądowałam na SORze na całą noc z objawami pękniętego wrzodu.
Zadzwoniłam na dzień następny do Starszego, coby go zachęcić do powrotu na rodziny łono, bo zdaję sobie sprawę z dyskomfortu jaki stwarza ciotce. Wysłuchałam steku bzdur połączonych z epitetami i tematami z dupy wziętymi, typu sprzedawania pola i kupowania Dziecku P. większego mieszkania, coby się do niej razem z ciotka uwalić i ona ma się opiekować. Kazałam wybić sobie z głowy urządzanie dziecku w ten sposób życia. Zostało na tym, że zostaje i już.
Ciotka ma w widoczny sposób już mocno dość.
Zdałam skrótową relację dzieciom. Po czym Dziecko rzekło, że jemu ciotki wcale nie szkoda, bo pracowała na to długie lata (25) i teraz zbiera owoce swojej działalności. A Dziecko wie co mówi, bo na nim cioteczka tez ćwiczyła.
No, a ja głupia całe życie. Miękkie serce wymaga twardej dupy, której niestety nie mam. Nieciekawie się porobiło i mogłabym w zasadzie to olać. Bo w domu jest spokój. Dziecko miłe i chętne do prac różnych i pomocy każdej. Nie dziwię się, bo tak na codzień przebywało w atmosferze bycia skreślonym przez tatusia.
Dziecko P. powinno jak najprędzej zmienić pracę. Oferta z konsorcjum się jakoś rozmyła, rozmowa została przesunięta na przyszły tydzień. Jest to trochę Dziecku P. na rękę, bo nie musi w tym miesiącu wypowiedzenia składać. Planuje wysłanie kilku CV i podjęcie nowej pracy od lutego. Nie wiadomo czy z tej ofert z Golden Line coś wyjdzie, ale zobaczymy.
Powoli zaczyna się też odcinać od toksycznych znajomości. Ostro jej dziurę w brzuchu wiercę. Ma taką jedną koleżankę ze studiów, która wyniosłą się do W. i od czasu do czasu wpada do K. Koniecznie zatrzymuje się wtedy u Dziecka P. nie stosując żadnych norm obowiązujących gościa. Ostatnio przyjechała z chłopakiem, wspólnie opróżnili lodówkę, w łazience urządzili sobie kąpiel z riki-tiki zalewając sąsiadkę z dołu. Pożyczoną dresówkę oddała bez 2 dych przebywających w kieszeni, nie zwróciła pożyczonych pieniędzy, a po jej wyjeździe dziwnie stracił się długopis Parkera, który był prezentem od dziewczyn z pracy. W tym tygodniu Dziecko P. dowiedziało się od innej koleżanki, że ta jest zaproszona do mieszkania Dziecka P. przez ową M. na urodziny kolegi, o których to urodzinach kolega ów nic nie wiedział. Ja bym się wqrwiła na maxsa i zrobiła dzieweczce przejaśnienie.
Poza tym nosiło mnie przez parę dni po gumnie i nie tylko. Ociepliliśmy z Dzieckiem strop nad kozami naukładwszy tam słomy. Kostki około 50 Dziecko powrzucało, ja ułożyłam. Czasem te 2m wzrostu się przydają. Kolejne 10 wnieśliśmy do środka, układając z nich "ścianę: na żłobie. Zatkałam też wnęki pod żłobem, bo zauważyłam, że kozy, które wcześniej chętnie w tych wnękach polegiwały, teraz przeniosły się na drugą stronę. Znaczy-ciągnęło.
W stodole zrobił się luz, więc uprzątnęłam to co po tych kostkach zostało, coby trochę dyskomfortu futrzakom tam się zalęgłym wprowadzić. Porozkładałam tez tu i ówdzie pyszne jedzonko dla nich.
