piątek, 31 stycznia 2014

wyje, duje, miecie...

Tak, od długiego czasu mam na zewnątrz coś, przy czym Xsawery to był mały, niedorozwinięty pikuś. Duje bez przerwy, a od tygodnia centralnie ze wschodu, czyli drzwi z ręki wyrywa i na klatce schodowej robi zaspę. (Już nie mówię o zaspach na strychu..)Zaspy są wszędzie, droga w pola prawie odcięta, a Malinowy Król dwoi się i troi, żeby się przez te zaspy przebić. No, ale.. Wczoraj przebił się do sąsiada, który jest za mną (ostatnie zabudowania , a potem już pola). Sąsiad autem wyjechał, bo taki miał mus, a jak wrócił za 2 godziny, to już nie wrócił. Zawiesił się na zaspie i śmy go z Dzieckiem zdejmowali, po czym zaparkował u nas na podwórzu. Na podwórzu stoi przyczepa i Dziecka zielona strzała, które powodują, że zaspy układają się nieszkodliwie dla komunikacji. Natomiast sąsiad jest systematycznie odcinany. Wczoraj dwa razy stosował łopatologię, bo mu się klienci zawieszali, oprócz tego Malinowy Król jeździł jeszcze wieczorem. A dziś rano już był i znowu brał ten dojazd do sąsiada na 10 razy.
Wpycha mi się do dzioba -"a nie mówiłam". Bo mówiłam, że jak się zaczęło nienormalnie, to dalej też będzie nienormalnie. No i jest.  Tylko, żeby nie było, że wykrakałam. Już w jesieni zapowiadano zimę stulecia.
A ja już mam tej zimy dość. Normalnie nie chce mi się tyłka ruszać i wychodzić na ten wyjący i gwiżdżący wiatr.
Psom tez się nie chce wychodzić. W dodatku Księżniczka nie ma trawki, wszędzie śnieg, miejscami głęboki i tak mnie ciąga kilometrami, zanim załatwi grubszą sprawę. Żeby zapewnić jej większy komfort (i Czarnej też) wyprowadzam je pojedynczo. Niby więcej zawracania głowy, ale czasowo wychodzi pewnie na to samo, bo jak Księżniczce Czarna się pod nos nie wpycha, to jakoś to szybciej idzie.
Tylko z terenem do chodzenia kiepsko. Trotuar jest mocno zaśnieżony, a w górnej części wsi całkiem nie do chodzenia, bo leżą tam zaspy. I ludziska chodzą jezdnią, która jest w gorszym stanie niż boczne drogi. Boczne drogi odśnieża Malinowy Król za gminne pieniądze. I należy przyznać, że robi to uczciwie, bo przecież nikt go nie rozliczy z przejechanych kilometrów, mógłby zainkasować kasę i siedzieć przed telewizorem. A on jeździ raniutko i wieczorem. Natomiast główna droga przez wieś jest powiatowa i tu samochód z pługiem się pojawia jak widmo. Jedzie z pługiem w górze, pizgnie trochę tego z jezdni na chodnik, ale tak, żeby paliwa za dużo nie spalić. Tu też odśnieża jakaś prywatna firma i widać, że się nie wysila za bardzo.
Na domiar złego Księżniczka chodzi na trzech łapach. Tak nagle, ni stąd ni z owąd, wczoraj zaczęła na trzech chodzić. Jak wróciłam od kóz, to mi tak przykuśtykała. I nie wiem o co chodzi. Na spacerku pomykała na czterech, niby lekko kulejąc, i to tak pomykała, ze marszobiegi za nią uskuteczniałam. Natomiast w domu znowu na trzech. Zobaczymy. Dziś na siku wyszła na czterech, ale z kanapy trzeba było ją zdjąć. Księżniczka to Księżniczka. Fanaberie swoje ma.
Najbardziej mnie śmieszy, jak ją wołam, żeby ubrać na większe wyjście. Gdy zobaczy kombinezon w ręce to idzie czołganiem: brzuch przy podłodze, łepetyna między łapami i tempo ślimacze.
Śnieg niby jest suchy, bo mróz trzyma cały czas, ale i tak przychodzi cała oblepiona i trzeba wyczesywać. Do końca się nigdy nie wyczesze, ta ostatnio nabyta pudlówka dla kota chyba, więc za chwilę jest mokra, jak jej odtaje. Tak, że wolę w pekeś wystroić. I ona w tym pekesiu pewniej w śnieg idzie.
Tylko ubrać problem. Ubiera się tak mniej więcej, jak Dziecko Starsze się w śpiochy ubierało dziecięciem będące: naciągnęłam z trudem jedną nogawkę, po czym, zanim naciągnęłam druga , ta pierwsza byłą już strzepnięta. Rozrywka była na całego i kto szybszy.
A za oknem cudna zima, jak z obrazka. Słońce wylazło i se świeci. I widać dokładnie jak śnieg posuwa z pól w ten wąwóz przed chwilą wydłubany przez Malinowego. I gdyby nie efekty akustyczne, to przez okno byłoby cudnie. Gdyby nie przyczyna tych efektów akustycznych - tez byłoby cudnie, bo tego śniegu w końcu aż tak wiele nie napadało i mróz też jakiś syberyjski nie jest. -15 to jeszcze nie tragedia.
Martwi mnie tylko, że u kóz mam cały czas na minusie i trwa to już chwilę. Nic już więcej nie mogę zrobić, żeby było tam cieplej. Jedyne wyjście na przyszłość - ocieplić styropianem ścianę od garażu. Ściana jest na 1 cegłę, a garaż stoi otworem i wiatr po nim hula. Dawniej, kiedy był oborą, ta cienka ściana nie przeszkadzała, bo były zwierzęta i w oborze zawsze było ciepło, a co za tym idzie w tym pomieszczeniu, gdzie teraz sa kozy -tez. A w tej chwili jest ziębione z dwóch stron. Z jednej, od strony dawnego chlewa, ścianę ociepliłam układając słomę w kostkach po sufit. Z drugiej strony częściowo tez ułożyłam. Więcej się nie da, bo nie przejdę z wiadrem. Ociepliłam tez drzwi od wewnątrz styropianem, a ten kawałek wykładziny przykręciłam od zewnątrz. I to byłoby na tyle w tej kwestii. Trzeba czekać na ocieplenie.
Tymczasem w piecu się chyba jednak nie rozpaliło, mimo włączonej dmuchawy i muszę się udać.
Dziecko pojechało do KRK i mają we dwoje przybyć w sobotę. Musze ogarnąć chałupę, żeby mi potem Córka nie marudziła, że przyjeżdża mi posprzatać.

