wtorek, 31 grudnia 2013

koniec...

roku, oczywiście. Wszyscy robią jakieś podsumowania i oceniania. No, to może i ja. Cieszę się, że ten dziwny rok się kończy. Ale nie jestem pewna, czy sama zmiana daty może coś zmienić. Może ewentualnie zdopingować do poszukiwania zmian. I może zdopinguje Dziecko do szukania możliwości rozwinięcia własnego biznesu. Ale bez uzyskania jakiś dotacji nic z tego nie będzie, bo własnych środków niet. Ciotka szykuje się na wiosnę sprzedawać działki, ale szkoda liczyć na ciotkę. Kredyt na dzień dobry, to nie jest dobry pomysł, bo zyski są niewiadome, a raty pewne. Oraz opłaty, np ZUS.
Ogólnie rzecz biorąc, ten rok był beznadziejny.
Pogoda robiła sobie z nas jaja - najpierw zima do Wielkanocy, potem lało i wszystko gniło, w lecie upały i susze, jesień nawet w miarę, a teraz ta idiotyczna zima, jak w tropikach. Grudzień z temperaturą po kilkanaście stopni na plusie. Pieprzy się całej przyrodzie w związku z tym.
Na skutek tej pogody (a może też chemtrails) w polu i ogrodzie trzeba było włożyć mnóstwo pracy i niestety bez efektów. Chorowało na choroby grzybowe wszystko co rosło, a co nigdy wcześniej nie chorowało. Wobec tego cebuli zebrałam niewiele więcej niż posadziłam, drugie buraczki i marchew nie urosły (a bardzo liczyłam na własne choć trochę dla kóz). Rzepak wydał plon niższy, z powodu suszy i upałów w niewłaściwym momencie wegetacji. Pszenica, mimo oprysków, była zagrzybiona. I chociaż miała poza tym świetne parametry, nie można było sprzedać jej jako konsumpcyjną, więc poszła dużo taniej.

Ten rok był rokiem porządków w obejściu. Udało nam się z Dzieckiem ruszyć, czasem nawet wieloletnie, zaległości i zaprowadzić ład tu i ówdzie. Z czego cieszę się bardzo. Mam takie jakieś podejście do tematu, że gromadzące się rupiecie przytłaczają nas i ograniczają. Staram się wyrzucać wszelkie zepsutki, co , skutecznie nieraz, utrudnia Starszy, będący zbieraczem różnych przydasiów.

Ale był to rok ciężkiej pracy. Przynajmniej dla mnie. Niestety, nie można nająć nikogo do pomocy, więc we wszystkich tych pracach musiałam uczestniczyć, mniej więcej na równi z Dzieckiem. No i się odbiło. Na moim kręgosłupie. Za bardzo wierzyłam w swoją sprawność i możliwości fizyczne. Trzeba przystopować. Tyle, że nie bardzo widzę, jak. Bo grządki trzeba będzie założyć, trawę dla kóz ukosić i przywieźć, wyobracać i zwieźć jakieś siano, pszenicę rozładować z przyczepy, przytaszczyć w wiadrach te różne plony z grządek i sadu.
Ale może uda mi się przyuczyć Stefana do ciągnięcia wózka. Tylko muszę najpierw zrobić mu inna uzdę. Ta sznurkowa się nie sprawdza, bo gdy Stefan stawia opór - zaciska się, co powoduje u niego dyskomfort i tym większy opór. I ta uzda, to będzie pierwsze zadanie do wykonania. A potem wózek. Jeżeli Stefan będzie chciał współpracować oczywiście. No i uprząż. Ale obczaiłam już, jak to wygląda i jestem w stanie sama ją uczynić.

No i to byłoby na tyle w kwestii podsumowań i planowania.

Wczorajszy dzień minął głównie na zajmowaniu się kozami. Najpierw poszłam z Andzią do tego obsranego capa. Niestety, tym razem było za późno. Potem, jak zwykle po takiej wizycie, była dezynsekcja.
Ponieważ pogoda byłą piękna zabrałam się za pedicure u wszystkich po kolei. Idzie mi to coraz lepiej. Każda pojedynczo, w nagrodę za dobre sprawowanie, mogła sobie poszaleć na podwórku. Jedynie Andzia nie skorzystała z tej możliwości i natychmiast po uwolnieniu poszła jak strzała do swojego boksu. Nic już nie rozumiem z tego ich zachowania - na capa nie miała ochoty, ale ryj darła jeszcze do wieczora. Już leżała, wcinała słomę na leżąco i darła się z pełnym pyskiem. Ponieważ na wieczornych zakupach nabyłam taki grzebień poprzeczny, w formie dwurzędowych grabek, wyczesałam wszystkie na dobranoc. Oczywiście Wanda najbardziej przy tym dziwaczyła, ale było lepiej, niż w przypadku poprzednich szczotek.

Popołudnie zeszło na przerabianiu Dziecka rdzawej strzały na pojazd ufoludków. Wymyśliło sobie pomalować toto olejną farba, przy pomocy wałka, na trawiastą zieleń. Matka była niezbędna do pomocy. W rezultacie, to matka głównie wałkiem operowała, a Dziecko oklejało, co czyniło nader sprawnie i starannie. Nie obyło się bez wstępnych wrzasków, spowodowanych nieznajomością lokalizacji niezbędnych sprzętów, oblaniem rolki taśmy wodą z kociej miseczki. Ale to nie przeszkodziło dalszej owocnej współpracy.
Potem Dziecko z własnej woli rozpaliło w piecu, bo Starszy, który nic nie robił cały dzień, nie odczuwał potrzeby. Oraz pozmywało naczynia wieczorem, jak już woda się zagrzała.