Nawiozłam drewna do piwnicy, wyczyściłam wszystkie wyczystki w piecu i poprzeganiałam pajęczyny od piwnic po strych. Coś mi chyba latanie z łapkami do góry zaszkodziło, bo plecy mnie bolą w dziwnym miejscu okropnie. Wzięłam się tez za odświeżenie drzwi. Takim małym gąbkowym wałeczkiem robi się to błyskawicznie. Drzwi do mojego pokoju wymagały podszpachlowania, po czym okazało się, że tej farby mi pewnie na nie nie starczy, więc obleciałam futryny w przedpokoiku. Po czym okazało się, że pewnie jednak byłoby starczyło. Maluję to dekoralowym akrylem, krem zmieszany z biały. No i to co uważałam za pół puszki białego okazało się gotową mieszanka właśnie. Wczoraj dokupiłam białej, ale prace zawieszone do poniedzieli, bo jak jest Dziecko z wizyta to nie będę po drzwiach latać.
Kuchenna ławka wymaga koniecznego odświeżenia. Nawet przybyłe Dziecko stwierdziło,że nieprzyjemna jest do siadania, bo sprawia wrażenie brudu. Sęk w tym, że należałoby ją przeszlifować, a ławka żadnym otworem z kuchni nie wyjdzie. Trudno mi się zdecydować na zrobienie sajgonu w kuchni, ale jak się nie da rozkręcić, to pewnie trzeba będzie. Uszycie na nią jakiś poduch mija się z celem chyba raczej, bo przy domowych zwierzakach leżałyby ciągle w dolnej szufladzie. Ale rozważę. Tylko musiałyby być "pierne" i to często. Tam już były takie sklepowe gąbkowe, ale straciły rację bytu.
Chodzą za mną pierogi.
Dziecko Pierwsze przyjechało, nakazał się u ciotuni odwiedzić i szantaż uskutecznił, że jak zostanie na noc, to z nią do domu wróci. A jak nie zostanie, to niech jutro nie przyjeżdża, bo on i tak nie pojedzie. Nie brał przy tym pod uwagę, w swojej wielkiej ojcowskiej miłości, że Dziecko jest w stanie pogotowia albo ostrego dyżuru. Wzięła sobie urlop z powodu dolegliwości żołądkowych. I jak zaczęli pierdoły polityczno ideologiczne rozwijać, to te dolegliwości się nasiliły, do tego stopnia,że jeszcze temperatury i dreszczy dostała oraz mdłości. Podejrzewam, że Dziecko P. ma po prostu nerwicę. Niestety, tak się to potrafi objawiać. Ja po pewnej wizycie u Ojca i pani Pe wylądowałam na SORze na całą noc z objawami pękniętego wrzodu.
Zadzwoniłam na dzień następny do Starszego, coby go zachęcić do powrotu na rodziny łono, bo zdaję sobie sprawę z dyskomfortu jaki stwarza ciotce. Wysłuchałam steku bzdur połączonych z epitetami i tematami z dupy wziętymi, typu sprzedawania pola i kupowania Dziecku P. większego mieszkania, coby się do niej razem z ciotka uwalić i ona ma się opiekować. Kazałam wybić sobie z głowy urządzanie dziecku w ten sposób życia. Zostało na tym, że zostaje i już.
Ciotka ma w widoczny sposób już mocno dość.
Zdałam skrótową relację dzieciom. Po czym Dziecko rzekło, że jemu ciotki wcale nie szkoda, bo pracowała na to długie lata (25) i teraz zbiera owoce swojej działalności. A Dziecko wie co mówi, bo na nim cioteczka tez ćwiczyła.
No, a ja głupia całe życie. Miękkie serce wymaga twardej dupy, której niestety nie mam. Nieciekawie się porobiło i mogłabym w zasadzie to olać. Bo w domu jest spokój. Dziecko miłe i chętne do prac różnych i pomocy każdej. Nie dziwię się, bo tak na codzień przebywało w atmosferze bycia skreślonym przez tatusia.