sobota, 25 stycznia 2014

Czytam

Clarke, aktualnie, na zmianę z Christie (ale jakoś okazało się, że na półce ma tylko dwie, a pewna byłam,że więcej, bo była jakaś taka gazetowa seria za grosze i kupowałam. Może się do KRK translokowały, bo od pewnego czasu książek ludziom nie pożyczam). Clarke czytam na kompie oczywiście. Pozyskałam z internetu, po czym okazało się, że to, na czym mi najbardziej zależało pozyskało się w postaci okładki i spisu treści. Lekko się zdenerwowałam. Ale będę szukać.
I takim sposobem, przy drugiej pozycji, wylądowałam w Paryżu. W związku z czym naszło mnie na wspomnienia.(Niewiele tego Paryża widziałam wtedy i oczywiście z takim skołowaceniem w głowie - bo to było latanie dla otumanienia duszy w oczekiwaniu na pogrzeb) Ale jak doszłam do opisu stacji metra, to wyjęłam mapy i zaczęłam sobie uświadamiać, którymi liniami wówczas jeździłam i na jakich stacjach wsiadałam/wysiadałam. Nie było to zbyt trudne. Stacje i wejścia do nich pamiętam jako tako. Nie wszystkie. Teraz się okazało, że wielkie gmaszysko, koło którego schodziło się do metra na Rivoli, to był budynek Luwru. Swoją drogą, zastanawiam się jak bardzo musiałam być wówczas przymulona, skoro w ogóle zeszłam do metra, jeździłam nim i nie umarłam na hertzszlag. Bo normalnie to nawet tłum w autobusie mnie o hertzszlag przyprawia prawie i o ile można, to na najbliższym przystanku wysiadam, nawet jak to jest szczyre pole. Będąc w KRK jeżdżę czasem 50-tką ze stacji pod dworcem. Ale tam jest jakoś wysoko i jasno i nawet mi się nic nie dzieje, a ten krótki odcinek w wąskim i ciemnym tunelu przejeżdżam jakoś, starając się myśleć o czymś innym, niż o tym, że właśnie jestem w takim wąskim i ciemnym tunelu i co by było, gdyby.
Wtedy do Francji jechałam autokarem, z Córką, po nocy, na prochach. Tunel przespałam i dopiero potem uświadomiłam sobie, że tam przecież gdzieś był. Wracaliśmy autem z Bratem. I ten tunel pokonywaliśmy za dnia. On sobie chyba nie zdawał sprawy z mojego fioła, bo zaczął opowiadać o pożarze w szwajcarskim tunelu. A ja patrzyłam na prędkościomierz (tam prędkość ograniczona mocno) i liczyłam ile minut zostało do wyjazdu z tego tunelu. No i jechałam z Bratem, a on za kierownica daje mi absolutne poczucie bezpieczeństwa w każdej sytuacji. Czy to w tunelu, czy we mgle, jak mleko, która zresztą działa na mnie podobnie jak tunel.
Wtedy obiecałam sobie, że jak pójdę na emeryturę, to część odprawy przeznaczę na to, by jeszcze raz pojechać, pospacerować, już na normalnie, tymi samymi ścieżkami i pozachwycać się. Ale ten tunel był tą kropką nad "i". która, oprócz wielu innych okoliczności spowodowała, że nie pojechałam i już nie pojadę nigdy. Za to jeżdżę po mapie, oglądam zdjęcia i korzystając ze Street View mogę stanąć nawet na ulicy przed domem, w którym mieszkała Gocha, pozaglądać w jej okna, a potem popatrzeć na to, co ona z okna widziała.
A, ostatnio, dzięki Street View mogę wyleźć na moja ukochana Górkę i stanąć na wprost bramy do posesji! Wielbię Google Maps! Żeby tylko jeszcze ładowały się szybciej!

"A  na działkach nic nowego się nie dzieje" Termometr uparcie stanął na -13, wiatr niesie jakieś drobne białe g..no i zdmuchuje z dachów,to, co na nich osiadło. Psy zaczynają się napraszać o dłuższe wyjście, bo wczorajszy wieczorny spacer był raczej bezowocny, a potem było jeszcze 155 razy szybkie sikanie, co godzinę mniej więcej (czy Księżniczka zaczyna mieć problemy z pęcherzem, czy upodobała sobie sznupanie w śniegu?) No to jeszcze szybka herbatka (kawa już była, nawiasem mówiąc się kończy - i co teraz-bo kasa już się skończyła. Trzeba na początku miesiąca kupować 5 paczek -tyle wychodzi, gdy pijemy po jednej kawie dziennie na twarz, z dwóch łyżeczek zaparzonej w kawiarce. Dwie już rzadko, bo już ani potrzeby takiej nie ma , ani ochoty, ani, z resztą, możliwości. A jak szwagierka usłyszała, że tyle kawy miesięcznie kupuję, to było OJOJ. No, a to jest najtańsza Prima w dodatku). I trzeba się zebrać w kupę i stawić czoło wiatrowi. Ale, jak się chciało Zosi jagódek, to ma...