Starszy całe popołudnie spędził na bieganiu od okna do okna i śledzeniu "gdzie jest ksiądz", czym wqrwiał młodzież. Ponieważ ksiądz "chodzi tradycyjnie" więc pewne jest, że "tradycyjnie" przyjdzie do nas trzeciego dnia kolędy, "tradycyjnie" około godziny 11.00. Więc nie ma co się wydurniać i siać paniki. W dodatku, każda uwaga na ten temat powoduje durne komentarze Starszego, w stylu, że on jest z pokolenia, które księdza po rękach całowało. "No to będziesz miał jutro okazję całować", rzekłam.
W związku z powyższym muszę zwlec odwłok i uprasować obrus.
Ponieważ dziś będzie szaleństwo się odbywało w sklepach, jak przed końcem świata, zwłaszcza w okolicach południa, muszę zaliczyć wyjazd do miasta jeszcze przed obrządkiem. A koniecznie muszę, bo coś mi na mózg padło i nie zamówiłam buraków i marchwi dla kóz. Po "wizycie duszpasterskiej" to już będzie bez sensu, bo sklepy dziś czynne krócej.
Swoją drogą, mógłby mieć nieco więcej wyobraźni.


poniedziałek, 30 grudnia 2013

niedziela w zoo

To nie ja byłam w zoo, zoo jest u mnie. Niby tylko koty trzy, kozy - 3, psy - 2 i pięć kur z kogutem napływowym. Ale - Panu Kotu czasem się wydaje, że jest tygrysem i jak tygrys się zachowuje. Panna Kota czasem wygląda jak lemur, a czasem skrada się jak puma. Kozioł Stefan biega za kozice górską, albo misia pandę. Tylko psy, jak psy. Nie udają nikogo.

Obórkowa kota zagościła na salonach, a właściwie tylko w kuchni i w kuchennej kociej stołówce, czyli na oknie. Czarna dostała ją pod nos, powąchała i poszła. Natomiast Księżniczka nie raczyła zaszczycić nas swoją obecnością. A ponieważ Księżniczka jest nieprzewidywalna, wolałam, żeby Tośka poza stołówkę się nie oddalała.
Tosia w stołówce

Na horyzoncie pojawiła się reszta kotów. Trzeba je ostrzec, by się nie zbliżały.

A jednak się zbliżyły i dorwały do misek.

Więc Tosia rozdaje ciosy. Na lewo...

..i na prawo.
A Tosia jest chyba leworęczna, bo jak widać, leje towarzycho lewą łapką.
Na innych zdjęciach też cały czas lewą.

Z tych emocji, moje koty zeżarły wieczorem całą, czterdziestodekową, puszkę karmy. I to głównie przepastna Panna Kota, czego po niej specjalnie nie widać. Tośka właściwie tylko popróbowała. Ona je wyłącznie suchą karmę i nawet nie bardzo wiedziała, jak się do tego zabrać. 
Po czym Tośka została odniesiona do Stefana (koziołek, który ma własnego kota). I tam zostało uwiecznione życie rodzinne moich przeżuwaczy.

Stefan z mamą Andżeliną.
Wbrew pozorom, nie są to karesy synusia z mamą. Andzia ma jeszcze ruję, a Stefan, chociaż jest kastratem, doskonale o tym wie. No i pewnie się trochę zaleca. Na szczęście, bez efektów zapachowych.

To tam, czerwone, to jest budka Tośki, zrobiona ze styropianu, obciągnięta starą lniana zasłoną
i wyłożona wewnątrz kawałkiem kożuszka. Tośka natychmiast zadomowiła się w budce. Siedzi w niej chętnie i zaczepia Stefana, gdy przychodzi na sianko do siatki. A na wierzchu lodówki Tośka ma własna stołówkę. W tej chwili nie widać, bo gdy zostawiam otwarte drzwi do obórki, to sprzątam kocie jedzenie, ponieważ jest notorycznie wyjadane przez kota sąsiadów. Dla mnie cztery koty na garnuszku, to lekka przesada.

A tu Wanda(l) z mamą Andzią. Andzia ma właśnie w pysku wiecheć siana i Wandę to siano chyba zainteresowało. Zawsze lepsze cudze, chociaż ma własną siatkę z sianem. I w sekrecie powiem, że to Wandzia ma lepsze siano w siatce, w nagrodę za to, że daje więcej mleka.

I na pożegnanie Stefek, Stefański, Don Stefano, albo ostatecznie Stefanozaurus.
Jest przesłodką, myziastą przytulanką. Chociaż czasem mu odbija i jak robię coś w jego boksie, co nie bardzo mu się podoba, a jestem odwrócona tyłem - próbuje mnie buckać. Czasem zamierza się z przodu, ale wtedy wyciągnięty palec i "nie wolno" sprawę załatwiają. W jego żywotnym interesie jest, by zaniechał tych praktyk, bo gdyby stał się terrorystą, to niestety musiałby wylądować w garnku. Kozła może ktoś by jeszcze kupił, ale nie ma w okolicy więcej takich durniów, którzy trzymaliby "darmozjada" dla myziania i obserwowania jego matrixsów.

I na koniec total view na królestwo moich przeżuwaczy. Biały Brat, przybywszy w święto, ledwie nogi z auta wyjął, popędził do kóz. A francuski Pietrek, za nim, nie bardzo wiedząc, gdzie i po co.
Po czym stwierdził (Brat), że mają jak w Wersalu (Może nawet lepiej, bo w Wersalu srali po korytarzach, a u mnie, jak widać, korytarz czysty). Co prawda ten wersal to pełny upcykling, nowe są tylko te okrąglaki i półwałki oraz zamknięcie drzwiczek między "męską" a "damską" częścią. 
Poza tym wykorzystane zostały: belki z prastarego spichlerza, futryna z drzwi w całości i druga na materiał, dwa skrzydła okienne na bramki, jedna paleta, na bramkę, rama ze starego tapczanu na bramkę Stefana. Plastykowe bańki 10-cio litrowe na karmidła. Jedynie podstawki na lizawki zakupiłam (ale ostatnio z nich zrezygnowałam i sól wisi na sznurku, bo zbyt wiele brudu gromadziło się, nawilgnięte, wokół kostki) I kupne sa oczywiście szczoty do automasażu.





sobota, 28 grudnia 2013

Codziennosc...