Dziecko P. powinno jak najprędzej zmienić pracę. Oferta z konsorcjum się jakoś rozmyła, rozmowa została przesunięta na przyszły tydzień. Jest to trochę Dziecku P. na rękę, bo nie musi w tym miesiącu wypowiedzenia składać. Planuje wysłanie kilku CV i podjęcie nowej pracy od lutego. Nie wiadomo czy z tej ofert z Golden Line coś wyjdzie, ale zobaczymy.
Powoli zaczyna się też odcinać od toksycznych znajomości. Ostro jej dziurę w brzuchu wiercę. Ma taką jedną koleżankę ze studiów, która wyniosłą się do W. i od czasu do czasu wpada do K. Koniecznie zatrzymuje się wtedy u Dziecka P. nie stosując żadnych norm obowiązujących gościa. Ostatnio przyjechała z chłopakiem, wspólnie opróżnili lodówkę, w łazience urządzili sobie kąpiel z riki-tiki zalewając sąsiadkę z dołu. Pożyczoną dresówkę oddała bez 2 dych przebywających w kieszeni, nie zwróciła pożyczonych pieniędzy, a po jej wyjeździe dziwnie stracił się długopis Parkera, który był prezentem od dziewczyn z pracy. W tym tygodniu Dziecko P. dowiedziało się od innej koleżanki, że ta jest zaproszona do mieszkania Dziecka P. przez ową M. na urodziny kolegi, o których to urodzinach kolega ów nic nie wiedział. Ja bym się wqrwiła na maxsa i zrobiła dzieweczce przejaśnienie.
Poza tym nosiło mnie przez parę dni po gumnie i nie tylko. Ociepliliśmy z Dzieckiem strop nad kozami naukładwszy tam słomy. Kostki około 50 Dziecko powrzucało, ja ułożyłam. Czasem te 2m wzrostu się przydają. Kolejne 10 wnieśliśmy do środka, układając z nich "ścianę: na żłobie. Zatkałam też wnęki pod żłobem, bo zauważyłam, że kozy, które wcześniej chętnie w tych wnękach polegiwały, teraz przeniosły się na drugą stronę. Znaczy-ciągnęło.
W stodole zrobił się luz, więc uprzątnęłam to co po tych kostkach zostało, coby trochę dyskomfortu futrzakom tam się zalęgłym wprowadzić. Porozkładałam tez tu i ówdzie pyszne jedzonko dla nich.
Nawiozłam drewna do piwnicy, wyczyściłam wszystkie wyczystki w piecu i poprzeganiałam pajęczyny od piwnic po strych. Coś mi chyba latanie z łapkami do góry zaszkodziło, bo plecy mnie bolą w dziwnym miejscu okropnie. Wzięłam się tez za odświeżenie drzwi. Takim małym gąbkowym wałeczkiem robi się to błyskawicznie. Drzwi do mojego pokoju wymagały podszpachlowania, po czym okazało się, że tej farby mi pewnie na nie nie starczy, więc obleciałam futryny w przedpokoiku. Po czym okazało się, że pewnie jednak byłoby starczyło. Maluję to dekoralowym akrylem, krem zmieszany z biały. No i to co uważałam za pół puszki białego okazało się gotową mieszanka właśnie. Wczoraj dokupiłam białej, ale prace zawieszone do poniedzieli, bo jak jest Dziecko z wizyta to nie będę po drzwiach latać.
Kuchenna ławka wymaga koniecznego odświeżenia. Nawet przybyłe Dziecko stwierdziło,że nieprzyjemna jest do siadania, bo sprawia wrażenie brudu. Sęk w tym, że należałoby ją przeszlifować, a ławka żadnym otworem z kuchni nie wyjdzie. Trudno mi się zdecydować na zrobienie sajgonu w kuchni, ale jak się nie da rozkręcić, to pewnie trzeba będzie. Uszycie na nią jakiś poduch mija się z celem chyba raczej, bo przy domowych zwierzakach leżałyby ciągle w dolnej szufladzie. Ale rozważę. Tylko musiałyby być "pierne" i to często. Tam już były takie sklepowe gąbkowe, ale straciły rację bytu.