Drzwi do pokoju zostały zamknięte na noc. Z Czarną, Księżniczką i Panem Kotem w środku. Psiury przespały na pańci, Pan Kot w koszyczku Kuleczki, a reszta licho wie gdzie. Ale spała, bo gonitw nie było. Na początku jakieś niesnaski tylko. Wszyscy przeżyliśmy te zamknięte drzwi. Drzwi też przeżyły bez obrażeń zewnętrznych (Szlag lekki by mnie trafił, bo przed świętami je wreszcie pomalowałam) Panna Kota została przypilnowana rano w kuwecie. Zobaczymy, jak dalej będzie.

piątek, 24 stycznia 2014

zima, zima

No, zima. Spadło troszkę śniegu, przykryło lód - żeby było zabawniej. Zawsze to jakieś urozmaicenie, jak ni stąd, ni z owąd pirueta strzelisz, bo okazało się, że lód był pod spodem. Tyle, że psiury już bardziej ochoczo chodzą na spacery, ja akurat mniej, bo zaczęło wiać ze wschodu i jak idziemy TAM, to wieje po oczach i kaptur z głowy zwiewa. Księżniczkę spuszczam, obadawszy uprzednio horyzont, w celu stwierdzenia braku saren w okolicy. No i leci sobie ze sto metrów, zanim kucnie. Wilk syty i owca cała, bo ze względu na to, co pod nogami oraz fanaberie mojej nogi - nie  leciałabym za nią, w związku z czym dystans byłby znacznie dłuższy.
Zaczęło wiać ze wschodu, co zwiastuje przymrożenie. Zawsze ze wschodu nam syberię przywlecze. Na razie, tyle co słońce zaszło, jest -12.

Fanaberie maja także kozunie - siano im się widać przejadło, bo zaczęło być be. Wyciągają z siatek i pod nogi. A może one wiedziały wcześniej, że zimno idzie i chciały sobie dosłać od spodu? Któż to wie, zwierzęta czasem wiedzą więcej niż my. W każdym razie, jak wczoraj wieczorem zobaczyłam u Andzi pustą siatkę, która jeszcze pusta być nie powinna, to mnie lekki szlag trafił i napchałam słomy do siatki. Czarna małpa, jak to zobaczyła, to zaczęła po płotku łazić i myślałam, że go rozbije, tak bardzo chciała się do tych wspaniałości dostać (nawiasem mówiąc, to ma całą ścianę tych wspaniałości, bo ułożyłam na żłobie wiązki, aż do sufitu prawie). Ale zwierzaki tak mają - zawsze lepsze jadło w cudzym karmidle, albo lepsze z wiadra, niż ze swojego karmidła, choć to samo dokładnie. Panna Kota też uważa, że to co Pan Kot ma w misce, jest lepsze od zawartości jej michy. Tylko obórkowa kuleczka je sobie spokojniutko i powoli, najdłużej ze wszystkich i najmniej zjada. W tej chwili śpi sobie w koszyczku pod kaloryferem, tuż koło mojej nogi. Pogłaskałam ją troszkę i wydała z siebie pomruk, ale bez gryzienia się nie obyło. Nie żre się z pozostałymi, tak jak Panna Kota z Panem Kotem, ale swego próbuje dochodzić. Kiedyś Pan Kot ułożył się w jej koszyczku (A kto Panu Kotu może zabronić), Panna Kota leżała w swojej misce, a mała kuleczka krążyła i nie mogła sobie znaleźć miejsca. W końcu przyszła pod ten koszyk, wsadziła ryjek i uszamała Pana Kota w dupsko. Bez wydania żadnego ostrzegawczego, czy wypraszającego odgłosu.
Pannie Kocie ruja minęła, ale lanie w łóżko jej nie przeszło. I nie kumam, co z tym jest, bo normalnie załatwia się pilnie do kuwety. A od czasu do czasu wlezie na moje łóżko i siknie zdrowo. Dobrze, że przykrywam się śpiworem - jak rano upiorę to szybko wyschnie i wieczorem jest gotowy do ponownego olania. No, nie, nie codziennie jednak w to łóżko leje. Zdarza mi się przespać do rana na sucho.
Nie bardzo mogę pójść w ślady panów moich i się zamknąć. Pan Starszy założył gałkę (czytaj. założyłam Panu Starszemu gałkę) - Czarna nie otworzy. Dziecko cieszy się takim respektem u zwierząt, że żadne nie próbuje otwierać drzwi do jego pokoju, no chyba, że ja tam jestem, a jego nie ma. Jak pokój stoi pusty - to nie. Natomiast u mnie drzwi stoją otworem i wszelki zwierz wchodzi dowolnie, czasem wlata lotem błyskawicy i zwala coś z komody. Ja po prostu nie lubię siedzieć w zamkniętym pokoju. Może to moja klaustrofobia, ale nie lubię i już.
Pan Starszy wymarzył sobie gołąbki. Tak się tych gołąbków uczepił, że jutro mam już zorganizowane od rana będę robić gołąbki. Ostatnio gotuję obiady typu 'dla każdego coś miłego" i szlag mnie trafia. Bo jeden chce to, a drugi tego jadł nie będzie absolutnie. A ten pierwszy nie będzie jadł teg, co znowu ten drugi by mógł zjeść. Kyrk na cółkach. Szkoda tylko, że żaden do tych garów nie stanie. Nawet jak robiłam przedwczoraj pierogi, to były "moje" i "wasze". Te "moje" są bez cebuli, za to, jak spróbował farszu, to pieprzu nawalił bez umiaru. No i te "moje" muszą być ugotowane przed "waszymi", bo by było cebulą czuć.
Szwagierka, jak gotuje, to cebulę przemyca w postaci przecieru, np, do pierogów, głąbków itp. Jak był u niej ostatnio i zrobiła mu gołąbki, to kubeł na śmiecie kontrolował, czy przypadkiem jednak tej cebuli nie wrzuciła. Ja nie kombinuję. Jak nie to nie. Tyle, że niektóre potrawy bez cebuli być nie mogą. No to te cebulowe i czosnkowe gotujemy sobie z Dzieckiem, jak Starszy Pan jest na wyjeździe, albo w szpitalu. Głupio to brzmi może, ale wtedy mamy kulinarne używanie.