Już od jakiegoś czasu budzę się ciemnym nadranem i obserwuję, jak budzi się dzień. Dla kotów to tez jest pora pobudki, bo o tej właśnie porze zaczynają swoje szaleństwa. Jeżeli od razu nie wstanę, to Panna Kota włazi na mnie, centralnie pod nos i zaczyna mi udeptywać klatę z pomrukiem i łasić się pyszczkiem, podgryzając brodę.
A dzień już wstał. Pani poszła. Teraz zwierzęta panują nad łóżkiem. Skołtuniły kołdrę i leżą. Czarna ziewa, a Księżniczka na ziarnku grochu, alienuje się od hołoty.
Panu Kotu coś się nie spodobało i usiłuje zgryźć Czarną. Pewnie mu się uroiło w kocim móżdżku, że jest tygrysem. Czarna jest ponad takie urojenia. Gdyby trafił na Księżniczkę, wyleczyłby się z nich prędko.

A ja dziś ledwie wstałam. No, wstać wstałam, ale z chodzeniem kiepsko. Prawa noga, zamiast mnie, to bardziej boli. Tak, że każdy krok to wysiłek. W dodatku boli i przy dotyku, tak, że lepiej nie dotykać. Lepiej żeby samo przeszło, bo chodzenie do mojego lekarza rodzinnego to porażka. Najchętniej przepisuje w takich razach tabletki przeciwbólowe. Jakby do ich kupna była potrzebna wizyta u lekarza i recepta! 

Na wczoraj planowałam pedicure u kóz, bo już się proszą, a pogoda ładna. Ale sobie pomyślałam, że jak mnie ta noga boli, to sobie odpuszczę, do dziś powinno przejść.No, ale nie przeszło. W dodatku Andzia się pewnie jednak beka, wobec czego czeka mnie spacer do tego osranego capa. W sumie nie wiem do końca - poprzednio wydzierała się strasznie i w sposób ciągły. Teraz tylko pomrukuje. Ogon też mi nic nie mówi, raz merda, raz tuli. Lata trochę po kojcu, ale ostatnio tak już latała, jak wchodziłam do dojenia. Tak, że : wiem, że nic nie wiem. Zobaczę co mi powie dzisiaj.

Posiałam rękawiczki roboczo-wyjściowe. Wcięło, amba zjadła, nie ma. Par dwie. łażę z psami z gołą dłonią i niespecjalnie mi z tym. Najgorsze jest pakowanie gołą ręką siana do siatek. Różności kłujące się trafiają, a i ubić trzeba.
Zamek padł w drzwiach wejściowych i drzwi stoją roztworem, jak się ich na klucz nie zamknie. Dziecko dostanie dziś delegację do miasteczka po zamek, to i rękawiczki kupi.
Dziecko P. wybrało wolność. Wielka miłość tatusia objawia się w sposób uciążliwy. Oraz ma takie gadki (które ja puszczam mimo uszu, dla zdrowotności, a Dziecko nie potrafi, żadne), które jej stres pogłębiają. Miała jechać do siebie wczoraj, coś z transportem nie wyszło, bo kolega pojechał dzień wcześniej niespodziewanie. Tymczasem francuska siostra wujeczna zaprosiła na Górkę. Więc, upewniwszy się, czy się gniewać nie będę -pojechała. Ostatecznie wolę, żeby porządnie odpoczęła psychicznie, będzie przez chwile bardziej odporna na stresy codzienne.

Też bym pojechała. Górka wciąż magicznie na mnie działa. Nawet jeden dzień ładuje mi akumulatory na długo. Są takie miejsca fantastyczne. No, niestety, to gdzie jestem, takie nie jest. 
Robię zdjęcia. Zdjęcia powinny odzwierciedlać zachwyt. A one są nijakie. No, cóż. Korci mnie, żeby Dziecko wpakować za kierownicę i pojechać tam i nazad. Ale Starszy znów "się odmłodził". Wczoraj leżał cały dzień, jak skóra z diabła. Jak mu wytłumaczyć, żeby sobie dał spokój z tą Pra...ą? Nie testuje się, nie do końca przebadanych leków, na dziadkach. Wszystkie działania uboczne wtedy wyłażą. Zresztą, podziwiam głupotę Starszego (ew. wiarę, że ciężkie pieniądze na leki wydane, dadzą mu życie wieczne) - żeby za 160 zł miesięcznie mieć co chwilę sraczkę, to trzeba dużego samozaparcia w głupocie.