Chodzą za mną pierogi.
poniedziałek, 25 listopada 2013
kotlecik, wujaszku....
Dostałam wyróżnienie od Agaty. (Zresztą wcześniej od Iwony, trochę czasu nie było od tamtąd na pisanie)
I tak mi głupio jakoś. Trochę nie o popularność w sieci mi chodziło, jak zaczynałam tego bloga. Tak raczej chodziło o to, żeby napisać, co leży na żołądku, bo pogadać, niestety, nie ma z kim. (Moje 35 lat pracy, w jednym miejscu, skończyło się tym, że na pożegnanie były szlochy itd, ale od tego półtora już roku, nawet nikt do mnie nie zadzwonił. Przykro trochę, bo przez te lata na prawdę wiele różnym osobom pomagałam, z życzliwości i serca. Poza tym, gdy ja tam jeszcze byłam, to na zawodowe święto, czy po szkolnym "opłatku" dzwoniło się ze świątecznymi życzeniami do koleżanek, które już zakończyły pracę. Czuję się tak, jak Murzyn, co zrobił swoje i może odejść...) Ze względów zawodowych nie zacieśniałam żadnych kontaktów w środowisku. Żeby nie było, że pani przychodzi do nas na kawę, to mi więcej wolno. Zresztą, różne były układy. Przez pewien czas byłam osobą samotną (jak mąż nr 1 był w wojsku, a potem, jak wybrał wolność) a samotne kobiety nie są mile widziane w towarzystwie małżeństw. A potem były dzieci, mnóstwo pracy, nikogo do pomocy w tej pracy i przy dzieciach, więc życie towarzyskie nie miało racji bytu.
I tak, jak się zorientowałam, że jednak są tacy, co tu zaglądają, to stwierdziłam, coby smutków nie wylewać. Bo tych smutków dość jest wokół, mnóstwo jest ich w sieci. Zresztą, zawsze smutki jakoś tam chowałam dla siebie i wszyscy znali mnie od tej "słonecznej strony".Roztrząsanie smutków nic nie daje, jeszcze te smutki pogłębia i powoduje, że człowiek staje się zgorzkniały, zaczyna nienawidzieć siebie i wszystkich wokół. A po co? Zawsze uważałam, że trzeba być otwartym na drugiego człowieka. Nie jestem przesadnie religijna, ale Bóg stworzył nas z tej samej gliny. Każdy ma swoja wartość, nawet pijaczek spod kiosku, czy żebrak spod biedronki. Nie zawsze i nie do końca jesteśmy winni sami temu, jak nasz los się potoczy. Chociaż, dokonujemy wyborów i często te wybory skutkują na całe życie. Tak jak ja wybrałam tę wieś, żeby mąż nr 1 miał bliżej do matki. Skąd mogłam wtedy przewidzieć, że po paru latach mu się odwidzi i bliska odległość od matki nie będzie już tak istotna. A ja dostałam propozycję na stanowisko dyrektora. Spodobało mi się to (miałam 34 lata wtedy) i przyjęłam. No i wsiąkło się całkiem w tę wieś...
Pogoda dziś jest fatalna. Kiśnie tak jakoś w powietrzu. Niby nie pada, niby pada. Przez moment pojawiło się parę śniegowych płatków, maleńkich takich. Wietrzysko wieje okrutne. I gdzieś coś mi się tłucze. Nasłuchuję gdzie i co, ale nie mogę zlokalizować źródła stuków.
Dziecko wywiozło dziś resztkę pszenicy, 1,4 tony. Oznacza to, że w ubiegłym tygodniu przez moje ręce przeszło 8,5 tony. A ta resztka dwa razy, ponieważ trzeba było na strychu podrzucać do brzegu. Do tego doszło dźwiganie młynka i rury. Oraz sprzątanie w stodole po młynkowaniu aktualnym i poprzednim. Ale jest wysprzątane, jak nigdy - i w stodole i na strychu. Przerzuciłam tez siano, bo miejsca przybyło, a jakieś takie dość wilgotne mi się wydawało. Lepiej niech leży luźniej. Musi mi Dziecko jeszcze na tym strychu jakieś światło zrobić, żeby nie było jęku, jak zapomnę za dnia siana w siatki kozuchom napakować.