Nie potrafię się skupić, jak ktoś mi wisi nad głową. Nawet mentalnie. A teraz Pan Starszy mi wisi, bo czeka, aż go do kompa dopuszczę. Więc chyba go dopuszczę, zrobię co mam do zrobienia, a potem dokończę.
Trzeba mu wreszcie ten jego komp naprawić, będzie siedział u siebie.

wtorek, 21 stycznia 2014

Raz na lodowo

Właściwie, nie wiem czy raz, bo zlodowacenie trwa już drugi dzień.
Zaczęło lodowacieć w zasadzie w nocy z niedzieli na poniedziałek - idąc na poranny spacer zauważyłam za stodołą sąsiada "szkło" na ziemi. Szkło, to szkło. Ale, skąd się wzięło, jak go wczoraj tui nie było. Poszłam dalej.
Dopiero idąc na kolejny spacer, zobaczyłam, że krzaki, drzewa, ogrodzenia i wszystko pozostałe pokrywa dość gruba warstwa lodu. Za poruszeniem wiatru gałęzie drzew chrzęściły. I gubiły to "szkło". Zdziwiona byłam trochę, bo mżyło co prawda upierdliwie, ale mrozu nie było. Jeszcze podwórko, trawnik, droga wyglądały normalnie, czyli głównie błotniście.
Po powrocie z rehabilitacji  (która od poniedziałku zaczęłam) zastaliśmy schodki do domu pokryte warstwa lodu. Wleźliśmy ostrożnie. Sól zwykła została wysypana wcześniej, musiałam poświęcić kłodawską gruboziarnistą, by zrobić sobie na schodach ścieżkę, coby się potem z pełnymi wiadrami nie wyłożyć idąc do kóz. Trotuar wyglądał tez normalnie -czyli mokry.
A dzisiaj mamy epokę lodowcową. Podwórko, droga do głównej, trotuar, pokryte warstwa lodu. Trawa -oblodzone każde źdźbło i sterczące. Urechotałam się jak norka obserwując psy stąpające po tej zlodowaciałej trawie, jak kot po gorącej blasze. Czarna była nieszczęśliwa. Ona zimą marznie w łapki i bywa, że chodzi na trzech na zmianę.Dziś deszcz w zasadzie nie padał. Padł sobie w nocy i zrobił swoje.Było tak paskudnie, że nie miałam ochoty nosa wyściubiać i kombinowałam, że na zabiegi nie pojadę. Ale mnie wypchnęli i jazda była ciekawa, bo Dziecko wymyśliło boczną dróżkę, przez osiedle i potem z pieca na łeb. Pewnie mu brakowało adrenaliny. Na pierwszym zakręcie poszliśmy bokiem przy 20km/h, albo i mniej. Potem nas lekko zakręciło. A jak zobaczył co się dzieje z autem przy zjeździe w tej górki, to wrzasnął słowem, powszechnie uznawanym za niecenzuralne. Zjechaliśmy szczęśliwie, z nogą pulsacyjnie na hamulcu, po czym dostał opeer, że mnie straszy. No, bo ja się boję, niestety. Tylko w sytuacji się nie odzywam, żeby go nie deprymować. Wierzę, że wie co robi i sobie poradzi. Myślę, że nie darmo znosiłam te dzikie jazdy po polach maluchem, w wieku gimnazjalnym oraz kręcenie bączków traktorem.
W drodze powrotnej czwórka była OK i nawet jechał 80 (ale nie 120, jak zwykle),  a przez wieś to już była masakra. W dodatku ludziska chodzili jezdnią, bo na chodniku było lodowisko.
Zapowiedziałam moim sukom, że na trotuar dzisiaj nie pójdą, ale one odmówiły łażenia po trawie na ogródku, więc nie było innego wyjścia. Okazało się, że nawet nie było tak źle. Moje piankowe "botki" maja jakąś jakąś dziwną przyczepność do podłoża. Najbardziej obawiałam się, że nagle mi się gdzieś pojawi jakiś wolny pies i Czarna mnie zglebi, wtedy chyba trzeba by mnie zbierać łopatą z chodnika. Ale szczęście dopisywało (połowicznie, bo Księżniczce trawa jednak nie odpowiadała i nie załatwiła najważniejszej sprawy) i pokonałyśmy zwykłą trasę bez przeszkód.
Andżelina wybiera sobie na ruję najgorsza pogodę. Albo Xsawery, albo leje, albo zlodowacenie postępujące. I wobec powyższego, oraz zawartości mojego żołądka podniesionej niebezpiecznie wysoko, na myśl o odwiedzeniu jedynego w okolicy reproduktora, w tym roku koźlątek nie będzie. I nie ma problemu. I tak mleka nikt nie chce kupić, więc nie potrzebuję dużo. To co jest, nawet teraz, z powodzeniem wystarcza na moje potrzeby.
Na ulubionym kozim forum zaczęło się ostatnio marudzenie i jojczenie z tytułu obowiązku rejestracji zwierząt. Narzeka głównie jedna osoba siejąc defetyzm. Na prawdę uważam, że gdybyśmy wszyscy bardziej przestrzegali obowiązującego prawa, byłoby łatwiej. I zwalanie na rząd wszystkiego, sprawy nie załatwi. Nie mówię "tak", dla tego co się dzieje u góry, ale nie wszystko złe wokół nas jest winą rządu. Bo np. czy to wina rządu, że lekarka w prywatnym gabinecie, za moje własne pieniądze odwala chałturę i mnie zlewa?
Najbardziej odpowiada mi podpowiedź Młynarskiego:
Róbmy swoje,
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Póki jeszcze ciut się chce
.......................
Niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie robiąc swoje, kochani,
Róbmy swoje,
 ....................
Żeby było na co wyjść!