A dzień dzisiejszy nas lekkim mrozikiem powitał. Na trawie szron, a na niebie jaśniutkim - słoneczko. Pewnie pójdę rozpalić w piecu, bo nikt się nie kwapi, a zimno już w chacie.

piątek, 27 grudnia 2013

I po

Świętach. Znaczy się.
A ja się nadal zastanawiam, na co i po co te zakupy, przygotowania i wyciąganie się z portek.
Ogólnie, to szwagierki szaleństwa się zawiesiły. No, po prostu, nie ma amatorów u mnie na ciasta masowate. Cały placek tortowy, jak połozyłam na paterze, tak sie ostał nietknięty. Drugi taki, z kremem, po przeleżeniu na paterze został wyrzucony kurom, bo się porozwarstwiał, a sernik spastwiłam głównie ja. a resztę trzeba będzie wyrzucić, bo taki sernik po tygodniu już może być toksyczny. Natomiast cwibak, który upiekłam w ostatniej chwili w Wigilię,( jak Dziecko P. stwierdziło, że oprócz piernika, to świątecznego ciasta nie mamy_ poszedł już prawie cały. Takoż snickers i piernik wyszły znakomicie(wyszły znaczy, z patery). Nawet andrut leży sobie swobodnie na paterze. Andrut jest akceptowany tylko z masa kajmakową, a nie jakimiś wynalazkami.  Ale co zrobić, jak szwagierka N. piecze sobie a muzom, co jej siostra Leonilla podpowie, a potem uszczęśliwia na siłę tymi wynalazkami. (Na same polewy zużyła 3 tabliczki czekolady, pół kostki masła, mleko. Do tego tortowego poszła masa maślano-jajeczna, kawa, spirytus i słoik konfitury wiśniowej. Szkoda mi tej konfitury, bo robiłam specjalnie dla Dziecka, tylko parę słoiczków, bo wiśni w tym roku nie było - a teraz kury zjedzą)
I tak się kończy kooperacja z cioteczką. Aha, rybne pulpeciki w galarecie bardzo smakowały psom w pierwszy dzień Świąt - nie ugotowałam im jadła i dostały rybkę. Nie mam pomysłu na drugie karpiowe truchło, które zagraca mi zamrażalnik.

W Boże Narodzenie miałam wizytę rzadką nader, bowiem Biały Brat zawitał z dzieckiem swym, zza granicy świeżo, na święta i polowanie potem przybyłym. Dziecię jest przemiłe i przesympatyczne, czasem ma swoje tralalala, ale na ogół uśmiech od ucha do ucha z lica jej nie schodzi. Dziecię przywiozło (a raczej - zostało przywiezione przez) swego zagranicznego narzeczonego, po naszemu nazwanego Pietrkiem. Pietrek polowacz jest zawzięty, przywiózł więc giwery, swoje i kumpla, żeby tamten mógł publiczną komunikacją jechać. Oraz psa. Przebojów mieli po drodze parę, bo im się podczas kontroli paczka nabojów z bagażnika wymskła, ale że papiery mieli na wszystko odpowiednie, to spokojnie. Tyle, że dłużej, bo już im wszystko przegrzebali. Przyjaciele gebelsy oczywiście. No i giepees poprowadził ich przez Pragę. Stwierdził pewnie, że co tam, taka mała przedświąteczna wycieczka. Miło było i międzynarodowo. Dziecko żałowało, że Puma nie znalazła sobie Francuza mówiącego po angielsku. Ponieważ ono po francusku potrafi "Un Sobieski s'il vous plaît", oraz parę takich innych utylitarnych zwrotów, więc komunikacja była pośrednia, a Pietrek mu do gustu przypadł. Stwierdził, że zaczyna się uczyć francuskiego, pokonuje lęk wysokości i jedzie z Pietrkiem kłaść dachy. Bo Pietrek jest dekarz i specjalizuje się w dachach z łupka. Biały Brat pojechał wcześniej, bo jeszcze planował znajomych odwiedzić za 250km. A dzieci zostały dłużej, po czym, włączywszy giepeesa pojechały do domku na Górce. Teraz już nie było opcji, że przez Pragę ich poprowadzi. Najwyżej mógł przez Rz., ale dużo by nie nadłozyli.

A to jest Lola de France. Krzyżówka Münsterländera i Braque d'Auvergne. Na polowaniu służy do "wystawiania" zwierzyny. Na razie ma 8 miesięcy i dopiero się uczy, ale jest świetnie zsocjalizowana i przemiła do tego. A głos ma jak całkiem wielki pies. Oczywiście, pies roboczy, też kanapą nie pogardzi.

Na drugie święto byliśmy proszeni do szwagierki starszej, a mniej ważnej. Ale Starszy w końcu pojechał sam. Wciąż te same, historyczne i z dupy wzięte (jak mawia Dziecko) tematy, są wqrwiające dla słuchaczy, zwłaszcza młodocianych. Dla mnie natomiast to, że ja tam muszę nakryć stół, potem biegać z herbatą, potem ze stołu sprzątnąć i najlepiej jeszcze pozmywać. Jak byłam młodsza, to bajka, jakoś to szło. A teraz już nie bardzo mam ochotę iść z wizytą, żeby iść i zachrzaniać, zamiast odpocząć. Dzieci nie miały ochoty. Młodemu skumulował się Ballantine's z francuskim winem i się wyłączył przy kompie. Córka stwierdziła, że woli posiedzieć w spokoju ze mną i pomamrać o różnościach. A ja miałam niechęć oraz potwornie bolące nogi. Nie wiem, skąd to się raptem wzięło. Czy stanie przy garach, czy stanie w kościele w butach na lekkim obcasie, których na co dzień  nie noszę, w każdym razie nogi mnie tak bolały, że sama myśl o pójściu gdziekolwiek, była bolesna. Szwagierki się zapewne poobrażały (najważniejsza przebywa u tej starszej), ale lotto mi tto. Wobec numeru, jaki one mi w ub. roku wykręciły, jest to pestka. I tak robię dobrą minę do złej gry.
W przeddzień wigilii starsza upadła. Coś jej się porobiło z kolanem. Ta idiotka, zamiast smarować altacetem, smarowała maścią rozgrzewającą, bo ona wie najlepiej. A dziś Starszy mi zapodał, po powrocie z psami, że mam zadzwonić do przychodni i ciotce wizytę domowa załatwić. No to zadzwoniłam, załatwiłam, straciłam 15 minut na telefonie z mojej nikłej puli minut, po czym zadzwoniłam poinformować. I okazało się, że najważniejsza sama zadzwoniła, "już godzinę temu"(ciekawe!) i zamówiła. Następnie nie zadzwoniła po wizycie lekarza, a wiadomo było, że leki trzeba. No to znowu ja zadzwoniłam i okazało się, że leki trzeba. Akurat Dziecko odwiozło było Siostrę swą na stację, a tam obok, jest miejscowa apteka. Zadzwoniłam więc do Dziecka, żeby się udało do ciotek po recepty. Dziecko się udało, leki wykupiło, po czym się wqrwiło, bo wzięło tańszy zamiennik a ta zaczęła jojczeć, czy to będzie działało. W zasadzie, za przeproszeniem (sama już 25 lat dawno skończyłam, a jej wieku na pewno nie dożyję), ale w tym wieku, przyjmowanie pewnych leków jest równie skuteczne, jak smarowanie dupy masłem. Ale Ciotka jest lekomanka, ma torby leków, które sobie sama stosuje w/g uznania. Na noc bierze tabletki nasenne i to różnych dwie (a lekarka jak głupia zapisuje jej te mózgojeby) i na lekach się zna, jak lekarz prawie. Jak jest chora, to wie co jej pomoże a co nie. Na wszystko jest (niby) uczulona, oprócz tego co sobie wydumała. I jak zjadła sałatkę z bazylią, to ja ledwie odratowali.