No, ja tu gadu gadu, a wilcy owce zjedli... W piecu się wzięło i wypaliło i musiałam z tej skry co została rozpalać na nowo. Dmuchawę włączyłam, czego nie lubię bardzo, bo jest ona idiotycznie zainstalowana i z popielnika wydmuchuje popiół. Debilizm. Ale się rozpaliło. Napakowałam z czubkiem, drobnego i grubego drewna i na chwile będzie spokój z piecem. Ostatecznie, nie przeszkadza mi ten obowiązek ogrzewania chaty. Nawet wolę sama to robić. Przynajmniej mam porządek w kotłowni i na schodach do piwnicy. A co za tym idzie -i w mieszkaniu, bo przecież się naniesie. Dodam, że po drodze są trzy wycieraczki. Ale wycieraczka nie każdego obliguje do szurnięcia (Tak jak mnie - jak widzę wycieraczkę, to szuram nawet na wyjściu. Co kindersztuba, to kindersztuba...)
Ponieważ o pół do czwartej jest jeszcze jasno (o dziwo) więc poszłam z psami, trzeci raz dzisiaj. Oczywiście Księżniczka protestowała i nie zrobiła nic, bez wieczornego spaceru po trotuarze się nie obejdzie. Wietrzysko jest przeraźliwe, zimne. Wieje centralnie z zachodu, tak, że w drodze powrotnej kaptur trzeba by gwoździem przybić chyba.
Dziś znowu będą dwa prania zapewne. Raz, że Dziecko wzięło na traktor wyjściową kurtkę, a na traktorze nie ma opcji, żeby nie ubrudzić. (Szkoda tylko, że gaci nie wzięło, bo wróciło skostniałe. Ale w tym wieku gacie nie uchodzą. Zresztą ma awersję, bo mu sierść na odnóżach łapią..)
Dwa, że ja to już tak mam, że najbrudniejszą robotę wynajduję wtedy, gdy się na czysto od stóp do głów ubiorę. Dziś wzięłam się za śrutowanie zboża dla kur i sprzątanie w kurniku. Miało te pięć kur iść pod topór, ale postanowiłam dać im jeszcze szansę. Trochę dlatego, że nie znoszę skubania kur z piór, nie cierpię wręcz. Robię to z pawiem w gardle. Niestety. Brzydzę się kur i już. I nie mam na to wpływu.Usiłowałam przy przesadzaniu kwiatków zasilić je kurzym gówienkiem. Zdołałam jedynie wziąć na łopatkę i na tym się skończyło. (To tak, jak z przełamaniem lęku wysokości - mimo psychicznej mobilizacji nie weszłam wyżej niż poprzeczna belka na strychu, mimo usilnej chęci i woli.) Nie działa na mnie zawartość kozich boksów ani kociej kuwety, mogę bez cofki posprzątać, jak któreś zwierzę zwymiotuje. A kury tak na mnie działają i już. Dlatego nie dziwię się , że Dziecko się brzydzi też. Drugi powód jest ten, że w okolicy jajka nie nabędę, bo brak. A czasem bym zjadła. Ugotowane np na półtwardo. A tego z fermy nie zjem w wyizolowanej postaci. W placek mogę wrzucić, owszem. A jajecznicy Dziecku nie zrobię z tego i już.
No, dobra, to pomarudziłam nie na temat, A chciałabym się ustosunkować. Do wyróżnienia mianowicie.
Czuję się trochę w kropce. Bo trochę nie bardzo mi zależy na wielkiej popularności, to jedno. A drugie - skąd ja mam wziąć aż 11 blogów do nominacji, skoro ja w większości czytam te same blogi co moi Goście, co Agata np. I większość czytanych przeze mnie blogów, które bym mogła nominować, Agata już nominowała. I co ja mam , Agato, z tym zrobić?