No i szukajmy w tym wszystkim co nas otacza tego co jest pozytywne, co nam daje wytchnienie i dodaje optymizmu. Bardzo współczuję ludziom, którzy rozpoczynają i kończą każdy dzień narzekaniem na wszystko i wszystkich. Jak już musisz mieć ciągle "za złe", to weź, przeżywaj to wewnętrznie, a nie zwalaj swojej wiecznej frustracji na innych.
I z tym optymistycznym (?!) akcentemzabieram tyłek w troki i udaję się do roboty. Oczywiście wczoraj padłam jak kawka i nie dokończyłam, co musiałam uczynić niniejszym.

Reginko, jak Hela?

sobota, 18 stycznia 2014

leje, po szybach dzwoni

a ja znów nie śpię. Chociaż pobudka była dziś tuż po piątej. I na wariackich papierach: szwagierka najważniejsza  zadzwoniła do Starszego, że ma okropne bóle brzucha. Starszy za drugim, czy trzecim telefonem zdołał ją przekonać, żeby wezwała pogotowie. Ona wezwała, ja zerwałam Dziecko i panowie pojechali do Rz. W międzyczasie sz. zadzwoniła, żeby powiedzieć gdzie ja wiozą. Przywieźli ją na izbę przyjęć, pora była nieodpowiednia, bo nocna zmiana trwała już w pogotowiu do opuszczenia posterunku, a dzienna jeszcze nie miała zamiaru się zjawić, lekarza zero.
(Nawiasem mówiąc na oddziale ratunkowym naszego powiatowego szpitala byłam ze Starszym, eRką przywiezionym o takiej właśnie porze i tu zmiana odbywała się w locie: schodzące przekazywały papiery i pacjentów przychodzącym. A lekarz był dyżurny. Na specjalistę z oddziału szpitalnego już trzeba było chwile poczekać, ale EKG i krew robili natychmiast. Natomiast w Sanoku, gdy się tam pojawiłam swego czasu - nie czekałam dosłownie ani chwili, nawet USG natychmiast przyjechało DO MNIE, a nie ja jechałam na USG)
Tak więc na tej izbie przyjęć sobie trochę poleżała, jakąś kroplówkę jej dali i pewnie środki przeciwbólowe. Po czym (po ok 2 godzinach) zawieźli na górę, na USG. Po czym jeszcze trochę poleżała i oznajmili jej, że pojedzie na obserwację do szpitala miejskiego, bo tam jest akurat ostra chirurgia. Czym sz. wystraszyli i odmówiła pojechania, czyli zabrała dupę w troki do domu. Żeby choć ją panowie przywieźli do nas, albo drugiej sz. Ale nie, zażyczyła sobie do siebie i została sama, z podejrzeniem, że to mógł być wyrostek. I takim sposobem szanowna sz. będzie znów pokonywała chorobę siłą woli.
Skądinąd szajba w tym kierunku jest u nich chyba genetyczna: starsza siostra nie podpisała zgody na operacyjne złożenie pękniętego stawu biodrowego i od dwóch lat leży, a córka ją przewija, podmywa i karmi, mając przy tym jeszcze własną córkę, już 30 letnią, chorą na SM i już niestety niesamodzielną. Braciszek też był bohater, jak żebra połamał i mu z trudem gorset załatwili za ciężkie pieniądze z lekkiego gipsu, to porozcinał i nie nosił. Leki na Parkinsona brał dopiero jak u nas zamieszkał i ja zaczęłam tego pilnować.
No i niestety, te geny dostały się mojej Córce - recepta od pani doktor od nerwów leży niewykupiona. Tyle, że Córunia już mi nie szlocha do słuchawki, bo spodziewa się chyba, że dostałaby zjebkę.