wtorek, 24 grudnia 2013

mamy Wilije

Podobno, jak w Wiliję, tak przez cały rok. Na razie wstałam "do dnia" - cały rok tak będę? A niech tam. Wyspana jestem, w innym razie pewnie bym się, po otworzeniu, oczu nie zwlekła.

Przygotowania poza nami prawie. Z tym, że Starszy znowu stawiał ultimata. Pierwsze -odnośnie choinki. Ma być i już, bo bez choinki, to nie święta. (Ciekawe czemu, mimo corocznej choinki, dzieci twierdzą, że to żadne święta. I się przymuszają do świętowania). Niestety, dla niektórych treść świąt sprowadza się do choinki i żarcia. Jakby papierek przesądzał o cukierku. (Co prawda, na ogół pyszne cukierki, maja ładne papierki, ale bywa szit w pięknym papierku często.) A ja, jak zwykle. "Dla świętego spokoju", zwlekłam tę choinkę osobiście ze strychu. Żeby był o jeden powód do fochów mniej.

Szwagierka najważniejsza zapodała, żeby może w tym roku wcześniej. Nie bardzo widzę, to wcześniej, bo zwykle koło szóstej zasiadamy. I wcześniej się, ze względu na zwierzęta, nie da. I tak normalnie chodzę do nich między szósta a siódmą, więc tym razem pójdę koło piątej. W ogóle nie wiadomo, bo szwagierka mniej ważna strzeliła przedwczoraj orła i porobiło się coś z nogą. Jak zwykle, do lekarza od razu nie. Czeka aż samo przejdzie. W jej wieku (86), samo raczej z trudem przechodzi. I opuchnięte kolano smaruje się Altacetem, a nie czymś rozgrzewającym. W ogóle nie wiadomo, bo szwagierka najważniejsza, wyjawiła mimochodem plan pójścia w celu "zadzielenia się" do szwagierki najmniej ważnej, gdzie jest obraz nędzy i rozpaczy. Bowiem kobita jest leżąca od dwóch lat pewnie z powodu złamanej kości biodrowej. W szpitalu wymagali zgody na zabieg. Nie podpisała. Uważam, że nasza demokracja i dbałość o prawa jednostki id,a momentami w kierunku kretyńskim. Jednostce, w ramach jej praw, zezwolono nie podpisać. Natomiast inną jednostkę, jej córkę, zmuszono do opieki nad leżącą. W dodatku ta córka, ma własną córkę, chorującą już jakieś prawie 20 lat na SM, w stanie coraz gorszym, często również leżącą.
(Takim drastycznym przykładem "dbałości o prawa jednostki" jest w naszej wioseczce pewna kobieta: rozumowo i psychicznie niespełna, która mniej więcej co roku rodzi dziecko z równie niespełna facetem. Dzieci są jej następnie odbierane i pozostają prawdopodobnie z kompetentnych ośrodkach. I jakoś nikt się nie zastanowił, że to urodzone dziecko jest też jednostką, której istotniejsze prawa zostają odebrane, niż prawo mamusi do prokreacji, którego to prawa, bez jej wiedzy i zgody odebrać jej nie można.)
jest wielki wrzask o "dzieci nienarodzone" (podejrzewam, że zbyt wielki, w stosunku do skali zjawiska. Podobnie jak wrzask odnośnie "ideologii gender", którą to zdaje się najmocniej propagują ostatnio księża na kazaniach. jak i wrzask o prawo do określenia swojej płci -dotyczy marginalnej liczby osób mających konflikt między płcią psychiczna a fizyczną. A wrzasku tyle, jakby to dotyczyło każdego z nas.Pół kazania zajęło.) A co z dziećmi narodzonymi? Na przykład przez zdegenerowanych alkoholików? Zrzutka na zupę i paczkę świąteczna chyba sprawy nie załatwia.

No i znowu mi się zboczyło. Tymczasem dzień się zbudził. telefonu szukałam za głosem. Okazało się, że został w skrzynce prądowej, bo wczoraj walnęło mi korki z ciastem w piekarniku i za latarkę biegał. Następnie wqrw spowodowany brakiem korków zapasowych doprowadził do tego, że został leżeć.