I tak mi głupio jakoś. Trochę nie o popularność w sieci mi chodziło, jak zaczynałam tego bloga. Tak raczej chodziło o to, żeby napisać, co leży na żołądku, bo pogadać, niestety, nie ma z kim. (Moje 35 lat pracy, w jednym miejscu, skończyło się tym, że na pożegnanie były szlochy itd, ale od tego półtora już roku, nawet nikt do mnie nie zadzwonił. Przykro trochę, bo przez te lata na prawdę wiele różnym osobom pomagałam, z życzliwości i serca. Poza tym, gdy ja tam jeszcze byłam, to na zawodowe święto, czy po szkolnym "opłatku" dzwoniło się ze świątecznymi życzeniami do koleżanek, które już zakończyły pracę. Czuję się tak, jak Murzyn, co zrobił swoje i może odejść...) Ze względów zawodowych nie zacieśniałam żadnych kontaktów w środowisku. Żeby nie było, że pani przychodzi do nas na kawę, to mi więcej wolno. Zresztą, różne były układy. Przez pewien czas byłam osobą samotną (jak mąż nr 1 był w wojsku, a potem, jak wybrał wolność) a samotne kobiety nie są mile widziane w towarzystwie małżeństw. A potem były dzieci, mnóstwo pracy, nikogo do pomocy w tej pracy i przy dzieciach, więc życie towarzyskie nie miało racji bytu.
I tak, jak się zorientowałam, że jednak są tacy, co tu zaglądają, to stwierdziłam, coby smutków nie wylewać. Bo tych smutków dość jest wokół, mnóstwo jest ich w sieci. Zresztą, zawsze smutki jakoś tam chowałam dla siebie i wszyscy znali mnie od tej "słonecznej strony".Roztrząsanie smutków nic nie daje, jeszcze te smutki pogłębia i powoduje, że człowiek staje się zgorzkniały, zaczyna nienawidzieć siebie i wszystkich wokół. A po co? Zawsze uważałam, że trzeba być otwartym na drugiego człowieka. Nie jestem przesadnie religijna, ale Bóg stworzył nas z tej samej gliny. Każdy ma swoja wartość, nawet pijaczek spod kiosku, czy żebrak spod biedronki. Nie zawsze i nie do końca jesteśmy winni sami temu, jak nasz los się potoczy. Chociaż, dokonujemy wyborów i często te wybory skutkują na całe życie. Tak jak ja wybrałam tę wieś, żeby mąż nr 1 miał bliżej do matki. Skąd mogłam wtedy przewidzieć, że po paru latach mu się odwidzi i bliska odległość od matki nie będzie już tak istotna. A ja dostałam propozycję na stanowisko dyrektora. Spodobało mi się to (miałam 34 lata wtedy) i przyjęłam. No i wsiąkło się całkiem w tę wieś...
Pogoda dziś jest fatalna. Kiśnie tak jakoś w powietrzu. Niby nie pada, niby pada. Przez moment pojawiło się parę śniegowych płatków, maleńkich takich. Wietrzysko wieje okrutne. I gdzieś coś mi się tłucze. Nasłuchuję gdzie i co, ale nie mogę zlokalizować źródła stuków.
Dziecko wywiozło dziś resztkę pszenicy, 1,4 tony. Oznacza to, że w ubiegłym tygodniu przez moje ręce przeszło 8,5 tony. A ta resztka dwa razy, ponieważ trzeba było na strychu podrzucać do brzegu. Do tego doszło dźwiganie młynka i rury. Oraz sprzątanie w stodole po młynkowaniu aktualnym i poprzednim. Ale jest wysprzątane, jak nigdy - i w stodole i na strychu. Przerzuciłam tez siano, bo miejsca przybyło, a jakieś takie dość wilgotne mi się wydawało. Lepiej niech leży luźniej. Musi mi Dziecko jeszcze na tym strychu jakieś światło zrobić, żeby nie było jęku, jak zapomnę za dnia siana w siatki kozuchom napakować.