Oprócz tego przez kilka poprzednich dni miałam jazdę z Księżniczką. Wyprowadzałam ja po 8 razy dziennie i szlag mnie trafiał, bo ledwo wróciłyśmy ze spaceru bez efektów - znowu stała pod drzwiami. Wreszcie puknęłam się w czerep i wrzuciłam na luz. Zaczęłam dawać systematycznie raz dziennie Laktulozę i raz łychę oleju lnianego. Przez dwa dni dostawała także takie gluty z siemienia. Trochę się poprawiło, bo zaczęły być efekty na spacerze. Te wielokrotne spacery też nie były stracone, bo przynajmniej miała więcej ruchu, co jest dla niej wskazane. I spacerowała raczej ochoczo, nie zapierając się łapami.
Ja spacerowałam mniej ochoczo, bo z duszą na ramieniu, zwłaszcza wieczorem. Albowiem, z powodu tej idiotycznej pogody suki zaczynają się ciekać i już psy luzem biegają mi po podwórzu.
Raz, wychodząc wieczorem do kóz, zastałam u schodów wielkie bydlę, wyglądające jak krzyżówka ONa i Huskiegi, które w dużym poważaniu miało moje do niego przemowy, żeby sp..dalał skąd przyszedł.
U kóz podparłam drzwi widłami od środka (nie mam od wewnątrz zamknięcia). Na szczęście bydlę zrozumiało, że nie jest mile widziane w tym miejscu, bo jak te widły odblokowałam i się wygruziłam, to już go nie było. Za to był gdzieś w okolicy, bo psi rwetes dochodził zewsząd. Więc na wieczorny spacer po trotuarze poszłam w towarzystwie bodyguarda uzbrojonego w kij od szczotki. Bodyguard był wściekły z powodu otrzymania tej zaszczytnej funkcji, latarnie się nie świeciły, a że pochmurno było to łysy też, więc spacer był krótki bardzo.
Styczniowa wiosna poprzewracała we łbach stworzeniu wszelkiemu i młoda kotka - Panna Kota ma ruję. Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że ruja u kotek jest niezwykle uciążliwa dla otoczenia. Chodzi taka wariatka, nie dość że dupska nadstawia bele czemu, to jeszcze ryj drze przeraźliwie. A Panna Kota przeszła w dodatku ostatnio samą siebie obsikując po kolei łóżka panów w te i z powrotem. Tak że 3 kołdry prałam w ciągu dwóch dni (właściwie 2, z tym, że jedną 2 razy) Nie wiem, co jej się w tym dziwacznym łebku mota, bo kuwetowa jest permanentnie nigdzie indziej się nie załatwia i zagrzebuje wszystko ładnie. No, chyba, że uda jej się wparować do pokoju któregoś z panów. Wtedy natychmiast wskakuje na kołdrę i leje z marszu. Nie kumam o co chodzi.(Może ma awersje do facetów?) Dziecko się zagotowało dzisiejszej nocy bo wpadła do niego (było drzwi zamknąć, a nie ogon zostawić) i natychmiast go podlała. Wrzask był okropny, musiałam oddać Dziecku własną kołdrę, bo jego jeszcze nie wyschła poprzednio uprana, a na strych mi się po nocy iść nie chciało. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi do środkowego pokoju, tak że odcięłam się ze zwierzyńcem od reszty mieszkania i zwierzyniec cały wyleguje się u mnie. Pan Kot z psami na wyrku, Tosia w koszyczku, a Panny Koty nie widzę, więc pewnie w końcu poszła do swojego wyrka.
Dziecko P, ma mieć jutro znów koleżankę z Podlasia, która ma kleptomaniackie zwyczaje. Oraz na pewno jej znowu zaleje sąsiadkę uprawiając riki - tiki z facetem w wannie. Zaleciłam, po doświadczeniach poprzedniej wizyty, by pochowała cenniejsze długopisy oraz usunęła dwudziestozłotówki z kieszeni dresówek.  Powinna też tym razem mieć lodówkę pustą. Jeszcze nie przyjechała, a już narobiła swądu. Na temat noclegowania tej właśnie osoby swoje zdanie wyraziłam, więc niech mi Dziecko P. nawet nie próbuje jojczeć i opowiadać o kolejnych akcjach Podlasianki, bo będzie horror.
No i tym optymistycznym akcentem kończę na teraz. Księżniczka chrapie jak stary, deszcz dzwoni po szybach, a mi się wcale nie chce spać.

wtorek, 14 stycznia 2014

jeszcze jedno ZUO i Księzniczka daje czadu

Dzisiejszy dzień upłynął głównie na wyprowadzaniu Księżniczki.
Zaczęło się rano. Pierwsze sikanie -normalnie.
Potem,  po kozach, poszłam z psicami  na dłuższy spacer, który okazał się całkiem krótki z powodu bojkotu Księżniczki: spuszczona na sąsiadowej trawce, zrobiła cóś tam, po czym siadła. No to ją olałam i poszłam z Czarną dalej, daleko dość. Oglądam się - a ta siedzi, jak siadła. I ogłuchła w dodatku. Nawet rzucony patyk zachęcił ja do ruszenia dupska średnio. W końcu jakoś dowlekłyśmy się do domu i poszła leżeć na moje łóżko. A wyglądała na ciężko chorą, tak, że trochę już mnie w dołku zaczynało gnieść.. Przespała pół dnia. Około drugiej skoczyliśmy lotem błyskawicy do miasteczka i po powrocie zapodałam Dziecku, żeby poszło z psami, a ja za ten czas zajmę się obiadem
.Dziecko poszło i dość szybko przyszło, z tym że Księżniczka tylko się przespacerowała.
Nastawiłam co miałam nastawić i zrobiły się wolne moce przerobowe. A że planowałam już wcześniej zerwać dla kóz jarmuż z grządek i tymianek dla Starszego, więc wzięłam Księżniczkę na sznurek i idziemy. Poszła truchcikiem. Puszczona luzem nawet pobiegła kawałek drogą, ale wracać trzeba było, bo garnki bulgotały. Po chwili Księżniczka już pod drzwiami siedzi z łapy na łapę, jakby pęknąć miała. No to Dziecko znowu dostało delegację. Syknęło tylko i poszło.
Dziecko poszło i za chwilę telefon: "Chodź tu szybko!". No to złapałam czapkę i gumofilce i lecę. A Dziecko zapodaje, że z Księżniczką coś się dzieje, bo chodzić nie chce. No, to ją wzięłam i odpięłam, że może sznurek jej nie odpowiada, albo męskie towarzystwo. A tu nic. Księżniczka nie idzie. Wzięło dziecko Księżniczkę na ręce, kawałek poniosło, kazałam puścić na glebę. Na glebie siadła i wyglądała tak, jakby to były jej ostatnie minuty. No, to Dziecko znowu wzięło psinę na ręce i zaniosło do domu. Po drodze stwierdziło, że zaraz jak zjemy, jedziemy z Księżniczka do weta.
Po obiedzie wysłałam Dziecko do apteki po Laktulozę i czopki. Jedno i drugie zostało zaaplikowane i już za moment musiałam się ubrać. Ostatkiem sił chodząca przed godzina Księżniczka, pokłusowała ym razem na miedzę, coś tam z siebie wygniotła (mam nadzieję, że więcej niż czopek), po czym wyraziła chęć na spacer. Obniuchała sąsiadową trawkę i na końcu została wzięta na smycz. Zachodzimy na podwórko, a Księżnczka ciągnie na trotuar. No, dobra, to idziemy. Może jakiś ciąg dalszy się szykuje. Truchtem przeciągnęła mnie przez te 700m stałej trasy, po drodze penetrując cały opuszczony ogród oraz obniuchując i podsikując uprzednio podsikane innymi psami trawki. I krokiem śmiałym i ochoczym wróciłyśmy do domu.
Domowe tałatajstwo dostało kolację, Księżniczka dietetyczną , wzbogacona kolejną dawka Laktulozy.
Po czym poszłam do kóz, po czym wyprowadziłam obie , jak zwykle.
Po czym za chwilę Księżniczka siedziała u drzwi, więc poszła na trawkę.
Po czym znowu siedziała, więc założyłam gumofilce i kapotę i znowu poszłam na trotuar. Księżniczka ruszyła krokiem śmiałym i ochoczym, zbyt śmiałym jak na moje znękane już spacerami rusztowanie, przewlekła mnie przez całą tradycyjna trasę, kilkakrotnie dając nadzieję na efekty działania Laktulozy. I krokiem śmiałym i ochoczym przywlekła mnie do domu.
Po czym znów siedziała pod drzwiami, na co rzekłam "Precz, koniec robienia durnia z pańci. Won spod drzwi, kota gonić" Popatrzyła spopod grzywki i poszła. Uwaliła się na mojej poduszce i chrapie, jak stary chłop do tej pory.
I niech mi ktoś powie, co jest grane.
Dziecko twierdziło, że to był foch. Ale potem przyznało, że wyglądała, jakby miała za chwile wyciągnąć łapy. Ale potem? Laktuloza nie działa pobudzająco na osobnika. Pobudza tylko perystaltykę jelit.