Idę działać,
A wam, moje Drogie Czytelniczki, Dobrych, Spokojnych, Rodzinnych Świąt życzę.
I żebyście potrafiły zachować siebie dla siebie, choć trochę, w tym następnym roku! I żeby było mniej papierka w cukierku!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

i po niedzieli

Może na szczęście. Bo jak na niedzielę, to harmonogram miałam zbyt napięty. Jak sobie pomyślałam, ile ja rzeczy zrobiłam wczoraj, to się aż sama zdziwiłam. Do tego stałe punkty programu, tj karmienie zwierzaków i wyprowadzanie psów. Jeszcze wieczorem, ponieważ miałam przygotować pościel dla Dziecka P, które w drodze już było, obleciałam z rozpędu wszystkie łóżka (panowie chyba nawet nie zauważyli).
Dziecko wypadłszy ok.piętnastej z domu wróciło o 22.00 nabombione i miało pretensje, że ja mam pretensje z powodu, iż się nabombiło zamiast zachować stan zezwalający na przywiezienie siostry ze stacji w najbliższej mieścinie. Się nie odezwałam i poszło spać szczęśliwie.
Starszy odwiózł szwagierkę najważniejszą do drugiej szwagierki, bo u niej łóżka wolne stoją, a u mnie ilość zmniejszyła się do stanu niezbędnego.
Po czym okazało się, że  zostałam pozostawiona sam na sam z truchłem karpia moczącym się w mleku. Dotarło do mnie, że on w tym mleku tak zostać nie może, bo obca cywilizacja się tam rozwinie. Przyniosłam, wylałam, ale mi się podniosło (patrzył na mnie martwym wzrokiem). Ubrałam gumowe rękawiczki, opłukałam i wrzuciłam do wody. Po czym wykonałam telefon, coby przywołać Starszego, co wywołało panikę u szwagierek. Musiałam więc jeszcze jeden telefon wykonać, coby wyjaśnić im, że karp Starszego wzywał. Starszy dostał nóż i z hasłem "jak chcesz to jeść, to pracuj, bo ja zwrócę", przystąpił do dzielenia padła na dzwonka. Nie obyło się bez mojej pomocy, ale nie dotykałam, tylko waliłam młotkiem do mięsa w nóż, żeby przeciąć. Poszedł we włoszczyznę i się ugotował. Mam nadzieję,  że to ugotowane będę mogła przerobić dalej, bez rozmowy z sedesem. Jak będzie z konsumpcją, to nie ręczę. Historia jednak notuje, że żaden karp, który był widziany przeze mnie w postaci truchła, nie został skonsumowany. Nic na to nie poradzę, że ryba może dla mnie istnieć jedynie w postaci filetu. Najlepiej sztywnego i nie bardzo oblodzonego, bo zwiększony stan oblodzenia nasuwa podejrzenie, że ten filet jest taki już więcej zabytkowy.

Dziecko P. na koniec przywieźliśmy ze Starszym. Wcześniej odbyłam z nią kilka histerycznych rozmów, dopiero, jak się w końcu wkurzyłam i powiedziałam, co miałam powiedzieć, bez owijania w bawełnę, się Dziecko w garść zebrało, bilet nabyło i przybyło. Na szczęście pociąg był komfortowy, lepszy nawet niż TGV, więc nie wysłuchiwałam w międzyczasie komentarzy o brudzie, smrodzie itp. (Zresztą słusznych, ale po co?)
Dziecko P. wygłaskało i "wymordowało" psy. Koty się nie dały, więc stwierdziła, że je należy wypieprzyć. Rozdała prezenty i zawiesiła matkę (to oglądasz, czy nie) nad aparatem w celu pokazania zdjęć z podróży. Prawdę mówiąc, wolałabym je zobaczyć na kompie niż na wyświetlaczu aparatu, ale jak mus, to mus.
Dowiedziałam się, że Puma w drodze (ty mnie w ogóle słuchasz, jak ze mną rozmawiasz, czy nie?) I miałam zadzwonić do jedynego Brata Białego, co mi znowu nie wyszło. A dziś pewnie jest już o tej porze w lesie i ładuje kloce, więc telefon może go nie dosięgnąć, albo na HDSie nie będzie rozmawiał.

W dalszym ciągu nie mam ustalonego harmonogramu na przygotowania bezpośrednie. Jak zwykle moje "chcenia i niechcenia" szlag trafił w zarodku. Stary się bowiem na choinkę uparł i postawił ultimata. Uparł się tudzież na pierogi i sieje fochami. Powiedziałam - "to se lep". Na razie obstaję przy rezygnacji z pierogów i uszek na rzecz pasztecików z grzybami i kapuśniaków mini - mniej pracy i prostsze w obsłudze potem.

Dziecko pojawiło się na horyzoncie i w kwestii choinki rzekło "róbta co chceta", bo on ma zamiar podtrzymać tradycję nieuczestniczenia w ubieraniu choinki (co prawda wydaje mi się, że mu się tylko wydaje, iż taka tradycja istnieje, bowiem w ub. roku ubierał ze mną, starannie dobierając bańki piętrami, a dwa lata temu próbowali się pozabijać z siostrą z powodu różnic w koncepcjach wystroju) A! ponieważ czub wziął i się zutylizował, zrobiłam była w ub. roku gwiazdę. W tym roku, takie tekturowe gwiazdy na Westwingu biegają po 60 zł, która to cena jest już i tak ceną po obniżce. Fantazja ludzka nie zna granic - szczęścia, zdrowia i słodyczy.   Choć może tych ostatnich za dużo było i spowodowało, że coś się na poddaszu namieszało.