No, ja tu gadu gadu, a wilcy owce zjedli... W piecu się wzięło i wypaliło i musiałam z tej skry co została rozpalać na nowo. Dmuchawę włączyłam, czego nie lubię bardzo, bo jest ona idiotycznie zainstalowana i z popielnika wydmuchuje popiół. Debilizm. Ale się rozpaliło. Napakowałam z czubkiem, drobnego i grubego drewna i na chwile będzie spokój z piecem. Ostatecznie, nie przeszkadza mi ten obowiązek ogrzewania chaty. Nawet wolę sama to robić. Przynajmniej mam porządek w kotłowni i na schodach do piwnicy. A co za tym idzie -i w mieszkaniu, bo przecież się naniesie. Dodam, że po drodze są trzy wycieraczki. Ale wycieraczka nie każdego obliguje do szurnięcia (Tak jak mnie - jak widzę wycieraczkę, to szuram nawet na wyjściu. Co kindersztuba, to kindersztuba...)
Ponieważ o pół do czwartej jest jeszcze jasno (o dziwo) więc poszłam z psami, trzeci raz dzisiaj. Oczywiście Księżniczka protestowała i nie zrobiła nic, bez wieczornego spaceru po trotuarze się nie obejdzie. Wietrzysko jest przeraźliwe, zimne. Wieje centralnie z zachodu, tak, że w drodze powrotnej kaptur trzeba by gwoździem przybić chyba.
Dziś znowu będą dwa prania zapewne. Raz, że Dziecko wzięło na traktor wyjściową kurtkę, a na traktorze nie ma opcji, żeby nie ubrudzić. (Szkoda tylko, że gaci nie wzięło, bo wróciło skostniałe. Ale w tym wieku gacie nie uchodzą. Zresztą ma awersję, bo mu sierść na odnóżach łapią..)
Dwa, że ja to już tak mam, że najbrudniejszą robotę wynajduję wtedy, gdy się na czysto od stóp do głów ubiorę. Dziś wzięłam się za śrutowanie zboża dla kur i sprzątanie w kurniku. Miało te pięć kur iść pod topór, ale postanowiłam dać im jeszcze szansę. Trochę dlatego, że nie znoszę skubania kur z piór, nie cierpię wręcz. Robię to z pawiem w gardle. Niestety. Brzydzę się kur i już. I nie mam na to wpływu.Usiłowałam przy przesadzaniu kwiatków zasilić je kurzym gówienkiem. Zdołałam jedynie wziąć na łopatkę i na tym się skończyło. (To tak, jak z przełamaniem lęku wysokości - mimo psychicznej mobilizacji nie weszłam wyżej niż poprzeczna belka na strychu, mimo usilnej chęci i woli.) Nie działa na mnie zawartość kozich boksów ani kociej kuwety, mogę bez cofki posprzątać, jak któreś zwierzę zwymiotuje. A kury tak na mnie działają i już. Dlatego nie dziwię się , że Dziecko się brzydzi też. Drugi powód jest ten, że w okolicy jajka nie nabędę, bo brak. A czasem bym zjadła. Ugotowane np na półtwardo. A tego z fermy nie zjem w wyizolowanej postaci. W placek mogę wrzucić, owszem. A jajecznicy Dziecku nie zrobię z tego i już.
No, dobra, to pomarudziłam nie na temat, A chciałabym się ustosunkować. Do wyróżnienia mianowicie.
Czuję się trochę w kropce. Bo trochę nie bardzo mi zależy na wielkiej popularności, to jedno. A drugie - skąd ja mam wziąć aż 11 blogów do nominacji, skoro ja w większości czytam te same blogi co moi Goście, co Agata np. I większość czytanych przeze mnie blogów, które bym mogła nominować, Agata już nominowała. I co ja mam , Agato, z tym zrobić?
Subskrybuj:
Posty (Atom)