Żeby nie było zbyt monotonnie, udawszy się do obórki po rękawiczki, przyniosłam obórkową kotę do domu. (Rękawiczek nie przyniosłam, bo ich tam nie było - po niedawnej akcji kanalarskiej zostały w piwnicy) Koty zaczęły się zaprzyjaźniać, jak maluchy w przedszkolu lejąc się po ryjach. Potworzyły się podgrupy tymczasowe. Ale ogólnie Pan Kot ma na to w...ane. Spogląda na hołotę z wyższością i idzie w swoją stronę. Jak hołota jest zbyt nachalna i za dużo jej się wydaje, wymierza cios stabilizujący z warknięciem. I idzie w swoją stronę.
Małe ZUO, było dość zajęte nowym kotem w domu. Mimo to udało jej się rozbić szklana buteleczkę z kamyczkami. Buteleczka stała na półce  w regale z bieszczadów. Tę półkę małe ZUO spenetrowało wstępnie już wczoraj - udało się jej wskoczyć na półkę, otwierając po drodze barek, a następnie do nadstawki, gdzie trzymam moje swetry. Zdziwiona byłam nieco ujrzawszy czerwony golf na środku podłogi, oraz drugi sweter zwisający z nadstawki.Po dzisiejszych próbach wysokościowych zdjęłam z półek i schowałam do barku, stojące tam porcelanowe flakoniki i aniołka. Wszystkie mają zbyt dużą wartość sentymentalną i zabytkową, by pozwolić aby małe ZUO je zdezintegrowało. Może przeproszę się z szybami. jak je znajdę oczywiście.
Trzecie ZUO, oprócz tego, że leje z bekendu wszystko co się napatoczy, nie próbuje na razie szaleć.Dostało właśnie koszyk wiklinowy z kocim  kocykiem i sobie się w nim ułożyło.
A poza tym nic na działkach się nie dzieje. Oprócz tego, ż eod rana była akcja z piecem C.O. szwagierki-najstarszej-ale-nie-najważniejszej.