Na ulubionym blogu znalazłam żądanie 3 ha dla każdej polskiej rodziny. Dlaczego 3 ha i dlaczego dla każdej? A jak ktoś nie lubi ha? Co to jest 3 ha? Żeby zapewnić samowystarczalność w stylu średniowiecza - nasadzę sobie kartofli i motyką obrobię, potem motyką wykopię. Posieje pszenicy odrobinę, coby na mąkę było, może gryki na kaszę i prosa - będzie kasza i miotła oraz pędzel. Jak tego widłami nie dam rady skopać, to pójdę do bambra, coby mi zaorał. I zapłacę półtora tysiąca za orkę (Dałam 850 za 1, 75 ha). No a reszta? Pod pszenicę czy kartofle sama orka nie wystarczy, trzeba jeszcze uprawić. Motyką i grabkami 3 ha się nie da. Obsiać można ewentualnie z płachty i ziemniaki z koszyka pod buta posadzić. Aha, zapomniałam o permakulturze - nie należy orać. No to wszystko wyjaśnione
Co to jest UTOPIA?

I z tym miłym akcentem oznajmiam, że wypierniczam z psami. Duje jak w kieleckim, więc może mi ze łba wyduje pierdoły co mi tam się legną. O ile mnie nie trafi z powodu fanaberii Księżniczki. Fanaberie te przybrały rozmiary wersalskie. Tylko idealny komfort skutkuje załatwieniem obu spraw. Ponieważ takowego nie ma, od dwóch dni chodzi jak balon, nocną pora kwitnie pod drzwiami i wyprowadza mnie co godzinę na zewnątrz, czego efektem jest tylko mój wzbierający wkurw. Wczoraj już wrzuciłam ją po prostu na trawkę przytrotuarową. Resztę drogi odbyła czołganiem z głową między łapami i wpadnięciem do domu w trybie ekspresowym, oraz natychmiastowym wyalienowaniem się z tłumu na mojej świeżej pościeli.

Miłego dzionka!

piątek, 20 grudnia 2013

Nowy dzien wstaje...

(chętnie bym posłuchała na dzień dobry SDM, ale nie mam na czym odtworzyć-peceta  trafił  Xsawery, a   mój maluch nie ma napędu  CD).  Słucham za to rozrabiających kotów  i ciptaszków za  oknem.
Od zachodu lampi mi w okno łysy, a od wschodu - zorza poranna.

Wczoraj, o takim brzasku wyły za oknem karetki. Pomyślałam  -  fajnie dzień się komuś zaczyna. Okazało się, że zaczął się najbliższym sąsiadom ich córka, wioząc dzieci do kościoła, miała wypadek, w którym uczestniczyły jeszcze dwa auta. Dzieci wróciły do domu na piechotę, dziewczyna (kobieta, ma trzydzieściparę lat i trójkę dzieci) - bez zewnętrznych obrażeń na obserwacji w szpitalu wojewódzkim. Samochód niestety nie przeżył - ojciec przywlókł go traktorem ze zmasakrowanym przodem i urwanym kołem. Nie sądzę, by matka wioząca własne dziecko i dwoje cudzych latała za pirata drogowego. Przyczyna musiała być zewnętrzna.
Więc nie narzekać głośno na to co jest, bo nieszczęścia łażą po ludziach i często pukają całkiem blisko.

Moje Dziecko P. wzięło się i zjeżyło wczoraj w końcu, wybrało 2 dni urlopu na żądanie i polazło do kardiologa. Kardiolog, po zrobieniu echa i ekg, stwierdził, ze z pompką OK. Dla pewności ma mieć jeszcze w styczniu holtera. Doktór stwierdził przemęczenie i na prośbę delikwentki dał jej L4 do Wigilii. Już się ucieszyłam, że przyjedzie wcześniej, a tu nici, bo w sobotę ma zajęcia na uczelni. Moim zdaniem Dziecko P. ma nerwicę. Nie wiem do kogo się chodzi z nerwicą, ale zapytam mojej koleżanki pisarki, już nie z Helu na Helu, lecz z Pucka, bo jej mama była doktórką, i jak pamiętam, moja Mama, mając nerwicę, do niej chadzała. Obserwacja życiowa niestety podpowiada, że nerwica wlecze się z człowiekiem tak samo jak sercowa choroba. Nerwica mojej Mamy (która przyjęła już postać lękową - Mamę trzeba było odprowadzać do pracy i po pracy odbierać spod zakładu, cośmy robiły z Siostrą na zmianę, ale głównie ja, jako najstarsza, wcześniej będąca w domu, nastawiałam obiad i prułam na trzecia pod bramę) poddała się dopiero terapii szokowej - ustąpiła, jak Ojciec zaczął się szlajać z panią Pe. I w ten sposób Mama zaczęła nowe życie, całkowicie wolna -od nerwicy i od męża, oraz w nowym mieście.
Moje dziecko też się musi uwolnić - przede wszystkim od swojej szefowej. I to jak najprędzej, żeby resztki zdrowia fizycznego i psychicznego zachować.
Przygotowania przedświąteczne jakby napoczęte: upiekłam piernik i zamarynowałam śledzie. Mam niejakie podejrzenia w stosunku do tego piernika, dziwi mnie jego zachowanie, bo piekę go co roku od jakiś 30 lat i nigdy mi numeru nie wywinął. Z tym, że tym razem, zdaje się, ja numer wywinęłam, bo w momencie nastawiania tego co się miało rozpuścić najsampierw zadzwoniło Dziecko P. po doktorze i z wrażenia wlałam mleko do cukru i miodu na zimno. A miały się topić same z sobą.

Cebulę skroiłam do śledziów. Mało jej trochę. Starszy kupował i miał zapodany kilogram. Ale Starszy zdał się na panie ekspedientki i dzięki temu przyniósł nadgniłe jabłka i zepsutą cebulę. Ja należę do macantów (ostatnio wyczytałam straszną krytykę macanctwa) - macam pakując do torby. Macam cytryny (maja być miękkie), cebulę(ma być twarda). Macam to, czemu macanie ma stwierdzić przydatność do spożycia, a nie zaszkodzić, dla pozostałych klientów. Czasem pukam np kawona. I jabłka wybieram sama, ponieważ panie na straganie obchodzą się z nimi brutalnie, przesypując po prostu ze skrzynki do skrzynki, co jabłkom szkodzi zdecydowanie. Ale nie ich jabłka, a te poobijane i tak komuś wetkną. Ostatnio wybierając cytryny trafiałam na co drugą zepsutą - widoczny dowód tego, że panie od dłuższego czasu tylko uzupełniały poziom cytryn w skrzynce, a nie interesowały się jej zawartością.
Macam tez chleb. W sklepie, gdzie go najczęściej kupuję zazwyczaj jest mieszanka - nowy, nowszy i najnowszy. Chleb oczywiście w prezerwatywie. Podczas ostatnich zakupów robionych ze Starszym dostałam opeer, że cuduję. Chleb tylko pooglądałam - wszystek był splackany -efekt upchania na siłę w skrzynce gorącego chleba. Ponieważ głośno zaczął komentować, ja tez głośno skomentowałam (czego nie miałam zamiaru robić), że takiego udeptanego chleba nie kupię. I JUŻ! Nie dość, że ten chleb jest paskudny w smaku i za drogi, to jeszcze wygnieciony!
No, ale moi panowie domowego nie jedzą, wolą kupne świństwo. Podobnie zresztą Dziecko nie jada koziego twarożku - woli z Piątnicy, zamulony gumą guar i konserwantami, które dają mu miesięczną przydatność do spożycia. Na początku listopada Dziecko P., przybywszy uczestniczyło w robieniu zakupów miesięcznych. I zachciało się jej gruszek w sosie czekoladowym. Do tych gruszek nabyła serek mascarpone. Potem jakieś zawirowania nastąpiły, gruszki zrobione nie zostały, a serek został stać w lodówce. Aż się w końcu zainteresowałam, czy nie trzeba go zużyć w trybie natychmiastowym, bądź wyrzucić, ze względu na obca cywilizację, która się na nim rozwija. Zerknęłam na termin przydatności i włożyłam z powrotem - 1.01.2014. Zdrowia życzę konsumentom.
A ja, w ramach ograniczania ekspansji przemysłu chemicznego, w sobotę przystąpię do wykonywania wędlin. Mięso jest co prawda sklepowe, więc ta chemia i GMO, które zeżarły świnie już w nim jest. Za to kiełbasa i szynka będzie wolna od pozostałych wynalazków, które dodaje zwykle masarnia. I będzie w kiełbasie jakieś powiedzmy 98% mięsa. reszta to będzie woda, sól, cukier, czosnek i pieprz.
Boczek i szynka zostaną uwędzone, a z łopatki mam zamiar zrobić coś w rodzaju "kiełbasy szynkowej" w szynkowarze, który właśnie listonosz wczoraj był przyniósł. Być może pasztet, z kupnej kury, tez zrobię w szynkowarze, zamiast w piekarniku.

Szwagierka najważniejsza ma zostać przywieziona (zażyczyła sobie, żeby ktoś po nią przyjechał)w sobotę. Wpadła ostatnio w trans zakupowy, nakupiła mięcha (6kg schabu!!! ), nieproszona. Nieproszona tez uszczęśliwiła mnie karpiem w ilości szt 2. Powstanie z niego galareta. Nie wiem tylko, kto ją skonsumuje, bo młodzież twierdzi, że karp to syf. (Dziecko ma kolegę, który skończył rybactwo na Wysrolu w KRK i zajmuje się ryb hodowlą. I twierdzi Dziecko, że karp przed sprzedażą powinien być na ileś tam wcześniej odłowiony i umieszczony w wybetonowanym stawie, coby błotny aromat stracił. A Dziecko wie, bo pewnej zimy udało się do kumpla, aż w łódzkie, pomóc mu przeręble w stawach rąbać, żeby się rybska nie podusiły i  spod lodu je wyjmować. Dziecko wszelka wiedzę chłonie jak gąbka i na twardym dysku ja przechowuje, we właściwym momencie przenosząc do pamięci podręcznej. Ostatnio skonstruował jakieś koromesło do naprawy silnika samochodowego mu służące i wyjaśniał mi konstrukcyjne tajniki powołując sie na moment zginający i rozkład sił w obciążonej belce ustawionej pod katem. Jak bym na papier przeniosła, to bym te siły wyrysowała i wyliczyła, ale tak z głowy - nie dam rady)

Przeczytałam, co napisałam i stwierdziłam, że mam tak głębokie dygresje, ze chyba bełkot mi wychodzi. Więc może na tyle na ten czas. Zwłaszcza, że Starszy się zwlekł z pościeli i przybył.

Dodam jeszcze na koniec, że mojej obórkowej kocie zrobiłam styropianową budkę, wysłaną kawałkiem baranka. I kota z niej skorzystała! Obawiałam się, że znów będzie to tylko swobodna twórczość, po tym jak domowe koty olały domko-drapak. Muszę te budkę jeszcze stuningować, tak, by kota miała małe wejście, jak do psiej budy. Będzie jej cieplej. I zamykać pojemnik z owsem, bo zaczęła go używać na zmianę z kuweta. Wczoraj dostałą tabletkę na robale i poszło to nad podziw bezboleśnie. Po ostatnim odrobaczaniu domowych miałam ręce zdrapane i pogryzione wszerz i wdłuż, mimo wykorzystania rękawów. Księżniczka miała sesję fryzjerską. Na głowie i podogoniu skończyło się z maszynką, łapy podcięłam nożyczkami. "Nie rusz mnie, nie dotykaj mnie" pogłębia się. Więc za chwilę będzie latać za domowego barana, bo sierść po maszynce jednak się zepsuła, nie jest już taka szorstka, mocno przerasta podszerstkiem i sie loczkuje.