niedziela, 12 stycznia 2014

mysz is dead. a Xsawery semper vivens

no, tak. Zachciało mi się wolności. Co by nie być uwiązana do komputera. I kupiłam myszę bezprzewodową. Nie dość, że była cholernie droga, jak na myszę (W moim zaprzyjaźnionym sklepie komputerowym jest całkiem inny sklep, który prowadzi dwóch zmulonych informatyków i mają tam po jednym egzemplarzu różnych rzeczy, z tym, ze ta różnorodność jest nikła.), to teraz ciągle do niej dokładam, bo baterie pochłania w tempie szybszym niż jedna na miesiąc. No, cóż, wolność kosztuje.  W dodatku zdechł zasilacz. Zdechł już przed kolejną wizytą u zmulonych informatyków, u których już od pewnego czasu przebywał w celu zdiagnozowania pecet trafiony Xsawerym. Jakoś jeszcze nie udało im się zdiagnozować i znowu obiecali, że zadzwonią. Przy okazji zapytałam, o ten zasilacz. Zmulony informatyk odrzekł, że jakieś ma, ale nie wie co i musi przejrzeć. No, a potem zadzwonił i ja już wiedziałam jakie parametry ma ten zasilacz i się okazało natychmiast od ręki, że istnieje uniwersalny z takimi m.in parametrami. Więc Dziecko poleciało swoją zieloną strzałą, odebrało niezdiagnozowanego peceta i nabyło drogą kupna to cudo. Które to cudo, niechcący upuszczone z ręki rozsypało się natychmiast na dwie części. Ale działa. Więc skleję izolką, bo ma tendencję do rozwalania się nawet bez upuszczania. I nabyłam znowu badziew za 4 dychy. W dodatku zapewne chiński, który hurtownika kosztuje 40 groszy.
I to było w piątek wieczorem.
A wcześniej byliśmy załatwić doktora szwagierki najstarszej-ale-nie najważniejszej, czyli odebrać wyniki RTG płuc, oraz z doktórką skonsultować, czy z tymi wynikami RTG i badania krwi będzie jeszcze żyła czy już umrze pojutrze. Okazało si,że na darmo nasiedziałam się w kolejce 2 godziny (gdybym była ze sobą, to szlag by mnie trafił na dzieńdobry i zawinęłabym się stamtąd niczym trąba powietrzna, a tak siedziałam jak ta trąba. 2 godziny pod gabinetem! To jest rekord życiowy! Tyle czasu tylko siedziałam ze Starszym na izbie przyjęć, zanim go na oddział położyli!) Szwagierka była kosmicznie zawiedziona, gdy okazało się, że płuca ma w całości, agrafek nie stwierdzono, a pozostałe wyniki jak poborowy z kategorią A. Wcześniej naliczyła sobie 11 dziur w płucach. Ale szwagierka nawiasem mówiąc genialna jest, bo potrafi czytać zdjęcia rentgenowskie. Nawet zwykły lekarz się nie podejmuje, tylko chce opis od radiologa. I teraz będzie musiała umrzeć mniej chora, niż sobie wyobraziła. I nie będzie mogła zabłysnąć do sąsiadki " Zobacz, mam 11 dziur w płucu i daję radę. Kto inny by tak potrafił " Poza tym szwagierka nie je i nie śpi. I pewnie przez to jest tak potwornie gruba, bo wyczytałam, że jak się nie śpi, to się tyje. A jak się nie je, to się puchnie z głodu.
Prawdę mówiąc, to jakaś pomoc by jej się przydała, tyle, że ciężko o taką, która ją zadowoli. Bo wszystko, czego nie zrobi sama jest zrobione źle. I takim sposobem zasuwa na czworakach z wiaderkiem węgla po schodach, bo nawet węgiel musi być nabrany w ściśle określony sposób.
Raz próbowaliśmy jej pomóc ze śmieciami. Naskładane ma tam różnych różności, które już dawno powinny nie istnieć, bo same z siebie uległy częściowej biodegradacji. Część tych skarbów popakowaliśmy w wory i mieliśmy zamiar wystawić u bramy. Problem jest ten, że u nas śmiecie biorą w poniedziałek rankiem i trzeba wynieść do ulicy w niedzielę wieczorem lub zerwać się świtem  przed śmieciarką. Ponieważ nie ma chętnych do zrywania się, a worów zawsze było dużo, więc w niedzielny wieczór wynosiłam, z Dziecięciem czasem, do głównej wiejskiej drogi, dość spory kawałek od domu. U niej śmieciarka jeździ pod dom, tylko trzeba u płota postawić. Rzekła: Nie, bo będą szli z zabawy i  porozrywają worki. Nie, to nie. Świtem w poniedziałek nie polecę te półtora km, więc rób, co chcesz. I tym sposobem zaczęła się i natychmiast zakończyła nasza pomoc śmieciowa. Gdyby nie była taka upierdliwa, to Dziecko samo z siebie by jej kiedykolwiek podskoczyło pomóc. Ale Dziecko jest na upierdliwość odporne w stopniu znikomym i jedzie, jak go kolanem przygniotę. Załatwia sprawy lotem błyskawicy, (bo i tak zrobione będzie nie tak) i spiernicza czym prędzej, zanim ciotka zdąży dojść do willi w Krynicy, którą to mogła "posiadać i żyć jak pani". (I dotąd nie wiem, co jej w posiąściu przeszkodziło, bo zawsze wcześniej się wyłączam).

No i takim sposobem z myszy zeszło na ciotkę, której do myszy daleko.
A wracając do myszy: Robiłam wczoraj porządki kozulom i wzięłam te wiązki słomy usunęłam  spod drzwiczek, którymi się zużytą słomę wypirza, bo jakoś nie miałam weny latać z taczkami naokoło. I się okazało, że kicia wiedziała czego tam siedziała u tych wiązek - za wiązkami, na styku ściany z posadzką dziurki były dwie. No to rozrobiłam zaprawę klejącą do płytek i zalepiłam. Nie wiem, czy im ta zaprawa przeszkodzi. Jak nie, to następnym razem sięgnę po cement. Albowiem żadnych nadprogramowych futer sobie w obórce nie życzę.  A dla pozostałych futer muszę znów zakupić karmę i porozkładać.
Kicia była wczoraj na salonach.

Tosia na salonach, a właściwie u mnie w pokoju. To piękne coś, do czego się przykleiła, to osłona balona z winkiem z czerwonych winogron. Niezbyt estetyczne, ale stać gdzieś musi, póki się do cna nie wybulczy

W chałupie był w związku z powyższym sajgon, bo się ofukiwały wszystkie nawzajem, potem Czarna dołączyła do bandy i gonitwy odbywały się po całości. W końcu Tośka poszła do Stefana, a domowe porozkładały się, gdzie kto może i spały jak zabite. Myślałam,że jak się wyśpią w dzień, to znowu będą pół nocy tupać, ale nie. Noc wyglądała tak:

Tak sobie towarzystwo śpi. Oczywiście na moim łóżku. Tam pomiędzy Księżniczką a Czarną zmieściła się jedna moja noga.

I jeszcze z boczku...

Panna Kota już nie chciała ścisku robić i wyłożyła się na mojej kamizelce

A ten słodki pysio niech nikogo nie zwodzi. To jest Pan Kot.

A poza tym duje jak w kieleckim. I w dodatku pada. Księżniczce też coś padło, na móżdżek, bo nie bacząc na pogodę wyprowadza mnie. Potem się rozmyśla i nie ma ochoty  iść  ani  tam, ani z powrotem. Łapkę podnosi, jak dziecko i każe się brać na ręce. No, cóż, starość nie radość...